- Opowiadanie: PasterzWilkow - Dawno nieistniejące państwo

Dawno nieistniejące państwo

Kolejne moje opowiadanie. Nikt nie chciał betować, ale się nie dziwie. To by była syzyfowa praca :). Spróbowałem sam poprawić. Mam nadzieje, że nie ma za dużo błędów.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dawno nieistniejące państwo

– Zimno– wyszeptał do towarzyszy nachmurzony Józwa, ale żaden nie raczył mu nawet odpowiedzieć. Było niezwykle chłodno jak na tę porę roku. Leżeli ściśnięci w pięciu tuż obok siebie, ukryci w niewielkim dole przykrytym płachtą, na którą dodatkowo naznosili ściółki i zaschniętych, pożółkłych liści.

– Co ja tu do kurwy jasnej robię?– zadał sam sobie w myślach po raz setny to samo głupie pytanie. Nie był żołnierzem. Nie potrafił zabijać, a co więcej chyba nawet nie chciał tego robić. Z powątpiewaniem spojrzał na prymitywny karabin w swoich dłoniach. Na broń z której nie potrafił trafić w nic co znajdowało dalej niż pięć kroków od niego. Do tego cała jego wiedza wojskowa pochodziła z przyspieszonego kursu, trwającego raptem niecały miesiąc.

Jego myśli pognały w stronę domu, w którym czekała na niego żona i dwie nowo narodzone córki. Westchnął zrezygnowany.

Zmarszczył brwi. Gdyby tylko nie Zachariasz, żołnierz, a raczej partyzant, dawny znajomy jego żony, który pojawił się nagle u nich w środku nocy, a który wmanewrował go w to wszystko, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie odzywał się, gdy ten zaczął mówić o jego obowiązku względem okupowanej ojczyzny. Patrzył wtedy na nią i widział ogień w jej oczach. Czuł, że jego słowa trafiają wprost do jej serca. Henrietta została wychowana na historiach o dzielnych żołnierzach, oddających życie dla lepszej sprawy. Nie mógł więc odmówić, gdy Zachariasz poprosił go by do nich dołączył.

Zmełł w myślach cisnące mu się na usta siarczyste przekleństwo. Zły humor pogarszał fakt, że miał pełny pęcherz, a on nie mógł iść za potrzebą, bo absolutnie zakazano im wstawać. Pluł sobie w brodę, że nie zrobił tego wcześniej, kiedy była jeszcze ku temu okazja. Ale jak to bywa, wtedy oczywiście mu się nie chciało.

Jego rozmyślania przerwało dziwnie przytłamszone, jakby nienaturalne pohukiwanie sowy. Dopiero po chwili zrozumiał, że to był tak długo oczekiwany sygnał. Józwie aż ciarki przeszły po plecach. A więc jednak idą tędy. Co za pieski pech. Jednak jeniec nie kłamał. Zresztą ciężko mu było sobie wyobrazić, by ktokolwiek, po czymś takim, mógł jeszcze nawet pomyśleć o kłamstwie. Zwykły szeregowy żołnierz, którego schwytano podczas patrolu, został przesłuchany tak brutalnie, że na samo wspomnienie robiło się Józwie niedobrze.

Na wschodnią modłę ludzi ze stepów, nieszczęśnikowi rozpruto brzuch, a koniec jelita przybito metalowym gwoździem do drewnianego wałka z korbą. Jeden z partyzantów, dowódca drugiej grupy czekającej w zasadzce, straszny człowiek z potwornie poparzoną głową, pamiątce po jednej z bitew, kręcił powoli korbą, zadając pytania, a jelito jeńca coraz ciaśniej nawijało się na wałek. Józwa był przy tym. To właśnie na niego spadł przykry obowiązek, posprzątać kał i krew, które zostały na podłodze po przesłuchaniu.

Józwa dobrze wiedział, że sytuacja partyzantów była beznadziejna. Ostatnie zwarte siły Zjednoczonego Królestwa Obu Narodów zostały rozbite blisko cztery lata temu, w bitwie pod Vurden. Wróg dysponował nie tylko większą ilością ludzi, ale także posiadał niezwykłą technologię, o której nikt wcześniej nie słyszał. Krążyły też plotki, o grupie żołnierzy o niebywałych zdolnościach, którzy w pojedynkę potrafili rozprawić się z nawet setką ludzi. W każdym razie jedno było pewne. To była rzeź.

