- Opowiadanie: Maciej_Sz - Myśli dnia ostatniego

Myśli dnia ostatniego

Witam,

 

chciałbym podzielić się z Wami moim opowiadaniem. Jest stosunkowo długie, więc jeśli uznacie, że czyta się niezbyt wygodnie to podzielę je na dwie części. Zastanawiałem się, czy nie zrobić tego od razu, jednak stwierdziłem, że spróbujemy w tej postaci. Proszę o info czy postąpiłem słusznie ;)

Postapokaliptycznymi tematami zainteresowałem się jakiś czas temu, głównie za sprawą Dmitrya Glukhovsky’ego i jego Metra. W końcu postanowiłem stworzyć własną historię rozgrywającą się w upadającym świecie. Jak wyszło, ocenicie sami.

Jest to początek mojej przygody z publikowaniem opowiadań, więc za wszelkie niedopatrzenia z mojej strony z góry przepraszam.

 

Pozdrawiam!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Myśli dnia ostatniego

Prolog

Obcy na ogrodzeniu

 

Niezależnie od pory roku wstawał przed świtem. Czas ten często ulegał zmianom, lecz starał się nie używać zegarka, wraz z całym, starym już sposobem określania godziny. Jednak mały przedmiot wciąż pozostawał założony na jego prawym nadgarstku – na lewym mógłby mu przeszkadzać przy naciąganiu łuku – i nie mógł się go pozbyć, czując doń zbyt wielki sentyment. Łączył go ze starym światem jak przekaźnik w czasoprzestrzeni.

Dlaczego więc, skoro już go nosił, nie używał go? Wiedział, że baterii starczyłoby mu jeszcze na bardzo długo, wolał jednak od razu przyzwyczajać się do nowego stylu życia. Przyswajanie jest przecież częścią ewolucji, a on musiał ewoluować.

Dlatego nie wstawał o piątej trzydzieści, lecz przed świtem – nim pierwszy brzask słońca rozświetlał nowy, wcale nie lepszy dzień. A każdy kolejny, aż do końca, miał być naznaczony nieustanną walką o przetrwanie. I w porządku… już dawno pogodził się z losem – lepiej było przyjmować każde jego podarunki i próbować go przebłagać, żeby się w końcu do ciebie uśmiechnął, niż złorzeczyć i biadolić, gdyż to tylko prowokowało go do rzucania kolejnych kłód pod nogi. Tę prawdę odkrył już dawno temu, jeszcze zanim wszystko się tak pochrzaniło.

Dzień zawsze zaczynał od serii ćwiczeń podtrzymujących sprawność fizyczną na określonym, narzuconym sobie poziomie. Nigdy nie przywiązywał dużej wagi do swojego wyglądu, lecz teraz siła mięśni była podstawą w owej sytuacji. Mył się co kilka dni, chodząc do niedaleko płynącej rzeki, bądź wykorzystując deszczówkę zbieraną przed domem. Golić również starał się przynajmniej raz w miesiącu. Nie wiedział, po co to robi ani dla kogo, ale i tej czynności nie chciał zaprzestawać. Kiedyś wmawiał sobie, że to dla innych, żeby nikt się go nie wystraszył przy spotkaniu, ale nie była to prawda – ludzi, przed, jak i po tym wszystkim, nienawidził jednakowo. Po ćwiczeniach przychodziła kolej na skromny posiłek – wszystko z jego ogródka, bądź upolowane podczas wypadów – który zawsze kończył w przysłowiowym biegu: ruszał na obchód.

Żeby przejść wzdłuż całego ogrodzenia, które otaczało jego teren, potrzebował nie więcej jak dwudziestu minut – znowu ten czas – musiał jednak sprawdzać je dokładnie, przez co praca ta wydłużała się niekiedy do dwóch, trzech godzin. Cały obszar miał kształt prostokąta, a mniej więcej na jego środku stał dom. W tym budynku się urodził, wychował, mieszkał – z krótką przerwą – i miał również nadzieję, że w nim właśnie umrze.

Sięgając pamięcią wstecz, dom zawsze pełen był ludzi krzątających się we wszystkie strony. Samego rodzeństwa miał trójkę, jednak często byli też odwiedzani; trudno więc było mu przypomnieć sobie weekendy, w których nie mieli na karku jakiegoś krewnego. Teraz czasami zdawało mu się, że widzi te twarze będące na skraju zapomnienia, że słyszy ich głosy o niezmienionych, acz prawie nierozpoznawalnych barwach; lecz wiedział, że są one tylko urojeniami spowodowanymi nadmiarem wódy i nieprawidłowym działaniem obłąkanego mózgu. Już dawno przestał im odpowiadać. Był sam i nic nie mogło tego zmienić ani cofnąć czasu.

Obchód zaczynał od części frontowej, jak zwykł ją nazywać. Kiedyś mieściła się tam uliczka i wjazd na posesję, teraz była w większości zabarykadowana i odcięta od świata. Znajdowało się tam jednak jedno miejsce służące za nędzną imitację dawnej bramy: była to nieduża szczelina, którą mógł rozszerzyć na tyle, aby zmieścił się w niej jego wóz. Musiał w końcu wyjeżdżać i zbierać zapasy, ubrania, wyposażenie, jak i części zamienne niezbędne mu do wzmocnienia i utrzymania terenu.

Ostatnimi czasy coraz częściej zdarzało się, że zdziczałe, niegdyś domowe zwierzęta próbowały przeleźć przez ogrodzenie, co kończyło się ich śmiercią, ale również nierzadko uszkodzeniem zabezpieczeń. Niekiedy stworzenie, próbujące się doń wedrzeć, przeżywało i uciekało ciężej, bądź lżej ranne, co pokazywało niedoskonałości jego autorskich pułapek. Nie można było jednak powiedzieć, że czerpał radość z zabijania tych zwierząt. Za każdym razem, kiedy raniony psiak uciekał, czuł się nieswojo, wyobrażając sobie, jak kona gdzieś wśród drzew. Dlatego zawsze, kiedy konstruował, bądź ulepszał pułapki, starał się ustawiać je tak, żeby zabijały szybko i jak najmniej boleśnie.

Tego dnia już po kilku pierwszych spojrzeniach na mur wiedział, że coś w nocy musiało się wydarzyć. Zdziwił się natomiast, że nic nie słyszał – od frontowej części dom dzieliło ledwie kilka metrów. Pierwsze ślady krwi dostrzegł na trawie po wewnętrznej części ogrodzenia, dalej czekała na niego już cała jej kałuża.

– Musi być duże – mruknął pod nosem, po czym sięgnął do pasa, wyszarpując z pochwy nóż myśliwski.

Sam mur wyglądał niepozornie, lecz o to w głównej mierze chodziło. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że jest to po prostu sterta złomu i szmelcu rzucona bezładnie do tarasowania drogi, lecz nic bardziej mylnego. Każdy nieodpowiedni ruch, stąpnięcie na nim mogło i powinno skończyć się źle. W pomysłowy sposób zostały na nim porozmieszczane pułapki; aktywując taką, kończyło się na zaostrzonych prętach, z włócznią w brzuchu czy też bez twarzy po wybuchu bomby nafaszerowanej gwoźdźmi. Między innymi dlatego mur wymagał tak wiele pracy – odwdzięczał się natomiast poczuciem bezpieczeństwa i możliwością spokojnego snu.

Mężczyzna powoli zbliżył się do miejsca, skąd kałuża krwi zdawała się czerpać swe źródło. Szczytu muru, gdzie zwierzę musiało leżeć, nie widział – zasłaniały mu metalowe ciężkie kątowniki podtrzymujące konstrukcję. Wziął drabinę, ustawiając ją w bezpiecznej odległości od interesującego go miejsca, i zaczął się po niej wdrapywać. Po drodze zastanawiał się, gdzie zakopie truchło i czy warto ryzykować zjedzeniem zwierzęcia. Jednak gdy w końcu znalazł się na odpowiedniej wysokości, by móc obejrzeć nocną ofiarę swojego tworu, omal nie spadł. Serie przekleństw wypływały z jego gardła, gdy patrzył na wykrzywioną bólem i strachem twarz mężczyzny; z boku jego głowy wystawał pręt – jedna z jego pułapek.

– A miał to być pies… Dlaczego on tu właził? Przecież powinien to być pies. Dlaczego to nie jest pies? Co to kurwa ma znaczyć?!

Widział już w życiu martwego człowieka, nie jednego, nie dwóch; ale w tamtej chwili nie chciał go zobaczyć, nie spodziewał się go zobaczyć. Nienawidził bezsensownej śmierci.

Martwy mężczyzna był w średnim wieku, ubrany w postrzępione dresy i wypłowiałą koszulkę. Zza zakrzepłej krwi okalającej jego oblicze można było dostrzec długi zarost i brud, co mogło oznaczać, że jego życie, dopóki jeszcze trwało, nie było kolorowe, jak zresztą mało kogo w tych czasach.

Zaczął się zastanawiać, czy nie słyszał jednak czegoś w nocy, lecz zaprzestał tego po chwili, nie chcąc wymyślać na siłę. Nieszczęśnik musiał zginąć na miejscu, nie zdążając wydać nawet najmniejszego dźwięku.

Kim on był? Czy był to na tyle zdesperowany ojciec szukający pożywienia dla swojej rodziny, że nie bał się wtargnięcia na obcy teren i kradzieży czy też nawet morderstwa? Podzieliłbym się z nim przecież, myślał mężczyzna. A może był to członek jakiegoś gangu wysłany na wybadanie okolicy i widząc otoczony, prawdopodobnie zamieszkany teren, połasił się na kradzież i ewentualny gwałt. Jeśli jednak miał dobre zamiary, to dlaczego nie poczekał do rana, bądź czemu nie wołał, żeby się z nim porozumieć?

Może, gdyby jednak jakimś cudem brodaty sforsował mur, to mężczyzna byłby już martwy – leżałby z poderżniętym gardłem, a jego dom byłby właśnie plądrowany. Ta wersja wydawała się najbardziej prawdopodobna i smutek zaczął mu przemijać tak szybko jak się pojawił.

Zepchnął głęboko do podświadomości myśli, że może mieć krew na rękach nie tylko brodatego, ale i jego rodziny. Wygodniejsze było myślenie o nim jak o wrogu.

– Mimo wszystko, szkoda każdego ocalałego – podsumował na głos, po czym zabrał się do roboty, jak w przypadku, gdyby znalazł tam psa.

Uznał, że niezależnie kim był obcy na ogrodzeniu to należy mu się szacunek. Pochował go więc za domem, w miejscu, gdzie kiedyś – dawno temu – rósł piękny, rozłożysty orzech włoski.

 

*

 

Mężczyzna zdziwił się, gdyż pierwszą rzeczą, jaką znalazł przy martwym ciele nieznajomego był portfel. Doszedł jednak do wniosku, że mógł on go nosić z czystego przyzwyczajenia czy też sentymentu – tak jak ty zegarek, pomyślał.

Zaraz obok dokumentów znalazł zdjęcie pięknej kobiety, która równie dobrze mogłaby być córką obcego, jak i żoną. Musiało mieć już ono kilka ładnych lat, rogi miało mocno postrzępione od częstego oglądania.

Mężczyzna zastanawiał się, kiedy było zrobione. Swoją drogą, ciekawiło go, kiedy mogło zostać wykonane to ostatnie zdjęcie. Odkąd Talbot rozpoczął długą erę fotografii w tysiąc osiemset trzydziestym dziewiątym roku, minęło sporo czasu. Zdjęcia bywały genialne, ale również gównianie, aż szczyt owego gówna osiągnęły na początku dwudziestego pierwszego wieku, kiedy to każdy kretyn umiejący wcisnąć przycisk, bądź dotknąć ekranu mógł sobie strzelić selfiaka. Jednak, kto był tym ostatnim fotografem? Jak się nazywał ów człowiek, który zamknął krąg?

– To się nazywa być kimś: Z OSTATNIEJ CHWILI: Pan Janusz ze Świebodzina wykonał ostatnie zdjęcie! Nikt po nim już tego nie powtórzy! Brawo, Janusz, jesteś kimś cholernie wyjątkowym!

Nie myśląc zbyt wiele, złożył zdjęcie na pół i schował je do kieszeni.

W portfelu było jeszcze kilka banknotów, które również postanowił zabrać. Bardzo dobrze nadawały się do podpałki, choć czuł od nich smród setek poprzednich właścicieli.

Jeśli chodzi o broń, to znalazł jedynie wyszczerbiony nóż kuchenny. Echo dobrych zamiarów brodatego zaczęło dobijać się na powierzchnię jego myśli i wszystko wskazywało na to, że używa przy tym olbrzymiego obucha.

Jak ktoś z takim kozikiem mógłby chcieć zwojować świat?

– Nie wiem, dźgnąć można nawet szczotą do kibla!

Szybko wszedł do domu. Skierował się do kuchni i chwyciwszy ze stołu litrową butelkę wódki, zapełnioną już tylko w jednej czwartej, wypił duszkiem jej pozostałość. Poczuł się trochę lepiej, na tyle, żeby mógł kontynuować pracę.

Wyszedł z powrotem na zewnątrz i spojrzał w jarzące (sierpniowe?) słońce. Oceniając jego wysokość, stwierdził, że stracił dużo czasu, lecz miał go jeszcze na tyle, żeby móc dokończyć obchód przed wyruszeniem. Był to przecież dzień poszukiwań, dzień na wypad.

 

Rozdział 1

Szukając, zostać znalezionym

 

Pikapy nie były zbyt popularne w Polsce, mimo to mężczyzna zdołał wyszukać dla siebie jednego. Potrzebował maszyny mocnej i pojemnej, w końcu nie musiał narzekać na wysokie ceny paliwa. Mitsubishi L200 stało na podziemnym parkingu w galerii handlowej w mieście i aż błagało, żeby wygarnąć je z odmętu zapomnienia. Oczywiście mężczyzna nie omieszkał odpowiednio wzmocnić pojazdu, aby ten mógł bez przeszkód spychać z drogi często pozostawione przedmioty i inne auta. Usunął również tylne siedzenia, zwiększając tym ładowność i miejsce – rodzinnego auta obecnie nie potrzebował.

Miał dostęp do zbiorników stacji benzynowych, nie omieszkiwał też, kiedy tylko mógł, ściągać paliwo z porzuconych pojazdów, więc przynajmniej na razie o jego brak przejmować się nie musiał.

Tego dnia wyruszył w stronę miasta. Na liczniku widniała prędkość sporo przekraczająca dozwolony jej zakres, który gdzieniegdzie prześwitywał jeszcze na pordzewiałych, brudnych znakach. Kierował się do obszaru, do którego praktycznie wcześniej nie zaglądał: było to spore blokowisko. Istniało tam większe ryzyko konfrontacji z ocalałymi, bądź – co gorsza – z jakimś gangiem; natomiast same znaleziska powinny być bardziej obfite.

– A co jeśli jego rodzina właśnie umiera? A co jeśli jego ziomkowie plądrują mi dom? Och, przymknij się w końcu!

Docisnął pedał gazu do podłogi, chcąc choć trochę nadrobić stracony czas. Musiał przeszukać jak najwięcej mieszkań, nim zapadnie zmrok. Po ciemku zagrożenie rosło kilkukrotnie, więc nic dziwnego, że nie lubił wtedy przebywać na nieznanym sobie terenie.

Mijając pierwsze bloki, rozglądał się uważnie na wszystkie strony. Obiecał sobie, że jeśli tylko zobaczy jakiekolwiek ślady obecności którejś z grup to odjedzie, nie oglądając się za siebie. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegał jednak nic.

Kiedy wjechał między budynki, musiał znacznie zwolnić. Co kilkadziesiąt metrów drogę przecinały jakże irytujące progi zwalniające, nikomu już dzisiaj niepotrzebne. Zawsze kiedy podskakiwał, przejeżdżając po nich, na usta cisnęły mu się kolejne przekleństwa. Mitsubishi zaparkował między dwoma blokami oznaczonymi odpowiednio numerami 128 i 130. Starał się je ustawić tak, żeby było jak najmniej widoczne z drogi i gotowe do szybkiej ucieczki z tego miejsca. Już dawno się nauczył, że lepiej być przygotowanym na o jedną więcej niespodziankę niż czeka cię w rzeczywistości – cholernie dobra zasada.

Nim wyszedł, przewiesił przez plecy kołczan pełen strzał, sprawdził, czy pas z jego podstawowym ekwipunkiem (opatrunki, noże, woda, coś do przekąszenia, liny, krzesiwo, latarka) nie jest poluźniony. Przypiął do pasa dużą torbę na zbiory i w końcu wziął do ręki sam łuk – bloczkowy, na który na pewno nie byłoby go kiedyś stać – po wyjściu zawsze przypinał go do klamry na plecach, tuż obok kołczanu.

Auta nie zamykał – w razie ucieczki czas z reguły odgrywał znaczącą rolę, więc nie mógł sobie pozwolić na jego marnowanie, by trafić kluczem w zamek – lecz same kluczyki zabierał ze sobą. Radia raczej mu nikt nie ukradnie, a on jedyne czego chciał uniknąć to sytuacja, w której wraca do wozu, a wozu nie ma.

Wybrał blok, padło na numer 128, i udał się w jego kierunku. Podczas przeszukiwania brał wszystko, co wydawało mu się chociaż odrobinę przydatne – od leków, przez ubrania, po kredki do rysowania. Lubił tę robotę; zawsze wyobrażał sobie, jacy ludzie żyli w tych mieszkaniach odwiedzanych przez niego. Czasami nadawał im imiona i tworzył osobowości, widząc zdjęcia w ramkach rozłożonych na meblach, czy jakieś charakterystyczne przedmioty, jak gitara czy stos płyt DVD z filmami. Czuł się przez to mniej samotnie i zabijał poczucie winy, które czasami go dopadało. Uważał się wtedy za hienę cmentarną, lecz to przechodziło, gdy wyobrażał sobie, że zna tych ludzi i jest w miejscu, do którego i tak zostałby zaproszony.

Tym sposobem znalazł się w mieszkaniu Jacka i Aliny – starszego, bezdzietnego małżeństwa, lubiącego podróżować po świecie. Wszędzie dostrzec można było zdjęcia z różnych zakątków globu: tu Paryż, tam Andy, Nowy Jork, Egipt, czy ciepłe kraje (zapewne Hawaje). Jacek i Alina na każdym zdjęciu przybierali identyczną pozę: on obejmujący żonę, która głupio szczerzyła się do obiektywu; zmieniało się tylko tło ich cholernych wycieczek.

Zdawali się być szczęśliwi, ale to pewnie było tylko złudzenie, maski przybrane przez nich, żeby zatuszować pustkę w życiu – brak dzieci, potomstwa, które przedłużyłoby ich żałosne rody. Krzyczeli z każdego zdjęcia do swoich znajomych: „Zobaczcie, jacy jesteśmy szczęśliwi”, ale było to guzik warte, bo i tak każdy znał prawdę.

Każdy ukrywa jakieś smutki, żale, pretensje do życia. Lecz nie każdy potrafi się im przeciwstawić i żyć dalej, omijając je, bądź zwalczając.

Mężczyzna nie lubił Jacka i Aliny.

Musiał jednak przyznać, że ich mieszkanie było pełne przydatnych mu przedmiotów. Lecz zanim się tego dowiedział, musiał sforsować drzwi wejściowe: podważył je łomem, puściły dość łatwo.

Stękając głucho, pękły zawiasy i drewno uderzyło o podłogę.

Na moment mężczyzna zatrzymał się i wytężył słuch, lecz gdy echo ucichło, zapanowała cisza.

W mieszkaniu znalazł dużo dobrej jakości ubrań na każdą porę roku. Były tam grube, ciepłe kurtki, podszywane spodnie, buty do wspinaczki górskiej – wszystko pewnie z Jackowych wycieczek. Termoaktywne bluzy, spodnie, bielizna, gogle do nurkowania, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne – dobrze przylegające do twarzy – to tylko mały procent wszystkiego, co mogło mu się przydać a małżeństwo nazbierało w swojej kolekcji. Była tam nawet strzelba – choć w jej przypadku mężczyzna się zawiódł, gdyż okazała się być jedynie atrapą.

O broń palną było trudno, choć on miał łuk i radził sobie z nim co najmniej nieźle. Pozwolenie na jej posiadanie miało kiedyś niewielu, a odwiedzić posterunek mężczyzna się nie odważył – w końcu na pewno nie tylko on o tym pomyślał. Miał natomiast znajomych zajmujących się strzelectwem sportowym. Posiadali broń palną, jednak gdy zajechał do nich do domu, nie zastał nikogo na miejscu: ani ich, ani broni. Był trochę rozczarowany myślą, że uciekli, jednak nie mógł mieć o to pretensji. On postąpiłby tak samo, będąc na ich miejscu – w końcu rodzina jest najważniejsza…

Postanowili ratować swoją, a czy ty zdołałeś?

– …

Spakował rzeczy, ile tylko zmieścił do plecaka – damskie Aliny również zabrał, marnotrawstwa nie znosił; pożyczyć przez to musiał również dwie torby podróżne na kółkach. Całość wrzucił na pakę mitsubishi. Czuł lekkie zmęczenie i zawroty głowy, lecz winą obarczył wypitą wcześniej wódkę.

– Dobrze, że nie ma kto mnie zatrzymać na dmuchanie, co Jacek?

Podobnie sprawy potoczyły się w kilku kolejnych mieszkaniach, choć z lepszą i gorszą zdobyczą. Aż w końcu dotarł do mieszkania numer dwadzieścia osiem. Na drzwiach znajdowała się tabliczka z wypisanym nazwiskiem lokatorów.

 

I. Z. Goźniakowie

 

– I. Z. Goźniakowie – przeczytał na głos mężczyzna. – Irena i Zbigniew Goźniakowie.

Poczuł się jakoś dziwnie. W blokach często znajdowały się takie tabliczki i nigdy nie przywiązywał do nich większej wagi, jedynie wskazywały mu pierwsze litery imion jego właścicieli. Aż do teraz.

Wytężył pamięć, starając się przypomnieć sobie, czy to nazwisko nie przewinęło się przez jego stare, poprzednie życie. Rezultat był mizerny.

Zawahał się na moment, lecz w końcu nadeszła chwila na zreflektowanie się i chęć szybkiego skończenia roboty. Sięgnął w stronę klamki.

Drzwi nie były zaryglowane, od razu ustąpiły. Nie było w tym niczego dziwnego. Wielu ludzi w swoich ostatnich chwilach nie zważało na takie błahostki jak zakluczenie mieszkania. Często drzwi były otwarte na oścież na długo przed wizytą mężczyzny.

Popchnął je nieco zbyt mocno, tak że uderzyły w ścianę, powodując niemały hałas. Mężczyzna przygotował się na stęchły zapach niewietrzonego pomieszczenia i zgniłej żywności, lecz nic takiego nie nastąpiło.

Postąpił krok naprzód. Wciągnął kilkukrotnie powietrze w nozdrza i poczuł ten zawsze różny, acz niezwykle charakterystyczny zapach innego domu. Domu, gdzie mieszka ktoś, do czyjego zapachu nie jest się przyzwyczajonym, zapachu kogoś innego… Ale było w tym coś jeszcze i gdy mężczyzna uświadomił sobie, że jest to woń niedawnej śmierci, szybkim, wyćwiczonym ruchem sięgnął za plecy po łuk. Po upływie trzech sekund miał już strzałę nałożoną na cięciwę i gotową do strzału. Broń miał wycelowaną przed siebie. Stąpał powoli, krok za krokiem.

– Jest tu ktoś? – Cisza. Nawet najmniejszy szmer nie dotarł do jego uszu, czuł jednak, że ktoś jeszcze znajduje się w mieszkaniu numer dwadzieścia osiem. – Przepraszam, że zakłóciłem spokój, nie zrobiłem tego celowo. Jestem szukaczem… – Zorientował się, jak głupio to zabrzmiało i zaklął pod nosem. – Nie używaj głupich słów z twojego głupiego słownika.

– Ja… – zaczął ponownie. – Szukam przedmiotów do przeżycia. Nie wiedziałem, że tutaj ktoś mieszka.

Odczekał chwilę, lecz i tym razem odpowiedź nie nadeszła.

– W porządku, wychodzę – powiedział mężczyzna.

Zaczął się cofać, lecz przodem do wnętrza mieszkania i z nadal naciągniętym łukiem. Nie miał złych zamiarów, ale również nie chciał zostać zaskoczony przez na wpół oszalałego, prawdopodobnie zdegenerowanego człowieka.

Był już na korytarzu i mocował się nogą z drzwiami, żeby je pociągnąć za sobą i zamknąć. Postanowił, że od razu opuści to miejsce i wróci do domu. I tak zebrał już wystarczająco dużo rzeczy.

– Poczekaj! – Usłyszeć głos niewydobywający się z jego gardła było czymś niezwykłym. Mężczyzna zastygł w bezruchu, nie chcąc wydawać nawet najmniejszych dźwięków. Próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ów dźwięk nie był tylko kolejnym wytworem jego umysłu, lecz tego brzmienia z przeszłości nie rozpoznał. Stojąc tak z napiętym łukiem, przypominał figurę woskową jakiegoś mało znanego gwiazdora filmowego.

– Nie jesteś od nich? – Kolejne wypowiadane słowa dochodzące z wnętrza mieszkania utwierdziły go w przekonaniu, że jednak tym razem nie ma majaków.

Była to kobieta.

– Nie, jestem sam.

– Jak mam ci wierzyć?

– Nie musisz. Już odchodzę… Ale jeśli chcesz to sprawdź; moje auto stoi za blokiem. Jak wyjrzysz przez okno to zapewne je zauważysz. I to, że nikogo tam nie ma.

Znowu zapanowała cisza. A może jednak była to halucynacja podsycana przez alkohol znajdujący się w jego krwi? Mężczyzna zawahał się, chciał domknąć drzwi i zapomnieć o sprawie, jednak nie zrobił tego. Ponownie zaklął, po czym postanowił jeszcze raz się odezwać:

– Słuchaj, nie potrzebujesz pomocy?

– Zabili go! Nie mogłam, nie umiała mu pomóc! – Jej histeryczny krzyk rozniósł się daleko, mężczyzna miał nadzieję, że nie za daleko.

– Na pewno zrobiłaś wszystko, co było w twojej mocy – powiedział uspokajająco mężczyzna. Popuścił cięciwę, schował strzałę z powrotem do kołczanu. – Gdzie jesteś? Pomogę ci. Jesteś ranna?

– Nie! Wynoś się stąd! Nie wchodź! Mam broń! Zabiję cię, skurwysynu, rozumiesz?!

Mężczyzna rozumiał.

– Dobrze, nie wejdę. – Po chwili namysłu dodał: – Oddalę się dwa budynki stąd. Tam będę pakował graty, co zajmie mi z pół godziny. Jeśli będziesz chciała… przyjdź, zabiorę cię ze sobą.

Nie czekał już odpowiedzi.

Mężczyzna zatrzasnął drzwi, odwrócił się na pięcie i zbiegł po schodach, wypadając na zewnątrz. Kiedy szedł do mitsubishi, zastanawiał się, czy dobrze postąpił, zostawiając kobietę w mieszkaniu samą, jednocześnie zapraszając ją do siebie.

Cały czas wydawało mu się, że z wnętrza bloku 128, z mieszkania dwadzieścia osiem, dochodzą do niego ciche kobiece szlochy.

 

*

 

Pakując się do wyjazdu, dużo przeklinał. Podświadomie się ociągał, opóźniając pracę, i gdy tylko to sobie uświadamiał, rzucał jeszcze więcej bluzgów.

Spojrzał w niebo. Słońce podpowiadało mu, że w końcu upłynęło ustalone trzydzieści minut, więc postanowił dłużej nie czekać. Zaczął wciągać plandekę na pakę, zabezpieczając się tym przed zgubieniem czegokolwiek podczas jazdy powrotnej.

W pewnym momencie usłyszał za plecami szelest, coś jakby delikatne, acz nieudolnie stawiane kroki. Mężczyzna od razu pomyślał o kobiecie, lecz owe kroki były zbyt ostrożne, jak na kobietę, której chciał przecież pomóc! Kroki te były bliższe skradającemu się ku niemu niebezpieczeństwu. Nie czekając dłużej, puścił materiał plandeki, który zaczął falować na wzmagającym się wietrze. Ruch jaki wykonał był równie szybki i precyzyjny jak ten w mieszkaniu kobiety, lecz tym razem łuk leżał tuż obok niego.

Po chwili nie dłuższej niż kilka uderzeń serca stał już przodem do zagrożenia: do zaskoczonego młodego chłopca, który zastygł w pół kroku. Szybkie ruchy mężczyzny musiały go nie tyle zdziwić, co zatrwożyć, a to nie uszło uwadze samego zainteresowanego.

Widział w jego oczach strach, widział również, jak kierują się one na maczetę trzymaną w ręce. Chłopak musiał oceniać swoje szanse w tej konfrontacji.

Nie rób tego, dzieciaku, pomyślał mężczyzna.

Chłopak nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia lat. Praktycznie całe życie spędził w tym szajsie i prawdopodobnie jedynym, co znał, były właśnie morderstwa, nienawiść i agresja. Mężczyzna dostrzegł decyzję w oczach chłopaka, jaka zapadła.

Trudno…

Rozluźnił palce, zwalniając cięciwę.

Nie był skupiony – przez alkohol? przez kobietę? – poczuł jak cięciwa uderza w ochraniacz przedramienia. Nie pozwalał sobie na takie błędy, lecz ta sytuacja była… inna.

Strzała wyrwała do przodu, nie niosąc przed sobą nic innego jak śmierć. Cichy, krótki świst lecącego pocisku został szybko przerwany głuchym stuknięciem, gdy metalowy grot przebijał ubranie i ciało chłopaka. Dołączył do niego jęk uciekającego powietrza z płuc ranionego, który osunął się na ziemię. Ręce – już wolne od ciężaru maczety – powędrowały mu do piersi, skąd wystawała strzała, i zacisnęły się na niej.

– To na nic. Umrzesz.

Po tym nie trwającym dłużej niż minutę zdarzeniu, stało się coś, czego mężczyzna nie przewidział, a powinien. Zaczęto do niego strzelać; i to nie z łuku czy nawet kuszy, tylko z broni palnej.

Pierwsze pociski wbiły się w chodnik, tylko o centymetry mijając jego nogi, drugie były już celniejsze, lecz w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej znajdowała się jego głowa, ziała teraz pusta przestrzeń – kule musiały obejść się smakiem i wbić w betonową ścianę najbliższego budynku. Mężczyzna jednym skokiem znalazł się po drugiej stronie mitsubishi, ciesząc się, że wzmocnienia przydadzą się tak naprawdę po raz pierwszy.

Słyszał jak kule świszczą w powietrzu i uderzają o stal, obijając jego wóz – w chwili obecnej nie było żadnych szans, żeby się wychylić i oddać strzał; zwłaszcza że nie wiedział, gdzie znajdują się jego przeciwnicy.

– Przynajmniej już teraz wiem, kim są ci oni – mruknął do siebie, wspominając słowa kobiety.

Postanowił dłużej nie czekać, aż któraś z kul znajdzie drogę do jego tyłka, i zaczął się przesuwać w stronę kabiny kierowcy. Kobieta się nie zjawiła, on wpadł w kłopoty przez to, że na nią czekał, więc chrzanić to! Niech sobie radzi sama.

– Rozwalcie go zanim ucieknie! – doszły do jego uszu wołania.

– Dogadajmy się! – starał się przekrzyczeć huk wystrzałów. – Dam wam całą moją dzisiejszą zdobycz!

– Stop! Wstrzymać ogień! – Wszystko ucichło i pozostało tylko świszczenie w jego głowie. – Co tam wołasz?

Mężczyzna uniósł dłoń do uszu i pstryknął kilkukrotnie palcami, sprawdzając, czy słyszy coś innego, cokolwiek. Nie ogłuchł – przynajmniej na razie.

– Chcę się dogadać! Oddam wam towar.

Wychylać się jeszcze nie zamierzał. Nie miał zaufania do świerzbiących palców członków tego gangu, które zapewne nadal będą spoczywały na spustach. A ewentualny dialog mógł przecież prowadzić z ukrycia.

– A jeśli cię zabijemy – kontynuował zbir rozbawionym tonem – to będziemy mieli z tym problem, tak, dziadku?

Skurwysyn, zabiję go…

Ale uwaga była słuszna.

Szybko przekalkulował wszystko co mógł i co chciał im powiedzieć.

– Mam również informacje. Mogą być dla was cenne.

Teraz po drugiej stronie zapanowała cisza.

– W porządku, pogadajmy!

 

*

 

Mężczyzna miał już do czynienia z takimi bandami i wiedział, że w chwili obecnej uratuje go tylko ostrożność i rozwaga. Wiedział również, że i tak go zabiją przy pierwszej lepszej okazji, kiedy już uznają, że niczego ciekawego więcej się od niego nie dowiedzą.

Zastrzegł więc z góry, że tylko jeden z nich może podejść do mitsubishi, a on nadal będzie za nim schowany.

– Odłóż jednak broń, przyjacielu – odpowiedział mu zbir, zbliżając się do niego. – Ja stoję przed tobą bezbronny.

Na pozór miał rację, lecz wszystko wskazywało na to, że gdzieś jednak ma ukryty nóż, bądź co gorsza pistolet. Trudno, takie były zasady w tej grze.

Odłożył łuk, acz nie dalej jak na odległość ręki.

Przyjrzał się uważnie zbirowi, który został do niego wysłany. Musiał być niewiele starszy od tego, który padł martwy kilka chwil wcześniej. Gębę miał zarośniętą rzadkimi włoskami, spod których świeciły blizny po pryszczach. Nos miał przekrzywiony mocno na lewo – musiał być kiedyś złamany – a całość okrywała niewyobrażalnie gruba warstwa brudu. Nawet w tych czasach taki widok budził wstręt w mężczyźnie.

– Skąd jesteście? – spytał nim pryszczaty zdążył odsłonić swoje czarne zęby.

– Nie pogrywaj sobie ze mną! Gadaj, co chciałeś i lepiej żeby nie były to kłamstwa.

Mężczyzna liczył, że ukradnie trochę czasu, lecz młody członek gangu – prawdopodobnie dowodzący tą grupą – widać nie należał do osób cierpliwych. Podniósł ręce w uspokajającym geście. Czuł jak pot spływa mu po plecach, oczyma wyobraźni widział coraz szersze ciemne plamy pod pachami. Jest strasznie gorąco, a ty się denerwujesz, myślał sobie, przez co pocisz się jak świnia… cudownie.

– Chciałem tylko ograniczyć zbędne dla was informacje… Najważniejsze to omijać krajową dwudziestkę piątkę. Często krąży tam pewna spora grupa, na którą lepiej nie wpadać. A w tamtejszych lasach… nie warto zbyt długo przebywać. – Po tych słowach zamilkł, oceniając reakcję pryszczatego, który zdawał się czekać na dalsze informacje. Miał cichą nadzieję, że to mu jednak wystarczy.

– I co? To wszystko? – zaśmiał się młody. – Myślisz, że sami tego nie wiedzieliśmy? Coś cienko wyceniasz swoje życie, gościu. A może myślisz, że my se jaja robimy?

– Nie.

– A mi się wydaje, że tak kurwa myślisz. Sprzątnąłeś mojego kumpla. – Wskazał ręką na nieruszające się ciało. – Musisz się bardziej postarać, żeby mi to wynagrodzić. Gościu, co ja powiem jego matce?

Koniec… Pieprzyć ostrożność i rozwagę.

Tego było już za wiele. Mężczyzna sięgnął po łuk i po raz kolejny tego dnia wykonał te same wyćwiczone ruchy, i po raz kolejny na widzącym to człowieku odmalowało się spore zdumienie. Czego się innego spodziewać, jeśli ktoś w jednej chwili z tobą rozmawia w ukryciu, by w drugiej mierzyć ci w nos ostrą jak dowcip Wojewódzkiego strzałą – swoją drogą ciekawe co się stało z tym dupkiem, kiedy zaczął się cały ten szajs?

– Ty chyba, kmiocie zawszony, żartujesz. To wy mnie zaatakowaliście, ja chciałem stąd odjechać. Twój koleżka zginął zasłużenie i cieszyć się możesz, żeś go wysłał, bo gdybyś sam poszedł już byś miał którąś strzałę w dupie. A poza tym… Poważnie? Myślisz, że uwierzę, że gdzieś tam czeka na niego jego matka?

Teraz to zbir uniósł ręce ku górze, lecz dodatkowo na jego twarzy pojawił się strach.

– Dobra, do-dobra! Nie denerwuj się. P-powiesz nam coś jeszcze? Może… może spotkałeś kogoś w którymś z mieszkań? Ktoś… kogoś zgubiliśmy i za nic nie możemy znaleźć. A czasy niebezpieczne… – Przez twarz pryszczatego przeszła cała masa tików nerwowych. Zupełnie nie mógł nad nimi zapanować. W końcu uśmiechnął się, pokazując mężczyźnie swoje niemałe problemy z uzębieniem.

– Nikogo nie widziałem – odparł twardo mężczyzna.

– Szkoda…

Młody wbił w niego chytre oczka, próbując przeszyć go na wylot. Musiał jednak kłamstwa nie znaleźć, bo już po chwili jego spojrzenie stało się inne, zachłanne.

– No… pokaż, gościu, co tam masz. – Gdy wypowiedział ostatnie słowo, podniósł rękę ku górze z dwoma wyprostowanymi palcami, jakby zgłaszał się do odpowiedzi na lekcji matematyki.

Natychmiast po tym skoczył naprzód, nurkując pod mitsubishi. Huk wystrzałów ponownie zaczął rozrywać świat dookoła.

Mężczyzna nie zdążył strzelić, czego bardzo żałował, acz pojawiało się inne zmartwienie, bo ostrzał trwał praktycznie nieprzerwanie. Na domiar złego podczas jego rozmowy z pryszczatym kilku zbirów zaszło go od tyłu, odcinając mu drogę ucieczki, tym samym ułatwiając sobie atak. Nim się obejrzał dwóch osiłków rzuciło się na niego z dziką furią. Jeden z nich dzierżył w dłoni metalową pałkę, drugi miał drewniany kij nabijany gwoźdźmi.

Uniósł łuk przed siebie, lecz nie żeby oddać strzał – na to czasu na pewno już nie było – tylko zasłonić się majdanem przed uderzeniem pałki.

Manewr powiódł się, choć przez krótką chwilę obawiał się, że syntetyczny materiał, z którego wykonana była broń, nie wytrzyma i pęknie – nic takiego jednak się nie stało. Od razu przeprowadził kontratak, waląc łukiem w nos napastnika, polała się krew. Zdążył jeszcze pomyśleć z rozbawieniem, że przynajmniej teraz będzie pasował do swojego przełożonego. Dalszą walkę wybił osiłkowi z głowy butem, wymierzając soczystego kopniaka w jego krocze. Przegrany skulił się do pozycji embrionalnej i nie pozostało mu już nic innego, jak zalewać chodnik swoją krwią – kapiącą z nosa jak z nieszczelnego kranu.

Nie można było jednak celebrować sukcesu. Stracił drugiego oprycha z oczu, lecz ten postanowił mu szybko o sobie przypomnieć, zrzucając mu na głowę kij gwoździowy. Mężczyzna zdążył zrobić unik w ostatniej chwili, co i tak nie zdało mu się na wiele: jeden z ostro zakończonych metali rozorał mu skórę na czole. Ciepła krew popłynęła ściągana grawitacją ku dołowi. Najpierw zalała mu oczy, potem szyję, którą popłynęła dalej, znacząc jego koszulę i spodnie.

Przecierał twarz, lecz zaraz nowe strumienie ponownie mu ją zalewały, zmieniając jego świat w jedną wielką czerwień.

Jego szanse malały; bardzo szybko i drastycznie.

Dojrzał, jak bandyta szykuje się do kolejnego uderzenia. Zdołał tylko bezradnie unieść dłonie, w których wciąż trzymał swój łuk. Czyżby to był mój ostatni gest rozpaczy?, pomyślał i zamknął oczy.

Cios jednak nie nadchodził.

Zmieniły się natomiast dźwięki dookoła. Do walki dołączyć musiała kolejna osoba, i tym razem – o Boże! – był to sojusznik.

Mężczyzna otwarł oczy. Zdołał dojrzeć niewyraźną sylwetkę swojego wybawcy i, tak jak podejrzewał, była to kobieta. Rzuciła się na bandytę, mocno uderzając go kamieniem trzymanym w dłoni. Przeciwnik padł na chodnik, waląc głową o krawężnik – więcej się nie poruszył.

Mężczyzna podniósł się chwiejnie, ściągnął z siebie koszulę mokrą od krwi i potu, i przyłożył ją do rany. Mógł teraz lepiej przyjrzeć się kobiecie, która wyrwała go z rąk śmierci.

Kiedy dostrzegł jej twarz, poczuł się jakby cały świat zatrzymał się na ten jeden moment – rozpoznał ją.

– To ty… – zaczął.

– Tak, to ja. To w moim mieszkaniu byłeś. To ja cię stamtąd wyrzuciłam. A teraz ruchy, jeśli nie chcesz jednak zginąć – odpowiedziała mu z pewnością godną wprawnego żołnierza, i choć jej głos był identyczny jak głos osoby z mieszkania numer dwadzieścia osiem to wydawało mu się, że należy do kogoś innego. Nie do tej wystraszonej, zrozpaczonej kobiety.

Nie uszło uwagi mężczyzny, że spogląda ona na nieruszającego się zbira; czyżby zabiła po raz pierwszy w życiu?

– Wygodne życie prowadzi ten, za kogo zabija ktoś inny.

– Co? – spytała.

– Nic. Uciekajmy.

Ostrzał ponownie się wzmógł, gdy bandyci zauważyli, że ich kompani niczego nie wskórali. Mężczyzna i kobieta musieli więc nisko pochyleni doskoczyć do drzwi szoferki. Sięgnął do klamki, pociągnął ją i kiwnął kobiecie, żeby wskoczyła do środka. Znajdowali się od strony kierowcy, więc gdy była już wewnątrz, musiała zrobić mu miejsce za kierownicą.

Mężczyzna widział wszystko jakby w zwolnionym tempie: kurczącą się dziewczynę w mitsubishi, próbującą zasłonić dłońmi głowę; kule odbijające się od pancerza auta, który na razie zdawał się radzić sobie doskonale; i co najgorsze swoje ruchy, które zdawały się być w tym wszystkim najwolniejsze. Gdy jedną nogą był już w aucie i myślał o jak najszybszej drodze ucieczki, poczuł paraliżujący ból w plecach, rzucający go na otwarte drzwi wozu. Rozszedł się on błyskawicznie po całym ciele, czuł jak krew sporą falą zalewa jego tył.

Dostałem.

Kobieta krzyknęła. Ktoś zaśmiał się gromko – pewnie pryszczaty, pomyślał mężczyzna, któremu aż czarno zrobiło się przed oczami.

– Raz czerwono, a raz czarno…

Zebrał się jednak w sobie i szarpnął, próbując wstać. Jedną ręką, w której trzymał swoją koszulę-opatrunek przytrzymywał się ramy drzwi, drugą wyciągnął w stronę kobiety.

– Pomóż – wystękał.

Ta, wyszedłszy z szoku, położyła się przez siedzenia i pomogła mu wtoczyć się do środka. Mężczyzna pociągnął za sobą drzwi, zatrzaskując je przed światem. Oparł się na fotelu i aż krzyknął z bólu, gdy rana na gołym ciele przywarła do materiału oparcia.

Omal nie zemdlał. Chyba zwymiotował, ale nie zemdlał – wiedział, że to oznaczałoby koniec zapewne ich obojga. Włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił go: silnik od razu zaskoczył.

– Dasz radę prowadzić? – spytała przestraszona kobieta.

Muszę, odpowiedział sobie w myślach, bo na nic innego nie było go już stać. Teraz każde marnotrawienie sił może być zgubne w skutkach, a czuł, że słowa zabrałyby ich zbyt wiele.

Wcisnął pedał gazu do samej podłogi, auto wyrwało do przodu. Ostatnie strzały bandytów strzaskały jeszcze przednią szybę Mistubishi.

Dobrze, pomyślał, więcej powietrza.

 

*

 

Bał się pościgu, lecz ten nie ruszył za nimi. Bał się jechać od razu w kierunku domu, więc tego nie zrobił. Grupa goniąca mogła być niewidoczna, acz to wcale nie oznaczało, że jej w ogóle nie ma. Gdy kobieta w końcu go spytała, dlaczego jeździ w kółko, opowiedział jej o swych obawach, często przerywając, żeby zebrać siły i nie zwymiotować. Pokiwała tylko głową – nie wiedział, czy popiera jego rozumowanie, czy też nie chciała go męczyć dalszymi pytaniami.

Wraz z kolejnymi upływającymi chwilami, słońce gasło tego dnia, a mężczyzna czuł, jakby on przygasał razem z nim. Miał jednak przeczucie, że przynajmniej uciec im się uda, czym zapewni kobiecie bezpieczeństwo.

Kobiecie… Ona przecież…

– Zamieńmy się… zanim zemdleję – powiedział do niej, wyhamowując samochód na środku drogi.

Kiedy kobieta wyszła z mitsubishi, on spróbował przesunąć się na miejsce pasażera. Widział, jak zostawia za sobą krwiste ślady, lecz w dupie miał tapicerkę. W końcu padł wycieńczony na fotelu, gdzie przed chwilą siedziała jego nowa towarzyszka. Ta natomiast zajęła jego miejsce, zupełnie nie zważając na krew, która ubrudziła już prawie wszystko dookoła.

Mężczyzna odjął koszulę od głowy, rozerwał ją na połowę, po czym jedną jej częścią obwiązał czoło. Drugą natomiast zwinął i przycisnął do rany na plecach, łapiąc przy tym łapczywie powietrze. Wiatr wpadający przez zbite okno zdawał się w ogóle mu go nie dostarczać.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie… – odezwał się ponownie. – Zaraz zemdleję… Staraj się, żebym opatrunek miał przyciśnięty do rany… Musisz wiedzieć, gdzie jechać.

– Gdzie?

– Do… do bezpiecznego miejsca. Nie jedź najprostszą drogą. Poznasz je na pewno…

Był zmęczony. Czy szyba aby na pewno jest zbita? Robiło mu się ciemno przed oczami – czy to już noc? Zebrał się jednak w sobie i zmusił do dalszego wysapywania słów:

– Skrajnie z lewej strony będzie wjazd… Uważaj, bo jest tam… jest tam pełno pułapek. Pod metalowym słupkiem jest mała dźwignia… Pociągnij ją, a brama się uchyli. W domu… jest apteczka.

Kobieta kiwała głową, lecz mężczyzna wcale jej nie widział. Nie miał już siły by otwierać i zamykać oczy.

– Słuchaj…

– Ania. Mam na imię Ania.

Wiem, pomyślał, znam cię.

– Słuchaj, Aniu… – I ostatkiem sił zaczął jej tłumaczyć, jak dojechać do domu.

Do jego domu, który już dawno nie miewał gości, tym bardziej dwóch głów pod swoim dachem. Lecz ponownie z niego zakpiono, bo oto, kiedy wszystko miało się zmienić, gość mógł zostać właścicielem posesji, nie mniej samotnym niż on dotychczas był. A to wszystko jeśli nie da rady i umrze.

W końcu stracił przytomność, oddając się w ręce Ani – kobiety kiedyś mu znanej, acz teraz zupełnie obcej.

 

Rozdział 2

Dni, które utraciliśmy

 

Wycie budzika rozdarło poranną ciszę, choć Jasiek i tak już nie spał. Był pewien, że przez całą noc nie zmrużył oka, cieszył się jednak, że nie musiał co rusz biegać na kibel.

Sięgnął ręką, by wreszcie wyłączyć natrętne urządzenie. Podniósł się na łóżku.

Zza zasłoniętych żaluzji wpadały po pokoju promienie słońca – ciepłe i zachęcające do wyjścia na dwór. Cóż, wakacje się skończyły, acz lato jeszcze trwało, i choć nie musiało o tym wiedzieć, to zapewne lada moment zostanie brutalnie sprowadzone na ziemię. Dowie się, że już tak dużo dzieciaków nie będzie biegało po dworze, wrzeszcząc i śmiejąc się od ucha do ucha. Po wakacjach słońce i tak już nie było tak istotne, wystarczyło tylko czekać i patrzeć, jak każdego kolejnego dnia będzie zachodziło coraz to wcześniej, a wstawało coraz później.

Nadszedł pierwszy dzień szkoły, ale dla Jaśka był to również pierwszy dzień gimnazjum. Nie szedł tam, gdzie chciał, nie szedł tam, gdzie jego kumple. A wszystko przez jego matkę, uparła się, że wyśle go do lepszego gimnazjum, a nie tego bandyckiego, gdzie te wszystkie zbiry się wybierały. Jasiek długo walczył o swoje, ale, jak to nastolatek, poległ z kretesem.

Wyruszał więc w nieznane, z nerwowym bólem brzucha i wątpliwościami w głowie. Szedł na nogach, a cała droga – jak już wcześniej sprawdził – zajmować miała mu około dwudziestu minut (oczywiście zimą miało być gorzej, gdy zasypie śniegiem i dowali mrozem). Wychodząc z bloku, widział kilka dzieciaków ubranych na galowo i zaczął się zastanawiać, czy z którymś z nich będzie chodził do klasy. Większość kojarzył z osiedla, lecz nie znał nikogo na tyle dobrze, żeby ucieszyć się i rozbudzić w sobie nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle.

W pewnym momencie, wśród tych wszystkich dzieciaków, jego wzrok skupił się na wysokiej dziewczynie, zmierzającej w tym samym kierunku, co on. Serce zabiło mu mocniej – nigdy wcześniej czegoś takiego nie poczuł, lecz był przekonany, że oto zakochał się na zabój.

Dziewczyna była szczupła, buzię miała ładną, choć pięknością określić jej nie można było; miała jednak urodę na tyle wyjątkową, że pociągającą. Na pewno była od Jaśka starsza, lecz nie więcej jak o rok, dwa. Piersi miała dosyć małe, lecz w odróżnieniu do rówieśników Jaśka, jemu to nie przeszkadzało.

Zapomniał o nerwach, zapomniał o gniewie, jaki czuł przez matkę. Teraz już tylko prosił niebiosa, żeby szła do tego samego budynku edukującego młode umysły, co on. Tym razem jego błagania zostały wysłuchane – jego szczęście było nie do opisania, gdy zobaczył jak dziewczyna otwiera wielkie drzwi gimnazjum i po chwili znika za nimi. Ta nowa szkoła nie wydawała mu się już taka zła.

Jak i jego klasa, choć było tam kilka osób z pozoru wyglądających na przyszłych szkolnych chuliganów – jeden nawet powtarzał klasę. Niestety, matka racji jednak nie miała, głosząc tezę o lepszym gimnazjum; na pierwszy rzut oka, średnio licząc, co piąty chłopiec mijany na korytarzu patrzył na Jaśka krzywo. Co siódmy z nich mruczał pod nosem zaczepki typu: Na chuj się patrzysz, kocie, no i co dziesiąty popychał go z przysłowiowego bara. Na szczęście Jasiek nie miał żadnych cech szczególnych, przez które jeden z dręczycieli mógłby go sobie wziąć na tapetę. Nie nosił okularów, nie miał zajęczej wargi, krzywych zębów, odstających uszu, dużego nosa; jedynie kilka pryszczy pojawiało się na jego młodzieńczej twarzy, tylko że to nie było niczym szczególnym w gimnazjalnym krajobrazie dojrzewających ludzi.

Biorąc to pod uwagę, można było powiedzieć, że Jasiek miał szczęście: wśród ofiar był po prostu mało widocznym i niewdzięcznym obiektem drwin.

Kiedy wracał z rozpoczęcia roku szkolnego, starał się wypatrzeć ów piękną dziewczynę, lecz tym razem nic z tego nie wyszło. Widać poszła gdzieś z koleżankami, rozmyślał niepocieszony.

Po kilku tygodniach dowiedział się, że chodzi do 2b, a więc była od niego tylko o rok starsza, i ma na imię Ania. Stało się to jego ulubionym imieniem.

 

*

 

Minęło pierwsze półrocze i Jasiek już się powoli zadomawiał w szkole, wiedział, którędy należy chodzić albo nie chodzić na długiej przerwie, lecz jego super moc – niewidzialność – nie zawsze działała, co przypłacił kilkoma siniakami i krótkimi chwilami upokorzenia. Jednak kiedy już działała to robiła to w dwie strony – Ania w ogóle go nie zauważała. Jasiek wątpił, żeby w ogóle wiedziała o jego istnieniu, choć mijali się często czy to na szkolnym korytarzu, czy to w ich osiedlowym sklepie. Z drugiej jednak strony Jasiek nie robił nic, żeby go dostrzegła; nie miał śmiałości, żeby zagaić rozmowę, bał się, że go wyśmieje, bądź – co gorsza – zignoruje, odrzuci. To że mieszkała kilka bloków od niego również nie polepszało sytuacji.

Maciek – jego kumpel z podstawówki, teraz tylko z osiedla – namawiał go, żeby w końcu coś zrobił. I kilkukrotnie był już blisko, nawet kręcił się w pobliżu klatki schodowej bloku, w którym mieszkała, jednak zawsze znajdywał jakąś dobrą wymówkę, by dalej nic nie robić.

Mijały kolejne tygodnie, miesiące, a Jasiek cały czas podkochiwał się w Ani, i na tym wszystko się kończyło. Obserwował, jak zaczęła chodzić z pewnym chłopakiem z ich szkoły – cierpiał wtedy nie do opisania katusze – i jak się z nim rozstawała – w tym przypadku jego odczucia była z goła odmienne. Aż w końcu jego matka postanowiła, że muszą się przeprowadzić. Widywał więc Anię rzadziej, aż skończyła ona szkołę. Długo cierpiał, nie widząc jej, lecz (jak to bywa przy młodzieńczych miłościach) zaczął w końcu o niej zapominać. Nadszedł i dla niego koniec szkoły, po drodze kolejna przeprowadzka i oto wkraczał w dorosłość.

Zaczynał szkołę średnią, a budzik ponownie go wyrwał z nocnego otępienia.

 

*

 

– Cholera! Nie umieraj mi teraz! – Ania próbowała wytargać mężczyznę z mitsubishi, które zaparkowała przed jego domem.

Trafiła we wskazane jej miejsce bez większych problemów. Omal nie straciła dłoni, gdy próbowała otworzyć bramę – nieumyślnie uruchomiła jedną z pułapek: w ostatniej chwili cofnęła rękę, w której kierunku już kierowały się naostrzone metalowe szpikulce.

Mężczyzna na szczęście odzyskał choć częściową świadomość i mógł – w niewielkim stopniu – z nią współpracować, przebierając nogami. Gdyby tego nie zrobił, wątpliwym byłoby żeby zaciągnęła go do środka. W końcu jednak udało jej się tego dokonać – krew nieprzerwanie kapała mu z nasiąkniętej nią koszuli przyłożonej do rany.

– Co mam robić? – powtarzała w kółko, lecz zdawała sobie sprawę, że o odpowiedź może być trudno.

Położyła rannego w holu, zaraz przy wejściu, nie wiedząc, gdzie indziej mogłaby to zrobić, a i szkoda jej było czasu, musiała jak najszybciej go opatrzyć. Kładąc ciało, zachowała rozsądek i położyła je bokiem.

– W kuchni… je-apteczka… Tam… co po…ujesz… – powiedział bardzo słabo i cicho, tak że musiała się nad nim pochylić aby cokolwiek zrozumieć. – … piwnicy… tam jest…

Nie dokończył, znowu zemdlał.

Ostrożnie odjęła koszulę od rany, z której ciągle wypływała krew, choć teraz już dużo wolniej. Zrobiło jej się niedobrze; w jego lewym boku znajdowała się spora dziura. Ponownie przyłożyła koszulę do rany, obwijając jego bok swoją bluzką, którą naprędce zdjęła, odsłaniając swój czarny stanik i nieduże piersi kryjące się pod nim. Pobiegła do kuchni szukać apteczki.

Ręce trzęsły się jej jak na mrozie. Wiedziała, co musi zrobić, acz nie chciała o tym jeszcze myśleć. Kiedyś oglądała filmy wojenne, obejrzała wszystkie odcinki Kompani braci, choć chwilami przyprawiały ją o mdłości. Teraz oto sama miała stać się sanitariuszką i ratować cudze życie.

Musiała się zatrzymać. Zwymiotowała na posadzkę.

O tym pomyślę później, stwierdziła w myślach, patrząc na swoje wymiociny. Dopadła do powieszonej na ścianie skrzyneczki z czerwonym krzyżem namalowanym na drzwiczkach. Była bogato wyposażona, więc nazywać ów zapasach po prostu apteczką byłoby dla niej ujmą. Oczywiście dużo przeterminowanych już lekarstw pospadało się na podłogę, kiedy przebierała wśród nich, szukając właściwych przedmiotów do tego, co miała zrobić. Po kilku chwilach miała odłożone: spory opatrunek z bandażem, spirytus, plastry, nożyczki medyczne i szczypce. Już miała wracać do mężczyzny, kiedy sobie przypomniała, że mówił coś jeszcze o piwnicy. Zastanawiała się przez sekundę, czy czasem nie majaczył, lecz w końcu pobiegła szukać drzwi prowadzących na dolny poziom.

Znalazła je dość szybko. Po ich otwarciu poczuła spory chłód ciągnący z dołu, dokąd prowadziły strome schody. Musiało tam nie być żadnych okien, bo biła stamtąd nieprzenikniona ciemność – o skręcenie karku musiało być nietrudno. Już chciała zrezygnować, gdy zobaczyła małą podwieszaną półkę na wysokości jej oczu. Stało na niej kilka latarek (od tandetnych z chińskiego centrum wyprzedaży po ciężkie policyjne).

Wzięła jedną z nich i zapaliwszy, zbiegła na dół.

Zimno owładnęło jej ciałem, które pokryła gęsia skórka. Dziwny zapach uderzył ją w nozdrza – trochę jak w szpitalu, przebijały się do niej wspomnienia. Gdy była już na dole, w mig zrozumiała, dlaczego mężczyzna ją tam wysłał. Na metalowych prętach porozwieszane były woreczki szpitalne napełnione krwią.

Nie chcąc sobie wyobrażać, w jaki sposób i jak długo mężczyzna je napełniał, porwała jeden z nich, razem z przewodem i igłą gotową do podłączenia dożylnego, i pognała z powrotem.

Mężczyzna wyglądał jakby spał. Musiała aż przyłożyć dłoń do jego nosa – oddychał, choć słabo. Bała się, nigdy tak się jeszcze nie bała, a najgorsze miało dopiero nadejść… Gorączkowo rozejrzała się dookoła, jakby szukała czyjejś pomocy. Zobaczyła w pokoju, który kiedyś zapewne musiał służyć jako salon, sporej wielkości, osmolony od częstego używania kominek. W środku były przygotowane do podpalenia drwa; podbiegła do niego. Zaraz obok znalazła pudełko zapałek, wyciągnęła ze środka ostatnią, potarła o zacierkę i przyłożyła do zmiętych banknotów stu– i dwustu złotowych, leżących na palenisku. Momentalnie się zajęły, rozpalając cienkie gałązki nad nimi. Było lato, na dworze było gorąco, lecz wiedziała, że ciepło będzie teraz mężczyźnie niezbędne. Już chciała do niego wrócić, kiedy jej wzrok spoczął na pogrzebaczu; nie myśląc zbyt wiele, wcisnęła go między rozpalające się kłody drzewa.

Wróciła do mężczyzny. Unosząc go za ręce najdelikatniej jak potrafiła, pociągnęła w stronę salonu. Ułożyła go najbliżej kominka, jak na to pozwalał jej zdrowy rozsądek. Podniosła jego bezwładną rękę z podłogi i uderzyła w nią kilkukrotnie otwartą dłonią, chcąc tym uwypuklić żyły – to też widziała na filmach. Drżącymi rękoma zdjęła osłonkę z igły, którą wbiła w rękę mężczyzny, modląc się na głos, żeby tym działaniem nie spowodowała jeszcze więcej szkód niż pożytku.

Poczuła jak ostra końcówka przebija jego skórę, lecz nie trafiła w żyłę. Zaklęła, wyciągnęła igłę i spróbowała ponownie, skupiając się do granic możliwości, żeby zatrzymać to cholerne drżenie rąk.

Udało się!

Chyba…

Spojrzała jeszcze raz na wyciągniętą na podłodze rękę. Widziała jak czerwony płyn powoli płynie w kierunku żył, stwierdziła, że na razie musi to wystarczyć. Odgryzła kawałek plastra i przykleiła go do igły, aby ta trzymała się i nie wypadała. Worek z krwią zahaczyła na wysoko powieszonej pobliskiej półce.

Przeskoczyła rannego ponad jego plecami, chcąc znaleźć się naprzeciwko rany – jej głównego problemu. Pot spływał jej po czole całymi strugami, porwała więc jakąś szmatę leżącą nieopodal i wytarła się w nią, czując jak ta momentalnie wilgotnieje. Klatkę piersiową, tuż ponad stanikiem również przetarła – czuła się jakby w domu było co najmniej czterdzieści stopni Celsjusza, a przecież w kominku nie rozpaliło się jeszcze na dobre.

Odwiązała bluzkę podtrzymującą opatrunek, który też odłożyła na bok. Odkręciła butelkę ze spirytusem i wylała część jej zawartości na ranę. Mężczyzna zajęczał z bólu, gdy płyn zetknął się z jego ciałem, jednocześnie odkażając i czyszcząc ją z krwi. Ania wzięła do rąk długie szczypce – które bardziej przypominały jej narzędzie do przytrzymywania metalowych części przy spawaniu, którego używał jej dziadek, niż sprzęt medyczny. Wzięła głęboki oddech i zagłębiła je w ciele mężczyzny. Ten ponownie zajęczał i Ania cieszyła się, że nie ma on więcej siły, nie zdołałaby go utrzymać, gdyby zaczął się szamotać.

Wpychała je coraz głębiej, czując jak bezwładne ciało stawia opór temu nieproszonemu gościowi. Już się denerwowała, że nie natrafiała na kulę, lecz w końcu wyczuła twardą przeszkodę do złudzenia przypominającą ciało obce, które nie powinno się tam znajdować. Modląc się, że nie jest to żaden organ, bądź kość, rozwarła kleszcze i spróbowała je zacisnąć na ów domniemanym pocisku. Ścisnęła jednak zbyt mocno i poczuła jak metal ucieka spod jej uścisku.

Ponownie zaklęła, lecz bez zwłoki zaczęła szukać ponownie. Tym razem była ostrożniejsza i gdy ponownie zaciskała szczypce, robiła to o wiele bardziej delikatnie. Zaczęła powoli wyciągać całość z rany, co poszło jej już lepiej i po chwili miała kulę w zakrwawionej ręce. Z niechęcią przyjrzała się jej dokładnie, wydawała się być w całości, za co podziękowała wszystkim świętym. Odrzuciła ją na bok, po czym ponownie zalała ranę spirytusem. Sięgnęła do pogrzebacza i wyciągnęła go z ognia. Spojrzała na jego rozpaloną do czerwoności końcówkę.

– Nie ma mowy – powiedziała i odstawiła go na miejsce, uważając, żeby nie podpalić domu.

Przyłożyła czysty opatrunek do rany i ciasno obandażowała plecy mężczyzny.

Wstała, odeszła kilka kroków od swojej sali operacyjnej i ponownie zwymiotowała, tym razem jednak w większości się krztusząc, gdyż nie miała już czego zwracać. Jednak nie był to jeszcze czas na odpoczynek. Musiała przemyć i opatrzyć również rozorane czoło mężczyzny. Gdy to zrobiła, na nie również założyła opatrunek, lecz obawiała się, że będzie musiała je zszyć. Acz na to odwagi jeszcze nie miała.

Skończywszy, padła obok niego na podłodze. Przez chwilę modliła się jeszcze, żeby jej praca nie okazała się być zgubną w skutkach, po czym zasnęła wyczerpana.

 

*

 

Śniła o dawnym, szczęśliwym życiu jakie prowadziła. Artur się jej oświadczył i za rok planowali się pobrać, później mieć dzieci, by w końcu dożyć starości gdzieś na spokojnych przedmieściach. Życie potoczyło się jednak inaczej. Artur kilka dni temu wyszedł z domu i dotychczas nie wrócił – uciekł albo zginął – wczoraj jej ojciec również wyzionął ducha, a dzisiaj przeprowadziła operację.

Kochała narzeczonego, w poprzednim życiu. Teraz… kiedy się to wszystko zaczęło, odsunęli się od siebie; mieszkali razem, kochali się raz na jakiś czas, lecz nie było to już to samo. Tragedia, jaka wstrząsnęła ludzkością, zniszczyła również ich związek. A może to ich uczucia nie były wystarczająco silne, żeby przetrwać tę próbę? Cokolwiek by to niebyło, kiedy Artur zniknął, nie odczuwała takiego bólu, jaki uważała, że powinna czuć.

Tak, coś poszło nie tak jak powinno… i to cholernie nie tak.

We śnie była razem z Arturem – zachowywał się zupełnie jak kiedyś: wesoły, wiecznie ją rozśmieszający. Lecz twarz miał inną, zmienioną. Była to twarz mężczyzny, którego uratowała.

– Kim jesteś? – spytała go.

– Nikim – odpowiedział głosem, który również do Artura nie należał. – Przeszłością, która przebiła się do teraźniejszości. Pamiętasz mnie?

Czy go pamiętała?

Wytężyła umysł i wydawał się jej jakiś znajomy, lecz odległy. Jak ktoś wielokrotnie mijany na ulicy, tak często, że w pewnym momencie zaczynasz mu się kłaniać i mówić dzień dobry. Lecz nie… ona pamiętała go inaczej.

Kiwnęła głową w odpowiedzi.

Mężczyzna uśmiechnął się promiennie. Miał ładny uśmiech.

– To dobrze. Ja cię pamiętam z przeszłości. Z dni, które utraciliśmy.

 

*

 

Gdy się ocknęła, za oknem było już ciemno. Odnalazła latarkę, którą wzięła ze sobą z piwnicy, i poświeciła nią po pomieszczeniu.

Mężczyzna jeszcze spał – oddychał dość płytko, lecz bezustannie. Krew w worku prawie się skończyła, więc poszła po kolejny i wymieniła go. Sprawdziła również opatrunki – były mocno zaczerwienione, wymagające wymiany, acz wyraźnie najgorsze było już za nimi. Teraz wszystko zależało od niego: albo zwycięży i wyzdrowieje, albo zginie i dołączy do tych miliardów poległych…

Ciało miał rozpalone, odszukała więc koc. Znalazła również materac i poduszki, co wszystko razem zaciągnęła do salonu. Potwornie się męcząc, wcisnęła pod mężczyznę materac, pod głowę poduszki, i przykryła go kocem. Tym sposobem miała już prawdziwy mały szpital polowy. Odnotowała w pamięci, że jeśli mężczyzna nie przestanie gorączkować to będzie musiała znaleźć coś i na to w apteczce. Była niemal pewna, że był również zaopatrzony w antybiotyki.

Skończywszy pracę, wyszła do kuchni, usiadła przy stole i rozpłakała się. Nie były to jednak łzy smutku; musiała w jakiś sposób odreagować, a organizm podpowiadał jej, że ten sposób będzie najbardziej ku temu odpowiedni. Ostatnie dni wylatywały z niej niczym pot schładzający ciało, tylko że te łzy schładzały jej duszę – palącą i ranną. Czuła jak się goi, czuła jak się przez to oczyszcza. Potrzebowała tego, żeby nie stracić rozumu.

Gdy ostatnia łza spłynęła po jej policzku, wróciła do mężczyzny, położyła się obok niego, bardzo blisko, chcąc tym oddać mu swoje ciepło, i ponownie zasnęła.

Obudził ją czyjś dotyk na ramieniu i lekkie poszturchiwanie. Zerwała się przerażona i gotowa do walki, lecz był to tylko mężczyzna.

Ocknął się.

Odezwał się do niej, głos miał ochrypnięty i słaby:

– Wiem, że jako gospodarz to ja powinienem ci zaproponować coś do picia, ale czy przyniesiesz mi wody?

Pokiwała głową. Odwróciła się, by ruszyć do kuchni, lecz zatrzymała się. Ponownie spojrzała na mężczyznę z pytająco uniesionymi brwiami.

– W pokoju obok stoją baniaki z deszczówką. – Wskazał ręką drzwi do pomieszczenia, w którym jeszcze nie była.

Przytaknęła i kiedy ruszyła, zastanawiała się, dlaczego nic do niego nie powiedziała.

Pokój, do którego ją wysłał, musiał służyć za spiżarnię, gdyż oprócz wody znajdowały się tam zapasy żywności – głównie warzywa i suszone mięso, ale dojrzała również spory kawałek wędzonej szynki i sarnie udźce, co przypomniało jej jak bardzo jest głodna. Była również pod wrażeniem, jak dobrze mężczyzna sobie radził.

Z dużego, większości już pustego zbiornika nalała wody do kubka stojącego obok i wróciła z nim do mężczyzny. Ten próbował się podnieść, lecz szybko go powstrzymała, choć i tak nie miałby na to siły.

– Rany ci się otworzą. – I po chwili dodała, czerwieniejąc. – Ja… nie zszyłam ich.

– Z tego co widzę to zrobiłaś i tak więcej niż mógłbym cię prosić. Dziękuję ci za to, jak i za pomoc przy blokach… Gdyby nie ty, na pewno byłbym już martwy.

Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

– Też mi pomogłeś, zabierając mnie ze sobą.

Zapanowała krępująca cisza, którą przerwał mężczyzna:

– Przeszła na wylot?

– Co? – spytała zdezorientowana.

– Kula.

– Och, nie. Musiałam… Ja musiałam ją wyciągnąć. – Mówiła jakby się wstydziła tego, co zrobiła.

– Jesteś lekarzem?

– Nie. – Oczy wbiła w podłogę, nie chcąc dojrzeć jego wzroku w blasku latarki. – Wiem, że mogłam zrobić ci krzywdę. Wybacz i jeśli…

– Oszalałaś? Nie masz za co przepraszać. Jeszcze raz dziękuję. Nie wiem, jak ci się odwdzięczę, ale… czy… czy pomożesz mi jeszcze raz… i pozszywasz mnie?

Zgodziła się.

Jednak nim rozpoczęli, mężczyzna poprosił, by przyniosła mu butelkę wódki ze spiżarni. Dopiero kiedy wziął kilka solidnych łyków, stwierdził, że jest gotowy.

W pierwszej kolejności musieli zszyć ranę postrzałową, gdyż przy każdym jego ruchu mogła się otworzyć. Mężczyzna musiał nie raz się już zszywać, bo dokładnie tłumaczył Ani, krok po kroku, co ma robić.

Po kilkunastu minutach jego plecy wyglądały jakby ktoś przyszył do nich sporych rozmiarów guzik.

Rana na czole była większa, lecz Ania poczuła się już pewniej i bez większej pomocy mężczyzny wykonała całą pracę, pozostawiając na nim falę przeszywaną czarną nicią.

Spojrzała na swoje dzieło.

– Na pewno zostaną blizny. Nigdy w życiu tego nie robiłam, a i z szydełkowaniem nie radziłam sobie zbyt dobrze.

– Dziękuję. Jest w porządku. – Mężczyzna odłożył latarkę, którą oświetlał Ani swoje ciało. Głos miał bełkotliwy, wódka szybko podziałała na jego pusty żołądek. – Do góry, w pokoju po lewej stronie jest sterta ubrań, które zebrałem podczas… podczas tych wszystkich wyszukiwań. Weź coś na siebie i się okryj.

Ania dopiero teraz przypomniała sobie, że jej górną część ciała okrywa tylko stanik. Poczuła się głupio, chciała się mężczyźnie wytłumaczyć, lecz po pierwsze to nie musiała, bo doskonale wszystko rozumiał, a po drugie zasnął już pijackim snem, przez co nie był skory do dalszej rozmowy.

Ania znowu została sama. Spojrzała na siebie w świetle latarki: cała była umazana krwią; była strasznie zmęczona i głodna, lecz wstąpiła w nią jakby pocieszająca myśl, że jednak wszystko może się ułożyć. Wzięła się do sprzątania po zabiegu, jaki przeprowadziła, swoich wymiocin, no i zamierzała znaleźć jakieś rzeczy, żeby nie biegać już w bieliźnie, gdy mężczyzna ponownie się ocknie.

 

*

 

Ania podała mu jeszcze jedną dawkę krwi, o którą sam prosił. W ciągu kolejnych kilku dni mężczyzna czuł się coraz lepiej. Nie obeszło się jednak bez podania mu kilku dodatkowych dawek leków.

Przeniósł się z salonu do sypialni, gdzie mógł w spokoju dochodzić do pełni sił. Źle czuł się z myślą, że on leży, a Ania wyręcza go we wszystkich obowiązkach, lecz za każdym razem, kiedy próbował jej to powiedzieć ta bardzo stanowczo nalegała, żeby przynajmniej na razie nie wstawał. Z początku mężczyzna zastanawiał się, czy może jej ufać i dopuszczać do tak swobodnego poruszania się po terenie. Szybko jednak odrzucił wszelkie podejrzliwe myśli, jeśli miała złe zamiary to mało prawdopodobnym byłby przypadek, w którym ratuje mu życie, tylko po to, żeby mu je zaraz odebrać.

Oczywiście, spędzili wiele godzin na rozmowie, a w zasadzie na przekazywaniu jej instrukcji, jak doglądać ogrodzenia, zajmować się ogrodem i zwykłym tłumaczeniu, gdzie co może znaleźć.

– Powiedz mi tylko jeszcze jedną rzecz – odezwała się Ania tuż przed tym jak miała wyjść na obchód w jednym z pierwszych dni. Mężczyzna leżał wtedy jeszcze przy kominku. – Jak masz na imię? Kojarzę twoją twarz, nie wiem skąd, ale imię… to jedna wielka pustka.

– Jan.

– Jan – powtórzyła Ania, po czym wyszła na słońce, zamykając za sobą drzwi.

 

*

 

Mur z początku ją przerażał, nie tylko swoimi niebezpieczeństwami, ale również faktem, że Jan sam go skonstruował. Musiał być cholernie zdolny, ale z drugiej strony… wymyślił tyle sposobów na uśmiercanie, że sam Hitler by mu przyklasnął. Jednak im bardziej poznawała Jana, jak i sam mur, tym bardziej zaczynała pojmować, że takie to były czasy, a mężczyzna starał się po prostu przeżyć.

Na szczęście podczas jej pracy nie musiała zbierać żadnego martwego zwierzęcia, przed czym Jan ją ostrzegał. Miała nadzieję, że tak pozostanie, dopóki nie stanie na nogi i nie wyręczy jej z tego zadania. Tylko, co wtedy? Czy z nim zostanie? A jeśli nie, to gdzie się uda?

Kilkukrotnie słyszała jak mówił sam do siebie, acz to mogła zrozumieć. Nie wiedziała, jak długo był sam i unikała tego tematu, tak samo ich przyszłości czy też przeszłości, która musiała przecież kiedyś się łączyć. Starała się sobie wszystko poukładać, przypomnieć, skąd mogła kojarzyć jego twarz, lecz na nic się to nie zdawało. W jej głowie szerzyła się jedna wielka pustka. W końcu więc porzuciła rozmyślania na ten temat, jednocześnie przygotowując się do rozpoczęcia najważniejszej w tej chwili rozmowy: co dalej?

– … i jakie masz zamiary? – Ania stała w wejściu do sypialni Jana, opierając się o futrynę drzwi.

– To znaczy? – odparł jej, podciągając się na łóżku do pozycji siedzącej. Sił miał coraz więcej i już tylko kilka dni dzieliło go od ponownego stanięcia na nogi.

– No… przecież musisz mieć jakieś plany, to znaczy, czy… mam tutaj zostać, czy też odejść? Może razem odejdziemy i poszukamy innych ludzi?

– Nie! – Jan podniósł głos, lecz reflektując się, szybko przyjął łagodniejszą postawę. – Nie. Widziałaś, jacy są inni ludzie. Tutaj jesteśmy bezpieczni, a oni przecież cię szukali.

Zaskoczyło ją, że wiedział. Dotychczas nie wspominała mu o tym, lecz i ona sama niezbyt dużo o tym myślała, a przecież… przecież straciła wtedy ojca.

– Nie wszyscy są tacy… ty jesteś inny.

Na chwilę zapanowała cisza, Jan wpatrywał się w nią, świdrując wzrokiem; ona natomiast usilnie starała się przed nim uciec. W końcu jednak przełamała się, stwierdzając, że nie może oczekiwać szczerości, skoro sama nie będzie jej okazywać.

– Zaczynało nam brakować żywności. – Spojrzała mu w oczy i już nie uciekała. – Wiedzieliśmy, gdzie Moskity mają swoją bazę, w sensie ten gang; postanowiliśmy… postanowił zaryzykować i ukraść im trochę jedzenia. Ale tylko dla nas! Na żaden handel, tylko żeby przeżyć.

– Złapali was?

– Nie, ale ledwo co udało nam się uciec. Mojego ojca ranili. Bardzo ciężko, gorzej niż ciebie. Umarł, szybko umarł…

Zapanowała cisza, w której ona przełykała słowa, które w końcu wypowiedziała głośno, on natomiast dawał jej potrzebny do tego czas.

– Przykro mi – odezwał się w końcu.

– Nie szkodzi. To już się stało. A teraz pojawiłeś się ty i wyciągnąłeś mnie z tamtego miejsca, gdzie zapewne bym zginęła. – Jej głos przestawał być już spięty, zdawała się być coraz bardziej rozweselona, acz bardziej przypominało to histerię. – Jestem w tym miejscu, rozmawiam z tobą, i doglądam tego muru, jak o nim mówisz, jakby nigdy nic się nie stało!

Ponownie zamilkła. Przyłożyła dłoń do oczu i zaczęła je pocierać, pochylając głowę ku dołowi. Jan bardzo dobrze znał stany, przez jakie właśnie przechodziła. Sam, kilkanaście razy w miesiącu, miewał podobne napady depresyjno-destrukcyjne. Lecz nigdy nie posunął się do tego ostatecznego kroku: samobójstwa. Uważał swoje życie za jedną wielką pomyłkę, coś, co nie powinno się wydarzyć. Nie raz krzyczał do gwiazd, że został stworzony tylko po to, by cierpieć. A wszystko dobre, co go spotkało było po to, żeby w końcu mu to wydrzeć – szybko i boleśnie jak odrywany plaster z bardzo, bardzo owłosionej ręki. Nie zabił się jednak; nie przerwał tego teatrzyku kukiełek, w którym grał główną rolę. Dlaczego? Nie lubił niszczyć czegoś, co ktoś stworzył, nawet jeśli było aż taką pomyłką.

– Przepraszam – powiedziała opanowana już Ania. – Pewnie cię interesuje, co z murem…

– Tak. Poradziłaś sobie?

– Wszystko było w porządku. Tylko że… to pewnie głupota, ale od wschodu trzy pułapki zostały aktywowane, zaraz obok siebie. – Dopiero teraz przekroczyła próg sypialni i zbliżywszy się do łóżka, usiadła na jego brzegu.

– Na pewno jakieś zwierzę wpieprzyło się na nie i uciekło ranne – machnął lekceważąco ręką.

– Możliwe, ale raczej wątpię. Nie było tam ani śladu krwi.

– Jak to?

– Czysto. Pewnie jakaś gałązka niesiona wiatrem.

– Tak, pewnie masz rację…

Rozmowa znowu zamarła. Ania widziała skupioną twarz Jana i myślała, jak załagodzić sprawę z pułapkami. Była pewna, że to nic takiego, a nie chciała, żeby się tym zbytnio przejmował. Kiedy chciała się już odezwać, zmieniając temat na sposoby pielęgnowania ogrodu, Jan ją uprzedził:

– Podasz mi ubranie? Muszę to sprawdzić.

– Co? Jeszcze za wcześnie na takie wyprawy!

Lecz już wiedziała, że żadne jej oponowania, rozkazy i groźby na nic się nie zdadzą. Jan twarz miał zaciętą, a jego oczy wyrażały żelazną pewność. Nie zostało jej nic innego, jak po prostu mu pomóc i starać się, żeby jak najmniej zmęczył się przy tych czynnościach.

Jan, postękując i pojękując, ubrał się w kilkanaście minut, a kiedy wszedł na korytarz, na którym leżał nie tak dawno zakrwawiony, był blady jak ściana. Zatrzymał się, oparł ręką o pobliską ścianę i głębokimi wdechami próbował złapać trochę powietrza.

– Może sobie jeszcze dzisiaj odpuścisz? Myślę, że kilka dni może to jeszcze poczekać.

– Nie. Chodźmy. Weź łuk i strzały.

– Nie dam rady go dobrze ponieść, a co dopiero strzelać.

– Weź i nieś łuk… Mi podaj maczetę.

Nie rozumiała, o co mu chodzi. Nie umiała przecież posługiwać się bronią, była nawet pewna, że więcej krzywdy zrobiłaby sobie, niż komuś innemu. Jak może być łuk z trzema cięciwami?!, myślała. Nie chciała jednak mu tego wykładać, widząc i tak jego zmęczoną wysiłkiem twarz.

Wyszli w południe, pełne słońce jasno świeciło na niebie, przez co Ani do pamięci powróciły dawne lata i wakacje, w których taka pogoda była wyczekiwana i wielbiona jak bóstwo. Teraz oznaczała tylko jedno: bardziej się spoci, przez co będzie musiała wypić więcej wody, czyli szybciej zacznie się martwić o jej ponowne zdobycie. Czyż nie dziwnie zmieniają się ludzkie priorytety?

Bez zbędnego marudzenia skierowali się do wschodniej części muru. Szli wolno, żeby nie przeciążać Jana zbyt mocno – była to przecież jego pierwsza wycieczka od czasu postrzelenia; ile to już upłynęło dni? Ania nie wiedziała.

W pierwszej kolejności Jan dokładnie przyjrzał się zabezpieczeniom od wewnętrznej części, lecz nic nie wzbudziło jego niepokoju. Ania myślała, że to wystarczy i wrócą wreszcie do środka, tam oboje niepotrzebnie tracili siły. Jednak on nie miał takiego zamiaru, zadecydował, że musi jeszcze sprawdzić od zewnątrz.

– Czy ponownie je załadowałaś?

– Pułapki? Tak. Tak jak tłumaczyłeś.

Kiwnął głową.

Ania czuła się w domu Jana bezpiecznie, i to od pierwszej chwili, w której się w nim znalazła. Mury i osłony dawały jej to poczucie i niechętnie je opuszczała. Zawsze, kiedy to robiła, czuła, że staje się odsłonięta, odkryta, a każdy może ją dopaść i zranić. Nie inaczej było i tym razem, mimo że Jan jej towarzyszył; mocniej zacisnęła dłoń na uchwycie broni.

Kiedy wskazała mu pułapki, które zastały aktywowane, zaczął się w nie intensywnie wpatrywać, mrucząc coś pod nosem. Robił to o wiele dłużej niż od wewnętrznej strony muru i Ania obawiała się, że po prostu krytycznie ocenia pracę, jaką wykonała. Jan jednak niczego pod tym kątem nie skomentował. Wreszcie odwrócił się od nich i spojrzał jej w oczy. Jednak nie czuła, żeby patrzył na nią. Jakby odpłynął, przenikając ją na wylot i starając się wypatrzeć coś w oddali, tuż za zasłoną krzewów i drzew, które rosły nieopodal. Ania odwróciła się w tamtą stronę, czując się coraz bardziej dziwnie; po kręgosłupie zaczęło pełzać jej przeczucie, którego każdy chce unikać w życiu: przeczucie, że ktoś na ciebie patrzy z ukrycia. Zganiła się za wybujałą wyobraźnię, lecz nadal nie spuszczała oczu z bujnej zieleni roślin.

Zastanawiała się, jak mogło kiedyś tu wyglądać. Teraz okolica zaczynała przypominać las, a nie osiedle mieszkalne, którym zapewne kiedyś była.

– Widzisz coś? – wyszeptała sama zdziwiona, że tak cicho.

Jan minął ją bez słowa. Odszedł kilka kroków od muru, aż przestraszyła się, że chce po prostu odejść i ją zostawić (jak Artur), lecz zatrzymał się w końcu i przyklęknął na jedno kolano. Było to mniej więcej w połowie drogi od muru do granicy drzew (odległość ta nie wynosiła więcej jak dziesięć metrów). Dotykał czegoś na ziemi, lecz był odwrócony do niej plecami, nie mogła więc ocenić, co znalazł.

Ania podeszła do niego i zajrzała mu przez ramię. Na ziemi porośniętej trawą leżał niewielki ptak – nie znała się na gatunkach zwierząt, lecz na pewno mogła powiedzieć, że nie był to wróbel.

– Młody jastrząb – powiedział Jan, jakby odgadując jej myśli.

Mamy więc zagadkę rozwiązaną, pomyślała Ania, znowu próbując się uspokoić.

Skoro to jastrząb miał uruchomić pułapki to czemu leżał tak daleko od nich, czemu nie zostawił żadnych śladów krwi czy nawet jednego piórka i czemu w takim razie…

– Ma skręcony kark. – Jan dokończył jej myśl.

 

Rozdział 3

Stąpając po bardzo cienkim lodzie

 

Wieczorem Jan postanowił zorganizować małą ucztę w formie podziękowania Ani za wszystko, co dla niego zrobiła. Rozpalił w kominku, wyciągnął spory sarni udziec z piwnicy i ułożył go na rożnie. Zapachy, jakie ogarnęły dom, były wyśmienite.

Kiedy mięso było już usmażone i gotowe do jedzenia, starali się jeść jak cywilizowani ludzie – tak jak kiedyś. Jan naszykował talerze, sztućce, które wyszukał gdzieś w szufladach, zapalił świece; wszystko wydawało się być idealne. Kusiło go jednak kilkukrotnie, żeby odrzucić konwenanse i wziąć mięso w dłonie, jak to robił dotychczas.

Rozmawiali mało. Tematu martwego jastrzębia unikali, przynajmniej na razie, co jednak nie oznaczało, że Jan o tym nie myślał. Był niemal pewien, że ktoś ich odnalazł i teraz testuje mur, żeby dostać się do środka. A martwy ptak był niczym innym jak podpisem, znakiem, jaki zostawili mu, żeby wiedział, że nie są tu sami. Moskity, przypomniał sobie nazwę gangu, jaką wymieniła Ania. Czyżby to oni nas znaleźli?

Przy Ani zaczął się również pilnować, żeby jak najmniej wypowiadać swe myśli na głos, nie mówiąc już o dialogach z samym sobą czy też z którymś widmem z przeszłości. Kontakt z nią wychodził mu na dobre.

– Dlaczego kazałeś zabrać mi łuk? – spytała, gdy odłożyła na swój talerz ostatnią, obraną do cna kość sarniny. Przy końcu posiłku przestali już używać widelców i noży: resztki mięsa, jak i sam szpik zmarnować się przecież nie mogły.

Jan poprawił się na krześle; odczuwał prawie ciągły ból pleców, ból gojącego się ciała, i dopiero zaczynał się do niego przyzwyczajać. Miał jednak nadzieję, że z czasem minie, choć i tak nie miał prawa narzekać – wyszedł z całej kabały zadziwiająco cało.

– Ja nie byłbym w stanie strzelać – odpowiedział, starając się uciąć temat. Nie chciał jej jeszcze mówić o swoich podejrzeniach.

– Ja nie umiem, więc też bym się nie przydała. I w ogóle, do czego mielibyśmy strzelać, wtedy, za murem?

Jan przeciągle wypuścił powietrze z płuc. Jego twarz rozświetlały tylko płomienie świecy i palącego się kominka. Z różowiejącą szramą na czole wyglądał, co najmniej, przerażająco.

– Nie dajesz za wygraną, co?

Nie odpowiedziała mu. Czekała, nadal wpatrując się w jego oblicze.

– Miał to być straszak. Jeśli ktoś zobaczyłby mnie wtedy, w stanie, w jakim byłem, na pewno nie przestraszyłby się takiego strzelca. Ty jednak jesteś zdrowa, dodatkowo dzierżąc łuk, niebezpieczna.

– Nie rozumiem. Kto miałby nas zobaczyć?

– Nie wiem. Ten, co nas obserwuje, ten, co aktywował pułapki, i zapewne ten, co zabił jastrzębia. Ktoś nas wykrył i bada, na co może sobie pozwolić i jak skutecznie zaatakować.

Zamrugała kilkakrotnie, wyglądała jakby nie wierzyła w to, co słyszy z jego ust, a Jana bardzo to poirytowało. Już chciał się odezwać i ją zrugać, spytać, w jakim świecie żyje, skoro jest taką ignorantką. A jeśliby odpowiedziała, że w tym samym, co on, to już przygotowanym kolejnym pytaniem było: jakim cudem w ogóle jeszcze żyjesz? Lecz nim zdążył ponownie otworzyć usta, Ania otrząsnęła się i odezwała pierwsza, pewnie przeczuwając irytację Jana:

– Jesteś tego pewny? To znaczy, widziałeś kogoś?

– Nie.

– To…

– Życie jest najlepszym nauczycielem, zwłaszcza w czasach, w jakich żyjemy. Musisz się nauczyć, żeby niczego nie przyjmować jako przypadku, inaczej zginiesz, tak jak twój ojciec i zapewne narzeczony…

Teraz to ona zrobiła gniewną minę, ale Jan miał to w nosie. Niech się obraża, myślał, niech płacze. Jeśli jest głupia to i tak już po niej.

– Nie wszystko jest wrogo do nas nastawione, nie każda chwila jest skierowanym w ciebie atakiem.

– Oczywiście, że nie. Nie jestem wariatem. Ale nic nie zawadzi każdej z tych chwil jednak sprawdzić. Jeśli okaże się, że rzeczywiście jest to po prostu CHWILA to zajebiście, zabawa do białego rana, ale jeśli będzie to jednak bezzębny psychol, biegnący na mnie z siekierą… wolę być na niego przygotowany.

Posiedział jeszcze chwilę, czekając na ewentualną odpowiedź Ani, lecz gdy ta nie nadchodziła, wstał i zebrał talerze. Zaoferowała pomoc w sprzątaniu, Jan jednak jej nie przyjął. Nie obraził się, chciał po prostu, żeby została na chwilę sama, żeby przyswoiła sobie jego słowa.

Kości pozostałe na talerzach wrzucił do kominka, psa nie miał choć myślał o takim pomocniku przez jakiś czasu. Doszedł jednak do wniosku, że może przyjść moment, w którym nie będzie w stanie zatroszczyć się o samego siebie, nie mówiąc już o zwierzęciu. Z drugiej jednak strony, kto by go lepiej alarmował niż pies?

Naczynia zalał deszczówką, po czym obmył je ścierką; nie przykładał się zbytnio do tego zadania, wiedząc, że kolejny taki posiłek może już nie nadejść. Kiedy skończył, nalał sobie do kubka wódkę – cały wieczór nie wziął ani jednego łyka – i wypił go duszkiem. Od razu poczuł się lepiej, gotów do dalszej części rozmowy. Jednak kiedy odwrócił się w stronę jadalni – promień jego latarki padł na drzwi doń prowadzące – stała w nich Ania. Wyrazu jej twarzy nie umiał odczytać, ale i tak spodziewał się tylko dwóch możliwości: albo będzie kontynuowała opór i rozpoczną prawdziwą kłótnię, albo przyzna mu rację i może trochę popłacze.

– Co zatem teraz zrobimy?

– Poczekamy.

– Tak po prostu?

– Jestem jeszcze słaby, nic innego nam nie pozostaje. Zobaczymy, co zrobi dalej. – Kiedy zobaczył w końcu, że minę ma niepewną, szybko dodał: – Ale będziemy ostrożni, nie pozwolimy się zaskoczyć.

 

*

 

Następnego ranka Jan wybierał się razem z Anią na pełny obchód. Wstał jeszcze wcześniej niż zwykł to czynić, czego skutkiem było dojmujące zmęczenie. Winę zrzucił na niedawny postrzał, po którym jeszcze nie wrócił do pełni sił, jednak kiedy zawroty głowy ustąpiły, stwierdził, że jest gotowy do pracy.

Praktycznie nie rozmawiali, napięcie w powietrzu można było wyczuć bez znajomości ich sytuacji. Oboje wyczekiwali tego obchodu i tego, co mogą podczas niego znaleźć. Jan podchodził do tego jednak bardziej rzeczowo niż Ania, która bała się, że jego obawy się spełnią, a oni będą mieli kolejne kłopoty na karku.

Pogoda się załamała, jakby wyczuwając ich nastroje i obawy. Deszcz pojawił się nocą, do którego szybko dołączyła burza; nie zanosiło się na szybką poprawę. Ulewa spadała na świat bez chwili wytchnienia, ale dzięki temu Jan mógł uzupełnić zapasy wody – w końcu ostatnio zaczęła ona ubywać dwukrotnie szybciej. Przez tą pogodę spodziewał się również, że i tym razem pułapki mogły zostać aktywowane, lecz nie było mocnego wiatru to i nie mogło być takich przypadków wiele. Żeby zostały one seryjnie aktywowane musiałby spaść naprawdę porządny grad.

Jan i Ania narzucili na siebie płaszcze przeciwdeszczowe i wyszli z domu. Oczywiście mieli ze sobą broń – tak jak dzień wcześniej: ona łuk (cały czas poprawiała na nim chwyt, gdyż wydawało jej się, że trzyma go nieporęcznie, bez żadnej wprawy), on maczetę. Skierowali się w stronę bramy wjazdowej, od której mieli zacząć; wcześniej ustalili dokładny plan działania.

Z początku szło im gładko, jakby było to rutynowe sprawdzanie, nawet pogoda im nie przeszkadzała. Żadna z pułapek nie była aktywowana, nic nie wzbudzało podejrzeń Jana, który przecież znał mur prawie tak dobrze jak siebie samego. Pozostawał jednak czujny, poprzedniego dnia pułapki zostały aktywowane dopiero od wschodniej strony, więc mieli jeszcze dużo do sprawdzenia. Kiedy dotarli do miejsca, w którym poprzedniego dnia Ania znalazła uruchomione potrzaski, Jan na chwilę wstrzymał oddech. Jednak i tam wszystko było na swoim miejscu.

– Widzisz, mówiłam, że to tylko wiatr i gałęzie – powiedziała Ania, która również starała się odnaleźć spokój. Miała nadzieję, że tymi słowami przekona Jana, ale również i samą siebie.

Jan kiwnął tylko głową, nie odzywając się nic; pracował dalej.

W końcu jednak doszukał się problemów, choć znaleźć ich nie chciał.

Były to cztery aktywowane pułapki tym razem od zachodniej strony. Jan podszedł do nich i zlustrował wzrokiem okolicę, szukając śladów krwi. Nic nie znajdując, ponownie je nabił i odwrócił się w stronę Ani. Jej mina mówiła sama za siebie, a krople deszczu kapiące z przemoczonych włosów i spływające po twarzy przywodziły na myśl łzy. Łzy osoby załamanej, niepewnej co dalej.

– Dokończ obchód – powiedział Jan, po czym minął ją, kierując się w stronę wyjścia poza teren.

– A ty? – rzuciła za nim.

– Ja sprawdzę, co tym razem nam zostawili.

Zmęczenie dawało mu się we znaki. Ból w plecach nasilał się z każdą kolejną chwilą, dodatkowo osłabiony organizm zaczynał się buntować. Jan miał nadzieję, że wytrzyma jeszcze trochę, zanim odetnie mu prąd.

Spojrzał w niebo: nie modlił się, nie szukał wsparcia; liczył po prostu na kilka chłodnych kropel, które obmyją jego spocone czoło. Poczuł ulgę, jakby nowe siły spływały na jego ciało razem ze spadającym deszczem.

– Dasz radę, pokaż skurwysynom, dasz radę…

Jednak kiedy wyszedł na zewnątrz i dotarł do miejsca, gdzie zostały aktywowane pułapki, nie był już tego taki pewien.

– Mają nas… mają…

Inne słowa nie wychodziły mu na usta, wiedział, że Moskity ich znalazły, jak i wiedział, co to dla nich oznacza.

Miał przed sobą cztery pale wkopane w ziemię, a na każdym wbita była głowa dzikiego psa. Krew wymieszana z deszczem spływała po drewnianych słupach, aż na ziemi tworzyły blaknące czerwone plamy. Każde ze zwierząt miało język wywalony z pyska – ten widok przywołał mgliste, odległe wspomnienia; nie było psa, który by nie lubił w ten sposób urozmaicać sobie jazdy samochodem. Wywieszały głowę za okno i oddawały się omiatającemu je wiatrowi. Jednak teraz sytuacja była zupełnie inna, zwierzęta też były zupełnie inne: agresywne, zdziczałe, lecz i tak było mu ich szkoda.

Wbił wzrok ponad te jakże wymowne znaki, próbując coś dostrzec, cokolwiek, coś co by mu pomogło rozszyfrować przeciwnika. Okolica jednak, jak zawsze, ziała się pustkami, była wymarła. Jakkolwiek nie oznaczało to, że nie był właśnie obserwowany. Czuł, był niemal pewien, że jest i wszystko na to wskazywało. Wszak nie okazywał paniki, spokojnie się odwrócił i skierował w stronę wejścia na teren. Kątem oka wciąż wyszukiwał najmniejszych drgań niepasujących do okolicy, lecz wiedział również, że jeśli nastąpiłby atak to prawdopodobnie zginie, będąc w takiej a nie innej formie. Mimo to miał nadzieję, że weźmie ze sobą jednego czy dwóch napastników: na to chyba jeszcze mnie stać?, zastanawiał się.

Przy wejściu napotkał Anię. Zatrzymał się i popatrzył jej głęboko w oczy.

– Znalazłeś coś? – spytała, widząc jego minę.

– Nie jest dobrze… – Potężny grzmot rozdarł niebo. Ania aż podskoczyła przestraszona, twarz Jana zdawała się być niewzruszona, zupełnie jakby do jego uszu nie doszedł ten ogłuszający odgłos. – Znaleźli nas.

 

*

 

Burza w końcu ustała, lecz nie w duszy Jana. Tam zdawała się wchodzić dopiero w krytyczną fazę, a jemu pozostał tylko strach i modlitwa o jak najmniejsze straty. Musiał zdecydować, czy zostanie w domu i będzie go bronił, czy też uzna wyższość przeciwnika i chociaż spróbuje uciec. Tylko dokąd, jeśliby się na to decydował?

Mając w pamięci przeżycia związane z Moskitami, wiedział, że nie może ich lekceważyć. Wiedział również, że jeśli chce mieć jakiekolwiek szanse na przetrwanie, musi zacząć działać.

Kiedy opowiedział Ani, co znalazł i co o tym wszystkim sądzi, jej reakcja w dużej mierze go zaskoczyła. Spodziewał się, że ta wpadnie w panikę, popłacze się i nie będzie wiedziała, co począć. Przyjęła to jednak bardzo spokojnie, jej twarz była skupiona, a oczy… wyrażały chęć działania, nawet jeśli miało ono być rozpaczliwe.

– Będziemy walczyć? – spytała.

– Jest ich pewnie spora grupa.

– I co?

– Chcę wiedzieć, czy wiesz, w co się wpakujemy. Możemy spróbować uciec.

– Dokąd?

– No…

– Dobrze, załóżmy, że nawet nam się uda. I co dalej? Znowu nas znajdą, nie odpuszczą, i będziemy dalej uciekać? W nieskończoność. Ja już jestem tym zmęczona, nie wiem jak ty, ale wolę zostać i się im postawić. Nawet, jeśli…

– Nawet, jeśli zginiesz – dokończył za nią. Podobała mu się ta postawa i zdał sobie sprawę, że głęboko w środku już jakiś czas temu podjął taką decyzję i miał nadzieję, że Ania również takową podejmie. – W porządku więc, nie oddamy im tego miejsca tak łatwo.

I Moskity musiały się tego domyślić, bo w ciągu kolejnych dni mogli obserwować wzmożoną aktywność Jana i Ani. Wstawali jeszcze wcześniej, sprawdzali mur i nawet go wzmacniali. Z tyłu domu Jan poświęcał czas, ucząc Anię łucznictwa i widocznym było, jak ta z każdą kolejną chwilą opanowywała jej tajniki.

Jednakże Jan musiał przyznać gangowi, że nie marnotrawili czasu. Każdego kolejnego dnia znajdował coraz to więcej martwych zwierząt porozstawianych wzdłuż ogrodzenia. W końcu nawet przestał się nimi przejmować i nie sprzątał ich, pozostawiając sam na sam z najniebezpieczniejszym wrogiem istot żywych: rozkładem. Starał się wyszukać w pozostawionym truchle jakiegoś wzoru, przesłania, lecz przyszedł moment, w którym stwierdził, że nie może ono brzmieć inaczej jak: groźba. Skończył się czas zmartwień, przyjął to jako kolejny czynnik tego nowego świata, po prostu przystosował się do sytuacji.

Bał się jednak czegoś innego.

Im dłużej przebywał z Anią, tym coraz bardziej zaczynał się czuć jak dzieciak. Dzieciak, który zmarnował mnóstwo czasu, patrząc na dziewczynę i marząc, że jest jego. Wiedział, że to zauważa i był jej niesłychanie wdzięczny, że nie zareagowała.

Szóstego dnia od znalezienia martwego sokoła, oboje znajdowali się na ogrodzie i ćwiczyli z łukiem. Dzień był pogodny, ptaki śpiewały, wiał delikatny wiatr, jakby już nikt nie pamiętał niedawnej burzy.

Ania wzięła głęboki wdech, przytrzymując powietrze w płucach, i uniosła przed siebie łuk, jednocześnie naciągając strzałę na cięciwie. Szybko obrała cel – środek słomianej tarczy oddalonej o kilkanaście metrów – i rozluźniła palce. Poczuła delikatne szarpnięcie, gdy strzała wyrwała do przodu, a zaraz po tym uderzenie cięciwy w jej przedramię, na którym miała ochraniacz. Przekleństwem podsumowała swój błąd, po czym dostrzegła, jak strzała wbija się w cel, lecz daleko od jego środka.

Zaklęła ponownie.

Jan uśmiechnął się pod nosem, po czym podszedł do niej wolnym krokiem. Ostatnie dni pracował naprawdę dużo i ciężko, przez co plecy bolały go praktycznie bez przerwy.

– Musisz bardziej się skupić – powiedział, znajdując się przy niej.

– Przecież się skupiam!

Przysunął się do niej blisko, bliżej niżby chciał, lecz musiał przezwyciężyć swój umysł i pomóc jej skorygować ułożenie ciała. Poczuł jej zapach, usłyszał oddech – czyżby przyspieszony? – gdy stanął za nią i powielił jej pozycję. Przywarł do niej praktycznie całym ciałem, wyciągając ręce, jakby sam trzymał łuk, lecz zamiast broni chwycił jej nadgarstki i przestawił na odpowiednie miejsca.

– Pamiętaj, żeby lekko odgiąć lewą rękę – szepnął jej do ucha. – W ten sposób unikniesz uderzenia cięciwy, i strzał będzie celniejszy. O, właśnie tak.

Wstrzymała oddech, on również. Poczuł jakby świat na moment się zatrzymał, jakby na coś wyczekiwał. Ania przechyliła lekko głowę w jego stronę, zupełnie jakby oczekiwała…

Odskoczył w tył, potknął się o własne nogi i runął na ziemię. Ania odwróciła się w jego stronę i widząc jego zakłopotaną, zawstydzoną minę, nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. Jan był tak zdezorientowany, że nie wiedział, co zrobić. Chciał uciec, odezwać się, dokończyć, co zaczęli, lecz tylko leżał i próbował się pozbierać. Plecy zapiekły cholernie mocnym bólem, za który podziękował, bo sprowadził go z powrotem na ziemię, zmusił do myślenia.

W końcu się podniósł i otrzepał, jakby nic wielkiego się nie stało. Spojrzał na Anię, chcąc udzielić jej reprymendy, acz zrezygnował z tego. Nie śmiała się już, stała naprzeciwko niego, z bronią nadal w ręku i wzrokiem wbitym w ziemię tuż obok jego prawej stopy. Jan spojrzał w to miejsce i zobaczył zdjęcie; zdjęcie, które – zdawałoby się wieku temu – schował do kieszeni, a które zabrał z portfela nieznajomego na ogrodzeniu.

– Co to ma być? – spytała.

Jan nie odpowiedział. Schylił się, ignorując bolącą ranę, i podniósł zgubę. Przetarł je z brudu, po czym przyjrzał mu się dokładnie.

– To jest zdjęcie.

– Widzę do cholery, że to zdjęcie! Skąd je masz?

– Znalazłem… w twoim mieszkaniu i… nie wiem, mimochodem musiałem je zagarnąć.

Ania postąpiła krok w jego stronę. Takiej jej jeszcze nie widział, była… zła.

– Nie pieprz głupot. Miałam tylko jedno takie zdjęcie i było ono w… O Boże… Coś ty zrobił?

Jan wyszedł z założenia, że najlepiej zrobi, jeśli nic nie będzie mówił. W uszach mu zapiszczało, kiedy głosy jego zmarłej rodziny zaczęły go dochodzić od strony domu.

– A tak dawno już ich nie słyszałem… – mruknął pod nosem.

– Odpowiedz mi! – Zaczynało robić się nieciekawie.

Ania sięgnęła do kołczanu po kolejną strzałę. Ręce trzęsły się jej przy wykonywaniu tej czynności i Jan wyobraził sobie, że właśnie tak musiała wyglądać, kiedy podjęła się operacji ratującej mu życie. O, ironio, czyżby teraz ta sama osoba miała mi je odebrać?, zastanawiał się, a na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech.

– Ja… wszystko ci wyjaśnię. To był wypadek. – Wskazał ręką na ogrodzenie. – Ja go tam znalazłem, nie chciałem mu niczego zrobić. Tak go już znalazłem… Musisz mi uwierzyć.

– Czemu w takim razie nic mi nie powiedziałeś?

– Bałem się, że nie uwierzysz w tak osobliwy zbieg okoliczności.

– I miałeś rację. – Rzuciła łuk na bok, po czym pobiegła w stronę domu, mijając go bez spojrzenia.

Sukces był dla Jana połowiczny: dobrze, że nie skończył ze strzałą w brzuchu; źle, że stracił zaufanie Ani.

– Dałeś dupy, Jasiek – powiedział do siebie.

Odpowiedzi jakie usłyszał nie spodobały mu się.

 

*

 

Do końca dnia Ania unikała go jak ognia. On jej nie wchodził w drogę, mając nadzieję, że sama sobie wszystko poukłada. Gdy przyszła noc, położyli się w swoich pokojach, nadal nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa.

W nocy zbudził go hałas zatrzaskiwanych drzwi wejściowych. Zerwał się z łóżka, sięgając po maczetę i latarkę. Wołał Anię po imieniu, lecz ta mu nie odpowiadała, a kiedy wbiegł do jej pokoju, łóżko było zaścielone, jakby nawet się w nim nie położyła. Zaklął pod nosem, po czym wybiegł na dwór.

Chłodny wiatr oplótł jego nagi tors, poczuł jak gęsia skórka ogarnia mu ciało, ale też świeże powietrze zupełnie odgoniło sen z powiek. Rozejrzał się gorączkowo dookoła, szukając oznak włamania i czyjejś obecności, ale nic takiego nie znalazł.

– Czyżby Moskity atakowały?

Ruszył biegiem w stronę bramy. Zastał ją uchyloną i już wiedział, co nastąpiło.

– Uciekła… jak mogła?

Dziwisz się jej?

– Zamknij się!

Jak w transie podszedł do bramy i popatrzył w stronę ciemności. Chciał ją zawołać, poprosić, żeby wróciła, ale wiedział, że nie może tego zrobić, nie chcąc się narażać na atak wroga. Ania też to musiała wiedzieć, jak i wiedziała, że nie ruszy za nią w pościg.

Pościg? Przecież nie była jego więźniem. Czyż nie?

Jasiek padł na kolana. Znowu był dzieciakiem, który utracił swoją miłość; znowu stało się to na jego własne życzenie. Ale czy da radę znowu się podnieść?

Zapłakał, czuł się źle, podle. Płakał tak długo, aż odpłynął w krainę snu i otępienia.

 

Rozdział 4

Co to za człowiek?

 

– Psst, obudź się. No, wstawaj.

Ktoś potrząsnął go za ramię. Zareagował natychmiast; szarpnął się, lecz bardzo szybko tego pożałował. Ręce w stawach zaprotestowały złowieszczo i czuł jak mu się zaraz wyrwą. Był związany, i to mocno.

Syknął z bólu, powoli otworzył oczy. Był ranek – świtało, godzina pobudki – znajdował się na ogrodzie przywiązany do drzewa. Letni chłodny wietrzyk omiatał mu nieogoloną twarz. Szybka ocena sytuacji nie dała mu dobrych perspektyw na nadchodzący dzień.

Miał przed sobą mężczyznę w średnim wieku, który przypatrywał mu się badawczo, Jan spróbował sobie przypomnieć jego twarz, czy widział ją podczas strzelaniny wśród bloków, aczkolwiek nic mu ona nie mówiła. Mężczyzna przykucnął przy nim, chcąc zrównać się twarzami.

– Dzień dobry – odezwał się mężczyzna. – Przepraszam, że cię związaliśmy, ale są to… niezbędne środki ostrożności.

Jan nic nie odpowiedział, patrzył tylko na niego bez mrugnięcia okiem, a jego mina mówiła sama za siebie, co by zrobił, gdyby nie był spętany. Mężczyzna ciągnął dalej niewzruszony:

– Wiesz, że obserwowaliśmy cię od kilku dni. I muszę przyznać, że jestem naprawdę pod wrażeniem tego, jak to wszystko sobie zorganizowałeś. Ten mur… niesamowite, tylko cudem nikt z nas nie zginął na tych pułapkach. W nocy naprawdę ciężko się ich szukało, ale na szczęście mamy jednego mądralę, który też co nieco wie na te tematy.

– Złapaliście ją? – odezwał się w końcu Jan, przerywając mężczyźnie wywód.

Ten zamrugał szybko oczami, jakby dopiero co zdał sobie sprawę z obecności rozmówcy. Popatrzył na Jana ze zdziwieniem, starając się odgadnąć, o co mu może chodzić. W końcu wyprostował się, odszedł kilka kroków i zaraz przy nim pojawiły się dwie kolejne osoby: mężczyzna i kobieta.

– Dokładnie sprawdziliście dom? – spytał ten, który obudził Jana. Starał się mówić szeptem, ale i tak było go dosyć wyraźnie słychać.

– Oczywiście. Nikogo nie było – odpowiedziała mu kobieta.

– A okolica?

– Wiesz dobrze, że pilnujemy jej od dawna – tym razem odpowiedzi udzielił drugi mężczyzna.

Po chwili rozmówca powrócił do Jana, ponownie przykucnął, a na jego twarzy zagościł uśmiech świadczący o niezmąconej pewności siebie.

– Czyli jej nie złapaliście. – Jan również się uśmiechnął, mimo że kłótnia z Anią prawdopodobnie oznaczała koniec ich znajomości to i tak cieszył się, że zdołała ona zawczasu uciec. Można by rzec, że ich starcie nastąpiło w idealnym dla niej momencie, a wiedział, że i tak w końcu by do niej doszło.

– Nie wiem, o kim mówisz. – Mężczyzna szeroko rozłożył ręce. – Nikogo nie było.

To dobrze, pomyślał Jan, niech tak myślą, a będzie miała więcej czasu. Zanim się zorientują, jak ich wydymała, będzie już bezpieczna. Postanowił więc nie drążyć tematu, mając nadzieję, że napastnicy będą się trzymać swojej wersji.

– A więc to ty nimi rządzisz? Moskitami? – spytał Jan.

Wyraz twarzy mężczyzny zmienił się diametralnie. Ponownie spojrzał na niego skontemplowany, acz po chwili w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia. Wyglądał jakby miał do czynienia z dzieckiem i próbował rozszyfrować jego prosty tok rozumowania i niezrozumiałe jeszcze słowa.

– A, rozumiem już wszystko. I będę zmuszony wyprowadzić cię z błędu… Ja i moi towarzysze nie mamy zupełnie nic wspólnego z bandycką grupą, o której wspomniałeś. Z nimi ani z żadnymi innymi komarami, insektami czy pszczołami. Chociaż… niedawno sytuacja zmusiła nas do krótkiego handlu z nimi. I wiesz, czego się dowiedziałem?

Mężczyzna zniżył głos i przybliżył swoją twarz do jego. Jan poczuł zapach: pot z brudem niemytego ciała, lecz był tam również zapach natury. Ten człowiek musiał nie spać pod dachem od bardzo dawna.

Wciąż patrzył na niego wyczekująco, więc Jan ledwo zauważalnie pokręcił głową. Mężczyzna od razu podjął wątek:

– Otóż wymianę prowadziłem z pewnym nerwowym młodzieńcem, gęba mu się nie zamykała, mówię ci. W pewnym momencie zaczął mi opowiadać, jak to z koleżkami napadli na pewnego biedaka w ciężarówce bez dachu, jak to określił. Nie lubię takich barbarzyńskich praktyk, więc możesz sobie wyobrazić moją niechęć do słuchania opowieści o nich, lecz nie przerywałem mu, bojąc się reakcji. Wszystko szło zajebiście, mówi, dopóki nie wtrąciła się do tego ta suka, na którą i tak polowaliśmy od jakiegoś czasu… Swoją drogą, teraz to moje słowa, masz niezłą brykę w garażu. Zawsze lubiłem pikapy, a ten twój, mimo kilku dziur po kulach, wygląda na kawał samochodu. No i ten handlarz mówi mi dalej, że w awanturze, jaka później wybuchła, stracił trzech ludzi, lecz udało im się dziwkę sprzątnąć, a gościa porządnie postrzelić. Uciekł im, ale zapewniał mnie na swoje ostatnie zęby, że nie mógł przeżyć długo, bo krwawił jak zarzynane prosię… Mam nieodparte wrażenie, że brzmi ci to znajomo, czyż nie?

Mężczyzna włożył rękę do kieszeni i chwilę w niej grzebał. Po chwili wyciągnął zdjęcie, które Ania znalazła poprzedniego dnia i od którego zaczęły się wszystkie problemy. Przez moment przypatrywał się zdjęciu, po czym podsunął je Janowi pod oczy.

– To ona, tak? – spytał. – Naprawdę ładna… – Odsunął je od niego i ponownie zaczął się w nie wpatrywać. Nie odrywając wzroku od wizerunku Ani, zaczął ponownie mówić. – Powiedzieć ci, jak to się potoczyło, według mnie? Znalazłeś jej zdjęcie z adresem, nie wiem czy kogoś zabiłeś, żeby je zdobyć, nieważne. Podświadomie bądź nie, krążyłeś wokół tego adresu, mając nadzieję, że ją spotkasz. Może znałeś ją kiedyś, że tak na ciebie to podziałało? Coś w tym musiało być, skoro zapuściłeś się na tereny, które wiedziałeś, że są oblegane przez różne gangi. Aż w końcu napatoczyłeś się na nią, ale i na Moskitów. Zaatakowali cię, ona cię chciała obronić, ale nie udało się. Zginęła zastrzelona przez jakiegoś zbira – może i lepiej, gdyby ją dopadli to już wyobrażam sobie, co by jej zrobili – a ciebie postrzelili. Pasowałoby, bo z początku nie wyglądałeś zbyt dobrze. Nasi już chcieli ci pomóc, ale powstrzymałem ich… Widzisz, nie chcę żebyś odebrał moją osobę jako chorego socjopatę. Po prostu wprowadziłem pewne zasady i to pewnie one pozwoliły mi i moim ludziom tak długo przeżyć. Najpierw sprawdzamy, obserwujemy osobę, do której mamy się zbliżyć, żeby czasem ona nie okazała się takim właśnie świrem. Ty wydawałeś się być idealnym człowiekiem, jakiego poszukujemy. Duży dom, niesamowite zabezpieczenia, spore zapasy… Gadałeś sam do siebie, ale to akurat zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że jesteś pewnie od dawna sam. Ale… no właśnie, ale… Już myśleliśmy, że zginąłeś od odniesionych ran, ale ty przeżyłeś. Znowu zacząłeś się pojawiać na ogrodzeniu, więc był to dobry prognostyk. Lecz zacząłeś zachowywać się inaczej, zupełnie inaczej. Twoje rozmowy same ze sobą przybrały inny wyraz. Trwały one całymi dniami, a czasami… czasami nawet ubierałeś się jak kobieta i mówiłeś kobiecym głosem. Było to naprawdę przerażające i aż sam sobie podziękowałem, że nie zbliżyliśmy się wtedy do ciebie.

Powstał jednak problem, co dalej zrobić. Potrzebowaliśmy tego miejsca, żeby nabrać tutaj sił, odpocząć, ale ty… nie nadawałeś się już do życia między ludźmi. Ktoś zaproponował, żeby cię zabić, lecz pomysł ten został praktycznie od razu odrzucony. My nie zabijamy, a przynajmniej nie robimy tego, kiedy nie ma takiej potrzeby. Uznałem, że zabicie cię byłoby czymś cholernie złym, więc postanowiliśmy spróbować cię stąd po prostu wykurzyć. Wiem, że ani jeden, ani drugi sposób nie przysporzyłby nam chwały, ale trudno, takie mamy czasy.

Mężczyzna przerwał na chwilę, wyciągnął zza pasa manierkę, otworzył ją i wziął długiego łyka. Otarł usta, schował z powrotem naczynie za pas i kontynuował:

– Za dużo gadam… Cholernie schnie mi w ustach. Na czym to ja? Tak… Zaczęliśmy więc sprawdzać ogrodzenie, aktywując jego pułapki. Uznałem jednak, że to nie wystarczy i zaczęliśmy zostawiać ci znaki. Martwych insektów nie zauważałeś, więc zastosowaliśmy drastyczniejsze środki, z których nie jestem dumny. Zwierząt też nie lubię niepotrzebnie zabijać, ale tu od razu ci powiem, że te psy zjedliśmy. Spodziewałem się, że cała maskarada potrwa jeszcze kilka ładnych tygodni zanim zdecydujesz się w końcu opuścić to miejsce, ale ty… w nocy zacząłeś krzyczeć, biegać po okolicy, aż myślałem, że będzie trzeba cię jednak odstrzelić. W końcu otwarłeś bramę i zemdlałeś. Tak po prostu. Reszty się już raczej domyślasz; weszliśmy do środka, przeszukaliśmy dom – jeszcze raz zaznaczę, że jestem pod sporym wrażeniem tego, jak sobie radziłeś. Ta krew… mistrzostwo świata – i przywiązaliśmy cię tu do tego drzewa. Ot, cała historia.

Mężczyzna patrzył na Jana, próbując odczytać z jego twarzy jakąś reakcję. Ten poczekał jeszcze chwilę, czy czasem jego gość nie będzie jednak kontynuował, by w końcu wybuchnąć gromkim śmiechem. Zdawał sobie sprawę, że jest w nieciekawym położeniu, wpadł w ręce skończonego wariata i tylko cud albo właśnie to szaleństwo jego oprawcy pozwoli mu się z tego wykaraskać. Nie mógł się jednak przestać śmiać, a to mogło mu tylko zaszkodzić.

– Widzę, że bardzo cię to rozbawiło – powiedział mężczyzna.

– A kogo by nie rozbawiło? – spytał Jan, w końcu się uspokoiwszy. – W porządku, powiedzmy, że tak właśnie było. Co teraz?

– To znaczy?

– Co ze mną? Nie uciekłem z podwiniętym ogonem, ty zdradziłeś, jak naprawdę było; czyli spisek się nie udał.

– Jest to pewien problem…

– Tak, ale myślę, że rozwiązywalny. Dobijmy więc targu.

– Co masz na myśli?

– Rozwiązanie tej sprawy. Wypuście mnie, a stąd odejdę. Jeśli Ania uciekła i przetrwała noc, to na pewno będzie potrzebowała pomocy. Nigdy nie żyła w samotności i wątpię, żeby sobie poradziła, choć jest bardzo bystra i szybko się uczy.

Mężczyzna pokręcił zrezygnowany głową, jakby był przekonany, że oto właśnie dostał niepodważalny dowód potwierdzający jego historię i chory umysł Jana.

– Dlaczego miałbym na to przystać? Skąd mam mieć pewność, że nie postanowisz wrócić i mnie zabić?

Teraz to Jan patrzył na niego z szerokim uśmiechem. Wiedział, że przejmuje inicjatywę.

– A co mi po tym miejscu, spotyka mnie tutaj tylko cierpienie. Czy ją odnajdą, czy nie, muszą opuścić te tereny. Im dalej tym lepiej. A poza tym… nie będziesz mnie musiał wtedy zabijać. Twoje sumienie byłoby czyste.

Mężczyzna uśmiechnął się, doceniając tę uwagę.

Zapadła cisza, w której rozważał tę opcję, w końcu przywołał do siebie kobietę, z którą chwilę wcześniej rozmawiał i nakazał jej uwolnić Jana. Ta z początku patrzyła nań z powątpiewaniem, lecz kiedy powtórzył polecenie, nie śmiała mu się więcej sprzeciwiać.

Po chwili Jan stał wyprostowany, próbując rozruszać zdrętwiałe mięśnie.

– Czy mogę zabrać ze sobą jakiś ekwipunek?

– Weź wszystko, czego będziesz potrzebował – odpowiedział mężczyzna, po czym wyciągnął przed siebie rękę.

Jan przyjął ów gest, ściskając dłoń nowego właściciela jego rodzinnego domu.

 

Epilog

Do widzenia

 

Jan wyruszał tego samego dnia, kilka godzin po rozmowie z mężczyzną.

Zdziwił się, że dotrzymał obietnicy i pozwolił mu zabrać wszystko, co tylko chciał – wyjątek stanowił tylko samochód, ale Jan to wiedział i nawet o niego nie pytał. Wyposażył się więc w swój ulubiony łuk, ciepłe ubrania, namiot, śpiwory, latarkę z zapasem baterii, prowiant czy też mini apteczkę. Mógł więc przyznać, że nie sprzedał swojego domu za aż tak niską cenę.

Bardziej martwiła go jednak misja, jaka go czekała. Na dobrą sprawę nie wiedział, gdzie się Ania udała i gdzie ma zacząć jej poszukiwania. Istniała nawet szansa, że targana emocjami postanowiła wrócić do swojego domu, czyli prosto w łapy Moskitów.

Janowi udało się jeszcze uzyskać obietnicę od mężczyzny, że ten nie zdradzi gangowi – temu ani żadnemu innemu – co się z nim wydarzyło ani co zamierzał zrobić. Wierzył, że obietnica ta nie zostanie złamana i może liczyć na czysty start. W zamian odwdzięczył się narysowaniem schematu muru i zaznaczeniem pułapek na nim się znajdujących.

– Na pewno nie przyjmiesz historii, którą ci opowiedziałem? – spytał go mężczyzna, gdy Jan zbierał się do wymarszu. Stali za domem przy granicy lasu. Mężczyzna, opierając się o drzewo, przyglądał się ze spokojem, jak Jan pakuje ostatnie rzeczy do plecaka. – Oszczędziłoby ci to wiele cierpienia.

Jan spojrzał po raz ostatni na mężczyznę. Uświadomił sobie, że nie zna nawet jego imienia, ale może to i dobrze. Była nadzieja, że nie będzie go nawiedzał w przyszłości, w jego umyśle. Naraz zdał sobie sprawę, że w innych okolicznościach mogliby się nawet zaprzyjaźnić. W innych okolicznościach i w innych czasach…

– Każdy wierzy w taki świat, jaki ma przed oczyma. Jeśli mam przez to cierpieć, trudno. Ale ona gdzieś tam jest…

Mężczyzna kiwnął głową, nie odpowiadając już na to. Wiedział, że i tak nic więcej nie wskóra.

Jan odwrócił się w stronę ściany zieleni, zarzucił na plecy pozostały swój dobytek i zanurzył w lesie, odcinając się tym od swojego dotychczasowego życia. Mimo czekających go niebezpieczeństw i niepewności czuł się dobrze. Zdawał sobie sprawę, że powinien odejść już dawno temu, może nawet na początku, gdy się to wszystko zaczęło. Ale to teraz nadarzyła się ku temu idealna okazja: wyruszał odnaleźć Anię, przeprosić ją, i miał nadzieję, że to nowe życie spędzą razem.

Ostatni raz spojrzał za siebie, w stronę, gdzie znajdował się jego dom. Uśmiechnął się, bo wszyscy jego krewni podążali za nim.

 

Koniec

Koniec

Komentarze

Na razie prolog, postaram się wrócić do tekstu później. Ze względu na długość raczej będę czytać na raty. 

 

Moim zdaniem za dużo masz zaimków – zwłaszcza go, jego – większość można wywalić. Przykład:

Dzień zawsze zaczynał od serii ćwiczeń podtrzymujących jego sprawność fizyczną na określonym, narzucanym sobie poziomie. – z kontekstu wynika, że chodzi o jego sprawność, nie trzeba tego podkreślać zaimkiem; i przy okazji w odniesieniu do narzucanym dałabym to słowo w trybie dokonanym narzuconym – bo chyba nie narzucał sobie codziennie od nowa poziomu sprawności? 

 

Kilka innych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy: 

 

lecz wiedział, że są one tylko urojeniami spowodowanymi nadmiarem wódy i nieprawidłowym działaniem obłąkańczego mózgu. – dziwnie mi to brzmi, nie powinno być zamiast tego obłąkanegohttp://sjp.pwn.pl/szukaj/ob%C5%82%C4%85ka%C5%84czy%20.html 

 

Niekiedy ów delikwent próbujący się doń wedrzeć, przeżywał i uciekał ciężej, bądź lżej ranny, co pokazywało niedoskonałości jego autorskich pułapek. – do kogo odnosi się ów delikwent? Jak dla mnie to nie jest najlepsze określenie zabłąkanych zwierząt – bo w poprzednim zdaniu używasz przecież liczby mnogiej. 

 

połasił się na kradzież i ewentualny, mile widziany gwałt - a to mnie zatrzymało na dłuższą chwilę; moim zdaniem niezbyt fortunne sformułowanie

 

Może(+,) gdyby jednak jakimś cudem brodaty sforsował mur(+,) to mężczyzna byłby już martwy – ok, mamy dwóch mężczyzn, najprawdopodobniej (o ile to nie był akurat ten dzień miesiąca przypadający na golenie lub tuż po nim) obaj jakoś brodaci. Osobiście nie podoba mi się (to moje prywatne wrażenie), że nie wiem, kim jest bohater. Przydałoby się przynajmniej jakieś imię, bo pisanie o nim ciągle mężczyzna jak dla mnie brzmi słabo. 

 

Zepchnął głęboko do świadomości myśli – chyba do podświadomości

 

Mężczyzna zastanawiał się, kiedy było ono zrobione. Swoją drogą, ciekawiło go, kiedy mogło zostać wykonane to ostatnie zdjęcie. – dwa razy to samo jest w tych dwóch zdaniach, jedno bym wywaliła na Twoim miejscu. 

 

Odkąd Talbot rozpoczął długą erę fotografii w 1839 roku, minęło sporo czasu. – liczebniki słownie

 

Do pomysłu nie będę się odnosić po tak krótkim fragmencie. Do tego wrócę po przeczytaniu całości. Aczkolwiek w prologu wielkiej zachęty nie widzę. Trochę on taki przegadany, brakuje mi jakiegoś konkretu, punktu zaczepienia. Nie wiem, co się stało, jaka apokalipsa nawiedziła świat, że bohater nie ma się do kogo odezwać, a jednocześnie żyje w miarę normalnie, tyle że odgrodzony od reszty. Jednak na razie nie będę wyrokować, zobaczę co będzie dalej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Doczytałam do momentu ucieczki bohatera i dziewczyny.

Na razie nie jestem zachwycona. Nie podoba mi się, że choć przeczytałam jedną trzecią opowiadania, to nie mam pojęcia, co było przyczyną apokalipsy, nie wiem co się stało z ludźmi i dlaczego ocalały budynki. Zastanawiam się, dlaczego bohater chciał przekupić bandytów zebranymi łupami, skoro oni mieli to wszystko w zasięgu ręki.

Dlaczego bohater nie ma imienia?

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Wypisałam niektóre usterki, ale do poprawienia jest o wiele, wiele więcej. Niestety, choć nie wykluczam takiej możliwości, to nie mogę obiecać, że jeszcze wrócę do lektury.

 

Nie­za­leż­nie od pory roku wsta­wał za­wsze przed świ­tem. Czas ten więc czę­sto ule­gał zmia­nom, gdyż sta­rał się nie uży­wać ze­gar­ka, wraz z całym, sta­rym już spo­so­bem od­mie­rza­nia go. – Czy na pewno czas świtu był uzależniony od korzystania z zegarka?

Ze zdania wynika też, że starał się nie używać starego już sposobu odmierzania zegarka.

Staraj się nie gubić podmiotów.

 

cięż­ko więc było mu przy­po­mnieć sobie week­en­dy… – …trudno więc było mu przy­po­mnieć sobie week­en­dy

 

Nie­kie­dy ów de­li­kwent pró­bu­ją­cy się doń we­drzeć… – Czy o zwierzętach można mówić delikwent?

 

po wy­bu­chu bomby na­szpry­co­wa­nej gwoźdź­mi. – Bomba może być nafaszerowana gwoździami, ale nie może być naszprycowana nimi.

 

Przy­sta­wił dra­bi­nę, usta­wia­jąc ją w bez­piecz­nej od­le­gło­ści… – Powtórzenie.

 

i za­czął się po niej wdra­py­wać do góry. – Masło maślane. Nie można wdrapywać się na dół.

 

omal nie spadł na dół. – Masło maślane. Czy można spaść do góry?

 

za­brał się do ro­bo­ty, jakby to zro­bił w przy­pad­ku… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Zaraz obok do­ku­men­tów od­na­lazł zdję­cie pięk­nej ko­bie­ty… – Raczej: Zaraz obok do­ku­men­tów zna­lazł zdję­cie pięk­nej ko­bie­ty

Aby coś odnaleźć, trzeba to najpierw schować/ stracić.

 

nie mu­siał na­rze­kać na dro­gie ceny pa­li­wa. – …nie mu­siał na­rze­kać na wysokie ceny pa­li­wa.

Drogi może być towar, nie jego cena.

 

Oczy­wi­ście męż­czy­zna nie omiesz­kał od­po­wied­nio wzmoc­nić po­jaz­du, aby ten mógł bez prze­szkód spy­chać nie­rzad­ko za­gro­dzo­ną róż­ny­mi przed­mio­ta­mi i in­ny­mi au­ta­mi drogę. – Spychał drogę czy może zawadzające przedmioty?

 

Oh, przy­mknij się w końcu! Och, przy­mknij się w końcu!

 

Do­ci­snął pedał gazu do pod­ło­gi, chcąc choć tro­chę nad­ro­bić stra­co­ny czas. Chciał prze­szu­kać… – Powtórzenie.

 

Stę­ka­jąc głu­cho, pękły za­wia­sy i drew­no ude­rzy­ło o pod­ło­gę. Na mo­ment męż­czy­zna za­trzy­mał się i wy­tę­żył słuch, lecz gdy echo uci­chło, za­pa­no­wa­ła głu­cha cisza. – Powtórzenie.

 

Z bro­nią palną było cięż­ko… – Raczej: O broń palną było trudno

 

Po­sia­da­li oni broń palną, jed­nak gdy za­je­chał do nich do domu, nie za­stał ich już na miej­scu: ani ich, ani ich broni. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Ca­łość wrzu­cił na pakę Mit­su­bi­shi. Czuł lek­kie zmę­cze­nie i za­wro­ty głowy, lecz zrzu­cił to… – Ca­łość wrzu­cił na pakę mit­su­bi­shi.

Marki pojazdów zapisujemy małymi literami. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w dalszym ciągu opowiadania.

Powtórzenie.

 

Aż w końcu do­tarł do miesz­ka­nia numer dwa­dzie­ścia osiem. Pod me­ta­lo­wym nu­me­rem… – Powtórzenie.

 

Drzwi nie były za­ry­glo­wa­ne, przez co od razu otwo­rzy­ły przed nim swoje wnę­trze. – Wyjątkowo ekstrawertyczne drzwi!

 

Domu, gdzie miesz­ka ktoś, do kogo za­pa­chu nie jest się przy­zwy­cza­jo­nym … – Domu, gdzie miesz­ka ktoś, do czyjego za­pa­chu nie jest się przy­zwy­cza­jo­nym

 

Od­da­lę się dwa bu­dyn­ki dalej. – Powtórzenie.

 

Męż­czy­zna za­trza­snął drzwi, od­wró­cił się na­pię­cie i zbiegł po scho­dach… – Męż­czy­zna za­trza­snął drzwi, od­wró­cił się na ­pię­cie i zbiegł po scho­dach

 

Męż­czy­zna od razu po­my­ślał o ko­bie­cie, lecz ów kroki były zbyt ostroż­ne, zbyt po­nu­re… – …lecz owe kroki były zbyt ostroż­ne

Na czym polega ponurość kroków?

 

do za­sko­czo­ne­go mło­de­go chłop­ca, który za­stygł w pół­kro­ku. – …do za­sko­czo­ne­go mło­de­go chłop­ca, który za­stygł w pół­ kro­ku.

 

Szyb­kie ruchy męż­czy­zny mu­sia­ły go nie tyle co zdzi­wić a za­trwo­żyć… – Szyb­kie ruchy męż­czy­zny mu­sia­ły go nie tyle zdzi­wić, co za­trwo­żyć…

 

Nie był sku­pio­ny – przez al­ko­hol?, przez ko­bie­tę? – Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

Szyb­ko prze­kal­ku­lo­wał wszyst­ko co mógł i co chciał im po­wie­dzieć, po czym od­po­wie­dział: – Powtórzenie.

 

Młody wbił w niego swoje chy­tre oczka, pró­bu­jąc prze­szyć go na wylot. – Nadmiar zaimków.

 

kil­ko­ro zbi­rów za­szło go od tyłu… – …kil­ku zbi­rów za­szło go od tyłu

Kilkoro, gdyby wśród panów zbirów były także panie zbirki.

 

Uniósł łuk przed sie­bie, lecz nie żeby oddać strzał – na to czasu na pewno już nie było – tylko za­sło­nić się pio­nem przed ude­rze­niem pałki. – Co to znaczy, że uniósł łuk, by zasłonić się pionem?

 

Od razu prze­pro­wa­dził kontr­atak, waląc łu­kiem w nos na­past­ni­ka, z któ­re­go po­pły­nę­ła krew. – Czy krew popłynęła z całego napastnika?

 

Naj­pierw za­la­ła mu oczy, potem szyje… – Literówka.

 

mocno ude­rza­jąc go ka­mie­niem trzy­ma­nym w dłoni. Prze­ciw­nik padł na chod­nik, ude­rza­jąc głową o kra­węż­nik… –

 

Ostrzał po­now­nie się wzmógł, gdy ban­dy­ci za­uwa­ży­li, że ich kom­pa­ni ni­cze­go nie wskó­ra­li. Mu­sie­li więc nisko po­chy­le­ni do­sko­czyć do drzwi szo­fer­ki. – Czy dobrze rozumiem, że bandyci doskoczyli do szoferki?

 

Znaj­do­wa­li się od stro­ny kie­row­cy, więc gdy zna­la­zła się… – Powtórzenie.

 

Ta, wy­sko­czyw­szy z szoku… – Czy to znaczy, że w szok można wskoczyć, a potem zeń wyskoczyć?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za wyłapanie baboli, rzucę na nie okiem jutro.

 

Ludzie w dzisiejszych czasach nie są zbyt cierpliwi, wszystko muszą wiedzieć od razu. Co, kto, gdzie, dlaczego? ;) Imiona nie są ważne w takim świecie, acz (spoiler!) w końcu się pojawią. Polecam przeczytać/obejrzeć Drogę. :)

Apokalipsę może zapoczątkować wiele, wcale nie musi pierdutnąć atomówka (stojące budynki), mógł to być jakiś mega wirus czy inna katastrofa. Ja tego nie wiem, bo uważam, że i to nie jest to ważne. :) Osobiście lubię takie niedopowiedzenia, gdzie jest miejsce na odrobinę własnej wyobraźni. Oczywiście jest to moje zdanie, każdy lubi coś innego.

Dziękuję za poświęconą chwilę na czytanie tekstu.

Dobrze zrobiłeś, że wstawiłeś całość – fragmenty nie cieszą się dużym powodzeniem. Jeszcze lepiej byłoby przyciąć tekst – opowiadania powyżej 100 kilo traktowane są nieco gorzej – na przykład Dyżurni są zwolnieni z obowiązku ich czytania.

Początek był trochę nudny, dopiero później akcja się rozkręciła. Zakończenie nieoczekiwane, na plus.

Facet spodziewa się psa na górze muru. Psy często wspinają się na takie wysokości?

Nad warsztatem musisz jeszcze trochę popracować. Poniżej garść przykładów (ale widzę, że Regulatorzy już tu w międzyczasie zajrzała i wypisała znacznie więcej):

Czas ten więc często ulegał zmianom, gdyż starał się nie używać zegarka, wraz z całym, starym już sposobem odmierzania go.

Uważaj na zaimki – do kogo odnosi się “go”? Bo wszystko wskazuje na zegarek…

Jednak ów mały przedmiot wciąż pozostawał założony na jego prawym nadgarstku – na lewym mógłby mu przeszkadzać przy naciąganiu łuku

A zegarek nie jest na tyle blisko dłoni, że cięciwa do niego nie dolatuje? Zresztą, ochraniacz chyba nie jest grubszy od zegarka, a nie przeszkadza.

lepiej było przyjmować każde jego podarunki

IMO, albo każdy podarunek, albo wszystkie podarunki.

Oh, przymknij się w końcu!

Po polsku “och”.

Przez tą pogodę spodziewał się również,

Tę pogodę.

Ponownie spojrzał na niego skontemplowany,

Na pewno “skontemplowany”?

Babska logika rządzi!

Macieju, może i jestem niecierpliwa, ale zważ, że Ty znajdujesz się w uprzywilejowanej sytuacji – jako Autor opowiadania, wiesz wszystko.

A ja? Jakże mam polubić bohatera, skoro nic o nim nie wiem? Jak mam sobie zwizualizować świat, w którym żyje, skoro nic o tym świecie nie wiem? Jak mam wykrzesać w sobie ciekawość dla ewentualnych poczynań mężczyzny, skoro do tej pory było więcej gadania o, tak mi się wydaje, niezbyt istotnych szczegółach, niż opisania konkretów. Wolałabym, żeby opowiadanie zaciekawiło mnie od początku i to zaciekawiło tak, żebym chciała natychmiast przeczytać je do końca.

Czy faktycznie brakuje mi cierpliwości? Wszak przeczytałam ponad jedną trzecią opowiadania, które, przynajmniej do tej pory, niczego mi nie urwało, a poznane fakty nie zapowiadają, że dalszy ciąg nagle zrobi na mnie takie wrażenie, że będę chciała jęknąć z zachwytu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgodzę się z Reg, że warto byłoby pokazać przyczynę zagłady. Ot tak, żeby sprawdzić, czy zachowana jest logika zdarzeń. Nie każda apokalipsa pozostawia nienaruszone dystrybutory benzyny i młodociane gangi. A tu skończyło się dość nagle – pikap wszak stał na parkingu w galerii handlowej.

Babska logika rządzi!

Doczytałam do końca. I jednak nie kupuję tej opowieści. Brakuje mi podstawowych informacji, żebym mogła poczuć historię i jej bohaterów. Niedopowiedzenia nie są złe, sama je lubię, ale wszystko ma swoje granice. Tu, uważam, zostały one przekroczone. Nie wiem, co się stało, że większość ludzi poznikała, nie wiem, jak dawno. Dlatego nie umiem ocenić, czy opowieść trzyma się kupy, czy nie. A mnie osobiście to bardzo denerwuje w trakcie lektury – że jestem zawieszona w dziwnej próżni, bez punktów oparcia. Świat, o którym piszesz w przedmowie, że jest postapokaliptyczny, nie został w tekście przedstawiony, więc nie wiem, na ile racjonalne są poczynania postaci. Przykład – nie ma wody w kranie, bo wodociągi nie działają (na to wskazuje deszczówka), ale za to działają pompy na stacjach paliw? Nie jestem medykiem, ale mam wątpliwości, czy trzymana (nie wiadomo jak długo, ale wnioskować można, że nawet lata) w piwnicy krew nadaje się do czegokolwiek. Takich przykładów można mnożyć. 

Do usterek technicznych już nie wracam, bo Reg już sporo pokazała. Jednak muszę wspomnieć, że zdecydowanie nadużywasz ów i to najczęściej w złym przypadku. Podtrzymuję też zarzut przegadania momentami. Ten tekst można by śmiało skrócić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za uwagi, wezmę je sobie do serca i przemyślę.

 

Bardzo ważne było dla mnie sprawdzenie się pod kątem warsztatowym. Cieszę się, że tak dużo znaleźliście, bo wiem, co poprawiać. :) Ponad dwa lata temu udostępniłem tutaj jedno krótkie opowiadanie, niestety z innego konta, i od tamtego czasu dużo pracowałem nad sobą. Myślę, że i tak poczyniłem spore postępy :)

 

@śniąca @Finkla @regulatorzy – dzięki za poświęcony mi czas. Pracuję dalej! :)

Cieszę się, że tak dużo znaleźliście, bo wiem, co poprawiać. :)

Rozumiem Twoją radość, Macieju, ale osobiście wolałabym nie znaleźć tak dużo. Wtedy i Ty miałbyś mniej do poprawiania. ;D

Postaram się doczytać opowiadanie do końca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczytałam, ale, niestety, zdania o opowiadaniu nie zmieniłam.

Widać, że bardzo się starałeś, aby było ono zajmujące, zadbałeś o zwroty akcji i inne niespodzianki, a jednak nie mogę powiedzieć, że Myśli dnia ostatniego czytało się dobrze. Nadal uważam, że brak choćby małej wzmianki o tym, co wywołało apokalipsę, sprawia że opowiadanie wiele traci, jest mało wiarygodne. Zastanawiam się np. dlaczego na drogach czy parkingach stoją auta z paliwem w bakach, a ludzie zniknęli. Co stało się z ludźmi. Wysiedli z samochodów i oddalili się pieszo? Dokąd poszli? Dlaczego część żyje?

A skoro zniknęli ludzie, dlaczego ocalały zwierzęta? Nie wydaje mi się, żeby tragedia rozegrała się zbyt dawno (bohater, będący chyba w sile wieku, dobrze pamięta czasy gimnazjum i Kubę Wojewódzkiego), więc zdaje mi się, że psy chyba nie zdążyłyby zdziczeć w tak niedługim czasie.

Zakończenie może i jest zaskakujące, ale zostawia czytelnika z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Lubię nieoczekiwane finały, ale sugerowanie, że wszystko, o czym przeczytałam, to tylko imaginacja chorej wyobraźni… Wybacz, Macieju, jakoś to do mnie nie przemawia.

Wykonanie, o czym już wiesz, jest, niestety, złe – bardzo przeszkadza nadmiar zaimków, sporo źle, a czasem wręcz nieczytelnie skonstruowanych zdań, wiele powtórzeń, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

 

słoń­ce gasło tego dnia, a męż­czy­zna czuł, jakby on przy­ga­sał razem z nim. – Czy w inne dni nie gasło?

Wystarczy: …słoń­ce gasło, a męż­czy­zna czuł, jakby przy­ga­sał razem z nim.

 

– Za­mień­my się… zanim ze­mdle­ję – po­wie­dział do niej, wy­ha­mo­wu­jąc sa­mo­chód na środ­ku drogi. – Wiemy, że w samochodzie jest ich dwoje, więc nie trzeba dookreślać, do kogo bohater się zwraca.

 

Kiedy ko­bie­ta wy­szła z Mit­su­bi­shi… – Czy konieczne jest ciągłe powtarzanie, że jadą mitsubishi?

 

ła­piąc przy tym łap­czy­wie po­wie­trze. – Brzmi to fatalnie.

Może: …chciwie ła­piąc przy tym po­wie­trze.

 

Cóż, wa­ka­cje się skoń­czy­ły, acz lato jesz­cze trwa­ło, i choć nie mu­sia­ło o tym wie­dzieć, to za­pew­ne lada mo­ment zo­sta­nie bru­tal­nie spro­wa­dzo­ne na zie­mię. – Co to znaczy, że lato zostanie brutalnie sprowadzone na ziemię?

 

Szedł na no­gach, a cała droga – jak już wcze­śniej spraw­dził… – Masło maślane. Czy istniała możliwość, by szedł, nie używając nóg?

 

Wy­cho­dząc z bloku, wi­dział kilka dzie­cia­ków… – Wy­cho­dząc z bloku, wi­dział kilkoro dzie­cia­ków

 

Na szczę­ście Ja­siek nie miał żad­nych cech szcze­gól­nych, przez które jeden z drę­czy­cie­li mógł­by go sobie wziąć na ta­pe­tę. – …mógł­by chcieć mieć go na ta­pe­cie.

W tym powiedzeniu nie chodzi o tapetę, a o tapet. http://sjp.pwn.pl/szukaj/tapet.html

 

sta­rał się wy­pa­trzeć ów pięk­ną dziew­czy­nę… – …sta­rał się wy­pa­trzeć ową pięk­ną dziew­czy­nę

 

Widać po­szła gdzieś z ko­le­żan­ka­mi, roz­my­ślał nie­po­cie­szo­ny. – Tu poznasz sposoby zapisywania myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

i ma na imię Ania. Stało się to jego ulu­bio­nym imie­niem. – …i ma na imię Ania. Stało się ono jego ulu­bio­nym imie­niem.

 

jego od­czu­cia była z goła od­mien­ne. – …jego od­czu­cia były zgoła od­mien­ne.

 

cof­nę­ła rękę, w któ­rej kie­run­ku już kie­ro­wa­ły się na­ostrzo­ne me­ta­lo­we szpi­kul­ce. – Paskudne powtórzenie.

Proponuję: …cof­nę­ła rękę, ku któ­rej kie­ro­wa­ły się na­ostrzo­ne, me­ta­lo­we szpi­kul­ce.

 

Męż­czy­zna na szczę­ście od­zy­skał choć czę­ścio­wą świa­do­mość i mógł – w nie­wiel­kim stop­niu – z nią współ­pra­co­wać, prze­bie­ra­jąc no­ga­mi. – Ze zdania wynika, że mężczyzna, przebierając nogami, mógł współpracować z odzyskaną świadomością. ;-)

 

od­sła­nia­jąc swój czar­ny sta­nik i nie­du­że pier­si kry­ją­ce się pod nim. – Skoro piersi kryły się pod stanikiem, to chyba ich nie odsłoniła.

 

Oczy­wi­ście dużo prze­ter­mi­no­wa­nych już le­karstw po­spa­da­ło się na pod­ło­gę, kiedy prze­bie­ra­ła wśród nich… – …po­spa­da­ło na pod­ło­gę… Lub: …posypało się na pod­ło­gę

 

zna­la­zła pu­deł­ko za­pa­łek, wy­cią­gnę­ła ze środ­ka ostat­nią, po­tar­ła o za­cier­kę… – Z boku pudełka z zapałkami znajduje się potarka, nie zacierka.

 

przy­ło­ży­ła do zmię­tych bank­no­tów stu– i dwu­stu zło­to­wych… – …przy­ło­ży­ła do zmię­tych bank­no­tów stu– i dwu­stuzło­to­wych

 

wci­snę­ła go mię­dzy roz­pa­la­ją­ce się kłody drze­wa. – …wci­snę­ła go mię­dzy roz­pa­la­ją­ce się kłody dre­wna.

 

Wi­dzia­ła jak czer­wo­ny płyn po­wo­li pły­nie w kie­run­ku żył… – Powtórzenie.

 

Męż­czy­zna za­ję­czał z bólu, gdy płyn ze­tknął się z jego cia­łem, jed­no­cze­śnie od­ka­ża­jąc i czysz­cząc z krwi. – Chyba: …od­ka­ża­jąc i czysz­cząc ranę z krwi.

 

spró­bo­wa­ła je za­ci­snąć na ów do­mnie­ma­nym po­ci­sku. – …spró­bo­wa­ła je za­ci­snąć na owym do­mnie­ma­nym po­ci­sku.

 

Po­now­nie za­klę­ła, lecz bez zwło­ki za­czę­ła szu­kać po­now­nie. Tym razem była ostroż­niej­sza i gdy po­now­nie za­ci­ska­ła szczyp­ce… – Powtórzenia

 

Co­kol­wiek by to nie­by­ło… – Co­kol­wiek by to nie­ by­ło

 

Zna­la­zła rów­nież ma­te­rac i po­dusz­ki, co wszyst­ko razem za­cią­gnę­ła do sa­lo­nu.Zna­la­zła rów­nież ma­te­rac i po­dusz­ki, więc wszyst­ko za­cią­gnę­ła do sa­lo­nu.

 

Oh, nie. Mu­sia­łam…Och, nie. Mu­sia­łam

 

Do­pie­ro kiedy wziął kilka so­lid­nych łyków… – Do­pie­ro kiedy wypił kilka so­lid­nych łyków

 

Męż­czy­zna mu­siał nie raz się już zszy­wać… – Męż­czy­zna mu­siał nieraz się już zszy­wać

 

Weź coś na sie­bie i się okryj.Weź coś sobie i się okryj.

 

Ania po­da­ła mu jesz­cze jedną dawkę krwi, o którą sam pro­sił. W ciągu ko­lej­nych kilku dni męż­czy­zna czuł się coraz le­piej. Nie obe­szło się jed­nak bez po­da­nia mu kilku do­dat­ko­wych dawek leków. – Powtórzenia.

 

A jeśli nie, to gdzie się uda?A jeśli nie, to dokąd się uda?

 

– … i jakie masz za­mia­ry? – Zbędna spacja po wielokropku.

 

Na chwi­lę za­pa­no­wa­ła cisza, Jan wpa­try­wał się w nią, świ­dru­jąc wzro­kiem; ona na­to­miast usil­nie sta­ra­ła się przed nim uciec. – Dość osobliwa sytuacja, kiedy to panująca cisza stara się uciec przed świdrującym wzrokiem Jana. ;-)

 

Nie raz krzy­czał do gwiazd… – Nieraz krzy­czał do gwiazd

 

wy­cią­gnął spory sarni udziec z piw­ni­cy i uło­żył go na roż­nie. […] Kiedy mięso było już usma­żo­ne i go­to­we do je­dze­nia… – Kiedy mięso było już upieczone i go­to­we do je­dze­nia

Aby usmażyć mięso, potrzebowałby patelni i tłuszczu.

 

Oboje wy­cze­ki­wa­li tego ob­cho­du i tego, co mogą pod­czas niego zna­leźć. Jan pod­cho­dził do tego jed­nak… – Powtórzenia.

 

Deszcz po­ja­wił się nocą, do któ­re­go szyb­ko do­łą­czy­ła burza; – Czy na pewno burza dołączyła do dziwnej nocy rodzaju męskiego?

Proponuję: Deszcz, do któ­re­go szyb­ko do­łą­czy­ła burza, po­ja­wił się nocą;

 

Jan mógł uzu­peł­nić za­pa­sy wody – w końcu ostat­nio za­czę­ła ona uby­wać dwu­krot­nie szyb­ciej. – …Jan mógł uzu­peł­nić za­pa­sy wody – w końcu ostat­nio za­czę­ło jej uby­wać dwu­krot­nie szyb­ciej.

 

Przez po­go­dę spo­dzie­wał się… – Przez po­go­dę spo­dzie­wał się

 

wy­da­wa­ło jej się, że trzy­ma go nie­po­ręcz­nie, bez żad­nej wpra­wy… – Raczej: …wy­da­wa­ło jej się, że trzy­ma go nie­z­ręcz­nie, bez żad­nej wpra­wy

 

Po­zo­sta­wał jed­nak czuj­ny, po­przed­nie­go dnia pu­łap­ki zo­sta­ły ak­ty­wo­wa­ne do­pie­ro od wschod­niej stro­ny, więc mieli jesz­cze dużo do spraw­dze­nia. Kiedy do­tar­li do miej­sca, w któ­rym po­przed­nie­go dnia… – Powtórzenie.

 

Wy­wie­sza­ły głowę za okno… – Raczej: Wy­stawia­ły głowę za okno

 

Oko­li­ca jed­nak, jak za­wsze, ziała się pust­ka­mi, była wy­mar­ła. Oko­li­ca jed­nak, jak za­wsze, ziała pust­ką, była wy­mar­ła.

 

Wszak nie oka­zy­wał pa­ni­ki, spo­koj­nie się od­wró­cił… – Jednak nie oka­zy­wał pa­ni­ki, spo­koj­nie się od­wró­cił

 

oboje znaj­do­wa­li się na ogro­dzie… – …oboje znaj­do­wa­li się w ogro­dzie

 

nie wy­trzy­ma­ła i wy­bu­chła śmie­chem. – …nie wy­trzy­ma­ła i wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Ten za­mru­gał szyb­ko ocza­mi… – Oczy nie mrugają, mrugają powieki.

Wystarczy: Ten szybko za­mru­gał.

 

na jego twa­rzy za­go­ścił uśmiech świad­czą­cy o nie­zmą­co­nej pew­no­ści sie­bie. – …na jego twa­rzy za­go­ścił uśmiech, świad­czą­cy o nie­zachwianej pew­no­ści sie­bie.

 

Można by rzec, że ich star­cie na­stą­pi­ło w ide­al­nym dla niej mo­men­cie, a wie­dział, że i tak w końcu by do niej do­szło. – Piszesz o starciu, które jest rodzaju nijakiego, więc: …w końcu by do niego do­szło.

 

Po­now­nie spoj­rzał na niego skon­tem­plo­wa­ny… – Pewnie miało być: Po­now­nie spoj­rzał na niego skonsternowany

Sprawdź znaczenie słowa kontemplacja.

 

Twoje roz­mo­wy same ze sobą przy­bra­ły inny wyraz.Twoje roz­mo­wy ze sobą przy­bra­ły inny wyraz.

 

wy­cią­gnął zza pasa ma­nier­kę, otwo­rzył ją i wziął dłu­gie­go łyka. – …wy­cią­gnął zza pasa ma­nier­kę, otwo­rzył ją i pociągnął dłu­gi łyk.

 

Bar­dziej mar­twi­ła go jed­nak misja, jaka go cze­ka­ła.Bar­dziej mar­twi­ła go jed­nak misja, która go cze­ka­ła.

 

Na dobrą spra­wę nie wie­dział, gdzie się Ania udała… – Na dobrą spra­wę nie wie­dział, dokąd się Ania udała

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas na moje opowiadanie.

Wierzę, Macieju, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka