- Opowiadanie: Lafran - Grzechy Króla

Grzechy Króla

Opowiadanie napisane na próbę do tematu z Białostockiego konkursu “Wrzenie”. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Grzechy Króla

Grzechy Króla

 

Każdy kolejny krok wyzwalał mokre mlaśnięcie nasiąkniętej wodą ziemi pod ich stopami. Szli ostrożnie starając się nie wpaść w grzęzawisko, których to na tych mokradłach nie brakowało. A jak miejscowi mówili zdążyło już pochłonąć wiele ludzkich istnień niczym bestia i wciąż było nienasycone.

Pochodnia, którą przewodnik trzymał w dłoni niewiele pomagała. Światło odganiało ciemność i mgłę zaledwie na parę metrów.

Gerhard szedł tuż za nim. Specjalnie na tą wyprawę założył skromniejszy strój, bez żadnych pysznych ozdób by nie rzucać się w oczy. Do tego pożyczony od zaufanego łowczego płaszcz oraz kaptur. Zastanawiał się czy dobrze robił zmierzając w ten zapomniany przez Boga zakątek. Z drugiej zaś strony nie miał wyjścia. Jego stryj, czyli król już polerował ostrze swego sztyletu, które tylko czekało by wbić się w ciało natrętnego bratanka.

Nagle gdzieś w oddali zobaczyli słabe, niebieskie światło. Swym kształtem zdawało się przypominać ludzką postać. Po chwili jednak rozpłynęło się we mgle. Przewodnik szczękał zębami tak głośno, że zapewne samym dźwiękiem obudził duchy wszystkich nieszczęśników, którzy tutaj utonęli. Księcia nie zdziwiła bojaźń jaką prosty lud darzył te mokradła, a człowiek, który go prowadził był przecież jednym z nich – zwykłym zbieraczem torfu.

– Panie zawróćmy. – Przewodnik odwrócił się w stronę członka rodziny królewskiej, ale jego oczy latały we wszystkie strony. – Wiedźma pewnie wysłała duchy by nas odpędziły. Nie chce nas widzieć, lepiej jej nie rozsierdzać, bo zmieni nas w żaby.

– Głupstwa gadasz. – Odpowiedział chłodno książę. – To pewnie świetliki. Lepiej prowadź dalej inaczej zastanowię się czy zasługujesz na tą monetę.

Chłop na moment się uspokoił i skupił wzrok dokładnie na księciu przyglądając mu się badawczo. Dyskretnie, jakby udawał, że strząsa wilgoć ze swojego odzienia sięgnął ręką za pazuchę, by wymacać złoto będące obietnicą pełnego brzucha na całą zimę. Przemyślał jeszcze raz wszystkie zza i przeciw, a następnie bez słowa ruszył w głąb mokradeł, a książę za nim.

Szli tak jeszcze przez dobre pół godziny, a przynajmniej tak im się zdawało. Trudno było to określić, jakby na tych mokradłach czas zaczął się zatrzymywać. Mijali ledwie widoczne, rachityczne drzewa stojące niczym strażniczy na warcie. W końcu zobaczyli w oddali chatę otoczoną ze wszystkich stron wodą, która cuchnęła zgnilizną. Jedyny sposób by tam się dostać, stanowił lichy pomost z dawno już przegniłych belek.

– Zostań tutaj i czekaj na mnie.

– Nawet nie mam zamiaru się stąd ruszać panie. – Odpowiedział zlękniony mężczyzna.

Gerhard przeszedł przez most, który przy każdym kroku wydawał dźwięki podobne do pękających kości. Gdy był już u drzwi, całe jego ciało pokrył zimny, lepiący się pot. Strach przed wiedźmami był uzasadniony. Robiły wiele strasznych rzeczy rzucały uroki, zmieniały ludzi w zwierzęta i nie dziwota, że nakazywano je palić na stosach. Jednak książę nie był aż tak bogobojny by od razu wysyłać kogoś na stos.

W końcu wziął się na odwagę i otworzył drzwi. Jego oczom ukazała się małą izba pełna półek z przeróżnymi słoikami, fiolkami i koszykami. Na kamiennym palenisku stał kociołek, w którym wesoło bulgotał płyn przypominający konsystencją jakąś nędzny gulasz. Natomiast w jednym z rogów znajdowało się posłanie ze słomy i liści, na którym ktoś leżał.

Była to naga, młoda kobieta o szczupłym ciele i małych piersiach, a twarzy przeciętnej jak u każdej wiejskiej dziewki. Otulały ją długie, lecz brudne i sklejone blond włosy. Gerhard zastanawiał się czy ta kobieta to na pewno czarownica. Zawsze myślał, że to wredne i szkaradne staruchy.

– Zamknij drzwi, bo duchy wpuszczasz. – Odpowiedziała przeciągając się na posłaniu.

Książę był zaskoczony. Gdyby tak beztrosko wpuszczał każdego do swych komnat zapewne, już dawno oglądał by wszystko z perspektywy niebiańskiego tronu. Posłusznie zamknął za sobą drzwi, ale nie mógł odwrócić wzroku od kobiety.

– Nie boisz się, że jestem zbójcą, który przybył cię zgwałcić i okraść?

– A miałbyś tyle odwagi by wychędożyć wiedźmę? – Odpowiedziała zalotnie.

Podniosła się z łóżka i podeszła do paleniska. Dołożyła trochę drwa do ognia, a potem zaczęła krzątać się jakby nigdy nic.

– W czym mogę pomóc wielmożnemu księciu?

– Skąd wiesz, kim jestem?! – Odpowiedział zdenerwowany Gerhard. Jak ona mogła odkryć jego tajemnicę? Widziała już go gdzieś? Przecież to niemożliwe. – Poza tym biednym zbieraczem torfu i łowczym nikt nie wiedział o moim zniknięciu. – Oddychał szybko, a wszystkie mięśnie napięły jakby bał się, że zaraz nastąpi atak.

– Nie unoś mi się tutaj. – Odpowiedziała ostro ucinając jego wypowiedź. – Jestem wiedźmą. Nie zapominaj o tym. Nic złego się u mnie nie stanie.

– Skoro wiesz, kim ja jestem, to pewnie wiesz, po co tu jestem. – Wysyczał przez zaciśnięte zęby.

– Chcesz bym zabiła twego stryj, Króla Leopolda. Wiem i o tym i się przygotowałam na to. Jednak czy ty będziesz wstanie zapłacić cenę za me usługi? – Spojrzała się na niego z przymrużonymi oczyma jakby wpadała w jakąś ekstazę.

– A niby jaką mam pewność, że na pewno możesz tego dokonać? – W głosie arystokraty czuć było nutę niedowierzania. – Równie dobrze mogłaś rozmawiać kimś ze służby. To, że jestem największym problemem mojego stryja wie chyba każdy.

– Zatem spójrz w zupę. Spójrz w zupę! – Odsunęła się od kociołka śmiejąc się niczym sam diabeł, a ręce jej latały we wszystkie strony.

Książę zaczynał się bać czy przypadkiem nie rzuca jakiegoś czaru. Niepewnie podszedł do paleniska i zerknął w głąb gotującej się breji. Przez dłuższy moment widział jedynie szarą, masę, którą z pewnością trudno było nazwać zupą, a sam jej zapach przyprawiał go o mdłości. Jednak w pewnym momencie buchnęła cuchnąca para, a na powierzchni substancji pojawiły się znane Gerhardowi postacie. Wracał ze swymi ludźmi z polowania, a z murów odpadł kawałek blanku zabijając go na miejscu.

Z krzykiem odsunął się nie wiedząc, co o tym myśleć.

– Kiedy to się wydarzy? – Popatrzył się na nią przerażony?

– Jutro młody Książe. Jutro.

Gerhard wiedział, że ma rację. Przecież mógł do niej przybyć tylko przy pomocy fortelu. Udając, że wyrusza na polowanie wydostał się z zamku i niezauważony mógł przystąpić do realizacji swojego planu. Jednak nie spodziewał się, że stryj będzie działał tak szybko.

– Czego chcesz? Złota, kamieni, ziemi, tytułu? Wszystko ci to zapewnię jak tylko zostanę królem.

– Chcę – uśmiechnęła się złośliwie – ochrony. I twą pierworodną.

– Ale ja nie mam córki. Nie poślubiłem jeszcze żadnej damy.

– To zapewne. Bo spłodzisz ją ze mną. Dzisiejszej nocy, zgadzasz się?

Gerhard popatrzył się na nią z mieszanką przerażenia i podejrzliwości. Potrzebę ochrony rozumiał, lecz by spłodził z nią bękarta? Zastanawiał się, co za tym może się kryć, lecz z drugiej strony czasu było niewiele.

– Czyń, zatem, co trzeba.

***

Gerhard stał w stroju Adama trzęsąc się z zimna, a może to nie był chłód jesieni tylko lodowate szpony strachu? Z jednej strony świadomość niechybnej śmierci, jeśli powróci na dwór, a z drugiej obcowanie z samym szatanem. Cały czas zastanawiał się, czemu nie uciekł stąd jak najdalej? Zawsze mógłby zostać wasalem jakiegoś pana na prowincji chrześcijańskiego świata, a potem powrócić po śmierci stryja i strącić z tronu bękarta-uzurpatora. Wasale i możni z pewnością by go poparli.

A potem co? No właśnie. Odbudować i rządzić osłabionym wojną domową krajem? Przecież ten łotr Margrabia tylko czekał na to. Zarówno ród Gerharda jak i jego spierali się o pas ziemi granicznej od pokoleń. Teraz był w rękach jego rodziny i mimo iż chciał zabić stryja to interesu i honoru rodu nie chciał stracić.

Czarownica również naga skakała wokół ogromnego ogniska, wrzucając w buchającą plugawym żarem, który w żaden sposób nie mógł ogrzać zziębniętego ciała jakieś zioła. Za każdym razem wypowiadała słowa pochodzące z języka potępionych, których książę w żaden sposób nie mógł zrozumieć.

Mgła wokół nich zagęściła się jakby bardziej. Sam zaczął widzieć coraz więcej ludzkich postaci przemykających przez białe opary. Martwi pomocnicy wiedźmy, bo kim niby mogli być napawali go lękiem. Jednak była też tego zaleta. Gdy kilka chwil temu jego przewodnik został przez nie osaczony uciekał tak szybko jakby sam archanioł oddał mu jedną ze swych par skrzydeł. Przy okazji okrywając włosy śnieżnobiałym całunem strachu.

W pewnym momencie czarownica stanęła w miejscu i uniosła ręce ku górze. Wydobyła z siebie krzyk, który nie był możliwy dla zwykłego śmiertelnika. Coś zakotłowało się w ogniu, a płomień strzelił wysoko niczym wieża na zamkowych murach. Spocona, a zarazem podniecona wskazała na niego palcem.

– Gerhardzie synu Huberta, prawowity następco tronu. Czas byś ukończył rytuał.

Książę zacisnął dłonie w pięści tak, że zaczęły przypominać kość słoniową z dalekich krain. Ostrożnie zaczął do niej podchodzić powtarzając sobie w duchu, że robi to dla swojego dobra jak i rodu.

Ta ujęła go zalotnie za szyję i pocałowała namiętnie w usta nie dając mu nawet chwili na jakąkolwiek reakcję. Czując, że nie ma już odwrotu odwzajemnił jej pocałunek. Powoli relaksując się i uspokajając. Może jednak to wcale nie będzie takie złe? W pewnym momencie wiedźma odepchnęła go i położyła się na ziemi głową skierowaną w kierunku ognia.

Gerhard nie potrzebował zaproszenia w momencie, kiedy wrota same się przed nich uchylały. Wszedł w nie słysząc pojękiwania kobiety. Czuł jej emocje, ekstazę płynącą z połączenia dwóch, ciał i dusz, a także pulsującą moc, jaką władała. W pewnym momencie zaczął jednak słyszeć coś jeszcze.

W szale uniesienia do jego uszu dobiegły odgłosy potępieńczych krzyków. Jego skóra zdawała się płonąć i parzyć. Jednak nie przez uniesienie, lecz jakiś piekielny ogień. Pot spływał na jej ciało strumieniami jakby ktoś chciał wytopić z niego cały tłuszcz, albo duszę.

Wtedy spojrzał się przed siebie. Prosto w płomień tańczący wesoło i ujrzał w nim demony. Ohydne bestie o zakręconych rogach. Diabły posiadające jego własną twarz i szczerzące kły w plugawym uśmiechu. Pazurzastymi łapami zapraszały do siebie niczym starego znajomego.

Przestraszony odskoczył do tyłu i nieporadnymi ruchami, nie zważając również na własny honor zaczął uciekać na czworaka.

– Co żem ja uczynił. Boże zmiłuj się nade mną!

Wiedźma zaś śmiała się złowieszczo, albowiem ziarno grzechu w jej łonie zostało zasiane. Rytuał został dopełniony, a demony ruszyły wykonać swe zadanie.

***

Świst wiatru przelatującego między gęsto porośniętymi gałęźmi martwych drzew przypominał krzyki potępionych. Całą okolicę spowiła jadowito zielona mgła. Król szedł po omacku przed siebie chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Nie wiedział, co tu robi, ani dlaczego się tutaj znalazł. Parę razy się uszczypnął, by sprawdzić czy to nie senna mara, ale nic nie pomagało.

– Ahh, Król Leopold. Jak miło, że raczyłeś do nas przybyć mój panie. – Niski, chrypliwy głos sprawił, że monarcha wręcz podskoczył z przerażenia, co było trudne przy jego otyłym ciele.

– Kim jesteś? – Spytał się król rozglądając się nerwowo we wszystkie strony. Jednak odpowiedział mu tylko złośliwy chichot.

Na krótki moment zapadła cisza, nawet wiatr zaprzestał przywoływać potępieńców. Nagle zza mgły ukazała się postać. Była gruba, o twarzy porośniętej bujną brodą, zaś na czole wyrastały mu dwa małe różki. Jednak nie to sprawiło, że w tym samym momencie król upadł na ziemię dygocząc z przerażenia.

– Jestem mój drogi panie – istota, a właściwie demon, zaśmiał się rubasznie. – tobą.

Leopold widział teraz wyraźnie. To coś wyglądało dokładnie jak on. Te same rysy twarzy, to samo ciało, a jednak jakby inne.

– Chyba niezbyt dokładnie się wyraziłem. Jestem tobą tak jak i szóstka moich braci, a imię me Pycha. – Demon uniósł swe dłonie ozdobione ostrymi, lwimi pazurami wykonując przy tym gesty jakby kogoś zapraszał. – Chodźcie tu do mnie grzechy Leopolda. Nasz drogi król w końcu raczył nas odwiedzić.

Zza drzew i mgły wyłaniały się kolejne postacie. Jedna z nich była szczupła i zgarbiona. Trzymała kurczowo skrzynię i patrzyła się na każdego jak na potencjalnego złodzieja. Druga wyglądała na normalnego człowieka poza fizjonomią. Miała narządy zarówno męskie jak i żeńskie. Trzecia miała ciało powykręcane i szkaradne z błyskiem zawiści w oczach. Czwarta była tak gruba, że nawet nie mogła stawić pojedynczego kroku. Piąta zaś miała twarz powykrzywianą ze złości, a ciało ponaznaczane licznymi bliznami. Szósta i ostatnia leżała pod drzewem i spała, a ciało miała umięśnione i jędrne jak niegdyś Leopold zza młodu. Cała siódemka demonów, które otoczyły króla miała jedną wspólną cechę, jego twarz.

– Ja śnię prawda? Przenajświętszy Boże zlituj się. – Powiedział przerażony Leopold spoglądając na wszystkie strony. – Zmiłowania.

– Zmiłowania pragniesz? – Pycha zarechotała złowieszczo. – Otrzymasz je.

Demon chwycił króla za gardło i bez problemu podniósł go do góry jakby był dzieckiem. Władca dusił się i wił niczym świeżo wyciągnięta z wody ryba, lecz nie mógł się wyrwać z żelaznego uścisku diabła. W pewnym momencie ten przyłożył go do pnia drzewa. Z jednego z konarów wysunął się wielki, cętkowany wąż, który otulił swoim cielskiem rękę człowieka przymocowując ją do gałęzi. Tak samo stało się z drugą.

– Oto drzewo pokuty drogi królu. Tutaj doznasz zmiłowania, o które tak bardzo prosisz.

– Czemu to robicie? Czemu? – Wycharczał przez zaciśnięte gardło król. Walcząc przy tym o każdy oddech.

– Zobaczysz.

I wtedy w oparach mgły ukazała się wizja Gerharda spiskującego przeciwko niemu i kopulującego z czarownicą.

Leopold zacisnął zęby, a jego twarz zrobiła się czerwona ze złości. Mógł przewidzieć, że ten niedorostek również coś knuje, tak jak on knuł przeciwko niemu. To było rodzinne.

– Dam wam wszystko, co chcecie, jeśli mnie uwolnicie i zabijecie tego zdrajcę. – Syknął wściekle niczym żmija, którą ktoś nie chciał puścić z ucisku.

Odpowiedział mu chór złośliwych chichotów i kilka rzędów spróchniałych kłów.

– Miej trochę dumy w sobie. – Odpowiedział już zdenerwowany demon odsuwając swoją łapę.

– Jestem Król Leopold i żądam… – Nagle ucichł i spojrzał się oszołomiony w dół. Ręka demona wbiła się w jego pierś. Czuł jak trzyma dosłownie za bijące jeszcze serce.

– Umrzyj, chociaż z godnością dobrze? – Warknęła pycha patrząc się na upadłego władcę z odrazą.

Raptem diabeł wyrwał wciąż bijące serce z trzewi człowieka. Krew wylewała się z niego rytmicznie przy każdym uderzeniu. Pycha zacisnęła swą pięść miażdżąc je niczym zgniły owoc.

 

***

 

Stojąc na szczycie zamkowej wieży Król Gerhard obserwował jak grupa łowczych prowadzonych przez jego syna zmierzają do lasu na polowanie. Przynajmniej tak twierdzili. Jednak Gerhard wiedział gdzie dokładnie zmierzają. Rozbiją obóz tam gdzie przed wieloma laty on sam tak postąpił. A potem szatański cykl rozpocznie się na nowo.

Kątem oka spojrzał się w stronę fosy. Wiedział, że jeśli spojrzałby się w mętną taflę wody zobaczyłby odbicie potwora, którym się stał. Grzesznika nie ustępującym niczym swojemu stryjowi. Jednak czemu opamiętanie przychodzi dopiero w chwili śmierci?

Teraz jego ambitny syn chce pozbyć się go. Starego głupca zgniłego od środka. Pokolenie za pokoleniem będzie prosić wiedźmę o pozbycie się kogoś z rodziny. Każda kolejna wiedźma będzie płodzona przez przedstawiciela jego rodu. Można by powiedzieć, że jego linia jest niczym wielka gałąź, a każda czarownica to jemioła. Tak jak sam Gerhard kiedyś teraz jego syn spłodzi bękarta będącego naczyniem dla kolejnego wiedźmiego pomiotu.

Nawet gdy nastała noc Gerhard nie chciał się ruszyć nawet o krok spoglądając w dal w stronę moczarów. W jego umyśle wyryte zostały obrazy demonów wyłaniających się z ognia. Tych, które nie chciał już nigdy spotkać.

Gdy tylko na niebie ukazała się świetlista łuna plugawego światła, król stanął na blanku wieży. Pomodlił się jeszcze prosząc Boga o wybaczenie, po czym skoczył w otchłań zamkowej fosy.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie byłoby niezłe, tylko niestety sporo w nim brakujących przecinków czy dziwnie skleconych zdań.

Początek był całkiem klimatyczny, podobnie jak opis tego, co Książę dostrzegł w ogniu.

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Mimo błędów (przecinki, powtórzenia, konstrukcja zdań itd itp) czytało się całkiem gładko – w miarę przyjemny styl. Przydałoby się jednak trochę zwolnić, bo akcja pędzi i pędzi.

Więc tak:

 

Każdy kolejny krok wyzwalał mokre mlaśnięcie nasiąkniętej wodą ziemi pod ich stopami. (bo chyba nie szli na rękach?) Szli ostrożnie(,) starając się nie wpaść w grzęzawisko, których to na tych mokradłach nie brakowało. (serio?na mokradłach, zwykle grzęzawisk nie brakuje) A (Które), jak miejscowi mówili(,) zdążyło już pochłonąć wiele ludzkich istnień niczym bestia i wciąż było nienasycone.

 

Głupstwa gadasz. – Odpowiedział chłodno książę. – odpowiedział z małej. W całym opowiadaniu występują błędy w zapisie dialogów. Tu jest poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

 

Czarownica również naga skakała wokół ogromnego ogniska, wrzucając w buchającą plugawym żarem( ??? nieprawidłowa odmiana), który w żaden sposób nie mógł ogrzać zziębniętego ciała jakieś zioła.

Martwi pomocnicy wiedźmy, bo kim niby mogli być(,) napawali go lękiem. Jednak była też tego zaleta. Gdy kilka chwil temu(,) jego przewodnik został przez nie osaczony uciekał tak szybko(,) jakby sam archanioł oddał mu jedną ze swych par skrzydeł. – Pokręcone podmioty w zdaniach, jaka była zaleta że pomocnicy napawali go lękiem?

 

W pewnym momencie czarownica stanęła w miejscu i uniosła ręce ku górze.

 

Książę zacisnął dłonie w pięści tak, że zaczęły przypominać kość słoniową z dalekich krain. Ostrożnie zaczął do niej podchodzić… – Znów podmioty , zaczął podchodzić do kości słoniowej?

 

Świst wiatru przelatującego między gęsto porośniętymi gałęźmi martwych drzew… – Czym porośniętymi? Świst wiatru pomiędzy gęstymi gałęziami martwych drzew.

 

Nagle zza mgły ukazała się postać.– Z mgły wyłoniła się

 

Druga wyglądała na normalnego człowieka poza fizjonomią. – Druga, poza fizjonomią, wyglądała na normalnego człowieka.

 

Przenajświętszy Boże(,) zlituj się. – przecinki za wołaczami. W ogóle przecinki.

 

Demon chwycił króla za gardło i bez problemu podniósł go do góry jakby był dzieckiem.– zbędny zaimek

 

Czuł jak trzyma dosłownie za bijące jeszcze serce– a jak bije niedosłownie?

 

Sama historia całkiem niezła, jak na tak krótki tekst, ale wykonanie… No cóż, w przyszłości życzę coraz lepszych publikacji. Witam ziomka na portalu! :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dzięki. No niestety interpunkcja i przecinki to moja nemesis z którą ciągle walczę. Pomyślę, o wcześniejszym wysyłaniem tekstów do betowania. Cieszę się również, że mimo wszystko sama historia się podobała.

Szczególnie dzięki Zalth za wyszczególnienie szczególnie rażących błędów.

Interpunkcja leży i kwiczy. Podmioty Ci uciekają, gdzie pieprz rośnie. Fabuła niespecjalnie odkrywcza, ale może być. Chociaż wiedźmy muszą być nieźle schorowane – przy takim chowie wsobnym…

Poprawiaj wskazane błędy, niech kolejni czytelnicy znajdują następne.

Szli ostrożnie starając się nie wpaść w grzęzawisko, których to na tych mokradłach nie brakowało. A jak miejscowi mówili zdążyło już pochłonąć wiele ludzkich istnień niczym bestia i wciąż było nienasycone.

Już nie wiem, ile jest tych grzęzawisk; jedno nienasycone, czy mnóstwo.

Światło odganiało ciemność i mgłę zaledwie na parę metrów.

Jesteś pewien, że Twoi bohaterowie używali metrów, miary wynalezionej podczas Rewolucji Francuskiej?

Specjalnie na tą wyprawę

Tę wyprawę.

pełna półek z przeróżnymi słoikami, fiolkami i koszykami.

Hmmm. Przewodnik za złotą monetę przeżyje przez całą zimę, a wiedźma mieszkająca gdzieś na bagnach ma w domu szklane przedmioty? I to nie flaszki, a słoiki? Ale takie z gumką czy z metalowymi nakrętkami? ;-)

Gerhard stał w stroju Adama trzęsąc się z zimna,

Odwołując się do stroju Adama, wskazujesz, że w Twoim świecie co najmniej istnieje judaizm albo chrześcijaństwo. Robisz to świadomie?

Zarówno ród Gerharda jak i jego spierali się o pas ziemi granicznej od pokoleń.

Ale jego co?

To tylko przykłady, błędów jest dużo więcej.

Babska logika rządzi!

Dobra. Przyznaję Finka, że z systemem miar i słoikami popełniłem poważny błąd. Nie pomyślałem po prostu.

Gerhard stał w stroju Adama trzęsąc się z zimna,

Tak robię to świadomie. Zresztą odniesień do tego jest mnóstwo w całym tekście.

 

Przecież ten łotr Margrabia tylko czekał na to. Zarówno ród Gerharda jak i jego spierali się o pas ziemi granicznej od pokoleń.

Margrabiego.

Nie Ty pierwszy…

A, jak świadomie, to w porządku.

Aha, czyli chodzi o “jego ród”. W takim razie dałabym tu liczbę mnogą, bo na razie łatwo się pomylić; “oba rody – i jego, i Gerharda – spierały”… Albo jakoś podobnie.

Babska logika rządzi!

Jakiś pomysł był, ale przywalony fatalnym wykonaniem, ledwie zipie.

Opowiadanie przeczytałam z wielkim trudem, bo co rusz potykałam się o nadmiar zaimków, powtórzenia i mnóstwo bardzo źle konstruowanych zdań. Inne błędy i usterki starałam się wskazać w łapance, ale poległam, bo jest ich zbyt wiele, a poprawy wymaga niemal każde zdanie.

Ponieważ o niedostatkach warsztatu napisali już wcześniej komentujący, nie będę powtarzać zarzutów.

 

Szli ostroż­nie sta­ra­jąc się nie wpaść w grzę­za­wi­sko, któ­rych to na tych mo­kra­dłach nie bra­ko­wa­ło. – Grzęzawisko i mokradło są synonimami.

 

Po­chod­nia, którą prze­wod­nik trzy­mał w dłoni nie­wie­le po­ma­ga­ła. – Czy przewodnik mógł trzymać pochodnię, nie używając dłoni?

 

Księ­cia nie zdzi­wi­ła bo­jaźń jaką pro­sty lud da­rzył te mo­kra­dła… – Nie wydaje mi się, by bojaźnią można było kogoś/ coś darzyć.

Może: Księ­cia nie zdzi­wi­ła bo­jaźń, którą pro­sty lud odczuwał na mo­kra­dłach

 

był prze­cież jed­nym z nich – zwy­kłym zbie­ra­czem torfu. – O ile wiem, torfu się nie zbiera, torf się wydobywa.

 

– Głup­stwa ga­dasz.Od­po­wie­dział chłod­no ksią­żę.– Głup­stwa ga­dasz – od­po­wie­dział chłod­no ksią­żę.

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Le­piej pro­wadź dalej ina­czej za­sta­no­wię się czy za­słu­gu­jesz na mo­ne­tę.Le­piej pro­wadź dalej, bo ina­czej za­sta­no­wię się, czy za­słu­gu­jesz na mo­ne­tę.

 

Chłop na mo­ment się uspo­ko­ił i sku­pił wzrok do­kład­nie na księ­ciu przy­glą­da­jąc mu się ba­daw­czo. – Czy mógł przyglądać się księciu, nie skupiwszy na nim wzroku?

 

Dys­kret­nie, jakby uda­wał, że strzą­sa wil­goć ze swo­je­go odzie­nia… – Zbędny zaimek.

 

– Za­mknij drzwi, bo duchy wpusz­czasz.Od­po­wie­dzia­ła prze­cią­ga­jąc się na po­sła­niu. – Komu odpowiedziała, skoro nikt o nic ją nie pytał?

– Za­mknij drzwi, bo duchy wpusz­czasz – rzekła, prze­cią­ga­jąc się na po­sła­niu.

 

Gdyby tak bez­tro­sko wpusz­czał każ­de­go do swych kom­nat za­pew­ne, już dawno oglą­dał by wszyst­ko… – Gdyby tak bez­tro­sko wpusz­czał każ­de­go do swych kom­nat, za­pew­ne już dawno oglą­dałby wszyst­ko

 

Do­ło­ży­ła tro­chę drwa do ognia… – Do­ło­ży­ła tro­chę drew do ognia

 

Wiem i o tym i się przy­go­to­wa­łam na to. – Raczej: Wiem i o tym,przy­go­to­wa­łam się na to.

 

Jed­nak czy ty bę­dziesz wsta­nie za­pła­cić cenę za me usłu­gi?Jed­nak czy ty bę­dziesz w sta­nie za­pła­cić za me usłu­gi?

 

Spoj­rza­ła się na niego przy­mru­żo­ny­mi oczy­ma jakby wpa­da­ła w jakąś eks­ta­zę. – Zbędny zaimek zwrotny. Ten błąd pojawia się bardzo często.

Wystarczy:  Spoj­rza­ła na niego przy­mru­żo­ny­mi oczy­ma, jakby wpa­da­ła w eks­ta­zę.

 

– A niby jaką mam pew­ność, że na pewno mo­żesz tego do­ko­nać? – Powtórzenie.

Może: – A niby jaką mam gwarancję, że na pewno mo­żesz tego do­ko­nać?

 

zer­k­nął w głąb go­tu­ją­cej się breji. – …zer­k­nął w głąb go­tu­ją­cej się brei.

 

Po­pa­trzył się na nią prze­ra­żo­ny?Po­pa­trzył na nią prze­ra­żo­ny?

 

– Jutro młody Ksią­że.– Jutro, młody ksią­żę.

 

Ger­hard po­pa­trzył się na nią… – Ger­hard po­pa­trzył na nią

 

W pew­nym mo­men­cie cza­row­ni­ca sta­nę­ła w miej­scuunio­sła ręce ku górze. – Dwie paczki masła maślanego!

Czy mogła stanąć w kilku miejscach? Czy mogła unieść ręce ku dołowi?

Wystarczy: W pew­nym mo­men­cie cza­row­ni­ca sta­nę­ła/ zatrzymała się i unio­sła ręce.

 

W pew­nym mo­men­cie wiedź­ma ode­pchnę­ła go i po­ło­ży­ła się na ziemi głową skie­ro­wa­ną w kie­run­ku ognia. – Czy dobrze rozumiem, że wiedźma położyła się na ziemi głową?

Paskudne powtórzenie.

 

Wtedy spoj­rzał się przed sie­bie.Wtedy spoj­rzał przed sie­bie.

 

za­czął ucie­kać na czwo­ra­ka. – …za­czął ucie­kać na czwo­ra­kach.

 

Całą oko­li­cę spo­wi­ła ja­do­wi­to zie­lo­na mgła. – Raczej: Całą oko­li­cę spo­wi­ła ja­do­wi­cie zie­lo­na mgła.

 

– Kim je­steś? – Spy­tał się król roz­glą­da­jąc się ner­wo­wo we wszyst­kie stro­ny.– Kim je­steś? – spy­tał król, roz­glą­da­jąc się ner­wo­wo we wszyst­kie stro­ny.

 

uka­za­ła się po­stać. Była gruba, o twa­rzy po­ro­śnię­tej bujną brodą, zaś na czole wy­ra­sta­ły mu dwa małe różki. – Piszesz o postaci, więc bądź konsekwentny: …na czole wy­ra­sta­ły jej dwa małe różki.

 

Trzy­ma­ła kur­czo­wo skrzy­nię i pa­trzy­ła się na każ­de­go… – Trzy­ma­ła kur­czo­wo skrzy­nię i pa­trzy­ła na każ­de­go

 

Od­po­wie­dział mu chór zło­śli­wych chi­cho­tów i kilka rzę­dów spróch­nia­łych kłów. – Jak odpowiadają rzędy spróchniałych zębów?

 

Nagle ucichł i spoj­rzał się oszo­ło­mio­ny w dół.Nagle ucichł i spoj­rzał oszo­ło­mio­ny w dół.

 

Wark­nę­ła pycha pa­trząc się na upa­dłe­go wład­cę z od­ra­zą. – Raczej: Wark­nę­ła pycha, pa­trząc z odrazą na upa­dłe­go wład­cę.

 

Ger­hard wie­dział gdzie do­kład­nie zmie­rza­ją.Ger­hard wie­dział, dokąd do­kład­nie zmie­rza­ją.

 

Kątem oka spoj­rzał się w stro­nę fosy. – Kątem oka spoj­rzał w stro­nę fosy.

 

Wie­dział, że jeśli spoj­rzał­by się w mętną taflę… – Wie­dział, że jeśli spoj­rzał­by w mętną taflę

 

Grzesz­ni­ka nie ustę­pu­ją­cym ni­czym swo­je­mu stry­jo­wi.Grzesz­ni­ka, nieustę­pu­ją­cego w ni­czym stry­jo­wi.

 

Nawet gdy na­sta­ła noc Ger­hard nie chciał się ru­szyć nawet o krok… – Powtórzenie.

Może: Nawet gdy na­sta­ła noc, Ger­hard nie chciał się ru­szyć choćby o krok

 

Tych, które nie chciał już nigdy spo­tkać.Tych, których nie chciał już nigdy spo­tkać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkoda, że nie poprawiłeś błędów, bo niekiedy czyta się fatalnie. Fabuła może niezbyt odkrywcza, ale daje radę.

F.S

Wypisałem sporo błędów, ale ich nie dostaniesz, skoro nie poprawiłeś dotychczasowych :) I tak pewnie większość się powtarza. [podpowiedź → przycisk edytuj]

Fabuła wtórna, ale całkiem smaczna, na początku jest trochę fajnego klimatu. Pod względem językowym czeka Cię jeszcze trochę pracy.

Skomentowałabym, ale jak błędy przez tydzień nie poprawione, to po co?

Hmm... Dlaczego?

Pomysł całkiem przyjemny. Królowie, spiski, wiedźmy, no i mokradła :) Klimatycznie :)

ALE… Wykonanie kuleje i to bardzo, bardzo. Drogi Autorze, jak najszybciej zakasaj rękawy i do roboty, bo błędy wypunktowane przez przedpiśców aż się proszą o poprawienie.

Nowa Fantastyka