Od tego czasu nędzne pozostałości armii musiały zejść do podziemia, co zresztą powinny zrobić dużo wcześniej, gdy były jeszcze w miarę zorganizowaną siłą. Zaczęła się wojna partyzancka, ale i tutaj przegrywali na każdym kroku. Cesarstwo na okupowanych ziemiach skoncentrowało tak wielkie ilości wojska, że nawet kilkudziesięciu ludzi nie mogło utrzymać się w zwartej grupie. Nie można było wiec nawet marzyć o jakieś większej akcji. Byli sami. Taka była prawda. Cesarstwu jak dotąd nikt się nie oparł. Prawie cały kontynent ugiął się pod jego panowaniem.

A oni? Z ich jakże marnymi siłami, mogli co najwyżej poważyć się na nieliczne akty dywersji i terroru, atakowanie nieprzyjacielskiego transportu i zaopatrzenia, które ciągnęło przez ich kraj w stronę kolonizowanych dopiero przez Cesarstwo dzikich, dalekich wschodnich rubieży, bogatych w niezwykle urodzajną ziemię. Wydawało się, że właśnie one były głównym powodem natarcia wrogich wojsk w tym regionie. Wielkie państwo potrzebowało wielkich zapasów.

Zza zakrętu drogi dało się słyszeć odległy jeszcze tupot marszowych kroków, a także skrzypienie kół nadjeżdżających wozów.

– Idą– wyszeptał Maiser, leżący po lewej stronie Józwy, potężny trzydziestoparoletni mężczyzna, któremu powierzono dowodzenie ich oddziałem. Według Józwy jedyny człowiek w tym całym burdelu, który znalazł się na właściwym miejscu. Nie dawał się nigdy sprowokować, był diabelnie skuteczny i niezwykle pomysłowy, a co najważniejsze posiadał niesamowity talent do kierowania ludźmi.– Przygotujcie się, wszystko ma być zgodnie z planem.

Opowiadano o nim niestworzone rzeczy, ale on sam nie mówił za wiele i ani nie potwierdzał, ani nie negował otaczających go plotek. I nawet okoliczności powstania wąskiej blizny, która przecinała mu policzek, pozostawały niewyjaśnioną tajemnicą. Jako jedyny z oddziału nosił przy sobie szable. Broń zawsze miał umocowaną przy pasie, schowaną w prostej, pozbawionej zdobień skórzanej pochwie.

Po chwili zza zakrętu, wyłoniły się dwa szeregi ciemnych sylwetek idących po obydwu stronach drogi. Józwa naliczył trzydziestu ludzi, po piętnastu w każdej kolumnie.

Widać było że wróg czół się dość pewnie. Żołnierze śmiali się, a broń trzymali w swobodnych pozycjach. Za nimi w odległości kilku metrów, posuwało się osiem zakrytych wozów, ciągniętych przez potężne perszerony.

Józwa poczuł, że zaczynają pocić mu się dłonie, zaciśnięte kurczowo na karabinie. Oddech także mu przyspieszył. To zaraz, już prawie. Maiser podniósł zaciśniętą dłoń.

– Tak, jak na ćwiczeniach– powtarzał sobie w myślach.– Wyceluj, wstrzymaj oddech i pociągnij za spust. Pamiętaj, że masz tylko trzy strzały i potem musisz zmienić magazynek.

Ręka opadła, a mrok nocy rozświetliła salwa z karabinów. Idący z przodu wrodzy żołnierze zaczęli padać, jeden po drugim.

Józwa też wystrzelił raz i chyba nawet trafił. Co prawda nie w tego, w którego celował i nawet nie w tej kolumnie, ale zawsze było to jakieś osiągnięcie. Na drodze zakotłowało się. Wozy zatrzymały się gwałtownie, a ponad ogólną wrzawę, wybijał się wyraźnie wysoki kwik przerażonych koni. Pozostali na nogach Cesarscy padli na ziemie i zaczęli strzelać na ślepo, siejąc ścianą ognia, najpewniej po drzewach, nie mieli bowiem szans by trafić dobrze zamaskowane oddziały, które ze swoich bezpiecznych pozycji bez problemu potrafiły odpowiedzieć dużo skuteczniejszym ogniem.

– Wstawać i pędem do wozów, bo uciekną – wykrzyczał Maiser, po czym wstał i zaczął biec. Ruszyli za nim wyskakując z kryjówki. Dwa ostatnie wozy faktycznie zaczęły już nawracać, by rzucić się do ucieczki. Dobiegli do nich, prawie w ostatnim momencie. Zastrzelili zdezorientowanych woźniców, którzy chyba nawet nie byli uzbrojeni. Jeden starał się ukryć pod wozem, ale skończył przybity do ziemi szeroką szablą Maisera.

– Kłaść się pod koła i strzelać do wszystkiego co się poruszy! – krzyknął Maiser.

Józwa zziajał się biegiem. Oddychał teraz ciężko, ale przynajmniej poczuł, że zrobiło mu się w końcu cieplej. Szybko wykonał rozkaz i wszedł pod największy z wozów. Trochę nie mieściło mu się w głowie, że wszystko poszło tak gładko i sprawnie. Cesarskich było więcej, byli lepiej wyszkoleni i dysponowali lepszą bronią. W normalnym starciu roznieśliby ich w strzępy szybciej niż zajmuje zmówienie wieczornej modlitwy.

Minęło co najwyżej pięć minut wzajemnej strzelaniny, gdy Cesarscy załamali się. Co parę chwil z ziemi podrywała się ciemna sylwetka i chyłkiem pochylona, próbowała skryć się do lasu. Józwa zobaczył jak jedna z takich postaci zmierza w jego kierunku. Wycelował i wystrzelił, ale tym razem był pewny, że nie trafił. Przymierzył się jeszcze raz, znów pociągnął za spust i znowu spudłował. Kolejna próba wystrzału przypomniała mu o obowiązku zmiany magazynku.

Gdy wydawało się, że wrogiemu żołnierzowi uda się uciec, niespodziewanie spod wozu wychylił się Maiser i chlasnął swą szablą na wysokości kolana nieszczęśnika. Ostrze musiało być niesamowicie ostre, gdyż bez problemu przecięła skórę i kości. Bryznęła fontanna krwi, a uciekający z głośnym okrzykiem bólu zwalił się na ziemię jak ścięta kłoda. Kolejny cios szablą uciszył go skutecznie, a Maiser znów skrył się pod wozem.

Czekali tak dłuższą chwilę, ale z leżących na ziemi postaci, już więcej nikt się nie podniósł.

– Dobra panowie, wstajemy.– Wydal kolejny rozkaz dowódca.– Tylko ostrożnie.

Józwa zaczął się zbierać. Wyczołgał się nieporadnie spod wozu, rozcinając sobie przy tym policzek o wystający gwóźdź. Poczuł jak kropla krwi spływa mu powoli wzdłuż twarzy.

– I jeszcze to. – Pomyślał, ale mimowolnie na jego twarzy wykwitł krzywy uśmiech. Ta cała akcja, te emocje, które towarzyszyły mu na każdym kroku, to było zadziwiająco przyjemne uczucie.

– Wszyscy cali?– Zapytał Maiser.

– Cali panie sierżancie, cali. – Dało się słyszeć potwierdzenie.

– To dobrze.– Uśmiechnął się.– To była piękna akcja. Możecie być z siebie dumni. Kiedy wrócicie…

Urwał gwałtownie, odwracając głowę. Każdy z nich to poczuł. Od jednego z wozów popłynęła fala zimnego powietrza. Wszystko co żyło zamarło w jednej chwili.

– ODWRÓT! – dało się słyszeć rozpaczliwy okrzyk. Józwie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odwracał się już do ucieczki, gdy w tym samym momencie potężna eksplozja wyrzuciła go w powietrze. Przeleciał parę metrów, przebierając śmiesznie nogami, które nagle straciły oparcie. Gdzieś po drodze zgubił swój karabin. Jego krótki lot zakończył się mocnym zderzeniem z twardą ziemią. Wylądował wprost w wysokich , gęstych krzakach głogu. Kolczaste gałęzie połamały się podczas kontaktu z jego ciałem a ostre kolce wbiły mu się w skórę, kalecząc ją w wielu miejscach. Oddychał gwałtownie, sapiąc jak lokomotywa. Plecy rwały go pulsującym bólem oparzonego ciała. Chyba nawet czół mdły zapach spalenizny.

Rozkaszlał się, wypluwając przy tym dwa zęby. Kolejne chwiały mu się w zębach pod naporem języka. Wiedział, że umiera

– Noż kurwa…– wychrypiał. Przed oczami wyraźnie zobaczył twarze swych córek. Uśmiechały się szczęśliwe, patrząc mu prosto w oczy. Wyciągnął dłoń w ich stronę. Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza. Jego świat pokryła ciemność.

 

 

Maiser otarł wierzchem dłoni spocone czoło. Spojrzał przed siebie mrużąc oczy. O jeden z wozów, niedbale opierała się plecami niewysoka postać. Ubrana była w długi, szary płaszcz, o prostym kroju, z wysokim sztywnym kołnierzu. Nie mógł dojrzeć jej twarzy skrytej pod szerokim kapturem. Jego wzrok przykuł za to potężny miecz, który trzymała w prawej dłoni. Wydawał się niezwykle ciężki, a mimo to trzymająca go ręka nie drżała.

Jego współtowarzysze otworzyli ogień w kierunku intruza. Żaden z pocisków nie trafił celu. Wydawało się że wszyscy spudłowali, co było niemożliwe. Postać w odpowiedzi zamachnęła się mieczem. Klinga na moment rozjarzyła się bladym światłem, a powietrze  przeszyła fala zimnego powietrza. Rozległ się kolejny wybuch, a jeden z jego ludzi został rozerwany na strzępy.

Pora było wziąć sprawy w swoje ręce.

– UCIEKAJCIE! – wydarł się na całe gardło. – TO ROZKAZ!

 Odrzucił niepotrzebny karabin. Z pochwy jednym, szybkim ruchem wyciągnął swoją szablę.

Ruszył w kierunku wozu. Gdy postać w płaszczu skierowała na niego swoją uwagę, zatrzymał się i podniósł swoją szable do twarzy w geście salutu i wyzwania. Jego przeciwnik odpowiedział na pozdrowienie tym samym gestem. Po czym w ułamku sekundy wybił się w powietrze i jednym skokiem znalazł się tuż przy nim. Pęd powietrza zdarł kaptur, odsłaniając długie, czerwone włosy i delikatne rysy twarzy. To była kobieta. Kobieta o nienaturalnie błyszczących, zielonych oczach.

Gdyby choć sekundę dłużej stał w miejscu skończyłby rozpłatany na pół. Zdążył odskoczyć, ale poczuł powiew powietrza wywołany ciosem miecza, który przeszedł koło niego w odległości najwyżej paru centymetrów.

– Kim ty jesteś? – zapytała dziewczyna, z lekką nutą zdziwienia odwracając głowę w jego stronę. Miała melodyjny, przyjemny dla ucha głos. Musiał przyznać, że była piękna. Jej twarz zdobiły liczne piegi, które tylko podkreślały jej urodę. 

– Powinieneś być już martwy.– stwierdziła.

Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Jego szabla wystrzeliła, bez żadnego ostrzeżenia wprost w stronę jej gardła. Rozległ się głośny brzęk zderzających się ostrzy, sparowała. Maiser wiedział już, że trafił na silnego przeciwnika. Dziewczyna wywinęła się w jakimś nieprawdopodobnym piruecie, zwiększając dzielący ich dystans.

– Jak zdołałeś uniknąć mojego ciosu?– spytała zdziwiona.

Wzruszył tylko ramionami. Zaatakowała w tym samym momencie, a szczęk ich broni rozniósł się echem. Stawał się coraz szybszy, tak że powoli zlał się w jeden metaliczny dźwięk. Poruszali się z tak niesamowitą prędkością, że kontury ich ciał wydawały się zamazywać.

Ona walczyła z furią dzikiego zwierzęcia. Każdy z jej ciosów byłby śmiertelny, gdyby tylko mogła go trafić. On za to był spokojny, maksymalnie skupiony za starciu. Odbijał ciosy jakby od niechcenia, nieznacznymi ruchami szabli.

Chciał ją wybadać. Zobaczyć do czego jest zdolna i jak bardzo potrafi kontrolować przepływ energii, który wykorzystała przecież wcześniej do wyzwolenia wybuchu.

Przy kolejnym ciosie, ukierunkował moc wzdłuż ostrza i pchnął. Udało mu się odrzucić dziewczynę o dobre parę metrów. Wytrącił ją przy tym z rytmu, potknęła się i ledwo odzyskała równowagę. Syczała wściekła niczym rozeźlona kotka.

– Masz już dość? – krzyknął do niej.

W odpowiedzi splunęła tylko w jego kierunku. Podobała mu się i naprawdę nie chciał jej zabijać.

– Chcesz odpocząć?– próbował dać jej jeszcze szansę.

W odpowiedzi nieznacznym ruchem miecza posłała wprost w niego falę energii. Znów najpierw poczuł chłód, a chwile potem niewidzialna siła uderzyła wprost w niego. Tylko na to czekał, przejął ją, wzmocnił i odesłał wprost do dziewczyny. Wbił się głęboko w jej jaźń odnajdując źródło jej mocy. Było niczym małe, jasne słońce spętane w jej ciele. Sięgnął do niego.

Dziewczyna zaczęła krzyczeć z bólu, a jej oczy powoli traciły nienaturalny blask. Rozpłakała się, ryczała jak małe krzywdzone dziecko.

– Co ty mi…– Zaczęła, a jej słowa co chwile przerywały nowe spazmy płaczu.– Jak…

Podniosła głowę, a jej oczy miały już zwykły odcień koloru kwitnących niezapominajek.

– Będę miał do ciebie kilka pytań.– Zaczął iść w jej kierunku, chowając jednocześnie szable do pochwy. Rozdygotała się cała, była śmiertelnie przerażona.– Ale to nie tu i nie teraz.

Gdy znalazł się tuż przy niej jednym szybkim ciosem pięści pozbawił ją przytomności.

Podniósł z ziemi jej miecz i zamachnął się nim na próbę. Faktycznie był ciężki, za ciężki dla zwykłego człowieka. Dopiero teraz dostrzegł, że w rękojeści został osadzony wielki klejnot, o niespotykanym przez niego nigdy wcześniej szlifie i kolorze. Dotknął go zaciekawiony. Ręka odskoczyła mu w tył jak poparzona. Wyraźny grymas zaskoczenia odmalował mu się na twarzy. W jakiś niewyobrażalny dla niego sposób energia została przetworzona i skupiona w jednym punkcie i to w takim natężeniu że przyjęła fizyczną formę. 

Wolną ręką podniósł dziewczynę i przerzucił ją sobie przez ramię.

 Spomiędzy drzew zaczęli wychodzić ludzie z jego oddziału.

– Odchodzę, a ją zabieram ze sobą.– Ruszył przed siebie. Odprowadzały go smętne spojrzenia milczących mężczyzn, w poniszczonych mundurach, dawno już nie istniejącego państwa. 

Koniec

Komentarze

Wybijanka, czyli tematyka wybitnie nie moja. Zakończenie tak otwarte, że to równie dobrze mógłby być fragment opowiadania. Czeka Cię jeszcze dużo pracy nad warsztatem. Interpunkcja leży i kwiczy, ale to jeszcze nie wszystko.

– Zimno.– wyszeptał do towarzyszy nachmurzony Józwa,

Robisz błędy w zapisie dialogów. Tu na przykład nie powinno być kropki.

Czół, że jego słowa trafiają wprost do jej serca.

Ojjj. Sprawdź w słowniku, co znaczy czół.

Zwykły szeregowy żołnierz, którego schwytano podczas patrolu, został przesłuchany tak brutalnie, że na samo wspomnienie robiło mu się niedobrze.

Mu, to znaczy komu? Temu przesłuchiwanemu szwejowi? To jednak przeżył?

Wróg dysponował nie tylko większą ilością ludzi, ale także wspierany został niezwykłą technologią,

Zwrot “wspierany został” bardzo zgrzyta.

potężny trzydziesto paroletni mężczyzna, któremu powierzono dowodzenie ich oddziałem.

Trzydziestoparoletni.

Gdyby chodź sekundę dłużej stał w miejscu

I sprawdź, co znaczy “chodź”.

– Będę miał do Ciebie kilka pytań.

“Ty”, “ciebie” itp. w dialogach raczej małą literą. W listach dużą.

Dopiero teraz dostrzegł, że w rękojeści został osadzony wielki brylant, o niespotykanym przez niego nigdy wcześniej szlifie i kolorze.

A po czym poznał, że to brylant, skoro ani szlif, ani kolor się nie zgadzał?

Babska logika rządzi!

Dzieki ;) wiem ze leze i kwicze. Ale kazda krytyka pomaga. Powoli sie moze wyrabie. Ech to "chodz" mnie przesladuje;(

Tu masz poradnik, jak zapisywać dialogi (wersja skrócona) – http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

A moje zdanie jest bardzo podobne do opinii Finkli. Choć ja zauważam u Ciebie pewną wrażliwość w opisach (tam gdzie nie ma bijatyk), która trafia w mój gust. Mam wrażenie, że jeśli rzeczywiście popracujesz, to niedługo może być znacznie lepiej. Tylko nie skupiaj się na tym kto kogo i jak zarżnął :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za linka :D. Od razu mi się lepiej będzie pisało. Trochę mnie pokrzepiły twoje słowa, bo powoli zacząłem myśleć, że wszystko jest do dupy i moja pisanina jest warta tyle, ile spuszczenie wody w kiblu. A tu w końcu ktoś zauważył, że coś jest ok o.O. Szok. Pozdrawiam.

O rany, nie chciałam Cię dołować. Napisałam, że ja nie lubię rąbanki. No, nudzą mnie takie rzeczy i wszystko jedno, czy to rycerze naparzają się mieczami, żołnierze karabinami, wilkołaki kłami, czy astronauci falami grawitacyjnymi. Ale niektórych ta tematyka pociąga. Różnica gustów nie jest Twoją winą.

Babska logika rządzi!

Jak coś jestem bardzo wdzięczny za krytykę. Dużo mi to daje i rozumie, że każdy ma inny gust Finkla:). Nie zdołowałaś mnie zbytnio. Tylko wszyscy mi do tej pory pisali, że coś jest nie tak i dostałem dopiero pierwszy, pozytywny komentarz, że w tekście jednak jest coś, co komuś się podoba. Stąd moje zdziwienie :). Wiem że dużo pracy przede mną. 

Z pewną przykrością zauważam, że wspomniane błędy nie zostały poprawione. Lepiej to zrobić, bo po co narażać się kolejnym czytelnikom wciąż tymi samymi usterkami.

Na razie styl nie jest równy – co raczyła już zauważyć Bemik. 

Bijatyka, jak bujatyka – ani mnie porwała, ani uwierała. Ja przyczepię się do czegoś innego, o czym Finkla napomknęła. Dla mnie to jest ewidentnie fragment, bo urwałeś w sumie w najciekawszym miejscu. Kim była nieznajoma czarodziejka? Kim tak naprawdę jest Maiser? I w sumie, kto tu jest głównym bohaterem? Bo zaczynasz od Józwy, ale to para, na której kończysz jest znacznie ciekawsza.  

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przepraszam musialem cos przeoczyc, staralem sie poprawic wszystkie bledy wskazane przez Finkle. Postaram sie cos jeszcze napisac i rozwinac.

Usterki wciąż są. Również odniosłem wrażenie, że to jedynie fragment, a szkoda, bo tekst wydał mi się całkiem interesujący i chciałbym wiedzieć, co było dalej.

Sorry, taki mamy klimat.

– Zimno– / brak spacji po zimno, kiepsko zaczynasz

– Co ja tu do kurwy jasnej robię? – wulgaryzm jest wcięciem, przecinki przed “do” i “robię”

Na broń z której – przecinek przed “z”

Gdyby tylko nie Zachariasz,

Masz bardzo dużo niedoskonałości, a te są tylko z początku. Mimo wszystko – to znaczy mimo braku wyraźnego przewodnika, postaci, za którą podążamy – jakoś przeczytałem do końca. Niektóre fragmenty mi się dłużyły, tych rozmyślań.

Końcówka obiecywała coś więcej niż dostałem. Jestem zawiedziony lekturą.

Początek, jak dla mnie, nieco nudnawy, ale pozwalający lepiej przyjrzeć się Józwie. Ledwie go poznałam, na drodze dochodzi do potyczki, kończącej się dziwnym wybuchem, skutkiem czego Józwa przestaje być bohaterem opowiadania. Pojawia się postać i pojedynkuje się dowódcą Józwy. W starciu objawiają się tajemne moce. Na koniec dowódca odchodzi z postacią na ramieniu, a ja nic nie rozumiem. :-(

W lekturze opowiadania bardzo przeszkadzała mi nadmierna ilość zaimków, często zupełnie zbędnych.

 

Jego myśli po­gna­ły w stro­nę domu, w któ­rym cze­ka­ła na niego żona i dwie nowo na­ro­dzo­ne córki. – Drugi zaimek zbędny.

 

Nie od­zy­wał się, gdy ten za­czął mówić o jego obo­wiąz­ku wzglę­dem oku­po­wa­nej oj­czy­zny. Pa­trzył wtedy na nią i wi­dział ogień w jej oczach. – Widział ogień w oczach ojczyzny?

 

Jako je­dy­ny z od­dzia­łu nosił przy sobie sza­ble. – Literówka.

 

Widać było że wróg czół się dość pew­nie.Widać było, że wróg czuł się dość pew­nie.

 

Żoł­nie­rze śmia­li się, a broń trzy­ma­li w swo­bod­nych po­zy­cjach. – Co to znaczy trzymać broń w swobodnej pozycji?

 

Po­zo­sta­li na no­gach Ce­sar­scy padli na zie­mie… – Literówka.

 

za­czę­li strze­lać na ślepo, sie­jąc ścia­ną ognia… – Czy tu nie miało być: …za­czę­li strze­lać na ślepo, zie­jąc ścia­ną ognia

 

Wsta­wać i pędem do wozów, bo uciek­ną – wy­krzy­czał Ma­iser, po czym wstał i za­czął biec. – Powtórzenie.

Może: Wsta­wać i pędem do wozów, bo uciek­ną – wy­krzy­czał Ma­iser, po czym podniósł się i za­czął biec.

 

Co parę chwil z ziemi pod­ry­wa­ła się ciem­na syl­wet­ka i chył­kiem po­chy­lo­na, pró­bo­wa­ła skryć się do lasu. – Dlaczego sylwetka pochylała się chyłkiem. Skrywamy się gdzieś, w czymś, nie do czegoś.

Może: Co parę chwil z ziemi pod­ry­wa­ła się ciem­na syl­wet­ka i po­chy­lo­na, chyłkiem pró­bo­wa­ła skryć się w lesie/ uciec do lasu.

 

wy­chy­lił się Ma­iser i chla­snął swą sza­blą na wy­so­ko­ści ko­la­na nie­szczę­śni­ka. – Czy mógł chlasnąć cudzą szablą?

 

a ucie­ka­ją­cy z gło­śnym okrzy­kiem bólu zwa­lił się na zie­mię jak ścię­ta kłoda. – Zrozumiałam, że ziemia na którą zwalił się uciekający, była jak ścięta kłoda.

Może: …a ucie­ka­ją­cy, z gło­śnym okrzy­kiem bólu, jak ścięta kłoda zwa­lił się na zie­mię.

 

Wydal ko­lej­ny roz­kaz do­wód­ca. – Literówka.

Nie podoba mi się szyk; wolałabym: Dowódca wydał kolejny rozkaz.

 

Chyba nawet czół mdły za­pach spa­le­ni­zny.Chyba nawet czuł mdły za­pach spa­le­ni­zny.

 

Roz­kasz­lał się, wy­plu­wa­jąc przy tym dwa zęby. Ko­lej­ne chwia­ły mu się w zę­bach pod na­po­rem ję­zy­ka. – Pewnie miało być: Ko­lej­ne, pod naporem języka, chwia­ły mu się w dziąsłach.

 

Roz­legł się ko­lej­ny wy­buch, a jeden z jego ludzi zo­stał ro­ze­rwa­ny na strzę­py. – Ze zdania wynika, że wybuch miał ludzi, z których jeden został rozerwany.

 

Pora było wziąć spra­wy w swoje ręce. – Pora jest rodzaju żeńskiego, więc: Pora była wziąć spra­wy w swoje ręce.

 

Gdy po­stać w płasz­czu skie­ro­wa­ła na niego swoją uwagę, za­trzy­mał się i pod­niósł swoją sza­ble… – Zbędne zaimki. Literówka.

 

On za to był spo­koj­ny, mak­sy­mal­nie sku­pio­ny za star­ciu. – Literówka.

 

chwi­le potem nie­wi­dzial­na siła ude­rzy­ła wprost w niego. – Literówka.

 

cho­wa­jąc jed­no­cze­śnie sza­ble do po­chwy. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka