- Opowiadanie: maggotsinside - Klatka z kości

Klatka z kości

Gorące podziękowania Drakainy i Naz za cierpliwość i ogromną pomoc w edycji tego tekstu :) 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

black_cape, Naz, drakaina, NoWhereMan

Oceny

Klatka z kości

1.

 Tego dnia, gdy przyprowadzono do niego umierającego chłopca, Arrluk obudził się z silnym bólem głowy. Przez ostatnie tygodnie koszmary nawiedzały go niemal każdej nocy. Nie pozwały mu na odpoczynek i otępiały zmysły. Przez większość czasu szaman po prostu leżał w ciemności na podłodze swojej chaty. Z nikim nie rozmawiał, o niczym nie myślał, czekał.

 Mężczyzna odczekał dłuższą chwilę, ale pulsujący ból zamiast minąć, przybrał tylko na sile. Arrluk z trudem wstał z posłania i chwiejnie podszedł do paleniska. Z pomocą drewienek, słomy i wysuszonego mchu udało mu się rozniecić ogień. Jego nagie ciało było wychudzone i słabe. Długie, czarne włosy opadały bezwładnie na kościste ramiona i plecy. Roiło się w nich od kołtunów i robactwa, mężczyzna nie mył i nie czesał ich od dawna. 

 Do wiszącego nad ogniem kotła szaman wrzucił do wody nieco suszonych liści oraz kilka szczypt brązowego proszku. Po chacie rozszedł się przyjemny zapach. Przygotowany napar stłumił nieco ból głowy, ale nie zmusił go do odejścia. Arrluk czuł głód, jednak na myśl o leżącym w spiżarni mięsie psa, robiło mu się niedobrze. Mężczyzna z trudem wrócił do swojego posłania. Ułożył się na boku, zgiął nogi w kolanach i przyciągnął je do klatki piersiowej. Ścisnął głowę przedramionami i zamknął oczy. Czasami udawało mu się w ten sposób zmniejszyć ból, a niekiedy nawet powtórnie zasnąć.

 Ostatnie czasy nie były dla Arrluka pomyślne. Urodzaj, który przepowiedziały kości nie nastąpił. Stada karibu odeszły i nigdy nie powróciły na pobliskie pastwiska. Składane ofiary, wyczerpujące rytuały i wykrzykiwane w chwilach słabości groźby zdały się na nic. Ostatnia wiosna była krótka, a lato minęło w mgnieniu oka. Zima powróciła wraz z całą swą potęgą i okrucieństwem, mimo że zapasy dla ludzi i zwierząt nie zostały jeszcze zabezpieczone. Duchy gniewały się na niego, a on nie wiedział dlaczego.

 Minęło wiele tygodni od kiedy ostatni raz z kimś rozmawiał. Mieszkańcy niewielkiej wioski położonej u stóp góry Yurairia, którym służył przez całe swoje życie, unikali go. Najwyraźniej znali prawdę, która jemu również wydawała się teraz oczywista. Jego ciało wciąż było ciepłe, poruszało się i oddychało, jednak on sam od dawna był martwy. Nawet jeśli nie umrze w ciągu najbliższych tygodni, to przed nastaniem wiosny umieszczą na jego skroni żelazną koronę i zmuszą do odejścia. Jedyne co sprawiało mu pociechę, to myśl, że wśród jego ziół są też takie, które w razie potrzeby, uwolnią go od tego poniżenia.

 Nagłe pukanie do drzwi chaty wytrąciło mężczyznę z zamyślenia. Po chwili dało się słyszeć kolejne i jeszcze jedno, każde bardziej natarczywe niż poprzednie. Pokonując ból zesztywniałych mięśni, Arrluk narzucił na siebie poplamioną zwierzęcym tłuszczem koszulę i potykając się o rozrzucone po podłodze sprzęty, ruszył w kierunku źródła hałasu. Fala światła oślepiła go i dopiero po kilku sekundach rozpoznał stojące przed nim postacie. Nikt się nie odezwał, nikt nie uczynił najmniejszego gestu. Nieruchome twarze i zaciśnięte wargi mówiły wszystko. Arrluk na powrót zanurzył się w mrok swej chaty, jego goście z wahaniem podążyli za nim. 

 Chłopiec, którego przyniósł Qimugkauyar i jego druga żona Nanook, umierał. Skóra dziecka była blada, usta popękane i posiniałe. Całe ciało pokrywały potężne sińce, które niegdyś fioletowe, teraz stawały się żółte. Ktokolwiek próbował go leczyć, robił to źle. Arrluk znał Qimugkauyara na tyle dobrze, by wiedzieć, że gdyby nie Nanook, nigdy by nie przyszedł do niego po pomoc. Imię dziecka brzmiało Keyush i nawet u progu śmierci jego twarz zdradzała podobieństwo do matki, która zmarła, wydając go na świat.

 Gwałtowana fala wspomnień zaskoczyła Arrluka. Czas gdy on, Nuti i Qimugkauyar byli najlepszymi przyjaciółmi wydawał się mu teraz czymś niezwykle odległym, niemal nierzeczywistym. Jako dzieci byli dzicy, pełni energii, nieustraszeni. Wszystko uległo zmianie, kiedy rozpoczął naukę u starej szamanki Elisape. Pod jego nieobecność pozostała dwójka zbliżyła się do siebie jeszcze bardziej i gdy Qimugkauyar odziedziczył po swym ojcu rolę wodza wioski, w naturalny sposób Nuti została jego żoną. 

 Na wieść o tym, Arrluk wyprawił się na wiele dni na śnieżne pustkowie, by tam w samotności wykrzyczeć swój ból i wstyd. Nie był to jednak koniec, a tylko początek jego udręki. Nuti wkrótce zaszła w ciążę i szaman robił wszystko, by nauczyć się cieszyć jej szczęściem. Pierwsze miesiące nie zapowiadały żadnych trudności. Niestety, wraz ze zbliżaniem się daty porodu pojawiły się niepokojące znaki i w ostatnich tygodniach zarówno szaman, jak i Qimugkauyar nie odstępowali kobiety nawet na chwilę. Ostatniej nocy Arrluk robił wszystko co mógł, ale jego mocy wystarczyło zaledwie na ocalenie jednego życia. 

 Szaman odgonił od siebie te myśli i powrócił do badania dziecka. Po chwili na powrót ułożył bezwładne ciało na posłaniu i wyprostował się. 

 – Przynieście go o zachodzie słońca – powiedział. – Przebłagam duchy, by pozwoliły mu zostać z wami dłużej – jego usta odwykły od mowy, przez co głos stał się zgrzytliwy i nieprzyjemny. Przypominał raczej dźwięk muszli rysującej gładką powierzchnię kamienia.

 Jego goście posłusznie skinęli głowami i odeszli. W oczach kobiety szaman dostrzegł niemą prośbę, ból i nadzieję. Nie była jego matką chłopca, a jednak cierpiała całą sobą. W oczach Qimugkauyara trudno było dostrzec cokolwiek. Gdy tylko Arrluk został sam, natychmiast rozpoczął przygotowania. 

 Szaman szeroko otworzył drzwi i okna swojej chaty. Część porozrzucanych sprzętów umieścił na ich dawnych miejscach, ale większość po prostu wyrzucił. Zamiótł podłogę i przygotował opał. Wystrugał z drewna proste figurki przedstawiające duchy zaświatów i sprawdził stan swojego bębenka. Dobrze pamiętał moment, gdy wiele lat temu samodzielnie wykonał instrument. Było to ostatnie zadanie, jakie otrzymał od swojej nauczycielki. Gdy w końcu udało mu się przygotować obręcz, naciąg i podwójną membranę, a potem połączyć te elementy w taki sposób, że instrument wydawał z siebie pełny i donośny dźwięk, był z siebie naprawdę dumny. Teraz, trzymając w rękach swój bębenek, nie czuł zupełnie nic. 

 Chłopca nie dało się uratować. Wiedział to natychmiast, gdy tylko go zobaczył. Jego dusza zbyt długo wędrowała po krainie duchów. Nikt, kogo znał, nie potrafiłby go odnaleźć, a co dopiero sprowadzić do świata żywych. Dlaczego więc zgodził się to zrobić? Mężczyzna nie był pewien. Może dlatego, że było to dziecko Nuti? A może po prostu liczył, że ta podróż będzie jego ostatnią? 

 Arrluk odłożył bębenek na bok i zabrał się za przygotowywanie mieszanki ziół i grzybów, które miały mu pozwolić wzlecieć ponad chmury, ponad zimno i ponad mrok. Mężczyzna dołożył do ognia. Woń ziół wypełniała teraz całe pomieszczenie. Szaman zamknął oczy i pogrążył się we wspomnieniach. 

 

2.

 Arrluk próbował iść po własnych śladach, jednak śnieżna wichura zatarły je wszystkie. Zrozpaczony chłopiec krzyknął, łudząc się, że ktoś usłyszy jego wołanie i przyjdzie mu na pomoc, jednak północny wiatr zagłuszył jego słowa, rozwiewając je w mroźnym powietrzu nocy. Malca stopniowo ogarniało przerażenie. Jego oddech stawał się coraz płytszy, a uderzenia serca coraz szybsze i mocniejsze. Wokół nie było nic poza śniegiem i ciemnością. Zrozumiał, że z własnej woli znalazł się w pułapce bez wyjścia i przyjdzie mu za to zapłacić najwyższą cenę.

 Gdy zaczynał swą podróż był pewien, że nawet w takich warunkach będzie w stanie znaleźć drogę powrotną. Często wyprawiał się na samotne wyprawy, był silny i doskonale znał otoczenie wioski. Jednak zmrok zapadł wyjątkowo szybko, dlatego gdy słońce nagle przestało dzielić się swoim ciepłem, chłopiec zrozumiał, że misja, jakiej się podjął, była ponad jego siły. 

 Jednak właśnie w tej chwili rozpaczy gdzieś w oddali zamigotało wątłe światło. Arrlukowi wydało się, że to jedynie przewidzenie, jednak gdy wytężył wzrok, odkrył, że pośród tumanów śnieżnego pyłu rzeczywiście widzi niewielki, jaśniejący punkt. Zebrawszy pozostałe siły, malec ruszył przed siebie.

 Dla wycieńczonego ciała każdy kolejny krok był torturą, każdy podmuch wiatru wymuszał nieustanną walkę o utrzymanie równowagi. Chłód coraz śmielej wchodził pod pokryte lodem ubranie i sprawiał ból. Jednak ze wzrokiem utkwionym w migoczącym płomieniu, chłopiec szedł i szedł, aż w końcu znalazł się u wejścia do groty, z której wydobywało się nie tylko światło, ale też zapach pieczonego mięsa. Mimo że nie mógł zawędrować daleko, Arrluk nigdy wcześniej nie był w tym miejscu.

 We wnętrzu jaskini zastał rozpalone ognisko i grzejącego się przy nim, odzianego w niedźwiedzie skóry, potężnego mężczyznę. Na jego szerokie barki opadały długie włosy, niemal tak samo białe jak leżący na zewnątrz śnieg. W blasku płomieni oczy tego człowieka zdawały się być złote, z wąską, białą obwódką wokół czarnych tęczówek. Nad rozpalonym ogniem piekło się mięso karibu. Nieznajomy zwrócił ku chłopcu oszpeconą śladami przebytej choroby twarz i z lekkim uśmiechem zaprosił w krąg ciepła.

 Piekący się nad ogniem udziec karibu był niemal gotowy i wkrótce Arrluk otrzymał solidną porcję. Początkowo nie chciał jeść, onieśmielony obecnością nieznajomego, jednak wkrótce uległ trawiącemu go głodowi. 

 Kiedy chłopiec nasycił się i dokładnie oblizał poparzone tłuszczem palce, nieznajomy mężczyzna zwrócił się do niego tymi słowami: 

 – Dlaczego opuściłeś swoją chatę w czasie takiej pogody? 

 – Moi ludzie cierpią głód. Od tygodni nieprzerwanie pada śnieg. Nie możemy łowić ani polować. Chciałem znaleźć sposób, by to zatrzymać – odparł chłopiec po chwili milczenia. 

 – Wiem jak odpędzić burzę śnieżną i uciszyć wiejący z północy wiatr. Potrafię sprawić, by stada karibu wiosną zawsze wracały w to samo miejsce. Potrafię czytać przyszłość z kości wron. Chcesz się tego nauczyć? 

 Arrluk spojrzał na nieznajomego, po czym odpowiedział z wahaniem:

 – Chcę. 

 – Ceną, jaką płaci się za tę wiedzę, jest cierpienie, samotność, a w końcu też śmierć. Czy mimo to pragniesz podążyć tą drogą? 

 Chłopiec przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dogasający ogień. Przez jego umysł przetaczały się tysiące myśli. W końcu odpowiedział:

 – Tak – tym razem w jego głosie nie było śladu niepewności. 

 Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i patrząc chłopcu głęboko w oczy, rzekł: 

 – Wymów moje imię, a będzie jak chcesz. 

 – Jesteś Władcą Ospy, tym, którego boi się północny wiatr. Tym, który okiełznał szaleństwo i tym, który zna przyszłość – odpowiedział Arrluk, jednocześnie odwzajemniając natarczywe spojrzenie niezwykłych oczu. Opis, który znał z opowieści starszych, co do joty zgadzał się z wyglądem siedzącej przed nim postaci. 

 Mężczyzna roześmiał się, odchylił głowę do tyłu i potrząsnął grzywą białych włosów. Następnie wstał i skinął na chłopca. W milczeniu ruszyli w głąb jaskini. 

 Następnego poranka śnieżyca ustała tak samo niespodziewanie jak się zaczęła. Mieszkańcy leżącej u podnóża góry Yurairia wioski wyszli ze swoich chat, po raz pierwszy od dawna ciesząc się słońcem i błękitnym niebem. Jakie było ich zdziwienie, gdy w oddali zauważyli sylwetkę dziecka chwiejnie przedzierającego się przez śnieżne zaspy. W tłumie rozległy się ponaglające okrzyki i natychmiast kilku myśliwych ruszyło w jego kierunku. 

 Arrluk był bliski śmierci. Mężczyźni zanieśli go do chaty, gdzie zdjęto z niego pokryte lodem ubrania, okryto skórami i napojono gorącym wywarem z odrobiną foczego tłuszczu. Przez trzy dni i trzy noce chłopiec leżał nieruchomo otoczony troskliwą opieką rodziny i najbliższych przyjaciół Nuti i Qimugkauyara. Niestety wkrótce stało się pewnym, że trawione gorączką ciało chłopca nie wytrzyma ciężaru choroby.

 – Gdyby tylko w naszej wiosce mieszkał szaman – mówili między sobą mieszkańcy wioski. – Z pewnością znalazłby sposób, by przebłagać duchy i uratować malca.

 Jednak w wiosce leżącej u podnóża góry Yurairia nigdy nie urodził się ktoś obdarzony mocą i mały Arrluk zdany był tylko na siebie. 

 

3.

 Czwartego dnia czuwania Nuti obudziła się jeszcze przed świtem. Miała dziwny sen, inny niż wszystkie jakie śniła do tej pory. Nie była już małą dziewczynką, a srebrną lisicą o zwinnym ciele i ostrych pazurach. Pośród konarów tysiącletniego dębu bawiła się z przyjaciółmi wilkiem i krukiem. Rozmiary drzewa były niemożliwe do opisania, zdawało się, że jego gałęzie mogą wypełnić sobą całą pustkę kosmosu. Zarówno dla niej, jak jej kompanów, gonitwa wokół potężnego pnia i karkołomne skoki z jednego konaru na drugi były czystą rozkoszą, potęgowaną jeszcze przez świeżość liści i słodkawy zapach kory. Jednak gdy wykonując kolejny skok, łapy lisicy nie natrafiły na nic poza powietrzem, Nuti zaczęła spadać. Pełen przerażenia, gardłowy skrzek lecącego jej na ratunek kruka był tak głośny, że wybudził dziewczynkę ze snu. 

 Zdezorientowana Nuti rozejrzała się wokół siebie. Na powrót była w chacie razem z Qimugkauyarem i Arrlukiem. Podczas gdy ten pierwszy wciąż spał jak zabity, ten drugi najwyraźniej powstał z martwych. Dziewczynce mocniej zabiło serce. Chłopiec niezgrabnie podniósł się z posłania i usiadł, krzyżując nogi. 

 – Arrluk! – Nuti pisnęła głośno, nie potrafiąc się opanować. Sen o kruku, wilku i olbrzymim drzewie w ułamku sekundy popadł w zapomnienie.

 – Quimu! Wstawaj! Arrluk się obudził! – Dziewczynka momentalnie znalazła się przy Arrluku. 

Chłopak był wciąż oszołomiony. Jego usta poruszały się, jednak panująca w chacie cisza pozostawała niezmącona. Nuti nie śmiała mu przerywać, chociaż jedyne czego chciała to objąć go i serdecznie obcałować.

 Arrluk odwrócił w głowę w jej kierunku i uśmiechnął się szeroko. Chciał coś powiedzieć, ale w tym samym momencie jakiś ciężar zwalił go z powrotem na łóżko. To Qimugkauyar rzucił się na niego roześmiany. Nuti nie potrzebowała dodatkowej zachęty i natychmiast dołączyła do zabawy. Po chwili obydwoje odstąpili od przyjaciela, wyczuwając, że chłopiec jest wciąż bardzo osłabiony.

 Qimugkauyar przyniósł przyjacielowi mięso i chleb, podczas gdy Nuti roznieciła dogasający ogień paleniska, by zagotować wodę. Do wschodu słońca wciąż pozostało kilka godzin i cała wioska pogrążona była we śnie. Qimugkauyar, Nuti i Arrluk mieli ten czas tylko dla siebie.

 Opatuleni w zwierzęce futra rozsiedli się przy palenisku. Po zapewnieniach, że czuje się bardzo dobrze i nic mu nie jest, Arluk zamilkł na dłuższy czas, pochłaniając ofiarowane mu jedzenie. Przyjaciele przyglądali się mu uważnie. Mimo że jego zniknięcie nie trwało dłużej niż jeden dzień, to mieli poczucie, że w tym czasie wydarzyło się bardzo wiele. Znali go na tyle dobrze, by wyraźnie widzieć, że zaszła w nim głęboka zmiana. Jaka? Tego właśnie chcieli się dowiedzieć. 

 – Gdzie byłeś? – Nuti przerwała panującą w chacie ciszę. Qimugkauyar również utkwił wzrok w przyjacielu.

 – Chciałem znaleźć sposób, by przegonić śnieżycę, która więziła nas przez tak długo. Zamiast tego spotkałem Władcę Ospy, który podarował mi nowe oczy, nowe gardło i nowe kości. 

 Źrenice Nuti rozszerzyły się ze zdumienia. Mój Arluk będzie szamanem – pomyślała z mieszaniną podziwu i strachu. Podobnie jak i inne dzieci wielokrotnie słyszała opowieści o Władcy Ospy.

 – Dotarłem do miejsca, gdzie stało siedem chat różnego kształtu i wielkości – kontynuował Arluk. Jego wzrok skierowany był na tańczące w palenisku płomienie. – Wszedłem do jednej z nich, by przekonać się, że należy ona do ludzi Wielkiej Choroby. Gdy tylko mnie zobaczyli, wyrwali mi oczy i wrzucili do gotującej się wody. 

Nie potrafiąc się opanować, Qimugkauyar wydał z siebie cichy okrzyk przerażenia. Arrluk uśmiechnął się tylko i mówił dalej:

 – W kolejnej chacie spotkałem gospodarza Szaleństwa, który otworzył moją czaszkę, wyjął z niej mózg, a powstałą po nim pustkę wypełnił roztopionym ołowiem. Następnie poznałem kolejno gospodarzy Zagubienia, Głupoty, Niekończącego się Żalu i innych. Dzięki nim poznałem wszystkie istniejące choroby.

 Następnie przybyłem do kraju szamanów, gdzie wykorzystując starożytne techniki, zahartowano moje gardło i zmieniono głos. Poznałem tam wielu mężczyzn i wiele kobiet. Siedzieli przy ogniu i przez kolejne dni i noce dzielili się ze mną swoją wiedzą. Dzięki nim posiadłem zdolność do śpiewania pieśni szamańskich i wpadania w trans.

 Ostatnim miejscem, jakie odwiedziłem, była kraina dziewięciu jezior. Pośrodku jednego z nich była wyspa, a na niej rosło potężne drzewo, pod którym swoją pracownię miał kowal-olbrzym. Nagi mężczyzna z pomocą olbrzymiego miecha rozdmuchiwał ogień w palenisku, na którym stał kocioł wielki jak połowa Ziemi. Gdy tylko mnie zobaczył, podbiegł do mnie i chwycił potężnymi obcęgami. Następnie odciął moją głowę, a pokrojone na kawałki ciało wrzucił do kotła, gdzie gotowały się przez siedem lat.

 W kuźni olbrzyma znajdowały się trzy kowadła. Mężczyzna położył moją głowę na środkowym, wziął do ręki młot i zaczął uderzać w głowę z całej siły. Głuchy dźwięk niósł się wokół, burząc spokój dziewięciu jezior. Gdy olbrzym skończył swą pracę, włożył moją głowę do kotła z zimną wodą, by ją zahartować i tym samym zakończył swą pracę.

 W chacie na powrót zapadło milczenie. Trójka przyjaciół siedziała nieruchomo, wpatrując się w dogasający ogień. Żadne z nich nie potrafiło w pełni zrozumieć znaczenia wypowiedzianych przed chwilą słów. Dla wszystkich stało jednak jasne, iż ich dotychczasowe życie wkrótce ulegnie zmianie.

 Początkowo, słysząc opowiadaną przez Arrluka historię, mieszkańcy wioski byli przekonani, że chłopak postradał zmysły. Jednak jego mowa była składna, a umysł jasny i nieskalany szaleństwem. W porozumieniu z ojcem chłopca postanowili, że wyślą go do sąsiedniej wioski, gdzie żyła stara szamanka Elisapee, by z jej pomocą nauczył się robić użytek z wiedzy przekazanej mu przez duchy.

 Pojawienie się w ich wiosce kandydata na szamana było niewątpliwie zaszczytem, jednak większość tych, którzy go znali, obawiała się gwałtownego usposobienia chłopca. Jego rodzicom nigdy nie udało się okiełznać jego uporu i zmusić do posłuszeństwa, toteż w końcu pozwolili mu wieć samodzielne życie. Wciąż mógł liczyć na strawę i miejsce do spania, ale na nic poza tym. Pozostawiony samemu sobie, malec z każdą kolejną wiosną stawał się coraz bardziej dziki i zapalczywy. Stronił od ludzi i kiedy tylko mógł, samotnie wyprawiał się na śnieżne pustkowia, by całe dnie przebywać z dzikimi stworzeniami. Czy komuś takiemu faktycznie pisane było zostać szamanem? Czy tym razem duchy nie popełniły pomyłki? Decyzja jednak zapadła i nie było od niej odwrotu.

 Podobnie jak mieszkańcy wioski, najbliżsi przyjaciele Arrluka również patrzli na niego w oddmienny sposób. Nuti widziała go jak bohatera i podziwiała całym swym sercem, podczas gdy Qimugkauyar, mimo że w przyszłości miał zostać wodzem wioski, zazdrościł Arrlukowi. Był pewny, że stałby się lepszym szamanem niż jego przyjaciel, ale w żaden sposób nie zdradził swych myśli.

 Wkrótce Arrluk zostawił za sobą ludzi, których znał przez całe życie. W jego sercu ból spowodowany rozstaniem z przyjaciółmi mieszał się z radosnym oczekiwaniem. W tym momencie ścieżka jaką miał podążyć wydawała się prosta i jasna, a każdy problem możliwy do rozwiązania. Chłopiec nie mógł jednak wiedzieć, że wiele lat później proroctwo Władcy Ospy wypełni się, a on sam poprzez samotność i cierpienie zawędruje aż na sam kraniec krainy śmierci.

 

4.

 Wieczorem Qimugkauyar przyniósł dziecko. Ułożył je na przygotowanym na środku pomieszczenia posłaniu, po czym wyszedł, nie oglądając się za siebie. Nanook jednak została. Keyush oddychał płytko i chrapliwie, był bardzo słaby. 

 Arrluk podsycił płomienie w palenisku i wypił przygotowaną wcześniej miksturę. Nieruchomy do tej pory chłopiec zakaszlał. Dym z paleniska drażnił płuca i oczy, jego zapach przywodził na myśl rzeczny muł, suszone grzyby i trawę. 

 Ubrany w strój wilka szaman sięgnął po bębenek. Pierwsze słowa pieśni były ciche i niekształtne, jakby wypowiedzenie ich wymagało ogromnego wysiłku. Do melodii dołączył rytm, któremu podporządkowało się ciało mężczyzny. Jego ruchy stopniowo nabierały wyrazistości, by w końcu zlać się z pieśnią w jednorodny strumień energii. Mięśnie, płuca i płynąca w żyłach krew, wszystko poddało się pradawnej sile, za którą podąża wszystko co żyje. Nanook przyglądała się temu przerażona, nigdy bowiem nie uczestniczyła w podobnej ceremonii. Trwała jednak na swoim miejscu, gotowa na wszystko. 

 Z każdą chwilą dogasający żar dawał coraz to mniej światła i wkrótce sylwetka pogrążonego w transie szamana stała się ledwie widoczna. Śpiew mężczyzny przybierał na sile, słowa wyrywały się z jego gardła z coraz to większą mocą. Rytm bębenka torował sobie drogę poprzez gęstniejącą ciemność. Pieśń szamana stopniowo przechodziła w zgrzytliwe warczenie, jakby skóra wilka zaczęła stapiać się z ludzką. Nanook coraz trudniej było zachować przytomność. Zmęczenie oraz groza ceremoni nieubłaganie spychały ją poza granicę snu. 

 W pewnym momencie kobieta na powrót odzyskała przytomność. Chatę wypełniała cisza. Arrluk leżał nieruchomo obok Keyusha, trzymając bębenek przyciśnięty do własnej piersi niczym ochronny talizman. Nanook dołożyła opału do ognia i jeszcze raz sprawdziła czy chłopiec jest dobrze okryty. Teraz mogła już tylko czekać.

 

5. 

 Arrluk znajdował się na szczycie wzgórza. Przed nim rozciągała się rozległa równina. Panowała noc i z rozsypanych po bezkresnym niebie gwiazdy sączyło się jednostajne, blade światło. Padający śnieg był czarny i zimny, a gdy chwytał go w dłoń, ten obracał się w nicość. Gdzieś w oddali malował się szczelny kordon strzelistych gór. Znajdowały się na samym skraju widnokręgu, jednak ich obecność była niezwykle wyraźna, jakby to one stanowiły ramę, bez której ten krajobraz rozpadłby się w mgnieniu oka. 

 Mężczyzna raz jeszcze rozejrzał się wokoło, po czym ruszył przed siebie. Kierunek nie miał żadnego znaczenia, tutaj liczył się tylko czas. Od samego początku czuł, że ta podróż będzie inna niż wszystkie poprzednie. Z jakiegoś powodu w pogoni za duszą Keyusha zawędrował nie do królestwa niebios, ale w przeciwnym kierunku.

 Przez najbliższe trzy dni szaman szedł, nie napotykając na swojej drodze żadnych przeszkód. Śnieg padał nieprzerwanie, rozpraszany pojedynczymi podmuchami wiatru. Poza przybliżającym się zarysem gór, krajobraz nie ulegał zmianie. To miejsce zdawało się martwe. Każdego dnia gwiazdy ustępowały miejsca słońcu, którego światło było jednakowo mdłe i ponure. Czerń przeradzała się w szarość, cienie na przemian skracały się i rozciągały.

 Mężczyzna odpoczywał tak rzadko, jak to tylko mógł. Pragnienie i głód wkrótce zaczęły mu doskwierać, jednak on starał się nie zwracać na to uwagi. Trzeciego dnia równina zaczęła się zmieniać i na drodze szamana wyrosły pierwsze wzgórza. Arrluk szedł jednostajnym tempem, starając się oszczędzać siły. Jego myśli nie wybiegały w przód dalej niż o kolejny krok. Każde kolejne wzniesienie było wyzwaniem, ale to droga w dół niosła ze sobą największe ryzyko. Mężczyzna starał się unikać leżących pod czarnym śniegiem kamieni i lodu, lecz nie było to łatwe. W którymś momencie poślizgnął się i bezwładnie stoczył w dół zbocza. Ból otrzeźwił nieco umysł zmęczony jednostajnością martwego krajobrazu. 

 Wstając, szaman kątem oka dostrzegł jakąś postać. Błyskawicznie obrócił się w jej kierunku, gotowy odeprzeć atak, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Jego ojciec zmarł wiele lat temu podczas jednego z polowań. Serce myśliwego zatrzymało się, a on trzymając w zaciśniętej dłoni harpun, upadł na dno swojej łodzi. Teraz jednak stał przed nim pośrodku tej ponurej krainy, mierząc Arrluka ślepym spojrzeniem pustych oczu.

 – Wiele lat upłynęło, mój synu – rzekła zjawa na powitanie.

 – Wiele – odparł Arrluk, kładąc dłoń na swoim bębenku.

 – Zawsze wolałeś być sam ze sobą i teraz też zastaję cię bez nikogo przy twoim boku. – Nie płodzisz dzieci, nie dzielisz mięsa z przyjaciółmi. Jaki jest pożytek z takiego życia?

 – Jestem szamanem.

 – Który nie służy nikomu poza samym sobą? Nic dziwnego, że spotykamy się właśnie tutaj. – Zjawa zaśmiała się szyderczo i po kilku sekundach jej sylwetka zaczęła się rozmywać. Arrluk na powrót został sam.

 Piątego dnia mężczyzna dotarł do podnóża łańcucha górskiego. Olbrzymia masa czarnych skał pięła się stromo w górę. Szaman niechętnie zszedł z dotychczasowej ścieżki w poszukiwaniu łatwiejszej drogi. Kolejny dzień przerodził się w noc, gdy mężczyzna w końcu odnalazł wąski trakt, ukryty pomiędzy parą olbrzymich głazów. Mimo że pragnął jak najszybciej ruszyć w dalszą drogę, to jednak zdecydował się na odpoczynek. Najtrudniejsza część podróży dopiero miała się zacząć. Szaman ułożył się na ziemi i walcząc z sennością, objął wzrokiem najbliższą okolicę. Tworzące naturalną bramę kamienie budziły w nim strach i odrazę. Wyznaczały granicę, za której nie było już powrotu.

 Po przebudzeniu szaman kontynuował wspinaczkę w kierunku szczytu góry. Na swojej drodze raz za razem napotykał pozostałości dawno porzuconych budowli. Drewniane szkielety wystawały spomiędzy rozpadających się fundamentów, gdzieniegdzie wciąż można było dostrzec targane wiatrem strzępy zwierzęcej skóry. Arrluk przypuszczał, że niegdyś mogli tu żyć Mali Ludzie. Znał ich nie tylko z opowieści starszych, ale też ze swych wędrówek, zamieszkiwali bowiem obrzeża obydwu znanych mu światów. Mimo niewielkiego wzrostu, istoty te posiadały niezwykłą siłę i każdy z nich z łatwością mógł unieść dorosłego karibu. Zazwyczaj byli bardzo nieśmiali i unikali ludzi, jednak zdarzało się, że dokonywali drobnych kradzieży albo płatali złośliwe figle. Na swoje ofiary najczęściej wybierali tych, którzy źle traktowali dzieci lub zwierzęta, dlatego wśród mieszkańców północy cieszyli się raczej dobrą sławą.  

 Ruiny, którymi wydawało się być usłane całe zbocze góry, wywołały w mężczyźnie złe przeczucia. Dobrze wiedział, ze Mali Ludzie przywiązywali olbrzymie znaczenie do swojego terytorium i decydowali się je opuścić tylko w wyjątkowych okolicznościach. Strome zbocze stopniowo zaczęło przeradzać się w szeroki płaskowyż, gdy Arrlkowi ukazały się kolejne rzędy niszczejących konstrukcji. Wiatr ustał niemal zupełnie i szaman poczuł, że nie jest sam. 

 – Pamiętasz jak kiedyś wspinaliśmy się na szczyty gór, by stamtąd móc podziwiać piękno naszej krainy? Od strony lądu stada karibu, od morza foki, lwy morskie i grzbiety wielorybów. W sercu tego wszystkiego my, gotowi na każdą przygodę. – Stojąca przed Arrlukiem zjawa wyglądała i mówiła jak Qimugkauyar.

 – Czego chcesz? – Szaman nie miał ochoty na kolejną bezsensowną rozmowę. Nie zatrzymał się też, a parł naprzód, utrzymując obrane wcześniej tempo.

 – Chcę żebyś zrozumiał, co odrzuciłeś.

 – To nie ja dokonałem wyboru – odparł.

 – Złożyliśmy przysięgę, ale gdy umarła Nutii, ty odszedłeś razem z nią, zostawiając mnie samemu sobie.

 – Nigdzie nie odszedłem – mężczyzna warknął zniecierpliwiony.

 – Zamknąłeś się w swojej chacie i odepchnąłeś nas wszystkich. Twoja żałoba znaczy więcej niż nasza?

 – Odejdź. Nie mam ci nic do powiedzenia. – Arrluk czuł jak narasta w nim gniew.

 – Odtrącasz mnie po raz kolejny? Niech i tak będzie – odparła zjawa i rozpłynęła się w mroźnym powietrzu nocy. 

 Ponura rozmowa zaabsorbowała szamana na tyle, że nie zauważył zmiany, jaka nastąpiła na niebie. Tylko instynkt, który narodził się w nim przez lata obcowania z duchami, uratował go przed śmiercią. Zorza polarna rozbłysła nad nim w ułamku sekundy. Jej długie, drżące łapska, zamiast dosięgnąć głowy mężczyzny, rozerwały tylko skórzany płaszcz, by pozostawić krwawe szramy na plecach. Arrluk rzucił się w śnieg i błyskawicznie wczołgał się pomiędzy próchniejące kłody drewna. Mimo dotkliwego zimna przywarł ciasno do podłoża zbyt przerażony, by się poruszyć. 

 W jego wiosce dorośli już od najmłodszych lat przestrzegają dzieci przed zorzami polarnymi. Mówi się, że porywają dzieci tylko po to, by zrzucić je do morza, albo zanoszą je do swojej krainy, skąd nie ma powrotu. To dlatego, gdy tylko pojawią się na niebie, ludzie gwiżdżą, aby uniemożliwić im czynienie krzywdy. Arrluk przeklinał swoją lekkomyślność. Wiszące nad nim niebo roiło się od dziesiątek zielonkawych upiorów. Mężczyzna wyraźnie widział ich przerażające twarze o pustych oczodołach i długie, powkręcane ramiona. Były nieme, jednak obecność tak wielu z nich sprawiała, że powietrze wibrowało nieznacznie, wydając dźwięk przypominający brzęczenie pszczół. Zorze krążyły wokół, raz po raz wznosząc się i spadając pomiędzy rozsiane po płaskowyżu ruiny.

 Szaman trwał przez chwilę nieruchomo. Nie mógł czekać na nadejście dnia, każda chwila, jaką marnował, zmniejszała szanse na odnalezienia chłopca. Mimo otępiającego bólu zaczął czołgać się przed siebie. Korzystając z ochrony jaką dawały mu porozrzucane kłody drewna i rozsypujące się fundamenty, pokonał znaczną część płaskowyżu. Jednak z czasem ruiny przerzedził się i coraz trudniej było znaleźć osłonę przed atakiem z góry. Musiał teraz kluczyć pomiędzy szczątkami budowli, tracąc coraz więcej czasu i sił. 

 W końcu dotarł do miejsca gdzie rozpoczynała się zupełnie płaska, otwarta przestrzeń. Nieco dalej po jego prawej stronie wyrastała potężna skalna ściana, natomiast po lewej teren opadał gwałtownie, prawdopodobnie w kierunku przepaści albo głębokiego wąwozu. Arrluk zamknął oczy i na przekór zimnu przenikającemu jego ciało przez dłuższą chwilę trwał nieruchomo. Czuł płatki czarnego śniegu uderzające w jego płaszcz i słyszał napełniające go przerażeniem brzęczenie drapieżnych zórz. Pozwolił, by myśl o chłopcu, którego obiecał uratować, stopniowo wypełniła wnętrze jego czaszki. Po chwili szaman otworzył oczy. Nie mógł tracić już więcej czasu, musiał działać. 

 I wtedy kilkanaście metrów od niego pojawił się srebrny lis. Ich spojrzenia spotkały się na moment i mężczyznę przeszedł dreszcz. Nie dlatego, że było to pierwsze żywe stworzenie, jakie napotkał w tej przeklętej krainie, ale dlatego, że w tych oczach było coś znajomego, coś co poruszyło go do głębi.

 Lis obrócił się, po czym niespodziewanie zniknął. W skale musiał znajdować się jakiś otwór, a może nawet korytarz prowadzący poza płaskowyż. Po chwili zwierzę pojawiło się ponownie. Rzuciło szamanowi wyczekujące spojrzenie i na powrót zniknęło. Dzieląca ich przestrzeń nie miała żadnej ochrony. Mężczyzna wiedział, że zorze polarne ruszą za nim natychmiast, gdy tylko opuści kryjówkę. 

 Przez chwilę Arrluk próbował znaleźć wzór, wedle którego poruszały się zorze. Niestety nawet jeśli takowy istniał, to szaman nie potrafił go odnaleźć. Mężczyzna sprawdził czy rzemienie jego płaszcza są dobrze zawiązane, a bębenek przytwierdzony do jego pasa. Zaparł się stopami o leżące pod śniegiem kamienie i wziął głęboki oddech. Mimo że przerażenie zdawało się pochłaniać jego wnętrzności, napiął wszystkie mięśnie i gwałtownie ruszył przed siebie. 

 Niemal natychmiast poczuł, że popełnił błąd. Zmęczone długim marszem kończyny zdrętiwały i osłabły. Po kilkunastu krokach dostrzegł widniejącą w skale szczelinę, jednak równocześnie zrozumiał, że nie zdąży do niej dotrzeć. Upiorne brzęczenie zórz przybrało na sile. Były tuż za nim. Nagle szaman poczuł, że traci równowagę. Leżąca pod grubą warstwą śniegu skała straciła swą jenorodność i zaczęła gwałtownie usuwać się spod jego stóp. Bezdenna otchłań góry zdławiła krzyk mężczyzny.

 Arrluk obudził się. Rozpaczliwie zaczerpnął powietrza. Serce łomotało mu w piersi, jakby chcąc wyrwać się na zewnątrz. Ból przyszedł dopiero po chwili. Palący nerwy ogień rozszedł się nieśpieszenie wzdłuż kręgosłupa, przez ramiona, talerze miednicy i uda, docierając aż do palców stóp i dłoni. Arrluk chciał wrzeszczeć, ale zamiast tego włożył do ust rękaw swego płaszcza i zagryzł go z całej siły.

 W końcu szaman ponownie otworzył oczy. Ból powoli zaczął ustępować, chociaż wciąż był oszołomiony i zdezorientowany. Mężczyzna usiadł najostrożniej jak tylko potrafił i rozejrzał się wokół. Wiedział, że otacza go woda, ale nic poza tym. Panującą wokół ciemność rozpraszało jedynie wątłe światło, wnikające w głąb ziemi przez pojedyncze szczeliny. Musiał znajdować się na jednym z tysięcy lodowych odłamków, spływających w dół podziemnej rzeki. Góra, przez którą wiodła jego droga, kryła w sobie więcej tajemnic, niż mógł się spodziewać.

 Arrluk ponownie ułożył się na plecach. W tym momencie nie mógł zrobić nic, poza poddaniem się woli niosącej go rzeki. Pozbawiony konieczności robienia czegokolwiek, pozwolił, by jego umysł błąkał się pośród otaczającej go ciemności. Nagle wnętrze góry wypełnił znajomy głos.

 – Jak to możliwe, że spośród wszystkich, których wybrałem, jedynie ty zdecydowałeś się odrzucić swój dar? Miałeś największą moc, a jednak twój żal pochłoną ją niemal zupełnie.

 Mimo upływu czasu głos Władcy Ospy pozostał niezmieniony. Arrluk rozejrzał się wokół, jednak w otaczającej go ciemności nie był w stanie znaleźć źródła dźwięku. 

 – Obiecałeś mi mądrość i wiedzę. Ale, gdy potrzebowałem ich najbardziej, zawiodły mnie. Wszystko co znam, to kłamstwa i cierpienie. 

 – Biedny chłopcze. Patrzysz, ale twoje oczy pokryte są bielmem. Wytężasz słuch, ale dociera do ciebie jedynie echo twoich własnych słów. Wszystko o co obwiniasz innych, uczyniłeś ty sam – w głosie Władcy Ospy dało się wychwycić nutę współczucia. Arrluk czuł, jak narasta w nim gniew. 

 – Śmierć była ceną, którą to ja miałem zapłacić, nie ona! 

 – Znasz świat i jego prawa. Myślałeś, że dotyczą wszystkich oprócz tych, których kochasz? Ile jeszcze cierpienia zrzucisz na samego siebie, zanim przyjmiesz prawdę? 

 Arrluk chciał odpowiedzieć, ale nie znalazł słów, których szukał. Rozmowa dobiegła końca i wnętrze góry na powrót wypełniło się milczeniem. Rzeka, która do tej pory płynęła prosto, teraz wiła się niczym wąż polujący w wiosennej trawie. Otępiały szaman pozwalał się jej nieść, poddając się woli żywiołu. 

 W pewnym momencie, Arrluk zauważył, że otaczająca go ciemność stopniowo przeradza się w brudną, zużytą szarość. Mężczyzna podniósł głowę. Daleko przed sobą dojrzał łagodną poświatę, podziemna rzeka opuszczała trzewia góry, a on razem z nią. Obezwładniające go otępienie zniknęło. Wciąż istniał cień szansy, że uda mu się wypełnić misję.

 Jego nadzieja ulotniła się jednak równie szybko, jak się pojawiła. Podziemna rzeka zdradziła go. Jej wody wyniosły go poza zasięg żarłocznych zórz, ale równocześnie wpędziły w pułapkę bez wyjścia. Szaman wstał z trudem. Jego ciało zesztywniało od zimna i bezruchu. Balansując niepewnie na lodowej krze, objął wzrokiem rozlewającą się przed nim pustkę. Wokół aż po horyzont rozpościerało się bezkresne morze. Otaczająca mężczyznę woda zdawała się być czarna i gęsta niczym smoła. 

 Nagle Arrluk uświadomił sobie, że przestrzeń pod nim wypełnia się nieznaną mu obecnością. Coś olbrzymiego, co żyło w głębinach, zbliżało się w jego kierunku, czuł to całym sobą. Mężczyzna wyciągnął spod płaszcza długi nóż i czekał. Spychający go z dala od lądu prąd stopniowo zanikał i powierzchnia morza stawała się coraz spokojniejsza, aż w końcu zakrzepła na dobre. 

 To wszystko zniknęło w jednym momencie. Nieruchoma toń morza pękła, wyłamana cielskiem olbrzymiego wieloryba. Stwór wystrzelił z wody i uniósł się aż pod sam nieboskłon, gdzie zawisł na moment, jakby pragnąc zaprezentować się w całej swej okazałości. Potężne szczęki rozwarły się i bestia runęła w dół i zamykając mikroskopijną sylwetkę szamana w swoim wnętrzu. Chwilę później powierzchnia morza na powrót stała się gładka i nieruchoma. 

 

6.

 Arrluk otworzył oczy. Otaczająca go ciemność była jednak zbyt głęboka, by mógł cokolwiek dostrzec. Spróbował wstać, ale jego ciało zdawało się być zupełnie wyczerpane. Ponownie znalazł się w niewoli sił rządzących tą ponurą krainą. Jego moc, upór i wiedza, za którą zapłacił własną krwią, były bezużyteczne. Chodzący trup, rozczarowanie, drwina. 

 Przez chwilę walczył ze sobą, ale w ostateczności pochłaniająca duszę mężczyzny rozpacz zwyciężyła. Otoczył głowę ramionami i ścisnął ją z całej siły. Ogarnięty bezsilnością ułożył się na boku i szlochał, pozwalając, by ból, który nosił w sobie przez tak długo, wydostał się na zewnątrz. Zasnął dopiero, gdy zabrakło mu łez.

 

7.

 Szaman leżał w ciemności, nasłuchując. Ogrom wieloryba sprawiał, że nie dało się stwierdzić czy bestia porusza się, czy śpi. Nie było tu czasu ani miejsc, ani niczego, co można by zrozumieć czy opisać. Mężczyzna z trudem usiadł i oparł się plecami o utworzoną z gładkiej tkanki ścianę. Jego ubranie wyschło, ale pozostało sztywne od zakrzepłej soli. Arrluk spróbował się uspokoić, jednak im bardziej pragnął jasności, tym trudniej mu było zapanować na swoimi myślami.

 Słowa zjaw nieprzerwanie rozbrzmiewały w jego głowie. Wiedział, że duchy mówiły prawdę. Był samolubny i niewdzięczny. Złamał dane obietnice, zaniedbał obowiązki i opuścił tych, którzy go potrzebowali. Pozwolił, by pochłonął go ból i żałoba, zamiast zawrzeć pokój z tym co nieuchronne. Jaśniej niż kiedykolwiek widział, że to on stał w samym środku wszystkich wydarzeń. Świadomość tego przyniosła mu nieoczekiwaną ulgę. 

 Arrluk niepewnie stanął na nogi. W jego stawach wciąż czaił się chłód, jednak mięśnie, choć otępiałe, były mu posłuszne. Szaman ruszył przed siebie. Stąpał ostrożnie, z wyciągniętymi przed sobą ramionami, nie natrafiał jednak na nic poza suchym powietrzem. 

 Do pierwszej przeszkody dotarł dopiero po dłuższej chwili. Pozwolił palcom gładzić powierzchnię przedmiotu, by ze zdumieniem odkryć, że musi to być łódź, ale znacznie większa niż te, jakie do tej pory widział. Obszedł ją dookoła, uważnie badając jej fakturę i chłonąc przyjemny zapach drewna. Wnętrze wieloryba nie było puste, jak się spodziewał, ale pełne zagrabionych przez bestię skarbów.

 Od teraz natrafiał na kolejne, niezwykłe przedmioty. Niektóre potrafił rozpoznać od razu, jednak wiele z nich była mu zupełnie nieznana, jakby pochodziły z obcych mu miejsc i czasów. Minął kamienną figurę przedstawiającą pół kobietę, pół kota, olbrzymie bele cienkiego materiału, który wystarczyłby na tysiące żagli. Napotkał niezwykłe twory z żelaza, których budowa sugerowała, że niegdyś można było je wprawić w ruch. Przeszedł przez las martwych drzew i oraz wydmy zbudowane ze zmieszanej z kwiatami pszenicy.

 Szaman parł przed siebie, dopóki nie natrafił na szereg budowli skonstruowanych przy pomocy drewna, gliny i olbrzymich kości. Tak jak się tego spodziewał, w środku nie było nikogo. Arrluk usiadł przed jedną z chat i sięgnął po przytroczony do pasa bębenek. Delikatnie pogładził podwójną membranę i zaczął grać. 

 Początkowo rytm wygrywany przez zesztywniałe od zimna dłonie wydawał się być wątły i nieporadny. Na przemian gubił się w bezkresnej pustce wieloryba i odnajdywał właściwe sobie miejsce. Z każdą kolejną chwilą nabierał mocy i pewności siebie. Ten rytm i podążające jego śladem bicie serca przypomniały Arrlukowi, kim był. Przywoływał wspomnienia o jego nauce i minionych wędrówkach, przywracał twarze tych, których nie zdołał uratować. Dopiero teraz widział wyraźnie, że stał się szamanem nie z czyjejkolwiek woli, ale dlatego, że nigdy nie było innej możliwości.

 Dudnienie bębenka zaczęło wypełniać sobą wnętrze wieloryba. Mężczyzna starał się zestroić wibracje instrumentu z cielskiem bestii, jednak było to niezwykle trudne. Wycieńczony do cna, nie potrafił znaleźć w sobie siły, która pozwoliłaby mu pokonać więżącą go bestię i zmusić ją do posłuszeństwa. Z każdą chwilą powzięty plan stawał się mniej realny. Jego moc wyczerpała się.

 Tuż nad jego głową rozległ się szum skrzydeł i mężczyzna poczuł, jak niewielki ciężar upada na jego kolana. Natychmiast odłożył bębenek na bok i sięgnął w ciemność. Jego palce natrafiły na dwa podłużne przedmioty i szaman zrozumiał, że trzyma w dłoniach drewienka do rozpalania ognia.

 Nie było czasu do namysłu. Arrluk chwycił nieco zaścielającej podłoże ściółki, złożonej z wysuszonej kory, kwiatów i liści, po czym zabrał się do pracy. Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie wątły język ognia wynurzył się z ciemności, oślepiając mężczyznę i niwecząc jego trud. Szaman rozpoczął wszystko od nowa, jednak tym razem nie pozwolił się zaskoczyć. Ogień przyjął jego ofiarę i niczym fala zaczął rozlewać się wokół.

 I wtedy w blasku rozświetlającym wnętrze wieloryba Arrluk dostrzegł sylwetkę kruka przycupniętego na zbutwiałym maszcie starożytnego statku. Ptak i człowiek wymienili spojrzenia. To było ich pierwsze spotkanie, jednak rozpoznali się bez trudu. Kruk obrócił głowę, rozpostarł skrzydła i wzbił się wysoko w powietrze tylko po to, by z impetem runąć prosto w ogień. Czarne pióra zajęły się w ułamku sekundy i ptak zmarł, wydając z siebie jedynie ciche westchnienie ulgi. Oszołomiony tą gwałtowną śmiercią, mężczyzna pochylił głowę i wyszeptał słowa podziękowania.  

 Już wcześniej słyszał o szamanach i wiedźmach, którym nie udało się powrócić z wędrówki po krainie duchów. Niektórym zabrakło sił, inni zgubili drogę, a jeszcze inni zatracili się w swych zwierzęcych postaciach. Kto wie jak długo ten biedak musiał tu czekać, zanim pojawił się ktoś, komu mógł oddać swoje drewienka i uwolnić się z tego więzienia? Arrluk uśmiechnął się do siebie. Ta podróż nie odbyła się na marne, nawet jeśli miało to być jego jedyne zwycięstwo. 

 Rozpoczęty przez szamana pożar przybierał na sile. Ciemność odeszła, zastąpiona przez tańczące pośród płomieni cienie. Skarby, które przez tysiąclecia wieloryb zgromadził w swoim wnętrzu, teraz obracały się w gorący pył. Ogień coraz śmielej lizał potężny kręgosłup bestii i wyrastające z niego żebra. Snopy iskier przeszywały powietrze niczym korowody złocistych tancerzy. Ryk trawionego drewna, eksplodujące z hukiem nasiona, trzask wyginającego się metalu nakładały się na siebie, tworząc ogłuszającą symfonię zniszczenia.

 Nagle gwałtowny wstrząs pozbawił szamana równowagi. Po nim pojawił się kolejny i jeszcze jeden. Olbrzymia fala wtargnęła do wnętrza wieloryba. Arrluk stanął na wprost niej i rozłożył ramiona w powitalnym geście. Gdy masa wody pochłonęła jego wątłą postać, szaman nie próbował walczyć z żywiołem, ale uległ mu całkowicie. Jeszcze przez chwilę w odmętach lodowatej wody dało się zauważyć pojedyncze skupiska ognia i rozpryskujące się snopy iskier. W końcu wszystko na powrót zatonęło w ciemności i ciszy.

 

8.

 Arrluk obudził się w niewielkiej jaskini. Z zaskoczeniem odkrył, że tuż obok pali się ogień, a nad nim gotuje się strawa. Usiadł powoli, starając się nie zważać na protesty wycieńczonego ciała. Mężczyzna najpierw zobaczył Keyusha. Chłopiec spał na posłaniu ze skór karibu. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała miarowo, a niezdrowa bladość zniknęła. Zapatrzony w oblicze chłopca szaman dopiero po chwili dostrzegł obecność jeszcze jednej osoby. Na wprost niego siedziała Nuti. Wyglądała dokładnie tak jak ją zapamiętał. Jej twarz promieniała łagodnym ciepłem, oczy skrzyły się wesołe iskierki. Długie włosy opadały na ramiona, gdzieniegdzie dało się zauważyć pojedyncze warkoczyki. Patrzyła wprost na niego, uśmiechając się radośnie. Dopiero teraz, widząc ją po raz pierwszy od tak długiego czasu, uświadomił sobie, jak bardzo za nią tęsknił. 

 Nuti wstała i usiadła obok Arrluka. Objęła go, przytulając jego twarz do swojej. Dłonie mężczyzny wpiły się w jej ubranie. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezbronny. Zapach jej ciała, jej dotyk sprawiały, że wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Trwali tak przez dłuższą chwilę, po czym ułożyli się posłaniu.

 Palce Nuti zagłębiły się w długich włosach szamana. Jej druga dłoń ruszyła na poszukiwanie zmian, jakie wywarł na nim czas. Każda blizna, każda świadcząca o zaleczonym złamaniu wypukłość były dokładnie badane i zapamiętywane. Arrluk zamknął oczy. Usta mężczyzny i kobiety spotkały się. Szaman chciał o coś zapytać, ale odkrył, że zna odpowiedź. Nie musiał się już śpieszyć. W tym momencie istniała tylko jedna droga, był gotowy pójść nią do samego końca. 

 

9.

 Następnego ranka, gdy resztki snu zniknęły spod jego powiek, Arrluk opuścił jaskinię. Pod jego płaszczem spało szczenię srebrnego lisa. Mężczyzna znalazł je na posłaniu gdzie jeszcze wczoraj leżał Keyush. Ciało zwierzęcia było ciepłe i delikatne. 

 Wąski korytarz wyprowadził go na skalną półkę. Roztaczał się stąd widok na szeroką równinę i leżące za nią wzgórze, gdzie zaczęła się jego podróż. Srebrna lisica czekał tuż przy wylocie z jaskini. Na jego widok ruszyła przed siebie, a on podążył jej śladem. Poza ich trójką, wokół nie było nikogo.

 Zejście w dół zajęło im niemal cały dzień. Zbocze było strome, do tego lód i obsuwające się skały utrudniały wędrówkę. W końcu jednak dotarli bezpiecznie na skraj równiny. Od strony wzgórza nadciągnął wiatr, niosąc ze sobą tumany czarnego śniegu. Kraina była mu nieprzerwanie wroga, jednak ogrzewające jego pierś ciepło i towarzystwo Nuti sprawiały, że stojące przed nim przeszkody zdawały się łatwiejsze do pokonania. 

 Od teraz marsz upływał na mozolnej walce. Śnieg oślepiał mężczyznę, zimno spowalniało jego kroki. Czasami podmuchy wiatru były tak silne, że jedyne co mógł zrobić to położyć się na ziemi i czekać. Wkrótce pojawił się ból w kolanach, potem w grzbiecie i udach. Jego oddech stał się płytki i chrapliwy. Zmęczenie, które wygnała z niego poprzednia noc, powróciło. Arrluk po raz kolejny spojrzał na idącą przy jego boku lisicę. Dotarł zbyt daleko, by teraz się poddać.

 Dwa dni później cel ich wędrówki był już w zasięgu wzroku. Szaman z przerażeniem zdał sobie sprawę, że ciepło skulonego pod ubraniem zwierzęcia zaczyna gasnąć. On sam był już ledwo żywy. Skóra na jego stopach popękała. Palce i część twarzy zaczęły czernieć. Mężczyzna ze wzrokiem utkwionym w oddali rozpoczął najtrudniejszą część swej wyprawy. Ból raz za razem przeszywał ciało, płuca zdawały się być do połowy wypełnione lodowata wodą. Jedyne co dawało mu siłę do walki, to ocierające się o jego skórę zwierzę i pragnienie, by je ocalić. 

 Czas płynął, a wiszące nad mężczyzną niebo zmieniło się po raz kolejny. W momencie gdy dotarł do stóp wzgórza i rozpoczął wspinaczkę, burza rozpętała się na dobre, jakby wściekłość tej złowrogiej krainy sięgnęła zenitu. 

 Gromadzący się na ubraniu Arrluka śnieg zaczął topnieć i nabierać ciężaru. Mężczyzna spróbował strząsnąć go z siebie, ale ten przylgnął do niego niczym smoła. Od teraz każdy kolejny krok okupiony był nieludzkim wysiłkiem. Dziesiątki lepkich pasm ciągnęły się za szamanem niczym łańcuchy. Z każdym szarpnięciem zrywał część z nich tylko po to, by na ich miejscu pojawiły się nowe, silniejsze więzy. Wkrótce nie był już w stanie iść. Upadł na kolana i zaczął czołgać się naprzód. Mijały kolejne minuty, ale jemu zdawało się, że nieprzerwanie trwa w miejscu. Czarny śnieg coraz ściślej otaczał jego ciało. W pewnym momencie rozległ się niespodziewany trzask i jedna z membran przytroczonego do pasa bębenka pękła pod naporem bezlitosnej siły.

 Szczyt wzgórza był już w zasięgu wzroku. Szaman podjął się ostatniej, rozpaczliwej próby. Leżące na jego piersi delikatne ciało szczenięcia było niemal zupełnie zimne. I właśnie wtedy czarna maź rozluźniła swój uścisk i niczym żywy organizm przesunęła się w kierunku głowy mężczyzny. Zasklepiła oczy i uszy, po czym skierowała się w kierunku jego ust. Arrluk próbował krzyknąć, ale jego słowa nie miały w sobie mocy i natychmiast zginęły pośród huku wichury.

 – Pomóż mi – wyszeptał szaman. – Pomóż mi, proszę!

 Lisica trwała przy nim przez cały czas. Nie mogła jednak zrobić nic więcej, jak tylko patrzeć, jak umiera.

 Czarna substancja gwałtownie wdarła się do gardła mężczyzny. Jego ciało wygięło się nienaturalnie, zrywając ścięgna i wyłamując kości ze stawów. Wnętrzności wypełniły się przeraźliwym zimnem, każda komórka umierała osobno. Ślepy i głuchy Arrluk ostatnim wysiłkiem postąpił jeszcze jeden krok naprzód. I w ułamku sekundy wszystko się skończyło. 

 Zimno i mrok odeszły. Góry zapadły się, a czarny śnieg wyparował. W nieskończonej przestrzeni wypełnionej ciepłym, białym światłem stała cała ich trójka; Arrluk, Nuti i Keyush.

 

10.

 Keyush otworzył oczy. Otaczali go jacyś ludzie, ich głosy wydawały mu się znajome, jednak nie potrafił określić, do kogo należały. Próbował się poruszyć, ale był zbyt słaby. Podano mu kubek naparu i nakarmiono go odrobiną pszennego chleba rozmoczonego w ciepłym mleku. Po chwili na powrót osunął się w ciemność.

 Mijające tygodnie i troskliwa opieka przywracały chłopcu siły. Długa choroba i bezruch sprawiły, że jego mięśnie skurczyły się i osłabły, przez co na nowo musiał uczyć się chodzić. Własna niemoc budziły w nim gniew i wstyd. Dla pozostałych był to jednak radosny czas, gdyż wraz z Keyushem na otaczające górę Yurairia równiny powróciły też stada karibu i pierwszy raz od wielu miesięcy mieszkańcy wioski mogli najeść się do syta. 

 Podczas gdy chłopiec wciąż dochodził do siebie, rozpoczęto przygotowania do pogrzebu Arrluka. Mieszkańcy wioski znaleźli go ubranego w wilcze skóry, z bębenkiem o pękniętej membranie w dłoniach i tak postanowili go pochować. Ku zdziwieniu wszystkich w dniu, gdy przygotowano grób, z najodleglejszych stron przybyli szamani. Mimo że nikt po nich nie posyłał, wiedzieli gdzie i kiedy mają się zjawić. Ubrani w stroje ze skór najróżniejszych zwierząt, z pokrytą tatuażami skórą budzili zarówno strach, jak i szacunek. W trakcie pogrzebu każdy z nich pozbawił swój bębenek jednej z membran i od tego dnia, by upamiętnić to, czego dokonał ich brat Arrluk, szamani północy już zawsze powlekali swe instrumenty tylko z jednej strony. 

 Mieszkańcy wioski byli onieśmieleni nagłym przybyciem tak czcigodnych gości. Wielu z nich nie rozumiało powodu ich pojawienia się. Znali swojego szamana jedynie z jego słabości i niepowodzeń.

 – Czy oddajecie mu hołd dlatego, że ocalił chłopca? – pytali. – A może dlatego, że ocalił też waszego brata, kruka? – dociekali inni.

 – Nie – odpowiadali szamani. – Przybyliśmy, ponieważ zdołał ocalić samego siebie.

 Po pogrzebie przybysze rozpierzchli się w różne strony. Odchodzili samotnie albo parami. Mieszkańcy wioski hojnie obdarowali ich świeżym prowiantem. O tym co się wydarzyło opowiadano jeszcze przez długi czas, tak że dzisiaj każdy mieszkaniec północy zna historię Arrluka i jego niezwykłej podróży. 

 Keyush powrócił do swych zabaw i obowiązków. Jego przyjaciele czekali na niego z utęsknieniem, to przecież on był najzręczniejszy i najśmielszy z nich wszystkich. Mimo początkowego entuzjazmu, chłopiec wkrótce odkrył, że zabawa go nudzi. Czas, który spędził, wędrując po zewnętrznych światach, w jakiś sposób oddalił go od rówieśników. Każdej nocy nawiedzały go sny, których znaczenia nie rozumiał. Widział w nich mężczyznę ubranego w strój wilka, rozpalającego ogień we wnętrzu kościanej klatki. Słyszał dudnienie bębnów i towarzyszący im pomruk wnętrza ziemi. Czuł jak jego krew gotuje się, a płuca wypełniają smołą. Każdego ranka budził się zmęczony i oszołomiony. 

 

11.

 Dokładnie rok później Keyush zachorował. Przez trzy dni i trzy noce leżał na posłaniu dręczony przez koszmary, trawiony przez gorączkę. Natychmiast posłano po mieszkającego w sąsiedniej wiosce szamana, jednak za nim ten zdążył przybyć, Keyush przebudził się zupełnie zdrowy. 

 Gdy tylko otworzył oczy, natychmiast podniósł się z posłania, umył w zimnej wodzie, po czym ubrał się i tego samego dnia wyruszył w drogę. Jego ojciec i macocha o nic nie pytali, a jedynie powstrzymując cisnące się do oczu łzy, życzyli mu powodzenia. Keyush szedł przez dwa dni, po czym dotarł do położonej nad brzegiem niewielkiej wioski, gdzie mieszkał stary szaman Tonrar. Starzec słynął nie tylko ze swych umiejętności uzdrawiania, ale też przepowiadania przyszłości, dlatego od dawna oczekiwał przybycia nowego ucznia.  

 Upływające na nauce lata mijały szybko. Keyush wkrótce zbudował własny bębenek i powrócił, do swojej wioski, by zająć miejsce Arrluka. Jego bracia mówili między sobą „Oto ten, który umarł dwa razy, a jednak żyje”. Ufali mu, ale jednocześnie nigdy nie przestali się go obawiać. Wiedzieli, że jego moc zwielokrotniła się dzięki sile tego, który oddał za niego życie. Keyush nie zważał jednak na to i służył swym ludziom najlepiej jak tylko potrafił. Nigdy jednak nie zdradził nikomu, że srebrny lis i wilk o sierści czarnej niczym smoła, często towarzyszą mu podczas jego wędrówek po krainie duchów. 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Mam wrażenie, że już kiedyś czytałam ten tekst. Albo jakiś podobny. Publikowałeś go wcześniej?

Babska logika rządzi!

Cześć Finklo, tak, jakieś półtora roku temu publikowałem podobny tekst.  Zmieniłem sporo rzeczy, dlatego rozsądniejszym wydawało się wrzucenie go na nowo 

Piękny tekst. :)

Szamańskie klimaty są mi bliskie, więc Twoją opowieść przeczytałam z przyjemnością. Tekst bardzo solidnie poparty wiedzą na temat szamanizmu, co widać w dokładności opisów inicjacji i transu; dobrze to wszystko odtworzone. Fabuła jest poprowadzona niespiesznie, z wyczuciem i dbałością o szczegóły, dzięki czemu nastrój i emocje mają okazję odpowiednio wybrzmieć. Bardzo płynnie przemieszczasz się też w dalszej części między kolejnymi wizjami. Na pewno najbardziej zapadnie mi w pamięć scena we wnętrzu wieloryba.

Uwag miałabym w zasadzie niewiele, czasem coś mi nie zagrało składniowo albo interpunkcyjnie, zdarzały się literówki w imionach postaci.

 

Tuż nad jego głową pojawił się szum skrzydeł

pojawił się → rozległ się

 

oczy pełne były poczucia humoru

To bym jakoś przeformułowała (np. w oczach błyszczały wesołe iskierki).

 

Dobrze pamiętał moment, gdy wiele lat temu samodzielnie wykonał instrument. Było to ostatnie zadanie, jakie otrzymał od swojej nauczycielki.

przecinki

 

Opowiadanie na pewno biblioteczne, toteż klikam. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Dziękuję za uwagi i miłe słowa black_cape :) Bardzo się cieszę, że to opowiadanie sprawiło Ci choćby niewielką przyjemność :) 

Oj, gdzie tam “niewielką”, to naprawdę solidne, kompletne opowiadanie, a do tego bliskie mi pod względem tematyki i jej ujęcia. Na pewno zachęciło mnie też do przeczytania innych Twoich tekstów. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Pozwolę sobie kliknąć bibliotekę, bo opowiadanie od betowego początku bardzo mi się podobało, choć ma oczywiście drobne słabości. Komentarz niebetowy postaram się kiedyś dopisać, jak czas pozwoli… Ale szkoda, żeby tylko z dwoma klikami wisiało.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@black_cape​

Będę badzo wdzięczny za czytanie :) W tej chwili przepisuję wszystkie teksty na nowo, dlatego uwagi i komentarze na pewno się przydadzą. 

 

 

@drakaina​

Dziękuję :) 

Pamiętam tę opowieść, prezentowaną jakiś czas temu pod innym tytułem – nie mam pewności, ale chyba Baśń Północy – i tak po prawdzie to nie bardzo umiem rozpoznać, co takiego jest w Klatce z kości, czego nie było w poprzednim opowiadaniu.

Tamtą wersję czytałam z zainteresowaniem, tym razem zaciekawienie było mniejsze, bo już wiedziałam, jak skończy się historia Arrluka.

Obie wersje, co stwierdzam z ogromną przykrością, łączy jedno – fatalne wykonanie. Mam nawet wrażenie, że niektóre błędy, które chyba pamiętam z pierwszej wersji, znalazły się także w Klatce z kości. Wielka szkoda, że wkładając sporo pracy w to opowiadanie, nie zadbałeś, aby było w nim mniej błędów i usterek.

 

o ni­czym nie my­ślał, cze­kał

Męż­czy­zna od­cze­kał dłuż­szą chwi­lę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Dłu­gie, czar­ne włosy opa­da­ły bez­wład­nie na ko­ści­ste ra­mio­na i plecy. –> Czy tu aby nie miało być: Dłu­gie, czar­ne włosy opa­da­ły bez­ład­nie na ko­ści­ste ra­mio­na i plecy.

 

Do wi­szą­ce­go nad ogniem kotła sza­man wrzu­cił do wody nieco su­szo­nych liści… –> Raczej: Do wi­szą­ce­go nad ogniem kotła z wodą, sza­man wrzu­cił nieco su­szo­nych liści

 

Zima po­wró­ci­ła wraz z całą swą po­tę­gą i okru­cień­stwem… –> Skoro przed zimą były wiosna i lato, to raczej: Zima nastała wraz z całą swą po­tę­gą i okru­cień­stwem

 

po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze sprzę­ty… –> …po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne na pod­ło­dze sprzę­ty

 

Imię dziec­ka brzmia­ło Key­ush i nawet u progu śmier­ci jego twarz zdra­dza­ła po­do­bień­stwo do matki, która zmar­ła, wy­da­jąc go na świat. –> Piszesz o dziecku, które jest rodzaju nijakiego, więc: Imię dziec­ka brzmia­ło Key­ush i nawet u progu śmier­ci jego twarz zdra­dza­ła po­do­bień­stwo do matki, która zmar­ła, wy­da­jąc je na świat.

 

Nie była jego matką chłop­ca, a jed­nak cier­pia­ła całą sobą. –> Dwa grzybki w barszczyku.

Albo: Nie była jego matką… Albo: Nie była matką chłop­ca

 

i za­brał się za przy­go­to­wy­wa­nie mie­szan­ki ziół i grzy­bów… –> …i za­brał się do przy­go­to­wy­wa­nia mie­szan­ki ziół i grzy­bów

 

Czę­sto wy­pra­wiał się na sa­mot­ne wy­pra­wy… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ar­r­lu­ko­wi wy­da­ło się, że to je­dy­nie prze­wi­dze­nie, jed­nak gdy wy­tę­żył wzrok… –> Ar­r­lu­ko­wi wy­da­ło się, że to je­dy­nie przy­wi­dze­nie, jed­nak gdy wy­tę­żył wzrok

Za SJP PWN: przewidziećprzewidywać  1. «przeczuć, domyślić się co będzie, co może nastąpić» 2. «określić, oznaczyć coś z góry»

przywidzenie «złudzenie wzrokowe»

 

Ze­braw­szy ­pozo­sta­łe siły, malec ru­szył przed sie­bie. –> Ile lat ma Arrluk? Piszesz o nim malec. Dlaczego? Nie nazwałabym malcem chłopca sześcioletniego, a oddalenie się Arrluka od wioski i chęć niesienia pomocy innym, zupełnie nie pasuje mi do dziecka młodszego, zwłaszcza w świetle jego późniejszych wypowiedzi: Moi lu­dzie cier­pią głód. –> Dlaczego o współmieszkańcach wioski chłopiec mówi moi ludzie? Czy tak mówi malec? I nieco dalej: Nie mo­że­my łowić ani po­lo­wać. –> Czy malec powiedziałby, że nie może łowić i polować?

 

zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nia… –> …zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

i na­po­jo­no go­rą­cym wy­wa­rem z odro­bi­ną fo­cze­go tłusz­czu. –> Wywarem z czego?

 

Nie­ste­ty wkrót­ce stało się pew­nym, że tra­wio­ne go­rącz­ką ciało… –> Nie­ste­ty, wkrót­ce stało się pew­ne, że tra­wio­ne go­rącz­ką ciało

 

 – Gdyby tylko w na­szej wio­sce miesz­kał sza­man – mó­wi­li mię­dzy sobą miesz­kań­cy wio­ski. –> Powtórzenie.

Proponuję:  – Gdyby tylko miesz­kał z nami sza­man – mó­wi­li mię­dzy sobą miesz­kań­cy wio­ski.

 

Po­śród ko­na­rów ty­siąc­let­nie­go dębu ba­wi­ła się z przy­ja­ciół­mi wil­kiem i kru­kiem. –> Chyba miało być: Po­śród ko­na­rów ty­siąc­let­nie­go dębu ba­wi­ła się z przy­ja­ciół­mi wil­kiem i kru­kiem.

Bo chyba wilk i kruk nie byli zabawkami dla Nuti i jej przyjaciół.

 

Ar­r­luk od­wró­cił w głowę w jej kie­run­ku… –> Literówka.

 

Opa­tu­le­ni w zwie­rzę­ce futra roz­sie­dli się przy pa­le­ni­sku. –> Zbędne dopowiedzenie. Czy mogli być opatuleni w inne futra, nie zwierzęce?

 

W ko­lej­nej cha­cie spo­tka­łem go­spo­da­rza Sza­leń­stwa, który otwo­rzył moją czasz­kę, wyjął z niej mózg, a po­wsta­łą po nim pust­kę wy­peł­nił roz­to­pio­ny oło­wiem. Na­stęp­nie po­zna­łem ko­lej­no go­spo­da­rzy Za­gu­bie­nia, Głu­po­ty, Nie­koń­czą­ce­go się Żalu i in­nych. Dzię­ki nim po­zna­łem wszyst­kie ist­nie­ją­ce cho­ro­by.  

Na­stęp­nie przy­by­łem… –> Powtórzenia.

Proponuję: W ko­lej­nej cha­cie spo­tka­łem go­spo­da­rza Sza­leń­stwa, który otwo­rzył moją czasz­kę, wyjął z niej mózg, a po­wsta­łą po nim pust­kę wy­peł­nił roz­to­pio­ny oło­wiem. Potem odwiedziłem go­spo­da­rzy Za­gu­bie­nia, Głu­po­ty, Nie­koń­czą­ce­go się Żalu i in­nych. Dzię­ki nim po­zna­łem wszyst­kie ist­nie­ją­ce cho­ro­by. Na­stęp­nie przy­by­łem

 

Ostat­nim miej­scem, jakie od­wie­dzi­łem… –> Ostat­nim miej­scem, które od­wie­dzi­łem

 

miał ko­wal-ol­brzym. Nagi męż­czy­zna z po­mo­cą ol­brzy­mie­go mie­cha… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …miał ko­wal-ol­brzym. Nagi męż­czy­zna z po­mo­cą ogromnego mie­cha

 

Gdy tylko mnie zo­ba­czył, pod­biegł do mnie i chwy­cił po­tęż­ny­mi ob­cę­ga­mi. Na­stęp­nie od­ciął moją głowę… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

a po­kro­jo­ne na ka­wał­ki ciało wrzu­cił do kotła, gdzie go­to­wa­ły się… –> Piszesz o ciele, więc: …a po­kro­jo­ne na ka­wał­ki ciało wrzu­cił do kotła, gdzie go­to­wa­ło się

 

Gdy ol­brzym skoń­czył swą pracę, wło­żył moją głowę do kotła z zimną wodą, by ją za­har­to­wać i tym samym za­koń­czył swą pracę. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Dla wszyst­kich stało jed­nak jasne… –> Chyba miało być: Dla wszyst­kich stało się jed­nak jasne

 

Jego ro­dzi­com nigdy nie udało się okieł­znać jego uporu… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

po­zwo­li­li mu wieć sa­mo­dziel­ne życie. –> Literówka.

 

przy­ja­cie­le Ar­r­lu­ka rów­nież pa­trz­li na niego od­dmien­ny spo­sób. –> Literówki.

 

W tym mo­men­cie ścież­ka jaką miał po­dą­żyć wy­da­wa­ła się… –> W tym mo­men­cie ścież­ka, którą miał po­dą­żyć, wy­da­wa­ła się…

 

a on sam po­przez sa­mot­ność i cier­pie­nie za­wę­dru­je aż na sam kra­niec kra­iny śmier­ci. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …a on, cierpiąc w samotności, za­wę­dru­je aż na kra­niec kra­iny śmier­ci.

 

wy­szedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: …wy­szedł, nie oglą­da­jąc się. Lub: …wy­szedł, nie patrząc za sie­bie.

 

wypił przy­go­to­wa­ną wcze­śnniej mik­stu­rę. –> Literówka.

 

do­ga­sa­ją­cy żar dawał coraz to mniej świa­tła… –> …do­ga­sa­ją­cy żar dawał coraz mniej świa­tła

 

Zmę­cze­nie oraz groza ce­re­mo­ni nie­ubła­ga­nie spy­cha­ły poza gra­ni­cę snu. –> Skoro kobieta była zmęczona i oszołomiona ceremonią, to chyba była bliżej zaśnięcia, niż zepchnięcia poza granicę snu.

Proponuję: Zmę­cze­nie oraz groza ce­re­mo­nii nie­ubła­ga­nie spy­cha­ły ją na gra­ni­cę snu.

 

z roz­sy­pa­nych po bez­kre­snym nie­bie gwiaz­dy są­czy­ło się… –> …z roz­sy­pa­nych na bez­kre­snym nie­bie gwiaz­d są­czy­ło się

 

Męż­czy­zna od­po­czy­wał tak rzad­ko, jak to tylko mógł. –> Męż­czy­zna od­po­czy­wał tak rzad­ko, jak tylko mógł.

 

dalej niż o ko­lej­ny krok. Każde ko­lej­ne wznie­sie­nie… –> Powtórzenie.

 

Męż­czy­zna sta­rał się uni­kać le­żą­cych pod czar­nym śnie­giem ka­mie­ni i lodu, lecz nie było to łatwe. –> W jaki sposób można próbować unikać czegoś, czego nie widać?

 

W któ­rymś mo­men­cie po­śli­zgnął się i bez­wład­nie sto­czył w dół zbo­cza. –> Masło maślane. Czy można stoczyć się w górę zbocza?

Proponuję: W któ­rymś mo­men­cie po­śli­zgnął się i bez­wład­nie sto­czył ze zbo­cza.

 

Ol­brzy­mia masa czar­nych skał pięła się stro­mo w górę. –> Masło maślane. Czy skały mogły piąć się w dół?

Wystarczy: Ol­brzy­mia masa czar­nych skał pięła się stro­mo.

 

męż­czy­zna w końcu od­na­lazł wąski trakt… –> Trakt jest szeroki z definicji.

 

Wy­zna­cza­ły gra­ni­cę, za któ­rej nie było już po­wro­tu. –> Literówka.

 

Po prze­bu­dze­niu sza­man kon­ty­nu­ował wspi­nacz­kę w kie­run­ku szczy­tu góry. –> Czy można wspinać się w kierunku innym, niż ku górze?

 

Mimo nie­wiel­kie­go wzro­stu, isto­ty te po­sia­da­ły nie­zwy­kłą siłę i każdy z nich z ła­two­ścią mógł unieść do­ro­słe­go ka­ri­bu. –> Piszesz o istotach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Mimo nie­wiel­kie­go wzro­stu, isto­ty te po­sia­da­ły nie­zwy­kłą siłę i każda z nich z ła­two­ścią mogła unieść do­ro­słe­go ka­ri­bu.

 

gdy Ar­rl­ko­wi uka­za­ły się ko­lej­ne rzędy nisz­cze­ją­cych kon­struk­cji. –> Literówka.

 

od­sze­dłeś razem z nią, zo­sta­wia­jąc mnie sa­me­mu sobie. –> …od­sze­dłeś razem z nią, zo­sta­wia­jąc mnie samego sobie.

 

ro­ze­rwa­ły tylko skó­rza­ny płaszcz, by po­zo­sta­wić krwa­we szra­my na ple­cach. –> …by po­zo­sta­wić krwa­we rany na ple­cach.

Za SJP PWN: szrama «szpecący kogoś ślad po zagojeniu się rany»

 

Ar­r­luk rzu­cił się w śnieg i bły­ska­wicz­nie wczoł­gał się po­mię­dzy próch­nie­ją­ce kłody drew­na. –> Czy próch­nie­ją­ce kłody mogą być inne, nie drew­nia­ne.

Proponuję: Ar­r­luk rzu­cił się w śnieg i bły­ska­wicz­nie wczoł­gał po­mię­dzy próch­nie­ją­ce kłody.

 

W jego wio­sce do­ro­śli już od naj­młod­szych lat prze­strze­ga­ją dzie­ci przed zo­rza­mi po­lar­ny­mi. –> Chciałabym wiedzieć, o jakich to latach można mówić, że są najmłodsze dla dorosłych?

 

twa­rze o pu­stych oczo­do­łach i dłu­gie, po­wkrę­ca­ne ra­mio­na. –> Czy to literówka, czy rzeczywiście ramiona były w coś powkręcane?

 

każda chwi­la, jaką mar­no­wał… –> …każda chwi­la, którą mar­no­wał

 

Ko­rzy­sta­jąc z ochro­ny jaką da­wa­ły mu po­roz­rzu­ca­ne kłody drew­na… –> Wystarczy: Ko­rzy­sta­jąc z ochro­ny jaką da­wa­ły mu po­roz­rzu­ca­ne kłody

Kłody nie mogą być inne, jak tylko drewniane.

 

na prze­kór zimnu prze­ni­ka­ją­ce­mu jego ciało przez dłuż­szą chwi­lę trwał nie­ru­cho­mo. –> Czy przez dłuższa chwilę zimno przenikało ciało, czy przez dłuższa chwilę trwał nieruchomo?

Przypuszczam, że miało być: …na prze­kór zimnu prze­ni­ka­ją­ce­mu jego ciało, przez dłuż­szą chwi­lę trwał nie­ru­cho­mo.

 

I wtedy kil­ka­na­ście me­trów od niego po­ja­wił się srebr­ny lis. –> Skąd w tym świecie wiadomo, co to jest metr?

 

Męż­czy­zna spraw­dził czy rze­mie­nie jego płasz­cza są do­brze za­wią­za­ne, a bę­be­nek przy­twier­dzo­ny do jego pasa. –> Oba zaimki są zbędne.

 

Zmę­czo­ne dłu­gim mar­szem koń­czy­ny zdrę­ti­wa­ły i osła­bły. –> Literówka.

 

Le­żą­ca pod grubą war­stwą śnie­gu skała stra­ci­ła swą je­no­rod­ność… –> Literówka.

Co to znaczy, że skała straciła jednorodność?

 

za­miast tego wło­żył do ust rękaw swego płasz­cza… –> Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, aby włożył do ust rękaw cudzego płaszcza?

 

Ból po­wo­li za­czął ustę­po­wać, cho­ciaż wciąż był oszo­ło­mio­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny. –> Co sprawiło, że ból był oszo­ło­mio­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny?

 

jed­nak twój żal po­chło­ną ją nie­mal zu­peł­nie. –> …jed­nak twój żal po­chło­nął ją nie­mal zu­peł­nie.

 

ciem­ność stop­nio­wo prze­ra­dza się w brud­ną, zu­ży­tą sza­rość. –> Co sprawia, że szarość jest zużyta?

 

Jego ubra­nie wy­schło, ale po­zo­sta­ło sztyw­ne od za­krze­płej soli. –> Czy sól krzepnie?

 

Arrluk nie­pew­nie sta­nął na nogi… –> Czy mógł sta­nąć ina­czej, nie na nogi?

 

nie­zwy­kłe przed­mio­ty. Nie­któ­re po­tra­fił roz­po­znać od razu, jed­nak wiele z nich była mu zu­peł­nie nie­zna­na… –> Piszesz o przedmiotach, a te są rodzaju męskiego, więc: …jed­nak wiele z nich było mu zu­peł­nie nie­zna­nych

 

ol­brzy­mie bele cien­kie­go ma­te­ria­łu, który wy­star­czył­by na ty­sią­ce żagli. –> Czy cienki materiał na pewno nadaje się na żagle?

 

Jego moc wy­czer­pa­ła się. Tuż nad jego głową roz­legł się szum skrzy­deł i męż­czy­zna po­czuł, jak nie­wiel­ki cię­żar upada na jego ko­la­na. Na­tych­miast odło­żył bę­be­nek na bok i się­gnął w ciem­ność. Jego palce… –> Przykład nadmiaru zaimków.

 

Roz­po­czę­ty przez sza­ma­na pożar przy­bie­rał na sile. –> Czy można rozpocząć pożar?

 

Jej twarz pro­mie­nia­ła ła­god­nym cie­płem, oczy skrzy­ły się we­so­łe iskier­ki. –> Chyba miało być: Jej twarz pro­mie­nia­ła ła­god­nym cie­płem, w oczach skrzy­ły się we­so­łe iskier­ki.

 

Zej­ście w dół za­ję­ło im nie­mal cały dzień. –> Masło maślane.

 

Wła­sna nie­moc bu­dzi­ły w nim gniew i wstyd. –> Literówka.

 

– A może dla­te­go, że oca­lił też wa­sze­go brata, kruka? – do­cie­ka­li inni. –> Skąd mieszkańcy wioski wiedzieli o kruku?

 

Czuł jak jego krew go­tu­je się, a płuca wy­peł­nia­ją smołą. –> Raczej: Czuł jak jego krew wrze, a płuca wy­peł­nia­ją się smołą.

 

jed­nak za nim ten zdą­żył przy­być… –> …jed­nak zanim ten zdą­żył przy­być

 

Key­ush wkrót­ce zbu­do­wał wła­sny bę­be­nek… –> Czy bębenek buduje się?

 

 

 

edycja

Black_cape, Naz, Drakaino – czy jesteście pewne, że tak źle napisane opowiadanie zasługuje na miejsce w Bibliotece?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, reg! Jeśli o mnie chodzi, myślę, że opowiadanie zasługuje na klika ze względu na fabułę, stworzony nastrój, warstwę emocjonalną i ogólny poziom narracji. Oczywiście dobrze byłoby, gdyby maggotsinside poprawił w wolnej chwili wskazane przez Ciebie błędy, żeby tekst czytało się płynniej.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Byłam przekonana, Black_cape, że Biblioteka jest miejscem dla opowiadań wyróżniających się pod każdym względem – pod względem wykonania także.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie, zgadzam się; myślę, że tutaj też opowiadanie pomimo usterek w ogólnym rozrachunku wyróżnia się na plus. Ale na pewno tekst skorzystałby na zaproponowanej przez Ciebie korekcie. Tak że również zachęcam do wprowadzenia poprawek. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Czesc @regulatorzy, dziekuje bardzo za czytanie i wskazanie bledow, bardzo doceniam :) Jesli chodzi o zarzut, ze nie zadbalem o to by w tekscie znalazlo sie mniej usterek, to moge tylko powiedziec, ze zrobilem wszystko co bylo w mojej mocy, by ich tam nie bylo ;) Niestety wyglada na to, ze jezyk polski po prostu mnie przerasta, albo nazbyt miesza sie z innymi jezykami, z ktorych na codzien korzystam. 

 

Poprawki naniose jak tylko kupie nowy komputer. Poprzedni (znowu) zalalem kawa. Pracuje na pozyczonym, ktory jak widac nie ma polskich znakow. 

 

Pozdrawiam!

Mimo Twych zapewnień, Maggotsinside, jakoś nie wierzę, że zrobiłeś wszystko, aby w opowiadaniu nie było błędów. Może gdybyś poprawił błędy wskazane w pierwszym opowiadaniu, nie powtórzyłbyś ich w Klatce z kości i wtedy mogłabym spróbować dać wiarę, że przynajmniej się starałeś.

Jednakowoż życzę powodzenia i sukcesów w zgłębianiu tajników języka polskiego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jestem zaskoczony pewnością z jaką ferujesz takie wyroki Regulatorzy. Poprzedni tekst mam zapisany w kopiach roboczych. Pobieżnie sprawdziłem czy twoje uwagii zostały naniesione i wszystko wskazuje, że tak się stało. Jeśli życzysz sobie link, to oczywiście podeślę. Pozdrawiam 

Maggotsinside, nie jestem w stanie sprawdzić, czy poprawiłeś pierwszy tekst i dociekać tego nie mam zamiaru. Sygnalizuję tylko moją niewiarę, albowiem z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że niektóre błędy/ usterki z pierwszego opowiadania, powtarzają się w Klatce z kości, wiec Twoje twierdzenie, że wszystko wskazuje, iż uwagi zostały naniesione, moim zdaniem, chyba mija się z prawdą

Oto fragmenty mojej łapanki pod pierwszym opowiadaniem, a pod nimi Twoje zdania z Klatki z kości.

 

Moi lu­dzie cier­pią głód, śnieg więzi nas i nie po­zwa­la po­lo­wać. –> Chło­piec nie ma w wio­sce swo­ich ludzi.

Moi ludzie cierpią głód.

 

gdzie zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nia, okry­to skó­ra­mi… –> Nie brzmi to naj­le­piej.

Pro­po­nu­ję: …gdzie zdję­to z niego po­kry­te lodem ubra­nie, otu­lo­no skó­ra­mi

…zdjęto z niego pokryte lodem ubrania, okryto skórami…

 

a także na­po­jo­no go­rą­cym wy­wa­rem z odro­bi­ną tłusz­czu. –> Wy­wa­rem z czego?

…i napojono gorącym wywarem z odrobiną foczego tłuszczu.

 

ko­wal-ol­brzym. Nagi męż­czy­zna z po­mo­cą ol­brzy­mie­go mie­cha… –> Nie brzmi to naj­le­piej.

…miał kowal-olbrzym. Nagi mężczyzna z pomocą olbrzymiego miecha…

 

po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze sprzę­ty… –> …po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­co­ne na pod­ło­dze sprzę­ty

…potykając się o rozrzucone po podłodze sprzęty…

 

gdy Qi­mug­kauy­ar odzie­dzi­czył po swym ojcu rolę wodza wio­ski… –> Bycie wo­dzem chyba nie jest gra­niem roli. Czy rolę można odzie­dzi­czyć?

Pro­po­nu­ję: …gdy Qi­mug­kauy­ar, po swym ojcu, zo­stał wo­dzem wio­ski

…gdy Qimugkauyar odziedziczył po swym ojcu rolę wodza wioski…

 

Pa­no­wa­ła noc i z roz­sy­pa­nych po bez­kre­snym nie­bie gwiaz­dy są­czy­ło się jed­no­staj­ne, blade świa­tło. –> Pa­no­wa­ła noc i z roz­sy­pa­nych na bez­kre­snym nie­bie gwiaz­d są­czy­ło się jed­no­staj­ne, blade świa­tło.

Panowała noc i z rozsypanych po bezkresnym niebie gwiazdy sączyło się jednostajne, blade światło.

 

w końcu męż­czyź­nie udało się od­na­leźć wąski trakt ukry­ty po­mię­dzy parą ol­brzy­mich gła­zów. –> Trakt, o ile się nie mylę, bywa ra­czej sze­ro­ki.

…mężczyzna w końcu odnalazł wąski trakt, ukryty pomiędzy parą olbrzymich głazów.

 

ro­ze­rwa­ły skó­rza­ny płaszcz sza­ma­na, po­zo­sta­wia­jąc krwa­we szra­my na jego ple­cach. –> Dra­piąc plecy można je zra­nić, ale szra­my po­wsta­ną do­pie­ro po za­go­je­niu się ran.

…rozerwały tylko skórzany płaszcz, by pozostawić krwawe szramy na plecach.

 

wczoł­gał się po­mię­dzy próch­nie­ją­ce kłody drew­na. –> Czy próch­nie­ją­ce kłody mogą być inne, nie drew­nia­ne.

…wczołgał się pomiędzy próchniejące kłody drewna.

 

twa­rze o pu­stych oczo­do­łach i dłu­gie po­wkrę­ca­ne ra­mio­na. –> W co były po­wkrę­ca­ne ra­mio­na?

…twarze o pustych oczodołach i długie, powkręcane ramiona.

 

roz­pa­la­ją­ce­go ogień we wnę­trzu ko­ścia­nej klat­ki. Sły­szał dud­nie­nie bęb­nów i to­wa­rzy­szą­cy im po­mruk wnę­trza ziemi. –> Po­wtó­rze­nie.

…rozpalającego ogień we wnętrzu kościanej klatki. Słyszał dudnienie bębnów i towarzyszący im pomruk wnętrza ziemi.

 

Chcia­no po­słać po naj­bli­żej miesz­ka­ją­ce­go sza­ma­na, jed­nak za nim się to stało… –> …jed­nak zanim się to stało

…posłano po mieszkającego w sąsiedniej wiosce szamana, jednak za nim ten zdążył przybyć…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie mam jakiejś super pamięci, więc poprzedni tekst pamiętam mgliście. Pozwól więc, że raczej ocenię go samodzielnie.

Tempo jest dobre. Spodobały mi się płynne opisy oraz przechodzenie do kolejnych scen z życia bohatera. Fabuła nie wciągnęła, ale składam to na karby czytania poprzedniej wersji tekstu.

Postacie w miarę interesujące, choć poza Arrlukiem po przeczytaniu tekstu nie pamiętałem wszystkich. Jednak główna postać wyraźna, a to na plus.

Świat niczego sobie, podoba mi się. Szczególnie fajnie wychodzą zwłaszcza kawałki szamańskie – soczyste, naturalne.

Podsumowując: fajny koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka