Profil użytkownika

Bujam się po świecie i czasem piszę książki.

 

Znajdziesz mnie tu:

 

- antologia „Fantazje Zielonogórskie IV” (2014)

- ziny: Szortal, Lost&Found #18 i #24, Sofa (15), Histeria XVIII i XXX, Creatio Fantastica (54-55; 58), Silmaris #10

- po angielsku: Aphelion Webzine #236 (”Motyle” po polsku do przeczytania poniżej)

http://www.aphelion-webzine.com/shorts/2019/02/TheButterfliesOnADeadMansBed.html

- jurorka: w konkursach Pocztówka ze Słonecznego Mordoru (2017) i Geofantastyka (2019)

- wyróżnienie w portalowym konkursie “Odzyskać twarz” za opowiadanie “Upadek Króla Zygmunta”

- książka: wychodzi w wydawnictwie Alegoria


komentarze: 1596, w dziale opowiadań: 961, opowiadania: 370

Ostatnie sto komentarzy

Przeczytało mi się z przyjemnością.

 

Opowiadanie czyta się jak tekst-łamigłówkę, wymagającą lekkiego obeznania literackiego, a przy tym niskim kosztem satysfakcjonującą (A! Stevenson! A! Lekarz od dzieci, Carroll!) i też nic dziwnego, że odrobina gimnastyki sprawia czytelnikowi przyjemność.

 

Odczuwałam pewien zgrzyt jeśli chodzi o koherencję gatunkową. Od tekstu w magazynie fantastycznym spodziewałam się większej ilości fantastyki, a jednak konwencja, którą wybrałeś, była zdecydowanie niefantastyczna, więc kiedy ta odrobina fantastyki się pojawiała, i tak mi to zgrzytało. No, ale tu już można rozmawiać o oczekiwaniach czytelnika względem tekstu.

 

Natomiast humor i klimat pierwsza klasa. Fajnie się to czytało, no, co tu można więcej dodać :) Będę czekać na następne spotkanie z Olvido i Sanchezem!

To ja jeszcze dodam.

 

Pierwsze słowo

Muszę przyznać, że bardzo denerwuje mnie maniera pewnych pisarzy, którzy wspinają się na wyżyny oryginalności przy zupełnie normalnych sytuacjach, opisując spacer do lekarza z fantazją, epickością i rozmachem podobnym podróży Froda z pierścieniem. Takie wymyślanie, no. Od tego mamy fantastykę, żeby pisać o epickich wydarzeniach, nie epicko pisać o wizycie u doktora.

Koniec końców, wyszła fantastycznie napisana obyczajówka. Uważam, że fantazyjna narracja rozmyła przekaz i poważną tematykę (perspektywa matki obserwującej umierające dziecko) i sprawiła, że temat przeleciał lekko i zniknął, nie pozostawiając głębszego wrażenia czy refleksji.

I mnie ten tekst usatysfakcjonował. Szłam przez tekst powoli, zastanawiając się, czy pod koniec dostaniemy odpowiedzi. Czy zombie-wilkołaki były zatem wyobrażeniami Krzysia? Tak czy inaczej, czytałam z przyjemnością. 

Opowiadania z ŚKF są z tomu tematycznego, więc w pewnym sensie dostały temat :)

To by miało sens, ale opowiadanie Chodorowskiej, które przypomina mi Hrycyszyn jest nie z tomu, tylko z Esensji :) Opowiadania z antologii (”Jeden spalony rzut”) jeszcze nie czytałam.

 

Może Chodorowska napisała “Dzikie stworzenia” do antologii, po czym stwierdziła, że za dobre i posłała gdzie indziej. Niech rzuci kamieniem, kto nigdy nie kombinował podobnie :) 

Uwaga, ekshumacja zwłok.

 

Opowiadania krajemar ściągnęły mnie (pośrednio, przez Geniuszy Fantastyki) na to forum i zaczytywałam się nimi pierwszy tydzień jak pijana. Wróciłam do nich teraz – nadal są cudownie barwne, charakterystyczne, fascynująco operujące słowem. Nie wiem, dlaczego Zimna siedzi w poczekalni, to fajny tekst jest.

Dzikie stworzenia

Rzeczywiście, suspensu w tym nie ma za grosz, akcja dzieje się wolno i bezprzebojowo, a sekretna tożsamość autorki jest tak dobitnie zasugerowana w pierwszych scenach, że trudno o niespodziankę. Natomiast obraz miasteczka jest wykreowany solidnie, ze swoimi charakterystycznymi punktami i łatwymi do zapamiętania bohaterami drugoplanowymi. Intryga poprowadzona znów bez porywów, ale historia jest spójna i dobrze się ją czyta. Nie wiem, dlaczego ten tekst został wyróżniony, bo moim zdaniem nic odkrywczego nie wnosi (a ślizga się od kliszy do kliszy), ale to przyjemna lektura na popołudnie.

Językowo bez większych porywów, ale znów solidnie i porządnie. Jestem zaskoczona, że autorka – tłumaczka z zawodu – włożyła w bohaterom tyle polskich idiomów. Ciekawe.

 

Detektyw Fiks

Imo strasznie podobne opowiadanie do powyższego, nie wiem, czy panie w klubie ŚKF dostały jeden temat czy wyszło im to przypadkiem. Mamy więc, znów, kryminał w fantastycznym klimacie i bohatera przemieniającego się w zwierzę. Hrycyszyn jednak ubarwiła historię lekko zakręconym, miłym dla oka światotwórstwem (zahaczającym o słowotwórstwo, odrobinkę feminizmu i typowy dla niej steampunk), co pozwoliło urozmaicić lekturę. Narracja pierwszoosobowa pozwala czytelnikowi zbliżyć się do głównej bohaterki, która choć niebezpiecznie zbliża się do utartych schematów, jednocześnie im się wymyka. Czytałam z ciekawością.

 

Moloch

Jedyny pan w gronie, w dodatku z horrorem. Jego tekst stuprocentowo wypełnia formułę gatunku “ludzie robią dziwne rzeczy i nagle tekst się urywa”. Zdaje się, że interpretacja tego, czym jest Moloch, pozostaje dla nas. Rzeczywiście tekst epatuje obrzydliwym słownictwem, w którym wszystko, włącznie z pestkami słonecznika, cuchnie stęchlizną i wilgocią. Prolog – scena porodu – jest mocny i obmierzły i mam wrażenie, że stanowiłby dobrą miniaturę; zamkniętą całość. Pozostałe błąkanie się Allena po budynku rozwadnia mocny początek.

Językowo nie da się odmówić autorowi kreatywności w poszukiwaniu synonimów, bo klimat buduje w jeden sposób, natomiast z korektą mogłabym w paru miejscach podyskutować.

 

 

Po resztę opowiadań sięgnę w tym tygodniu.

Chyba trzeba zdać się na własne wyczucie – jeśli głosy są podzielone, naturalnie. Jeśli wszyscy się krzywią, to nie ma co się oszukiwać, trzeba dopracować ;)

 

 

Roger, dzięki za odwiedziny i miłe słowa, pozdrawiam!

LINK ← link do pobrania antologii nominowanych opowiadań

 

 

Ja póki co przeczytałam pierwsze Chodorowskiej i Hrycyszyn, więc wstrzymam się z opinią, nim nie skończę całości.

 

Bello, zdradź! Co myślisz o poszczególnych opowiadaniach? Które opowiadania tylko skanowałaś?

Finklo,

Widzisz, jeden czytelnik powie, że zbyt łopatologiczne, a drugi będzie dopytywał, o co mi chodziło. Nie dogodzisz :) Dziękuję za lekturę!

 

Nevaz,

W takim razie ja podpiszę się pod moją odpowiedzią do jose. Dzięki za miłe słowa, trzymaj się cieplutko :D

Genialny ten tekst jest. Matko no, dawno nic mnie tak nie zachwyciło. Język, którym napisałaś to opowiadanie jest jak poezja, przez którą płynie się z przyjemnością, i stoi jakieś dziesięć klas ponad większością użytkowników tego forum. Nowa jakość.

 

Sama historia fascynowała mnie i zaskakiwała aż do zakończenia, gdzie pozostawiła usatysfakcjonowaną. Naprawdę, przyjemność, czapki z głów. W pełni zasłużone pierwsze miejsce i piórko.

 

Gratulacje :)

Bardzo porządne od strony technicznej i logicznej opowiadanie. Historia snuje się jak po sznurku, konsekwencje wydarzeń są odpowiednie i sensowne.

 

Podobał mi się klimat Makao, ciekawie zarysowany kolonializm. Ktoś wyżej stwierdził, że było go za mało, że można byłoby przenieść akcję do Amsterdamu – nie zgadzam się. Wisielce robią wrażenie a scena, w której dyndają sobie w tle nadaje klimat niepokoju i napięcia.

 

Zakończenie pozostawiło mnie z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze, przemowa złego gościa (i mnie się on bardzo kojarzył z tym typem z Pocahontas, nie sądziłam, że ktoś jeszcze będzie miał tak absurdalne skojarzenie, a tu proszę!), no i samo gorzkie zakończenie. Szkoda, że nie było tam jakiegoś malutkiego twistu, czegokolwiek, co zmieniłoby smak na słodko-gorzki (choćby minimalne zwycięstwo, przejęcie planów, cokolwiek). Pieter wydawał się pozbawiony własnej woli.

 

Dzięki za lekturę, kawał solidnej lektury. Gratuluję wyróżnienia w konkursie :)

(i wtedy wkracza kam, cała na biało)

 

GRATULACJE!

Ukłony dla jurorek za organizację tego, jakże ciekawego, konkursu. Dobra robota :)

Dziwna sprawa, poszłam spać, obudziłam się, a tu dwa miesiące minęły, nim się spostrzegłam. Przepraszam za ten poślizg – życie to szalenie absorbująca czynność.

 

 

Dogs <3

Dziękuję ślicznie, urosłam o pięć centymetrów od twojego komentarza. Jeśli chodzi o wprowadzenie Namagiri, to Kristi przez cały czas podkreśla, że musi zdążyć znaleźć matematyka przed swoim bratem, więc jego przybycie było zapowiadane i oczekiwane (a przynajmniej miało być). Dzięki za wizytę!

 

NoWhereMan,

W krótkim tekście łatwo przytłoczyć czytelnika misz-maszem, poszczególne elementy muszą być spójne i leżeć blisko siebie – jak te powtarzające się żarty. Tak jak mówisz, zależy, czy żart trafi (wtedy cały tekst jest przez czytelnika kupiony), czy nie trafi. Dzięki za wizytę i miły komentarz!

 

Staruszku,

Spasibo za łapankę, już poprawiam. Szalenie mnie cieszy, że morał przypadł ci do gustu, starałam się wprowadzić go bez zgrzytów :D Dziękuję ślicznie za odwiedziny!

 

Irka_Luz,

Bardzo się cieszę, że spodobał ci się tekst i żarty przypadły do gustu. Dziękuję za wizytę!

 

Asylum,

Bardzo mi miło, że tekst ci się spodobał. Ścinanie było kwestią wymogów konkursowych, tekst musiał być dość skondensowany, bez wodolejstwa. Co do zmian – nie, nie ścinałam nic, wręcz przeciwnie, rozbudowywałam! Na ostatnią scenę skarżyli się już inni, biorę na klatę zarzut, że za mocno zamotałam. Dzięki za odwiedziny!

 

arya,

Nic nie szkodzi, że nie trafiło, opowiadanie jest bardzo charakterystyczne i ma eksperymentalną formę. Dzięki przeczytaniu wiesz teraz lepiej, co jest w twoim guście :) Dzięki za wizytę!

 

black_cape,

Dzięki za miłe słowa! Rzeczywiście, tekst był dla mnie polem eksperymentalnym, zabawą słowem i formą. Cieszę się, że doceniłaś. No i że żart trafił. Dzięki za odwiedziny!

 

wojtas,

No trudno, miejmy nadzieję, że następnym razem podejdzie! To bardzo eksperymentalny tekst. Dziękuję, że mimo wszystko chciałeś poświęcić mu czas :)

 

regulatorko,

Cieszę się, że humor trafił i przykro mi, że absurd nie. Miejmy nadzieję, że następnym razem. Dziękuję bardzo za wizytę i za łapankę!

 

 

No i bardzo dziękuję obu jurorkom za wizytę (mam nadzieję, że doczekam się i komentarza :>) i za organizację fantastycznego konkursu :3

Dzień dobry, panie chroscisko :) 

 

Lektura twojego opowiadania dostarczyła mi mnóstwa przyjemności. Podchodziłam do niego jak do jeża, bo ludy pradawne nigdy mnie nie interesowały szczególnie, a i nie sądziłabym, by dało się opisać ich losy w przekonujący sposób. A tobie się udało :) 

 

Podoba mi się skupienie na stronie psychologicznej postaci, tak trudne do ukazania przy ograniczonych środkach przekazu, przy braku słów i przy narracji prowadzonej z perspektywy młodego bohatera. Lęki i niepokoje Seha towarzyszą nam przez tekst, dzięki czemu chłopak nie staje się Mary Sue. Jego wynalazki powstają stopniowo, poprzedzone eksperymentami i błędami, które sprawiają, że łatwiej jest uwierzyć i wczuć się w sytuację.

 

Do gustu przypadły mi również relacje między bohaterami. Pozycje poszczególnych osobników w stadzie są przejrzyste i uregulowane, a przez nadanie im ludzkich cech i charakterystycznych przywar łatwo jest zapamiętać, kto jest kim, i kibicować im w walce o wyższą pozycję.

 

Podoba mi się też relacja bohatera z Mehą i pokazanie całej jej postaci przez perspektywę Seha. Meha jest przez to bohaterką milczącą, a jednak widzimy całe jej życie i jesteśmy w stanie ją polubić.

 

No i na koniec, szalenie podobała mi się sama klamra opowieści, która wynosi opowiadanie z przygodówki na poziom uniwersalnej historii poprzez zadawanie pytań, które dotyczą każdego z nas. Dobra robota.

 

Dzięki za lekturę, chroscisko! Czytałam z przyjemnością.

 

 

Peszyło ją, gdy tak patrzył. Intensywne, ze skrytą fascynacją, jak antropolog, który odnalazł izolowane plemię na jednej z wysp Oceanu Wschodniego.

"i" się zgubiło

No wiadomo, że pozytywnie, w koncu my się tu wszyscy wspieramy.

 

A plany likwidacji zbyt zdolnych twórców tworzą się pod osłoną nocy ;) Też mam parę duszyczek na celowniku!

Anet,

Bardzo mi przykro! Może linki z przedmowy pomogą? Wydawało mi się, że włączyłam wiedzę do tekstu, ale chyba nie wystarczająco jasno!

 

Saro,

No, dokładnie tyle wyciągnęłaś z tego opowiadania, ile w nie wsadziłam – znaczy, interpretacja 100%. Przy czym przyznam, że jestem zdziwiona, że historia napotkała tyle problemów, bo wydawała mi się prosta jak budowa cepa, tylko przystrojona w fantazyjne fatałaszki – może podpowiecie, które elementy wprowadziły chaos i zamieszanie? 

 

Finklo,

Odpowiedź na twoje pytanie znajduje się w linkach podanych we wstępie. W dużym skrócie, kolega Ramanujana siedział z nim w taksówce i chciał błysnąć, mówiąc, że numer taksówki nie jest żadną ciekawą liczbą. Niestety, błyśnięcie intelektem przy genialnym matematyku zwykle nie kończy się dobrze, bo tak Ramanujan "wynalazł" liczby taksówkowe. Dziękuję za bibliotekę!

 

CM,

Dzięki! Czy to dobry pomysł, czy nie – zależy, komu co się podoba! Cieszę się, że tobie przypadło do gustu, zdaje się, że z nas obojga są eksperymentatorzy ;) I również odczytałeś tekst tak jak zamierzałam, jako luźną zabawę formą :) Dzięki za przeczytanie!

 

Łosiot,

Dzięki, już poprawiam. No i nawet nie wiesz jak miło usłyszeć, że ktoś "zgrzyta zębami z zazdrości" – ja też tak mam, często ;) W bibliotekę klikać już możesz!

Czy jest jakiś inny sposób na dostanie piórka poza napisaniem dobrego opowiadania?

Doskonale powiedziane. Daję lajka komentarzowi Beryla.

Do niczego nas nie gonila (jeszcze). Aura bijąca od niej była wystarczającą motywacją :)

Cześć, Ninedin!

 

– fabuła idzie jak po sznurku; omijasz nudne sceny, serwujesz czytelnikowi samą esencję historii – ciachanie scen trochę filmowe, ale też nadaje dynamiki i życia tekstowi, który w streszczeniu wcale nie brzmi porywająco – dobra robota

– pojawiły mi się skojarzenia z kryminałami Agathy Christie – jak najbardziej pozytywne, bo mimo klasycznego (nomen omen) tematu, byłaś w stanie zainteresować i wkręcić czytelnika w historię

– motywacje bohaterów solidne i przekonujące – a to ważne, bo w twojej historii to właśnie motywacje napędzają fabułę i decydują o kierunku zdarzeń

– lokacja oddana w sposób przekonujący i wiarygodny, podobał mi się klimat starożytnego Rzymu i to, jak subtelnie pokazałaś rolę westalki w tym świecie (tym bardziej interesujące dla mnie, współczesnego czytelnika, jako że podobnego stanowiska obecnie nie posiadamy)

– podium było i u mnie, i w konkursie – gratuluję!

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, drakaino!

 

– podobało mi się początkowe budowanie klimatu horroru (sceny iście z amerykańskich filmów klasy B); natomiast tych scen kończących się “miej oczy otwarte” było może jednak zbyt dużo

– świetne wplecenie legend korsykańskich – co prawda można tu się spierać, czy można chwalić cię za historie, które nie należą do ciebie, ale podałaś je w ciekawy sposób i cieszę się, że mogłam dowiedzieć się czegoś nowego

– mam wrażenie, że tekst jest zbyt rozwleczony, szczególnie koło połowy wpada w taki klimat, że trudno skupić się na akcji (czytałam dwa razy)

– obawiam się, że sporo (może 1/5) tekstu przepadło obok mnie z uwagi na brak wystarczającej wiedzy – trafiały się zdania, które w ogóle do mnie nie docierały; frazy pisane w corsu też gdzieniegdzie irytowały, gdy gubiłam ich sens

– podsumowując, solidna lektura, choć mnie nie porwała. Świetne wypełnienie założeń konkursu.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Wiktorze!

 

– początek szczodrze okraszony błyskotliwymi zdaniami (jak to o rozmowach z synem) zachęca do lektury reszty, podobnie jak ostatnie zdanie pierwszego fragmentu, które pozwala czytelnikowi zgadnąć, o czym będzie tekst i się zaniepokoić

– Javier zdecydowanie nie ma dwunastu lat. Dwunastolatek nie skojarzyłby World Trade Center i nie czyniłby tak błyskotliwych uwag o włoskim (choć zabawne to było, uśmiechnęło). Cała narracja jest bardzo dojrzała i zupełnie niedziecięca.

– pomysł, by wrzucić w „Dzień świstaka” nie jest zapewne najoryginalniejszy, choć całkiem oryginalny jest główny bohater (z niewiadomych przyczyn ta nieszczęsna przypadłość dotyka głównie nastoletnie dziewczyny) i sam setting; natomiast od momentu, w którym Javier orientuje się, że po drugiej stronie barykady jest ktoś o tych samych możliwościach, co on, robi się naprawdę ciekawie – i z takim pomysłem się jeszcze nie spotkałam. Natomiast tu wtedy kuleje logika, bo jeśli ta druga osoba rzeczywiście ma takie same możliwości, powinna być w stanie restartować czas swoimi śmierciami, a to nie następuje.

– fajnej dynamiki tekstowi nadaje przeplatająca tekst mantra „Nie mam jeszcze dwunastu lat…”

– barwny język (kreator zapotrzebowania na usługi pogrzebowe :D), ciekawe porównania, świetna metafora z szachami przewijająca się przez cały tekst

– cały czas zastanawiałam się, jak to rozegrasz (w końcu wszyscy znamy rezultat) i nie rozczarowałam się – obracając terroryzm w metaforę choroby błyskasz ostatnią mądrą myślą i kończysz w odpowiednim momencie; brawo

– i tak naprawdę fabularnie pozostawiasz nierozwiązany tylko jeden trop – kim była dziewczynka? To pytanie pojawia się w tekście, więc miałam nadzieję, że zostanie zaadresowane – widać nie starczyło już czasu. To jednak drobiazg w porównaniu z tym, jak zwarta i przemyślana jest fabuła tekstu

– podium u mnie i podium w konkursie – gratulacje! O to, za ile sprzedałaś duszę diabłu, podpisując cyrograf, pytać nie będę.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Patrycjo!

 

– chaotyczny początek utrudnia odnalezienie się w opowieści, trudno mi było zrozumieć, o czym jest opowiadanie

– „Niedostosowanie się do wyznaczonych reguł było surowo karane. Do tej pory nie wyłamał się jeszcze nikt.” – skoro nikt się nie wyłamał, to skąd wiedza o karach?

– Opowiadanie najeżone jest błędami, które utrudniają lekturę

– Logika: skoro na wyspie nie ma nikogo powyżej szesnastego roku życia, dlaczego we wstępie piszesz o wypadkach wśród dzieci poniżej tego wieku?

– widzę inspirację „Władcą much” (a jednak jego założenia sprzed kilkudziesięciu lat, że dzieci są z natury okrutne, są tutaj podane w zbyt płytkiej i pozbawionej podstaw formie)

– „Na świecie w 2045 roku, choć wydaje się to z gruntu niemożliwe, urodziło się za dużo dzieci” – czemu niemożliwe? Liczba ludności wzrasta z roku na rok i często pojawiają się głosy, że zbyt szybko.

– Sam pomysł na powód zasiedlenia wysp jest według mnie zupełnie nielogiczny i w żaden sposób się nie broni. Sposób organizacji (kamery, ludzie zarządzający) wskazuje raczej na eksperyment psychologiczny (choć i wtedy dobór uczestników jest boleśnie nielogiczny) Pomysł na wysyłanie dzieci na wyspę i powolne pozbawianie ich jedzenia i wszelkich zasobów jest tak niewiarygodnie niehumanitarny, że nie wierzę, że ktokolwiek (rządy państw, sponsorzy, organizatorzy) by mu przyklasnął

– wiesz, że nadajesz imiona bohaterom dopiero w połowie tekstu? To bardzo niedobrze – czytelnik potrzebuje bohatera, do którego chce się przywiązać, komu może kibicować (lub też na odwrót: kibicować, by ktoś go zabił). A ja nie zdążyłam polubić żadnych bohaterów, więc też mało mnie obchodzi ich los. Btw – Maud to jest imię żeńskie

– brak wyraźnie zarysowanego celu, jaki przyświecałby bohaterom – przeżycie walki nie świadczy w żaden sposób o długotrwałym przeżyciu, które powinno być tym, do czego dążą. Inaczej sorry, ale śmierć w walce jest chyba nadal milsza niż śmierć głodowa

– nie wiem, czy wini tu zaburzona chronologia, czy chaos w planach autorki, ale pewne fakty gubią się i znikają, narrator nie istnieje przez dużą część historii, potem wraca na chwilę by znów zniknąć, najpierw podana jest informacja o odcięciu dostaw, by w jednej z późniejszych scen zobaczyć dostawy zrzucane z samolotu.

– nie rozumiem zakończenia, ale mam wrażenie, że to część większej całości, a nie opowiadanie

– podróżniczo oceniam negatywnie, owszem, akcja umieszczona jest na wyspach, ale te wyspy nie grają tu wielkiej roli i mogłyby być zamienione na każdą inną wyspę gdziekolwiek indziej

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Trochę zabrakło mi logiki, ale pomysł z wyspą dzieci jest fajny.

Anet, jeśli podoba ci się pomysł, sprawdź “Władcę Much” Goldinga. Kawał świetnej literatury.

Cześć, Trzask!

 

– ładnie się zaczyna, dobrze wymyśliłeś charakterystyczny klimat (carska Rosja, zima i pustkowie) i konsekwentnie się go trzymasz, tworząc w wyobraźni czytelnika spójny obraz

– motywacja Mikołaja narysowana grubą kreską – brakuje tu pewnego pogłębienia, by całkiem przekonać do niej czytelnika. Również motywacja dziadów jest dość kuriozalna – swoimi działaniami doprowadzili do swojej śmierci; również motywacja dziadów do zamachu stanu jest niezbyt logiczna – czy oni byliby w jakikolwiek sposób osobiście dotknięci rewolucją dziejącą się na drugim kontynencie? Czy dotknęłoby to ich wystarczająco, by ryzykować życie? Nie sądzę.

– warto dopracować tekst pod kątem precyzyjności języka (np. porównanie dziury do sporego jeziora nie działa na wyobraźnię) i jego koherentności (gryzie współczesność języka, np. Michajłow mówiący o wykwalifikowanej ekipie naukowców)

– ostatnie zdanie, a dokładniej ostatnie słowa, za bardzo walą łopatą. Czytelnik mając podaną datę domyśla się, czym jest czerwona zaraza, nie trzeba mu wprost tłumaczyć.

– pomysł na historię jest niezły, wystarczająco nietuzinkowy, by zaintrygować i pozwolić się wciągnąć w historię

– natomiast w wykonaniu widać brak zręczności typowy dla początkującego pisarza – pamiętaj o zasadzie show, don’t tell: opowiadanie właśnie przez sposób prowadzenia historii (która jest w przeważającej części opowiadana przez bohaterów, nie pokazywana) traci całe napięcie i impet, które mogłaby zyskać, gdybyśmy byli uczestnikami tych wydarzeń

– podróżniczo opowiadanie punktuję wysoko, klimat do mnie przemówił, lokalizacja interesująca; natomiast fabularnie zabrakło trochę sensu i logiki

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, bronchospazm!

 

– transparentny styl; czyta się gładko i przyjemnie, dobre ucho do zdań, opowieść toczy się bez potknięć. Ułatwia to zassanie w historię. Natomiast chciałabym, byś stał się trochę odważniejszy w prowadzeniu narracji i pracował nad swoim stylem – czymś co odróżni cię od innych pisarzy

– oryginalny pomysł na wirtualną rzeczywistość wewnątrz wirtualnej rzeczywistości – podobała mi się rozmowa z Anią, szkoda, że urwałeś ją tak szybko. Mam wrażenie, że dialog był częścią ekspozycji (innego świata), natomiast zabrakło konfliktu czy też podania nowej informacji/dotarcia do nowej konkluzji

– początek rozkręca się bardzo powoli; z jednej strony pozwala to na głębszą immersję w wykreowany świat, z drugiej strony, mam wrażenie, że znalezienie busoli jest sceną nadającą impet reszcie historii i powinna znaleźć się bliżej początku w tak krótkim opowiadaniu

– podoba mi się narracja Ewy pokazana przez jej relacje z innymi bohaterami: zimno i zniechęcenie w kontaktach z Filipem, brak zrozumienia w kontaktach z Anną (no, tu bym chciała więcej) oraz samotność wyrażona przez fantazje o kimś, kto zostawił busolę doprowadzona aż do punktu, w którym Ewa wyobraża sobie mężczyznę ze szczegółami

– relacja małżeńska Anny i Filipa trąci melodią „gdzie to już słyszałem” – nie pokusiłeś się tu o wprowadzenie ani odrobiny oryginalności. Oczywiście, mąż ją zaniedbuje, oczywiście, „nie pamiętała, kiedy ostatni raz się kochali”. Klisza na kliszy. A przecież i taką relację można opisać w ciekawszy sposób, nie korzystając ze sztampowych fraz i określeń (ewentualnie biorąc je za punkt wyjściowy)

– natomiast filtr antycudzołożny to ciekawy pomysł i chętnie dowiedziałabym się o nim trochę więcej – szczególnie, że współcześnie mężczyźni nie mają problemu z pornografią, a potencjalne możliwości VR są witane z głębokim entuzjazmem i aplauzem – a twoja historia dzieje się, jak twierdzisz, w niedalekiej przyszłości

– i znów, ciekawy pomysł na kompletną automatyzację pewnych zawodów, o której nie mówi się wprost, oraz na wynajmowanie mózgu na godziny przerobowe. Natomiast te akapity odbiegają zbyt daleko od głównego wątku opowiadania, którym wydawała się być eksploracja ziemi przez Ewę (dobrą teorią jest, że każde zdanie opowiadania powinno albo popychać fabułę do przodu, albo pogłębiać bohaterów)

– zakończenie dobrze poprowadzone, wyjaśniłeś zagadkę busoli w niebezpośredni i subtelny sposób; brawo! Mimo że nic nie było powiedziane wprost, czytelnik rozumie, co się dzieje. Dobra robota.

– założenia konkursu: no, koleś, w konkurs geofantastyczny dajesz opowiadanie, którego 1/3 dzieje się wewnątrz mieszkania, 1/3 w wirtualnej rzeczywistości i 1/3 w postapokaliptycznych klimatach, które mogłoby być każdym miastem w Polsce i na świecie (przykro mi, ale wskazówek, że to Polska wyłącznie, nie widziałam)

– podsumowując – niezłe opowiadanie, czytałam z przyjemnością. Wydaje mi się, że brak ci jeszcze rygoru w prowadzeniu historii, co skutkuje odbieganiem od clue opowiadania i skakaniem po scenkach zapychaczach, natomiast pomysł na świat przedstawiony był ciekawy. Językowo stoisz dobrze. Znaczy, tekst nie na konkurs, ale dobra lektura.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Leniwy!

 

– mam słabość do szkatułkowych historii – podoba mi się obudowanie jednej historii drugą, zgrabnie ci to wyszło

– naprawdę musisz poćwiczyć łączenie zdań złożonych spójnikami (jest ich parę w języku polskim), a nie tylko przecinkiem. Natomiast samymi przecinkami można było obdarować kilka innych opowiadań ;)

– często łączysz przecinkiem zdania o zupełnie innym podmiocie (np. „Blask bił spod półprzymkniętych powiek, otworzyła usta” bądź też „Narzucam na siebie koszulę, John podchodzi”). Bardzo źle się tak prowadzony tekst czyta.

– widzę mrugnięcia do czytelników Moby Dicka ;) i przyznam szczerze, że miałam ochotę odświeżyć sobie lekturę by sprawdzić, ile w tej historii jest twojej historii.

– świetny research i znajomość słownictwa żeglarskiego. Osadzasz swoich bohaterów w dobrze wykreowanym świecie, który opisujesz z przekonaniem, ułatwiając czytelnikowi zaangażowanie

– historia poprowadzona jest z pewnością i doskonałym wyczuciem, podtrzymujesz uwagę czytelnika mini-zapowiedziami, każesz mu tkwić przy tekście, subtelnie podkreślając co jakiś czas, o co toczy się stawka (co jest nagrodą czytelnika za dotarcie do końca tekstu)

– napięcie budowane od pierwszych linijek aż do samego końca i catharsis w ostatniej scenie – klasyczna budowa tekstu, której możliwości wykorzystałeś jakbyś od niemowlęctwa nic innego nie robił, czapki z głów

– sposób narracji mnie męczył, ale doceniam zamysł i konsekwencję wykonania; krótkie, poszarpane fragmenty zdań i brak kropek nadawały tekstowi gwałtowności i dynamiki, nie pozwalały złapać oddechu, wręcz kazały brnąć dalej i dalej. Ale jak to się trudno czytało!

– bohaterowie przekonujący, nakreśleni w pełnokrwisty i wyrazisty sposób przy minimum środków w to włożonych; mówią w charakterystyczny sposób, mają swoje historie i motywacje – świetna robota

– minus za blady, mało znaczący tytuł – mogłeś wymyślić coś, co ściągnęłoby tu więcej czytelników

– podsumowując, świetne opowiadanie. U mnie zajęło czwarte miejsce – gratuluję :)

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Chalbarczyku!

 

– ładne pierwsze zdanie, natomiast sam początek gryzie przez zagubienie podmiotu (w pierwszym zdaniu podmiotem jest słońce – ono – w drugim on – jaki on?)

– mam wrażenie, że tekstowi przydałoby się jeszcze jedno przeczytanie, najlepiej na głos, przed puszczeniem. Zwróć uwagę na dynamikę zdań, m. in. tutaj: „Marka przyciągał ten klasztor jak magnes, jego duchowa aura (czyja aura, skoro podmiotem w zdaniu jest Marek?). Ludzie wynoszeni w konwulsjach rozkoszy, gdy doznawali Wizji. Obłęd oczu, wychodzenie z ciała, niechciane powroty do ciała.”, tutaj: „ktoś z klasztoru po angielsku zapytał ni to z obawą, ni z ciekawością, ze śmiesznym akcentem.”, tutaj: „całkiem ukrył małe oczy w fałdach skóry” (oczy same się ukryły, to nie jest intencjonalne działanie). Lub niedopasowane metafory: „Gniew uderzył mnie w policzki”.

– brak początkowego wprowadzenia w świat bohaterów – kim jest narratorka, kim są dla siebie ona i Marek? Parą? Znajomymi? Rodzeństwem? Jaka jest więź między nimi, bo wydaje się bardzo słaba?

– chaos w historii, brak podstawowych informacji (po co Marek tam przyjechał, skąd on to sobie wymyślił, co się stało z Naną i jej matką, skąd Maria zna koreański, co ona w ogóle tam robiła, czekała na Marka? Gdzie, z jakimi kobietami spała?) oraz logicznych reakcji (Marek nieprzytomny, Maria sobie wychodzi, Nana nieprzytomna, Maria zostawia ją na schodach). Ogólnie miałam wrażenie, jakbym oglądała czyjś sen, w którym ludzie zachowują się bez sensu i bez jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego

– Co i rusz zdarzają ci się zdania z zagubionym podmiotem: „Mimo że wartowników nie było widać, to przecież domyśliłam się ich obecności po żarzących się papierosach. Nana. Czy miała na tyle siły, żeby nocą szukać matki, czy zabrali ją stąd, podtrzymując z dwóch stron i ciągnąc po kamiennym bruku? Podeszło do mnie dwóch (dwóch co? Kto?), mieli rozpięte pod szyją koszule i oddychali ciężko, jakby chcieli z siebie wyrzucić całe gorące powietrze, którego nałykali się za dnia.”

– trudno mi odkryć cel i sens tego opowiadania. Przy działaniach bohaterki nie następują żadne refleksje ani wyjaśnienia, nadal nie wiem, kim dla niej był Marek i dlaczego postanowiła podążyć jego ścieżką, jaki w historii był udział Nany. Jaki był cel opowiadania historii? Opowieść o dwójce ludzi, którzy zobaczyli coś dziwnego w klasztorze? Nikt się niczego nie dowiedział, niczego nie nauczył, nie zmienił.

– tekst od strony językowej czytało się ciężko – znikające podmioty, zdania zmieniające temat w połowie („Przetrzymują ich gdzieś w klasztorze? Jeśli przeszukam dokładnie wszystkie zabudowania, możliwe, że coś znajdę…, jaka niekompatybilność?”)

– podróżniczo tekst wypada blado. Owszem, jest Korea, choć gdyby nie było to podane w przedmowie, to bym się nie domyśliła. Ale co to za klasztor, gdzie jest, co to za mnisi? Jedynym elementem budującym zagraniczny klimat są pojedyncze koreańskie słowa (bądź też dialogi angielsko-koreańskie, w których angielski brzmi łudząco podobnie do polskiego), co jednak chwilami raczej utrudnia lekturę. Dlaczego w ogóle bohaterami są Polacy? Skąd oni się tam wzięli?

– lektura pozostawia ogromny niedosyt i zmieszanie w głowie czytelnika

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Wikingu!

 

– zaczyna się ciekawie, ładnie zawiązujesz akcję i nakreślasz bohaterów przy minimalnym koszcie – podoba mi się

– spory dystans do głównego bohatera utrudnia czytelnikowi zrozumienie jego motywacji – brak również informacji o powodach jego działania (dlaczego potrzebował pieniędzy aż tak, by oszukiwać głównego bossa? Ma rodziców, ma dom, co popchnęło go do tak skrajnych czynów?)

– sam punkt wyjściowy (dealer rozcieńczający narkotyki) nie jest szczególnie oryginalny, mam wrażenie, że czytałam tę historię już wiele razy. Można by się było z tego wybronić afrykańskim klimatem opowieści, ale u ciebie tego Kamerunu praktycznie nie ma. W scenie z rodzicami niemal wyobrażałam sobie Janusza i Grażynkę w polskim salonie z meblościanką. Klisza znika tak naprawdę dopiero w momencie, w którym na scenę wkracza Chiruwi

– bardzo chaotyczna dynamika zdań, brak równostajnej melodii w dłuższych akapitach (zbyt duże natężenie krótkich, identycznie zbudowanych zdań – przykład: akapit zaczynający się słowami „choć minęło zaledwie kilka godzin…”)

– immersję w tekst zaburzał mi polski do bólu język bohaterów („daj fajka”, „kurwa mać”) – trudno sobie wyobrażać czarnoskórych mięśniaków, skoro mówią jak Sebki spod osiedlowego

– klisze językowe („zapadł w niespokojny sen”, ułagodzony język („przykre dolegliwości” o objawach pobicia)

– ciekawa postać Chiruwiego, podoba mi się absurdalna otoczka i infantylny język postaci (podobał mi się fragment o dłoni, która nie wiedziała, co zakryć), natomiast sama zagadka, choć odmalowana jako trudna, nie wydała się sprawić Cissowi problemu

– klimatycznie pojedynek Cissa z Chiruwim przypomina mi nasze swojskie bajki (no, słowiańskie) o zagadce za życie

– jeśli chodzi o zakończenie, to muszę przyznać, że nie jestem wielką fanką kliszy „a potem się obudził” – zdaje się umniejszać znaczeniu całej historii. Także i tutaj, fajnie, że bohaterowi się udało i żyje, a jednak emocjonalnego zaangażowania w tym nie miałam za grosz

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, CM!

 

– narracja Quetzalcoatl przesympatyczna i urocza w swoim absurdzie, humor: żarty o piórach i imieniu, podoba mi się!, dodatkowe punkty za abstrakcyjny humor (Legenda i Aspekt), czarny humor („ciężkie frajerstwo”) niespodziewane zmiany punktu widzenia – naprawdę, narracyjnie bardzo mi się podobało

– Montezuma jakiś mało bystry, skoro nie zna własnej historii (kalendarza? religii?); autor używa dialogu jako ekspozycji – ale bohaterowie mówią o czymś, co powinno być dla obojga oczywiste. Poza tym, kapłani raczej nie zgłaszają się na ofiary, nawet jeśli zdenerwują króla

– syndrom „gadających głów” – całe serie dialogowe bez żadnych didaskaliów

– językowo jeszcze kuleje, brak wyszlifowanego języka – czasem gubisz rytm zdań, używasz mało gładkich wyrażeń, brniesz w niezręczne zwroty. wszystko do wyćwiczenia, jest dobrze.

– konflikt głównego bohatera – bycie przeciętnym, brak genialnych umiejętności. Tu jest spory potencjał, ale trochę zszedł na drugi plan. Plus klasyczne „uważaj, o czym marzysz”.

– zróżnicowana, kreatywna narracja (gwiazdki, wiersze, współczesne metafory) – można nazwać to nieczystymi zagrywkami w utrzymywaniu uwagi czytelnika, a jednak można pozazdrościć ci kreatywności

– zakończenie bez większego łupnięcia, ale w sumie trudno byłoby o jakąś niespodziankę. Ogólnie prosta, sympatyczna historia, która stoi ciekawą i barwną narracją

– research porządny, nie mam zastrzeżeń. Ładne odmalowanie utraconego świata.

– podsumowując, dobrze się bawiłam przy lekturze twojego opowiadania. U mnie było szóste miejsce :) 

 

Dziękuję za udział w konkursie.

– dobry początek: prostym obrazkiem zarysowujesz, co będzie głównym konfliktem tekstu i pozwalasz czytelnikowi zadać pierwsze pytania. Scena, w której Yoshi tłucze talerz – znów, prosta, ale intrygująca, z przejrzyście zarysowanym konfliktem

– fantastycznie zrobiony research, opowiadanie tętni życiem, Japonia pięknie odmalowana. Podoba mi się połączenie historii i nowoczesności

– przepiękne wykorzystanie kontrastów: historia/przyszłość, kultura/technologia, technologia/natura, kolory – bawiłam się znakomicie, dostrzegając kolejne strony historii

– historia ascetyczna w stereotypowo azjatycki sposób: dobrze dobrany sposób prowadzenia opowieści do tematu

– piękny język, nie zauważyłam żadnych potknięć

– bohater rzutował na język danego fragmentu („smok” widziany przez androida”), wysokie zróżnicowanie narracji

– podsumowując, czytałam z przyjemnością. U mnie opowiadanie wylądowało na trzecim miejscu, ale różnice punktowe na podium miałam minimalne.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Żonglerko!

 

– mam problem z tym opowiadaniem. Historia jest prosta, bez większych twistów, a opowiedziana jest tak, że rozszyfrowywałam ją jak instrukcję detonacji broni atomowej i nie potrafię nawet pokazać, jak można by to usprawnić. Mam wrażenie, że szklany klosz dzieli obrazy w twojej głowie i to, co wychodzi spod palców. Plus motywacja bohaterki do wzniecenia tego pożaru jest mętna, brak warstwy emocjonalnej – minus, biorąc pod uwagę, że poznajemy historię z jej perspektywy

– język poprawny, z niewielkimi problemami: nadmiar przymiotników („zaciskając długie palce w kurczowym uścisku, tak mocno, że paznokcie drasnęły Annę nawet przez gruby wełniany płaszcz i podszywany materiał sukni. Oczy Kliche, wielkie i okrągłe niczym zmrożone szronem sadzawki, drżały nieznacznie w otoczce grubych jak źdźbła rzęs.”), notoryczne nadużywanie zaimków

– ładny fragment: „Spłonęły cielaczki, spłonęły dziateczki. – Helenka obróciła się w tanecznym pląsie, ciągnąc ją między bez. – W płomieniach na wieki się smażą duszeczki.”, i rymowanka „pamiętaj, człowiecze” bardzo klimatyczne

– no, zaskoczenie z tego, że czarnowłosy Merten to diabeł jest równe mojemu zaskoczeniu za każdym razem, jak reprezentacja Polski w piłce nożnej przegrywa mecz, jestem wprost wstrząśnięta. Szkoda, że poszłaś w klisze

– bardzo mglisty jest status Anny – co ona robi, gdzie mieszka, czy jest uważana przez innych za czarownicę, czy tylko przez Kliche

– Kliche błyszczała w swojej scenie, Anna jest mi obojętna, diabeł wyjątkowo blady

– natomiast warstwa obrazowa to pierwsza klasa: przewijająca się przez tekst wyliczanka chabru, maku i rumianku, rymowanki i wierszyki, urozmaicało mi to lekturę i pozwalało wyróżnić się tekstowi. Bardzo mi się podobało od strony opisowej; dobra robota.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Nevazie!

 

– początek sztywny i mało melodyjny (duże natężenie krótkich zdań); ale ładny (bardzo mi się podoba „posłuszeństwo wymogła na nich śnieżna biel jego brody, a bardziej jeszcze czerwień więzów krwi”)

– trudna do płynnego czytania melodyka tekstu

– ogromny plus za wplecenie przysłów koreańskich, dobry i solidny reseach

– duża dbałość o detale zgodne z opisywanym krajem – znów, solidny research i umiejętne pióro pisarza

– ładna historia, tygrys okazał się duchem opiekuńczym mężczyzny; wszystkie wątki splecione, nic nie zostało niedokończone i skończyłam lekturę całkowicie usatysfakcjonowana. Interesująca i na swój sposób zabawna postać tygrysa – bardzo podobała mi się dynamika między nim a głównym bohaterem

– zakończenie wydaje mi się wyrwane z innej powieści i nie pozwalające wybrzmieć historii przez zmianę przedmiotu opowieści

– u mnie było piąte miejsce – gratulacje!

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Tomaszu!

 

– historia była ciekawa i oryginalna – wybrałeś sobie dobry materiał początkowy, poszedłeś w nietypowym kierunku. O samej Afryce czytałam z zaciekawieniem i żałuję, że tekst nie został poparty solidniejszym researchem, bo w tej formie immersja kolebała się jak łódź na silnym wietrze. Natomiast zdecydowany plus za tematykę

– brak przedstawienia emocji, infantylizacja słownictwa („Ta przykra wiadomość mocno przygnębiła Wiktora” – do diabła, tu mówimy o romansie życia, nie o zepsutym mleku!)

– historii szkodzi brak warsztatowego wyrobienia, opisy nie zaciekawiają, akcja ma swoje przestoje i jest podawana infodumpami – natomiast jest to coś, co leczy się nabywaniem doświadczenia, więc pisz, pisz dużo, z każdym tekstem będzie lepiej

– gramatycznie słabo, interpukcja w rozsypce, błędy, powtórzenia

– ekspozycja nie pozostawiająca miejsca do namysłu, wręcz przeciwnie, okładająca czytelnika łopatą („teraz musisz zginąć”); dialogi-ekspozycje, mało naturalne, syndrom gadających głów

– brak ciągłości historii – początkowo byłam pewna, że Wiktor jest młody, a z krótkiej misji w Afryce wrócił niedawno, po czym okazuje się, że było to dwadzieścia lat temu

– romans Zuri i Szymona jakby trochę niepotrzebny, a nawet bardzo, szczególnie nie w miejscu zakończenia tekstu opowiadającego o Wiktorze i jego niedoszłym mordercy – bo co ma piernik do wiatraka

– podobało mi się wplecenie do tekstu afrykańskiej mitologii, choć chwilami miałam wrażenie, że zbyt daleko odbiegałeś od materiału źródłowego w stronę hollywoodzkich pokazów siły (tak, mówię o tej naparzance z końca tekstu, np. „odepchnął Szymona od siebie siłą magi (sic!) Szango”)

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Cześć, Tarnino!

 

– językowo jest ślicznie, sunęłam przez zdania jak na pastelkach de nata, atmosfera Lizbony była ciężka, duszna i pachniała sardynkami, bardzo mi się. Poza tym tekst odznaczał się wysoką ilością poetyki czasami przechodzącej w oniryzm, co urozmaicało lekturę

– "kobiet w czerni, śpiewających o zdradzie, śmierci i nadziei, i uchodźców ze wschodu, którzy nie rozumieli tych pieśni, choć uciekli przed śmiercią, a żyli nadzieją.” – śliczne zdanie

– A co to za vihno verde, które jest czerwone? Mówisz o vihno verde rose? Ale ono też raczej różowe… No i w Lizbonie, przynajmniej na tyle na ile ja poznałam ten region, vihno verde nie było zbyt popularne, to się pije na północy. Z drugiej strony, przy takiej ilości głupich wpadek, jakie zaliczył James, nie zdziwiłabym się, gdyby on się na to zielone/różowe zaparł i zmusił właściciela do przetrząsania piwnic sąsiadów ;)

– fajne mrugnięcie z imieniem bohatera – szkoda, że nie zostawiłaś mu też jamesowej błyskotliwości, bo opowiadanie sporo traci przez niedostatki w inteligencji głównego bohatera

– natomiast fabularnie trudno mi było całą historię kupić. Zacząwszy od tego, że niemal od pierwszej sceny (gdy James pyta właściciela kawiarni, kim jest fadista, a ten odpowiada, że tam nikt nie siedzi) wiadomo, że dziewczyna jest duchem, a wydaje się, że kolejnymi scenami próbowałaś utrzymać jej status w tajemnicy, bądź odkrywać go małymi kroczkami. Dlaczego James jako jedyny widział ją? Fadista powiedziała, że próbował jej pomóc w kawiarni, ale jak? Wątkowi szpiegowskiemu brakuje ciągłości. Scena na cmentarzu wydawała się dawać zalążek nowej historii, a tu nic. Niemcy porywają go znikąd i znienacka.

– aspekt geograficzny: no, Lizbona jest piękna i oddałaś jej klimat 10/10, natomiast czemu ta historia działa się w Lizbonie? Portugalia przez większość czasu drugiej wojny światowej była neutralna i dość zdecydowanie starała trzymać się na uboczu wojennej zawieruchy, zajęta przemianami politycznymi na swoim poletku (także zamorskim). Nie wydaje mi się, żeby Niemcy mieli tam czego szukać, a skoro nie było tam Niemców, to niepotrzebni byli też szpiedzy brytyjscy. Co zresztą widać w twoim opowiadaniu, bo Niemcy nie mają w nim nic do roboty, poza porywaniem Brytoli i chowaniem ich po kątach.

– podsumowując, czytało się miło i napisane jest pięknie, natomiast fabularnie i geofantastycznie jednak kuleje.

 

Dziękuję za udział w konkursie :)

Cześć, Piotrze!

 

– chaotyczny język („pacjentka podtrzymuje”, „spojrzał oczodołami”, „na szczęści”, „z nieznanymi tajemnica”), powtórzenia („obiecałem, że ją wypuszczę… nie mogę jej przecież wypuścić”) – i nie, forma epistolarna/brudnopisowa nie usprawiedliwia w moich oczach błędów, bo te błędy wyglądają na niedbalstwo autora, nie narratora (to nie jest język, jakim pisze się notatki)

– „Dziesięć na dziewięć zachowanych ciał” hmm *liczy na palcach*

– amerykanie zapłacili za super tajną misję, na którą wysłali… jedno małżeństwo – i to jest nazywane zespołem?

– problemy z zachowaniem zasady show, don’t tell: w jednym zdaniu piszesz, że wszyscy byli zdumieni, w drugim, że Staszkowi opadła szczęka. Pierwsze można wyciąć, czytelnik się domyśli, że skoro szczęka opadła, to ze zdziwienia, a nie przez słabe mocowania zawiasów żuchwy (później masz to samo z „poczuć przerażenie” i „oczy ze strachu wyszły z orbit”)

– Frida zostaje sama w lesie, ale w ogóle jej to nie rusza – brak zaprezentowania emocjonalnej strony bohaterów

– „na moim biurku wylądowała kawa z (sic!) mlekiem” – sprawdź znaczenie słowa sic, bo nie znasz; sprawdź sobie też „konsternację”, bo używasz niezgodnie

– narrator wydaje się być interesującym stworzeniem. Podoba mi się kreacja jego postaci, plany profesury nadające mu jakiś cel i lekko sceptyczny, a jednocześnie zafascynowany bełkot, którym opisuje poczynania Fridy

– „Frida obudziła się kompletnie naga i skąpana we krwi. Śniła koszmar o byciu gwałconą przez ogromnego insekta. Ciekawe, co powiedziałby na to Freud.” – primo, jak może podejrzewać, że to był sen, budząc się w tak kuriozalnej pozycji, secundo, Freuda powołuje się w kontekstach rodzinno-seksualnych, a nie tylko seksualnych, więc wydaje mi się tu nie na miejscu – bo co on pisał o gwałtach z insektami, żeby się tu na niego powoływać?

– poszedłeś w kierunku najbardziej klasycznej kliszy (psychiatra tracący zmysły pod wpływem nadprzyrodzonych wydarzeń), ale przełamałeś ją – do pewnego stopnia – dość szybko pozwalając narratorowi domyśleć się, co się z nim dzieje („a może to ja dałem wciągnąć się w pułapkę”)

– brak zachowania koherencji między częściami tekstu – fragment nr 7 jest jak wyjęty z amerykańskiego blockbustera

– „Tylko kobieta mogła mi zrobić z mózgu taką sieczkę.” – hm, a myślałam, że to zasługa Mistrza Chaosu

– przypadkowo osiągnięta nieśmiertelność to fajne hasło i imo byłby z tego lepszy tytuł opowiadania, niż ten obecny. Plus garść rozkmin, czym ta nieśmiertelność może być i odczytywanie jej w wielowymiarowy sposób. Przemyślenia bardzo na plus.

– zakończenie – nie zrozumiałam, myślałam, że on tym Mistrzem Chaosu został już wcześniej, w czasie sceny z helikopterami?

– podróżniczo, dżungla jak każda inna, kopiuj wklej z amerykańskich filmów niskobudżetowych, Brazylii tam nie poczułam ani przez moment. Poza tym lwia część akcji dzieje się w szpitalu, który jest… gdzie? W Polsce? Także wymogi konkursu opowiadanie spełnia w bardzo naciągany sposób.

 

Dziękuję za udział w konkursie :)

NoWhereMan, dzięki! Cieszę się, że odnotowałeś fajerwerki :D No widzisz, ty się łatwo domyśliłeś, a połowa użytkowników pyta mnie, co się stało. Możesz sobie pogratulować przenikliwości ;)

 

Regulatorko, bardzo się cieszę, że historia zdołała cię zaciekawić – to chyba piewszy raz z moim opowiadaniem, więc bardzo mi miło i jestem dumna z tego komplementu :) Poprawki wprowadzę lada moment. A z tym szalikiem to mnie złapałaś!

 

zygfryd89, dzięki za lekturę!

 

Iluzjo <3

Nawet nie wiesz, ile radości sprawił mi twój komentarz. Fajnie, że udało mi się zagrać na uczuciach, o to w horrorach w końcu chodzi ^^ No i miło, że scena tańca zapadła w pamięć – to jedna z moich ulubionych. Eksperyment odnotowałam jako problematyczny – ale jak inaczej można się rozwijać, no nie?

Dziękuję za wizytę!

Cześć, śniąco!

 

– kontynuacja przeznaczona dla czytelnika zaznajomionego z poprzednią częścią – nie wprowadzasz go gładko w historię

– język chwilami toporny („zrobienie ujęć”): nadużywanie klisz („złocący się w promieniach zachodzącego słońca”), niedopasowane słownictwo (lis mówiący „sprosić krewniaków na imprezę” – dwa różne tony), powtórzenia („naciesz się tym widokiem” – „Ada cieszyła oczy tym widokiem”)

– fajny fragment o historii Islandii, choć podany w formie mało subtelnej łopatki – natomiast na plus research i wiedza, którą się z nami dzielisz

– bohaterka odkrywa kolejne miejsca, ale żadne z nich nie dostaje wystarczająco miejsca, by zachwycić i zapaść w pamięć (wyliczanki, np. „czarna plaża Reynisfjara, klify Dyrhólaey czy podnóża Hekli”)

– dobra znajomość Islandii, dopasowane słownictwo specjalistyczne

– podobała mi się postać renifera, nadała scenie dynamiki i wywołała uśmiech, ale większość bohaterów jest miałka i pojawia się na zbyt krótko – nie dajesz się im rozwinąć

– przed bohaterką nie stają żadne realne problemy, nie musi walczyć, wszystko przychodzi jej łatwo = brak napięcia (czytelnik nie obawia się, czy jej się powiedzie), bez problemu odnajduje trolli i przekazuje im podarek, który też nie ma żadnego przełomowego znaczenia – ot, naszyjnik jak naszyjnik

– opowieść prosta, nie niesie ze sobą żadnej głębszej historii (żaden z bohaterów nie przechodzi przemiany, nie wyciąga nauki, brak głębszej myśli w tekście, brak morału – powodu, dla którego musiałaś opowiedzieć tę historię) – z tego powodu nie nazwałabym też tej opowieści bajką, gdyż nie spełnia swojej podstawowej funkcji

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Oho, robi się z ciebie stały bywalec Apheliona :D Gralutacje, Blacktomie :)

To jeszcze i ode mnie – dziękujemy wszystkim za udział w konkursie! Czytanie waszych opowiadań i odkrywanie z wami kolejnych światów było fascynującą przygodą. Gratulucje dla zwycięzców! :)

 

Zabieram się za komentarze pokonkursowe.

Chciałam pokazać, że Viola była matką, która nigdy nawet nie spróbowała założyć rodziny.

Opowiadanie sugeruje jednak coś innego. Zaręczyny się odbyły, Tomek i Viola mieszkali razem – próba założenia rodziny była. W dodatku Tomek garnął się do sprawy równie gorąco, co Viola – zaręczyny wymusiła matka, cały akapit jest zresztą w tonie “no, ja się wysiliłem, a ta baba nie doceniła łaski pana”. Ale tu problemem jest zbytnie streszczenie wydarzeń, brak tego, co pewnie miałaś w głowie, a bez tego trudno wypełnić sobie luki w historii.

 

Chyba nie zmuszam do opowiadania się po stronie Tomka

Narracja Tomka jednak sugeruje winę Violi: pazerna kretynka niezdolna do założenia rodziny, zbrojna jedynie w bazarowe cwaniactwo. To jedyne informacje, jakie mamy na temat dziewczyny. Nie widzimy jej zachowania, nie widzimy żadnych scen z nią – bo wszystko jest streszczeniem. Nie posiadamy więc żadnej opozycji do narracji Tomka, która mogłaby sprawić, by czytelnik mógł wyrobić sobie własne zdanie. Bardzo zaszkodziła temu tekstowi forma opowiadania.

 

Dla mnie sytuacja, kiedy o wszystkim decyduje jedna strona (od modelu rodziny do chrzcin) nie jest zdrowa. Tomek od momentu poczęcia nie ma już nic do gadania.

 

I to jest dla mnie ciekawsze niż całe twoje opowiadanie, w dodatku mniej skrajne i pozostawiające miejsce na interpretację. Ty nie dość, że poleciałaś po stereotypach, to jeszce zrobiłaś to po łebkach. Bardzo szkoda, bo pisarką jesteś zdolną i wiem, że potrafiłabyś napisać to w nie czarno-biały sposób.

 

Styl prologu – no, tak sobie wyobrażam żargon bywalców klubów. Przesadziłam?

Mnie trochę mierziło, choć to rzecz jasna subiektywne wrażenie. Właśnie dlatego, bo wyglądało jakbyś wzieła te słowa z jakiegoś losowego generatora slangu.

 

nigdy nie spotkali przyzwoitego człowieka z tej drugiej strony barykady?

Medea jednakże stwierdza tutaj fakt – żadna matka nigdy nie zabiłaby swojego dziecka. Ten fakt kompletnie nie ma poparcia w rzeczywistości i osoba, która żyje na tym świecie kilka tysięcy lat nie może powiedzieć czegoś takiego.

 

No, na koniec, mam nadzieję, że się nie gniewasz. Jakby opowiadanie było słabe, to bym porzuciła bez komentarza, a jednak z przyjemnością nad nim dyskutuję :) 

Nie spodobało mi się, co więcej, nie spodobało mi się w dwojaki sposób.

 

Literacko ten tekst jest kawą na ławę. Medea streszcza, jak wyglądało jej życie, nie ma tu żadnego suspensu, ciekawości u czytelnika, niepewności i oczekiwań co do tego, co może się zdarzyć. Ot, Medea mówi, że było tak i tak, i nara. Część Tomka jest króciutka i potraktowana po łebkach, także trudno mu kibicować – wprost mówisz, że mamy mu współczuć, tyle że ja ledwie faceta znam i nie wiem, dlaczego miałby być lepszym opiekunem niż Viola. No i nie wiem, jak on się ma do Medei – mam wrażenie, że historia jest doczepiona do historii boginii.

 

Ideologicznie, widzę że chciałaś poruszyć fajny temat, w dodatku bliski mojemu sercu, bo równouprawnienie i feminazizm, który wyewoluował z feminizmu. Ale chyba zabrakło tu kilku-kilkunastu tysięcy znaków, by tekst był czymkolwiek więcej niż prostacką wręcz ekspozycją (paczcie, niedobre kobiety nie pozwalają mu zaopiekować się dzieckiem). Owszem, statystyki pokazują, że w przeważającej części spraw to matka otrzymuje opiekę nad dzieckiem. Nikt jednak nie prowadzi statystyk pokazujących, ile z tych mężczyzn faktycznie próbowało otrzymać wyłączną opiekę. A psychologia jest nieubłagana – dziecko do pewnego roku życia potrzebuje głównego opiekuna, którym zwykle jest matka, bo to ona karmi i spędza z dzieckiem najwięcej czasu. W twoim tekście nie widzę powodu, by sympatyzować z Tomkiem – czy Viola była złą matką? Co w sytuacji, gdy oboje rodzice są dobrymi rodzicami? Powinni dzielić czas dziecka po równo? I to jest złe rozwiązanie, bo dziecko nie posiada potrzebnej mu stabilizacji. I Tomek, który został zmuszony do zaręczyn przez matkę (ergo sprawia wrażenie niezbyt dojrzałego) i płacze, że jechał samochodem godzinę, żeby wykąpać dziecko też nie wydaje się typem, który jest najlepszym ojcem świata i zasługuje na opiekę nad dzieckiem bardziej niż Viola, która śmiała wyprowadzić się od niego, mimo że tak się starał (”niezdolna do założenia rodziny”, ach, urażona duma!). I bardzo dobrze – czasy się zmieniają, nie trzeba męczyć się w nieszczęśliwym małżeństwie, bo co ludzie powiedzą. 

 

Językowo zdarzają się perełki – dużo humoru, jak zwykle u ciebie – ale pierwszy fragment brzmi jakby został napisany przez komputer udający nastolatka. Bardzo dziwnie i w kompletnie odrealniony sposób.

 

Zabić własne dzieci! Też coś! Żadna matka by tego nie zrobiła. Nie po długiej ciąży, nie po przeżyciu porodu.

 

Ile lat ma Medea? Bo troszkę naiwno-głupiutka jest, wygłaszając takie tezy z takim przekonaniem. Parę tych matek zabijających własne dzieci się znalazło i w swoim kilkutysięcznym żywocie powinna się z takimi spotkać.

 

 

codziennie zapychał (godzinę w jedną stronę), żeby wykąpać Robercika.

A Viola zapierdalała pozostałe 23 godziny na dobę z Robercikiem ;)

No i – chyba zapylał? Dziwne to zapychanie, pierwsze słyszę o użyciu tego słowa w takim kontekście.

 

 

Fajnie, że wzięłaś sobie na warsztat kontrowersyjny temat, ale nie podobał mi się format, w jaki go wykorzystałaś. Za krótko, zbyt po łebkach, zbyt czarno-biało.

 

Uściski!

Mężczyzn w Plecakami jest więcej.

To Cos w głowie pracuje gorączkowo

jego ciepła ręka zaciśnięta na dłoni chłopca, zjedzona na obiad langusta

Zgubiona kropka

 

Ludźmi gra się dużo ciężej niż pionami z plastiku.

 

Przeczytałam.

 

Hej, Jose! <3

Dzięki za miłe słowa! “Realizm magiczny” – to ciekawe, nie patrzyłam na to w ten sposób. Fajnie, że pasuje ci ta osobliwa narracja w tekście, bo zbiera głównie głosy na nie :D

Zakończenie częściowo wyjaśniłam już w komentarzu do thargone’a – dziewczynce miesza się i nie wie sama, kogo widzi i przed czym ucieka. Podobno horrorom dobrze robi, jak czytelnikowi się trochę zamiesza w głowie ;)

Dziękuję za przeczytanie, trzymaj się cieplutko! :)

wśród dzieci poniżej 16 lat

liczby w tekście zapisujemy słownie

Nie podjęto prób wyjaśnienia nie podanych

niepodanych

które rozwiały by wszystkie wątpliwości

rozwiałyby

Dziennikarze, mniej lub bardziej poczytnych magazynów

zbędny przecinek

znajdował się na wszystkich pierwszych stronach.

brak dopełnienia

 

Tu przestałam wypisywać błędy – autorko, ten tekst wymaga jeszcze dopracowania.

 

Przeczytałam. Szerszy komentarz po ogłoszeniu wyników konkursu.

przyćmiony, tak, że można było patrzeć

drugi przecinek zbędny

Piotrowycz

Piotrowicz

uciął Car

Miłościwy Panie, znaleźliśmy ich

Tak jak z pewnością Carska Mość się spodziewa

Tako rzeczę Ci ja, Dziad Maruszka.

Tylko Twoja decyzja może uratować miliony istnień i zapobiec szaleństwu! Zaklinam Cię, ratuj nasz świat!

Wszystkie zwroty piszemy w literaturze małą literą.

 

Chcąc nie chcąc jego myśli cały czas wracały do wytłumaczenia

brakujący przecinek

 

Wszędzie jest nieprawidłowy zapis dialogów. Proszę się dokształcić w tym temacie.

 

 

Przeczytałam.

Jon przez głupotę i honor, Danka przez głupotę i arogancję. I liczę, że wtedy wejdzie Sansa, cała na biało.

<3 <3 <3

 

 

Generalnie uważam, że żadnych większych plot twistów już nie będzie, chyba że takie jak ten z Aryą – dotyczących tego jak coś się stanie, nie że stanie się w ogóle. Ale to z Sansą byłoby miłe :) 

To ostatnie co od niego usłyszała.

przecinek

drzwi na zewnatrz

zautomatyzowane magazyny były cały czas pełne wszystkiego, co kiedyś zdążyły wyprodukować zautomatyzowane fabryki

na dachu do paczkarni na ostatnim piętrze .

niepotrzebna spacja

Wfracała do chwil na zewnątrz

czerwoną strzałką prouszającą

– Dobrze. – podniósł wzrok.

Zły zapis dialogu

Ewa zapytała, kiedy jej nowa koleżanka co rusz sprawdzała coś na ekranie

Ania mówiła, wpatrując się w smartfona

W obu zdaniach brak kropki

być i Szkocja i Syberia.

Brak przecinka po Szkocji

Ania wróciła do przewijania ekranu – gotowanie znudziło mi się

Zły zapis dialogu

 

 

Przeczytałam, komentarz po konkursie.

Już tylko 25 godzin do końca! Kto jeszcze dołączy?

 

 

WSPÓŁCZESNE:

– Benin

– Brazylia

– Islandia

– Japonia

– Kamerun

– Korea Południowa

– Polska

– Tuvalu

– Wielka Brytania

 

HISTORYCZNE:

– Brandenburgia-Prusy (1663r.)

– Estado Novo – Portugalia (194…)

– Imperium Rosyjskie (1908r.)

– Królestwo Joseon – Korea (XIX wiek)

– Państwo Azteków (XVI wiek)

kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie użyli smoków na początku

Jeśli mogę służyć wyjaśnieniem – nie mogli użyć smoków dopóki nie wiedzieli, gdzie znajdował się smok NK, bo gdyby NK podleciał do nich i rzucił tym swoim śmiesznym oszczepem i załatwił kolejnego smoka, to by mieli wszyscy przerąbane.

 

Mnie bardziej gryzło to, dlaczego te smoki tyle czasu spędziły na ziemi. To są smoki! Tego się używa do latania.

Jeszcze raz dzięki wielkie za pomoc! Reg się wkurzy, nie będzie czego poprawiać ;)

O, panie, tylko poczekaj – nie doceniasz bogini ;) Watch and see.

 

Do usług!

Nie rozumiem też, skąd wielkie zdziwienie, że to koniec wątku NK.

Mam wrażenie, że rozczarowanie wynika z tego, że bitwa z NK była o wszystko, o przeżycie, wszyscy spodziewali się pogromu i nie wiadomo było, co z tego wyjdzie. Stawka = super wysoka.

A wojenka z Cersei? Porąbana laska w ciąży i jej równie porąbany piracik. Raz dwa ich rozpykają – ktoś w ogóle w to wątpi? Stawka = meh.

 

No i rozczarowanie, bo to ważne już było, a bitewka z Cersei to będą popłuczyny po tym co mieliśmy wczoraj.

 

A w żadne plot twisty już nie wierzę :D

Zbędne przecinki:

 

które pasterze ganiają w moim imieniu, z zachodu na wschód

Dla mnie jednak, liczy się tylko stara fajka

Koło dwunastej, przepite gardziele

wybierał się na partyjkę krykieta, u królowej Wiktorii

ręce, wielkie jak drągi

a za niesubordynację, pan zarządca mi jeszcze ręce wycałuje

Drugi John, to ten

od popołudnia, do wieczora

Ta rozmowa, powinna była się odbyć dawno temu

Wzdrygam się, na dźwięk tego imienia

dawno wyschniętymi korytami, do morza

jak ze szkła, albo srebra

wypowiadały słowa, od dawna zapomniane

Za każdym razem, gdy widzę swoje odbicie

Boś taki sam tchórz, jak John Smith

co pewien czas, wieje lodowaty

idź, i pokaż im

Zmarszczki i wiry, to kołtuny

pot spływa po niej, jak oliwa po surowym mięsie.

porusza się samodzielnie, jak nakręcana zabawka

John wygląda, jakby się modlił

 

Brakujące przecinki:

 

chociaż nie wie kim jestem

W dupie mam co mówił

Wiesz kim jest matka wody i blasku

Kocha co jasne

ten co ucieka i ten co goni

czemu Biały Johnie,

Nie czuję się zbyt dobrze kapitanie

Kapitanie jak to?

tego co martwe

John przestań

 

Powtórzenia:

 

Potem spokój. Wody znów są spokojne

czerwień, rozglądam się, patrzę w stronę wybrzeża i oceanu, i widzę całe morze, czerwone.

 

Zły zapis dialogów:

 

nabieramy wody! – mój głos ginie wśród strug deszczu

To wszystko twoje! – biegnę za nim, ale jest już

 

Przeczytałam.

Nie wiem, jak działa ta nagroda, ale chyba jakoś dziwnie XD

Działa tak, że głosować każdy może, więc nominowane zostają osoby z (pozytywny scenariusz) dużą liczbą fanów, czy też (negatywny scenariusz) dużą liczbą znajomych. No i te zasłużone (chyba).

Chociaż chyba nie jestem jedyna, patrząc na niezwykle żywą w tym wątku dyskusję na temat nominacji zajdlowskich. ;)

Mam wrażenie, że jedyne, o czym możemy póki co pogadać, to dyskryminacja kobiet, czy też jej brak w polskiej literaturze. Mam nadzieję, że jak wrzucą pdf-a z opowiadaniami to dyskusja się ożywi :)

Przyjemna lektura. Podoba mi się rozpoczęcie tekstu akcją, po której następuje nieśpieszy powrót i wyjaśnienia sytuacji. Ściąga to uwagę czytelnika. Sceny w klubie ładnie opisane. Bardzo poprawny językowo tekst, choć narracja prosta, bez większych szaleństw i smaczków.

 

Historia nasuwa skojarzenia z "Smętarzem dla Zwieżąt" i "Pięknym umysłem".

 

Dziwi mnie, że akcja tekstu dzieje się w Polsce, gdy nic tu Polski nie przypomina, ani wielkie kluby, ani placki na cmentarzach, ani sam wybrany przez ciebie bóg. Wydaje mi się, że immersja w tekst byłaby łatwiejsza, gdybyś umieścił akcję w kraju, w którym spotkanie takiego boga byłoby logiczniejsze (u nas spodziewałabym się raczej czegoś słowiańskiego czy katolickiego).

 

No, tak czy inaczej, jestem usatysfakcjonowana lekturą. Klikam bibliotekę.

niepotrzebne były do tego oczywiste wstawki Brana, jak podczas przesłuchania Jaimego (”The things we do for love” czy jakoś tak)

No co ty gadasz, Ocho! Czemu oczywiste? The things we do for love to słowa Jaimiego, które powiedział, zrzucając Brana w pierwszym sezonie z wieży. Osiem sezonów czekałam, by to znowu usłyszeć! <3 <3 <3

 

 

Winterfell nie ma opcji, żeby przegrać – za dużo ważnych bohaterów – więc też myślę, że NK może być już w drodze do King’s Landing.

 

Grey Worm jest martwy. Nie robi się planów na emeryturę przed ważną bitwą. Jak zaczął gadać o tej plaży to miałam minę “oh honey no” :<

 

I coś musi pierdolnąć z tymi kryptami, bo za dużo o nich mówią

Krypty są bezpieczne. Krypty to najbezpieczniejsze miejsce w Winterfell. Schowaj się w najbezpieczniejszym miejscu – kryptach. W kryptach nic ci nie grozi, tam będziesz bezpieczny.

Jakie to subtelne :D

 

I Ghost się pojawił, dobry piesek <3 <3 <3

Elo, Wiktor!

 

Przyznaję, że opowiadania w Histerii nie czytałam, więc zaskoczyło mnie pewne podobieństwo tematyki i motywów pomiędzy “Panią straszną” a moim babsztylem na czerwono.

Prawda? Też byłam zdziwiona.

 

Ha, wielkie umysły myślą podobnie! 

Jak stare przysłowie rzecze, zwei Dumme, ein Gedanke, kochanie moje <3

 

natomiast zaraz potem zreflektowałam się, że to tak naprawdę zależy od wrażliwości jednostki

Wiktor okazujący ślady empatii… Mogę umrzeć szczęśliwa. My job here is done. 

 

 

Za wszystkie miłe słowa strasznie dziękuję, fajnie, że dopatrzyłaś się w tekście tylu pozytywów <3 Trzymaj się cieplutko :)

Czy ktoś mi może wyjaśnić, bo nie bardzo rozumiem, dlaczego nominowani są autorzy typu Lovecraft czy Kurt Vonnegut? Porównywanie ich ze współczesną literaturą wydaje mi się nie mieć kompletnie żadnego sensu.

Oretyretyrety, thargone! Mam ochotę twój komentarz wydrukować i oprawić w ramki. O matko no. Jednorożce szaleją w sadzawce tęczy, będę im musiała zaaplikować meliskę. <3

 

Tu w sumie mogłabym skończyć, ale chcę jeszcze doprecyzować parę spraw.

Angażuje u czytelnika zmysły inne, niż wzrok, a użycie znanej piosenki natychmiast odpala sekwencję skojarzeń, co o kilka poziomów pogłębia immersję

Mówią, że angażowanie zmysłów to ważna rzecz w pisaniu, więc staram się wplatać to w moje opowiadania – fajnie że doceniłeś!

Istotnie, dość szybko zorientowałem się, że Mirek i dziewczynka to duchy, ale biorąc pod uwagę fakt, iż nie był to jedyny tłist (choć tłist to może niewłaściwe słowo – lepiej: emocjonalny sztych) jaki trzymałaś w zanadrzu, nie uważam, że nastąpiło to za wcześnie.

Taki był zamiar – czytelnik podejrzewa, że Mirek i dziewczynka to duchy, gratuluje sobie przenikliwości i skupia się na nich. A wtedy ja go zachodzę od tyłu i łup!

nie od razu Mieczysław Fogg zazębił mi się z wojskowym plecakiem i ciężkimi butami taty

Bardzo dobrze, tak miało być! Martwiłam się już, że rozstrzeliłam to za bardzo, bo niektórym czytelnikom się jednak nie zazębiło :(

Znowu jasne, że tekst kojarzy się z Guillermo del Toro

Tego pana oglądałam tylko Labirynt Fauna, polecasz coś jeszcze? z którym filmem konkretnie się kojarzy?

 

ale trzeba bardzo konsekwentnie, naokrągło przypominać czytelnikowi, że tekst w takiej właśnie konwencji został napisany. Inaczej czytacz bardzo szybko wpada w komfortowe koleiny trzecio lub pierwszoosobowej narracji, a momenty tej w drugiej osobie traktuje jako wybój. U Ciebie tej konsekwencji nie ma

Hm. Tekst miał być konsekwentny w swojej niekonsekwencji – narratorka miała opowiadać historię jednocześnie czytelnikowi i Jackowi. Skąd przeskakiwanie między narracją a wypowiedziami kierowanymi w stronę chłopca. Generalnie wyszło to tak, jak chciałam, ale czytelnikom się taki eksperyment nie podoba. No trudno, będę na pewno kombinować dalej. Chciałam tylko dać znać, że to była świadoma decyzja literacka.

Wydawało mi się, że dziewczynka pochodzi z innej epoki. Plecak i buty taty wyraźnie zresztą sugerują czas okołowojenny. Skąd zatem zna koncepcję telewizora? Myślałem, że ona nie wychodzi z piwnicy, dopiero pojawienie się Jacka przerywa pętlę i zmusza ją do wyjścia.

Tak, dobrze odgadłeś czas okołowojenny, natomiast ograniczona była do domu/podwórza (jest wzmianka na początku, że wybierali się do piaskownicy z Jackiem). W piwnicy siedzi ze strachu. Ale rozumiem, skąd to wrażenie, że jest uwięziona – też by to ładnie koncepcyjnie pasowało (nawet fajniej w sumie).

 

 

A jeśli chodzi o zakończenie, to eksperymentowałam z unreliable narrator (moje ulubione hasło ostatnio, jak twoja immersja ;)). Co tak naprawdę widziała dziewczynka? Nie wiadomo! Czy w ogóle widziała mamę? Czy mama jest duchem, czy to widok mamy Jacka, również noszącej czerwony szalik, obudził w dziewczynce wspomnienia? A może mama dziewczynki opętała mamę Jacka i go zabiła? Huhu. (Wymyślam na poczekaniu).

Myk był taki, że dziewczynka zobaczyła czerwony materiał, który obudził w niej wspomnienie z dzieciństwa i uciekła, nie sprawdzając, co widzi. Czytelnik może sobie dopowiedzieć, co zobaczyła.

 

Muszę przyznać, że dłuższą chwilę zajęło mi zinterpretowanie zakończenia, niepotrzebnie dłuższą, bo nastrój wywołany tekstem prawie zdążył się ulotnić.

Ale to takie miłe, gdy tekst zostaje z czytelnikiem na dłużej, zamiast wypadać mu z głowy pięć minut po przeczytaniu! Bardzo się mimo wszystko cieszę z takiego efektu. :)

 

Natomiast twoja końcówka to faktycznie czad! Co prawda to już zupełnie inna historia od mojej, ale równie fajna i ma doskonały strachopotencjał :D

I chyba tak się tworzy literaturę – biorąc historię i pisząc ją po swojemu. Super :)

 

Dziękuję za przeczytanie, thargone, i za cały ten piękny komentarz. To naprawdę wiele dla mnie znaczy :)

Wszyscy o Ciebie pytają

Jak zwykle trzeba na Ciebie czekać, co? No chodź, musieliśmy zacząć bez Ciebie. Chyba nie chcesz, żeby ominęła Cię cała zabawa?

Nic Ci nie jest?

zaimki (ci/ciebie/ty/tobie/pan/pani) w literaturze zapisujemy małą literą

 

Zaraz Pani zaśnie, a potem Pani mąż .

j.w., plus zbędna spacja

Choć minęło zaledwie kilka godzin, Ciss miał wrażenie, że minęły tygodnie.

Upadł tyle razy, że już przestał liczyć. Do tego, ile razy zamykał oczy

Jak zwykle trzeba na Ciebie czekać, co? No chodź, musieliśmy zacząć bez Ciebie.

powtórzenia

Dzisiejsza noc, coś w nim zmieniła.

Z niewiadomych przyczyn, Ciss nie mógł się jednak poruszyć.

zbędne przecinki

Odbił się na swojej pojedynczej nodze

Dla odmiany od podwójnej nogi, jaką ma reszta śmiertelników, huh?

Franowi odpowiedziało przeczące kiwnięcie.

kiwnięcie nie może być przeczące

 

Przeczytałam, wrócę z pełną opinią po zakończeniu konkursu.

Biżuterii w sieciówkach odzieżowych nie trzyma się w gablotach, tylko na stojakach. Jeśli życzysz sobie więcej informacji, mam koleżankę – niemal profesjonalnego złodzieja drobizny z H&M-u. Wpadła w swojej wieloletniej karierze tylko raz.

Drakaina dobrze mówi.

A w Galerii, do której wpadam, jest też Pepco, tam to już w ogóle wszystko się znajdzie.

I aktualizacja listy:

 

WSPÓŁCZESNE:

– Benin

– Brazylia

– Islandia

– Japonia

– Kamerun

– Korea Południowa

 

HISTORYCZNE:

– Brandenburgia-Prusy (1663r.)

– Estado Novo – Portugalia (194…)

– Królestwo Joseon – Korea (XIX wiek)

– Państwo Azteków (XVI wiek)

Przyjąć łapówkę, za załatwienie sprawy

bez przecinka

niewyleczalne choroby

nieuleczalne

suchą izbę, oraz napar z lipy

bez przecinka

 

 

Przyjemnie się czytało :) Bohaterowie z krwi i kości – i choć główna w tym zasługa pierwowzorów, to łatwo byłoby ich w tak krótkim tekście zarżnąć, więc gratulację za niezarżnięcie. Sam dobór postaci też fajny – miałoby to potencjał na polskich Mr and Mrs Smith, gdyby Wokulski takim jęczydupą nie był.

 

Narracja to zbliża się – sceny przemyśleń bohaterów, scena seksu – to oddala – pamiętnik subiekta – i choć trochę chyba zabrakło tu balansu i chwilami denerwowałam się na zbyt odległą perspektywę, to koniec końców czytałam z zadowoleniem.

 

Kończy się niemrawo i blado, brak jakiegoś tupnięcia.

 

No i sama budowa tekstu – używaj enterów, rozbijaj duże bloki rozmyślań kwestiami dialogowymi. Urozmaicaj czytelnikowi lekturę, bo przez niektóre momenty (zakończenie, na przykład) trzeba było brnąć.

 

Przyjemna lektura. Klikam do biblioteki.

Ach, Oszko, miałam ten sam problem przy pisaniu drugiej Welesówny. Miałam konspekt, ale dużo prostszy i ogólnikowy niż dla pierwszej części. Pisało się ciężko :(

Do trzeciego tomu będę podchodzić jak do pierwszego, z konspektem, w którym jest wszystko (oprócz żartów, bo tych nie potrafię planować).

A referendum co do zmian wyborów do Loży to zupełnie inna kwestia, nie związana w żaden sposób z tym wątkiem i oczywiście się odbędzie. Przed świętami.

Którymi? :) 

 

Arnubis wyczuł sprawę :P

Widzicie, prawidłowo na niego krzyczymy, on jest jakieś bóstwo, on WIE :D

O rety, opowiadanie z tyloma betami to powinno wygrać nie tylko opowiadanie roku, ale i Zajdla… albo i ze trzy!

 

Wilku, fajny pomysł miałeś! 

Przy okazji, cieszę się, że portal nam się nie hermetyzuje mimo posiadania hermetycznych żartów. Cały czas dochodzą nowi użytkownicy – to najważniejsze.

 

Opis krzyczenia na Arbubisa wyszedł ci pięknie :D

Tarnino, 

 

“Córkę rzeźbiarza” przeczytam z przyjemnością, dzięki za rekomendację. Choć od Tove Jansson zawsze wolałam Astrid Lindgren :D

 

Dzięki za uwagi, część wdrożyłam. No i cieszę się, że zwróciłaś uwagę na anglicyzmy, bo mam z nimi problem i często ich nie zauważam. Większość moich tekstów w stanie surowym wygląda jakby nie była pisana po polsku :/

 

Anet,

:))

 

Ach, Tarnino i CM, dziękuję za szóstego i siódmego klika do biblioteki. Czuję się doceniona :D

 

 

Mam nadzieję, że ten dobry duch od piątego klika też się tu doturla z komentarzem ;)

Czeski_Wikingu,

 

z tej strony jurorka. Przeczytaj jeden z miliarda poradników dotyczących zapisu dialogów (znajdziesz parę też tu, na stronie) i popraw zapis dialogów w swoim opowiadaniu. Wtedy przyjdę tu przeczytać.

(Jak nie poprawisz, to też w końcu przeczytam, ale punkty za poprawność ci polecą).

 

Nie będę ci wytykał, bo sam błądzę, jak dziecko we mgle.

Tomaszu! Piszesz to w internecie, kojarzysz, co to? Służę podpowiedzią – największy zasób wiedzy, jakie ludzkość kiedykolwiek skompletowała. Wpisz w wyszukiwarkę “jak zapisywać dialogi” i czytaj, aż się nauczysz.

Nie ma potrzeby błądzić jak dziecko we mgle w dwudziestym pierwszym wieku, chyba że jest się leniem.

 

Edit.

Znalazłam post NoWhereMana, w którym zebrał do kupy wszystko, co należy wiedzieć. Czytajcie, uczcie się i doskonalcie warsztat.

 

Dlatego przeczytaj uważnie od nich rady, a ode mnie – treści spod tych linków.

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Dogs,

To był chyba pierwszy film z motywem zmarłych, którzy nie wiedzą, że umarli, jaki obejrzałam.

Już miałam pytać o tytuły… well, nope, nie będę sobie spojlerować :P

 

CM,

dzięki! Cieszę się, że Motylki ci się podobały, sama mam do nich słabość. Ach, ten balans… W ogóle wyczucie literackie to jest ciężki temat. Nie wiem, czy da się tego w ogóle nauczyć, czy wypada raczej ślepo, ale że nam się technika poprawia, to wygląda to lepiej. Też będę do ciebie wpadać :)

BTW – czy ty wiesz, że możesz już bibliotekować? I nie mówię tu o moim opowiadaniu, ale widzę, że się udzielasz w Geofantastycznych tekstach. Jakby ci tam coś wpadło w oko to bibliotekuj :)

 

Anet,

Ach, dostać taki komentarz od ciebie to jak wygrać dzień <3 Dziękuję! Nawet nie wiesz, jak mi miło, że opowiadanie skłoniło cię do zostawienia kilku słów. I nominacji. I nominacji do piórka. Naprawdę, zrobiłaś mi dzień, dziękuję <3

I ja aktualizuję listę :)

 

WSPÓŁCZESNE:

– Benin

– Brazylia

– Islandia

– Japonia

– Kamerun

 

HISTORYCZNE:

– Brandenburgia-Prusy (1663r.)

– Estado Novo – Portugalia (194…)

– Królestwo Joseon – Korea (XIX wiek)

– Państwo Azteków (XVI wiek)

Nowa Fantastyka