- Opowiadanie: Dragotrim - Incydenty Antoniego Zapałki - 02 - Monciak, wołgi, Stare Miasto

Incydenty Antoniego Zapałki - 02 - Monciak, wołgi, Stare Miasto

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Incydenty Antoniego Zapałki - 02 - Monciak, wołgi, Stare Miasto

 Dobrze nastawione zegary wskazywały godzinę 22.13. Antoni Zapałka siedział właśnie w swoim żółtym fiacie 125p, którego kilka piw wcześniej zaparkował nieopodal kościoła świętego Jerzego. Jazda po alkoholu była w Polsce zakazana – co do tego Zapałka nie miał wątpliwości, jednakże fakt ten dotyczył wyłącznie zwykłych kierowców poruszających się zwykłymi autami, do których Fiacik się nie zaliczał.

Pora była późna i jeśli ktoś chciał za pomocą autobusu dostać się na przykład do Gdyni, to miał ku temu ostatnią okazję. Antoni co prawda na co dzień pozbywał się potworów, zjaw i innych tego typu nieprzyjemnych rzeczy, a także handlował truskawkami pod Chwaszczynem, lecz zawsze lubił dorobić sobie jako nielegalny taksiarz. Liczył przy tym nie tylko na zarobek, ale i na ewentualny numerek z miłą panią, która mogłaby nie posiadać odpowiednich funduszy. Problem w tym, że zazwyczaj zaczepiały go kobiety dwukrotnie od niego starsze i zazwyczaj gadały w ekstazie coś o „Zmiennikach”.

Fiacik grał z Zapałką w mentalne szachy. Polegały one na tym, iż oponenci zapamiętywali ułożenie poszczególnych figur, nie dysponując przy tym fizyczną szachownicą czy samymi szachami. Antek, podchmielony i nieposiadający umiejętności zapisu własnych myśli w jakimś prostym programie, był z góry skazany na fiasko.

– Szach i mat! – oznajmił elektroniczny, złośliwy głos Fiacika. – Kupujesz mi teraz droższe paliwko. I zabierasz mnie do Stasia na oględziny.

– Paliwo – okej, mogę załatwić. Mam jeszcze trochę forsy, ale o warsztacie u Stasia zapomnij. Byłeś tam trzy dni temu.

– No właśnie, i widziałem przepiękną turkusową Multiplę. Jeżeli się pospieszymy, może jeszcze nie zdąży wyjść. Normalnie się zakochałem, mówię ci.

Zapałka mruknął coś pod nosem, wciągnął świeżo usypaną ścieżkę czerwonej tabaki i odparł:

– Multipla nie jest ładna. To parodia pięknego auta.

– Twoja żona też, a od czasu do czasu słyszę krzyki w twojej przyczepie – skwitował Fiacik tak, że Antek prawie wypluł wciągniętą tabakę.

– O nie! Nie będzie żadnego paliwka! Żadnego warsztatu! Posunąłeś się za daleko i ja wychodzę i idę do jakiegoś pubu! – Już miał pociągnąć za klamkę, gdy nagle przypomniał sobie o istotnej sprawie. – Aha, i kiedy wrócę, chcę widzieć w radyjku moją kasetę z Modern Talking!

– Uczciwie ją wygrałem, więc jest moją, a nie twoją własnością – oznajmił Fiacik z wyższością. – A poza tym nieładnie wychodzić, kiedy z drugiej strony czeka ładna pani.

Mężczyzna odwrócił się. Rzeczywiście, przy zamkniętym oknie stała młoda kobieta ubrana w białe kozaczki, białe futro oraz czerwoną bluzkę, podkreślającą jej dekolt. W ręku trzymała torebkę i wyglądała na bardzo zaniepokojoną i roztrzęsioną. Antek znał dobrze przechadzające się po okolicy miłe panie z różowymi parasolkami, ale zbyt wiele czytał o nich w gazetach, aby dać się na to nabrać. Pomimo średniej antypatii (wszak trudno jest nie lubić tak wyrafinowanie ubranej pani, będąc heteroseksualnym samcem) Zapałka postanowił otworzyć okno, dając jednocześnie znak Fiacikowi, aby się przymknął. Gadający samochód być może wyglądał imponująco w „Nieustraszonym”, lecz tu, w realnym świecie, potraktowano by go łomami i krucyfiksami.

Kobieta nie trzymała parasola, stąd fałszywy taksówkarz z góry przekreślił jej udział w okradaniu bogatych biznesmenów.

– Słucham? – starał się zachować szarmancki ton, ale nosząc tanią, przypaloną papierosowym popiołem koszulę i wyblakłą czapkę Heinekena, nie za bardzo mu się to udawało. – Jeśli rozdaje pani ulotki, to z chęcią wezmę nawet pięć.

– Jest pan taksówkarzem czy źle trafiłam? – Antek zawsze wiózł w bagażniku tabliczkę jednej z taksówkarskich korporacji, którą dyskretnie podprowadził, odwiedziwszy Redę, stąd wyglądał prawie profesjonalnie, mając ją na dachu.

– Tak – skłamał – lecz od razu uprzedzam, że nie jestem tani.

Dziewczyna usiadła z przodu i zaczęła szukać czegoś w torebce. Po chwili wyciągnęła trzy klasery wypełnione kamieniami o różnych kształtach. Zapałka zawsze był słaby z matematyki, ale powiązał fakty i wyszło mu, iż świecące się kryształki zazwyczaj mogą zapewnić parę willi, jeszcze więcej basenów oraz płatnego zabójcę, który mógłby po cichu usunąć grubą małżonkę spośród żywych. Skąd piękność miała tyle kosztowności, stanowiło dla podchmielonego kierowcy zupełnie nieistotny aspekt.

– Gdzie? – zapytał, nie mogąc złapać tchu. Nigdy w życiu nie przewoził takiego bogactwa swoim Fiacikiem.

– Stare Miasto – odpowiedziała lakonicznie dziewczyna.

– Hm… To dość obszerne miejsce. Mogłabyś bardziej sprecyzować?

– Dowiesz się w swoim czasie. – Jej enigmatyczna natura nadal nie ustawała, a Antoni jakoś nie miał ochoty pytać o więcej szczegółów.

Odpalił silnik i obydwoje odjechali. Zapałka nie bał się odebrania mu prawa jazdy – gliny nie mogły zabrać mu czegoś, czego nie posiadał. Poza tym Fiacik dysponował czymś więcej niż ABS i jeżeli decyzja kierowcy mu się nie spodobała, po prostu ją ignorował. W owej chwili myślał tylko o tym, że turkusowa Multipla jest piękna, a kasetę Modern Talking przerobi na mizerię. I w tym momencie taksiarz wydobył z kieszeni pęknięte pudełko, wyjął z niego inną kasetę i wnet Fiat 125p rozbrzmiał starymi kawałkami Bad Boys Blue.

– Kurwa mać… – pomyślał Fiacik, ale nie mógł zaprotestować w momencie, kiedy osoby niewtajemniczone przebywały w jego wnętrzu. Ludzie mogliby się speszyć, widząc, jak radio wydaje odgłosy przełykania.

Dziewczyna raz po raz rozglądała się to za siebie, to na boki. Fiacik miał lusterko tylko po stronie kierowcy, toteż musiała ona nieco się nagimnastykować. Zapałka przemilczał sprawę. W jego fachu nic nie jest dziwne, a nawet jeśli (jak było w przypadku latającej, bzyczącej ośmiornicy, którą zabił w Żarnowcu), to zazwyczaj szybko ginie i człowiek zapomina o całej sprawie.

Taksówka wkroczyła na główną ulicę, gdzie dzisiejszego, dość chłodnego jak na czerwiec dnia natężenie ruchu było minimalne. Od czasu do czasu dało się dostrzec jakąś podpitą grupkę albo zakochaną parę, swoją drogą również podchmieloną i zdolną do wszystkiego. Ogólnie codzienne widoki o tej porze.

– Wolałabym, żeby jednak wyłączył pan radio. Nie mogę się skupić – przyznała kobieta i Antoni posłusznie zrobił to, co mu kazano. Za taką sumkę mógł wysilić się na odrobinę uległości. Fiacik odetchnął i znowu zrobiło się mu weselej, gdyż po raz kolejny postawił na swoim. Nie przepadał za eurodisco, chociaż tak naprawdę nie lubił żadnego rodzaju muzyki prócz dubstepu, który kojarzył mu się z kopulacją dwóch wehikułów. Zdrowy psychicznie człowiek nie byłby w stanie zrozumieć tej wizji, a i pewnie pojawiłyby się u niego jakieś odruchy wymiotne.

Fiat 125p sunął dalej, a kobieta czuła się coraz bardziej przerażona. Antoni mijał właśnie Uniwersytet Gdański, gdy raptem uświadomił sobie, iż ktoś siedzi mu na ogonie. Dwie czarne, idealnie zlewające się z ciemnością wołgi mknęły, zachowując jednak odpowiedni dystans. A tymczasem z prawej, krzyżującej się ulicy nadjeżdżała kolejna.

Nim Zapałka zdążył dotrzeć do Wrzeszcza, z tyłu miał już osiem wołg. Niektórzy ludzie oczywiście patrzyli na to z równym niepokojem, aczkolwiek większość z nich potem albo uznała wozy za oznakę delirium, albo po prostu machnęła ręką, bo przecież miała na głowie zupełnie inne sprawy.

Problem w tym, iż Antoni wiedział, co zwiastują czarne wołgi i kogo zapewne będzie mu dane tutaj spotkać. Był bardziej niż pewien, iż jeszcze tej samej nocy natknie się na perfidne mordy Ivana i Ławrientija, a o nich należy wiedzieć trzy zasadnicze rzeczy: po pierwsze, nie są ludźmi, choć próbują ich imitować; po drugie, nadal mieszkają w Związku Radzieckim, mimo że ten już nie istnieje; i w końcu po trzecie, zawsze służą komuś, kto da im robotę, a ich praktyki nie znają etycznych zahamowań.

Wołgi niczym jeźdźcy apokalipsy nieubłaganie mknęły za Fiacikiem i nie zamierzały przestać.

– Znasz ich?

– Można tak powiedzieć – przyznała dziewczyna.

– To, że wybrałaś moją taksówkę, nie było więc przypadkowe?

– Być może – oznajmiła. – Mogę jedynie powiedzieć, że przy wyborze komunikacji zdawałam sobie sprawę, że będziesz umiał ich pokonać.

– Nie on, tylko my! – oburzył się Fiacik, a Zapałka podniósł na niego ze wściekłości rękę. – Znaczy się… Auta nie gadają i tak dalej… Udaj, że mnie nie słyszałaś, okej?

Jedna z wołg znacząco przybliżyła się do lewej strony fiata. Po opuszczeniu przyciemnionej szyby z PRL–owskiego auta wyłoniła się głowa w gustownym kapeluszu. Mężczyzna palił cygaro, a właściwie zaciągał się nim i zjadał popiół.

– Oddaj nam dziwkę, a nasi towarzysze nic ci nie zrobią. – W słowach tych czuć było ewidentną groźbę, lecz wypowiedzianą w nieludzko spokojny sposób. Antek odpowiedział iście po amerykańsku, pokazując środkowy palec. Tajemniczy kapelusznik pokręcił głową.

Naraz po drugiej stronie pojawiła się kolejna wołga. Nie minęło pięć sekund, a z obydwu czarnych wozów wystawały już lufy kałasznikowów, trzymane szponiastymi łapskami.

– Nie chcesz paktować, to poczęstujemy cię kulami – oznajmił facet w kapeluszu.

Antoni podszedł do tej zapowiedzi z odpowiednim dystansem: zmienił bieg na niższy, wysypał sobie na dłoń trochę tabaki, wciągnął ją, a potem otworzył skrytkę, odsłaniając tajemnicze przełączniki. Co prawda Fiacik robił, co chciał, ale Antek stwierdził, iż broń nie powinna wchodzić w zakres jego wolnej woli – strzelałby wówczas do pierwszego lepszego Volkswagena (z jakichś powodów ich nienawidził).

Szorstki palec wcisnął obrazek ze sprężyną i w momencie, kiedy mafiozi z wołgi pociągnęli za spust, ten szybko nakazał autu skoczyć jak żaba. Fiacik uniósł się na około siedem metrów, po czym opadł po kilku sekundach. Po parze wołg nie zostało jednak ani śladu – pasażerowie wystrzelali siebie nawzajem. Pozostałe sześć miało się jednak bardzo dobrze i w tamtej chwili w iście szatański sposób otoczyły one Fiacika. Tym razem jakikolwiek skok nie był już możliwy.

Z czterech aut po bokach wyszły kolejne karabiny. Z wołgi na przedzie z bagażnika wysunęło się coś na wzór miotacza ognia. Prawdopodobnie naprawdę był to miotacz ognia.

– Cholera, zginiemy – jęknęła dziewczyna, a Antek zmierzył ją wzrokiem.

– Nie panikuj jak baba. Walczyłem już z nimi wiele razy, więc laikiem nie jestem. Oni są głupi jak but, można ich łatwo oszukać.

Antoni zdjął koszulę, rozprostował palce, wytarł zdjętą wcześniej koszulą spocone czoło, a następnie aktywował przycisk z narysowanymi łyżeczką i widelcem. Naraz z tylnego zderzaka Fiacika wyrosła gigantyczna łyżka, z przodu zaś lewa tablica rejestracyjna ustąpiła trzem metalowym nabijakom.

– Schyl się! – Taksówkarz energicznie przycisnął dziewczynę pod siedzenie, a następnie sam na sobie wypróbował dokładnie to samo. Naboje zniszczyły szybę i poharatały karoserię, ale Fiacik zdążył w międzyczasie nabrać tylną wołgę na łyżkę i z siłą katapulty posłać ją na pobliski dąb. Drzewo po uderzeniu przez moment zaczęło się palić, ale po chwili czarny samochód zniknął z jego konarów, jak gdyby rozpłynął się w powietrzu. Pozostał tylko nieznośny smród siarki.

Mafiozi musieli przeładować swoje karabiny. Pozostał jeszcze miotacz ognia, który natychmiast zaczął strzelać płomieniami. Teraz jednak Zapałka miał pole manewru i mógł się wycofać. Wykonując ten ruch, nabijakami uszkodził jednej wołdze opony tak, że zaczęła wypływać z nich nagromadzona z grzeszników krew. Auto ślizgało się na ulicy, pozostawiając szkarłatne ślady, aż wywróciło się o barierkę i zniknęło tak jak poprzednie.

Postronni kierowcy, widząc czarne, szalejące po jezdni auta oraz pędzącą na złamanie karku żółtą taksówkę, oczywiście natychmiast zjeżdżali na boki. Tymczasem dach wołgi z miotaczem otworzył się jak piekielne wrota, a z otworu wyłonił się rosły grubas z rogami na głowie. Zaklął coś mieszaniną rosyjskiego i ukraińskiego, a następnie odbezpieczył granat i cisnął nim prosto na maskę Fiacika. Antoni z niebywałą perfekcją stanął autem na dwóch bocznych kołach, dzięki czemu ładunek wybuchowy przetoczył się dalej, trafiając wprost pod wołgę na tyłach.

Grubas zaklął, lecz po chwili w ręku trzymał kolejny granat. Zapałka nie zamierzał dłużej bawić się z oponentem, więc w okamgnieniu nacisnął guzik z bombą, wypuszczając spod maski pokaźnych rozmiarów działko, które natychmiast wypluło z siebie trzy słoiki z gwoźdźmi. Grubas zamienił się w martwego, jak na poczucie humoru Antka bardzo śmiesznego jeża i wypadł z wozu.

Wtedy właśnie taksówkarz dostrzegł, że miotacz ognia znowu chce sparzyć mu karoserię, a około stu metrów dalej jedzie niczego nieświadomy kierowca. Zapałka użył guzika ze sprężyną, znalazł się przed diabelskimi mafiozami i pruł pod prąd jak rasowy wariat. Kierowca autobusu wybałuszył oczy – ten szaleniec w żółtym fiacie nie zamierzał się zatrzymać, natychmiast więc wyhamował i obrócił swym długim wozem o sto osiemdziesiąt stopni. O ile Antoniemu udało się przejechać dosłownie w ułamku sekundy, o tyle sługusy Ivana i Ławrientija musiały gwałtownie zahamować. Z daleka dało się tylko słyszeć ich skowyt przeplatany słowami, jakie nie zdarzają się nawet o tej porze dnia.

Kobieta z powrotem usiadła na fotel. Jej serce intensywnie biło. Oto obydwoje zbliżali się Starego Miasta i żaden z piekielnych typów spod ciemnej gwiazdy już ich nie gonił, przynajmniej w tej chwili.

– Musiałaś nieźle sobie nagrabić u kogoś, kto zdecydował się na tak radykalne metody – zaśmiał się Antoni, lecz dziewczyna bynajmniej nie poznała się na żarcie.

– Zwykli śmiertelnicy nie mogą poznać tej historii – znowu zeszła na nieznośną lakoniczną konwencję.

– Ja nie jestem „zwykły” – oznajmił taksówkarz, a jego prawe, sztuczne oko zaświeciło się na zielono. – Poza tym potrafię zmienić się w balon, gdy wcisnę sobie czwarte żebro od góry. Pomijając już fakt, że wykryłaś we mnie osobę ponadprzeciętną, wszak Ivana i Ławrientija mam za marnych fiutków.

– Skręć w lewo – poleciła.

– Ale tam nie można – zauważył Antek, jednak potem przypomniał sobie o zapłacie. – A, no tak… Jak sobie życzysz.

Taksówka podjechała pod stary, drewniany statek, który nie wyglądał na wycieczkowy. Był porośnięty wodorostami, a na dziobie nosił rzeźbę koziorożca. Jego maszt świecił na wzór kamizelki odblaskowej. Prawe oko Antoniego w mig wykryło pokaźne stężenie ektoplazmy w swojej najczystszej postaci.

Dziewczyna wysiadła, a Zapałka zaraz za nią. Do okrętu prowadził złożony ze skrzypiących desek mostek, przy którym stała dwójka ubranych w specjalistyczny sprzęt nurków.

– Podwózka była naprawdę na pięć gwiazdek – podziękowała kobieta i naraz zaczęła pozbywać się garderoby. Zapałka, rzecz jasna, nie protestował, bo i po co miałby to robić, jednak nieco przeliczył się w swoich fantazjach. Dziewczyna, będąc już całkowicie naga, przyjęła pozycję embrionalną, naraz jej nogi połączyły się ze sobą błoną i obrosły rybimi łuskami.

Nurkowie podnieśli ją i zaprowadzili na pokład, po czym z powrotem zeszli na ląd. Kiedy statek odpływał, syrena jeszcze raz z wdzięczności pomachała kierowcy ręką, a potem łajba zanurzyła się w Bałtyku i zniknęła, mimo iż woda sięgała tam zaledwie do szyi.

– A wy co za jedni? – mruknął Zapałka pogardliwie. – Ponoć zwykli śmiertelnicy nie mogą być w to zamieszani.

– Ale my nie jesteśmy zwykli – żachnął się wyższy z nurków. – Studiujemy oceanografię na Politechnice Gdańskiej, a to nasze praktyki.

– Aha… – bąknął fałszywy taksówkarz i bez zbędnych słów ruszył w kierunku domu.

 

***

 

Tak to czasami bywa, że koła bądź nogi nie zawsze poniosą nas do miejsca przeznaczenia. Zapałka obudził się bowiem o godzinie szóstej rano, stojąc swym fiatem 125p na sopockim molo. Na tylnym siedzeniu otaczał go stos butelek po najrozmaitszych trunkach, a na policzku – co odkrył dopiero po oględzinach w lusterku – miał niezliczoną ilość śladów po szmince.

– Cholera, nie mówcie mi, że poszedłem do tego klubu i wszystko przepierdoliłem…

– Tak – potwierdził z sarkazmem Fiacik. – Te kamienie, jak się okazuje, nie były warte aż tak dużo. Aha, i jeszcze coś – dodał z żalem – Żądam, abyś umył mi tapicerkę, bo strasznie się klei. Inaczej powiem twojej Teresce, co jej mąż wyprawia w godzinach północnych.

Antek dopił łyka Harnasia, którego znalazł w kieszeni. Nie potrafił stwierdzić, czy piwo smakuje źle, bo spija właśnie jego końcówkę, czy może przedtem jeszcze sobie do niego siknął.

– Naprawdę nic nie zostało z moich zarobionych brylancików?

– Zostać zostało – potwierdził żółty samochód – ale skonfiskowałem resztę, żebyś mnie odpicował w warsztacie Staszka. Najlepiej dzisiaj, bo może zastanę turkusową Multiplę…

Niespodziewanie, nie wiadomo dokładnie skąd, na sopockim molo pojawiło się jeszcze jedno auto – skąpane w czerni, wzbudzające uzasadniony strach BMW. Pech chciał, że zatrzymało się akurat pod fiatem Antoniego.

Wyszło z niego dwóch mężczyzn w garniturach – obydwoje mieli ten sam wzrost, jeden jednak nosił czapkę z ogonem szopa, a drugi na czole miał czerwoną plamkę.

– Witamy po raz kolejny szanownego pana. Ja jestem Ławrientij – przedstawił się ten bez czapki, a następnie wskazał na towarzysza. – A to mój wspólnik Ivan.

– Tak – potwierdził mężczyzna z nakryciem głowy.

– Wiem, kim jesteście… Nie widzimy się po raz pierwszy… – mruknął Zapałka bez entuzjazmu.

– Chcieliśmy tylko zaznaczyć, iż wczorajszy incydent przekroczył granicę dobrego smaku – kontynuował Ławrientij – i z tego też powodu nasz pracodawca zapewne będzie chciał usunąć pana ze świata żywych. Niestety póki co nie złożył on jeszcze zlecenia, toteż nie możemy nic panu uczynić, nad czym potężnie ubolewamy. Woleliśmy jednak powiadomić pana na zapas. Żegnamy, panie Zapałka.

– Tak – zauważył Ivan.

– I ja żegnam, a teraz spierdalać, bo mi widok na latarnię zasłaniacie!

Para bliżej nieokreślonych istot otworzyła drzwi swego pojazdu i wsiadła. Po chwili BMW ruszyło z piskiem opon, lecz w mig wyparowało jak kamfora i nikt nie mógł już poświadczyć, iż kiedykolwiek w ogóle się tu znalazło.

– Jeszcze przyjdzie taki dzień, kiedy zabijemy tego bestiobójcę – oświadczył Ławrientij.

– Tak – odparł Ivan.

Koniec

Komentarze

Antek zawsze wiózł w bagażniku tabliczkę jednej z taksówkarskich korporacji, którą dyskretnie podprowadził, odwiedziwszy Redę, stąd wyglądał prawie profesjonalnie, mając ją na dachu.  ==>

==>  pominę, powodowany czymś w rodzaju nadmiaru wyrozumiałości, początek, czyli kwestię tabliczki korporacji. Albo nie, to też jest zabawne… Zawsze wiózł w bagażniku – znaczy, że nigdy z bagażnika nie wyjmował… Skąd więc wzięła się ta tabliczka na dachu fiacika? Cud pierwszy… Lecimy dalej. Zaimek względny wskazuje na korporację. tak więc jest owa korporacja podmiotem następnych zdań, a to oznacza, że Antoni “podprowadził” całą korporację. Zrobił to podczas wizyty w Redzie. Teraz zaczynają się większe kłopoty – nie bardzo wiadomo, kto wyglądał profesjonalnie – lecz po tych kłopotach można się zdrowo uśmiać, wyobrażając sobie albo fiacika z całą korporacją na dachu, albo Antoniego, pokrytego dachem, na którym ulokowana jest korporacja… Bo poprzez brak dookreślenia Autor daje nam możliwość wyboru.

:-)  Nie jestem przekonany, że właśnie to miało mnie rozbawić, ale to już nie moje zmartwienie… :-)

Nie. Po prostu nie.

 

Dobrze nastawione zegary wskazywały godzinę 22.13

Zastanawiam się, którą godzinę wskazywały zegary nastawione… hmmm… niedobrze? Czy ma to znaczenie? Jeśli nie – może lepiej napisz, że zegary wskazywały godzinę dwudziestą drugą trzynaście (bo wiesz, liczebniki to w beletrystyce słownie) – prościej będzie, bardziej treściwie.

Jazda po alkoholu była w Polsce zakazana – (…), jednakże fakt ten dotyczył

zakaz jazdy po alkoholu to nie fakt tylko prawo.

jeśli ktoś chciał za pomocą autobusu dostać

Ciekawam jak za pomocą autobusu można się gdzieś dostać? „Autobusem” bym zrozumiała, ale tak…

w mentalne szachy. Polegały one na tym,

Lepiej: „gra polegała na tym,”

 

 

Hmm... Dlaczego?

Przykro mi, Dragotrimie, ale kolejnym z Incydentów Antoniego Zapałki zabiłeś we mnie nadzieję, że lektura jego przygód może okazać się interesująca. Obawiam się, że, wobec tego co przeczytałam, moja nadzieja do żywych już nie wróci.

 

Jej enig­ma­tycz­na na­tu­ra nadal nie usta­wa­ła… – To czyjaś natura może ustawać, albo być w ruchu?

 

Dziew­czy­na raz po raz roz­glą­da­ła się to za sie­bie, to na boki. – W jaki sposób można rozglądać się za siebie?

 

Tak­sów­ka wkro­czy­ła na głów­ną ulicę… – Wkroczyła???

 

z PRL–owskie­go auta wy­ło­ni­ła się głowa w gu­stow­nym ka­pe­lu­szu. – …PRL-owskie­go auta wy­ło­ni­ła się głowa w gu­stow­nym ka­pe­lu­szu.

 

Z czte­rech aut po bo­kach wy­szły ko­lej­ne ka­ra­bi­ny. – I dokąd poszły?

 

Wy­szło z niego dwóch męż­czyzn w gar­ni­tu­rach – oby­dwo­je mieli ten sam wzrost… – Skoro mężczyźni, to obaj. Obydwoje to mężczyzna i kobieta.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dla mnie – totalna abstrakcja i nie jestem pewna, czy zamierzona. Zdania typu:

Taksówkarz energicznie przycisnął dziewczynę pod siedzenie, a następnie sam na sobie wypróbował dokładnie to samo.

wprawiały mnie w konsternację i wciąż zadawałam sobie pytanie: czy tak słabo jest z Twoim warsztatem, czy też usiłujesz być w tak dziwaczny sposób zabawny.

Jeśli to pierwsze, to dużo jeszcze pracy przed Tobą, jeśli drugie – to nie łapię takiego poczucia humoru.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mnie też rozbawiło. Dlaczego te błędy jeszcze nie zostały poprawione?

Ludzie mogliby się speszyć, widząc, jak radio wydaje odgłosy przełykania.

Eee tam. Ludzi widzących dźwięki nie tak łatwo zaskoczyć.

Taksówka wkroczyła na główną ulicę,

Lewa! Lewa!

Z czterech aut po bokach wyszły kolejne karabiny.

I dokąd poszły?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka