- Opowiadanie: gary_joiner - Łowca Głów

Łowca Głów

Był tutaj niezły konkurs o cyberpunku, a że lubię cyberpunka, ale nie mogłem wziąć udziału w konkursie bo wtedy konkurencja by była bez szans, to publikuję poniższe dzieło dopiero teraz. Serwuję je w stanie pół-surowym (bo szkoda mi czasu, kryzys wieku średniego naciska), ale i tak głęboko wierzę, że jest przepyszne.

Łowcy głów są fajni i w ogóle.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Łowca Głów

Paweł Kowalski wybrał takie miejsce, żeby bez nadwyrężania karku, delektując się wyśmienitym poczwórnym espresso, móc obserwować inżyniera od momentu, w którym wejdzie do restauracji.

Kandydat spóźnił się siedemnaście minut. Wolnym krokiem przekroczył próg, rozejrzał się półprzytomnie, po czym zwrócił się po pomoc do opalonej pracownicy, chroniącej ekskluzywny przybytek przed wizytami wygłodniałego motłochu. Nagabnięta szefowa sali zamanifestowała swój największy atut: zaimplementowany na twardo profesjonalny, serdeczny uśmiech® i wskazała gościowi stolik okupowany przez Kowalskiego i jego kofeinę.

Doświadczenie podpowiadało Pawłowi, że wysokiej klasy specjalista, obsypywany złotem i rozpieszczany pakietami socjalno-rozrywkowymi może wyglądać jak ostatnia fleja z dwóch powodów.

Pierwszy: gość miał tak piękny umysł, że urody nie starczyło na bardziej cielesne elementy jestestwa. To byłoby dość typowe. Faceci, którzy poświęcali dziewięćdziesiąt procent czasu i energii na dłubanie przy projektach, badaniach, testach czy teoriach często nie przykładali uwagi do wyglądu. Przyzwoita prezencja nie była im do niczego potrzebna. Przeważnie nie mieli głów do dupeczek, a jeżeli nawet mieli, to było ich stać na piękności dowolnego typu, wieku i płci.

Drugi: gość miał wyjebane.

Wymięta koszula w animowane tygrysy, falujące palmy i wypisane comic sansem żargonowe określenia narkotyków raczej nie trafiła na plecy kandydata przez, napędzany brakiem rozeznania w aktualnych trendach modowych, przypadek. Tym bardziej, że sposób, w jaki układała się na ciele, podkreślając mięśnie i maskując fałdy tłuszczu, świadczył o tym, że kuriozalne wdzianko wykonane zostało z materiału na tyle inteligentnego, że mógłby wygrać z użytkownikiem w szachy.

Goście nie przywiązujący uwagi do wyglądu raczej nie pakują równowartości rocznej premii w pojedynczy łach.

– Nie wyglądasz na Kowalskiego – oznajmił kandydat.

– Dzień dobry panie Świerczewski. – Paweł wstał i wyciągnął rękę na powitanie. – Słyszę to dość często. Dziadek był Polakiem, przez większość życia uczył rodzimego języka biznesmenów z Pekinu i Hongkongu.

Kandydat uścisnął dłoń, ale dopiero po upływie kilku sekund i bez entuzjazmu.

– Dziękuję, że znalazł pan dla mnie chwilę, tym bardziej, że wiem, jaki jest pan zapracowany – kontynuował Paweł.

– To fajnie.

Do stolika podjechał kelner, wysoki model, ale dość przestarzały. Bezszelestnie wyciągnął z własnego korpusu talerzyki, miseczki, filiżanki, szklanki i sztućce i przy pomocy czterech niezależnych ramion rozstawił je przed gośćmi.

– Pozwoliłem sobie zamówić, żeby nie musiał pan czekać. Wiadomo, że jak człowiek głodny, to i nie w humorze. Świeżo wyciskany sok marchwiowy, jajecznica z boczkiem i szczypiorkiem, bułka z tatarem, skepasti, gdyby miał pan akurat ochotę na coś konkretniejszego, winogrona i mocny earl grey, z cukrem. Wszystko tak, jak pan lubi.

Świerczewski wypił kilka łyków, przeżuł kilka kęsów.

– Pyszne – Oznajmił z pełną gębą. – Skoro się podlizujesz i próbujesz mnie przekarmić, to pewnie twoja propozycja jest zupełnie do dupy, co?

– Oferta jest więcej niż adekwatna, panie Świerczewski. Moi zleceniodawcy są gotowi podwoić pańskie obecne uposażenie, opłacić wszelkie koszty związane z relokacją i aklimatyzacją pańską i pańskiej żony. Zajmowałby się pan dokładnie tym samym, co obecnie i w bardzo zbliżonych warunkach. Dodatkowo sam może pan wymyślić sobie nazwę stanowiska.

Kandydat zarechotał.

– Miałbym wyjechać do Chin, dać się zamknąć w czymś, co pewnie lubisz nazywać "budynkiem działu R&D" a czemu bliżej raczej do tureckiego więzienia i wydawać wszystkie zdobyte pieniądze na bao, czerwone majteczki w kropeczki i malownicze wycieczki po ryżowiskach? I jeszcze zabrać ze sobą żonę? Zabiłaby mnie zanim dolecielibyśmy na miejsce.

– Rozumiem, że wyraża pan wstępne zainteresowanie i przeszliśmy właśnie do fazy negocjacji. Jaką ofertę uznałby pan za w pełni satysfakcjonującą?

– Żadną. Myślałem, że szukasz kogoś na rynek lokalny. Nigdzie się stąd nie ruszam, ale dzięki za śniadanie i wspaniałe towarzystwo.

Paweł pokiwał głową. Doskonale rozumiał. Wrocław był świetnym miejscem do pracy i życia: prężnie rozwijająca się branża IT, przerabiająca absolwentów na fachowców w kilkudziesięciu filiach największych globalnych korporacji, ładne widoki, dobre żarcie i do tego masa urzędników i funkcjonariuszy publicznych ledwo wiążących koniec z końcem.

Kowalski też nie zamierzał się ruszać z miasta.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Mam jeszcze pytanie, pozwoli pan?

– Aha.

– Gdyby był pan owocem, to gdzie by pan sobie siebie wyobrażał za pięć lat?

– Co…

Paweł przerwał odpowiedź jednym płynnym ruchem dao. Ostrze ze szkła metalicznego wyskoczyło z wszytej w marynarkę pochwy, odseparowało łeb Świerczewskiego od karku i na powrót skryło się pod materiałem w elegancką jodełkę.

Kowalski złapał głowę za włosy, gdy zsuwała się na posadzkę, zapakował ją do wydobytej spod stolika sportowej torby, będącej w istocie zakamuflowaną krzyżówką przenośnej lodówki i klatki Faradaya, po czym skłonił się szybko, ale głęboko, na cztery strony sali.

– Dziękuję państwu, to przyjemność występować przed taką publicznością! – Ogłosił.

Para opłaconych gości: kobieta i mężczyzna, zaczęli klaskać, gwizdać i sławić oryginalność performensu. Kowalski wyminął szfową sali, na profesjonalny, serdeczny uśmiech® odpowiadając:

– Mój impresario skontaktuje się z państwem.

Kiedy wychodził, cała sala biła brawo.

Przeciskał się przez gęsty tłum turystów, rozdeptujących rynek i och-achujących na widok "urokliwych krużganków", "rustykalnych dachóweczek" i "pięknej, bardzo klasycystycznej architektury". Uruchomił skrypt, zmieniający kolor inteligentnej marynarki i przebiegłej torby, ilekroć znajdzie się w martwym punkcie miejskiego monitoringu. Przeszedł przez ogródki piwne, trzy wewnętrzne podwórka kamienic, gęsty zagajnik i dwa podziemne, odrapane, osprejowane i oszczane przejścia.

Do publicznego szpital wszedł bocznym wejściem. Skłonił się strażnikowi, który bardziej nadawał się do mauzoleum, niż na wartę, i skierował się do kostnicy. Pod drzwiami prosektorium czekało na niego dwóch młodzieńców w białych kitlach. Kucali, oparci plecami o sraczkowatą lamperię i bawili się geniusfonami. Każdy własnym.

– Dzień dobry.

Mężczyźni odlepili się od ściany z taką prędkością, jakby ich właśnie obrzucił zasyfionymi kurwami. Jeden przejął z rąk Pawła torbę i potruchtał na klatkę schodową, drugi otworzył drzwi do kostnicy i gestem zaprosił do środka.

Martwych było więcej niż zazwyczaj. Kowalski przywykł do tego, że trupy pakowano do wysuwanych szuflad podwójnie, mniejsze nawet i potrójnie, a te bardziej estetyczne piętrzono na metalowych stołach, ale pierwszy raz widział, żeby nieboszczycy i nieboszczki walali się po posadzce. Rozłożono pod nimi folię malarską, ale pewnie bardziej z lenistwa przekładającego się na niechęć do szorowania kafli, niż z przyzwoitości.

– Któryś się podoba? Tych najlepszych wysunąłem na wierzch. – Chłopak w kitlu oburącz wskazał na najbliższą stertę ciał, jakby zachęcał do skosztowania lekko tylko nieświeżych ludzkich udźców i piersi.

– Dziękuję.

Paweł wypatrzył ciało o podobnych gabarytach, podobnym stopniu zużycia i podobnym odcieniu, co jego własne. Wskazał je palcem, a pracownik kostnicy pośpieszył z wyjaśnieniami, posiłkując się informacjami wyczytywanymi z ekranu fona.

– Aleksander Piekarz, trzydzieści siedem lat. Kawaler, bezdzietny, rodzice nie żyją, brat w USA. Magazynier. Tylko jedna, krótka wizyta, zanim zdechł, a leżał na oddziale ponad miesiąc. Zapalenie płuc.

– Może być. Do widzenia.

Kowalski opuścił chłodnię i udał się do gabinetu dyrektorki szpitala, sprawnie lawirując między krwawiącymi, złorzeczącymi i jęczącymi pacjentami, okupującymi korytarze. Zapukał do drzwi, odczekał na przytłumione "proszę" i wszedł do środka.

– Dzień dobry, pani doktor dyrektor.

– Pan Rzepecki. Przepraszam, Kowalski, Rzepecki był poprzednio. Czy może jeszcze wcześniej?

– Trudny poranek, pani doktor dyrektor? Czy może to preludium do renegocjacji naszego porozumienia?

Dyrektorka, kobieta zaawansowana wiekiem i tuszą, westchnęła. Tak rozdzierająco, jakby naprawdę sądziła, że Paweł mógłby uwierzyć, że ma rozterki natury moralnej, etycznej czy choćby religijnej.

– Lubię nasz układ – podjęła. – Moi ludzie mogą poćwiczyć pracę na sprzęcie, który inaczej kurzyłby się w kącie. Dodatkowe pieniądze też są miłe, a wspomaganie rozwoju innowacyjności rosnącego w potęgę supermocarstwa to perspektywiczna przyjemność, ale korzystasz z naszej pomocy zbyt często. To już trzeci pacjent w tym kwartale. Biegasz po mieście z mieczem i oberżniętymi głowami. W końcu cię złapią.

– Doprawdy? Zauważyła pani doktor dyrektor, że zawsze goszczę w pani skromnych progach tuż przed czternastą?

– Tak. Co to ma do rzeczy?

– No cóż, wie pani, jak to bywa z tym naszym polskim monitoringiem. Zawsze kiedy jest potrzebny, okazuje się, że akurat nie działał.

Tak się składa, że w każdy dzień roboczy, między godziną dwunastą dwadzieścia, a trzynastą, czasem trzynastą piętnaście, w miejskiej sieci teleinformatycznej dzieje się dużo rzeczy naraz. Inkrementale baz danych są przerzucane z serwerów urzędów na storydżboksa, a połowa urzędników w mieście zapisuje swoje pliki, oczywiście na tego samego storydżboksa, bo zaczyna się przerwa na lancz. Tymczasem kamery monitoringu wysyłają swoje wysokiej jakości nagrania w pustkę, bo światłowody wpięte w macierze dyskowe są wysycone tymi wszystkimi śmiertelnie nudnymi tabelkami.

Nie wysyłałyby w nicość, gdybym to ja odpowiadał za wynajdywanie i rekrutację specjalistów od konfigurowania infrastruktury informatycznej dla miasta Wrocławia, ale cóż, jest jak jest, więc szanse na to, że w końcu mnie złapią, są niewielkie. Nawet bez ingerencji moich znajomych z Komendy Głównej Wrocławskiej Policji.

Obawiam się, że mogliby mnie złapać tylko wtedy, gdyby jacyś moi znajomi z Państwowej Służby Zdrowia na mnie poskarżyli, ale sądzę że zbyt mocno się lubimy, żeby czynić sobie wzajemne przykrości.

Dyrektorka pokiwała głową.

– Doskonale, pani doktor dyrektor. Dokąd mam się udać na operację?

– Dwieście siedemnaście, drugie piętro.

– Dziękuję. Należności uiszczę, jak tylko otrzymam potwierdzenie udanego transferu od moich współpracowników zza oceanu. Do widzenia.

We wskazanej sali czekała już na niego chirurgiczna leżanka, lekarka, lasery, botoks, grafenowe implanty, skalpele i strzykawki. Na ekranie, do którego większość urządzeń była podłączona, widniały dwie twarze: Pawła Kowalskiego i Aleksandra Piekarza.

– Dzień dobry, pani doktor. Można?

– Tak. – Kobieta w masce i fartuchu wskazała na leżankę. – Znieczulenie miejscowe, tak?

– Owszem.

Paweł rozebrał się od pasa w górę i położył się na medycznym mebloaparacie. Pocierpi sobie spokojnie, podczas gdy w innej części szpitala laboranci będą uwijać się przy głowie Świerczewskiego.

Zdążyli już raczej zedrzeć skórę i rozłupać czaszkę. Ekstrahują mózg i witryfikują go azotem. Zeszklony organ potną na cienkie plastry, którymi nakarmią kombajn diagnostyczny, wyposażony w baterię skaningowych mikroskopów elektronowych. Dane popłyną szyfrowanym połączeniem do chińskich centrów obliczeniowych, gdzie zostaną przetworzone na mapę trójwymiarowej sieci neuronowej. Do mapy podepną biblioteki symulacji naturalnych procesów chemicznych i fizycznych, zachodzących w biologicznym mózgu i voila, wirtualna kopia Świerczewskiego będzie gotowa do odpalenia.

Niestety, po uruchomieniu oszaleje w przeciągu kilkunastu sekund, jak wszystkie poprzednie emulowane osoby. Ludzie jakoś kiepsko radzą sobie ze stresem, kiedy nie mają ciał.

Czasu i zdrowia psychicznego wystarczy jednak na to, żeby wyrwać z umysłu Świerczewskiego większość imponującej, unikalnej wiedzy technicznej. Klienci Kowalskiego będą usatysfakcjonowani i autoryzują pokaźnych rozmiarów transfery finansowe.

Lekarka unieruchomiła głowę Pawła obręczami ze sterylnego tworzywa, po czym przypięła go do leżanki pasami. Zamiast po strzykawkę czy do konsolety, sięgnęła do kieszeni. Przypięła do piersi plakietkę, komunikującą światu kim jest i na czym się zna:

“Amanda Świerczewska, Lekarz Medycyny Estetycznej, Chirurg Plastyczny"

– Nie będzie znieczulenia. – Oświadczyła kobieta. – Ile skalpeli zmieści się w twoim mózgu, zanim przestaniesz krzyczeć, jak sądzisz?

Wystarczyły dwa.

 

Koniec

Komentarze

Czyli tak to powinno wyglądać? ;-)

OK, ciekawa historyjka, fajne zakończenie. Podobało mi się.

Ale że można cyberpunk bez wirtuala? ;-O

Masz literówki. O tej garsonce w knajpie specjalnie pisałeś jak o facecie czy przez pomyłkę? Bo może jakiegoś żarciku nie skumałam.

Babska logika rządzi!

Obawiałam się treści, które przekroczą moje możliwości pojmowania cyberpunku, a okazało się, że opowiadanie jest całkiem zrozumiałe i jak na stan półsurowy przystało, należycie krwiste i soczyste. ;)

 

zwró­cił się po pomoc do opa­lo­nej gar­so­necz­ki, chro­nią­cej eks­klu­zyw­ny przy­by­tek przed wi­zy­ta­mi wy­głod­nia­łe­go mo­tło­chu. –> Rozumiem, że nie chodzi o spódnicę i żakiecik, a raczej o żeńską formę garsona. ;)

 

wiem, jaki jest pan zapracowany – Kontynuował Paweł. –> …wiem, jaki jest pan zapracowany – kontynuował Paweł.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Za­bi­ła­bym mnie zanim do­le­cie­li­by­śmy na miej­sce. –> Literówka.

 

wspo­ma­ga­nie roz­wo­ju in­no­wa­cyj­no­ści pręż­nie roz­wi­ja­ją­ce­go się su­per­mo­car­stwa… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

dzie­je się dużo rze­czy na raz. –> …dzie­je się dużo rze­czy naraz.

 

do Chiń­skich cen­trów ob­li­cze­nio­wych… –> …do chiń­skich cen­trów ob­li­cze­nio­wych

 

"mgr. Aman­da Świer­czew­ska… –> Po skrócie mgr nie stawia się kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale dobre i z jajem. I jeszcze osadzone w dość bliskim mi mieście, toteż jakiś słodko-gorzki uśmiech po twarzy mi przebiegł. 

https://www.youtube.com/watch?v=zbWux4Rk-aI 

 

Ta scena mi się przypomniała, czytając wstęp twojego opowiadania. Nie mam pojęcia dlaczego. 

Zaskoczyłeś mnie kierunkiem, który obrałeś. Pozytywnie oczywiście, podobało mi się!

Niezłe.

 

Drobna uwaga: absolwenci medycyny nie otrzymują tytułu magistra, więc jeśli pani nie ma doktoratu, na plakietce powinna mieć lek. med.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki wszystkim za czujność. Poprawiłem wskazane błędy, niezręczności i usterki.

na emeryturze

Pyszno-makabryczne :) Dobrze napisane, pomysłowe i z mocnym zakończeniem. Czyli podobało mi się :)

Zapowiedź półsurowego dania nieco zniechęca, ale potem okazuje się, że danie owszem nieco krwiste, ale dogotowane ile trzeba, nie tylko strawne, ale i walory smakowe ma. To trochę taka cyberpunkowa ilustracja przysłowia “nosił wilk razy kilka…” i ok, niech maszeruje do biblioteki.

Jedna rzecz mi zgrzytnęła między zębami w tym daniu i to dość zauważalnie.

“(…) wyrwać z umysłu Świerczewskiego większość imponującej, chronionej prawem patentowym, wiedzy technicznej.” Oj! Jeśli coś jest chronione patentami, to łatwiej (i taniej) jest wyrwać dokumentację patentową z Urzędu Patentowego, niż z pokrojonego na plasterki mózgu twórcy patentu. Prawo patentowe nie broni dostępu do dokumentacji technicznej, a jedynie komercyjnego wykorzystywania jej bez zgody właściciela patentu. Ja bym zmienił to zdanie tak:

“(…) wyrwać z umysłu Świerczewskiego większość imponującej, jeszcze niechronionej prawem patentowym, wiedzy technicznej.” – i już by się wszystko zgadzało.

Pozdrawiam.

Brzmi to sensownie, Unfallu. Przerabiam, choć odrobinę inaczej niż zasugerowałeś.

na emeryturze

Wymięta koszula w animowane tygrysy, falujące palmy i wypisane comic sansem żargonowe określenia narkotyków

że niby nigdy się od comic sansa nie uwolnimy?

kija tam, że głowy ucinają – to jest dopiero przerażająca wizja!

i bez VR, taki cyber-punkowy jednorożec, wow.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Bardzo kolorowy język. Szalenie imponująca swodoba dziergania narracji.

Mam wątpliwość dotyczącą fabuły. Czy pani Świerczewska dowiedziała się o śmierci małżonka już po tym, jak zobaczyła jego głowę? Czy wiedziała z góry o ustaleniach między szpitalem a łowcą głów?

Mam wątpliwość dotyczącą fabuły. Czy pani Świerczewska dowiedziała się o śmierci małżonka już po tym, jak zobaczyła jego głowę? Czy wiedziała z góry o ustaleniach między szpitalem a łowcą głów?

Zakładam, że dowiedziała się dopiero, kiedy zobaczyła głowę (chociaż nie sądzę, żeby miała okazję ją zobaczyć, raczej jedna z osób pracujących przy “obróbce” głowy poinformowała Świerczewską).

na emeryturze

Zakładam, że zajmowała się nadawaniem nowych tożsamości łowcy głów po skończonej robocie. Dobrze jej tak, skoro własny, symoniacki biznes ugryzł ją w dupę :)

Bardzo mi się podobało: ciekawa tematyka, zaskakujące zwroty akcji, żywe tempo. No i w ogóle dobrze napisane opowiadanie, które zasługuje na miejsce w Bibliotece. Głos ode mnie już ma.

Fajna historia cyberpunkowa z motywem wyrywania wiedzy z mózgów. Słowem – klasyk. Jak z każdym klasykiem, czytało się miło, przyjemnie, ale zaskoczyć – nie zaskakiwał. Pytanie, czy musiał ;)

Koncert fajerwerków zdecydowanie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Się spodobało. Jedno małe ale: Dziś rzeczywiście sama wiedza to jeszcze nic. Płaci się dopiero za jej implementację,w konkretnych projektach, czyli za umiejętność wdrożenia w ramach procesu (czynnik dynamicznej zmienności!), a tego się nijak nie zeskanuje!. Zatem błąd w założeniach.

Dobre. 

Piszesz lekkim, tu i ówdzie humorystycznym stylem o rzeczach, które wcale lekkie nie są. A ja tak lubię. Do tego, jak to u Ciebie, jest pomysłowo. Wielce zatem zadowolony z lektury jestem.

Wrocław był świetnym miejscem do pracy i życia

O, to to! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zatem błąd w założeniach

Jeżeli kopiujesz kogoś jeden do jednego to razem z całym jego know-howem.

Dziś rzeczywiście sama wiedza to jeszcze nic. Płaci się dopiero za jej implementację,w konkretnych projektach

I tak, i nie. Nadmierna specjalizacja niekoniecznie popłaca, a szeroka wiedza ogólna z danej dziedziny często stanowi wystarczający fundament do wdrażania czegokolwiek według jakiegokolwiek procesu. Procesy są przereklamowane.

na emeryturze

Tak, cyberpunk jak się patrzy.

 

Kurczę, a miałem nadzieję, że jednak skusisz się na poważną, z głębi moralizatorską narrację… A tutaj klasyczny Gary. Trudno może innym razem będę miał więcej szczęścia. Strasznie ciekawy jestem, czy kopnęłoby w jaja, tak jak się tego spodziewam.

 

Co do tekstu, to mam wątpliwość, czy metoda pozyskiwania danych z zimnego mózgu (martwego), gdzie nie ma odczytu aktywności neuronów, który można by prześledzić i odnotować, jest możliwa?

 

No i wiadomo, dwojakość zrozumienia tytułu, to bardzo zacny zabieg literacki :)

 

Peace and love!

 

– Dzień dobry[+,] panie Świerczewski.

Do publicznego szpitala wszedł bocznym wejściem.

– Dzień dobry, pani doktor dyrektor.

Tak się mówi?

Fajne :)

Nowa Fantastyka