- Opowiadanie: Brat Trankwilus - To dobre imię

To dobre imię

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

bemik

Oceny

To dobre imię

– Na wielkiego Rhudaura, pana mórz, i na wszystkie syrenie kurwy w jego podmorskich haremach – grzmiał zza swej czerwonej jak wino, łopoczącej na straszliwym wietrze brody kapitan Hatrehåd von Hoogestratton, pan i władca na okręcie Kikatrïx. – Harpuny w dłoń, chłopcy, albo zapłaczą baby, gdy fale wyrzucą na brzeg wasze napuchnięte ścierwa!

Spod spienionych fal wyłonił się śród grzmotu i wichury olbrzymi, biały jak śnieg wieloryb. Mocą impetu wzniósł się pod samo rozszalałe niebo i na ułamek sekundy zawisł w powietrzu jak gigantycznych rozmiarów alabastrowa sekwoja, po czym z niewyobrażalnym chlustem i łoskotem runął w czeluście oceanu budząc falę, która omal nie strzaskała rzucanej nawałnicą Kikatrïx jak drewnianej zabawki. Naszpikowana harpunami niczym jeżozwierz gargantuiczna bestia wsunęła się gładko w ciemne fale, a na pokładzie zawrzało, gdyż każdy krasnoludzki wielorybnik ze Stalowego Wybrzeża, od bezbrodych szczyli taplających się w błocku na placach wiosek po sędziwych, pooranych wiatrem i słońcem weteranów niezliczonych morskich bitew, doskonale wiedział, co teraz nastąpi.

– Prawo na burt! – przewrzeszczał sztorm dzielny kapitan von Hoogestratton. – Prawo na burt, nim ogon tej bestii pośle nas na dno!

Na Kikatrïx zakotłowało się i po chwili tłum krępych marynarzy obsługujących ster potężnego okrętu zdołał obrócić jednostkę dziobem ku nadchodzącej fali. Wszystkie cztery żagle dawno siedziały już zwinięte w przytroczonych do masztów jukach, tylko bandera łopotała wściekle na wietrze. Widniały na niej skrzyżowane młot i harpun, a miedzy nimi widniało kowadło i kotwica – symbole Rhudaura, Boga Mórz, któremu oddawano pod opiekę wszystkie okręty jak Stalowe Wybrzeże długie i szerokie.

Spod fal wyłonił się majestatycznie wielorybi ogon o powierzchni ładnych kilku żagli. Jego biel zalśniła w blasku błyskawic, a wielki cień przysłonił na moment widnokrąg i czarne jak węgiel chmury.

– Kapitanie Hoogestra… – młody wielorybnik, dopiero od paru dni będący członkiem przerzedzonej nieco ostatnim połowem załogi kapitana, nie skończył zdania, gdyż sękata dłoń zdzieliła go boleśnie w potylicę.

– VON Hoogestratton, szczeniaku! – zagrzmiał po raz nie wiedzieć który rudobrody krasnolud. – Dobrze jest wiedzieć, jakie nazwisko nosi twój kapitan, jeśli nie chce się oglądać z bliska kilu jego łajby! Czego, na wszystkie demony?

– Melduję posłusznie, że mnie pan wołał, kapitanie von Hoogestratton! – wychrypiał rekrut, który o mało co nie zemdlał od potężnego ciosu.

– Znakomicie chłopcze, być może nie będę musiał rzucić cię rekinom na pożarcie wraz z resztą tej leniwej bandy piwożłopów, co dekuje się pod pokładem mej dzielnej Kikatrïx, miast pomagać nam w walce z tym cholernym monstrum. Lećże czym prędzej do maszynowni, znajdź Blomiego Beauregarda i przekaż mu, by wystawił mi na pokład… – tu nastąpiła efektowna pauza, w którą wdarł się przebojem głośny bąk przebiegającego obok majtka – …Grzmotopluja.

W tym momencie kapitan, wraz ze swoim nieletnim podwładnym, zawisł na moment w powietrzu, gdyż niezłomna Kikatrïx zwalczyła właśnie falę, którą rozwścieczony kaszalot posłał w jej stronę swym imponującym ogonem.

– Bosman Hoffermeier! – wrzeszczał kapitan, poprawiając kapelusz. – Gdzie na cycki Uhthrexxatli, Matki Wszystkich Ośmiornic, podział się bosman Hoffermeier!

– Utonął w odmętach, sir! – odpowiedział mu jeden z zachrypniętych harpunników, siłujący się ze swym orężem i jednocześnie próbujący uwolnić się z uścisku splątanej cumy, która nie wiedzieć czemu walała się po pokładzie.

– Niech diabli porwą przeklętego Hoffermeiera! – splunął na pokład von Hoogestratton, a przebiegający akurat nieopodal kolejny przypadkowy majtek w za dużej czapce poślizgnął się na jego masywnej plwocinie i z impetem wyrżnął głową w reling. – Kurwi syn, Rhudaurowi odda pięćdziesiąt marek, które był mi winien! Jesteśmy więc zdani na siebie. Pędź, chłopcze, do Beauregarda, niech czeka na mój sygnał. Cała nasza nadzieja w Monstrualnym Grzmotopluju Hoffermeiera.

Przez pokład okrętu przetoczyła się raptem fala o wysokości kilku pięter, posyłając w morze trzech wielorybników. Czy może raczej dwóch, gdyż jeden zdołał wbić swój harpun w deski Kikatrïx i jakoś utrzymać się na pokładzie.

– Jeszcze raz zobaczę, jak dziurawisz mój okręt, Rêdderbekk – ryknął z furią kapitan von Hoogestratton prosto w ucho młodego rekruta, który od tego dnia, przysiąc by mógł, nie słyszał już na nie tak samo dobrze – to ja osobiście podziurawię harpunem twoje spasłe dupsko, a potem zapalę ci w nie takiego kopa, że będziesz leciał, aż umrzesz z głodu!

Aye, kapitanie! – zasalutował nieszczęsny Rêdderbekk, nim następna fala posłała go za burtę. 

– Słyszałeś, chłopcze! – zwrócił się kapitan do na wpół głuchego podrostka. – Dalejże, pod pokład!

Chłopak puścił się pędem, po czym omal nie wyzionął ducha w wyniku potężnego szarpnięcia. To kapitan Hatrehåd von Hoogestratton trzymał go za kołnierz.

– Czekaj! – odezwał się do niego przez burzę i wichurę. – Jak cie zwą?

– Nie mam… nie mam jeszcze imienia, kapitanie von Hoogestratton.

Kapitan zadumał się, nic sobie nie robiąc z fali, która rozplaskała mu się właśnie na pokrytej bruzdami facjacie, zmieniając jego niepospolite brodzisko w coś na kształt fartucha z podtopionych wiewiórek.

– Ha, zaiste! – powiedział w końcu. – Czyż to nie idealna noc na nadanie imienia?

Chłopak chciał powiedzieć, że mógłby wyobrazić sobie lepszą, jeśliby się tylko bardzo postarał, ale nie zdawało mu się, by kapitan nagrodził jego wkład w dyskusję oklaskami.

– Niech cię zwą od dzisiaj Drogiem, to dobre imię – dodał kapitan, jakby do siebie. – A teraz leć!

 

Pod pokładem ekipa inżynierów z gnomiej metropolii Haugenvatermügenstrand, pod komendą słynnego Blomiego Beauregarda, całą mocą swych krótkich ramion napierała na sterczące, w zdawałoby się losowych miejscach, z bezkształtnej, krztuszącej się wodą pompy dźwignie, usiłując posłać zalewającą maszynownię wodę z powrotem do oceanu. Dźwignie z dużą szybkością wznosiły się i opadały, nadając konstrukcji wygląd olbrzymiej drezyny w zaawansowanej ciąży.

Młody Drogo zlokalizował bezbłędnie czerwonego jak burak inżyniera Blomiego, który z zamoczoną fajką w zębach zmagał się właśnie z zaciśniętym na wyjątkowo opornej śrubie mechanicznym kluczem, oraz całą ekipę uwijających się jak w ukropie i całkowicie identycznych gnomów w zgniłozielonych marynarskich chustach.

– Bodajby szlag trafił cholernego von Hoogestrattona – rzekł filozoficznie Blomi, usłyszawszy przyniesiony mu przez Droga rozkaz. – Najpierw pcha nas w samo serce sztormu w pogoń za największym cholernym wielorybem jaki pływał kiedykolwiek po wszystkich znanych morzach, a teraz mam mu wystawić działo, które tylko zapijaczony Hoffermeier umie obsługiwać?

– Bosman Hoffermeier utonął w odmętach, panie inżynierze – poinformował gnoma podrostek. Blomi wytrzeszczył na niego i tak już mocno wyłupiaste oczy, a jego sterczące po obu stronach szerokiej twarzy bokobrody zadrżały złowróżbnie.

– Czy ten cholerny spaślak chce nas posłać na dno? Przecież nikt poza Hoffermeierem nie umie skoordynować ogniskowych, nie zna rozkładu dźwigni, ani nie ustawi działa pod właściwym kątem! Ta piekielna machina to jak splunięcie w twarz wszystkich inżynierskich prawideł! Jak wrzód na nieskazitelnej dupie czcigodnego, kanonierskiego rzemiosła! Jak plugawy bękart w dziewiczym łonie wszelkich opierających się na prawach fizyki nauk! Jak…

Jeden z gnomów, który zastąpił pryncypała przy kluczu, zdołał w końcu pokonać odmawiającą współpracy śrubę, po czym wpadł z głośnym pluskiem do zalegającej w pomieszczeniu wody, ochlapując i tak już przemoczonych towarzyszy, łącznie z samym Beauregardem. Wewnątrz pompy zagrzmiało, jakby strawiła w końcu wyjątkowo ciężki posiłek, i wznowiła pracę.

– Kapitan kazał przekazać, że pokłada niezachwianą wiarę w geniusz inżynieryjny mistrza Blomiego Beauregarda – wypalił prędko chłopak, wykazując się nie lada pomyślunkiem, gdyż Beauregard, mile połechtany „geniuszem”, momentalnie spuścił z tonu.

– Ha, ma to jakiś sens. Co by nie mówić, jestem w końcu cholernym geniuszem. – Gnom przetarł zaparowane gogle brudną od smaru szmatą, spojrzał pod światło, skrzywił się i zamyślił. – Zresztą i tak nie mamy wyboru, jeśli ten przeklęty waleń przyładuje w nas jeszcze kilka razy, to po nas. Dobra! Wystawię cholerne działo, ale przekaż temu zatraconemu kretynowi, że jeśli tylko wyjdziemy z tego cało, to ja mu łeb przy samej dupie upier…

 

– Do lewej wszyscy! – wrzasnął w zawieruchę kapitan von Hoogestratton. Przemoczeni do cna majtkowie jak jeden mąż pognali ku bakburcie, a w miejsce, gdzie przed chwilą stali, gruchnął ciężko o deski strzaskany grotmaszt, nie oparłszy się kolejnemu uderzeniu rozwścieczonego wieloryba. Masywny kadłub statku przechylił się na prawo, a czubek zgruchotanego drzewca poznaczył spienioną wodę ostrym jak igła kilwaterem. Kikatrïx zawyła boleśnie.

– Do siekier! – rozkazał kapitan.

Majtkowie zakrzyknęli unisono gromkie „aye”, po czym zaczęli z całych sił rąbać postrzępiony kikut masztu. Okręt przechylał się coraz bardziej, a fale coraz śmielej poczęły wdzierać się na pokład. Kiedy puściło ostatnie włókno, krzepkie ramiona marynarzy błyskawicznie wypchnęły potężną masę drewna za burtę. Okręt rozbujał się jak boja po czym ponownie stawił czoła rozszalałym falom. Skłębione płachty żagli amputowanego masztu wydostały się z juk i jak wątłe ręce gasnącego dziecięcia wyciągnęły się w stronę porzucającej je Kikatrïx.

Wieloryb kotłował się chwilę w głębinie po czym oddryfował poza zasięg krasnoludzkich harpunów, by zebrać siły do kolejnego morderczego ataku. Nie uszło to uwadze tak doświadczonego wielorybnika, jak Hatrehåd von Hoogestratton.

– Teraz albo nigdy, Beauregard!

Drogo, który dopiero co wydostał się z maszynowni, nie tracił czasu. Odwrócił się i powtórzył łamiącym się w młodzieńczy falset głosem rozkaz w stronę uwijających się gnomów. Beauregard odrzucił nabazgraną niedbale tabliczkę „nie rószać”, naparł z całych sił na wystającą z kokpitu wielką dźwignię, a do swojej wiernej ekipy krzyknął, by kręciła zamocowanym niedaleko wielkim kołem. Na pokładzie, wśród okrzyków zdumienia i kawalkady grzmotów, rozwarły się ciężkie klapy ładowni, a zza nich pierwszy raz od lat na światło dzienne wyłoniła się machina, której nie mógł zbudować nikt o zdrowych zmysłach.

Monstrualny Grzmotopluj Hoffermeiera składał się z olbrzymiej lufy z zatkniętym w środku wielkim harpunem o naciętym finezyjnie grocie, ulokowanego wśród kłębowiska przewodów, rur i kabli kokpitu, prowadzącej do niego rozklekotanej drabiny, oraz absurdalnie wielkiego celownika z muszką wielkości kabestanu. Z tablicy rozdzielczej sterczały wyzywająco rozmaite dźwignie i przekładnie, a jej powierzchnię upstrzono dziesiątkami przycisków i wskaźników. Potworne działo zainstalowane było na mechanicznym wysięgniku, który miał w swoim założeniu zapewniać bezproblemową instalację machiny na międzypokładzie oraz dogodne celowanie. W założeniu, ponieważ w chwili obecnej działo tkwiło przechylone widocznie na bok, zapewne w skutek jednego z licznych niedopatrzeń lubującego się w wysokoprocentowych trunkach świętej pamięci bosmana Hoffermeiera.

Machina westchnęła przejmująco kłębami pary i zastygła w bezruchu, jak podniesiony za ogon martwy szczur. Wieloryb tymczasem zawinął koło wśród piętrzących się fal, strzyknął kilka razy wodą z otworu na grzbiecie i począł ewidentnie przymierzać się do kolejnego natarcia.

Kapitan von Hoogestratton puścił się pędem ku wielkiej maszynie łapiąc w locie za kołnierz swojego młodego posłańca i widząc kątem oka, że na pokład tarabani się z maszynowni ekipa gnomów, na której czele sadzi w podskokach sam inżynier Beauregard. Gnom z imponującą, jak na kogoś tak otyłego, zwinnością wdrapał się na rozchwiane działo i rozpoczął błyskawiczne oględziny. Zanurkował w ziejącą otchłań kabli. Dało się słyszeć stłumione przekleństwo i szuranie niezliczonych przewodów.

– Tuś mi, bratku.

Działem zachybotało gwałtownie, niemal zrzucając do morza gramolącego się nań pracowicie kapitana i uczepionego drabinki Droga. Mechanizm zaskrzypiał i przechylony wysięgnik wyprostował się raptownie z lufą skierowaną w stronę kręcącego w oddali koła wieloryba. Blomi Beauregard wydostał się spod deski rozdzielczej, wyprostował się na całą swoją nikczemną wysokość, wystawił palec, zacharchał i splunął nań gęstą jak melasa śliną, której przeźroczysty warkocz rozciągnął się na wietrze wskazując ponad wszelką wątpliwość aktualny kierunek wiatru.

– Północo-wschód, powiadasz? – sapnął zdyszany jak parowóz kapitan.

– Ani chybi – odpowiedział gnom odchylając działo w lewo za pomocą przerdzewiałego kołowrotu.

– Umie pan odpalić tę maszynę, panie Beauregard? – zapytał podniecony Drogo.

– Tylko nieboszczyk Hoffermeier umiał ją poprawnie odpalić, synu, ale zważywszy na nasze dość beznadziejne położenie, spróbować nie zawadzi.

Zagrzmiało. Dosłownie parę metrów od sterburty przyładowała w wodę błyskawica. Wiatr wył jak armia potępieńców; lśniący skrwawioną bielą wieloryb zakotłował się w morskiej toni, zwrócił się w stronę Kikatrïx i momentalnie zaczął nabierać prędkości. Inżynier Beauregard wtarabanił się na fotel operatora, zlokalizował wielki czerwony przycisk z napisem „bum”, wycelował w bestię i spojrzał porozumiewawczo na kapitana. Minę miał niewyraźną.

Kapitan skinął głową, a na przełysiałym czole zapulsowała mu gruba żyła. Beauregard przyjął rozkaz.

– Raz kozie śmierć!

Wcisnął przycisk.

Nic.

Wcisnął raz jeszcze.

Nic.

Khhurva’matsch! Bodajby szlag trafił cholernego Hoffermeiera i ciebie też, von Hoogestratton! – rozwrzeszczał się doprowadzony do furii Blomi. – To się nie miało prawa udać! Hoffermeier był partacz i pijus, a jego maszyna to kupa złomu!

– Bacz na słowa, chobołdzie zatracony, bo zanim przywali w nas ten potwór gotoweś zebrać po łbie, jak Rhudaura kocham!

– W rzyć mnie ucałuj, postrzelony spaślaku, jak ja ci zaraz…

Wkrótce intensywną wymianę opinii zastąpiły gwałtowne rękoczyny, a Grzmotopluj zatrząsł się bezradnie i żałośnie. Wieloryb tymczasem był już w połowie drogi do okrętu, a jego szerokie czoło orało wodę jak ślizgacz. Skołowany Drogo nie wiedział zupełnie, co robić, aż nagle jego uwagę zwrócił przewód, którym inżynier dusił właśnie charczącego spazmatycznie kapitana. Przewód oraz znajdująca się nieopodal wtyczka o identycznym kształcie, jak końcówka tegoż. Młody krasnal przypadł do kabla i wcisnął go do otworu. Monstrualny Grzmotopluj Hoffermeiera natychmiast zaczął robić bokami, a kontrolki i diody na desce rozdzielczej zalśniły feerią barw.

Kapitan i inżynier zastygli w bezruchu, a wybałuszone gały wlepili w Droga.

– Jak pragnę zdrowia, znakomicie, chłopcze!

– Dalejże, szybko!

Okrętem szarpnęło ku górze. To wielka fala, wzbudzona przez pędzącego z dużą szybkością wieloryba, przepłynęła pod kilem styranej batalią Kikatrïx.

Drogo nie czekał na rozkaz. Momentalnie wskoczył na stanowisko, spojrzał przed siebie, a jego krótkie, pięćdziesięciodwuletnie życie przeleciało mu przed oczami. Wtedy podniósł rozcapierzoną dłoń i całym ciałem naparł na przycisk.

Przez ryk nawałnicy przebiła się niewyobrażalna eksplozja, kłęby pary przysłoniły niebo, a z lufy olbrzymiego działa wystrzelił jak z procy iskrzący magiczną energią harpun wielkości kotwicy. Drogowi wydało się, że Ziemia na moment przestała się kręcić. Widział, jak potworny harpun leci ze świstem w stronę zbliżającego się wielorybiego czoła. Bestia nacierała już z olbrzymią prędkością, po czym nagle wyskoczyła z wody dosłownie dwadzieścia metrów od burty i, niemal nie dotykając powierzchni wody, frunęła ze swym ostatecznym ciosem prosto w okręt.

Wieloryb był za blisko. Harpun nie miał szans trafić.

Trafił.

Łeb olbrzymiej bestii rozprysł się w locie jak dojrzały arbuz, zalał morze i okręt potokiem juchy i wielorybiego mózgu. Harpun z ohydnym mlaskiem wżarł się w masywne cielsko i ugrzązł głęboko w sercu bestii. Pocisk wytrącił moment pędu, załamał trajektorię lotu potwora, ale i tak było jasne, że jego martwy zewłok za ułamek sekundy zmiecie Kikatrïx z powierzchni morza.

Wśród ostatnich wizgów i kaszlnięć Monstrualnego Grzmotopluja Hoffermeiera, który skończył był właśnie swój żywot, wśród gromów i huku fal, w rozszalałym wietrze i dzikiej nawałnicy rozbrzmiał wyraźnie skowyt miażdżonego drewna. Stal gięła się jak ołów, liny pękały jedna po drugiej, a maszty trzaskały jak zapałki pod ciężarem martwej bestii, która z krainy zmarłych wyciągała jeszcze swe nienawistne płetwy po duszę i dumę kapitana von Hoogestrattona. Wśród wrzasków i przekleństw, wśród nieopisanego zgiełku i huku, niepokonana dotąd Kikatrïx przechyliła się powoli na bok, a ciężka od wody bandera z insygniami Rhudaura, zwanego Przewrotnym, udała się samotnie na spotkanie boga mórz.

 

Droga obudził szum i niemożliwy do zniesienia smak soli w ustach. Otworzył oczy, a kiedy okazało się, że połowa jego twarzy znajdowała się w morskiej wodzie, momentalnie się rozbudził i począł trzeć lewe oko zaciśniętą pięścią. Po chwili rozejrzał się wokół siebie. Nad nim szumiały rozłożyste palmy, których liście tłumiły promienie świecącego na bezchmurnym nieboskłonie słońca. Leżał na brzegu jakiegoś nieznanego lądu, a między zębami skrzypiał mu piasek. Splunął, odkaszlnął, spojrzał za siebie i zobaczył stojącą nieruchomo, wpatrzoną w morze sferyczną sylwetkę kapitana von Hoogestrattona.

– Pan kapitan?

– Obudziłeś się w końcu – odrzekł mu krasnolud. – Słońce już wysoko na niebie.

Drogo wstał niezgrabnie na nogi i spróbował zebrać myśli. Nagle przypomniał sobie wszystko.

– Kapitanie, co się stało?

Kapitan von Hoogestratton milczał chwilę.

– Żyjemy chłopcze. To cholerne monstrum wącha rafy od spodu, a my stoimy tutaj, na jakiejś zapomnianej przez bogów wyspie, i żyjemy.

Drogo patrzył na kapitana nie rozumiejącym wzrokiem.

– Ale kapitanie, okręt…

– Niechaj woda lekką będzie mej dzielnej Kikatrïx – zdjął kapelusz kapitan. – Wiernie mi towarzyszyła przez te wszystkie lata, dłużej, niż którakolwiek z moich czternastu żon, starych przyjaciół i podwładnych marynarzy, ale w tej ostatniej bitwie przyszło jej oddać życie za mnie i moje marzenia.

– I co się mażesz, von Hoogestratton? – dobiegł zza ich pleców znajomy głos. Obejrzeli się i ujrzeli utytłanego niemożebnie w piachu i algach Blomiego Beauregarda oraz jego ekipę identycznych pomocników, acz każdy sfatygowany bitwą z morzem i wielorybem na swój własny, indywidualny i malowniczy sposób. – Pokonaliśmy tego zatraconego potwora. Pokonaliśmy, słyszysz mnie, Hatrehådzie? Mamy niebo nad głową i ziemię pod stopami, wiatr we włosach i horyzont przed sobą. Czegóż jeszcze potrzeba ci do szczęścia?

Oczy kapitana von Hoogestrattona rozwarły się i zalśniły dzikim blaskiem. Spojrzał na starego kompana i uśmiechnął się półgębkiem i wcisnął kapelusz z powrotem na głowę.

– Zaiste, Beauregard, głupiś jak but z lewej nogi i tępy jak drewniana piła, ale zdarzy ci się czasem powiedzieć coś mądrego.

Zwrócił się w stronę szumiącego morza i zawołał gromko.

– Żegnaj na zawsze i dzięki ci, niezłomna Kikatrïx! Bodajby Rhudaur pozwolił ci pływać pod swoją banderą! Żegnaj i ty, piekielny, pieprzony, cholerny białasie! Późno, bo późno, ale otom zadał ci w końcu bobu!

Odczekał chwilę, jakby starając się wyłapać z szumu fal jakąś tajemniczą odpowiedź, a po chwili zwrócił się do młodzieńca.

– A ty, chłopcze, bądź wdzięczny losowi i gwiazdom na niebie, żeś otrzymał w burzy i wichurze imię bosmana Drogomira Hoffermeiera.

Koniec

Komentarze

 

łoskotem runął w czeluście oceanu budząc falę – przecinek przed budząc (zawsze w okolicach imiesłowów)

po chwili tłum krępych marynarzy obsługujących ster – zawsze mi się wydawało, że ster obsługuje jedna osoba, góra dwie. Do żagli to może rzeczywiście potrzebne są tłumy

a potem zapalę ci w nie takiego kopa – rozumiem, że kapitan w ferworze walki mógł się przejęzyczyć, ja jednak napisałabym “odpalę”. I nie pytaj dlaczego – tak mi po prostu lepiej brzmi.

zmieniając jego niepospolite brodzisko w coś na kształt fartucha z podtopionych wiewiórek. – bardzo mi się podobało i bardzo obrazowe

wygląd olbrzymiej drezyny w zaawansowanej ciąży. – to też fajnie, aczkolwiek nie wiem, czy krasnoludy lub gnomy znały drezyny

dźwigni, ani nie ustawi działa pod właściwym kątem – podobna historia jak z albo (znaczy z przecinkami – nie stawia się ich przed pojedynczym albo/ani))

Dało się słyszeć stłumione przekleństwo i szuranie niezliczonych przewodów. – myślę jednak, że się nie dało – w burzy, przy ryku fal i grzmotów stłumione przekleństwo i szuranie to zbyt słabe dźwięki

Khhurva’matsch! – baaardzo ładne

Żle zapisujesz dialogi w miejscach, gdzie masz wyjaśnienie“niepaszczowe”. Przykład:

– Niechaj woda lekką będzie mej dzielnej Kikatrïx – zdjął kapelusz kapitan.

Powinno być:

– Niechaj woda lekką będzie mej dzielnej Kikatrïx! – Zdjął kapelusz kapitan.

Ha, ha – krasnoludzki Mobby Dick. Całkiem mi się podobało. A spodobała mi się masa rzeczy: obrazowy język, barwne i dosadne porównania, tempo narracji i samej historii, odrobina filozofowania (szczególnie na końcu).  Odrobinę mnie zmęczyła jednak ta opowieść, bo mimo wszystko opisujesz tylko jedną scenę. Ale przy takim języku możesz się pokusić o dłuższą opowieść, z większym rozmachem.

A wszystkie błędy, które Ci wypisałam, to moje czepialstwo, żeby było jeszcze lepiej.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zgadzam się z Bemik. To jedna scena, ale za to jaka! Co za rozmach, aż choroby morskiej dostałam.Teraz trochę czepialstwa: kilka razy zdarzyło mi się, szczególnie pod koniec, ominąć po kilka zdań a wciąż nadążałam z akcją, wniosek: Możnaby trochę ten tekst odchudzić i zostawić tylko niezbędne

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Szalenie malowniczo oddałeś okoliczności zmagania się załogi z wielorybem i żywiołem, ale jak dla mnie działo się tu zbyt wiele, w dodatku jednocześnie. Straszny młyn! Chwilami gubiłam się, a krasnoludzkie nazwiska nie ułatwiały śledzenia poczynań marynarzy.

Z drugiej strony nie mogę nie docenić umiejętnego opisania bardzo dynamicznej akcji i wszechobecnego zamieszania, szczególnie że mimo wiszącego w powietrzu dramatu nie skąpisz zabawnych porównań i rubasznego humoru.

Mam wrażenie, że gdybyś bliżej zaprzyjaźnił się z interpunkcją, wiele zdań zyskałoby na tym. Stałyby się czytelniejsze.

 

po sę­dzi­wych, po­ora­nych wia­trem i słoń­cem we­te­ra­nów… – W jaki sposób wiatr i słońce orzą weteranów?

Może miało być: …po sę­dzi­wych, ogorzałych od wia­tru i słoń­ca we­te­ra­nów

 

Wid­nia­ły na niej skrzy­żo­wa­ne młot i har­pun, a mie­dzy nimi wid­nia­ło ko­wa­dło i ko­twi­ca… – Powtórzenie.

Może wystarczy: Wid­nia­ły na niej skrzy­żo­wa­ne młot i har­pun, a mie­dzy nimi ko­wa­dło i ko­twi­ca

 

oso­bi­ście po­dziu­ra­wię har­pu­nem twoje spa­słe dup­sko, a potem za­pa­lę ci w nie ta­kie­go kopa… – Proponuję: …a potem za­sadzę ci w nie ta­kie­go kopa

 

Jak cie zwą? – Literówka.

 

Skłę­bio­ne płach­ty żagli am­pu­to­wa­ne­go masz­tu wy­do­sta­ły się z juk… – …wy­do­sta­ły się z juków

Juk jest rodzaju męskiego.

 

bo zanim przy­wa­li w nas ten po­twór go­to­weś ze­brać po łbie… – …bo zanim przy­wa­li w nas ten po­twór, go­to­wyś ze­brać po łbie

Kapitan zwraca się do mężczyzny, nie do dziecka.

 

Drogo wstał nie­zgrab­nie na nogi i spró­bo­wał ze­brać myśli. – Czy istniała możliwość, by wstał nie na nogi?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Faktycznie powinienem był sczytać, nim wrzuciłem. Tekst troszkę przeleżał w szufladzie. Anyway, dzięki za konstruktywne komentarze.

"– Jam jest – kontynuował beznamiętnie mnich – mistrzem szpitalnym i opiekunem Wieży. Imię moje: brat Trankwilus. Nomen omen. Przynajmniej dopóty, dopóki mnie ktoś nie zdrzaźni."

Dawno nie spoufaliłem się tak z żadną drużyną krasnioludów. Dorównałeś na tym polu Sapkowskiemu i jego zoltanowej oraz yarpenowej kompanii. Po prostu polubiłem Beauregarda. Błagam o więcej takich dzieł. No i pokazałeś że krasnolud z kilofem i wózkiem górniczym to tylko stereotyp i to absurdalny. Pozdrawiam i życzę sukcesów bracie Trankwilusie. PS. Modliłeś się już do św. Dympny aby nie wpakowała cię do Narrenturmu i nie zabrała talentu?

Barba non facit philosophum

Bardzo ładnie (język wręcz malowniczy :) napisane. Historia porywa :) i to momentami dosłownie, bo chwilami gubiłem się (szybko jednak odnajdując).

F.S

gigantycznych rozmiarów alabastrowa sekwoja

Trochę czepialska uwaga – sekwoja sama w sobie jest gigantycznych rozmiarów, więc o ile sformułowanie jest poprawne, to chyba nie najlepiej działa jako metafora

gruchnął ciężko o deski strzaskany grotmaszt, nie oparłszy się kolejnemu uderzeniu rozwścieczonego wieloryba. Masywny kadłub statku przechylił się na prawo, a czubek zgruchotanego

Nieco raziło powtórzenie, chyba można napisać “strzaskanego” (edit – a, nie można, bo to też jest, no to nie wiem, kombinuj)

Monstrualny Grzmotopluj Hoffermeiera składał się z olbrzymiej lufy z zatkniętym w środku wielkim harpunem o naciętym finezyjnie grocie, ulokowanego wśród kłębowiska przewodów, rur i kabli kokpitu, prowadzącej do niego rozklekotanej drabiny, oraz absurdalnie wielkiego celownika z muszką wielkości kabestanu.

Ależ zawiłe zdanie! Sam pogubiłeś się gdzieś przy “ulokowanego”, bo nie wiadomo, do czego to się odnosi.

rozciągnął się na wietrze[+,] wskazując ponad wszelką

(KOMENTARZ ZAWIERA ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERA)

Naprawdę niezłe! Wciągnąłem się w ten morski klimat, widziałem szarżującą bestię – obrazowość na bardzo wysokim poziomie. Tutejsi czytelnicy przyzwyczajeni są raczej do zaskakujących zakończeń i to ich wypatrują, ale mnie się podobało tak, jak jest. Żywiołowa scena, sukces młokosa, happy end. Dla mnie pełen zestaw.

Wadą jest oczywiście jakby zbyt dobrze znany świat – bo to śmie sugerować, że nie masz pomysłu na swój, ale nie daję za to wielu minusów. Dobre tło to często połowa sukcesu.

Niektóre zdania bardzo połamane, niemal lemowskie. Czy to źle? Sam nie wiem. Żeby tak pisać, trzeba umieć panować nad podmiotem, ale ja akurat nie twierdzę, że zdania to najmocniejsza strona wspomnianego mistrza. Fleur słusznie zauważyła, że niektóre fragmenty dało się przeskoczyć wzrokiem i dalej śledzić akcję. Umiar w opisach bywa wskazany, nawet jeśli są tak niezłe, jak w Twoim opowiadaniu.

Tak czy owak – podobało mi się. Akcja dynamiczna i z dobrze zastosowanym suspensem – pozazdrościć wyczucia.

Przeczytałam, ale zgadzam się, że to tylko scena. Momentami całkiem zabawna i trochę szkoda, że nie została rozwinięta w prawdziwą, pełną historię. Imiona cudaczne, ale podobały mi się, choć, jak na dość krótki tekst, początkowo się gubiłam.

Liczę na rozwinięcie historii. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Zaskakiwało mnie, że kapitan traktujący w ten sposób załogę i okręt jeszcze żyje. Ale nie znam się na żeglarstwie, zwłaszcza morskim.

Jak to już ktoś zauważył, porównania niekiedy palą Ci na panewce. Jeśli strzelamy z działa, to metafora procy wypada słabo.

Łeb olbrzymiej bestii rozprysł się w locie jak dojrzały arbuz, zalał morze i okręt potokiem juchy i wielorybiego mózgu. Harpun z ohydnym mlaskiem wżarł się w masywne cielsko i ugrzązł głęboko w sercu bestii.

To jest możliwe? Strzelamy sporemu zwierzęciu harpunem w czoło, a pocisk dociera do serca?

Babska logika rządzi!

Słowotwórca – Najlepsza pochwała, jaką mogłeś mnie uraczyć! Uwielbiam Sapkowskiego i ten tekst to dość wyraźna zrzynka z niego. Porównanie, rzecz jasna, na wyrost, bo Sapek jest niedościgniony, ale przyjemne to jak cholera. :)

 

Finkla – Nie miało być “możliwie”, to dość luźna pisanina i chodziło raczej o emocje, niż o prawdopodobieństwo.

 

Varg – Dzięki za trafną krytykę i miłe słowa. Zdrówko!

 

Foloin Stephanus – Dzięki, man. :)

 

 

"– Jam jest – kontynuował beznamiętnie mnich – mistrzem szpitalnym i opiekunem Wieży. Imię moje: brat Trankwilus. Nomen omen. Przynajmniej dopóty, dopóki mnie ktoś nie zdrzaźni."

Nowa Fantastyka