- Opowiadanie: rybak - Martwe pole

Martwe pole

Postanowiłem jednak dać na konkurs w miarę zamknięte opowiadanie. Dystopiczną historię alternatywną, dla której “punkt rozjazdu” miał miejsce w roku 2007, zatem wychodzącą dość wyraźnie w przyszłość.  Skasowałem więc wersję “powieściową”, to i owo skróciłem to i owo przekleiłem z innych rozdziałów. Trudno. Powieść broni się sama, a kilku czytelników jednak miało w swoich uwagach sporo racji. Teraz i zajdlowski klimat jest, i akcja, i nadal spójny świat. Że mocno niepoprawny politycznie? Trudno, nie moja wina, że w tę stronę być może i my zmierzamy. No i jest próba stworzenia czegoś w Polsce dość nowego, jak sądzę: dystopii nawet już nie socjologicznej, a ekonomiczno-socjologicznej. Ot, taki mój eksperyment Że trzeba mieć wiedzę, by odczytać niuanse? Trudno, to tylko potwierdza diagnozę z opowiadania ;D. Miłej lektury.

I jeszcze jedno: Korektę naniosłem, a osoby (w komentarzach do wersji poprzedniej i usuniętej przeze mnie,  bo żywcem niemal wyjętej z książki) – ciekawe i pominiętych wątków, i rozwoju akcji, dostają niniejszym skrótową mocno, lecz jednak – odpowiedź. Interesującej lektury!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Martwe pole

Stresujące chwile w życiu szarego beela? Sporo. Jedna z najgorszych: wymiana porcji na żywność. Porcja, czternastoipółgramowa srebrna moneta próby 625 w garści i krótki zdecydowany spacer po zatłoczonym parkingu. Tuż przed wejściem do supermarketu, w martwym polu kamery, zatrzymanie się i lekki strzał kciukiem w górę, a po ułamku sekundy zamknięcie w dłoni wirującego błyszczącego krążka. Bez słowa. To działa na zaczipowanych jak dawne „czendż many” przed komunistycznym peweksem. Zawsze jakiś podchodzi, bo i o cinkciarzy coraz trudniej. Kilka słów przy zmrużonych powiekach (od kiedy upowszechniły się miniczytniki tęczówki to równie ważne jak brak odcisków palców na porcji), niemal zawsze standardowych:

 – Co?

– Spam, czok, suchar, wódka, erki i multi. Równo.

Potem przejście poza zasięg marketowej kamery – ot, klient rozmyślił się i odszedł. I rozsunięcie z cichym zgrzytem zamka starej torby, przytwierdzonej do rowerowego bagażnika. Jeszcze parę minut spędzonych na czytaniu sklepowej reklamówki, kilkanaście metrów od jednośladu stojącego na solidnych motocyklowych podpórkach. Czip wychodzi, zmierza do roweru w kolejnym martwym polu. Z torby na bagażniku wyjmuje cztery wypchane papierem i pustymi butelkami po napojach biodegradowalne siaty z oznaczeniami sieci i standardowym kodem kreskowym. Na ich miejsce wkłada swój ładunek: też siaty, tyle że w sumie ze dwadzieścia kilo. Przy okazji chowa w garści identyczny z obejrzanym wcześniej, ale tym razem sterylny kawałek srebra. Jednego zbędnego ruchu. A potem, kiedy na parkingu znów jest widoczny w elektronicznym oku, zbliża wierzch prawej dłoni do szyby papuziobarwnego auta, odblokowując centralny zamek, na tylne siedzenie rzuca torby, siada za kierownicą i odjeżdża. Do siebie. Pod system. Sieć. Tam gdzie żyją czipy.

Taka transakcja jest możliwa oczywiście tylko wtedy, gdy w promieniu kilometra nie uświadczy się drona. Bo co prawda jestem dla nich niemal niewidoczny, ale już amator porcji i owszem. Przysklepowe latadła, jak cała niemal technologia, po wojennym i kryzysowym zniszczeniu przedresetowych fabryk podzespołów bardziej przypominająca niegdysiejsze dziecięce zabawki niż poważny sprzęt szpiegowski, reagują tylko na czipy i zarejestrowane tęczówki. Dziś usznik alarmująco nie zaśpiewał, można było sprzedawać. I kupować…

Po amerykańskim kryzysie z 2007, który na skutek kolejnych wstrząsów i konfliktów przerodził się w globalny krach, po światowym resecie i rządowej konfiskacie całego zewidencjonowanego prywatnego złota i srebra, platyny, irydu i palladu, po zakazie – pod przywróconą karą śmierci, tyle że zakamuflowaną, nazywaną z reguły ćwierćwieczem resocjalizacji w zakładzie poprawczym (co w praktyce na jedno wychodziło)  – posiadania więcej niż pięciu uncji czystego srebra na osobę, prywatnego obrotu którym, nawiasem mówiąc, oficjalnie także zabroniono, czipom nie pozostawiono w istocie wyboru. A ja koniec końców zyskałem dzięki temu stabilny target. Jeśli czip chce sobie coś skroić na boku, jakiś nierejestrowany wypad, lewe pukanie poza kontrolą czy rezerwę na łapówy, musi kupować srebro na czarno. Choćby po to, by poukrywać je w „bankach ziemskich”, albo porozdzielać, oczywiście bez przekraczania indywidualnego limitu stu pięćdziesięciu pięciu i pół grama Ag, po “słupach”, biedniejszej rodzinie.

Srebro, bo za pallad, złoto i platynę, nawet w zabunkrowanej ślubnej obrączce, bez wyjątku znika się bezpowrotnie. Z Sieci, a nawet czytników w zamkach drzwi własnego mieszkania, słowem – z systemu. Czytaj: po krótkim acz bolesnym okresie zetknięcia się z dzikim i bezlitosnym światem poza Siecią, idzie się, zazwyczaj bezimiennie, do komory spalania lokalnej stacji oczyszczania miasta. Wystarcza kilka tygodni bezdomnej głodnej wegetacji, nieodmiennie zakończonej śmiercią z wyczerpania. Albo strzałem łaski patrolu.

***

Zawsze mnie śmieszy społeczna uparta powtarzalność zachowań. Jednaka w formie w każdej epoce, choć wypełniona różną treścią. Od siebie wzajem kupować kruszcu czipom jakoś nie podchodzi, bo wszystkie co do jednej transakcje, nawet groszowe, przechodzą wyłącznie bezgotówkowo przez rządową sieć serwerów. No chyba że towar za towar, przysługa za przysługę, ale i to ostrożnie: coroczne szczegółowe deklaracje majątkowe czipowanych nie są tylko formalnością. Lewe srebro brać mogą od siebie wyłącznie za świadczenia w naturze czy w innych korzyściach niemierzalnych. A ileż takich przysług można regularnie wyświadczać obcym ludziom pod Siecią?

Jak każdy system odgórnych ograniczeń w historii ludzkości, i ten ma jednak luki. Daje się pozyskiwać nielegalną kruszcową walutę znacznie prościej, za żarcie – od beeli. Czyli takich jak ja. XXI-wiecznych ewaporowanych – równie skutecznie jak u Orwella i nieznacznie tylko humanitarniej. Od pozasystemowej łownej zwierzyny, dla której już na starcie wyznaczono i egzekwowano tylko jedną cenę wyjścia z panującego porządku: całkowite wykluczenie. Skoro nie chcieli w nim być, albo sam system ich odrzucił, stawali się dla niego konsekwentnie niewidzialni. Choć swoje wiem – tylko pozornie niewidzialni. Dopóki nie wprowadzam do systemu zakłóceń z zewnątrz, dopóki mu się w ten czy inny sposób słono opłacam, mogę liczyć na jego niechętną tolerancję. Czyli w praktyce odłożenie na później nieuchronnej egzekucji.

Bo główne źródło dochodu beeli, nasza jedyna szansa na wegetację na obrzeżach cywilizacji czyli srebro, a czasem i cenniejsze kruszce pozyskiwane z obszarów opuszczonych, są dziś społeczeństwu rzeczywiście niezbędne do w miarę normalnego funkcjonowania. To srebrem w codziennym, niełatwym nawet dla zaczipowanych życiu trybików Świata Nowego Porządku, przekupuje się urzędników, policję, deficytowych lekarzy, by jeszcze nie wypisywali zlecenia na eutanazję starej matki. To srebrem oliwiona jest maszyna gospodarczo-społeczna XXI-wiecznego czyśćca tam, gdzie zwykłe sieciowe konta obsługiwane przez wszczepki nie wystarczają. Za srebro załatwia się urzędowe kontrakty i ekstra przydziały. Opłaca wziątkę za „zaokrąglenie” punktów dziecka podczas selekcji do porządnej szkoły czy lepszej pracy. Daje w łapę patrolom dzielnicowych „krawężników”, wykonującym zazwyczaj zadania dawnej drogówki i straży miejskiej, ale gdy przychodzi rozkaz, przekształcającej się bez wahania w finansową policję albo bezwzględnych eksterminatorów.

Gorzko uśmiechnąłem się do własnych myśli: oczywiście łapówkarzy srogo się u nas karze. Tyle że rzadko. W zasadzie wyłącznie wtedy, gdy biorą ponad rangę. Albo nadepnęli na odcisk komuś ważniejszemu. Globalny reset, czego nie przewidzieli jego światowi twórcy na przełomie wieków, w praktyce, w znacznej części poddanych mu krajów, zwłaszcza świeżo przyjętych do postępowej wspólnoty, rozkręcił jeszcze bardziej korupcję, przywrócił dawne obyczaje, i… nieformalną dwuwalutowość. Bo choć to niby zinformatyzowany i nasycony czujnikami system kieruje, rozstrzyga i w pełni obiektywnie rozlicza, to przecież naprawdę ważne dane wciąż wprowadzają do niego i gdy trzeba interpretują zwykli, niedoskonali ludzie. Gdyby Sieć nie zawierała już z założenia szczelin, to kto w ogóle mógłby dziś pozostawać żywym beelem? Choćby ja: zero bezpieczeństwa, opieki zdrowotnej, całkowite wyjęcie spod praw. Wszelkich. Nie tylko bezpieczniak, ale w ogóle każdy czip może, gdyby oczywiście nie bał się natychmiastowej riposty –  takiego pozasystemowca w każdej chwili zabić lub obrabować. I to bez jakichkolwiek formalnych konsekwencji. Czysty darwinizm społeczny: poza Siecią przeżywają dziś wyłącznie najlepiej przystosowani.

Ale dopóki wszędzie na świecie obowiązuje prawo pięciu uncji, a oprogramowanie na eksterytorialnych serwerach i w chmurach danych śledzi każdą legalną transakcję, wyłapuje podejrzane zakłócenia w bilansach i przepływach – będę czipom niezbędny. Bo choć bezpieczniej jest żyć pod Siecią, to kruszce wydobywa się dziś w peelu wyłącznie poza nią. I robią to niemal bez wyjątku właśnie beele.

***

Tymczasem, pedałując wytrwale, znalazłem się już dwanaście przecznic dalej. Ściślej mówiąc, zagłębiałem się stopniowo w obszar jednego z podmiejskich, od dawna wymarłych i rozpadających się slumsów, dawnych szarych peryferyjnych blokowisk. Dla skanerów, śledzących nie wiedzieć czemu wyłącznie czipy, pozostając nadal niewidocznym, nawet gdyby jakiś mobilny się po drodze napatoczył. Gruba torba na bagażniku, dla pewności starannie ekranowana podbiciem z alufolii, uniemożliwia odczytanie metalizowanego kodu kreskowego i innych niespodzianek z tuzina standardowych butelek z czterdziestoprocentowym etylowym usypiaczem i odkażaczem do wody, kilkudziesięciu blaszanek zunifikowanego mięsnego spamu i tyluż tabliczek czekolady. Już nie mówiąc o kilogramach bezładnie przemieszanych opakowań energetyzujących herbatników i rulonów smakowych rozpuszczalnych multiwitamin, leżących pośród zbiorczych opakowań baterii i akumulatorków R6 o zwiększonej pojemności. Ot, zwyczajny zestaw przeżycia dla beela. Odnawiany i rotujący co kilka tygodni, uzupełnienie dawniej nagromadzonych zapasów. System to toleruje, o ile chodzi o ilości umożliwiające wyłącznie przetrwanie, wegetację.

Czy to czipy, czy beele – wszyscy znają aktualny czarnorynkowy kurs podstawowej w peelu nieformalnej waluty. W tym tygodniu jedna porcja równa się dwudziestu esderkom, opartym na koszyku kruszców i surowców strategicznych jednostkom nowego światowego, elektronicznego pieniądza, bękarta zbiorowego gwałtu na demokracji i rozumie dokonanego ochoczo przez skorumpowanych polityków, banksterów i zarządców korporacji, przy których dawne rozproszone Gazprom, Microsoft czy Google wydają się niedożywionymi liliputami. Przeliczając na przedresetowe złote – nieco ponad tysiąc dwieście. Siedemdziesiąt pięć razy więcej niż przed resetem. Dwadzieścia procent przeciętnej pensji czipa w tym mieście. Albo pół dochodu gwarantowanego.

Skąd aż taka u mnie biegłość w przeliczaniu? Proste, od tego zależy życie. Nie tylko moje. Kontrolne systemy podatkowe śledzące bezgotówkowe transakcje czipów, włączają się dopiero po każdorazowym przekroczeniu trzydziestu procent. Ciekawe co będzie, gdy rosnący ostatnio coraz szybciej kurs porcji skoczy powyżej progu kontroli? Może przejdę na połówki? Bo że wymiana w ten czy inny sposób się utrzyma, jestem pewien. Z jednej strony czipy muszą mieć pod wolną ręką limitowaną liczbę zaskórniaków, by pozwalać sobie na ekstra potrzeby i przyjemności i w ogóle funkcjonować w świecie, który oficjalnie – i tylko oficjalnie – szczyci się likwidacją hurtowego prania pieniędzy, podobnie jak całej szarej strefy w gospodarce. Z drugiej, beel, który zachowuje stały dostęp do porcji, może przeżyć na czymś więcej niż na hodowanych po piwnicach szczurach i pieczarkach.

Zaś poza aglomeracjami… No cóż… Tam, poza Siecią i elektrycznością, przynajmniej w byłej Polsce obowiązują nieco inne zasady przetrwania. Nawet ja dotychczas nie odważyłem się, by je osobiście zweryfikować. Sęk w tym, że kto tylko z pogranicznych łódzkich beeli wybywa dalej niż dzień-dwa drogi pieszo poza miasto, już do niego nie wraca. Bez wyjątku. I nikt z nas nie wie, dlaczego.  

W nowym wspaniałym świecie skrajnie opresyjnej finansowej kontroli, istoty z musu inteligentne, przedsiębiorcze, a przy tym z dna społecznej dżungli, zazwyczaj tylko o włos wyprzedzają finansowo-policyjną bezpiekę – pomyślałem miarowo naciskając na pedały przedresetowego składaka – by w wiecznym wyścigu o przetrwanie, pościgu wykrywających za wykrywanymi, rzucać na rynek wciąż nowe porcje. Przynajmniej w tym mieście mam w tym swój ostrożny udział. Ostrożny, bo  chciwych albo zbyt głodnych indywidualistów dawno już wyłapano. Lub zabito. Teraz tacy nieostrożni, jeśli w ogóle jeszcze żyją, pewnie kopią metale rzadkie w reedukacyjnym korporacyjno-rządowym centrum wydobywczym, pod poziomem podziemnej głębinowej soczewki wiecznej zmarzliny, gdzieś za Suwałkami.

***

Własną nieczynną wszczepkę siedem lat temu wsunąłem do worka ze sztywnymi zwłokami bezdomnego beela, zabieranymi akurat, wraz z odpadami z okolicznych domów przy ulicy Legionów, przez półautomatyczną komunalną śmieciarkę. Nie, nie zastrzelono go po pokazowej akcji bezpieki ze stolicy, pacyfikującej resztki masowych protestów po światowym unieważnieniu całego papierowego pieniądza. I wyzerowaniu indywidualnych rachunków bankowych w ponadnarodowych finansowych instytucjach, należących do rzeczywistych władców planety. Te gwałtowne i pełne bezmyślnego okrucieństwa czasy odchodziły już na szczęście do przeszłości, zastąpione okrucieństwem sporadycznym, wynikającym z czystego wyrachowania. Bezpański, nigdy nie oznakowany beel, jeden z ostatnich w Europie, i pewnie ostatni taki z wyboru samotnik w moim mieście, zwyczajnie umarł z głodu, chorób i starości.

Ale skoro już nie żył, grzech było nie skorzystać. Prosta sprawa: wypruć spod własnej skóry na grzbiecie dłoni nie funkcjonującą, ale nadal biernie wykrywaną przez system monitoringu kapsułkę i włożyć ją do ust zimnego starca leżącego pod folią, za moment udającego się gratis, acz bez należnych swemu stanowi honorów, wprost do miejskiej spalarni. Wiedziałem, że wszystko co przejeżdża przez bramki nad taśmociągami, tuż przed trafieniem do pieca, jeszcze raz badają wykrywacze funkcji życiowych oraz kolejne skanery nastrojone specjalnie na wszczepki u psów, kotów, hodowlanych zwierząt oraz rzecz jasna dwóch kategorii ludzi. W sporadycznych sytuacjach, w których system wykrywa martwego czipa – taśma automatycznie staje, a po kilku chwilach z pakamery w kącie hali wychodzi rozespany technik dyżurny, by zdjąć z konwejera zwłoki, zadzwonić na policję, a potem zgodnie z instrukcją odblokować linię. Po wykryciu nieczynnej wszczepki beela jedyna różnica polega na tym, że odczytane z mikroukładu dane wędrują łączami do centralnego archiwum systemu, taśma nadal dziarsko podąża w swoim kierunku, a technik nie musi się nawet budzić, bo i żaden alarm nie mąci mu sprawiedliwego snu. W ten właśnie sposób, choć dziś wciąż nieoficjalnie mam się jako tako – oficjalnie od dwóch i pół tysiąca dni po prostu nie żyję. Dane z mojego czipa trafiły do Alei Niezasłużonych, jak pokpiwają sobie mieszkańcy mej nowoczesnej ojczyzny. Czyli informatycznego krajowego archiwum.

***

Zwolniłem. Jechałem bez świateł, a powoli zmierzchało. Ostatni po tamtej stronie sklep pozostał dziewięć kilometrów za mną, w innym świecie. Mimochodem przesunąłem spojrzeniem po otworach okien szczerzących się z dziurawych elewacji. W opuszczone peryferyjne rejony miasta, przypominające coraz bardziej opustoszałą po zamknięciu kopalni węgla wiek temu, japońską wysepkę Hashima, mało kto się zapuszcza dniem, a co dopiero nocą. Ale nie obawiałem się przypadkowych czipów. Wsłuchałem się w usznik podłączony cienkim kabelkiem do wykrywacza skanerów, podczerwieni i laserowego namierzania czynnego. Soczewka nie zabarwiła mi obrazu od impulsów emitowanych przez kogoś niepowołanego. Szelest liści. Niezjedzony dotychczas kot atawistycznie wydziera się w piwnicy sąsiedniego ociemniałego bloku. Poza tym spokój.

Zsiadłem z roweru i wprowadziłem go w gąszcz chwastów, rozkrzewionych samosiejek żywotników i jaśminów, zdziczałych lip, klonów i rajskich jabłoni osłaniających cały teren blokowiska już po trzecią kondygnację. Wszedłem do klatki schodowej pustego kilkunastopiętrowego budynku. Panująca nad tym obszarem komuna beeli, żyje cztery ulice dalej, ale z nimi stykam się najrzadziej jak tylko mogę.

***

Ecce Polonia A.D. 2045. Tu żyję. Gwałtowny kryzys i trwający ćwierć wieku upadek cywilizacji Flat Money: najpierw mega krach finansowy, potem wojny i klęski głodu, krwawo tłumione rewolucje, kollaps  demograficzny i etniczne rzezie, a na koniec masowe epidemie nowych i dawno zapomnianych chorób bezpowrotnie zakończyły etap wędrówek ludów. W kilka dekad zmniejszyły ludność Starej Europy, w tym peelu, o dziewięćdziesiąt procent. Małe miasta i wszystkie co do jednej wioski w interiorze, pozostawione same sobie w czasie mega epidemii, po prostu stopniowo i spokojnie wymarły. W kilku pozostałych większych aglomeracjach lekko licząc ubyło cztery piąte mieszkańców. I to nawet po przesiedleniu do nich pozostałej przy życiu całej ludności wiejskiej ze stref dekretowanych odgórnie nieużytków. W niewielu  co bardziej urodzajnych, a nieskażonych obszarach niezurbanizowanych, dawnych farmerów zastąpiły zautomatyzowane megakombinaty światowych agrokorporacji, z ich przedresetowym jeszcze monopolem na genotypy siewnego ziarna i hodowlanych odmian zwierząt.

W Łodzi i pozostałych w peelu ośmiu innych zredukowanych aglomeracjach, całe dzielnice, dziesiątki, a niekiedy setki kilometrów kwadratowych nawet w stolicy stoją opustoszałe, niekiedy ogrodzone zardzewiałym kolczastym drutem, niemal bez wyjątku pozbawione prądu, bieżącej wody, gazu… Nikomu nie opłaca się ich remontować, ale i burzyć. Niby kto miałby to robić, skoro rąk zdolnych do pracy wystarcza ledwie na utrzymanie i skromną modernizację już istniejących punktowych systemów i sieci łączności, przesyłu i dostaw, tworzących nową „wyspową” cywilizację? Po co i właściwie – dla kogo? Dla szczurów? Ot, takie większe zakazane Prypecie, tyle że bez radiacji i mutantów. I rzecz jasna bez czipów, których pojazdy zatrzymują się automatycznie tuż za granicami dozwolonych im dzielnic i tras. A sygnały z ich wszczepek, via sieć komórkowa, przywołują bezlitosny patrol.

Do tego parę ocalałych ośrodków wypoczynkowych – enklaw turystycznych dla wybranych, kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych monokultur uprawnych, głównie na zachód od Wisły, pracujących także na potrzeby zachodniej Europy. Łączące je nieliczne strzeżone szlaki komunikacyjne. No i w końcu pełne dronów-eksterminatorów i niewielkich stacji ich obsługi granice kraju i stref zastrzeżonych, z rzadka kopalnie i przetwórnie strategicznych surowców, w tym na nowo popularnego węgla, po przerobieniu przez czyjeś „zabłąkane” MIRV-y, diabli już dziś wiedzą – irańskie czy pakistańskie, kiedy Rosjanie wzięli stronę Hindusów,  najważniejszych przemysłowo-surowcowych centrów Rosji na wschód od Mińska Białoruskiego w postatomowy wygwizdów. I cóż z tego, że ruscy oddali muzułmanom z nawiązką, skoro ich gaz, ropa i kluczowe elektrownie bezpowrotnie poszły w cholerę?

Mniej więcej tak samo jest wszędzie. Od Tokio, przez Kair i Rio de Janeiro, po Nowy Jork i San Francisco. Od dawnych megapolis, po najmniejsze wyludnione wioski. Jedynym wyjątkiem stało się kilka rezerwatów biosfery, od amazońskiego i nowogwinejskiego, z plemionami, które niespecjalnie zauważyły zmiany, przez skrajnie skażony półocnosyberyjski, po w miarę czysty podlaski. Ten ostatni tak dla reszty zrujnowanej Europy cenny, z jego zachowaną pulą genową, że aż otoczony z tego powodu czujnikami i dronami–samobójcami, odpalanymi zdalnie w każdą grupkę emitującą promieniowanie podczerwone, aby tylko odpowiednio liczną.

Poza Europą jest jeszcze gorzej. Spustoszoną upadkiem ekonomiki, głodem i epidemiami, czystkami a w końcu opadem popromiennym Afrykę i Bliski oraz Środkowy Wschód, po atomowym armagedonie indyjsko-pakistańskim oraz zwarciu izraelsko-irańskim, zamieszkują dziś już tylko dogorywające populacje, głównie przymusowych przesiedleńców z Europy i z dawnych Stanów Zjednoczonych. Skromne dziesiątki milionów ludzi. W całej Azji, w tym w Chinach, Pakistanie i Indiach – wegetuje w rozsianych enklawach może setka milionów. Wymiana termojądrowych ciosów, na szczęście tylko kilkudziesięciu, między Dehli a Islamabadem stała się jednym z ostatnich chronologicznie elementów globalnej klęski cywilizacyjnej, zainicjowanej pod koniec pierwszej dekady XXI wieku przez chciwych banksterów, a twórczo podchwyconej i rozwiniętej przez zdegenerowanych polityków i wojskowych.

Dopiero potem nadciągnęły zarazy. Najpierw nowa odmiana zabójczej grypy prawie wykończyła obie Ameryki. Potem ebola, zmodyfikowana w militarnych laboratoriach i u szczytu ery konfliktów wypuszczona przez kogoś na wolność, przekształciła większą część euroazjatyckiego kontynentu na północ od trzydziestego równoleżnika w przestrzeń zgoła pierwotną, przemierzaną dziś przez zbierackie grupy koczowników. Doszła aż po Londyn, choć na szczęście dla nas osłabła po przejściu przez Białoruś i Ukrainę. Tam właśnie, w zasadzie na linii pokrywającej się z granicami Polski z roku 1938, wzdłuż co większych rzek i bagien, spustoszona Europa postawiła swoje nowe słupy graniczne. Pilnowane przez drony i automatyczne gniazda karabinów maszynowych.

***

Z pierwszego półrocza poza Siecią pamiętam jedynie głód, pozbycie się wszczepki, ciągłe poczucie zagrożenia, naukę zdobywania żywności od czipów za jakieś marne porcje srebra ściągane z przypadkowych biednych skrytek, odszukanych jakimś cudem bez wykrywacza, ledwo przetrwaną w ruinach zimę, w końcu zapalenie płuc i utratę przytomności w wyziębionym garażu na porosłym młodym brzozowym lasem podłódzkim Teofilowie, gdzie usiłowałem dotrwać do wiosny. Ocknąłem się w cieple, co samo w sobie było już czymś niebywałym. Drugie zaskoczenie przyszło wraz z esencjonalnym zapachem bulionu, podanego przez kobietę w przypominającym dres kombinezonie.

– Pij, musisz – powiedziała tylko, poczekała aż wychłeptałem zawartość z plastikowego kubka, co chwilę zrywając płuca w głuchym kaszlu, zabrała naczynie i wyszła. Potem przychodziła wielokrotnie, aż zacząłem wstawać i chodzić, obserwując codzienne życie osiemnastoosobowej komuny beeli-neochrześcijan, bawiąc się z ich dziećmi, rozmawiając z dorosłymi. Jak mi wtedy niewiele brakowało przekonałem się, gdy po raz pierwszy po wygnaniu spod Sieci wziąłem do ręki nożyk do golenia. Z porysowanego lustra patrzyła na mnie obca wychudła, zrozpaczona twarz o płonących podsinionych oczach, człowieka na oko pięćdziesięcioletniego.  

Miałem wszystko, nie wiadomo dlaczego to utraciłem, zostałem nikim. Tak wtedy myślałem. Moi wybawcy, świadomie balansujący na krawędzi światów kontestatorzy wszczepek, tworzący niewielką i jedyną na zachodnich przedmieściach wspólnotę religijną, pozwolili mi do woli tkwić w depresji, w pakamerze przydzielonej w piwnicy. Albo milczeć. Do czasu. Któregoś cieplejszego już dnia ich przywódca, zwany Krzysztofem, wszedł za mój parawan, przysiadł na zbitej z płyt OSB pryczy i powiedział krótko:

– Wystarczy!

– Co wystarczy? – nie zrozumiałem.

– Użalania się nad sobą wystarczy. Potrzebna jest twoja pomoc. Dziś. Dzieci nam, jak może zauważyłeś, też chorują, a ostatni listek antybiotyku poszedł na twoje leczenie. Załatwisz nowy na już? Dam ci adres człowieka z Centrum. Mieszka w czerwonych blokach przy Tymienieckiego, od południa to tylko dwa kilometry od granicy miasta, ale tam się roi od dronów i patroli. Jak dopadną beela, sam wiesz – na miejscu rozwałka albo wywózka z biletem w jedną stronę. Trzeba do niego zapukać tuż przed nocą, kiedy ruch osłabnie, dać mu piętnaście porcji i wziąć po dziesięć opakowań rowamycyny i amoksycyliny. I parę garści sulfonamidów. To aptekarz, od lat nam pomaga, zawsze trzyma w chałupie wygospodarowany zapas. Rozumiesz, podpłaca hurtowników, że niby zniszczenia w transporcie, albo skażone. Przy okazji poproś o multiwitaminę – ze trzy kilo w rulonach. I wracaj jak najszybciej. Przez Górną, tam niestety żyją jacyś dzicy, potem Brusem i Złotnem do nas. Próbowaliśmy iść sami, ale tym razem nie dało rady. Wojtka – kuriera – nam poranili, porcje mu zabrali, a i to dobrze, że go nie zjedli. Żwawy w nogach, wyrwał się w ostatniej chwili. Ty znasz zagrożenia jak własną kieszeń, w końcu od lat patrzymy jak łazisz po Strefie aż pod granice aglomeracji. Sęk w tym, że my mamy na dziś, wstyd powiedzieć, już tylko osiem porcji. I nie zapowiada się szybko więcej, a czas nagli – dwójka dzieciaków ma po czterdzieści stopni, a bańki i ziółka nie pomagają. Sam wiesz, zima była ciężka. Pójdziesz?

– No co ty, kiedy leżałem nieprzytomny nie znaleźliście przy mnie porcji? Tam jest przecież więcej niż dwadzieścia. Trzeba było wziąć. Szkoda czasu.

 – Czekaliśmy, ile było można. Teraz już nie można, tylko dlatego z tobą gadam. Bo widzisz, my bierzemy tylko to, co sami znajdziemy, kupimy, albo co nam dadzą, kiedy poprosimy. Nigdy bez zgody. Poza Wojtkiem tylko ja kiedyś chodziłem do Rafała pigularza. Ale to było lata temu, teraz już za bardzo odstaję wyglądem od ludzi spod Sieci, z centrum. Dziczeję, rozumiesz. Ty jeszcze ujdziesz w tłoku, zwłaszcza po ciemku. To jak, pójdziesz?

 – Pójdę. Jak go poznam?

– Osiedle znasz? To czerwone?

– Znam.

– Zaraz dam ci adres i hasło…

Zatem poszedłem. A nawet wróciłem. Udało się bez większych problemów. Ale tylko raz.

Od kiedy beele uratowali mi życie po pierwszej zimie poza Strefą czipów, a tym bardziej po wspólnie doznanym nieszczęściu trzy lata temu, mamy ze sobą niepisany układ: kupuję od nich zieleninę i bimber, w zamian podrzucam leki i odżywki dla dzieci, a oni nie pytają co i gdzie robię, abym tylko nie ściągał na nich cudzej uwagi. Gdybyż mi się to udało! Poza tym na razie ani oni mi nie przeszkadzają, ani ja im – nielicznym w tym mieście pozostałym przy życiu wyznawcom zapominanego powoli boga, którego apostoł, dwa tysiące lat wcześniej, przepowiedział piętnowanie ludzi „znakiem 666”. I którzy świadomie ponad pokolenie temu, kiedy wszystko wokół waliło się i umierało, wybrali śmierć, a w najlepszym przypadku nędzną wegetację bez wszczepek, by pozostać wiernymi i temu bogu, i sobie.

***

Piwnicznym korytarzem po ciemku, na wyczucie, na wpół niosąc, a wpół wlokąc wyładowany rower, po minięciu paru śmierdzących i zawalonych śmieciami podziemnych zaułków, doszedłem wreszcie do ekranowanej kryjówki. Mam ich w tym mieście kilka. Bez wyjątku w upiornych ruinach blokowisk, pod którymi ziemię zryto tunelami ewakuacyjnymi w czasach tuż po resecie. Zawsze porządnie zaizolowana ziemianka kilka metrów pod zapomnianą przez ludzi piwnicą, obszczaną przez dzikie koty i łaciate szczury, hybrydę dzikich pobratymców z uciekinierami ze spustoszonych uniwersytetów. Z przebiciem do tunelu pod ziemią i awaryjnym wyjściem w innym pionie, a nawet poza obrębem fundamentów. Z zapasami żarcia, wody i baterii na kilka miesięcy, z wentylacją, wpięciem w starą kanalizację, z ciepłym i w miarę czystym miejscem do spania. Oraz z niespodziankami wokół, dla nieproszonych gości. W ziemiankach poukrywałem w ogóle sporo ciekawych rzeczy. Choć najcenniejsze trzymam poza nimi. W skrytkach, także po tamtej stronie zony. Taki standard. Wolnego miejsca w mieście i poza nim jest dość.

Ponure piwniczne korytarze tradycyjnie wydobyły mi z pamięci kilka niepotrzebnych wspomnień, przerażających sekwencji i obrazów. Wcześniej od czasu do czasu publicznie strzelano do opornych, by przyspieszyć nieuchronny proces czipowania przerażonej ludności, uciekającej przed głodem do ostatnich pozostałych w peelu enklaw cywilizacji i kilkunastu ośrodków przesiedleńczych poza nimi. Po pewnym czasie nie było już nawet do kogo strzelać. Niespełna sześćset milionów ocalałych po resecie niewolników, gdy już liczba ludności Ziemi spadła do poziomu z początku osiemnastego wieku, po kilku latach poluzowania śruby prawie zatem uwierzyło w przywróconą normalność.

Nic nam przecież nie zabrano, poza zdjęciem z barków zbytecznej swobody ekonomicznej i osobistej przez światowe, tyle że posegmentowane czysto administracyjnymi granicami na historyczne kawałki, superpaństwo. Wraz z wyzwoleniem szarych podatników od atawistycznego nawyku posiadania kruszców, nienaruszalnej konstytucji i praw człowieka, prawdziwa politpoprawna wolność może od paru dekad na większym kawałku świata triumfować do woli. W zamian za to, co im odjęto, każdemu zaczipowanemu daje się w jej ramach tyle osobistej swobody do dowolnego niszczenia swego ciała, umysłu, moralności i psychiki, więzi społecznych i fundamentów kulturowych, a nawet biologicznych, ile każdemu pasuje. Ile tylko można wytrzymać w pozostałych po Wielkim Wymieraniu metropoliach, w topieli mile relaksującego medialnego przekazu, z rzadka już nawet przerywanego oficjalnym ideolo. Oficjalnie w moim nowym wspaniałym świecie panuje bowiem wolność w dowolnej ilości i najwyższym światowym gatunku.

Ofiara z miliardów nie poszła na marne. Jesteśmy nowoczesnymi ludźmi w postępowym wspólnotowym wschodnioeuropejskim obszarze powierniczym. W Polskim Landzie. Peelu. Tuż obok Środkowoeuropejskiego Obszaru Rozwoju, którym zostały co bogatsze kraje byłej Unii Europejskiej po brutalnych etnicznych wojnach domowych, czystkach religijnych pierwszych lat po resecie i masowym wysiedleniu do dawno wyssanej już z ropy naftowej, dziczejącej w szybkim tempie Afryki Północnej wszystkich, co do jednego, europejskich muzułmanów. Oraz co bardziej fundamentalistycznie nastawionych niereformowalnych chrześcijan. Szybko fanatyzujący się wyznawcy Jezusa, aż wstyd powiedzieć, jakoś nie pasowali do nowego porządku. Choćby przez to, że za często gadali na swoich chorych rytualnych zebraniach o jakimś, godzącym w spokój społeczny, znaku Bestii.

Ich dziesięć przykazań zastąpiło pod Siecią tylko jedno: noś czip. I nie rób zanadto otwarcie tego, co rządzącym niemiłe. Czy to w realu, czy wirtualu. Przestrzegaj dynamicznie zmieniających się niepisanych reguł, wprowadzonych w miejsce niegdysiejszych kodeksów i przykazań. Nie narzekaj. Nie krytykuj. A najlepiej – nie myśl o rzeczach, które do ciebie nie należą. Nie, nikt cię nie zamierza nawet ostrzegać. Bo i kto miałby to robić, w świecie oficjalnie poddanym nowemu rodzajowi demokracji – sondażowej. Zwyczajnie, jeśli przekroczysz którąś z kolei delikatną granicę, albo w swej grupie fokusowej zanadto odbiegniesz od średniej, stracisz o jeden punkt za dużo, twój czip przestanie działać. Definitywnie i bez ostrzeżenia. Co najważniejsze, bez możliwości restartu, a więc i prawa do apelacji. Jak któregoś radosnego słonecznego dnia przestała działać także i moja wszczepka.

***

Otaczające mnie byłe blokowiska mej nowej ojczyzny, coraz bardziej przypominające kamienno-zielone pozostałości Angkor Wat albo prekolumbijskich miast-państw, od dekad trwają zatem bez czipów. Za to z beelami. Ich jednak akurat w moim mieście niewielu już pozostało. Może trzystu? A może już tylko dwustu? Szybko się zużywamy. Oprócz ludzi jak ja nagle i niespodziewanie wykluczonych przez system, kilku– kilkunastoosobowe wspólnoty porozsiewane są po dawnych Ursynowach, Białołękach, Zaspach czy Widzewach. Unikają jak ognia pracowników Biura Odzysku i sporadycznych akcji Polfinu. Zazwyczaj skupiają się wokół lidera z czynnym jeszcze wykrywaczem i bronią. Oraz porcjami. Po cichu marzą albo o powrocie do ziemi obiecanej pod Siecią, albo o wolności gdzieś na mitycznym Podlasiu. Co chyba równie nierealne. W grupach łatwiej im uprawiać ziemię, hodować szczury i króliki, z odnalezionych w ruinach szkół zetlałych podręczników uczyć dzieci pisania i liczenia, zasad rządzących światem, walki i podstaw medycyny. Przeżyć następny dzień, tydzień i miesiąc w zmienianych cyklicznie, porzuconych przedresetowych szeregówkach, oświetlanych rowerowymi dynamami i pojedynczymi zakamuflowanymi ogniwami słonecznymi, ładującymi z trudem zdobywane litowe akumulatory. Łatwiej leczyć się, przetrwać kolejną zimę w podziemiach ogrzewanych ciepłem własnych ciał i gazowymi palnikami z przenośnych butli, zasilanych z nielicznych ocalałych na pograniczach miast zbiorników z propanem i – za porcje kruszcu – nielegalnie nabijanych w odtworzonych miejskich węglowych gazowniach, pełniących także funkcję stacji paliw dla aut najbogatszych czipów.

Tylko dzięki takiej współpracy i obrotnym liderom wykluczone wspólnoty i rodziny przez lata, aż po dziś dzień, czasem ratował od głodowej śmierci zwykły słoik z kilkoma porcjami, lichą biżuterią czy obrączką, zagrzebany na początku resetu przez spanikowaną emerytkę przy parkowym drzewie. Choć w zasadzie takie precjoza trafiały się najrzadziej, bo już na początku kollapsu szły na przetop, w zamian za bochenek chleba i miskę zupy podczas kolejnych klęsk głodu. Na samym początku resetu, na początku drugiej dekady XXI wieku, kiedy tylko zaczął się ostateczny zjazd papierowego pieniądza, a tym bardziej gdy państwa unieważniły zapisy na kontach i wezwały pod groźbą egzekucji do zdania całego prywatnego złota i srebra, także w peelu i mojej Łodzi kto żyw po kryjomu zakopywał bowiem posiadane kruszce. Albo zamurowywał w blokowym żelbecie. Licząc, że kiedy minie ogólnoświatowe przejściowe szaleństwo, wróci i odzyska swoje. Ale nie minęło, bo i nie było to żadne szaleństwo, tym bardziej nie przejściowe. Ludzie zazwyczaj nie wracali. Domy zarosły krzakami. Stare drzewa w większości wycięto na opał i wykarczowano, gdy na kilka lat padła cała miejska i państwowa infrastruktura.

Wszyscy  beele po cichu fantazjują, rzecz jasna, o odnalezieniu porzuconych srebrnych sztabek jakiejś bogatej rodziny, uciekającej z pułapki kolejnego plądrowanego, patroszonego i płonącego „zamkniętego” osiedla. Przejętego wcześniej, po kawałku, przez banki za nagle niespłacalne kredyty. Za taką masę srebra można by przestać wegetować, a nawet pomału i dyskretnie kupić sprzęt i zapasy, a potem spróbować przebić się za najbliższy podmiejski pas monitorowany, przewędrować przez ziemie bezludne, przez Wisłę i Bug, za ostatni kordon, aż do zajmującego z górą czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych bezludnego, eksterytorialnego Rezerwatu Podlaskiego. Tam podobno, jak ludzie gadają, ziemia i woda czyste, nic tylko las i zieleń po horyzont.

Takie są obecnie marzenia beeli. Moje marzenia. Największe z możliwych w tym świecie.

***

Trzy jego podstawowe zasady poznałem już w szkole. Automatyzacja produkcji, koncentracja i ścisła zdalna kontrola pozostałej przy życiu ludności przez niewidoczne za kulisami elity. Do tego powszechna gwarancja minimalnego dochodu socjalnego dla wielkiej części niezbyt zapracowanych zaczipowanych.  Tam też wtłoczono mi do głowy usprawiedliwienie czipowania, a jedno wynikało z drugiego, morderczo logicznie, niczym w rzędach sypiących się kolejno kostek domina:

Skoro dawniej gęsto zaludnione kontynenty wróciły do demografii bardziej przypominającej wiek XVIII. niż XX., to aby w ogóle przetrwać, ich społeczeństwa, czy raczej niedobite zatomizowane masy, musiały się podczas powrotu do bardziej cywilizowanych relacji solidnie… ścieśnić. I zdyscyplinować. Inaczej nie dałoby się nawet obsługiwać infrastruktury, zbyt dużej dla ocalałego ułamka dawnej populacji, a tym bardziej niezbędnych do przetrwania cywilizacji centrów i stref przemysłowych i administracyjnych, ośrodków badań i rozwoju, odbudowywanych uniwersytetów i szkół. Przy okazji, nowa produkcja po resecie też musiała stać się droższa i znacznie trwalsza, do tego racjonalniej rozdzielana, choć zazwyczaj okazywała się bardziej od przedresetowej prymitywna. Na jednorazówki i marnotrawstwo na wyludnionej planecie, dawno wyssanej z surowców i pracowników, znowu nikogo nie było stać. Na ciągłe badania i rozwój dla ledwie kilkuset milionów – też już nie. Sztuczne starzenie śmiesznie tanich produktów odeszło w niebyt, wraz z niemal siedmioma miliardami ludzi.

W okresie, w którym upadek cywilizacji spowolnił i ostatecznie wyhamował, oznaczało to więc w efekcie konieczność zaprowadzenia znacznie większej społecznej dyscypliny, wdrożenia profilaktycznej kontroli, rozszerzenia planowania, a więc właśnie czipowanie ludności, choć akurat w Peelu z tym ostatnim szło tradycyjnie opornie. Ostatecznie, jak mnie uczono, pozwoliło to jednak uratować cywilizację przed powrotem do ery przedindustrialnego barbarzyństwa. Jeśli się było czipem, tu i ówdzie nawet można było udawać, że poza kilkoma szczegółami, nic się w zasadzie nie zmieniło. Wiem, bo przeżyłem jako czip większość życia. I tym samym stałem się świadkiem ostatnich lat poresetowej katastrofy.

***

Wieloletni światowy kryzys, przy którym te z 1929 i 2007 wydawały się niewinnym tripem zblazowanych dzieciaków biegających w czerwonych szelkach po zelektronizowanym stołecznym parkiecie, przeorał wszystko. W końcu się wypalił, zastąpiony postępującą wyspowo stabilizacją, odbudową struktur i odgórnie dekretowanym nowym porządkiem. Wszędzie takim samym, pod osłoną odrestaurowanych pseudopaństw, ponadnarodowej armii i policji. I czipowaniem. Wszystkich. Jak leci. Od noworodków po starców na łożach śmierci. Bez czipa w odbudowanych miejskich strefach dobrobytu nie było najgorszej nawet pracy, emerytury, wypłaty, a dla bezrobotnych okresowej „podstawowej pensji obywatelskiej”, za gotowość. Bez czipa niemożliwy stał się wstęp do sklepu, banku, kina, restauracji czy urzędu. Bez czipa notariusz nie wydał dokumentu, urzędnik nie udzielił ślubu (kościelne przestały być przez państwo honorowane po złupieniu Rzymu i powieszeniu ostatniego papieża przez wypieranych z Europy, wysiedlanych do Libii zrewoltowanych wyznawców Mahometa), grabarz nie zakopał trumny. Bez czipa ludzie z dnia na dzień stawali się, zresztą z reguły na bardzo już krótko, byłymi ludźmi – beelami właśnie.

Mnie zaczipowano jako kilkunastolatka, kiedy już kryzys powoli wygasał. W nowym porządku z wyróżnieniem ukończyłem nowe szkoły, nawet jakąś odradzającą się lokalną uczelnię, zacząłem wykonywać przydziałową pracę. Miałem lżej niż inni, bo pochodziłem z prawomyślnej rodziny, byłem pilny, pracowity, inteligentny, bez cienia buntu, a więc już na starcie o sporym indeksie społecznej przydatności. Pokorny podczas rozszerzonej służby w formacjach zmilitaryzowanych, czyli głównie w dzielnicowych i miejskich patrolach, pokorny na uczelni. Wśród równych sobie zazwyczaj pierwszy, choć… w drugiej linii. Zwłaszcza podczas masowych akcji i spędów poparcia. No chyba że sam nie chciałem, co im stawałem się starszy – tym łatwiej mi przychodziło.

Nic dziwnego że minimalnym wysiłkiem nazbierałem wystarczająco dużo kolejnych punktów osobistej przydatności społecznej, by dostać najlepsze skierowanie, otwierające drzwi do prawdziwej ponadregionalnej kariery. Z małą sugestią od rektora trafiłem dokładnie tam, gdzie chciałem: do elitarnego grona miejskich Poszukiwaczy podporządkowanych bezpośrednio policji finansowej. Na pierwszą linię walki o stabilizację światowej ekonomiki, poza Siecią, szukałem dla rządu depozytów, co było chyba największym dostępnym dla młodego człowieka dowodem zaufania lokalnej władzy. I dawało jakąś tam namiastkę i perspektywę… dobrobytu?

Ludzie nazywali takich jak ja stalkerami, tyle że teraz moja Strefa stanowiła nie fragment, a większą część wyludnionego kraju. Niby robota jak robota: coś w rodzaju posady koncesjonowanego archeologa pod policyjną ochroną. Tyle że byłem w tym najlepszy. Wiedziony sygnałem wykrywacza, szczęściem i przeczuciem, już po miesiącu patrolowania wykopałem pod jednym z przerdzewiałych blaszanych garaży na Widzewie elastyczną błękitnawą butlę, ze stopioną i zamkniętą szyjką,  a w niej z górą sześć tysięcy porcji, pół na pół z jednouncjowymi bulionówkami. Miesięczny plan dla całego miejskiego Biura Odzysku. Kilka tygodni potem powtórka, pod betonową płytą fundamentową porośniętej dzikim winem rudery dawnej badylarskiej willi w Konstantynowie. Sto czterdzieści rulonów uncjowych srebrzystych “wiedeńskich filharmoników”, zakapslowanych w polietylenowych pudełeczkach, prawie dziesięć tysięcy standardowych porcji. Jakaś złota biżuteria, ba! – kilka razy po głębokim zwiadzie w okolicach Opoczna i badylarskich niegdyś, a dziś całkowicie wymarłych Skierniewic nawet dwie-trzy garście “amerykańskich orłów” lśniących słoneczną łuną. W sumie przez pierwsze dwa lata, oprócz setek kilogramów srebra, kilkaset uncji złota. Każda z nich za czterysta z hakiem esdeerów, co przyniosło mi sute premie. I z czasem pozwoliło odłożyć ośmioletnie ekstra pobory na wirtualnym koncie. Po ostatnim strzale gratulował mi sam dyrektor lokalnego oddziału policji finansowej. To już w tym fachu było coś! Wtedy też w dowód uznania dano mi wolną rękę. Na podmiejskim patrolu tylko ja i mój partner-ochroniarz. Oraz swoboda w wyznaczaniu marszruty.

I pooszło! Nowoczesne wykrywacze metali, zakazane bardziej od złota dla wszystkich poza pracownikami BO, mapy, kolejne akcje, prawie ćwierć wydziału pracującego z danymi i podejrzanymi tylko pod moje akcje. W efekcie taszczenie kolejnych dziesiątek kilogramów srebra i od czasu do czasu uncji złota do patrolowego helikoptera, a potem policyjno-podatkowego skarbca, odbiór jednoprocentowych bonusów po państwowym kursie, wprost na elektroniczny rachunek rozliczany przez wszczepkę. Nowe mieszkanie na prestiżowym osiedlu w centrum miasta, wyglądającym niemal jak przed kryzysem: z garażami, odgrodzonymi od pospólstwa trawnikami, z boiskiem do kosza i alejkami miniparku. Wypasiony samochód już z poresetowej niemieckiej produkcji, na sprężony holzgaz w hybrydzie z amerykańskimi ogniwami elektrycznymi. Puchnący resortowy fundusz emerytalny, przydziałowe tygodniowe wczasy w zamkniętych ośrodkach na solidnie już podtopionym Helu, gdzie efekt cieplarniany zaczynał robić swoje,  za to morze wreszcie przestało być zimne i brudne, na który dostarczano mnie maksymalnie luksusowo – drogą powietrzną via niewielka łódzka baza lotnicza, dawniej zwana Lublinkiem i przesiadkowe gdańskie Rębiechowo, pełniące rolę punktu tranzytowego dla resztek pozostałej przy życiu Skandynawii i państw nadbałtyckich. Albo w Zakopanem, w którym niewielka lokalna populacja po staremu kazała sobie płacić ciężkim srebrem za każdą pozataryfową atrakcję, od nielegalnych oscypków i śliwowicy, przez niefałszowane dragi, aż po usługi prostytutek, reklamujących się stadami na Krupówkach, w przebraniach półnagich „misiek”. To samo działo się na Helu, a nawet w klubach w pozostałych w interiorze aglomeracjach. Oczywiście, wymagało to stałego dopływu sporych ilości nielegalnego kruszcu z zewnątrz. Nie tylko na zakupy, ale i na łapówki. Ale aż tak daleko w ekonomiczne analizy w czasie urlopów nigdy się nie zagłębiałem, bo i po co? Porcje i lewe towary okazały się potrzebne, więc ktoś je góralom czy niedobitkom Kaszubów hurtowo dostarczał i sprzedawał. Kto i jak? Na pewno nie detaliści.  

U siebie w Łodzi też sobie wtedy nie żałowałem. Zawsze pełna lodówka, przedpłacany prąd na okrągło w gniazdku, gorąca woda w kranie, resortowa lecznica. Gdy zaś potrzebowałem rozrywki, co jakiś czas dla higieny i przyjemności dziewczyny o głodnych oczach, wyjmowane spod drogich nocnych klubów w aglomeracyjnej strefie dostatku. Czyli na trzydziestu kilometrach kwadratowych mojego miasta, w jako takiej normalności, na kilku procentach dawnej aglomeracji. Jako jeden z nielicznych poza armią i policją mieszkańców, bo inni musieli ją zdać po resecie, miałem nawet przydziałową broń – przedresetowego sig sauera 226 z magazynkiem na piętnaście naboi, podłączonego pod lokalizację.

W wieku dwudziestu siedmiu lat byłem już kimś i miałem już coś. Tak mi się wówczas przynajmniej wydawało. Pozwalałem sobie nawet hobby – zbierałem w ruinach przedresetowe książki. Ech, gdyby nie to… Gdyby nie ta niespotykana w nowoczesnym świecie namiętność do czytania. Jeden tytuł za dużo. Jedna rozmowa za wiele… I się posypało…

***

– No i skąd my tyle tego teraz weźmiemy? Skąd, pytam?! – krzyknął mężczyzna siedzący u szczytu konferencyjnego stołu, w sali na siódmym piętrze bordowego biurowca przy byłej Alei Piłsudskiego (obecnie Europejskiej), vis a vis dawnego Multikina, po resecie zmienionego w luksusowy dom gier z gabinetami na godziny dla co bogatszych czipów z łódzkiej miejskiej strefy dostatku. – Rozumiem – dodatkowe pięćdziesiąt kilo. No dobra, sto. Kwartał, dwa, pchnie się stalkerów. Ale ćwierć tony? I to w miesiąc? Nie wiedzą, na jakim świecie żyją? Mało im przejętej przez metropolię resztkówki z zapasów po KGHM?

– A może właśnie wiedzą? – bezceremonialnie przerwał mu jeden z uczestników spotkania, niski krępy brunet, szara eminencja gubernatora okręgu, może więc dlatego tak odważny. – Naiwny jesteś, Maks? Niby łódzki gubernator, a o szalejącej deflacji nie słyszałeś? Już dziś gospodarka im się tam, w metropolii, dusi, bo plany mają wielkie, ale surowców na pokrycie pod nowe esderki jakoś nie przybywa. Stare złoża się pokończyły, złom wyssany do cna, albo za daleko, produkcja miedzi z tych resztek rudy tylko po to, by ubocznie flotować złoto i srebro, nieopłacalna. Prawa Kopernika też nie ominiesz, czipy bunkrują co się da. Błędne koło. Albo więc każdy okręg w peelu dostarczy centrali w wawie ekstra kontyngent, albo…

– Sam wiem – warknął Maks, bo jego doradca ostatnio pozwalał sobie na stanowczo zbyt wiele. – Albo i tak dostarczy, tyle że trochę później. Ale kto inny wypisze zlecenie transportu pod konwojem. Bo nas już tu nie będzie. Dobrze, jeśli trafimy tylko do Suwałk.

– Co więc robimy?

– Nie ma wyjścia, trzeba zwiększyć liczbę stalkerów – zaproponował gubernator. – Czterdziestu paru w żaden sposób nie wystarczy. W dodatku połowa to cielęta, tuż po przeszkoleniu.

– Niby skąd ci ich wezmę? – gwałtownie zareagował kolejny z rozmówców, personalnik łódzkiego Polfinu. – Co lepszych wyrywa mi Warszawa, a nowych nie nadążam szkolić. Wy w ogóle wiecie, jakie są straty?

– Do procenta miesięcznie, wiemy – zaripostował Maks. – Trzeba ich lepiej uczyć i motywować. Albo… albo wykopać choćby spod ziemi paru z tych, którzy nam się w ostatniej dekadzie wymknęli. I skasować ich prywatne składy. Skądś przecież nasze czipy biorą swoje porcje. No co, nie biorą może? – spojrzał na zebranych. Choć oficjalnie mieli różne funkcje, tak naprawdę stanowili jedną grupę. Jego grupę.

– Chcesz zapolować na dzikich stalkerów? Na beeli? Przecież to nam zdezorganizuje, może i rozwali drugi obieg, do białości wkurzy czipy! – ponownie sprzeciwił się personalnik, z racji kluczowej funkcji w lokalnym Polfinie, nadzorujący także Biuro Odzysku. – Już i tak mi z monitoringu wychodzi, że z nastrojami nie jest dobrze. Ile w końcu można żyć w zamknięciu w naszym prowincjonalnym Las Vegas dla ubogich? Za etatowe i socjalne esderki to sobie możecie… na cienkie piwko naprzeciwko i przydziałową trawkę, raz w roku. Chcecie tu znowu pacyfikacji?

– No, no, jedziesz, chłopie. Po bandzie. Ale powiedz mi, Włodek, wolisz wkurzyć swoje czipy, stalkerów, czy… centralę? A może od razu Metropolię? – podejrzanie cicho zapytał go Maks.

– Nie, no co ty, ja tak tylko…

– To zamknij się i bierz się za stalkerów. I beeli-stalkerów. Masz tydzień. Na początek znajdź mi może tego, no… Jurka?

– Legendę mam ci znaleźć? Trupa? Przecież on od dawna użyźnia miejskie kwietniki. Odczytów ze spalarni nie znasz? System lata temu go wyautował.

– Ależ znam. Sam wrzucałem kopię do archiwum. Podobnie jak dzisiejsze wydruki z kasy marketu przy Włókniarzy. To mówisz, że twój Jerzy nie żyje?

– Wynika z odczytów – Włodek szedł w zaparte.

– Taaa? Naprawdę?! Beele–stalkerzy to tylko legenda z przeszłości, drugi obieg w Łodzi nie istnieje, dziwki z naprzeciwka za ekstra numerki zaczęły brać przelewami z wszczepek, z konta na konto, a tymczasem wciąż nowe mapki i srebrne bulionówki same latają po Bałutach i Centrum, prosto do ludzi z twojego wydziału. Oszczędź nam bajeczek! Właśnie sprawdziłem twojego ciecia. Możesz mi drogi Włodziu powiedzieć, po co samotnemu gościowi, abstynentowi, w dodatku uczulonemu na orzechy, trzydzieści tabliczek importowanej mlecznej z bakaliami? I sześć litrów wódy? Ruszaj dupę, albo cię wymienimy!

***

Psiakość, zawsze mam te same czarne myśli, gdy opuszczam cywilizowaną cześć miasta. Książki. Idee. Myśli… Wcześniej może i nie uchodziło to innym, ale ja byłem przecież najlepszy. Mówiło się nawet o awansie do stolicy. Tam dopiero były depozyty! A jakie spluwy tam nosili! Broń była w tym fachu niezbędna: już po kilku tygodniach pracy musiałem jej użyć po raz pierwszy, kiedy zdziczały beel – dawniej strzelec wyborowy – jednym strzałem zdjął mojego cyngla, a drugim trafił mnie w plecy, tuż pod obojczykiem. Broczący juchą z dziury wylotowej wielkości mandarynki zrobiłem to, czego mnie akurat nie uczono: czystym odruchem chwilowo udałem trupa, z twarzą wtuloną w aluminiowy kanister wypełniony porcjami, wygrzebywany właśnie spod krzaku bzu rozrosłego w opuszczonym ogródku. Jasnoliliowy bez pachniał oszałamiająco, tyle że jego aromat coraz trudniej przebijał się przez rdzawy odór krwi wypływającej z szerokiej wylotowej rany nad lewą piersią. Kilka chwil później strzelec wyszedł z okopconego domku przy wąskiej zarośniętej, osiedlowej uliczce. Kiedy podszedł bliżej, wciąż z wymierzoną bronią, okutym butem kontrolnie kopnął mnie w goleń tuż pod kolanem. Ale że wykrwawiałem się akurat jak zarżnięte prosię, w zasadzie nie czułem już bólu. Drętwiałem tylko i było mi coraz zimniej. To mnie uratowało. Uchwyt plastikowego kanistra leżał mi tuż pod twarzą, ledwo wystawał z dołu wykopanego przydziałową saperką w żyznej czarnej ziemi. Żeby wyrwać spode mnie ten depozyt, napastnik musiał użyć obu rąk, więc odłożyć SWD. Błąd, że nie oddał wcześniej kontrolnego strzału, uznając drugi cel za ostatecznie wyeliminowany. Jeszcze większy że nie sprawdził, czy nie leżę przypadkiem na własnym pistolecie. Bo leżałem. I nawet dwukrotnie strzeliłem, zanim straciłem przytomność.

Ocknąłem się po tygodniu na szpitalnym łóżku, obandażowany jak mumia, podłączony do rdzawobrunatnej kroplówki. Tyle miałem szczęścia, że mój sigi po każdym użyciu wysyłał automatycznie namiar do centrali. Zgarnęli mnie w ostatniej chwili. Jak mi potem powiedział kumpel z drugiego patrolu – w kałuży krwi można było puszczać łódki. Ale partnera straciłem i od tamtej pory na własną prośbę chodziłem po zonach wyłącznie sam. Uratowała mnie, jak poinformował podczas odwiedzin kierownik Biura, jedna z porcji, leżąca przy otwartym kanistrze. Ten, który mnie postrzelił, już śmiertelnie ranny, próbował sięgnąć po karabin. Ale, jak ustalił zimny chirurg, upadł na tyle dla mnie szczęśliwie, że przy okazji na tym okrągłym kawałku srebra wyłamał ze stawu wskazujący palec. Zanim się połapał, dlaczego nie słucha go dłoń sięgająca po snajperkę, po prostu umarł. Przypadek jeden na milion. Teraz, w mojej kryjówce, ta szczęśliwa porcja, jedna z nielicznych pamiątek z dawnego życia, latami noszona jak najcenniejszy amulet, leży sobie w schowku ukrytym w piwnicznej półce, tuż obok mnie, beela.  

***

Czy aglomeracja liczy milion z górką mieszkańców, czy jak obecnie niespełna dwieście tysięcy – nie ma żadnego znaczenia. Zasady się nie zmieniają. Ani ludzka chciwość. Personalnik musiał, więc był chciwy. I dlatego oprócz urzędowej sieci stalkerów z Biura Odzysku, dzięki którym zdobywał najświeższe namiary na potencjalne skrytki z kruszcami, działał także nieurzędowo. Oprócz prywatnych kurierów do Warszawy, Zakopanego i na Hel, obok własnych ludzi ciułających tylko dla niego informacje i korumpujących grube szychy w kluczowych urzędach Łodzi i stolicy, prowadził malutką osobistą, acz starannie zakamuflowaną przed wzrokiem niepowołanych, siateczkę stalkerów–beeli poza Biurem. Ba! Poza łódzkim Polfinem! Dokładnie trzech specjalistów nie znających się nawzajem, opłacających dalsze życie większością znalezisk i łupów.

Bez lewego kruszcu dla bossów z „kryszy”, Włodek już dawno byłby w Łodzi nikim, dlatego także od lat pilnował, by jego żywe wykrywacze metali cieszyły się jako taką swobodą i bezkarnością. Pierwszy z nich robił za miejskiego „anonimowego cyngla”, gdy któryś z oficjalnych żółtodziobów z centrali przy Europejskiej wpadał na szczególnie cenny trop i dla personalnika przychodził czas żniwa. Albo trzeba było kogoś zdyscyplinować. Drugi wraz z własną grupą, zasilany informacjami od personalnika, operował głównie poza granicami aglomeracji. Polował na migrujących z niej i obok niej, głównie do mitycznego Rezerwatu Podlaskiego wylęknionych beeli, niosących tam bez wyjątku, oprócz wyposażenia i zapasów, dziesiątki kilogramów uciułanego latami srebra, czasem też złota. Trzecim zaś, najcenniejszym dla łódzkiego kadrowca dzikim stalkerem stał się jakiś czas temu Jurek. Legendarny, aczkolwiek uznawany w świecie czipów za zmarłego, łódzki poszukiwacz wszechczasów. Obecnie mieszkaniec piwnicy na Teofilowie  i cichy przyjaciel ostatnich łódzkich chrześcijan.

***

Niedługo przed ostatecznym resetem, w końcówce 2016 roku, zapewne niechcący, grupa holenderskich prawników przy okazji egzegezy sądowego wyroku, darującego wolność migrantowi-islamiście „z powodu wyznawanych przez niego wartości”, mimo brutalnego zamordowania przez niego przypadkowego geja – Holendra,  odkryła i ujawniła zbaraniałej publiczności prawdziwą istotę nadchodzącego Nowego Światowego Porządku – radykalizujący się w szybkim tempie zachodni piewcy wszelkiej wolności – od seksualnej, przez aborcyjną, po eutanazyjną, dla wielkich tego świata nie są już wcale najważniejsi. Stanowią wyłącznie wykorzystane już i zużyte do szczętu narzędzie, niczym stępiony łom w rękach włamywacza. Swoją część roboty zrobił, rozpruł społeczeństwo tradycyjnych wartości, a zatem i same fundamenty dawnej siły Zachodu i moralnego oporu jego mieszkańców, a teraz, by dokończyć robotę, trzeba go zastąpić czymś potężniejszym. Co też i uczyniono, najpierw milionami importując do libertyńskiej Europy imigrantów ze skrajnie i jawnie wrogiego jej kręgu kulturowego, a potem, gdy i oni już zrobili swoje, brutalnie się ich pozbywając, kiedy tylko rozbuchał się światowy kollaps, ostatni element od dawna szykowanej układanki.

Po co? Okazało się natychmiast gdy już najostrzejszy kryzys się wypalił: po to, by móc dotychczasowe społeczeństwa rzeczywiście wolnych ludzi, bez żadnego ich oporu definitywnie zastąpić ich okrutną, odhumanizowaną parodią – pozbawionymi kulturowych fundamentów, trzymanymi pod informatycznym butem masami nowoczesnych niewolników. Oczywiście wyłącznie dla ich dobra. Ludźmi, których ekonomiczna wartość, w przeciwieństwie do poprzedników, nie tylko stała się wreszcie możliwa do przeliczania wprost na pieniądze, ale którzy po zaczipowaniu automatycznie zmienili się sami w jej bezpośredni nośnik. Podlegając za sprawą systemu wszczepek nie tylko, jak niegdyś ich przodkowie z czasów „pierwszego łomu”, eugenicznej selekcji przed urodzeniem, ale i selekcyjnej eutanazji w trakcie życia, jeśli tylko ich indywidualna przydatność spadłaby poniżej z góry ustalanego progu. Nieważne, że podstawa nowej społecznej piramidy okazała się po kryzysie przejściowo znacznie mniejsza. Z czasem się odtworzy. Za to władza anonimowych władców marionetek, ludzi z samego szczytu, wreszcie stała się niepodważalna i wieczyście absolutna. W ten właśnie sposób dla nosicieli wszczepek, pozbawionych wszystkich niepotrzebnych przykazań poza jednym: „Kochaj czipa swojego jak siebie samego, bo TYŚ jest czip!”, niewola i wolność przestały wreszcie stać na antypodach.

Że moja wszczepka nie działa, spostrzegłem miesiąc po przeczytaniu zawierającego powyższe rozważania cienkiego podniszczonego dziełka pod pretensjonalnym tytułem „Piąty jeździec Apokalipsy”. Znalazłem je poza Strefą czipów, w opuszczonym mieszkaniu, podczas odsuwania od ściany porzuconej i zdekompletowanej biblioteczki. Pełnej „nawiedzonych” broszurek wydawanych w śladowych nakładach tuż przed i tuż po rozpoczęciu się kryzysu przez rozmaite kanapowe sekty i stronnictwa. Pierwszy błąd: zabrałem książeczkę do siebie. Drugi: przeczytałem ją. Trzeci: pół żartem opowiedziałem o wrażeniach z lektury Włodkowi, ówczesnemu serdecznemu kumplowi, stalkerowi z łódzkiej grupy Polfinu. Przypadkiem lub nie, kilka tygodni później, po powrocie z kolejnego czesania dalekiego przedmieścia, kiedy już zdałem służbowy wykrywacz, broń i znalezione srebro i wyszedłem z biura odsapnąć do siebie, spostrzegłem ze zdumieniem, że nie mogę uruchomić samochodu, potem – wejść do własnego mieszkania, a w końcu nawet dostać się do sklepu. Moja komórka, jak wszystkie urządzenia telekomunikacyjne czipów ściśle powiązane ze wszczepką, przestała działać, a przypadkowo spotkany na ulicy znajomy z policyjnego patrolu, zanim odwrócił się obojętnie, rzucił mi tylko jedno zdanie: – Wypad z miasta, beelu, bo jak jeszcze raz zobaczę pod Siecią, to cię, ścierwo, rozwalę.

***

Spłacając dług moim beelom, nadal robiłem rajdy pod Sieć, regularnie dostarczając im lekarstwa i odżywki. Bez problemów udało mi się to tylko raz. Za drugim razem automatyczny monitoring miejski nie dał się oszukać i ze śródmiejskiej ulicy zgarnął mnie właśnie Włodek. Tylko po to, by trzymając pod bronią w swoim służbowym aucie, przedstawić krótką propozycję: albo co miesiąc dostarczam mu dziewięćdziesiąt procent tego, co wykopię poza Siecią, ale nie mniej niż czterysta porcji, albo najpierw cała „moja” komuna chrześcijan-beeli ulega natychmiastowej eksterminacji, z dziećmi włącznie, a dopiero potem to samo stanie się ze mną. Zginą także wtedy, gdy jemu coś się przytrafi, albo ja ucieknę z miasta.  Zanim drań podwiózł mnie wówczas na granicę Sieci, przekazał mi nowe wykrywki i jednokierunkowy pager. Z góry wiedział, że się zgodzę.

Polecenia na pager przychodziły rzadko. Lecz oto podstawowa smycz od ponad sześciu lat łącząca mnie z personalnikiem łódzkiego Polfinu, toporne poresetowe urządzenie o ograniczonej funkcjonalności, znów zawibrowało. Właśnie w chwili, kiedy odpoczywałem w podziemnej kryjówce na Teofilowie, pożerając zawartość jednej z przywiezionych puszek. Na ekranie pagera pojawił się kilkuzdaniowy tekst:

„Do końca lipca 33 tys. porcji. 300 kg Ag. Albo 15 kg Au. Zostawiasz w skrytce, potem wracasz pod Sieć, do stolicy, na czystych papierach i nowej wszczepce. 10 proc. dla ciebie. Jak nie, twoi przyjaciele z ul. Romera żywcem jadą do spalarni. Ty zaraz potem”.

Napis zamigotał i znikł, jak zawsze. Co mogłem zrobić? Większość latami gromadzonych zapasów posiadanego srebra i złota dawno już wydałem. Zgarnąłem ucieczkowy plecak, broń, kilkadziesiąt pozostałych rulonów filharmoników i po sprawdzeniu okolicy wyszedłem z bloku, przemieszczając się najpierw tunelami, a potem pod osłoną ruin i roślinności w stronę komuny beeli.  Wiele wskazywało, że przynajmniej jedno udało się nam zachować w tajemnicy: że i ja, i oni, od kilku lat przygotowywaliśmy się na taką ewentualność, stopniowo kupując od czipów, gromadząc i ukrywając na podorędziu sprzęt, żywność i niezbędne wyposażenie. Na szczęście Polfin nie miał dostępu do satelitów obserwacyjnych – prawie wszystkie dawno już spadły, a na nowe nikt na świecie nie miał kasy. Teraz, jeśli chcemy przeżyć, musimy natychmiast wyruszyć z Łodzi na północny wschód. Pieszo, z zaskoczenia, zanim Włodek powiadomi zabójców. Że uruchomi ich najpóźniej jutro, nie było wątpliwości. Trzy lata temu chciałem z nim zerwać układ. Następnego dnia wieczorem  czternastoletni chłopiec, jeden z „moich” beeli, został na Teofilowie ostentacyjnie zastrzelony z dystansu przez cyngla Włodka. Potem już nie próbowałem.

Beele mi wybaczyli, ale ja do dziś niemal co wieczór piję, by w ogóle móc zasnąć. To wtedy zaczęliśmy po cichu szykować się do ewakuacji. Ostatnio, widząc co się dzieje z gwałtownie rosnącym kursem porcji, przyspieszyliśmy.  Kruszcowy system walutowy też już robił bokami i zwiększenie wymagań przez Włodka wydawało się tylko kwestią czasu. Spanikowane bydlę! Trzysta kilo w miesiąc? Bzdura, niemożliwe.  Niezapowiedziany exodus szanse też ma niewielkie, ale i tak stanowi lepszy wybór niż miesiąc rozpaczliwego miotania się, a potem śmierć.

Wyszliśmy z Łodzi tuż przed północą. Przed nami rozciągała się cała reszta peelu, centralnej i wschodniej Europy oraz naszego życia. Dziko, groźnie i pusto. Bezludne ruiny zarastające lasem, lasy porastające krzewami poszycia, dawne pola pokryte sporymi już samosiejkami, od dawna nieregulowane rzeki, wycinające sobie każdej wiosny nowe koryta. Odradzająca się dzika zwierzyna. Każde dziewięć na dziesięć kilometrów kwadratowych dawniej gęsto zaludnionego kraju niczym z przedresetowych telewizyjnych produkcji o świecie bez ludzi.

Poza plecakiem i bronią z jednego z depozytów, uniosłem z Łodzi, w kieszeni na piersi, amulet: tamtą szczęśliwą porcję. Nic szczególnego. Moneta jak moneta. Trzy centymetry średnicy, rant na obrzeżu, z jednej strony orzeł bez korony, data 1974, z drugiej mapka dawno zapomnianego przez ludzi i Boga, na wpół już legendarnego kraju. I wybity wewnątrz skrót: PRL.

Koniec

Komentarze

znaki: 60084

Dystopia dystopią, ale chyba musisz jednak skrócić ją o kilkadziesiąt znaków :) 

 

Wilku zimowy, dzięki. Licznik worda pokazywał że jest OK. Przyciąłem . A teraz?

 

Właściwie mógłbym napisać to samo, co pod poprzednią wersją. Infodump infodumpem infodumpa pogania. Jako wstęp do książki by się nadawało – Zajdel, Weber i Clancy mi się przypominają, a i przy ponad dwustu stronach mam najczęściej gwarancję, że po pierwszym morzu informacji autor będzie mógł skupić się na akcji, rozwoju postaci itd.

Krótka forma niestety nie daje ani gwarancji, ani sposobności. Tekst to jeden wielki opis świata i niestety dodatki fabularne niewiele wpłynęły na jego odbiór. Stosujesz od groma “tell”, ale strasznie mało “show”. Egzekucje ludzi bez czipów? Pokaż mi jakąś. Historia świata? Może niech bohater przegląda album albo jakieś pamiątki i mówi o tych wydarzeniach poprzez powiązanie osobiste? Bo prawdę powiedziawszy jedyne rzeczy, jakie pamiętam z tego, co tu napisałeś, to te związane z gospodarką (złoto i kruszce – fajnie pokazałeś czarnorynkową wymianę, to i w pamięć zapadła) oraz te, co mi się skojarzyły albo ze “strachami na Lachy”, albo z innymi dziełami.

Podsumowując: pomysł masz fajny, zwłaszcza motyw na apokalipsę ekonomiczną i kontrolę kruszców. Ale w tej krótkiej formie, przeładowanej infodumpami, mnie nie pociągnęła. Za mało “show”, za dużo “tell”. Bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zajdel, Weber, Clancy… Nie wem czy wiesz, co tak naprawdę właśnie zrobiłeś, niezależnie od intencji… Bo , chcąc nie chcąc, tym samym obdarzyłeś i moje opowiadanie, część dużej, gotowej całości , pomimo zmian dostosowujących je do wymogów konkursu, NAJWIĘKSZĄ MOŻLIWĄ pochwałą i komplementem! Jestem Ci wdzięczny, naprawdę, za takie, jak widzę najzupełniej poważne porównanie! Bo dziełko z pełną premedytacją tworzyłem takie, jakim jest. Dzieło również. Dziękuję!

 

Cóż, z pewnością mogę pogratulować bardzo porządnie napisanego tekstu. Być może jakiś bardzo uważny czytelnik wychwyci jakieś błędziki czy niezręczności, ale ja, czytelnik mocno przeciętnie uważny, nic takiego nie zauważyłem. Fakt, było sporo kolosalnych zdań, które podzielilbym kropkami, ale to pewnie kwestia stylu.

Pogratulować również kompleksowej, bogatej i przemyślanej wizji.

I w zasadzie tyle.

Bo jako pełnoprawne opowiadanie rzecz sprawdza się raczej średnio. Ja tu widziałem jakiś program dokumentalny, w którym prowadzący redaktor inscenizuje krótką scenkę pod supermarketem, a potem wsiada na rower i jedzie, opowiadając swoją wizję na temat: Jak mógłby wyglądać świat za dwadzieścia pięć lat, gdyby po 2008 sprawdziły się najgorsze z możliwych scenariuszy. Jedzie i gada, a w tle przewijają się cyfrowo generowane obrazy na wpół opustoszałego i zruinowanego miasta. Ze dwa razy rzecz przerywają teatralne, aktorskie scenki w stylu "Sensacji XX wieku", a potem facet dalej pedałuje i gada.

Być może to ciekawe, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Ale literacko – niezbyt.

Z kolei jako pierwszy rozdział powieści, też słabo. No bo po co, u licha, czytelnik miałby dowiadywać się tego wszystkiego już na początku? Nie lepiej informacje na temat zasad działania przedstawianego świata powoli i konsekwentnie wplatać w fabułę? Gdyby początek powieści miałby mieć zbliżoną formę, odniósłbym wrażenie, że autor obawia się tego, iż czytelnik natychmiast zacznie wyszukiwać i kręcić nosem na ewentualne nielogicznosci i błędy w obrazie rzeczywistości, więc naści – walnijmy mu wszystko od razu, żeby przypadkiem nie miał się do czego przyczepić. Różnica między Twoim tekstem, a tekstami przywołanych przez NWMa autorów polega na tym, że mimo stosowanych przez nich infodumpów, nie nudzili. A twój tekst niestety okropnie mnie zmeczył. 

Czyli – prezentacja pomysłu – znakomita. Opowiadanie, czy nawet fragment – słabo.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nieszczęście współczesnej literatury, wynikające z upadku cywilizacji Zachodu, polega także na tym, że uczy odbiorców mylenia tweeta z opowiadaniem, bockbustera do lat 12 z powieścią, a historii przedstawionych na piśmie – ze slapstikowym naparzaniem się tortami. Tyczasem życie jest właśnie takie, jak opisałem w martwym polu: długie okresy niczego, tkwienia w kontekście, wspomnień, pozornie zwyczajnych czynności,przerywane krótkimi epizodami akcji. W zwiiązku z nałogiem zmieniania wszystkiego, także literatury, w nawalankę, najlepiej piąchami, spojrzałem na moją bibliotekę: 90% noblistów nie przeszłoby testu opartego na kryterium "dziania się". Podobnie niemal wszyscy autorzy piszący przed 1980 rokiem .Osobiście jestem przerażony infantylizacją sci-fi.Coraz częściej zastanawiam się, czy dziś Lem przeszedłby test Poczekalni..;)

 

Sorki za literówki, moja klawiatura w telefonie jest za mała na mje paluchy:)

 

Cóż, mimo, ze rynek wygląda teraz oczywiście inaczej, niż niegdyś, mam wrażenie, że ilościowy stosunek perełek do chłamu specjalnie się nie zmienił :-) 

Zastanawiam się też, czy dość powszechne twierdzenie, że "niegdyś to się pisało" nie wynika w dużej mierze z tego, iż zanim na początku lat dziewięćdziesiątych nie zalano Polski anglosaskim badziewiem, wydawało się jedynie co lepsze rzeczy, bo na chłam po prostu szkoda było papieru i farby drukarskiej :-) 

Ale, wracając do Twojego tekstu – nie zrozum mnie źle, nie krytykuję go za brak akcji, nawalania piąchami, czy gąb utytłanych tortem. Chodzi głównie o proporcje. Czterdzieści stron nieustannej rozwałki zmeczyloby mnie równie skutecznie, co Twoje opowiadanie. Wzięty z półki noblista może przez połowę książki opisywać kolor czyjejś duszy, Clancy poświęci cały rozdział na szczegółowy opis awarii łodzi podwodnej, a u takiego, nie przemierzając, Dukaja (jak ładnie określił to bodajże Zalth) przez pięćdziesiąt stron facet czyta gazetę. Rzecz w tym, że to wszystko jest napisane w sposób, który powoduje, iż czyta się z zachwytem. U Ciebie styl jest porządny i poprawny, ale nic poza tym. Dlatego, jak napisałem wcześniej, tekst przypomina dokumentalną relację, nie opowiadanie. Dlatego warto byłoby go urozmaicić fabularnie. Albo emocjonalnie.

Pierwszego rozdziału powieści w takiej formie też nie chciałbym otrzymać. To w sumie nic innego, niż ekstremalna wersja mapki i kalendarium wydarzeń, z pierwszych stron różnorakich "dzieł" fantasy.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Moi przedmówcy maja częściowo rację, ale ja pamiętam poprzednia wersję. I ta jest lepsza. Faktycznie, dużo czasu poświęcasz na wprowadzenie i dokładny opis wymyślonej przez siebie wizji alternatywnej, ale już zaczyna rysować się jakiś dalszy ciąg. Może kolejny rozdział z fragmentami życiorysu głównego bohatera byłby lepszy, bardziej wciągający, ale nie przesadzaj z przeróbkami ;) I tak szybko przeredagowałeś cały, obszerny tekst, tak naprawdę niewiele z niego ujmując, a jednocześnie dodając kilka scenek.

Spoilery

Co do fabuły. Wizja rozbudowana, oparta na twardej walucie (srebrnej ;), całkiem prawdopodobna, ale… Wyginięcie 90% cywilizacji raczej pociągnęło by za sobą upadek cywilizacji, a Ty sugerujesz że władza tylko bardziej uciska ludność, zmienia się rozkład finansów, banki wykupują wszystko, duże firmy padają, inne przejmują rynki. Brakuje surowców, ale monitoring, chipy, pełna inwigilacja się zaostrza, chociaż nawet satelity już nie funkcjonują, a nie ma widoków na instalację nowych na orbitach. Z drugiej strony najgorszą karą jest wykluczenie, dezaktywacja chipa. Wydaje mi się że korzystniej jest monitorować elementy wywrotowe. Trochę to sobie zaprzecza. Znajdywanie zakopanych, ukrytych skarbów, to trochę kiepski sposób na utrzymanie, a kompletnie nie rozumiem jak rząd może z tego czynić źródło dochodu państewka, z wyliczonymi normami miesięcznymi. W przypadku wydobycia, kopalni kruszców, miało by to większy sens. Rozumiem zanieczyszczenie, degradację środowiska, ale i tak wieś z większymi możliwościami uprawy, hodowli, łowiectwa, zbieractwa, ma przewagę nad miastem skazanym na dostawy żywności ze wsi właśnie. Kupowanie żywności w marketach? No nie wiem, raczej wymiana żywności ze wsi na dobra inne z miasta.

Tak naprawdę do każdej wizji postapokaliptycznej można się przyczepić i wysnuwać własne wizje, ale, jak to już uzgodniłem z Bemik przy jej “Nie wierzę w anioły”, każdy ma taką apokalipsę jaką sobie wymyślił ;) A Twoja swoją odmiennością może zainteresować. Pozdrawiam.

A możesz powiedzieć, co dopisałeś? Bo nie chce mi się czytać wszystkiego.

Babska logika rządzi!

Niestety, nie mogę. Bo dopisałem sporo (kilka wątków), równie sporo wyciąłem, a przede wszystkim uporządkowałem wwnętrznie, żeby moduły się nie powtarzały i nie dublowały. Właściwie w sporej części inny tekst, mimo znanych Ci treści .​ A nie tylko podopisywanie. Pozdr.

Enderku, dziękuję za leturę i uwagi. Pierwsza – kruszce jako zabzpieczenie systmu walutowego i pieniądza: Przy nielicznej populacji, po krachu dzisiejszego systemu pieniądza bez pokycia, opartego jedynie na długu, jedyna opca. Już dziś się np. Chiny, do tego ostro szykują, to najważnijszy powód narastającego ich konfliktu z USA.Bo dla USA koniec dolara jako światowej waluty rezerwowej (tzw petrodolar), to koniec jako mocarstwa. To tak w skrócie.Rzy małj populacji, kontrolaludności rozproszonej jest niemożliwa to główny pwód jej skupienia w miadtavh, choć jst i drugi: Spróbuj utrzymać 10-procentami obecnej ludności Polski cjoćby jej obecne drogi, koleje, energetyki przmysł wydobywczy równocześnie. Nie dasz ray. Za małe tzw ciśnienie demograficzne, utrzymanie cywilizacji możliwe będzie albo wyspowo, albo w ogóle. Teraz satelity :bez stałego korygowania orbity (paliwo!), one spadają. Po prostu. Kontrola bez nich: Uż naziemna sieć komórkowa 4 g to umożliwia. Ale znów: Mało ludzi do obsługi, by działała wszędzie. Kopalnie krusców: Srebra są już dziś wyczerpane, podobmie większość złóż miedzi. Wiesz ile energii zużywa kghm? Odzyskujący w Polsce 1200 ton srebra rocznie przy okazji rafinacji miedzi? Ile trzba ludzi, by zabezpieczyć jego produkcję oza samym kghm/ Tylko przy zredukowanej populacji, komu tyle miedzi będzie w ogóle trzeba? A tymczasem nie uruchomsz instalacji kghm częściowo. Tak jak większości innych faryk, one są już zarojektowane na konkretną wielkość produkcji, dla konkrtnej liczby odbiorców, albo w ogóle. To dlatego niezbędne jest wyspowe skoncentrowanie ludności i ich ścisła kontrola. Żeby nie marnować ludzi na dublowne lementy produkcji i infrastruktury. Teraz wieś: To dziś taka sama abryka jak np. Kghm. Czy wiesz np, że rolnicy na CAŁYM świecie kupują co roku wyłącznie licencje na ziarno siewnejak t licencje naprogramy do kompa? I żeto ziarno daje BEZPŁODNE rośliny w większości? Bo tak zaprojektowały je dosłownieTRZY światoe koncrny? Że to ziarno wydaje rośliny które bez stałych oprysków środkai tych samych orporacji ni dotrwa do plonów? A innego ziarna JUŻ NIE MA! Dziś utrzymać się po wybuchu kryzysu na wsi byłoby jeszcze trudniej niżna wsi. I tak dalej. To napawdę spójny i jedyny logiczny świat cywiizacji zredukowanej demograficznie. Dlatego nieco śmieszą mnie pomysły na postapo zakładające rozproszenie populacji. To se ne vrati, przy dzisiejszym skompliwowaniui synergii sydtmów. Czy np wiesz, (tak na koniec), że wszystkich samolotów na Ziemilata już tyle, żenie mają jak wszystkie naraz wylądować? Bo zabraknie miejsca na lotniskach? Albo, że kluczowr części do twojeo kompa czy tv robią dosłownie TRZY faryki na świcie, i wszystie w Aji? Zerwij systermy ifrastrukturalne i łańcuchy dostaw, a się zdziwisz;).pozdr.

Aha, błbym zapomniał, ni zauważyłeś, że w opowiadaniu nie ma rządu (a raczej jest gdzieś daleko), a na dole zastępują go bandyci?;). I znów potęga researchu: Za Stalina złoto wydobywali na Kołymie WYŁĄCZNIE łagiernicy. Wiesz jaką mieli normę? Nawet kilka ilogramów dziennie złotego piasku na kilkuosobową brygadę przy prymityenej płuczce. Nie wydobyli, nie dostali tego dnia chleba. 200 gramów na łeb. Więc co do kruszców jakozabezpieczenia systemu walutowego: Im więcej ich centralnie w skarbcach, jako zabezpieczenia waluty wirtualnej, tym więcej tego pieniądza wirtualnego na kontach u cipów oraz w gospodarce.A paradoksalnie, to działa. Cała rewolucja przemysłowo tevchnlogiczna, aż po lata 40 XX wieku wyrosła i odbyła się WYŁĄCZNIE na pieniądzu kruszcowym, ak naprawdę.Poczyaj o onfiskacie złota przez Rosevela. I pomyśl, po co, wcześmie, Hizpanii byli konkwistadorzy, a Anglii Indie itd Oraz korsarze;).

Psiakość, pisanie na smartfonie to masara jakaś, sorki za masę literówek.

Nie lubię dwa razy czytać o tym samym, ale cóż, skoro tak wyszło, powściągnęłam niechęć, przeczytałam i muszę powiedzieć, że nie żałuję, bo ta wersja Martwego pola rzuciła więcej światła na sprawy, o których w poprzednim opowiadaniu ledwie wspomniałeś. Zwłaszcza dokładniej przedstawione koleje losu bohatera pozwoliły mi lepiej zrozumieć motywy jego poczynań, a zakończenie stało się bardziej zrozumiałe. I choć mam świadomość, że właściwa opowieść dopiero nastąpi, wstęp do niej okazał się całkiem niezły.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo nie chciałbym wycofywać się z decyzji o postawieniu opowiadania na bibliotecznej półce. ;)

 

do­zwo­lo­nych im dziel­nic i tras.A sy­gna­ły z ich wsz­cze­pek… –> Brak spacji po kropce.

 

kiedy Ro­sja­nie wzie­li stro­nę Hin­du­sów… –> Literówka. 

 

oto­czo­ny z tego po­wo­du czuj­ni­ka­mi i dro­na­mi – sa­mo­bój­ca­mi… –> …oto­czo­ny z tego po­wo­du czuj­ni­ka­mi i dro­na­mi-sa­mo­bój­ca­mi

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy, bez spacji.

 

ko­bie­tę w przy­po­mi­na­ją­cym dres dwu­czę­ścio­wym kom­bi­ne­zo­nie. –> Kombinezon jest z definicji jednoczęściowy.

 

dwój­ka dzie­cia­ków ma po 40 stop­ni… –> …dwój­ka dzie­cia­ków ma po czterdzieści stop­ni

Koniecznie słownie, albowiem te słowa zostają wypowiedziane.

 

Co więk­sze drze­wa w więk­szo­ści wy­cię­to na opał… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wie­lo­let­ni świa­to­wy kry­zys , przy któ­rym… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

przy­dzia­ło­wą broń –przed­re­se­to­we­go sig sau­era 226… –> Brak spacji po półpauzie.

 

może więc dla­te­go tak od­wa­zny. –> Literówka.

 

– Do pro­cen­ta mie­sięcz­nie, wiemy. – za­ri­po­sto­wał Maks. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Beele – stal­ke­rzy to tylko le­gen­da… –> Beele-stal­ke­rzy to tylko le­gen­da… 

 

cie­szy­ły się ja­ko-ta­ką swo­bo­dą… –> …cie­szy­ły się ja­ko ta­ką swo­bo­dą… 

 

Po­lo­wał na mi­gru­ją­ce z niej i obok niej, głów­nie do mi­tycz­ne­go Re­zer­wa­tu Pod­la­skie­go wy­lęk­nio­nych beeli… –> Po­lo­wał na mi­gru­ją­cych z niej i obok niej

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rybak, dziel akapity, bo takie jak są teraz bardzo, ale to bardzo utrudniają czytanie. Jeden jest nawet na 2500 znaków.

Regulatorzy, wilku, dziękuję za uwagi. Skorzystam niezawodnie. Regulatorzy – niestety nie zmieści mi się gotowy opis wyprawy pod sieć, w ramach retrospekcji głównego bohatera. Ale kiedyś (mocno w to wierzę:), czytając całość, zdziwisz się, co tam grają w kinach;). Oraz ile przystanków jest od pętli do pętli:D . A także co i dlaczego, oprócz wajchy do przestawiania torów, noszą ze sobą tramwajarze. Dziękuję za samozaparcie przy lekturze tudzież za nominację.

Rybaku, z tym samozaparciem to chyba nie należy przesadzać – ot, się podoba, to się czyta. ;)

Dodam jeszcze, że ujęło mnie umieszczenie akcji w Łodzi. Mam też nadzieję, że może kiedyś będzie mi dane poznać dalsze losy Jerzego i grupy z którą wyruszył.

No i cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uwaga, spoiler: Dlsze losy grupy wynikają z już zaznaczonych danych (patrz: skład szajki Włodka;). Dzieje się!

Nie lubię Włodka.

Czy to znaczy – skoro powinnam wszystko wiedzieć z tego, co już przeczytałam – że dalszego ciągu nie będzie? :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uwagi, Rybaku, jeszcze pewnie będę miał, na razie jestem w jakiejś 1/5 tekstu :-) Musiałem się oderwać do innych spraw, ale wrócę do czytania.

Będzie, i to jaki!:))) Ale straty muszą być. Jak nie w sprzęcie, to w ludziach.;)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

Kwestia estetyczna: wycentruj gwiazdki i bardziej oddziel od tekstu.

 

Skoro nie chcieli w nim być, albo sam

Bywa, że masz napisane: pod siecią, a później, częściej: pod Siecią

Jak dla mnie trochę niekonsekwentnie stawiasz przecinki. Porównałam np.:

W nowym wspaniałym świecie

pustego kilkunastopiętrowego budynku.

obca wychudła, zrozpaczona twarz o płonących, podsinionych oczach

 

W niewielu co bardziej urodzajnych ← dwie spacje

i powiedział krótko: – Wystarczy. ← wypowiedź od nowego akapitu

że niby zniszczenia w transporcie, albo skażone.

przerywanego oficjalnym ideolo. Oficjalnie w moim ← dwie spacje

fantazjują, rzecz jasna, o odnalezieniu ← jw

W okresie(+,) w którym upadek cywilizacji spowolnił

rozszerzenia planowania, a więc właśnie ← dwie spacje

Ruszaj dupę, albo cię wymienimy!

poza strefą czipów, w opuszczonym ← dwie spacje

zabójców. Że uruchomi ich najpóźniej ← jw

 

Niekonsekwentnie zapisujesz liczby. Mogę usprawiedliwić zapis cyframi ze względu na specyfikę tekstu (choć nie wiem, czy zgodziłby się na to korektor), ale niech będzie konsekwentny, a w tekście mamy np.:

Trzysta kilo srebra w miesiąc?

300 kilo czystego Ag

 

Komentarz o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dziękuję. :) Poprawki naniesione.

Naz, co do tekstu sms-a na pager – świadomie cyfry w nim stąd, że “w naturze” piszemy takie teksty maksymalnie skrótowcami przecież :)

Dobra, dałam zły przykład :P Ale cyframi zapisujesz np. tu:

bez przekraczania indywidualnego limitu 155,5 grama Ag, po “słupach”, biedniejszej rodzinie.

 

Zwróć jeszcze uwagę na ujednolicenie zapisu wieku, bo masz:

XXI-wiecznych ewaporowanych

XXI wiecznego czyśćca

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Oki.

Zaczęłam czytać już jakiś czas temu… I dzisiaj dokończyłam. Dodałabym chyba więcej dialogów, ale ogólnie mi się podobało. Interesująca wizja przyszłości. Oczywiście zawsze można by się przyczepić jakiś logicznych usterek, ale ja nie lubię się czepiać :) I chyba logika to moja nie najsilniejsza strona, więc jak dla mnie treść jest jak najbardziej w porządku, a nawet musze napisać, że dodatkowo doceniam ją za oryginalność.

I ja jeszcze oprócz gwiazdek wyodrębniłabym jakieś podrozdziały, by zwiększyć przejrzystość tekstu, ale to jedynie moje odczucie. Poza tym bardzo porządnie napisane. Moim zdaniem dobry materiał na książkę.

Powodzenia w konkursie :)

Dziękuję;) . Książka w zasadzie już prawie, prawie… Ponad 500 tys. znaków. Teraz robię przerwę na przemyślenie i zaczynam redagować. Plus ew. skróty, przesuwanie, dopisywanie…:)

To trzymam kciuki za publikację :)

Tak na marginesie – za dwa lata ten system już zacznie działać w Chinach (punktowany tzw. System Społecznego Zaufania. Ludzie z niską oceną nie dostaną kredytu hipotecznego, nie poślą dzieci do dobrej szkoły, nie dostaną najlepszej pracy itd., a z czasem, kiedy sprawa się opatrzy, pewnie i zaczną trafiać do paki, albo… wylatywać poza system;) , a w Europie przygotowują się do jego wdrożenia Wlochy i Szwecja. Przy czym w Szwecji, gdzie prace są bardzo zaawansowane, to ma najbardziej przypominać opisywaną przeze mnie Sieć i czipowanie, bo obok systemu automatycznej punktacji, równocześnie przechodzą tam na pieniądz WYŁĄCZNIE elektroniczny, czyli obrót bezgotówkowy. Stawiam dolary przeciw orzechom (póki dolary istnieją, rzecz jasna;), że w Szwecji natychmiast pojawi się więc pieniądz nieoficjalny – i albo wejdzie tam faktyczna nieformalna dwuwalutowość (np. w niekoniecznie pożądanych do ujawnienia transakcjach ludziska zaczną płacić między sobą funtami czy dolarami), albo… zaczną obracać monetami bulionowymi (srebrnymi i złotymi). I tak oto życie szybko dorównuje rojeniom fantastów ;)

Hmm… Chyba rzeczywiście coś w tym jest, ja jednak wciąż mam nadzieję, że nie wszystkie rojenia fantastów się spełnią… ;)

Jeśli to rzeczywiście narodziło się z projektu powieści, to może trzeba było pisać powieść/mikropowieść, długie opowiadanie, a nie przycinać do konkursowej liczby znaków? Bo w tym skondensowaniu niezbędny (!) infodump (który chwilami przemienia się w ekonomiczny technobełkot, po części chyba też z powodu skondensowania) przytłacza narrację.

A pomysł mi się podoba, świat jest sugestywny i jakkolwiek jedyną styczność z czymś na pograniczu ekonomii miałam przy okazji zajęć z numizmatyki rozmaitej (przyznaję: była dla mnie najmniej zrozumiałym kawałkiem tych zajęć i do dziś na myśl o przeliczaniu wartości złotych monet z różnych okresów cesarstwa rzymskiego czuję dreszcz przerażenia), to ten infodump podany jest nader strawnie.

Poza tym jakkolwiek sam dystopijny podział społeczeństwa jest motywem ogranym, zdołałeś nadać mu nowy rys poprzez stworzenie sensownych ram socjologicznych.

Dla mnie na plus, ale z uczuciem niedosytu. Ktoś, kto napisał, że to wstęp do czegoś większego, miał rację. Ale udało ci się mimo to dać spójny kawałek akcji, któremu wprawdzie bardzo przydałoby się rozwinięcie, to jakoś tam broni się jako zamknięta całość.

Aha, lubię też takich bohaterów.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za tę opinię.

Owszem, to cześć większej, już napisanej, lecz nadal nie zredagowanej do końca całości, dwa skrócone rozdziały z gotowych jedenastu, wrzucone przeze mnie z premedytacją w charakterze testu czytelniczego. Chciałem przede wszystkim sprawdzić, czy ramy świata ciekawią i czy bohater może unieść całość. Stąd te skoncentrowane nadmiernie infodumpy; w książce są bardziej porozrzucane i zharmonizowane akcją. Mimo to spora część oceniających chciałaby więcej. To mnie cieszy, bo mogę teraz spokojnie zabrać się za ustawianie i katowanie własnego dziełka na poważnie.;), bez wyrzutów sumienia, że rodzinie niekiedy czas odbieram…

Pozdr.

Przeczytałem. Tekst jest dobrze napisany, nie przeszkadzały mi obszerne akapity ani długie zdania (z wyjątkiem kilku zgrzytających) – nie wypisywałem z braku czasu. Nie czytałem komentarzy innych użytkowników, więc nie wiem, na ile to, co zaraz napiszę już było.

 

Otóż, myślę, że dobrze by zrobiła tekstowi dramatyzacja tych wszystkich informacji. Czyli pokazanie tylko tego, co jest bezpośrednio ważne dla rozwoju głównej linii fabularnej i tylko w związku z tą linią, a więc losem bohatera – akcją opowiadania, bo jak na opowiadanie, zbyt wiele jest wolnego tła, które wisi i nie strzela, w przeciwieństwie do strzelby Czechowa. Taka forma reportażu ma swoje zalety, lecz przyznam, że dla mnie jest męcząca w takim wykonaniu. Narrator jest za mało wyrazisty językowo – mimo że poprawny – i przez to być może mi nie podeszło.

 

Podobał mi się opis czarnorynkowej wymiany. Gdyby reszta tekstu była podobna, nie miałbym nawet tych zastrzeżeń. A co do fabuły – mistrzem takiej wizji społeczeństwa jest dla mnie Skinner i jego “Walden Two” – dlatego, że on chyba nigdy nie zdał sobie sprawy, że napisał dystopię.

 

Myślę, że trafi do Biblioteki w swoim czasie.

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Marlow, dziekuję za lekturę i uwagi – są dla mnie bardzo cenne. W związku z tym, że opowiadanie jest cześcią większej gotowej już całości (pisanej przeze mnie rok z kawałkiem temu), stanąłem przed wyborem – daję w naznaczonej ramami konkursu objętości mniej akcji (bo ona jest), ale zawieszam ją w – znacznej mierze – informacyjnej próżni, czy komasuję dwa pierwsze rozdziały gotowej powieści, do rozbudowanego informacyjnie, właśnie tak trochę reportazowo-publicystycznie – opowiadania, zarzucając nieszczęsnego Czytelnika infodumpami. Pewnie nie do końca słusznie wybrałem to drugie, bo powieść bardziej przypomina narracyjnie jednak Limes Inferior pomieszaną odrobinęm jesli chodzi o realizm akcji – z Wojną Z, choć rzecz jasna jest (na razie, tylko na razie, bo pracę nad nią dopiero tak naprawdę zaczynam:) – znacząco gorzej napisana. Ale postanowiłem się postarać, w pierwszym rzucie, stworzyć najpierw wiarygodny świat – socjologicznie, ekonomicznie i technologicznie, a nawet ekologicznie, by wpisane weń losy głównego bohatera (bohaterów) – były jak najbardziej wiarygodne. Jak zapewne zauwazyłeś po moich opiniach pod rozmaitymi tekstami portalowymi – jestem maniakiem researchu ( swoisty rodzaj natręctwa;), więc stworzenie tych ram zabrało mi mnóstwo czasu, co stanowiło dla mnie, w chwilach wolnych (czyli w godzinach nocnych tak naprawdę) nawiasem mówiąc, świetną rozrywkę intelektualną, tym bardziej że równocześnie pisałem trzy utworki (dwie powieści i jedno rozbudowane opowiadanie-nowelę na ponad 120 tys. znaków). Druga powieść jest też prawie zrobiona, ale zabiorę się za nią znowu dopiero po dopieszczeniu tej, której częścią jest Martwe Pole. Nic na siłę, pisanie beletrystyki to dla mnie jednak (całkiem nowe) hobby, nawet jeśli to w istocie (czasami) potwornie ciężka praca;). W sumie, jak to na początku pisarskiej drogi, najprzyjemniejsze jest w tym dla mnie łapanie kolejnych nowych pomysłów i zapisywanie w puchnącym notesiku, na zaś :D

Pozdr.

Mało akcji, dużo wykładu. Przypomniała mi się stara polska fantastyka socjologiczna (Janusz Zajdel, Edmund Wnuk-Lipiński – tam było jednak więcej akcji ;) ), na której się zresztą wychowałem. Tyle że tamci klasyczni autorzy usiłowali dokonać analizy otaczającego ich autorytaryzmu (o proweniencji totalitarnej), natomiast dystopia “Martwego Pola” wydaje się być sztuką dla sztuki. Znowu mamy ukazanych “postępowców”, którzy najpierw doprowadzili świat do upadku, później zaś na jego gruzach stworzyli system będący parodią liberalnych idei. Przeciwstawieni im zostali chrześcijanie jako nosiciele tradycyjnych wartości. Do mnie jednak ta wizja zupełnie nie przemawia. Przypomina mi typową prawicową fantastykę typu “Requiem dla Europy” Pawła Kempczyńskiego, która jest karykaturą dawnej fantastyki socjologicznej. Przyznam jednak, że z zainteresowaniem zagłębiałem się w opisywany świat. Przypomniały mi się wrażenia, jakie miałem podczas lektury “Paradyzji” albo “Całej prawdy o planecie Ksi”. Tylko że to było dawno, natomiast (jak mi się wydaje) analiza obecnego świata wymaga innych narzędzi niż konstruowanie kolejnej totalitarnej dystopii.

Marcinie, Twoje porównanie jest dla mnie zaszczytem. Analiza obecnego świata wymaga odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: jak wygląda obecnie przepływ pieniądza. Cała reszta będzie tylko następczym logicznym uzupełnieniem:). Zachęcam do lektury całej powieści, która już spisana, a teraz zaczyna być przeze mnie ustawiana i redagowana, także dzięki uwagom rakin jak Twoja. Kiedy i gdzie? Wierzę że w ciągu dwóch lat góra. Gdzie? A kto pierwszy, ten lepszy ;)))

Takim a nie rakim! Klawiatura maluśka w smartfonie:D. Nawiasem mówiąc, przepływ pieniądza to domena analizy marksowskiej, gdybyś zapomniał;))). Tylko ona z całego Potworego Karolka się nie skompromitowała:).

2007 – wspominasz o wydarzeniu fikcyjnym czy autentycznym krachu na giełdzie, który miał miejsce w 2008 i po prostu się pomyliłeś?

Długie to i męczące. Miałem wrażenie, że czytam jakiś przewodnik, a nie opowiadanie. Mało akcji i fabuły, a za to natłok informacji w monstrualnie dużych akapitach. Opisałeś ciekawy świat w nieciekawy sposób. Szkoda, bo potencjał jest. Ale czytając, cały czasu tylko czekałem jak to się skończy. Mylę się, czy pojawiły się tu tylko dwa lub trzy dialogi? Rozumiem, że nie wszyscy lubią zbędne gadanie, ale bez przesady. Brakuje energii w tym tekście.

Ale z drugiej strony, opisałeś naprawdę ciekawe realia. Podobało mi się ekonomiczno-socjologiczne podejście do sprawy. Po prostu zgubiły Cię proporcje. Za dużo opisów, a za mało akcji.

Pozdrawiam!

 

P.S. Powinno być chyba “sig sauer p226”, a nie “sig sauer 226”. Nie znam się na broni, więc nie wiem, czy to robi różnice. Zrobisz z tym, co chcesz.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

2007 – Lehman… Wtedy tylko cud nas uratował;)

 

No pacz Pan! Nawet rybak może się pomylić. Ludzka pamięć jednak jest zawodna. Dzięki:). No to przyjmijmy, że w opowiadaniu Lehman padł rok wcześniej:))). Mógł? Jak pokazuje parę filmów – nawet powinien ;). Pozdr.

 

Przejrzałam jeszcze raz. Mam wrażenie, że się poprawiło, łatwiej zorientować się, o co chodzi, więcej fabuły. Ale to może być kwestia drugiego czytania i rozumienia więcej z tych samych literek.

Babska logika rządzi!

Dziękuję. To nie jest kwestia drugiego czytania, ale drugiego napisania z uwzględnieniem uwag ;)

Będę szczery – kiedy przeczytałem dość butny wstęp, najeżyłem się i odpuściłem. Wróciłem teraz w ramach uzupełniania konkursowych braków.

Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobało – konsekwentna wizja, klimat postapokaliptyczno-postpeerelowsko-postunijny, język zdradzający solidne podstawy rzemiosła. Widać niestety, że to większy zamysł skondensowany na potrzeby konkursu i to skondensowany nierówno. Dominują fragmenty opisujące funkcjonowanie i historię Twojego świata – ewidentnie dobrze się czujesz w takiej kasandrycznej publicystyce. W rezultacie bieżąca akcja zostaje zredukowana do minimum – i nie chodzi o to, że oczekuję fajerwerków, strzelanin i efektownych dialogów, tylko o to, że koniec końców tekst przypomina własne streszczenie, nieproporcjonalnie przygotowany szkic.

Język, jak pisałem, solidny, choć momentami przegadany. Np. w zdaniu:

No i w końcu pełne dronów-eksterminatorów i niewielkich stacji ich obsługi granice kraju i stref zastrzeżonych, z rzadka kopalnie i przetwórnie strategicznych surowców, w tym na nowo popularnego węgla, po przerobieniu przez czyjeś „zabłąkane” MIRV-y, diabli już dziś wiedzą – irańskie czy pakistańskie, kiedy Rosjanie wzięli stronę Hindusów,  najważniejszych przemysłowo-surowcowych centrów Rosji na wschód od Mińska Białoruskiego w postatomowy wygwizdów.

odpadłem w połowie (bo nie mam pojęcia czym są MIRV-y).

Jedna szczegółowa uwaga– pogubiłem się w scenie narady w tym prezydium. Bo nagle zmieniłeś perspektywę, a rozdział wcześniej zapowiadał raczej retrospektywę.

Podsumowując – rzeczywiście ciekawy, spójny świat, gotowy do rozwinięcia w większej formie, do osadzenia w nim prawdziwej historii w czasie rzeczywistym. Bo ciekaw jestem dalszych losów Jurka i jego beeli.

 

Coboldzie, bardzo dziękuję i za lekturę i za cenne uwagi… Po konkursie poprawię tu to i owo, zwłaszcza te kilka za długich zdań ;)

A MIRV-y to wielogłowicowe rakiety balistyczne.

Widzę, Rybaku, również po lekturze komentarzy i SB, że wyraźnie masz ciągoty i dryg do społecznych, politycznych, gospodarczych rozkmin. To fajnie. Dobrze Ci to wychodzi i nie ukrywam, że zainteresowałeś mnie swoją wizją. Ja jednak chętnie bym się temu przyjrzał w wersji LP, bo EP wyraźnie sugeruje (głównie we wspomnianej przez Cobolda nierówności wynikającej z kompresji) krojenie na siłę. Szkoda. Wyraźnie czuję, że Autor ma do omówienia z czytelnikiem o wiele więcej, i przekonany jestem o tym, że lepiej, pełniej i skuteczniej to zrobi w szerszej przestrzeni, bo wyraźnie takiej potrzebuje!

Ja też nie jestem zwolennikiem bezwzględnego stosowania zasad typu Show not Tell, uwielbiam eksperymenty ludzi z formą i sposobem przedstawiania treści, dlatego podoba mi się, że bronisz formy, bo sama w sobie jest OK, i dobrze się czyta tekst, ale… moja ciekawość chciałaby się przyjrzeć pełnemu przedsięwzięciu – ​tej wersji, po której Rybak rozsiada się wygodnie z założonymi rękami i bananem na paszczy, mrucząc: No… kurwa!

Tak czy siak, ja jestem zadowolony z lektury i dzięki za coś nowego, dla mnie przynajmniej (nie znam dobrze fantastyki, mam trochę braków ;)), powodzenia i pozdrawiam!

Majkubarze,dziękuję. Po Twojej opinii rośnie we mnie spokojna pewność, że Twoja ciekawość w końcu (ale – nie na końcu!;) będzie zaspokojona:D

 

Przeczytałam. Wstęp do powieści widzę bardzo wyraźnie, ale jako opowiadanie, już niekoniecznie. Przemęczyłam się, bo były momenty, które mnie zainteresowały, aby potem mnie znużyć. Bardzo lubię infodumpy i mam wysoki próg tolerancji dla nich, ale w Twoich się z lekka pogubiłam. I będzie bardzo subiektywnie – nie spodobała mi się Twoja wizja. Masz ciekawe zacięcie, ale kierunek w którym podążasz nie podoba mi się. I całkowicie się z nim nie zgadzam.

A wiesz że to orzeczenie holenderskich prawników jest prawdziwe, z naszego świata? Podobnie jak chipy wszczepiane i obrót bezgotówkowy w Szwecji? Nie zgadzać się z wizją– Twoje prawo. Ale z faktami…;)? Pozdr., dzięki za lekturę.

 

Akurat nie o wspomniane przez Ciebie kwestie mi chodziło ;)

Bardziej o Twoje podejście “kto, kogo i za co”. Nie ukrywam, że mam bliskowschodnie konotacje i nie za bardzo odpowiada mi Twoje podejście w tej materii. Jest pewna tendencja uznawania kręgów kultury bliskowschodniej, jak i środkowowschodniej za “straszliwie bestie”, które zniszczą europejską kulturę. Takie stawianie prostych granic mnie irytuje, bo niestety, wszystko ma drugie dno. Plus za to, że chrześcijaństwo też dostaje po głowie, ale nadal zbyt uproszczone – gdzie podział na katolików i protestantów? Od tekstu z Twoim zacięciem spodziewałbym się nieco większej głębi w tym punkcie. Twój opis bardziej przypomina grupy protestanckie, niż katolickie.

Podsumowując, nie zgadzam się, ponieważ oczekiwałabym więcej analizy, a nie kolejnej kalki o “zdziczałych europejskich muzułmanach” (fakt, miałam nieprzyjemność z mniej “bystrymi”). Ale jak w książce jest więcej… ;)

Tu nie chodzi o "złych muzułmanów", a o sterowaną odgórnie dekonstrukcję tkanki społecznej. Sposób może być dowolny, detonator i "łom" też, zależnie od kultury, którą chcemy rozwalić. Im bardziej "łom" niekompatybilny z ową, tym sprawniej to pójdzie.A co, nie zauważasz, że muzułmanie w Europie to taki sterowany z góry "łom"? Wrzuć do państw teokratycznie muzułmańskich 10-20 proc. fundamentalistów chrześcijańskich, zapewnij im całkowitą wolność i nietykalność tudzież stały socjal, i dostaniesz to samo. Fakt, że w teokracjach muzułmańskich to niemożliwe, nie zmienia tej reguły.

 

I właśnie o to mi chodzi, rybaku. W opowiadaniu tutaj nie jest to tak uwypuklone jak w Twojej wypowiedzi. Morał, dłuższy tekst, ekhem, powieść. A tak ogólnie, ciężko jest pisać z takim społecznym rozmachem krótszy tekst, potrzeba Ci przestrzeni (piję do poprzedniego zdania :)).

Bo ta opowieść dzieje się w Europie a nie w Arabii Saudyjskej, a w Europie to muzułmanie są niekompatybilni, nie zaś chrześcijanie. Proste? Proste.;)

 

I tutaj się zderzamy… tak to zostawię.

Można postawić nowy kościół katolicki w Arabii Saudyjskiej? Nie można. A w Europie nowy meczet? Można.

I tak to zostawię;)

Całkiem ciekawy tekst, ale moim zdaniem przegadany. Mnóstwo informacji, wiele długich zdań, to nie pomaga w płynnym czytaniu. Dodatkowo odniosłem wrażenie, że chciałeś na siłę zmieścić materiał na znacznie obszerniejsze opowiadanie w konkursowym limicie. Nie wiem, ile jest w tym prawdy. Napisane dobrze, ale momentami się gubiłem. Na szczęście zawsze wracałem na właściwą ścieżkę, więc to na plus. Ogólnie udane opowiadanie :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka