- Hydepark: Pisarskie bolączki

Hydepark:

inne

Pisarskie bolączki

Czy mieliście taki problem, że piszecie sobie opowiadanie, macie różne pomysły jak to się mówi “puszczacie wodze fantazji” i w końcu trzeba to jakoś zakończyć a nie wiecie jak? Wiem, że są takie konkursy “na zakończenie”. Znany pisarz pisze opowiadanie a czytelnicy mają skończyć. Jest to taki jakby sprawdzian na wyobraźnię.

 

W ogóle proponuję zapoczątkować wątek o problemach które nękają amatorów pisania :)

Komentarze

obserwuj

Myślę, że w takiej sytuacji trzeba traktować tworzone opowiadanie jak osobny organizm. Czyli trzeba dać mu dojrzeć. Można wymyślać zakończenie na siłę ale lepiej jest to zostawić na jakiś czas, kiedy wena bardziej da o sobie znać. Wszystko zależy tak naprawdę od kreatywności. Szkielet opowiadania, które aktualnie piszę powstał w styczniu ale dopiero tydzień – dwa tygodnie temu akcja i bohaterowie wyklarowali się na poziomie, który mnie zadowala.

Co w międzyczasie? Można zbierać pomysły na inne opowiadania i czytać, by mieć świeższe spojrzenie.

Per aspera ad astra

Odłożenie opowiadania na jakiś czas zwykle pomaga. Zakończenie w pewnym momencie się w głowie pojawi.

Ja mam czasem trochę inny problem – więcej niż jedno zakończenie do wyboru. Wtedy zwykle albo zapisuję jedno albo obydwa. Odkładam. Za jakiś czas czytam i decyduję. Czasami nawet pojawia się trzecia opcja, lub miks wcześniejszych. wink

 

Zdarza się tak, że jakieś zdarzenie, drobiazg, coś, co zobaczysz lub usłyszysz gdzieś przypadkiem sprawi, że nagle zdasz sobie sprawę, jak chcesz opowiadanie zakończyć.

 

Jak wspomniał Sagitt, ważne, żebyś się nie zablokował na tym jednym tekście. Odłóż go i zabierz się za coś innego.

Podobno Stephen King lubi nie wiedzieć, jak opowieść się skończy, zanim jej nie napisze do końca ;) Ale, o ile pamiętam (ninedin, popraw mnie!), ostrzega też przed totalnymi manowcami, jeśli nie zna się zakończenia – że można zostać w szczerym polu i musieć wyrzucić cały tekst. To pewnie zależy od osoby: King może sobie pozwolić na nieznanie zakończenia, bo świetnie umie w fabuły i bohaterów – nie musi planować, żeby pozbierać akcję i napięcie do kupy, nawet jeśli po drodze polezą gdzie indziej, niż zakładał.

Jeśli się tego nie umie, istnieje duże ryzyko, że fabuła się porozłazi na wszystkie strony, a autor nie zdoła jej pozbierać i nadać jej sensu i celu.

 

<przerwa na reklamy>

I TO JEST JEDEN Z POWODÓW, DLA KTÓRYCH NIE LUBIMY TU NA PORTALU FRAGMENTÓW!!!

</przerwa na reklamy>

 

Są ludzie, którzy dokładnie planują teksty i piszą wg planu – i ponoć nawet go realizują. Ja osobiście zazwyczaj piszę przed siebie, czasem mając mgliste pojęcie, w jakim kierunku to zmierza, czasem go nie mając i dając wydarzeniom rozwijać się swobodnie, czasem wiedząc bardzo dokładnie, co będzie na koniec, ale puszczając fabułę dość na żywioł pośrodku, żeby się sama wyklarowała (tak było z “Mysterium cosmographicum”, które wygrało Retrowizje). Niestety bohaterowie czasem narzucają mi rozwiązania ;)

Teraz piszę powieść, w której z początku nie miałam prawie nic w sensie fabuły – tylko ogólny pomysł – a następnie wybór pierwszego punktu widzenia i pierwszej sceny ustawił mnóstwo rzeczy, potem zaś kolejni bohaterowie zaczęli się domagać głosu i wątków i tak w sumie w jednej trzeciej akcji było już na tyle “mięcha”, żeby musieć je nieco uporządkować w notatkach. A i tak pewne rzeczy, które mi się narzucają, wciąż mnie zaskakują... Do większych form robię notatki, ale nie plan wydarzeń, tylko raczej ważne punkty, ważne cechy jakiejś postaci, kluczowe sceny, które w odpowiednim momencie wplotę w akcję, powiązania, chronologię itp.

 

Odkładania tekstów nie lubię, bo zazwyczaj mam problem z zanurzeniem się po jakimś czasie z powrotem w ich atmosferę, w odczucia bohaterów – ostatnio większość publikowanych opowiadań piszę w jeden dzień, jednym ciągiem... Niemniej udało mi się przezwyciężyć ten opór i pracuję również nad rzeczami przerwanymi (potrzebuję nieco czasu, żeby wejść w klimat i przypomnieć sobie te mgliste plany na bezpośredni dalszy ciąg) i takimi, które wymagają przeróbek.

http://altronapoleone.home.blog

Ja odkryłam, że pomagają mi ograniczenia co do długości. Dzięki nim nie piszę rozwlekle, nawet jeśli przekroczę ten limit (jak było z “Zabawami z ogniem i mieczem”). Z zakończeniami raczej nie mam problemów, bo zwykle mi klarują w trakcie pisania. W jednym tylko przypadku ostatnio musiałam uciąć końcową scenę i zakończyć opowiadanie wcześniej, bo wyszłaby tylko niepotrzebna dłużyzna.

Dla mnie większy problem stanowi wiarygodne przedstawienie bohaterów, zwłaszcza kobiecych. Mam teraz na warsztacie opko z bohaterką w dość trudnej sytuacji, co do której powinna zająć pewne stanowisko. Do innego, na razie planowanego, początkowo będącego tylko z perspektywy bohatera, hm, męskiego, postanowiłam dodać także POV istotnej bohaterki kobiecej, żeby ta nie wyszła niekorzystnie na te tego drugiego.

Ja tak nie mam. Nie zaczynam pisać, dopóki nie mam wszystkiego przemyślanego od a do z.

U mnie z zakończeniami różnie bywa. Czasami mając pomysł na opowiadanie mam i zakończenie. Ale na przykład do ostatniego konkursu mitologii zakończenie nie do końca chciało się wyklarować, a kiedy w końcu je miałam, to zmieniłam o sto osiemdziesiąt stopni:).  Ale akurat tu gonił czas bo i termin konkursu się zbliża.

Drakaina napisała kilka ciekawych rzeczy. Jak się tak nad tym zastanowiłam, to mam podobnie – nie robię planu, tylko luźne notatki. Coś zobaczę, albo zmywam a tu nagle jakiś szczegół opowiadania przychodzi do głowy lub nawet większy fragment. Natomiast ja muszę zostawić skończone opowiadanie na co najmniej tydzień (a najlepiej dłużej). Wtedy przychodzi ten dystans do tekstu i okazuje się, że niektóre zdania mi nie leżą, lub są w ogóle niepotrzebne albo pewne wyjaśnienia nie są spójne.

Natomiast wiele pomysłów lub elementów opisowych, ubarwiających opowieść (może to również odnosić się do zakończenia) przychodzi mi podczas researchu. A robię go bardzo często nawet do bajek, które piszę np. aby oddać epokę lub po prostu nie wprowadzić czytelnika w błąd. Przy okazji natrafiam często na ciekawostki, które później wplatam w tekst.

Bolączek mam wiele, ale to głównie przyczyna sporych braków warsztatowych. Pomijam fakt, że generalnie mam problem z pomysłami i dość praktyczny umysł trzyma fantazję na wodzy.

Parę lat temu zacząłem pisać powieść i wysłałem bohatera w drogę. Narysowałem mapę świata. Zaznaczyłem i nazwałem miasta, rzeki, itd. Wiedziałem dlaczego wysyłam Ernesta w drogę i wyznaczyłem mu szlak. Po około 80k zzs skończyły mi się pomysły na sceny i dotarło do mnie, że ani ja, ani bohater nie wiemy, po jaką cholerę wybraliśmy punkt B na mapie. Dlaczego idzie wiemy, ale po co, już nie.  Naturalnie, pomysł czeka na lepsze czasy. :-) 

Zatem, skoro zdałem sobie sprawę, że płodnej wyobraźni nie posiadam, pokornie przyjąłem do wiadomości słowa  Kinga, że plan jest ostatnią deską ratunku.

Planowałem. 

Z natury jestem dość niecierpliwy, więc planowanie ograniczało się do maksymalnie 20k zzs. I o dziwo, powstały historie mające początek i koniec. Nawet w środku coś się działo ciekawego. Pojawiło się trochę “achów” i “ochów” zaliczyłem, ale wybrzmiały też “echy”. i przeciągłe “u”. Zapomniałem o niezwykle istotnej kwestii. O bohaterze. Czyniłem zeń postać do wykonywania określonych czynności. Równie dobrze, mógłbym poruszać taboretem i efekt byłyby identyczny. Pif, paf, zadanie wykonane. Trafiłem szczęśliwie na człowieka, który palcem pokazał i wtłoczył do głowy, że wypadałoby uwzględniać motywację bohatera i ją pokazać.

Pojawił się nowy problem. 

Nie śmiejcie się teraz. Ktoś mi powiedział, że piszę jak Szymborska. W zasadzie powinienem się zachwycić, ale mam dość samokrytyki, by spokojnie poczekać na objaśnienie. I dowiedziałem się, że trzeba się postarać, aby zrozumieć, co chciałem przekazać i tekst trzeba nieustannie interpretować. Przy czym akurat u Szymborskiej jest to możliwe, u mnie jest to znacznie utrudnione. Na odchodne otrzymałem na zachętę, bym mimo wszystko czytał Szymborską, co z kolei ma wpłynąć na zgrabność opisów i metafor. :-)

Mając jednak świadomość, że każdy najlepszy nawet produkt przechodzi fazę prototypów udało mi wyjść poza magiczne 20k zzs i zatrzymać na 50k, tchnąć życie w bohatera i ułożyć fabułę tak, by trzymała się jako tako od początku do końca.  Nawet gdzieś się ukaże. W sumie sukces. Ale...

Wczorajsza rozmowa z betą.

– Po co te dwa początki? – Czytam na Messengerze.

– No, chciałem pokazać cofnięcie w czasie.

– Aha. no dobrze, a kiedy odczytuje swoje imię i nazwisko na karteczce, to znaczy, że kolejne zadanie będzie dotyczyć jego samego?

– Nie. – Czuję, że mocniej uderzam w klawisze klawiatury. – To było trzysta lat wcześniej. On był zadaniem, a nie będzie.

– Aha, teraz rozumiem.

Koniec aktu pierwszego.

Kurtyna.

Podobno Stephen King lubi nie wiedzieć, jak opowieść się skończy, zanim jej nie napisze do końca ;)

W ,,Misery” Kinga protagonista ukuł bardzo ładną metaforę. Kiedy psychopatyczna Annie nagabywała go o jego warsztat, odparł, że pisanie książki to jak wystrzelenie rakiety w cel, który znajduje się na innym kontynencie: wiadomo więc w którym kierunku ma lecieć i w co uderzyć, ale co wydarzy się po drodze i jak daleko od założonego miejsca ten pocisk spadnie – niepodobna przewidzieć.

 

Ja odkryłam, że pomagają mi ograniczenia co do długości.

Coś mi się nasunęło, też z Kinga – w ,,Pamiętniku rzemieślnika” napisał, że tekst należy skracać. Zawsze. Z czego pamiętam, ujął to dość kategorycznie. Nieważne kim jesteś i co piszesz. Skończyłeś – tniesz, bo z całą pewnością napisałeś za dużo. Korzystam z tej rady.

 

U mnie, w 99% przypadków wydarzenia zmierzają do celu, który obrałem na samym początku, ale co się dzieje po drodze, to wolna amerykanka – jasne, że mam w głowie punkty kulminacyjne i masę konkretnych scen, ale często sam nie wiem, jak dana postać się zachowa. Daję się temu ponieść, muszę tylko pamiętać, by z rozpędu nie wykroczyć poza kontury postaci, tak by nie straciły one na wiarygodności.

 

 

U mnie, w 99% przypadków wydarzenia zmierzają do celu, który obrałem na samym początku, ale co się dzieje po drodze, to wolna amerykanka – jasne, że mam w głowie punkty kulminacyjne i masę konkretnych scen, ale często sam nie wiem, jak dana postać się zachowa.

To ja mam podobnie. Gdybym miał sztywny plan od początku do końca, to przepisanie tego w formie opowiadania nie sprawiałoby mi żadnej przyjemności. Ja przynajmniej nie lubię wszystkiego wiedzieć, ale zarys jakiś oczywiście jest. 

Co do bolączek amatora:

Ja lubię rysować, zatem szkicuję sobie jakiś obraz, który zazwyczaj w mojej głowie przeradza się w krótką scenkę – no i problem polega na tym, aby z tego rysunku/scenki stworzyć fabułę, która będzie trzymać się kupy.

Ja lubię rysować, zatem szkicuję sobie jakiś obraz, który zazwyczaj w mojej głowie przeradza się w krótką scenkę – no i problem polega na tym, aby z tego rysunku/scenki stworzyć fabułę, która będzie trzymać się kupy.

NearDeath – też to próbowałem, by do pojedynczej sceny dołożyć resztę fabuły, ale za dużo niewiadomych powstawało mi na samym początku i zacząłem się zniechęcać.

Zmieniłem więc taktykę i jak przyjdzie wena na konkretną scenę/postać/miejsce/element fabularny/cokolwiek to robię z tego notatki, rozpisuję to i zostawiam, jeśli nie mam w głowie nic więcej. Zbieram to w jednym miejscu i mogę z tego coś dobierać na zasadzie brakujących części. Jakiś czas temu wpadł mi do głowy pomysł na fabułę, to wziąłem do niego postać z notatek, bo akurat mi tam pasowała.

Mając więcej puzzli w układance lepiej było dobierać/tworzyć resztę i udało się owo opowiadanie wstępnie skończyć i dać do betowania.

Per aspera ad astra

Sagitt

 

też to próbowałem, by do pojedynczej sceny dołożyć resztę fabuły, ale za dużo niewiadomych powstawało mi na samym początku i zacząłem się zniechęcać.

No można się zniechęcić, fakt. W tym roku dopiero pod koniec kwietnia dodałem opowiadanko, ale wena przyszła jak dostałem rysunek od brata ;p

Piszę tylko w ten sposób (rysunki), a jak nie mam sensownego obrazu – nie piszę, bo wszystko co stworzę w głowie bez jakiejś inspiracji, okazuje się być niezłym chłamem i kończę pisanie po kilkunastu zdaniach.

Mając więcej puzzli w układance lepiej było dobierać/tworzyć resztę i udało się owo opowiadanie wstępnie skończyć i dać do betowania.

A no to super. Wpadnę jak się ukaże, ale faktycznie – to jak puzzle. 

 

Nowa Fantastyka