- Opowiadanie: Brat Trankwilus - W pustkę

W pustkę

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

W pustkę

 

 

W P U S T K Ę

 

― „Szlachta pali drewnem”… ― prychnął pod nosem, gdy kolejna zapałka padła na polu chwały, nim zdążyła sięgnąć papierosa. ― Szlag by trafił.

Wyciągnął kolejną, skrobnął nią o brązową siarkę z boku pudełka, czekając na wiatr, który zawsze zrywał się na tę okazję choćby i w czasie najcichszej flauty, a nie doczekawszy się, spojrzał z zadowoleniem na popielejący czubek papierosa, zaciągnął się z lubością, przytrzymał dym w płucach, a później wypuścił. Obłok zakręcił w powietrzu, przykrywając szarym bielmem pole widzenia jego półprzymkniętych oczu, zasłonił przeźroczystą kotarą spękane asfaltowe boisko, zwieńczone pordzewiałymi bramkami bez siatek i okolone łysym zachwaszczonym trawnikiem, przykrył rosnące na granicy placu szkolnego zielone o tej letniej porze drzewa i wznoszącą się za nimi ścianę lasu oraz pełgające u jej stóp betonowe podbudówki i kolorowe od łuszczącego się sprayu ogrodzenie, kiedyś zapewne zielone, teraz łaciate plamami rdzy i wtopione w ogólną szarzyznę przedpołudnia.

Opróżnił płuca z trującej mgły, by zaraz wciągnąć kolejny jej obłok, znowu przytrzymał, jak spragniony pielgrzym trzyma przy ustach bukłak ze zbawczą wodą, po czym znowu wypuścił z wyraźną przyjemnością i spojrzał na zasnute chmurami niebo, za którymi majaczyło odległe słońce.

― Pomyśleć ― rzuciło mu się na myśl w niezmąconej ciszy ― jak nienaturalny jest spokój szkół w porze wakacji. W roku szkolnym przestrzeń wokoło nasiąka gwarem i harmidrem, dzwonkami na przerwę i tymi mniej radosnymi na lekcję; rozmowami i krzykiem; miłościami i nienawiściami, pocałunkami i bójkami; głośnym śmiechem i przekleństwami; strofami nauczycieli; nerwami i tłumaczeniami na dywaniku u dyrektora; pretensjami i pochwałami po wywiadówkach; radością z udanych kartkówek i smutkiem po tych nieudanych. ― Odgonił od siebie machnięciem natarczywą muchę. Powinienem wziąć prysznic, pomyślał kątem głowy. ― Ile dzieciaków zakochało się i odkochało w tych murach i ogrodzeniach ― dumał, zaciągnąwszy się. ― Ile nawiązało i rozwiązało przyjaźnie na całe życie. Ile porządnych dziewczyn zbałamucono w tamtych krzakach, ilu niepewnych swego chłopaków wyszło z nich z uśmiechami na zarumienionych twarzach. Ile fajek spalono za tamtym murkiem, gdzie nie sięga czujne oko belfra, ile butelek i lufek stłuczono kawałek dalej, już w lesie, w budzącej poczucie bezpieczeństwa odległości od epicentrum zagrożenia. Ile portek porwano na ogrodzeniu, ile kostek skręciły namówione na wagary dziewczęta, które mogą już nawet tego nie pamiętać. ― Oddał dym atmosferze. ― Choć mam nadzieję, że pamiętają. Takie rzeczy trzeba pamiętać. Inaczej nie jest dobrze.

Dźwignął się na nogi i obszedł posuwistym krokiem stare boisko do piłki nożnej, przeciął je, słysząc za sobą dobiegający z otwartego na oścież okna na drugim piętrze jednostajny, nagrany męski głos. W pierwszej chwili pomyślał, że, jak to w szkole, trwają zajęcia. Klasa ogląda pewnie jakiś film ― niechybnie bardziej zainteresowana powstającymi dwojakimi charakterami pisma dialogami w zeszytach, niż tymi na filmie ― ale potem dotarło do niego, że przecież szkoła jest opustoszała. Może jakiś kurs? A może woźni i sprzątaczki urządzili sobie kino, skoro nikt nie przyłapie ich tego dnia na uchylaniu się od obowiązków?

Spojrzał przed siebie, gdzie tkwiła osadzona w murku zardzewiała, pogięta, obwiązana łańcuchem furtka. Trzy czwarte, od góry do niemal samego dołu, stanowiły poplamione rdzą i farbą kraty, niżej zaś rozlewała się do samej ścieżki wyraźna ruda plama, jakby ktoś specjalnie chciał zamalować pokraczne litery nagryzdanego białym sprayem graffiti. Filar? Filut? Nie miał pojęcia, o co lub kogo chodziło.

Zwrócił twarz w prawo, gdzie po drugiej stronie płotu zamiatała pracowicie sprzątaczka. Czyżby jakiś parias, którego nie zaproszono na seans? Ruszył żwawo pasem wyblakłej zieleni, upstrzonym bladożółta psią trawką, ku ogrodzeniu, po czym stanął na widok podniszczonego stołu do ping-ponga o betonowym blacie i metalowej siatce. Ogarnął wzrokiem wyżłobione w skrajach stołu doły, które pozostawili sobie jacyś zapaleni gracze. On też grywał z kimś kiedyś w pingla, ale było to tak dawno, że ledwie pamiętał.

― Czyli nie jest ze mną dobrze ― wywnioskował. ― Może to i lepiej?

Usiadł na blacie owionął wzrokiem plac i obdarty z farby i tynku gmach szkoły, o wiele mniejszy, niż pamiętał. Wyłożony cegłówkami niby-taras, wiodąca na niego rampa i z niego schodki, wielka zardzewiała kotwica na środku. W końcu Gdynia to portowe miasto. Znaczy, zmitygował się, kiedy jeszcze było tu coś, co można było nazwać morzem.

Wyswobodzone z zasłony chmur słońce skąpało martwe oczy okien w złocistym blasku, ale nie przydało im ani trochę życia. Potłuczone szyby łysnęły niechętnie i zgasły, wiatr przepchał się z jednej ściany gmachu do drugiej, wzbijając w środku opuszczonego budynku kurz i pył, jak respirator przekonuje do wysiłku leniwe płuca gruźlika, nie umiejąc wykrzesać z nich ani krztyny dobrej woli. Pomachały mu od niechcenia rozwarte, wiszące na zawiasach jak trup na gałęzi drzwi. Przez rozchylone na drugim piętrze okno wciąż słyszał zawodzenie wiatru w gwizdawce korytarzy, jedyne ślady odległego życia, którym niegdyś tętniło to miejsce. Wiedział oczywiście, że to nie żaden film, bo w budynku od lat nie było prądu ― bo niby skąd? ― że nie ma w nim nikogo, kto mógłby go oglądać i że pochylona za ogrodzeniem sprzątaczka to tylko stary, wygięty hydrant, w którym nie ma już ani kropli wody – zastygły w pustce jak zapijaczony nieudacznik przy barze, który choć chciał, nie potrafił ugasić najmniejszego pożaru, może więc uda mu się choć ugasić zdzierające gardło pragnienie. Wiedział, że liście zamiata co najwyżej ten sam prześmiewczy wiatr, który z uporem maniaka gasi mu drogocenne zapałki i ostatnie iskierki podsyconych wspomnieniami nadziei, macha do niego okaleczonymi drzwiami i zgarnia z twarzy słońca całun chmur, zmuszając go, by ujrzał w pełnej krasie tego gnijącego trupa, którego jeszcze niedawno podziwiał w pląsach.

Ponownie omiótł wzrokiem teren wymarłej szkoły, od ściany budynku do ściany lasu, od ogrodzenia do ogrodzenia, i odetchnął tęsknie i drżąco, odkaszlnął.

― I gdzie to wszystko? ― zapytał nikogo. ― Diabeł ogonem nakrył. „Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie!” ― zawołał chrypko gromkim głosem, jak oszalały wieszcz armagedonu, i syknął, gdy dopalony do ostatka papieros poparzył mu palce, sprowadzając z powrotem na ziemię.

Oderwał się od blatu, by nie wrosnąć weń i nie zastygnąć. Stanął na równych nogach, zarzucił na ramię połatany plecak i ruszył do wyjścia, w pustkę i pył popołudnia, gdzie nikt i nic na niego nie czekało.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Trochę nostalgiczna opowieść, ale w zasadzie o niczym konkretnym. Fantastyki też nie zauważyłem. Niezbyt mi się podobało.

A zdania takie jak to:

Obłok zakręcił w powietrzu, przykrywając szarym bielmem pole widzenia jego półprzymkniętych oczu, zasłonił przeźroczystą kotarą spękane asfaltowe boisko, zwieńczone pordzewiałymi bramkami bez siatek i okolone łysym zachwaszczonym trawnikiem, przykrył rosnące na granicy placu szkolnego zielone o tej letniej porze drzewa i wznoszącą się za nimi ścianę lasu oraz pełgające u jej stóp betonowe podbudówki i kolorowe od łuszczącego się sprayu ogrodzenie, kiedyś zapewne zielone, teraz łaciate plamami rdzy i wtopione w ogólną szarzyznę przedpołudnia.

Brzmią trochę karkołomnie.

Podpiszę się pod komentarzem wyżej, ale zachowam neutralność w kwestii czy się podobało, czy nie. Chciałbym zobaczyć coś z większą fabułą.

Trochę za dużo kombinacji w zdaniach, takie pisanie dla pisania.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

W związku z tym, że mąż ostatnio wciąż podrzuca mi José Saramago, tasiemcowość zdań mi nie wadzi. Problem dla mnie to fakt, że tekst nie jest opowiadaniem, raczej stylistyczną wprawką, opisem tudzież wstępem do czegoś większego.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mnie tam dłużyzny wcale nie przeszkadzają. Łatwo jest ugrzęznąć pod ciężarem, a Ty dźwigasz je, jakby bez wysiłku. To jest cudowne:

Wyciągnął kolejną, skrobnął nią o brązową siarkę z boku pudełka, czekając na wiatr, który zawsze zrywał się na tę okazję choćby i w czasie najcichszej flauty, a nie doczekawszy się, spojrzał z zadowoleniem na popielejący czubek papierosa, zaciągnął się z lubością, przytrzymał dym w płucach, a później wypuścił.

Opowiadanie w najczystszej formie, jako wycinek rzeczywistości. Szkoda, że nie jest to wstęp do akcji, a jedynie seria przemyśleń. To chyba jedyny zarzut – że oto mamy historię jednego papierosa w świecie po zagładzie – i nic więcej.

 

Ach, no i użycie średnika moim zdaniem lepiej uzasadnione, niż u varga (to jest: służy do rozdzielenia elementów listy, a nie za grubszy przecinek).

najcichszej flauty – flauta to z definicji cisza, więc nie brzmi mi to zbyt dobrze

 

Gdzie jest fantastyka? Gdzie to tagowe post-apo? I czy na pewno jest to skończone opowiadanie, czy może jednak początek, fragment czegoś większego?

Jak dla mnie to, co zaprezentowałaś to przegadane przemyślenia/wspomnienia/halucynacje gostka, który przechodził obok szkoły w wakacje. Dla mnie to za mało, by konkretniej ocenić Twoje pisanie.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Post-apo nawet widać – opustoszała szkoła, wtrącenia o morzu. Mógłbym nawet nie zarzucić temu opowiadaniu, że nic się nie dzieje. Problem w tym, że przemyślenia bohatera są banalne, nielogiczne, wręcz mało wiarygodne, płytkie. Nie ma ich zresztą zbyt wiele,  za bardzo skupiasz się na opisach tego miejsca.

Gdyby to jeszcze było dobrze napisane. Ale niestety. Nie chodzi o długość i złożoność zdań. Chodzi o to, jak te zdania są poskładane, o nadmierność języka. Piętrząc dookreślenia, podstawiasz sobie nogę. Wtrącenia psują rytm zdań, utrudniają zrozumienie, często zawierają błędy składniowe i gramatyczne. Szczególnie zapamietałem psią trawkę i trupa na gałęzi. Początek jest opisem tak szczegółowym, że ciężko przez niego przebrnąć. 

Przed prawie każdym podmiotem i dopełnieniem spróbujesz wcisnąć dodatkową przydawkę albo całe dookreślające zdanie podrzędne. Zalecam cięcie.

Czasem zdarza Ci się również niewłaściwy dobór słów.  Np. nie mówi się owionąć wzrokiem.

Dzięki za komentarze i za rady, do części się zastosuję, do części nie. :)

 

Myślę, że to całkiem ładnie ujęte: “owionąć wzrokiem”. Argument, że tak się nie mówi, nie jest przekonujący.

 

Kumam zarzut o nadmierność języka, ale jednak chciałbym ją zachować i się w niej doskonalić. Jednym pasuje styl romański, inni wolą barok.

 

Zgadza się, że nie ma fabuły; chodziło mi raczej o impresję i kawałek myśli człowieka, który błąka się po Gdyni czasu postapokalipsy, nie o batalie o ropę i pewpewpew. Anyway – za ten komentarz również dzięki.

"– Jam jest – kontynuował beznamiętnie mnich – mistrzem szpitalnym i opiekunem Wieży. Imię moje: brat Trankwilus. Nomen omen. Przynajmniej dopóty, dopóki mnie ktoś nie zdrzaźni."

strofami nauczycieli – strofy i strofowanie to nie to samo :-)

A mnie się całkiem spodobało. Nostalgiczne, zadumane. Fakt – długie zdania można bez szkody porozdzielać, ale nie jest to koniecznością, bo Twoje choć długaśnie, sensu nie gubią. W takiej impresji są całkiem na miejscu, natomiast w pełnoprawnym opowiadaniu raczej by się nie sprawdziły.

Opis palenia bardzo sugestywny, aż sobie westchnęłam z tęsknotą. Ciągle to pamiętam…

Pozdrawiam – niepaląca od dwóch lat.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Argument, że tak się nie mówi, nie jest przekonujący. OK, rozumiem kolegę. Reguły ograniczają Twój geniusz i wolność artystyczną. 

 

Co do nadmierności języka – jak chcesz, ale kilka przymiotników przed każdym rzeczownikiem miejscami brzmi po prostu śmiesznie. A zdanie:

Ruszył żwawo pasem wyblakłej zieleni, upstrzonym bladożółta psią trawką, ku ogrodzeniu, po czym stanął na widok podniszczonego stołu do ping-ponga o betonowym blacie i metalowej siatce.

jest po prostu brzydkie. Zresztą nawet z tym wtrąceniem da się je napisać ładniej i bardziej zrozumiale w prosty sposób przestawiając szyk, choćby tak:

 

Ruszył żwawo ku ogrodzeniu pasem wyblakłej zieleni, upstrzonym bladożółta psią trawką, po czym stanął na widok podniszczonego stołu do ping-ponga o betonowym blacie i metalowej siatce.

 

Trochę się pogubiłem w tych długich zadaniach, ale przyznam szczerze, że taki urok tego tekstu. Nawet całkiem udany fragment czyjś myśli.

F.S

Dość szczególnymi zdaniami opisałeś scenkę. Nie wiem, kim jest palący papierosa, a szkoda, bo może ta wiedza pomogłaby mi zrozumieć, dlaczego myśli w tak osobliwy, wręcz nienaturalny sposób.

Obłok za­krę­cił w po­wie­trzu, przy­kry­wa­jąc sza­rym biel­mem pole wi­dze­nia jego pół­przy­mknię­tych oczu, za­sło­nił prze­źro­czy­stą ko­ta­rą spę­ka­ne as­fal­to­we bo­isko, zwień­czo­ne po­rdze­wia­ły­mi bram­ka­mi bez sia­tek i oko­lo­ne łysym za­chwasz­czo­nym traw­ni­kiem, przy­krył ro­sną­ce na gra­ni­cy placu szkol­ne­go zie­lo­ne o tej let­niej porze drze­wa i wzno­szą­cą się za nimi ścia­nę lasu oraz peł­ga­ją­ce u jej stóp be­to­no­we pod­bu­dów­ki i ko­lo­ro­we od łusz­czą­ce­go się sprayu ogro­dze­nie, kie­dyś za­pew­ne zie­lo­ne, teraz ła­cia­te pla­ma­mi rdzy i wto­pio­ne w ogól­ną sza­rzy­znę przed­po­łu­dnia. – Kończąc czytać to zdanie, zupełnie nie pamiętałam, że piszesz o obłoczku papierosowego dymu.

 

as­fal­to­we bo­isko, zwień­czo­ne po­rdze­wia­ły­mi bram­ka­mi bez sia­tek… – Nie wydaje mi się, by bramki wieńczyły boisko.

 

oko­lo­ne łysym za­chwasz­czo­nym traw­ni­kiem… – Skoro trawnik był zachwaszczony, to chyba nie był łysy, bo jednak coś na nim rosło.

 

Po­wi­nie­nem wziąć prysz­nic, po­my­ślał kątem głowy. – Czym pomyślał???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, do tego o szyku mogę się zastosować, tojestnieważne. Tak jest faktycznie przejrzyściej.

 

Regulatorzy – to dobrze, że nie wiedziałeś, czy raczej źle? Chodziło mi chyba o to, że przełysiały, kępiasty był ten trawnik.

 

Kątem głowy, włącz wyobraźnie. A jak coś zobaczysz kątem oka? :)

 

 

"– Jam jest – kontynuował beznamiętnie mnich – mistrzem szpitalnym i opiekunem Wieży. Imię moje: brat Trankwilus. Nomen omen. Przynajmniej dopóty, dopóki mnie ktoś nie zdrzaźni."

Kątem głowy, włącz wy­obraź­nie. A jak coś zo­ba­czysz kątem oka? :)

 

Tu nie trzeba wyobraźni. Wystarczy wiedza.

Wy­ra­że­nie zobaczyć kątem oka jest związ­kiem fra­ze­olo­gicz­nym, czyli formą usta­bi­li­zo­wa­ną, utrwa­lo­ną zwy­cza­jo­wo, któ­rej nie ko­ry­gu­je­my, nie do­sto­so­wu­je­my do współ­cze­snych norm ję­zy­ko­wych ani nie przy­sto­so­wu­je­my do ak­tu­al­nych po­trzeb pi­szą­ce­go/ mó­wią­ce­go.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytałam, czytałam, w pewien sposób wręcz zafascynowana, zaciekawiona, dokąd ten tekst zdąża. W sumie donikąd, jak się okazało, więc poczułam rozczarowanie. Bo napisane fajnie, choć z usterkami, długie zdania nie przeszkadzały mi nic a nic.

No cóż, impresja i kawałek myśli, jak to sam Autor zauważył. Czytało się przyjemnie, niedosyt pozostał, ciekawa jestem, co by było, gdyby Autor zechciał nam przedstawić (w przyszłości) jakąś opowieść.

Oj tam, nie bądź sztywniak, regulatorze.

"– Jam jest – kontynuował beznamiętnie mnich – mistrzem szpitalnym i opiekunem Wieży. Imię moje: brat Trankwilus. Nomen omen. Przynajmniej dopóty, dopóki mnie ktoś nie zdrzaźni."

Nowa Fantastyka