- Opowiadanie: Topielica - Dziecięce marzenia

Dziecięce marzenia

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

zygfryd89, Cień Burzy

Oceny

Dziecięce marzenia

Drewniany dom schowany był między niskimi czerwonymi od maków wzgórzami. Rzadkie drzewa chyliły się ku sobie, jak stęsknione dotyku swych gałęzi, jedynie rozłożysty dąb piął się dumnie, samotnie ku niebu. W oddali widać było potężne, majestatyczne góry, po których białych stokach zsuwały się promienie wschodzącego słońca. Na łagodnie opadających łąkach pasło się kilka krów i koni. Kawałek dalej stała dwójka dzieci, dziewczynka i chłopiec, oboje ubrani w lniane spodnie i koszule. Bez trudu unosili drewniane bronie, którymi walczyli z zaciętymi minami, jakby każdy cios przeciwnika miał zakończyć ich żywot. Pomimo wieku ich ruchy były płynne i pewne, ćwiczone codziennie. Wciągnięci w fantastyczny świat marzeń i wielkich bitw nawet nie zauważyli, gdy na łąkę weszła starsza kobieta.

– Vilmina, znowu? Tyle razy cię prosiłam..

Oboje w tym samym momencie podnieśli głowy. Dziewczynka, wciąż trzymając broń, spuściła wzrok i zawstydzona wpatrywała się w swoje buty. Chłopiec dygnął lekko, wydobywając z siebie niepewne „dzień dobry”.

– Tien, nie powinieneś iść do domu? – spytała kobieta, nieco ostrzejszym tonem niż zamierzała i poczekała, aż chłopak zniknie między pagórkami. Potem przeniosła karcący wzrok na drugie dziecko.

– No bo mamo… – dziewczynka zaczęła nieśmiało i zamilkła.

Viira klęknęła przy niej, wyjęła z rąk miecz i tarczę, położyła ręce na ramionach córki i spojrzała na nią z troską.

– Kochanie, tyle razy ci tłumaczyłam. Nie marnuj czasu na te zabawy.

– To nie zabawa! – Vilmina, oburzona, poczerwieniała i tupnęła nogą. – Ja ćwiczę, będę wielką wojowniczką, zrobię niezwykłe czyny!

– Nie będziesz. – Matka pogłaskała ją po głowie. – Na świecie nie ma już wielkich wojowników, elfy, magia i inne cuda odeszły. Musisz skupić się na tym, co istnieje. Jesteś już duża i musisz zrozumieć, jak wygląda życie. Chodź, pomóż mi przy pracach, a to wrzucimy gdzieś na strych…

– Ale ja nie chcę! – W oczach dziecka pojawiły się łzy. Jednak jej matka była zbyt przyzwyczajona do tego zachowania, by kontynuować dyskusje. Objęła córkę i zaprowadziła do domu, a ćwiczebną broń ukryła głęboko w piwnicy.

 

*

 

Z północy nadciągały chmury, jednolita ciemna ściana, usiłująca zgnieść świat pod sobą. Powietrze pachniało tą dziwną wonią, która zawsze towarzyszy deszczom. Pełną napięcia ciszę, która zaległa nad całą okolicą, przerwał donośny, kobiecy krzyk:

– Vilmina! Wracaj do domu.

Dziewczynka przytuliła się mocniej do pnia starego, pochylonego klonu. Marzyła, by matka zrezygnowała z poszukiwań i zostawiła ją w spokoju. Kochała deszcz i burzę całą dziecięcą miłością. Uwielbiała biegać po deszczu i była pewna, że w jego szumie słyszy głosy wróżek, bawiących się wśród zimnych kropel; podziwiała niezwykłe wzory, które błyskawice kreśliły na czarnym tle i nie rozumiała, co może być w nich niebezpiecznego. Zimny wiatr targnął jej ubraniami, z nieodległej stodoły doszły ją ryki niespokojnego bydła. Głos matki stał się bliższy i bardziej rozkazujący.

