- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Istota dań kuchennych

Istota dań kuchennych

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Istota dań kuchennych

Prawda dla nieznających jej rzeczywistego bukietu amatorów dań rzadkich i poszukiwanych jawi się z wierzchu nudną, chłodną i szarą. A przy tym wnętrze jej odstręcza metalicznym i skłaniającym ku ostrożności posmakiem zimnych faktów, zazwyczaj niedogotowanych. Dokładnie ugarnirowaną i przykrytą grubą warstwą wyobrażeń i mitów, niewielu głodnych i spragnionych ma zatem chęć tropić i odsłaniać pośród półmisków kuszących pełnią potraw, skrzących się inwencją mistrzów, oszałamiających aromatem opłacanych złotem korzeni. Tym bardziej że po zdjęciu z niej warstw wyblakłych, zbitych, ziemistych, a nakładanych niekiedy pokoleniami, jakże często i tak okazuje się dla wielu trudna lub wręcz niemożliwa do strawienia.

 

U co wrażliwszych wywołuje bowiem znaczące skrzywienie ust, a po skosztowaniu – długotrwałe boleści kończące się atakiem niepohamowanego krzyku, albo przeciwnie – głębokiej milczącej melancholii. Kiedy jednak wreszcie znajdziemy siłę i odwagę, niezbędne by ją niechętnie spożyć i przyswoić – zostaje w nas na zawsze. Staje się nami, byśmy szukali jej odtąd z nieokiełznanym uporem, niczym świnie rozrywające gęstwę splątanych pośród ściółki korzeni w łakomej pogoni za chropawymi bryłkami wołających o odkopanie świeżych trufli i zapomnianych od stuleci kości.

 

Byśmy za jej sprawą zmieniali się w dziecko żmudnie wyłuskujące spod szczątków pierwszej nieudolnie rozmiażdżonej skorupy cierpkie jądro niedojrzałego włoskiego orzecha. A gdy w niej dorośniemy – w namiętnego gourmanda, masowego zabójcę dalmackich ostryg, otwierającego je w pośpiechu w poszukiwaniu im tylko właściwego fraktalnego smaku pewności i absolutu, z chrzęstem gwałcącego ich skalistą niewinność sztychem wąskiego ostrza kupionego na targu starzyzny od wyklętego brytyjskiego mnicha, by oddały w pokorze ostatnie ukryte tchnienie: pulsujący aromat wiecznego oceanu i słonych wodorostów…

 

Tylko kłamstwo, żeby mniej cuchnęło zgnilizną fałszu i obłudy, by miliony tłoczące się wokół stołu wyrywały je sobie gorączkowo z waz i salaterek, serwet, wspólnych kotłów i menażek, roznoszone do syta przez ustrojonych w krochmalone jednako fartuchy i kolumnowe czepce wychudłych podkuchennych, wydawane przez krzywo uśmiechniętych kucharzy o mocarnych ramionach, znających na pamięć gramatury słów, przemówień i pieśni, przepisy na kolejny narodowy bigos i mały przedpołudniowy coup d’etat – podaje się z reguły wściekle gorące. Uprzednio doprawione ostrym jadem pomówień dobytym z sekretarzyków ćwierćtajnych asystentów i półjawnych pretendentów do dożywotniego tytułu Wielkiego Kuchmistrza.

 

Serwuje się je w rwącym olśnione oczy, mieniącym się kobaltowymi barwami, krwistym, gęstym i pikantnym sosie z plastrów wiary suszonej w dymie stosów i bitewnych pogorzelisk, syconym pęczkami świeżo zebranego gniewu. By masy bez ociągania napełniały nim do syta brzuchy, kalety i kieszenie. By nieprzerwanie pasło ludzi, mury publicznych budynków i serwety z nadpalonych kart pergaminu, gazetowych i książkowych obwolut, wielkich płacht obwieszczeń oraz deklaracji, a także niepozornych świstków niosących w pośpiechu ciepłe jeszcze rozkazy masowych egzekucji. By mogło być dekadami opisywane przez poetów i sławione przez dziejopisów, a w końcu stało się pospolitą karmą nabywaną za grosze przez zabieganych właścicieli sług i domowego bydła.

 

Łatwo się je absorbuje, sny po nim lekkie. Nie wzdyma, nie męczy, nie uzależnia jak prawda, jest za to w pełni i do końca utylitarne. To, co po nim w obfitości pozostaje, hojnie użyźnia rosnące latyfundia władców, pyszne ogrody hierarchów i owocujące soczystą arogancją grządki ekonomów.

Koniec

Komentarze

Anonimie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie. Drabble musi mieć sto słów. Nie mniej i nie więcej.

Cóż, przesłanie utonęło w zawiesistym i ciężkostrawnym sosie ze słów, metafor i patosu.

 

Nie wzdyma, nie męczy, nie uzależnia jak prawda,

 

Z tekstu wynika raczej, że to kłamstwo uzależnia (By masy bez ociągania napełniały nim do syta brzuchy, kalety i kieszenie. By nieprzerwanie pasło ludzi…; Łatwo się je absorbuje, sny po nim lekkie.)

OK, jest esej na temat stosunku ludzi do prawdy i kłamstwa.

A gdzie tu fantastyka? Samo nagromadzenie metafor nie wystarczy.

Napisane niezgorzej.

Yyyy…

Zmęczyłam się. Dla mnie to za ciężkie, niestety :(

Uniwersalna treść wsadzona w trudny do przeczytania tekst. Nagromadzenie metafor męczy, bo właściwie takimi frazesami bombardują nas codziennie. Do tego przesłania morał, który chcesz przekazać, Autorze.

Napisane nawet-nawet.

Mnie się podobało. Metafory są konsekwentne i udało Ci się ładnie przekazać to, co chciałaś/eś, Anonimie. Nie powiem, że czytało się łatwo, zwłaszcza, przy nagromadzeniach zdań wielokrotnie złożonych, przy których nie mam pewności, czy chwilami nie brakło przecinków. Niemniej ogólnie, wrażenie pozytywne. 

Do mnie, niestety, nie przemówiło. Napisane ładnie i na pewno włożyłeś Autorze sporo wysiłku, żeby tekst wyglądał, jak wygląda, ale… no dla mnie wyszło “za bogato”. Za dużo metafor, zbyt rozbudowane zdania, przez co opowiadanie wymagało nieustannego skupienia, co na dłuższą metę było po prostu męczące.

Używając kulinarnej metafory – za dużo grzybków w tym barszczu ;)

Nie sądzę, żeby to było jakkolwiek fantastyczne, bardziej taka kolosalna zbitka metafor, jakiegoś rodzaju thinkpiece. No spoko, dobrze napisane, przyjemne, trochę szkoda, że aż tak luźne, mogłoby tam coś z czegoś wynikać na końcu…

Nowa Fantastyka