- Opowiadanie: gregor - Grad

Grad

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Grad

Pewien stary pierdziel powiedział, że kobiety przejmują poglądy polityczne od mężczyzn, z którymi sypiają. W przypadku jego osoby faktycznie ta prawidłowość mogła zachodzić, gdyż po nawiązaniu intymnej znajomości ze zwolennikami pierdziela, znane mi kobiety również zaczynały z nim sympatyzować, głosząc publicznie coraz bardziej absurdalne postulaty, w dodatku często z typową dla neofitów żarliwością. Być może powoli nasączane nasieniem rzeczywiście przyjmowały wraz z nim pewne idee, które drogami rodnymi docierały do ich mózgów, czyniąc tam niejakie spustoszenie, eksterminując resztki zdrowego rozsądku i pozostawiając podatny grunt dla wzrostu idiotycznych twierdzeń.

Siedziałem na ławce w parku i martwiłem się o losy świata.

Dzień był słoneczny, powietrze ciepłe i duszne, czyniąc oddychanie trudniejszym niż w smutniejsze dni, dając za to dzieciakom piękne światło do robienia sobie instagramowych zdjęć, z czego chętnie korzystały, klnąc przy tym na trudną decyzję o wyborze filtru najlepiej korygującego ich niewprawną fotografię. Mimo otaczających drzew zewsząd docierały do mnie dźwięki żyjącego miasta – pędzące okolicznymi ulicami samochody dawały o sobie znać przy pomocy syren i klaksonów, jakby nie chciały, bym chociaż na chwilę o nich zapomniał.

Siedziałem na ławce i martwiłem się.

Dostrzegałem coraz większą bezwładność społeczeństwa, które sterowane zwierzęcymi popędami i medialnymi przekazami podejmowało w niemal każdej dziedzinie decyzje co najwyżej przeciętne, często zaś zupełnie fatalne, o skutkach czego – jak sądziłem – mieliśmy się przekonać na przestrzeni najbliższych lat lub dziesięcioleci. Postępująca degradacja społeczno-ekonomiczna nie była tym, co mogło się dla mnie (i innych) wiązać ze spokojną emeryturą.

I wtedy się zaczęło. Huknęło coś z nagła. I znów, i znów.

Z nieba poczęły spadać różnej wielkości odłamki skalne. Jeb, jeb. Trzask, trzask, krzyk, wrzask, wrzawa. Wokół upadały kamienie, prosto z bezchmurnego nieba. Niektóre miały wielkość dużego jajka, inne małego samochodu.

Łatwo się domyślić, że ta sytuacja nie przypadła mi do gustu. Moim pragnieniem było, by dożyć starości we względnym spokoju, spędzając wolny czas na narzekaniu na otaczającą mnie rzeczywistość. Tymczasem zdarzenia, których byłem świadkiem, wydawały się być preludium do pierdolonej apokalipsy. Zacząłem uciekać.

Przez chwilę biegłem przed siebie, jak wszyscy inni, rozglądając się na wszystkie strony, nie wiedząc, czy mam się schować pod drzewem, bo przecież pod drzewem podczas burzy chować się nie można, przynajmniej tak nam tłumaczyły nauczycielki w szkole, ale to nie była burza, a one i tak na niczym się nie znały, to zawsze przecież były głupie gęsi, a to był chyba grad, podczas gradu chyba można stać pod drzewem, ale co to za grad, podczas którego padają z nieba kamienie, to nawet nie kamienie, to pierdolone głazy, ja tu nic nie rozumiem, co się dzieje, przepraszam, co się, kurwa, dzieje?!

Podążałem jak idiota w bliżej nieokreślonym kierunku, zanim uświadomiłem sobie, że celem mojego biegu powinno być znalezienie schronienia, a nie samo wyrzucenie adrenaliny do krwi na kilka chwil przed śmiercią. Widziałem ludzi, którzy w panice stłoczyli się pod wiatą przystanku, widziałem także, jak moment później ogromny kamień sprawił, że nagle przestała istnieć, a oni razem z nią. Nie ukrywam, że ta obserwacja przyczyniła się do poczucia, że moja emerytura jest jeszcze bardziej zagrożona, niż dotychczas mi się wydawało. Prawdę mówiąc, wydawało mi się, że za chwilę, kurwa, umrę.

Udało mi się jednak zatrzymać przy wejściu do klatki schodowej, które miało nieduży, ale betonowy daszek. Mało miejsca, osłona nie miała szansy przetrwać mocnego uderzenia, jednak było tu bezpieczniej niż w odsłoniętym miejscu. Obok stał dziadek w dużych okularach, trzymający w obu rękach plastikowe reklamówki z zakupami. Miał na sobie brązową letnią kurtkę i za duże, szare, zaprasowane w kant spodnie , które zdobiła ciemna plama moczu, oddanego z nagła, pod wpływem wrażenia wywołanego zaistniałymi, a zupełnie niespodziewanymi wydarzeniami.

– Co to się dzieje, Jezus, Maria, koniec świata, panie! – powiedział dziadek łamiącym się głosem, na skraju płaczu.

– Nie wiadomo, może to nic takiego – odpowiedziałem z cichą nadzieją.

– Jak to nic, przecież to apokalipsa jest! A ja kupiłem sobie totolotka, jak ja sobie sprawdzę? To wszystko przez tych pedałów i Żydów, na pewno, to jest kara boska, teraz wszyscy będziemy cierpieć!

– Daj pan spokój. Nie wystawiaj pan łba, to może pan sobie sprawdzisz wieczorem ten kupon.

Staliśmy i patrzyliśmy. Wokół huk i zniszczenie. Ludzie dokądś biegli, krzyczeli, chowali się lub umierali. Dziadek trzymał kurczowo swoje reklamówki, które drżały tak samo, jak drżał on. Zacząłem się zastanawiać, czy umrzemy wszyscy, czy tylko część z nas, i co oznaczają obie te możliwości. Chyba się bałem. Tak, bałem się jak cholera. Chciało mi się pić, zaschło mi w ustach, tak bardzo, jak zasycha tylko wtedy, kiedy się bardzo boisz. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Bałem się, próbowałem udawać przed sobą, że nie, że to nieprawda, że to nie tak, ale tyko się bałem i bałem.

Nagle skały przestały spadać.

Przez pierwszy kwadrans ludzie zgromadzeni pod balkonami i zadaszeniami nie ruszali się, wpatrując się jedynie z niepokojem w błękitne, bezchmurne niebo, z którego jeszcze przed chwilą leciała śmierć. Po pewnym czasie pierwsze, odważniejsze jednostki zaczęły przemykać między jednym a drugim schronieniem, by w końcu wyjść na ulicę i z zainteresowaniem przyglądać się temu, co spadło z nieba. Kamienie były wszędzie. Były szare, porowate, nie przypominały skał występujących w tym regionie. Ktoś z tłumu zasugerował, że to może jest beton. Nikt nie wiedział, co to takiego.

Wokół było pełno szkła i krwi. Zmiażdżone samochody, popękane chodniki, ranni i martwi ludzie. Wyły syreny. Karetki, radiowozy i straż pożarna jeździły w tę i we w tę, jakby nie wiedząc, za co mają się zabrać. Ogrom zniszczeń był przytłaczający, wszechobecny lament i zamieszanie nie pomagały odnaleźć się w sytuacji.

Stwierdziłem, że mam dość, że nie chcę już brać w tym udziału. Wróciłem do domu, po drodze starając się ignorować napotkane trupy, licząc, że nie trafię na nikogo, komu będzie trzeba udzielić pomocy, bo pomimo obowiązkowych szkoleń, nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać, by nie pogorszyć jeszcze bardziej stanu poszkodowanego. Na szczęście w pobliżu znajdował się szpital, karetka zrobiła podwójną rundę po okolicy i zabrała pilnie potrzebujących, pozostali wydawali się być w dobrej kondycji. Martwym nikt już nie mógł pomóc.

Teraz siedzę w domu i oglądam wiadomości, w których pojawiają się doniesienia o skali zniszczeń oraz hipotezy na temat przyczyny tego dziwnego zjawiska, którego nikt jednak nie jest w stanie sensownie wyjaśnić. To nie deszcz meteorytów, to nie skrystalizowane czy zmrożone zanieczyszczenia, to nie wynik erupcji wulkanu, ani atak przy pomocy skondensowanej smoleńskiej mgły. Może to rzeczywiście kara boska.

Chyba jednak przestałem się aż tak bardzo obawiać o swoją przyszłość w tym zdegenerowanym społeczeństwie. Być może toczy je zgnilizna, która pochłania kolejne tkanki, wciąż jednak jakaś wewnętrzna siła trzyma je w całości, nie pozwalając ulec zupełnemu rozkładowi, nadal istnieje moc, która pompuje w nie życiową energię.

Być może lepiej żyć w chorym świecie niż leżeć martwym, przygniecionym przez kamień, który spadł z nieba. Muszę to napisać na Twitterze.

Koniec

Komentarze

Przez chwilę biegłem przed siebie, jak wszyscy inni, rozglądając się na wszystkie strony, nie wiedząc, czy mam się schować pod drzewem, bo przecież pod drzewem podczas burzy chować się nie można, przynajmniej tak nam tłumaczyły nauczycielki w szkole, ale to nie była burza, a one i tak na niczym się nie znały, to zawsze przecież były głupie gęsi, a to był chyba grad, podczas gradu chyba można stać pod drzewem, ale co to za grad, podczas którego padają z nieba kamienie, to nawet nie kamienie, to pierdolone głazy, ja tu nic nie rozumiem, co się dzieje, przepraszam, co się, kurwa, dzieje?!

A dłuższego zdania nie można było napisać? ;) Podzieliłabym to, bo jest zdecydowanie za długie. 

 

osłona nie miała szansa przetrwać mocnego uderzenia – literówka

mówi dziadek i odpowiadam z cichą nadzieją – prowadzisz narrację w czasie przeszłym, a tu nagle zmieniasz na teraźniejszy– dlaczego? 

 

Kamienie były wszędzie. (…)Wokół było pełno szkła i krwi. Zmiażdżone samochody, popękane chodniki, ranni i martwi ludzie. Wyły syreny. Karetki, radiowozy i straż pożarna jeździły w tę i we tą, jakby nie wiedząc, za co mają się zabrać. (…) Na szczęście w pobliżu znajdował się szpital, karetka zrobiła podwójną rundę po okolicy i zabrała pilnie potrzebujących

Nie klei mi się to wszystko. Skoro z nieba leciały głazy wielkości samochodów, które na dokładkę były wszędzie – tak jak i zniszczone samochody, to karetki i inne samochody nie miały prawa jeździć tak po prostu tam i nazad i szybko pozbierać rannych. Za dużo przeszkód na drodze. 

 

Nie widzę tu absolutnie żadnego “science”, więc chyba nie powinno być tagu sf. Za to moim skromnym zdaniem przydałby się tag “wulgaryzmy”.  

 

Zastanawiam się nad tą dziwną wizją. Czy dziadek miał rację, że to jakaś kara boska? Podajesz zagadkę bez żadnego wyjaśnienia. 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A dłuższego zdania nie można było napisać? ;) Podzieliłabym to, bo jest zdecydowanie za długie. 

Strumień świadomości dla podkreślenia emocji bohatera-narratora.

 

osłona nie miała szansa przetrwać mocnego uderzenia – literówka

mówi dziadek i odpowiadam z cichą nadzieją – prowadzisz narrację w czasie przeszłym, a tu nagle zmieniasz na teraźniejszy– dlaczego? 

Poprawione, dziękuję.

 

Nie klei mi się to wszystko. Skoro z nieba leciały głazy wielkości samochodów, które na dokładkę były wszędzie – tak jak i zniszczone samochody, to karetki i inne samochody nie miały prawa jeździć tak po prostu tam i nazad i szybko pozbierać rannych. Za dużo przeszkód na drodze. 

 

Niektóre były wielkości jajek.

 

Nie widzę tu absolutnie żadnego “science”, więc chyba nie powinno być tagu sf. Za to moim skromnym zdaniem przydałby się tag “wulgaryzmy”.  

Zmieniłem.

 

Zastanawiam się nad tą dziwną wizją. Czy dziadek miał rację, że to jakaś kara boska? Podajesz zagadkę bez żadnego wyjaśnienia. 

Gdyby każda tajemnica miała wyjaśnienie, nie byłoby tajemnic. ;)

Strumień świadomości dla podkreślenia emocji bohatera-narratora.

Ok, tego się nawet domyślałam. Ale w momencie katastrofy do mnie osobiście raczej by przemówiły krótsze, nawet rwane zdania. Bo tak to się zastanawiam – kiedy on miał czas na takie przemyślenia? 

 

Niektóre były wielkości jajek.

Ale niektóre wielkości samochodów :) I tak będę się tego fragmentu czepiać, trudno. Odmalowałeś to tak, że widziałam sporo głazów rozwalonych na ulicach, do tego zmiażdżone przystanki autobusowe i zniszczone samochody. W swojej wyobraźni widziałam też, jak te samochody wjeżdżają w siebie wzajemnie (bo kierowcy w panice kręcą kółkami jak popadnie usiłując “uciec” od pocisków). Wystarczą odpowiednio wkomponowane w siebie dwa pojazdy i ulica jest cała zablokowana. Aż do czasu uprzątnięcia nie ma szans na szybkie plątanie się po takiej drodze  jakichkolwiek innych, zwłaszcza większych (ambulans, straż pożarna) samochodów.  

 

Gdyby każda tajemnica miała wyjaśnienie, nie byłoby tajemnic. ;)

:) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Skoro tajemnica ma tajemnicą pozostać, nie będę dociekać, o co tu chodzi i nawet nie spróbuję się domyślać, co Autor chciał opowiedzieć.

 

Dzień był sło­necz­ny, po­wie­trze było cie­płe i dusz­ne… – Powtórzenie.

W opowiadaniu jest wiele powtórzeń.

 

po­świę­ca­jąc wolny czas na na­rze­ka­niu na ota­cza­ją­cą mnie rze­czy­wi­stość. – …po­świę­ca­jąc wolny czas na na­rze­ka­nie, na ota­cza­ją­cą mnie rze­czy­wi­stość.

 

Udało mi się jed­nak za­trzy­mać przy klat­ce scho­do­wej, która mała nie­du­ży, ale be­to­no­wy da­szek. – Klatka schodowa mieści się wewnątrz budynku. Klatki schodowe nie maja daszków.

 

Miał na sobie brą­zo­wą let­nią kurkę i za duże, szare, pra­so­wa­ne w kant spodnie… – Prześliczna literówka. ;-)

Miał na sobie brą­zo­wą, let­nią kurtkę i za duże, szare, zapra­so­wa­ne w kant spodnie

 

Lu­dzie gdzieś bie­gli, krzy­cze­li… – Lu­dzie dokądś bie­gli, krzy­cze­li

 

pró­bo­wa­łem uda­wać przed sobą, że nie, że to nie praw­da… – …pró­bo­wa­łem uda­wać przed sobą, że nie, że to niepraw­da

 

by w końcu wyjść na ulicę i z za­in­te­re­so­wa­nie przy­glą­dać się… – Literówka.

 

Ka­ret­ki, ra­dio­wo­zy i straż po­żar­na jeź­dzi­ły w tę i we tą… – Ka­ret­ki, ra­dio­wo­zy i straż po­żar­na jeź­dzi­ły w tę i we w tę

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@śniąca

Ok, tego się nawet domyślałam. Ale w momencie katastrofy do mnie osobiście raczej by przemówiły krótsze, nawet rwane zdania. Bo tak to się zastanawiam – kiedy on miał czas na takie przemyślenia? 

Bez przesady, to tylko łańcuch skojarzeń, a nie filozoficzne rozważania. ;)

 

Ale niektóre wielkości samochodów :) I tak będę się tego fragmentu czepiać, trudno. Odmalowałeś to tak, że widziałam sporo głazów rozwalonych na ulicach, do tego zmiażdżone przystanki autobusowe i zniszczone samochody. W swojej wyobraźni widziałam też, jak te samochody wjeżdżają w siebie wzajemnie (bo kierowcy w panice kręcą kółkami jak popadnie usiłując “uciec” od pocisków). Wystarczą odpowiednio wkomponowane w siebie dwa pojazdy i ulica jest cała zablokowana. Aż do czasu uprzątnięcia nie ma szans na szybkie plątanie się po takiej drodze  jakichkolwiek innych, zwłaszcza większych (ambulans, straż pożarna) samochodów.  

Twoje argumenty są sensowne, ale przyjąłem założenie, że “atak” nie był na tyle silny, żeby kompletnie sparaliżować miasto i zranić dużą liczbę osób, więc to miało sens, natomiast Twoja wypowiedź jest znakiem, że muszę w przyszłości tworzyć bardziej precyzyjne/ wiarygodne opisy.

 

@regulatorzy

Dziękuję bardzo za korektę, zastosowałem poprawki.

 

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobało mi się. Głównie przez styl, w jakim opowiadanie zostało napisane. Fajny kontrast. Luźne obserwacje bohatera z klęską żywiołową i (być może) zagładą ludzkości w tle. laugh

No i podwójna puenta!

Być może lepiej żyć w chorym świecie niż leżeć martwym, przygniecionym przez kamień, który spadł z nieba.

Dramat, tragedia ludzka, armagedon i…  powrót do rzeczywistości.yes wink

Muszę to napisać na Twitterze.  

 

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=76SCx2PVzwE

Jak dla mnie tekst mocno “niedokołysany”; to raczej zbiór luźnych myśli i skojarzeń niż przemyślana historia z ciekawą fabułą, wyrazistym bohaterem, dopracowanym i niebanalnym zakończeniem. „Podmiot liryczny” sprawia raczej odpychające wrażenie przewrażliwionego i przemądrzałego introwertyka-buntownika. W sumie nic mnie w tej historii nie zaskoczyło, ani nawet zaintrygowało. Nawet ten armagedon wydał mi się jakiśtaki sztampowy… Może, na przyszłość, trzeba by pomyśleć o bardziej oryginalnym pomyśle na “koniec świata”… Chociaż – nie ma gotowych recept na udany tekst, a każda opinia Czytelnika – z założenia subiektywna… Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Hmmm. Mnie jednak przydałoby się wyjaśnienie źródła głazów. Bo bez tego nie stworzyłeś tajemnicy, którą można odkryć, tylko tekst sprawiający wrażenie, że Autor sam nie wiedział, skąd te kamienie się wzięły, więc nie napisał. Ale Twoja wola. :-)

Dzień był słoneczny, powietrze było ciepłe i duszne,

Powtórzenie. W ogóle masz sporo “byłów”. Spróbuj pozbyć się części, to wzbogaci tekst.

Babska logika rządzi!

Ujmę to tak: kamienie na życzenie. Autora, oczywiście.

Ja użyłbym gradu. Dzień był słoneczny, podgrzewane przez dłuższy czas miasto jest źródłem prądów stepujących, a dalej wiadomo – też naciągane, przesadzone, ale przynajmniej logiczne.

Tekst? Dłuższa scena, rozbita na podscenki. Ani grzeje, ani ziębi… No, powiedzmy, wprawka, przymiarka, próba sił. Efekt generalnie pozytywny, jak dla mnie; gdy Autor zbilansuje i wyważy tendencje do raczenia nas próbkami “strumieni świadomości” i niezręcznych opisów (patrz niżej), wyjdzie Mu coś o wiele lepszego, składniejszego.

<> Były szare, porowate, nie przypominały skał występujących w tym regionie. <>

Czy wszyscy mieszkańcy miasta byli geologami i wiedzieli, jakie skały występują w rejonie miasta? Czy może mapy geologiczne były rozklejone na wszystkich słupach ogłoszeniowych? :-)

<> Ktoś z tłumu zasugerował, że to może jest beton. Nikt nie wiedział, co to takiego. <>

Nikt nie wiedział, czym jest beton? Co za zacofańcy… :-)

Szort ma nawet swój charakter – to zdecydowany plus.

Za to tekst jest zbyt chaotyczny, a te kamienie z nikąd to niedopracowany patent, a szkoda, bo nawet zaintrygował.

 

Pozdrawiam! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dziękuję wszystkim za konstruktywną krytykę. Myślę, że  Wasze uwagi będą dla mnie przydatne.

Pierwszy akapit jest dla mnie niewiadomą. Po cóż on jest? Dla mnie zbędny, bo już drugie zdanie: świetne. Siedziałem i myślałem nad losami świata. I to jest bardzo fajna myśl tu ujęta – to tu, to tam, jak temu, jak tamtej, a nagle trach i nic z tego co było, nie wydaje się ważne. Apokalipsa, choćby osobista przychodzi zawsze nagle.

Scena jakby erupcji wulkanu, tylko z wyciętym trzęsieniem ziemi.

Trochę za mało tych trupów, strachu – za często to przetykane dowcipem. Lepiej by było dla tekstu, gdyby nabrał surowości, aniżeli tych żartów (zręcznych zresztą, ale za bardzo mieszających tekstem).

Ostatnia myśl o portalu społecznościowym bardzo mi się nie spodobała. Jak dla mnie niepotrzebna.

Byłam przekonana, że już ten tekst komentowałam, a tu okazuje się, że jednak nie. Mimo że go czytałam.

Dla mnie tu również trochę za dużo niewiadomych. Bez przesady, nie domagałabym się np. wyjaśnienia pochodzenia głazów, ale nie za bardzo nadążam za myślą Autora, brak mi punktów zaczepienia. Powtórzę za Jackiem – bardziej zbiór luźnych myśli i skojarzeń niż opowiadanie.

Nowa Fantastyka