W końcu poczuła pierwsze krople, które przez liście przedarły się na jej dłonie. Podniosła wzrok i spojrzała w czarne niebo, mimowolnie uśmiechnęła się. W ciągu paru sekund cały świat zniknął za szarą zasłoną, a wszystkie odgłosy zagłuszył jednolity szmer deszczu. Jednak nawet to nie zniechęciło matki Vilminy, która zdążyła dobrze poznać kryjówki córki.

– Tu jesteś! Na córki Yanne, złaź stamtąd. Przemokłaś, jak.. – Jej dalsze słowa zagłuszył grzmot. Dziewczynka, uznając swoją przegraną, zsunęła się po gałęziach, wprost w wyciągnięte ramiona. Gdy przytuliła się do matczynej piersi, niebo przecięła błyskawica. Wtuliła głowę w jasne, pachnące wrzosem włosy.

Spod ochronnego parasola liści wyszły na deszcz, niemal biegiem udały się do domu. Pachniał ziołami i pieczenią, skwierczącą nad paleniskiem. Vilmina zmieniła przemoczone ubrania i okryła się miękkim, ulubionym kocem. Towarzyszył jej, odkąd pamiętała – a zapewne nawet dłużej. To pod nim chowała się przed każdym nocnym strachem i nie była w stanie wyobrazić sobie dnia, w którym miałby ją opuścić. Otulona, usiadła w oknie, chcąc chociaż w ten sposób podziwiać przedstawienie, jakie przygotowała dla niej natura. Ojciec siedział na krześle obok, strugał strzały i co jakiś czas obracał mięso na rożnie. Przez chwilę w domu panował całkowity spokój, dopóki wśród szarych smug deszczu dziewczynka nie zauważyła ciemniejącego kształtu.

– Mamo, zobacz! – zawołała podnieconym głosem, odwróciwszy się w stronę rodzicielki. Ta podbiegła do okna, wyjrzała. Cień zdążył zbliżyć się i przybrać ludzki kształt. Ojciec, który również podszedł sprawdzić, co się dzieje, jak strzała wybiegł na zewnątrz, nie zwracając uwagi na deszcz i błoto. Zawołał nieznajomego i po chwili przyprowadził go do domu.

Była to najdziwniejsza osoba, jaką Vilmina widziała w swoim życiu. Mężczyzna był już stary, a czas schylił go ku ziemi. Mimo to pozostał barczysty i silny. Jego twarz porastała długa, srebrna broda, a skołtunione, mokre włosy uciekały spod kapelusza. Dłonie miał czerwone i poznaczone podłużnymi bliznami. Ubrany był w połatane, podróżne ubranie i okryty grubym płaszczem podbitym futrem. Podpierał się kijem, na którym wyryto różne symbole i znaki, zupełnie niezrozumiałe dla dziecka. Gdy tylko wszedł, skłonił się gospodyni i odstawił kij.

– Bogi błogosławią wam i temu domowi – stwierdził pewnym siebie głosem, zdejmując przemoczony płaszcz.

– Niech błogosławią waszej wędrówce. Proszę, siadajcie. Jestem Svennar, a to moja żona Viira i córka Vilmina. Właśnie siadamy do wieczerzy, będziemy zaszczyceni, jeśli zjecie z nami.

– Wielka to radość dla podróżnika. – Nieznajomy z wyraźną ulgą rozsiadł się w fotelu. – Jestem Torsven, wędruję od Zamglonych Szczytów aż po Lodowe Krańce.

– A czy Lodowe Krańce nie są niebezpieczne? Tam żyją trolle? – Vilmina przysunęła się bliżej podróżnego, patrząc na niego błyszczącymi oczyma.

– Pomóż matce – zganił ją ojciec. – Nasz gość na pewno jest zmęczony po tak długiej wędrówce.

– To nic – zaśmiał się przybysz. – Dziecięce serca złaknione są opowieści, a to najlepsze, czym mogę odpłacić za gościnność. Tak, wśród wiecznego lodu żyją trolle. Jednak odkąd pokonaliśmy olbrzymy, nie są to niebezpieczne ziemie.

– Ale olbrzymów nie ma od setek lat! Nie mogłeś z nimi walczyć! – Dziewczynka naburmuszyła się, przekonana, że nieznajomy próbuje z niej żartować.

On jednak pochylił się w jej stronę i położył palec na ustach, jakby właśnie wyjawił jej sekret.

– Nie takie cuda są możliwe – stwierdził cicho, po czym wyprostował się i z wdzięcznością przyjął kufel miodu, wręczony mu przez Viirę.

– Więc walczyłeś z olbrzymami?

– Oczywiście. To były czasy… – Mężczyzna rozsiadł się wygodnie, wpatrzony w skaczący wesoło ogień. Co jakiś czas pojedyncza kropla tłuszczu spadała z mięsiwa, by z spłonąć z sykiem. Ulewa uspokoiła się i przeszła w jednostajny deszcz.

– Byłem jeszcze młody i krzepki – kontynuował Torsven, napiwszy się. – Mieliśmy wielką armię, ludzie stali u boku elfów, wysokich, pięknych, w lś…

– Elfy! – Vilmina aż pisnęła, podskoczyła do starca i usiadła przed nim. – Naprawdę tam były elfy?! Przecież odeszły lata temu!

– Przysięgam, że były. Jak ja teraz tu stoję. Były piękne i wyniosłe, a ich zbroje zdawały się zrobione z czystego światła. Gdy się ruszały, to było jak taniec, najpiękniejsze, co w życiu widziałem… – Przymknął oczy, przywołując wspomnienia. – Stali z nami w rzędzie, ramię w ramię, jak bracia. Osłaniali swoimi tarczami i wspierali swoją magią. Po bitwie wraz z nami opłakiwali zmarłych. Ale wcześniej… Wcześniej mieliśmy obóz, rozciągający się od horyzontu po horyzont. A olbrzymy stały na krawędzi świata, wysokie jak góry, zawsze widoczne. Śmiały się z nas, wygrażając rękoma wielkości drzew…

Mężczyzna ucichł, wyraźnie popadł w zadumę. Chwilę później z wdzięcznością przyjął kawałek pieczeni, zaproponowany przez gospodynię. Dziewczynka nie chciała jeść, zbyt pogrążona w myślach. Oczami wyobraźni widziała się w elfickim obozie. Nosiła piękną, zdobioną zbroję i bez trudu władała potężnym, zaklętym toporem. Wokół elfy, piękne i dumne, podziwiały ją, patrzyły na nią z zazdrością i szeptały między sobą o wielkiej bohaterce, Vilminie Nieugiętej. Pogromczyni potworów. Obrończyni ludów północy. A w oddali, na widnokręgu, stały one – odrażające, przeraźliwe olbrzymy, głowami dotykające chmur. Nie śmiały jednak podejść do obozu, gdy znajdowała się w nim tak potężna wojowniczka. Wiedziała, że gdy dojdzie do bitwy, poprowadzi swoje wojsko, które dzielnie i lojalnie pójdzie za nią. Ona sama zaś zmierzy się z przywódcą tych stworów i pokona go, w ostatniej chwili, niespodziewanym ciosem…

Z marzeń wyrwało ją dziwne uczucie. Po chwili, zauważyła, że Torsven przygląda się jej z zainteresowaniem i ledwo widocznym spod gęstej brody uśmiechem. Zarumieniła się i spuściła wzrok, czując, że doskonale wiedział o wszystkich marzeniach, które przed chwilą snuła. Przez kilka minut milczała, nie śmiąc przerywać rozmowy dorosłych, którzy dyskutowali o błahych i obcych jej sprawach. Polityka czy pieniądze nie miały żadnego znaczenia, tym bardziej w obliczu nurtujących ją pytań. Kilkukrotnie miała wrażenie, że nie wytrzyma, wtrąci się między ich głupie wypowiedzi. W końcu jednak zapadła tak wyczekiwana cisza.

– Przepraszam. Ta… Ta bitwa, jak się skończyła?

Przybysz znów na nią spojrzał, powoli pokręcił głową.

– Przecież wiesz. Walczyliśmy bez przerwy przez trzy dni i trzy noce, a żadna strona nie mogła wygrać. Po stronie ludzi i elfów stanęły wszelkie cudowne istoty, które zamieszkiwały tę krainę. Jednak król olbrzymów miał magiczny amulet, który chronił jego armię przed większością naszych ciosów, a sam chował się tchórzliwie na krawędzi świata. W końcu nasz dowódca, wielki Thóroddur…

 – Wyzwał ich króla na pojedynek! – Na twarzy dziewczynki znów pojawiły się rumieńce podniecenia. Jej rodzice rozsiedli się wygodnie, patrząc z uśmiechem na radość córki. Viira szepnęła coś do męża, jednak ten zbagatelizował to machnięciem ręki.

– Tak – przyznał Torsven z powagą. – Wyzwał go na pojedynek, którego nie mógł odmówić. Sama Yanna, księżycowa pani, zgodziła się być sędzią i nakazała potworowi zdjęcie artefaktu. Walczyli całą noc w promieniach księżyca, lecz w końcu potwór dostrzegł, że nie ma szans z tak wielkim wojownikiem. Postanowił zdradzić i rozkazał swoim podwładnym zabić Thóroddura. Bogini odkryła podstęp i oburzona złamaniem świętych praw, zniszczyła magiczny amulet, a bohater uciął poczwarze łeb. Olbrzymy nie mają honoru i nie uznały naszego zwycięstwa, jednak bez swojego króla nie potrafiły walczyć. Rozgromiliśmy je, a elfy ponoć do dziś świętują ten dzień.

Vilmina już otwierała usta, by powtórzyć słowa matki, że elfów nie ma. Szybko jednak zamknęła je, bo uświadomiła sobie, że ośmieszyłaby się. Nie tylko sama wierzyła, że te istoty wciąż żyły – czuła, że jeśli ten mężczyzna tak twierdzi, to na pewno tak jest. Dorośli wrócili do swojej rozmowy, a ona siedziała, dziwnie cicho i spokojnie, pogrążona w myślach i marzeniach. Ocknęła się dopiero, gdy usłyszała zgrzyt odsuwanych krzeseł.

– Deszcz ustał – mówił podróżnik. – Najwyraźniej czas na mnie. Dziękuję za gościnę i jadło. Przyrzekam, że zawsze znajdzie się dla was miejsce przy moim stole.

– Szerokiej drogi i niech bogi błogosławią twą wędrówkę – odpowiedział Svennar, odprowadzając gościa do drzwi. Ten uścisnął dłonie gospodarzom, założył płaszcz i wziął laskę. Potem pochylił się nad Vilminą i pogłaskał ją po głowie.

– Jeszcze dokonasz wielkich czynów – powiedział z taką pewnością w głosie, że nawet przez chwilę nie wątpiła w prawdziwość jego słów. Mogłaby przysiąc, że mrugnął do niej, nim wyszedł przed chatę. Gdy rodzice odeszli, dopadła okna, by choć wzrokiem odprowadzić tajemniczego mężczyznę. Widziała jeszcze, jak zmienił się nagle – wyprostował, urósł, jego znoszony płaszcz zmienił się w zmatowiałą zbroję, a podróżny kij we włócznię. Obok podróżnika pojawiły się nagle dwa wilki. Odwrócił się jeszcze w stronę domu, pozdrowił dziewczynkę i ruszył swobodnym krokiem, po chwili znikając między wzgórzami.

Koniec

Komentarze

Mimo że opisane zostały marzenia dziewczynki, nie mogę pozbyć się wrażenia, że były tylko pretekstem, by opowiedzieć legendę o walkach elfów i olbrzymów.

Przeczytałam bez przykrości, choć jak dla mnie, za mało tu dzieciństwa w dzieciństwie.

 

– Vil­mi­na, znowu? Tyle razy cię pro­si­łam.. – Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo; jeśli miał być wielokropek, jest o jedną kropkę za mało.

 

Chło­piec dy­gnął lekko, wy­do­by­wa­jąc z sie­bie nie­pew­ne „dzień dobry”. – Ponieważ chłopcy nie dygają, proponuję: Chło­piec dr­gnął lekko… Lub: Chłopiec skłonił się lekko

Za SJP: dyg, dygnięcie «ukłon dziewczęcy polegający na lekkim ugięciu kolan»

 

wy­ję­ła z rąk miecz i tar­czę, po­ło­ży­ła ręce na ra­mio­nach córki… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Ja ćwi­czę, będę wiel­ką wo­jow­nicz­ką, zro­bię nie­zwy­kłe czyny! – Czynów się nie robi.

Proponuję: Ja ćwi­czę, będę wiel­ką wo­jow­nicz­ką, dokonam nie­zwy­kłych czynów!

Choć zdaję sobie sprawę, że dziewczynka może nie znać właściwych słów.

 

Z pół­no­cy nad­cią­ga­ły chmu­ry, jed­no­li­ta ciem­na ścia­na, usi­łu­ją­ca zgnieść świat pod sobą. – Nie bardzo umiem sobie wyobrazić ścianę chmur. Ścianę widzę jako płaszczyznę przede mną, nie nade mną.

 

Zimny wiatr tar­gnął jej ubra­nia­mi… – Zimny wiatr tar­gnął jej ubra­niem

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

Prze­mo­kłaś, jak..Prze­mo­kłaś, jak

Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

Vil­mi­na zmie­ni­ła prze­mo­czo­ne ubra­nia… – Vil­mi­na zmie­ni­ła prze­mo­czo­ne ubra­nie

 

okry­ła się mięk­kim, ulu­bio­nym kocem. To­wa­rzy­szył jej, odkąd pa­mię­ta­ła – a za­pew­ne nawet dłu­żej. To pod nim cho­wa­ła się przed każ­dym noc­nym stra­chem i nie była w sta­nie wy­obra­zić sobie dnia, w któ­rym miał­by ją opu­ścić. – Koc może kogoś opuścić?

 

chcąc cho­ciaż w ten spo­sób po­dzi­wiać przed­sta­wie­nie, jakie przy­go­to­wa­ła dla niej na­tu­ra. – …które przy­go­to­wa­ła dla niej na­tu­ra.

 

Jego twarz po­ra­sta­ła długa, srebr­na broda… – Czoło i powieki też porastała broda?

 

Ubra­ny był w po­ła­ta­ne, po­dróż­ne ubra­nie… – Brzmi fatalnie.

Może: Miał na sobie po­ła­ta­ne, po­dróż­ne ubra­nie… Lub: Ubra­ny był w po­ła­ta­ny, po­dróż­ny strój

 

Osła­nia­li swo­imi tar­cza­mi i wspie­ra­li swoją magią. – Czy mogli osłaniać cudzymi tarczami i wspierać cudza magią?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście, że czynów się nie robi. To, że my to wiemy nie znaczy, że dziecko też. A kocyk i owszem, może kogoś opuścić, jeśli ten ktoś traktuje go jak przyjaciela. Pewna antropomorfizacja.

Raczej walka elfów i olbrzymów jest pretekstem do dziecięcych marzeń i fantazji, ich podsycania. A to właśnie one najbardziej kojarzą mi się z okresem dziecięcym.

Wygląda mi to raczej na wstęp do opowieści o dziewczynce niż całą, zamkniętą opowieść.

To jak to w końcu jest z tymi elfami? ;-)

Babska logika rządzi!

To fragment? No, na długo w pamięci nie zostanie.

Z każdej opowieści można by zrobić fragment, co niektórzy autorzy aż nazbyt dobrze udowodnili… W każdym razie, raczej opowiadanie o znaczącym zakończeniu.

Efly, dla zwykłych ludzi, zniknęły ze świata i jest to coś, co uparcie sobie powtarzają, ignorując różne dziwne rzeczy, które się wokół dzieją. Jednak ci, którzy widzą więcej, wiedzą więcej, a czasem nawet są kimś więcej znają prawdę.

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Całkiem w porządku napisane opowiadanie. Dobrze przedstawiony klimat domu jako ciepłego schronienia wśród szarej ulewy. Trochę szkoda tylko, że tak mało się dzieje, nie licząc opowieści starca. Ale zakończenie ładnie z nią koresponduje i sugeruje, że jesteśmy w centrum wydarzeń, jednak wydaje mi się, że taka sugestia to za mało.

Całkiem mi się podobało. Niby fabularnie prawie nic się nie dzieje, motyw opowiadającego wędrowca stary jak świat, a jednak ogólnie pozostawiło pozytywne wrażenie. Prawdopodobnie ze względu na opisy – wyszły Ci ładnie, plastycznie, zwłaszcza ta deszczowa atmosfera.

Ładne :)

Znam tylko pięć liter ;)

No właśnie, marzenia. Sytuacja odrobinę podobna do Drolerii – dziecko wysłuchuje opowieści i nie bierze bezpośrednio udziału, jednak bez tego klimatu. Również odniosłam wrażenie, że opowieść mogłaby stanowić fragment czegoś większego, gdzie dopiero zadzieje się jakaś akcja, w której Vilmina weźmie czynny udział.

Ze strony formalnej – dzieciństwo jest, fantastyka jest, zbędnych traum brak, czyli jest wszystko jak być powinno. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podobało mi się :)

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, drażniły mnie nieco powtórzenia, jednak ostatecznie nie przeszkodziło to w zbudowaniu ciekawego, lekkiego klimatu. Ładnie zarysowałaś kontrast pomiędzy dziecięcymi marzeniami i dorosłą codziennością. 

Jedyną rzeczą, która niezbyt przypadła mi do gustu – choć rozumiem, że tak to miało wyglądać – była tendencyjność samej bitwy. Po jednej stronie wszystko co dobre i piękne, po drugiej zło w postaci brzydkich, niehonorowych olbrzymów. No ale czy nie o to chodzi w bajkach? ;)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Przeczytałem.

Teyami, Anet – dzięki.

Lord Vedymin, myślałam nad dopisaniem dalszej części, jednak historia, która powstała w mojej głowie wyszłaby już zupełnie poza główny temat, więc postanowiłam zostawić tak, jak jest. Może jeśli w przyszłości dopiszę ciąg dalszy, poczucie niedostatku zniknie.

Śniąca, przyznam, że nie czytałam innych opowiadań konkursowych przed napisaniem, a i potem tylko kilka. Akurat Drolerii nie było w tej grupie, więc nie wiem, o jaki klimat chodzi, ale nadrobię.

Arhiz, no właśnie – cóż to byłaby za bajka, gdyby piękne dobro nie biło się z brzydkim złem? W każdym razie nie dość tradycyjna.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przyjemna i przyzwoicie napisana historia. Niezbyt oryginalna i raczej niezapadająca w pamięć, ale spodobała mi się. Dzieciństwo przedstawione jako czas fascynacji różnymi historiami i marzeniami o przyszłości całkiem satysfakcjonuje.

Technicznie i wizualnie bardzo przyjemnie. Z treścią gorzej. Bardziej niż z opowiadaniem, mamy tu do czynienia z sielską scenką; ładną i sympatyczną, ale wciąż tylko scenką, z której niewiele wynika. Dowiadujemy się, że Vilima miała beztroskie dzieciństwo, ale nie poznajemy jej historii. I tego właśnie brakuje; jakiejś prawdziwej treści, czegoś, co przyciągnęłoby uwagę i dało się zapamiętać. Za dużo czasu i miejsca poświęciłaś wojnie, będacej, jak dla mnie, słabą kalką Władcy Pierścieni.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Akurat jeśli wojna jest czegoś słabą kalką, to zdecydowanie mitologii, choć w wersji bardzo “ubajkowionej” – we “Władcy” im bardziej patrzę, tym bardziej olbrzymów i takich decydujących pojedynków nie było. Choć i tam, i u mnie wojna rzeczywiście typowo między dobrem a złem. W każdym razie to z mitologii pochodziły główne inspiracje.

Owszem, postaci i motywy wyraźnie mitologiczne, niemniej ja widziałem tutaj jacksonowski obraz bitwy pod Górą Przeznaczenia, kiedy Isildur zdobył pierścień, a Sauron moc przenikania przez ściany.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka