- Opowiadanie: bjkpsrz - Wieczny Pokój

Wieczny Pokój

Zapraszam do lektury mojego debiutu. Jest to też pierwsze opowiadanie osadzone w tym uniwersum (które jeszcze nie ma nazwy, bo i po co, skoro na razie jest jedno opowiadanie), które z czasem chciałbym rozwijać i poszerzać o nowe historie.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wieczny Pokój

Draco pożegnał swojego najmłodszego syna pocałunkiem w czoło. Spojrzał na pozostałą dwójkę, leżącą obok w bezruchu. Pozwolił sobie na chwilę zadumy, po czym w możliwie najcichszy sposób opuścił pomieszczenie. Przeszedł kilka kroków ciemnym korytarzem i otworzył drzwi do następnej komnaty. Głowę miał pełną myśli.

Wciąż starał się poruszać bezszelestnie. Gdy jednak leżąca na łóżku postać poruszyła głową, nieco się rozluźnił. Skinięciem dał jej znać, że dzieci już śpią. W odpowiedzi jego żona poklepała ręką pościel sugerując mu, żeby położył się obok.

Z jednej strony cieszył się, że będzie miał okazję z nią porozmawiać przed jutrem. Z drugiej bał się tego, co może mu powiedzieć. Obawiał się, że usłyszy coś, co uczyni nadchodzące decyzje jeszcze trudniejszymi.

Usiadł na brzegu łóżka. Przez chwilę oboje milczeli. Patrzyli na siebie.

– Heleno – szepnął niepewnie.

– Jeśli chcesz rozmawiać o jutrze, bardzo proszę. Mogę ci powiedzieć jaki masz założyć strój. Jeżeli mimo czterdziestu czterech lat na karku wciąż masz z tym problem, to mogę powtórzyć z tobą zasady dworskiej etykiety. Tylko, na boga naszego i kilku innych, nie proś mnie, abym doradziła ci jakkolwiek w kwestiach, na których się nie znam. To musi być tylko i wyłącznie twoja decyzja.

– To jest bardzo ciężka decyzja – odpowiedział. – Rozważam wszystkie za i przeciw od wielu dni. Na początku byłem w zasadzie pewny, ale im dłużej o tym myślę, tym ta pewność coraz bardziej ulatuje.

– Myślałam, że takie trudne decyzje to twój chleb powszedni.

Draco zbierał się już do odpowiedzi, ale Helena nie dała mu dojść do słowa. Przyciągnęła go do siebie i objęła mocno. Szybko poddał się jej mocy. Mimo tylu lat małżeństwa, ich uczucie dalej było żywe i każdy dotyk działał na niego tak samo, jak wtedy gdy się poznali.

– Przed tobą ciężki dzień – szepnęła. – Śpij dobrze, królu.

 

*****

 

Na samym środku wielkiej komnaty stał długi stół. Po jego bokach, niby odnóża jakiegoś parecznika poustawiane były drewniane krzesła, przy których zasiadało kilkudziesięciu mężczyzn, większość w podeszłym wieku. U szczytu stołu znajdowało się największe siedzisko, godne miana tronu. Wykonane z czarnego drewna, z potężnymi podłokietnikami i oparciem, które na szczycie ozdobione było królewskim herbem – czerwonym smokiem z rozpostartymi w locie skrzydłami.

To najważniejsze miejsce należało do Draco, który przeczesując ręką czarną, choć zaczynającą już siwieć brodę, wsłuchiwał się w wypowiedzi swoich doradców. Mniej więcej w połowie długości stołu, po prawej stronie króla, jeden z mężczyzn stał i prowadził swój wywód.

– Blisko sto lat temu wybuchła Wielka Wojna – mówił – która prawie wyniszczyła ludzkość i cały znany nam świat. Nasi przodkowie nauczyli się na swoich błędach. Wygnali przeklętych czarowników, którzy stali za całym złem i postanowili już nigdy więcej między sobą nie walczyć. Zawarli święte porozumienie, Wieczny Pokój, na którego warunki przystały narody z całego świata. Wszyscy tu obecni doskonale wiedzą, jaka kara czeka tego, kto złamie postanowienia w nim zawarte.

Mężczyzna mówił głośno, aby być dobrze słyszanym przez wszystkich zebranych. Nie było to nic nadzwyczajnego podczas narad, ale dzisiaj króla szczególnie to irytowało. Hałas potęgował ból głowy, który odczuwał od samego rana, a który był oczywiście efektem niewyspania. Bez względu na prośby żony Draco nie mógł spokojnie spać, gdy wkrótce miał zdecydować o kształcie przyszłego świata, w którym będą żyły jego dzieci.

– Znakomita lekcja historii – odezwał się mężczyzna z resztką siwych włosów po bokach głowy i wielką ciemną plamą na wyłysiałej czaszce. – Doprawdy, zalecam panu postaranie się o angaż na uniwersytecie. Nie dość, że mógłby się szanowny wykazać, to jeszcze pożytek byłby większy niż tu.

– Daruj sobie te sztuczki, Claithes – rzucił mu z naprzeciwka mężczyzna w sile wieku o rzadkich, rudych włosach. – Wszyscy jak tu siedzimy znamy twoje zagrania na wylot. Oczernianie, manipulacja. Jesteś świetnym mówcą, tego nie można ci odebrać. Szkoda tylko, że za pięknymi słowami niezwykle rzadko stoją równie piękne intencje.

Starszy rozmówca uśmiechnął się obrzydliwie i powoli podniósł z krzesła.

– Dobrze, Katjusie – podjął – jeśli twój temperament nie pozwala ci na wysłuchanie wszystkiego co mam do powiedzenia, to przejdę od razu do rzeczy. Specjalnie dla ciebie zaprezentuję wersję krótszą, acz niemniej bogatą w treść.

Rozejrzał się po sali, nie przestając się uśmiechać. Napawał się skupioną na sobie uwagą. Jakby chciał odnaleźć w zebranych wszelkie pokłady podziwu dla jego wypracowanych przez dekady publicznych wystąpień zdolności mówczych i zaczerpnąć z nich energię. Po chwili zaczął mówić:

– Jako że mój przedmówca rozpoczął przypominanie dziejów naszego świata, to pozwólcie, iż podążę tym tropem i opowiem wam, co wydarzyło się dalej, próbując przy tym przekazać wam istotną naukę. Owszem, miała miejsce Wielka Wojna, po której zawarty został Wieczny Pokój. Zgodnie z jego treścią ten, kto kiedykolwiek zaatakuje swojego sąsiada bądź rozpocznie jakikolwiek inny zbrojny konflikt, ściągnie na siebie gniew reszty świata i zostanie starty z powierzchni ziemi. Traktujemy jednak słowa traktatu zbyt dosłownie. Zapominamy, że od zakończenia tamtej wojny na świecie miało miejsce co najmniej kilka konfliktów na większą lub mniejszą skalę. Wspomnę chociażby zjednoczenie się krajów północy przeciwko mocarstwowym zapędom jednego z tamtejszych władyków. Zmierzam do tego – wznowił po krótkiej pauzie – że prawidłowa interpretacja słów traktatu mówi o tym, iż ważny jest nie sam fakt wszczęcia wojny, a jej powód.

– Co twoim zdaniem daje nam dobry powód do ataku? – spytał Katjus. – Przecież samozwańczy „cesarz” Araios i jego państewko żyją z nami w całkowitej zgodzie od dekad.

– Państewko – zaśmiał się Claithes. – Oglądałeś w ostatnim czasie najnowsze mapy? Widziałeś, jak nasi sąsiedzi się rozrośli? Gdy byłem młody nasza wspólna granica liczyła może dwie mile. Dziś ciągnie się przez całą szerokość kontynentu! Podczas Wielkiej Wojny upadły dwa potężne cesarstwa. My jesteśmy dziedzicami Świętego Imperium, podtrzymujemy jego tradycję, połowę jego ziem, podczas gdy tchórzliwi Araiosowie uciekli od swoich panów, dla których byli doradcami i którym przysięgali wierność nawet za cenę życia. Przybyli do nas, zaczęli się rozprzestrzeniać jak zaraza. Z biegiem lat przejmowali władzę w pomniejszych kraikach, uzależniając je od siebie gospodarczo. Wykorzystując do tego złoto, które ukradli podczas swojego exodusu. My, synowie i córki Cesarstwa, mamy współistnieć z takimi kreaturami?

– To nadal jest wysyłanie ludzi na śmierć – wciąż nie zgadzał się Katjus. – Dziesiątek tysięcy. To byłaby wojna pomiędzy dwiema największymi armiami na naszym kontynencie.

– Śmierć w walce o dobro kraju to największy zaszczyt, jaki może spotkać żołnierza – stwierdził Claithes. – Nasza armia jest liczniejsza, lepiej wyszkolona, mamy po swojej stronie przemyślaną strategię działania i element zaskoczenia. Nieoficjalnie też dowiedziałem się, że gdybyśmy wytoczyli Araiosom wojnę, nasz północno-wschodni sąsiad Argus Graey wsparłby nas. Słowem, a może nawet armią.

Katjus zbierał się do odpowiedzi, niewątpliwie uderzającej w potencjalnego sojusznika. Stary król Argus, zwany Szarym Królem, również miał swoje za uszami. Według wielu jego poparcie byłoby ujmą dla sprawy. Z drugiej strony miał on potężnych przyjaciół na kontynencie i poza nim.

Oponenci wojny nie mieli jednak szans na wyrażenie swojego zdania na ten temat, ponieważ Claithes kontynuował. Tym razem zwrócił się bezpośrednio do króla:

– Panie, diadem cesarski czeka na godnego męża. Mamy przewagę siły, przewagę moralną. Sukces jest na wyciągnięcie ręki. Odbudujmy Imperium.

Tak, to była piękna wizja. Po zakończeniu Wielkiej Wojny i upadku Świętego Imperium kapłani boga Oriona zabrali cesarski diadem i ukryli w świątyni, gdzie czeka na powrót potęgi i godnego następcę. Gdyby Draco udało się pokonać Araiosów, władałby połową kontynentu. Nikt nie byłby w stanie konkurować z nim o tytuł najpotężniejszego władcy świata. Z czasem może odzyskałby wszystkie dawne ziemie cesarstwa. To byłby piękny świat dla jego dzieci, żony, poddanych. Z tym że najmniejszy błąd mógł być fatalny w skutkach dla nich wszystkich. Czy warto było podejmować takie ryzyko?

Draco milczał przez chwilę, więc jego doradcy znów wszczęli dyskusję. Uciszył ich gestem dłoni.

– Usłyszałem dość – rzekł. – Dziękuję za wasze opinie, rady. Ostateczna decyzja spoczywa na mnie.

Wstał. Nie patrzył na nich. Wzrok utkwił w drugim krańcu stołu. Pomyślał o Helenie. O ośmioletniej Vivianne, pięcioletnim Arcadym, malutkim Baldwinie, który przecież tak niedawno nauczył się chodzić, a teraz co rusz zaskakiwał ich nowym słowem.

– Jutro wyruszam w eskorcie moich najdzielniejszych wojowników na Górę Taeid – oznajmił. – Porozmawiam z żyjącymi tam siłami, poproszę o błogosławieństwo. Kiedy wrócę… pójdziemy na wojnę.

 

*****

 

Starym, rzadko uczęszczanym traktem poruszało się sześciu jeźdźców. Przewodnikiem grupy był Draco, a towarzyszył mu kwiat rycerstwa. Wszyscy młodzi, mężni, wykształceni, ze znamienitych rodów. Król wybrał ich na dowódców armii, która miała przynieść mu chwałę.

Willias z brązowymi lokami i blizną na policzku. Ekhan, choć obiektywnie nie był niski, w konfrontacji z pozostałymi wydawał się niedorostkiem. Groen o dość chłopskiej twarzy i garbatym nosie. Biraen, o oczach zabarwionych na bardzo nietypowy odcień zieleni, który to zresztą był wizytówką i powodem do dumy całej jego rodziny. W końcu Almeyn – jeśli pozostali byli uosobieniem rycerskich cnót, to ten wysoki blondyn był wręcz wyjęty z baśni o rycerzach ratujących księżniczki. Do pociągającego dla wielu panien wyglądu należało dodać gołębie serce i stawianie ponad wszystko honoru. Tych właśnie młodzieńców wybrał Draco na przyszłość tego kraju, oczywiście przy pomocy polityki i rodowych powiązań, ale żadnej decyzji nie żałował.

W oddali przed nimi majaczyła Góra Taeid. Oświetlane promieniami zachodzącego słońca skały przywoływały na myśl ogromny bursztyn. Sam masyw, zwany często centrum świata, ponieważ znajdował się w samym środku kontynentu umiejscawianego w centralnej części map, niejako wyznaczając granicę pomiędzy jego częścią północną i południową. Niegdyś stanowił obszar Świętego Imperium, a po jego upadku Góra stała się niezależnym obszarem, z jednej strony mając za sąsiada państwo Draco, z drugiej zaś kilka pomniejszych królestw powstałych po wojnie.

Król uznał, iż nadszedł czas na postój. Dał pozostałym znak ręką i wszyscy zatrzymali konie. Przywiązali wierzchowce do drzew i rozbili prowizoryczny obóz na skraju lasu. Na polecenie władcy Almeyn nazbierał gałęzi i rozpalił ognisko.

– Panie – zwrócił się do niego Willias – czy to aby bezpieczne? Ogień może przyciągnąć drapieżniki. Wilki.

– Spokojnie – odrzekł mu – w tym lesie nie ma wilków. Od wielu lat. Mój ojciec przyjeżdżał tu polować, a i mnie zdarza się w to miejsce wyprawić po kryjomu, gdy mam ochotę pobyć samemu i pomyśleć. Królewscy łowczy dbają, by występująca tu fauna nie stanowiła zagrożenia dla ludzi. Niejeden już król został zabity przez byle dzika.

Biraen rzucił okiem na las, a potem skupił wzrok na tracącym swój blask masywie.

– Ludzie powiadają, że to miejsce bogów. Nie tylko zabobonni chłopi, w mieście i na dworze też można spotkać się z podobnymi opiniami.

– Tak – rzucił Groen – w dzieciństwie bardzo lubiłem, jak niania opowiadała mi bajkę o smoku żyjącym we wnętrzu góry i strzegącym bacznie swego skarbu, za którego wartość można by wyżywić wszystkich ludzi na świecie.

– Chyba nie tylko tobie ta bajka się spodobała – zaśmiał się Ekhan. – W miejskim zamtuzie reklamują swoje usługi hasłem „nasze smoki chętnie obdarzą cię swoim skarbem”.

– Imponuje mi twoja wiedza o zamtuzach – stwierdził Almeyn, spoglądając na towarzysza karcącym wzrokiem. Niewysoki rycerz chrząknął tylko, nie chcąc wdawać się w dyskusję na temat tego co przystoi rycerzowi.

– W każdej bajce jest ziarnko prawdy – odezwał się Draco – choć prawda nieraz bywa czymś zupełnie innym, niż się spodziewaliśmy. Jutro sami będziecie mogli stwierdzić, czy wolicie rzeczywistość od bajek.

 

*****

 

Nazajutrz wznowili podróż. Przejechali przez wioskę zwaną od swojego położenia Górzanem. Król spoglądał na swoich poddanych, dla których przejazd zbrojnych zdecydowanie nie był codziennością. Oczywiście nie rozpoznali go, większość pewnie nie miała pojęcia, jak wygląda ich władca.

Widok mężczyzn pracujących ciężko na polu, kobiet próbujących utrzymać ład w domu i wokół niego, starców siedzących i wspominających lata młodości bądź próbujących wykonywać różne pożyteczne w ich mniemaniu zajęcia. I oczywiście wszędobylskie dzieci, te mniej i bardziej posłuszne, choć wszystkie jednakowo uśmiechnięte i brudne. Pomyślał, że gdyby przyprowadził tu Arcady’ego, to chłopiec bardzo szybko znalazłby z nimi wspólny język.

Tak, to była jedna z piękniejszych dziecięcych cech – nie przeszkadzały im różnice społeczne, urodzenie, noszone ubrania. Dopiero z wiekiem człowiek odsuwał się od drugiego, zaczynał dostrzegać jego niedostatki, zmieniał się pod wpływem miejsca, w którym przyszło mu dorastać.

Draco zastanawiał się, jak wojna wpływa na takich ludzi. Przecież gdy możnowładcy walczą o władzę, terytorium, pieniądze, to najbardziej stratni są na tym właśnie prości ludzie. Podjął stanowczą decyzję, że zakaże swoim żołnierzom krzywdzenia ludności cywilnej podczas inwazji.

W końcu dotarli do podnóża Góry Taeid, która skrywała jeden z największych sekretów świata, dany do poznania tylko nielicznym, mogącym później wykorzystać tę wiedzę do podniesienia swojego autorytetu, wypełniając serca poddanych strachem bądź podziwem.

Draco poszukał odpowiedniego miejsca. Na palcu prawej ręki miał założony królewski sygnet, który przyłożył do skały. I wtedy stało się… nic.

Lekko poirytowany król raz jeszcze spojrzał na punkt, który uznał za odpowiedni. Ponownie dotknął sygnetem kamiennej ściany, tym razem trochę niżej. Wtedy skały zatrzęsły się i rozsunęły, tworząc przejście wysokie na dwa sążnie i szerokie na co najmniej jeden. Prowadziło ono do długiego korytarza, którego koniec skryty był gdzieś w mroku. Draco dał zaciekawionym rycerzom sygnał, by czekali.

Po kilku chwilach usłyszeli kroki. Postać, która wyłoniła się z mroku, z daleka sylwetką przypominała krępego mężczyznę. Perspektywa okazała się tym razem nie być złudna, ponieważ z bliska sytuacja nie uległa zmianie.

– Karzeł? – nie ukrywał zaskoczenia Ekhan.

Człowieczek, który pojawił się przed ich oczami, był niezwykle niskiego wzrostu, sięgał rycerzom w najlepszym wypadku do pasa. Ten brak rekompensował jednak bardzo dobrze zbudowanym ciałem. Górną część głowy zakrywał stalowy hełm o bardzo nietypowym kształcie, natomiast część odsłonięta przypominała kartofel. „Karzeł” podrapał się po ranie na brodzie, z której sączyła się krew – ewidentny ślad po goleniu się nieprzystosowanym do tego narzędziem.

– Chodźcie za mną – burknął bezceremonialnie. Nie czekając na reakcję odwrócił się i ruszył przed siebie.

Wnętrze Góry Taeid było siecią korytarzy, przywodzących na myśl mrowisko. Rycerze stąpali ostrożnie, aby nie paść ofiarą nierównego podłoża. Panujący mrok rozświetlały jedynie występujące gdzieniegdzie skały emitujące bardzo słabe, blade światło.

Zewsząd do ich uszu dobiegały metaliczne odgłosy. Początkowo brzmiało to jak setki łyżek miarowo spadających na kamienną podłogę, lecz z czasem dźwięk stał się bardziej znajomy.

– Ktoś tu coś wykuwa? – zdziwił się Groen.

Odpowiedź na to pytanie pojawiła się, gdy mrówczy tunel przeistoczył się w kamienny most, a oczom młodych mężczyzn ukazał się widok jakby żywcem wyciągnięty z jednej z bajek opowiadanych dzieciom przed snem. Pod nimi rozciągała się ogromna jaskinia, gdzie przy stanowiskach do złudzenia przypominających kowalskie pracowały dziesiątki stworzeń. Część z nich wyglądała identycznie jak ich niskorosły przewodnik, inne zaś były dużo większe, miały po jednym oku na środku głowy i różnie umiejscowione rogi.

Rycerze przeszli przez most, nie mogąc uwierzyć, że to co widzą istnieje naprawdę. Na drugim końcu znajdowały się ogromne wrota, wykonane z nieznanego im metalu. Przewodnik nie bez wysiłku rozwarł oba skrzydła. Z wnętrza buchnął potężny żar, zmuszając Draco i jego towarzyszy do zasłonięcia oczu. Dopiero po chwili ujrzeli co skrywało przejście.

Na środku pomieszczenia, odwrócony do nich plecami, stał ogromny, na liczący na oko prawie dwa sążnie mężczyzna. Jego potężnie zbudowane mięśnie prężyły się, gdy uderzał wielkim młotem w podłużny kawałek metalu leżący na kowadle wielkości dwóch koni postawionych obok siebie. Każde uderzenie wywoływało potężny huk, porównywalny z hałasem dziesiątek uderzeń dochodzącym z jaskini za nimi.

Mężczyzna odziany był w kaftan chroniący tors przed żarem. Odsłonięte kończyny były obficie owłosione, zaś sięgające do ramion włosy czarne jak smoła i nie mniej tłuste. Po chwili odwrócił się w ich kierunku, ukazując twarz o wściekłym wyrazie. Biraen odruchowo dotknął dłonią rękojeści zawieszonego u pasa miecza.

Zobaczywszy ich, wielkolud rozpogodził się. Zdjął kaftan, odsłaniając równie owłosioną co reszta ciała klatkę piersiową, odrzucił młot i rozłożył ręce w geście powitania.

– Król Draco – ryknął – w końcu jesteś!

– Witaj, Hafe – padła odpowiedź.

Olbrzym sięgnął po pręt, który przed chwilą wykuł. Wyglądał jak ogromne widły z zębami wygiętymi do przodu pod kątem prostym. Niewystudzony metal był jeszcze czerwonawy od temperatury, lecz gigant, nie przejmując się tym zbytnio, zaczął się nim drapać po plecach.

– Ach, co za ulga – mruknął. – Wybaczcie, panowie, ale to nie dawało mi spokoju.

Olbrzym podszedł do gości i zaczął ściskać każdemu dłoń, co przypominało zabawę dziecka z pajacykami. Z lekka zażenowani rycerze uśmiechali się jednak, stwarzając pozory swobody i rozluźnienia.

– Przybyłeś odebrać swoje… zamówienie? – spytał króla.

– Owszem – odrzekł monarcha.

Hafe nakazał swojemu słudze opuszczenie pracowni, co ten uczynił, klnąc na niedające się zamknąć wielkie wrota. Potem Draco i jego rycerze dostali sygnał, aby podążać za kowalem.

– Zgodnie z umową opłaciłeś moją pracę kamieniami szlachetnymi – mówił, gdy szli przez kolejne pomieszczenia. – Z dobrej woli obdarowałeś też moich poddanych suwenirami z waszego świata. Szlachetne, choć na marginesie, jeśli te „karty” macie też w większych rozmiarach, to byłbym wdzięczny za dostawę. Krasnoludy bawią się jak mało przy czym, ale cyklopy mają strasznie niezgrabne paluchy i każda próba gry kończy się jakąś awanturą.

– Będę w stanie coś w tej kwestii zaradzić.

– Znakomicie, ale do meritum. Dla mnie najważniejszą zapłatą jest złożona przez ciebie obietnica. Przysiągłeś korzystać z tej broni godnie, tylko w szlachetnym celu. Przysiągłeś przynieść jej sławę i zyskać z jej pomocą miejsce wśród największych wojowników na świecie. Czy podtrzymujesz dane słowo?

– Tak – odrzekł wzniosłym tonem Draco.

Hafe uśmiechnął się i pchnął znajdujące się przed nim drzwi, ukazując kolejne pomieszczenie. W porównaniu z innymi we wnętrzu góry niewielkie, lecz prezentujące się najbardziej imponująco. Na ścianie naprzeciw wejścia stał kamienny postument, na którym umieszczony został diament. Największy i najpiękniejszy, jaki ludzkie oko kiedykolwiek widziało. Przez niewielki otwór do pomieszczenia dostawał się promień światła. Padał na diament, który rozszczepiał go na kilka mniejszych, kolorowych. Te z kolei oświetlały siedem mniejszych postumentów, na których leżały piękne kamienie w kolorach odpowiadających padającemu promieniowi: fioletowy, indygo, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy. Czerwonego kamienia nie było na swoim miejscu.

Na środku pomieszczenia stał zaś kamienny ołtarz. Leżał na nim, głownią zwrócony w ich stronę, miecz. Wielkością odpowiadał broni dwuręcznej, choć wyższy wojownik mógłby posługiwać się nim jak półtorakiem.

– Długość i waga dopasowane to twoich wymiarów. Rękojeść wykonana zgodnie z wszelkimi życzeniami. Głowica ma kształt smoczej paszczy, w oczy wsadziłem malutkie rubinki, dlatego zdają się świecić. Sam trzon owinięty skórą, nie pytaj z czego, ważne że miękka i nie ślizga się nawet gdyby chwycić ją spoconą dłonią. Jelec wykończony na kształt smoczych skrzydeł, błonami zwróconych w kierunku ostrza, żeby pasowały do głowy i nie raniły palców podczas walki bez rękawic. Natomiast głownia to już w całości moja inwencja. Zobacz sam.

Draco chwycił rękojeść i podniósł miecz. Ostrze wykonane było z ciemnoszarej stali, której barwa mieszała się z żelazową czerwienią. Jakby ciemnoczerwony dym osiadł i zastygł na metalowej powierzchni. Przy każdym poruszeniu klinga ożywała, zdawała się stawać w płomieniach.

– Stop wykonany wedle mojej receptury. Roztopiłem jeden ze swoich Kamieni i połączyłem go ze stalą. Nie wdając się w szczegóły, to ogromne wyróżnienie, dowód zaufania i oznaka nadziei, że przyniesiesz tej broni chwałę. Nie ma drugiego takiego miecza na świecie.

– Nie zawiodę, Hafe – odrzekł mu król. – Ani ciebie, ani mojego ludu.

– Piękna broń – skwitował Almeyn.

– W rzeczy samej. Dla dopełnienia jej perfekcji zahartowałem ostrze w sercu wulkanu.

– Wulkanu?! – nie krył zdziwienia Willias.

– Tak, jest za tymi wrotami z lewej strony. Mogę wam pokazać, ale to nic specjalnego. – Willias pokręcił zdecydowanie głową na znak, że nie jest zainteresowany.

– Królu, taki oręż powinien nosić jakieś miano – stwierdził uniesiony duchem balladowego romantyzmu Almeyn.

– Dziękuję ci, Hafe. Za wszystko – powiedział Draco. – Nad nazwą jeszcze pomyślę, byłoby chyba przerostem formy nad treścią nazywanie broni, która jeszcze nie miała szans wykazania się w boju. Okazja może nadejść już niebawem. Nadciąga wojna.

 

*****

 

– Wrogie wojska wtargnęły od wschodu. Zaatakowały i zdobyły zamek lorda Rossa, załoga nawet nie spodziewała się ataku. Nasze oddziały ruszyły z odwetem, lecz zostały zaskoczone od tyłu przez kolejne siły wroga i zdziesiątkowane w bitwie pod Bayl. Później z pomocą kompanii najemniczej rozbili nas pod Chiro i pod Drunmark. Teraz ich główne siły kierują się w stronę stolicy. Tutaj.

– Wieczny Pokój?

– Nasz wywiad donosi, że rozesłali już kruki do władców pozostałych państw. Uznali swoją inwazję za prewencję. Twierdzą, że to my chcieliśmy zaatakować pierwsi i ponoć dysponują dowodami na potwierdzenie swoich słów.

– Dowodami? Myślisz, że to prawda czy wydmuszka? Ktoś mógł zdradzić?

Oficer wzruszył tylko ramionami.

Na stole rozciągnięta była wielka mapa przedstawiająca południe kontynentu i jego dwa największe państwa. Liczne pionki symbolizowały rozmieszczenie wojsk. Leżąca obok pochwa, obszyta skórą i wysadzana rubinami, przysłaniała miejsce, w którym oznaczona była bitwa pod Drunmark. Draco odsunął ją gwałtownym ruchem, a ta wraz ze schowanym w niej mieczem spadła na ziemię.

– Jakie mamy szansę, jeśli dotrą do stolicy? – spytał król.

– Bez wsparcia niewielkie, ale mamy przewagę w postaci zamku. Jeśli uda nam się utrzymać odpowiednio długo, nic nie jest jeszcze stracone. Sir Almeyn zawrócił swoje oddziały i co sił pędzi nam z odsieczą, ale wróg zjawi się prędzej. Większa część naszych wojsk była już na granicy, gotowa do ataku.

– Do tego czasu starczy nam zapasów?

– Jeśli nie weźmiemy pod uwagę mieszczan…

– Weźmiemy pod uwagę wszystkich. Udostępniłem im swój zamek, udostępnię i jedzenie.

– W takim razie nie wiem.

– A Argus Graey?

– Milczy.

Draco wbił wzrok w mapę. Próbował zebrać myśli.

– Tato – usłyszał nagle głos.

Vivianne i Arcady podbiegli do niego i rzucili mu się na szyję.

– Czy dzieje się coś złego? – dopytywała go córka.

– Nie zamartwiaj się. Źli ludzie chcieliby zamieszkać w naszym domu, ale my im nie pozwolimy. Poczekamy na sir Almeyna i przegonimy ich tam skąd przyszli.

– Sir Almeyn jest dzielny, na pewno zwycięży! – krzyknął Arcady.

– Tatuś jest jeszcze dzielniejszy – powiedziała Vivianne.

Kilka metrów dalej stała Helena, trzymając na rękach malutkiego Baldwina. Patrzyła na niego bez słowa. Ze strachem, ale i nadzieją. Chwycił pozostałą dwójkę dzieci i podszedł do żony. Uścisnęli się w milczeniu.

– Wszyscy są już w zamku – powiedziała cicho Helena.

– Dobrze. Zostań z dziećmi w sali narad, tu jest najbezpieczniej. Zbierzcie tylu ludzi, ilu się da.

– A ty?

– Ja jestem królem. Idę do żołnierzy. Kocham cię.

– Kocham cię.

 

*****

 

Draco chodził po murach i rozmawiał z żołnierzami. Nie tylko wysokimi rangą i szlachetnego pochodzenia. Podchodził do zwykłych szeregowców i chłopów, którzy przyszli na ochotnika bronić stolicy. Próbował ich pokrzepić, choć sam potrzebował wsparcia. Wiszący u pasa miecz ciążył mu. Miał ochotę się go pozbyć, wyrzucić.

Choć słońce dopiero niedawno wzeszło, horyzont stał się brązowy. I zaczął się zbliżać. Ogromna armia nadciągała, aby ich wymordować i przejąć władzę. Gdy się zatrzymała, dostrzegli sztandary z herbem rodu Araios – na brązowym tle widniał człowiek odziany w złote szaty i biżuterię.

– Są w zasięgu ostrzału? – spytał stojącego obok łucznika. Ten pokręcił przecząco głową.

Nie wysyłali żadnych negocjatorów. To oznaczało, że najprawdopodobniej będą chcieli przetrzymać obrońców w zamku i poczekać, aż głód załatwi sprawę. W sercu Draco pojawiła się nadzieja. Być może odsiecz przybędzie na czas.

Armia stała tam gdzie się zatrzymała przez kilka godzin, lecz nie zaczął powstawać żaden obóz. Żołnierze wciąż utrzymywali bojowy szyk. Nie wyglądało to tak, jakby przygotowywali się do długiego oblężenia. Na tyłach rozpoczęła się budowa machin oblężniczych.

Czas dłużył się niemiłosiernie. Stojący na murach obrońcy obserwowali, jak powstają maszyny, które w każdej chwili mogły zacząć ich atakować. Draco zaczął zastanawiać się, czy zaryzykować wysłaniem poselstwa.

Nagle wśród wrogiej armii zapanował tumult. Draco spojrzał w kierunku, z którego dochodził odgłos. Okazało się, iż żołnierze Araiosów wcale nie składali kilku maszyn oblężniczych, lecz elementy jednej, za to skomplikowanej w budowie i trudnej do zidentyfikowania. Nie było to żadne ze znanych królowi urządzeń.

Do lotu wzbił się gigantyczny wręcz kamień, jakiego nie zdołałaby unieść żadna zwyczajna katapulta. Leciał z przeraźliwym świstem w kierunku ich murów.

– Uciekać! – ryknął ktoś.

Potężny głaz uderzył w bramę, roztrzaskując ją na drzazgi. Ziemia pod Draco runęła. Zaczął spadać, a po chwili wszystko pokryło się czernią.

 

*****

 

Odzyskał przytomność po kilku chwilach. Leżał na gruzach – pozostałościach po bramie i przylegającym do niej fragmencie muru. Już po pierwszym poruszeniu uświadomił sobie, że ma złamane żebra. Co najmniej dwa. Straszny ból przeszywał nogę, jednak nie wydawało się, aby i w tym przypadku kość doznała obrażeń. Gdy usiadł, zauważył w brzuchu odłamek ze zniszczonej bramy. Narzucona pod skórzaną kurtę kolczuga nie zdała egzaminu, choć Draco uznał za cud sam fakt, że przeżył upadek z takiej wysokości.

Dookoła leżały trupy, kilku żołnierzy jęczało z bólu. Do uszu Draco dotarł miarowy tętent. Spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była brama, a teraz pozostała jedynie dziura, w niewielkim stopniu zasłonięta przez potrzaskany głaz.

Konnica wroga ruszyła. Po chwili spadł na nią deszcz strzał, który bynajmniej nie spowolnił szarży. Z każdą sekundą byli coraz bliżej. Przy wyłomie już zbierali się obrońcy. Draco chciał dobyć miecza, lecz w ostatniej chwili ktoś chwycił go za rękę.

– Panie, jesteś ranny – usłyszał głos. – Nie przydasz się w walce. Wróć do zamku, ludzie cię potrzebują.

Otępiały jeszcze król spojrzał na stojącego obok mężczyznę. Rdzawa czupryna ukryta była pod hełmem, ale poznał go po herbie widniejącym na napierśniku – rosnących obok siebie gruszy i jabłoni. W zbroi Katjus nie przypominał królewskiego doradcy. Wyglądał prawie jak żołnierz, choć poszczególne elementy pancerza były na niego nieco za duże.

– Co tu robisz?

– Przyszedłem bronić mojego kraju i mojego króla.

Draco chciał zaprotestować, ale Katjus w asyście kilku innych żołnierzy siłą wsadził go na konia. Uderzył wierzchowca w zad i ten pogalopował w stronę zamku. Ranny król nie był go w stanie nawet zatrzymać i mógł tylko patrzeć, jak jego doradca z okrzykiem na ustach dołącza do żołnierzy przy wyrwie. Po chwili wlało się przez nią brązowo-złote morze i rozpoczęła się rzeź.

Gdy zwierzę zatrzymało się pod zamkowymi drzwiami, pierwszą myślą władcy był powrót do miasta i stanięcie do walki. Z drugiej strony poczuł się w dziwnym obowiązku uszanowania ostatniej prośby Katjusa. Potem pomyślał o Helenie i dzieciach. Podjął decyzję.

Zauważywszy swojego króla, strażnicy otworzyli bramę. Gdy znalazł się wewnątrz, ponownie zamknęli ją i zabezpieczyli. Draco udał się do sali narad. Stłoczona chmara ludzi znacznie przewyższała liczebnością zbierających się zwykle w tym miejscu mężczyzn. Część ludzi stała na szerokim balkonie i obserwowała wydarzenia.

Szukając swojej rodziny kątem oka zauważył w tłumie Claithesa. Starzec był blady, jakby nie żył od kilku godzin, ale drżenie rąk i nieustanne nerwowe ruchy głowy pokazywały, że jest inaczej.

W końcu wypatrzył Helenę, siedzącą na jego krześle z czarnego drewna, ściskającą zapłakane dzieci. Gdy zobaczyła jego, sama zalała się łzami. Zbliżył się, a ona zaczęła dotykać jego rany na brzuchu i twarzy, najwyraźniej także pokaleczonej, choć sam nic nie czuł. Dopiero teraz przypomniał sobie o nodze. Ból powrócił jak przywołany i król musiał się podeprzeć, żeby nie upaść. Spojrzał na widniejący na krześle herb – czerwonego smoka z rozpostartymi w locie skrzydłami. Odruchowo zwrócił wzrok ku wiszącej u pasa broni. Rubiny w oczach smoka gorzały.

Draco zaczął kuśtykać w stronę balkonu. Brązowo-złota nawałnica wściekle napierała, ale czerwoni obrońcy dzielnie stawiali jej czoła. Ciężar walk przeniósł się spod murów w głąb miasta, lecz jego żołnierze mężnie bronili swojego domu. W sercu króla znów pojawiła się iskierka nadziei.

Ktoś ze stojących na balkonie wskazał palcem na horyzont. Pozostali zaczęli wydawać okrzyki radości, ściskać się. Oto ku polu bitwy zmierzały nowe siły. Szansa na odsiecz, ocalenie. Iskierka zaczęła przeradzać się w mały płomyk.

Walczący w mieście, u podnóża zamku, oczywiście nie byli w stanie tego dostrzec. Wciąż odpierali kolejne ataki, nie pozwalając przeciwnikom zbliżyć się do zamkowych bram, podczas gdy coraz to kolejni wlewali się w obręb murów.

– Niemożliwe – szepnął do siebie Draco.

On zauważył jako pierwszy, a po chwili dołączyli do niego też inni. Na sztandarach nadciągających posiłków widniał złoty człowiek na brązowym tle. Radość tłumu ustąpiła miejsca przerażeniu, a tląca się nadzieja zniknęła bezpowrotnie.

– To już czas – stwierdził rozżalonym, przepełnionym goryczą głosem jeden z mężczyzn na balkonie. Wyciągnął sztylet.

Draco spojrzał na swoją rodzinę.

 

*****

 

Starym, rzadko uczęszczanym traktem poruszało się pięcioro jeźdźców na dwóch koniach. Przewodnikiem grupy był mężczyzna podtrzymujący dwójkę dzieci, drugiego wierzchowca zaś dosiadała kobieta przyciskająca do piersi bobasa. Wszyscy wyczerpani, głodni, ranni. Gdzieś za nimi unosiły się kłęby dymu – prawdopodobnie płonęła jakaś wioska.

Bitwa o stolicę, która zaczęła się tego dnia rano, dobiegła już końca. Zwycięskie wojska cesarza Gasana Araiosa świętowały zwycięstwo w zamku, który do niedawna był siedzibą starego, dumnego rodu.

Większość obrońców zginęła, reszta trafiła do niewoli. Duża część z osób, które skryły się w zamku, odebrała sobie życie. Pozostali podzielili los żołnierzy. Wśród ofiar i jeńców nie było ani samego króla, ani jego rodziny.

Nikt poza nim nie wiedział bowiem, że z zamku jest jeszcze jedno, sekretne wyjście, prowadzące przez podziemia aż poza mury otaczające miasto. Wszyscy zebrani w zamku nie mieli najmniejszych szans na ucieczkę, ale dla jednej rodziny był to ratunek. Król oczywiście chciał zostać ze swoimi poddanymi, polec w walce o swoją domenę, lecz żona ubłagała go, aby poszedł z nimi, ponieważ był potrzebny i jej, i dzieciom.

Teraz król Draco, pozbawiony korony i państwa, starał się utrzymać w siodle swoje dzieci. Słabnący rumak stąpał coraz bardziej ociężale, a każdy kolejny wstrząs potęgował u mężczyzny ból ze wszystkich odniesionych ran.

Minęli właśnie las, na skraju którego zatrzymał się niegdyś ze swoimi dzielnymi wojownikami. Choć obiecał sobie, iż nie obejrzy się, to jakaś siła zmusiła jego głowę do zwrócenia się ku temu, co zostawiał z tyłu.

Na skraju lasu stał wilk. Wielkie bydlę niemal dorównujące rozmiarem koniowi, na którym siedział. Miał czarną, posklejaną od brudu sierść, na boku wypaloną na kształt nieznanych królowi, budzących niepokój symboli. Pożółkłe kły były wyszczerzone, zaś czerwone ślepia wpatrywały się wściekle w jeźdźców.

Draco złamał kolejną daną sobie obietnicę i wyszukał ręką rękojeść miecza. Gdyby chciał, wilk dopadłby do nich i rozszarpał najpierw konie, a potem ludzi. Bestia jednak nie zaatakowała, wróciła pomiędzy drzewa. Mężczyzna pozostał z dłonią na uchwycie broni. Taki oręż powinien mieć jakieś miano. Były król zaczął się nad tym zastanawiać. Dyshonor. Hańba. Wstyd. To były pierwsze możliwości, które przyszły mu do głowy.

W oddali przed nimi majaczyła Góra Taeid. Padające na skały światło księżyca zamieniło bursztyn w diament.

Koniec

Komentarze

Witaj

 

Wykreowałeś bardzo fajny świat fantasy. Nie przekombinowany, lecz charakterystyczny. Również sama akcja zdaje się być bardzo klasyczna, lecz opisana bardzo lekko i przyjemnie. Na pewno nie nudno.

Bardzo podobają mi się te docinki padające w wypowiedziach.

Jak dla mnie powinieneś tylko podzielić długie zdania, z czym ja też walczę w swoich opowiadaniach. Poza tym uważajże na powtórzenia: w pierwszy i drugim akapicie dość blisko jest słowo “głowa”, w czwartej części “mniej lub bardziej”, w połowie bodajże “kolejne drzwi […] kolejny pokój”.

Na początku epilogu bardzo fajne powtórzenie.

Napisałbym żebyś ćwiczył warsztat, ale sam jestem w trakcie haha

 

Miło się czytało :)

Dziękuję, AleksyWit, za komentarz. Cieszę się z Twojej pozytywnej oceny i doceniam wytknięcie uchybień, z pewnością wezmę pod uwagę sugestie.

Bez ćwiczenia warsztatu się nie obędzie, bo jestem na samym początku przygody z pisaniem i jeszcze wiele jest do poprawienia. Tobie również życzę satysfakcjonujących postępów.

Dziękuję :)

 

No ja na razie jedno opowiadanko i biorę się za kolejne XP

Coś tak czuję, że jeszcze oboje dużo fajnych tekstów napiszemy ;D

Obawiam się, Bjkpsrzu, że chyba nie rozumiem, jak to się stało, że król Draco przygotowujący się do wojny, dysponujący liczniejszą i lepiej wyszkoloną armią, pozwolił, aby jego kraj zaskoczyły wojska najeźdźcy i pokonały go. Zastanawiam się też, jaką rolę miał odegrać miecz, koniec końców w ogóle nie użyty przez króla.

Jestem ciekawa, jak potoczyły się dalsze losy Draco i jego rodziny.

Opowiadanie czytało się całkiem nieźle, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie liczne usterki.

 

ozdo­bio­ne było kró­lew­skim her­bem– czer­wo­nym smo­kiem… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

aby być do­brze sły­szal­nym dla wszyst­kich ze­bra­nych. ―> Raczej: …aby być do­brze sły­szanym przez wszyst­kich ze­bra­nych.

 

Z bie­giem lat przej­mo­wa­li wła­dzę po­mniej­szych kra­ikach… ―> Literówka.

 

które ukra­dli pod­czas swo­je­go eks­o­du­su. ―> …które ukra­dli pod­czas swo­je­go exo­du­su.

 

Dla wielu jego po­par­cie by­ło­by ujmą dla spra­wy. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Według wielu jego po­par­cie by­ło­by ujmą dla spra­wy.

 

W końcu Al­meyn– jeśli… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

i strze­gą­cym chci­wie swego skar­bu… ―> Na czym polega chciwość strzeżenia?

A może miało być: …i strze­gą­cym pilnie/ bacznie swego skar­bu…

 

…jedna z pięk­niej­szych dzie­cię­cych cech– nie prze­szka­dza­ły… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

pod­nie­sie­nia swo­je­go au­to­ry­te­tu, wy­peł­nia­jąc serca swo­ich pod­da­nych… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

two­rząc przej­ście wy­so­kie na trzy metry i sze­ro­kie na co naj­mniej dwa. ―> Skąd w opisywanym świecie znany był system metryczny?

 

z da­le­ka syl­wet­ką przy­po­mi­na­ła ni­skie­go, krę­pe­go męż­czy­znę. ―> Zbędne dookreślenie – ktoś krępy jest niewysoki z definicji.

 

na­to­miast część od­sło­nię­ta przy­po­mi­na­ła kar­to­fla. ―> Jeśli już, to przypominała kartofel, choć nie wydaje mi się, aby w czasach tego opowiadania ktokolwiek słyszał o kartoflach.

 

są­czy­ła się krew– ewi­dent­ny… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

Wnę­trze Góry Taeid było sie­cią ko­ry­ta­rzy, przy­wo­dzą­cych na myśl mro­wi­sko. Ry­ce­rze stą­pa­li ostroż­nie, po­nie­waż pod­ło­że było bar­dzo nie­rów­ne, a pa­nu­ją­cy mrok roz­świe­tla­ny był je­dy­nie… ―> Lekka byłoza.

 

wy­cią­gnię­ty z jed­nej z opo­wie­ści opo­wia­da­nych dzie­ciom… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

ogrom­ny, na oko trzy­me­tro­wy męż­czy­zna. ―> To nie mogły być metry.

 

gdy ude­rzał wiel­kim mło­tem po­dłuż­ny ka­wa­łek me­ta­lu… ―> …gdy ude­rzał wiel­kim mło­tem w po­dłuż­ny ka­wa­łek me­ta­lu

 

Męż­czy­zna odzia­ny był w ka­ftan chro­nią­cy jego tors przed żarem. –> Zbędny zaimek ―> czy kaftan, który mężczyzna miał na sobie mógł chronić cudzy tors?

 

Zdjął swój ka­ftan, od­sła­nia­jąc swoją rów­nie owło­sio­ną… ―> Zbędne zaimki.

 

Ol­brzym się­gnął po po­dłuż­ny kij, który przed chwi­lą wykuł. ―> Obawiam się, że Hafe nie mógł wykuć kija z metalu. Kij albowiem jest drewniany i podłużny z definicji.

Proponuję: Ol­brzym się­gnął po pręt, który przed chwi­lą wykuł.

 

chyba naj­pięk­niej­sze. Na ścia­nie na­prze­ciw wej­ścia stał ka­mien­ny po­stu­ment, na któ­rym umiesz­czo­ny zo­stał dia­ment. Naj­więk­szy i naj­pięk­niej­szy… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

ka­mien­ny oł­tarz, usta­wio­ny pio­no­wo wzglę­dem wej­ścia. ―> Co to znaczy? Jaka jest zależność miedzy pionowym ołtarzem, a wejściem?

 

Leżał na nim, głow­nią zwró­co­ną w ich stro­nę, miecz. ―> Leżał na nim, głow­nią zwró­co­ny w ich stro­nę, miecz.

 

Jelce wy­koń­czo­ne na kształt smo­czych skrzy­deł… ―> Jelec wy­koń­czo­ny na kształt smo­czych skrzy­deł

O ile mi wiadomo, miecz ma jeden jelec.

 

– Stop mojej wła­snej kon­struk­cji. ―> Czy stop się konstruuje?

 

Roz­to­pi­łem jeden ze swo­ich Ka­mie­ni… ―> Dlaczego wielka litera?

 

Teraz ich głów­ne siły kie­ru­ją się teraz w stro­nę sto­li­cy. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

z her­bem rodu Ara­ios– na brą­zo­wym tle… ―> Brak spacji przed półpauza.

 

lecz żaden nie za­czął po­wsta­wać żaden obóz. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

za­czę­ły po­wsta­wać ma­chi­ny ob­lęż­ni­cze. Czas dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie. Sto­ją­cy na mu­rach obroń­cy ob­ser­wo­wa­li, jak po­wsta­ją ma­szy­ny… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

za to skom­pli­ko­wa­nej z bu­do­wie… ―> Literówka.

 

Leżał na gru­zach– po­zo­sta­ło­ściach… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

Strasz­ny ból prze­szy­wał jego nogę… ―> Zbędny zaimek.

 

Gdy usiadł, za­uwa­żył w swoim brzu­chu odła­mek… ―> Jak wyżej.

 

wid­nie­ją­cym na na­pier­śni­ku– ro­sną­cych… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

– Przy­sze­dłem bro­nić mój kraj i mo­je­go króla. ―> – Przy­sze­dłem bro­nić mojego kraju i mo­je­go króla.

 

wid­nie­ją­cy na krze­śle herb– czer­wo­ne­go… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

trak­tem po­ru­sza­ło się pię­ciu jeźdź­ców na dwóch ko­niach. Prze­wod­ni­kiem grupy był męż­czy­zna pod­trzy­mu­ją­cy dwój­kę dzie­ci, dru­gie­go wierz­chow­ca zaś do­sia­da­ła ko­bie­ta… ―> Skoro jechał mężczyzna, kobieta i dzieci, to: …trak­tem po­ru­sza­ło się pięcioro jeźdź­ców

 

kłęby dymu– praw­do­po­dob­nie… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

Prze­cią­żo­ny rumak stą­pał coraz bar­dziej ocię­ża­le… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Choć obie­cał sobie, iż nie obej­rzy się za sie­bie… ―> Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: Choć obie­cał sobie, iż nie obej­rzy się… Lub: Choć postanowił, iż nie spojrzy za sie­bie

 

Wiel­kie bydle nie­mal do­rów­nu­ją­ce roz­mia­rem ko­nio­wi… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, regulatorzy, za wytknięcie uchybień. Zwłaszcza, że choć kilka błędów wydaje mi się teraz oczywistych (szczególnie te metry, bo jeszcze przed rozpoczęciem pracy nad tekstem szukałem innego systemu niż metryczny, ale byłem tak zaaferowany pierwszym opowiadaniem, że wyleciało mi kompletnie z głowy) i aż pluję sobie w brodę, że nie wyłapałem ich podczas kilkukrotnego czytania, to z pewnych rzeczy nawet nie zdawałem sobie sprawy i mam nadzieję, że będzie to dla mnie nauka na przyszłość. Ze wskazówek naturalnie skorzystam i poprawię możliwie najszybciej.

 

Natomiast jeśli chodzi o kwestie wymagające doprecyzowania:

chyba nie rozumiem, jak to się stało, że król Draco przygotowujący się do wojny, dysponujący liczniejszą i lepiej wyszkoloną armią, pozwolił, aby jego kraj zaskoczyły wojska najeźdźcy i pokonały go.

Są ku temu dwa powody. Po pierwsze król i jego środowisko nie zdawali sobie sprawy z faktycznej potęgi, jaką dysponowali ich sąsiedzi. Owszem, armia Draco była liczniejsza, ale okazało się, iż żołnierze wroga wcale nie są gorzej wyszkoleni, a dodatkowo dysponują rozwiązaniami technicznymi, o których jego poddani nawet nie słyszeli. Chciałem to zasygnalizować w scenie, gdy używają do zniszczenia murów machiny oblężniczej, której sam monarcha nie rozpoznaje i jest zdumiony jej możliwościami.

Drugą przyczyną porażki jest fakt, iż Draco liczył na zaskoczenie niespodziewającego się inwazji wroga, lecz to jego kraj został zaskoczony. Przygotowane do ataku wojska były już na granicy, gdy armie Araiosów “czmychnęły bokiem” i zaczęły siać spustoszenie na ich terytorium. To na tym “odwróconym elemencie zaskoczenia” oddziały cesarza Gasana oparły swoją przewagę, dlatego też ich celem było możliwie najszybsze zdobycie stolicy. Liczyli, że gdy upadnie król, reszta kraju również skapituluje. Opowiadanie było historią władcy i jego rodziny, więc dalsze losy wojny nie zostały przedstawione i na na chwilę obecną nie wiadomo jaki był jej ostateczny wynik.

 

Zastanawiam się też, jaką rolę miał odegrać miecz, koniec końców w ogóle nie użyty przez króla.

Miecz miał być dopełnieniem jego triumfu. Gdyby wojna potoczyła się zgodnie z planem, król wziąłby udział w jakiejś bitwie, prawdopodobnie ataku na stolicę nieprzyjaciela, gdzie miecz przeszedłby “chrzest bojowy”, został nazwany i stał się symbolem zakończonej sukcesem inwazji i wzrostu potęgi Draco. Ostatecznie nie został użyty, a władca nie tylko zawiódł swoich poddanych, ale też złamał przysięgę złożoną twórcy broni i od tego czasu czuł się niegodny dobywania go.

 

Roztopiłem jeden ze swoich Kamieni… ―> Dlaczego wielka litera?

Ponieważ to nie są zwykłe kamienie. Może nie Nieskończoności, ale na pewno magiczne i chciałem to zasygnalizować, jednocześnie nie wdając się znowu w szczegóły dotyczące ich pochodzenia, właściwości itd. Jeśli nie był to odpowiedni sposób, to ten fragment również zostanie poprawiony.

 

Jeśli już, to przypominała kartofel, choć nie wydaje mi się, aby w czasach tego opowiadania ktokolwiek słyszał o kartoflach.

Choć żaden fragment opowiadania o tym nie wspomina, to w przedstawionym świecie wszystkie istniejące kontynenty zostały odkryte i istnienie żadnego nie jest tajemnicą dla reszty świata. Podejrzewam więc, że gdzieś komuś udało się kartofle wyhodować, więc tego akurat chciałbym się trzymać.

 

Mam nadzieję, że moje wyjaśnienia są zrozumiałe i satysfakcjonujące :)

Mam nadzieję, że moje wyjaśnienia są zrozumiałe i satysfakcjonujące :)

No, nie do końca, Bjkpsrzu, choć bardzo dziękuję za próbę wyjaśnienia moich wątpliwości.

 

Po pierw­sze król i jego śro­do­wi­sko nie zda­wa­li sobie spra­wy z fak­tycz­nej po­tę­gi, jaką dys­po­no­wa­li ich są­sie­dzi.

No i to mnie właśnie dziwi, że Draco nie miał żadnych agentów na sąsiednich dworach. Jak mógł zakładać, nie mając poparcia w konkretnych relacjach swoich szpiegów, że sąsiednie państwa nie zbroją się i nie doskonalą wyposażenia armii. To że sam nie zadbał o należytą modernizację własnych wojsk i dał się zaskoczyć, chyba nie najlepiej świadczy o nim, jako władcy, że o marnych doradcach nie wspomnę.

 

Miecz miał być do­peł­nie­niem jego trium­fu.

Ale nim się nie stał, więc udanie się z orszakiem sześciu rycerzy jest tylko, moim zdaniem, pewnym ozdobnikiem, dzięki któremu wprowadziłeś do opowiadania nieco magii i fantastyki, a co nijak nie wpłynęło ani na losy wojny, ani nie przydało świetności królowi.

 

…w przed­sta­wio­nym świe­cie wszyst­kie ist­nie­ją­ce kon­ty­nen­ty zo­sta­ły od­kry­te i ist­nie­nie żad­ne­go nie jest ta­jem­ni­cą dla resz­ty świa­ta. Po­dej­rze­wam więc, że gdzieś komuś udało się kar­to­fle wy­ho­do­wać, więc tego aku­rat chciał­bym się trzy­mać.

W tagach umieściłeś informację, że rzecz dzieje się w średniowieczu, a średniowiecze kończy się w XVI wieku. Botanicy europejscy opisali tę roślinę dopiero na przełomie XVI i XVII stulecia, a więc w czasach Twojego opowiadania, kartofle nie były znane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To że sam nie zadbał o należytą modernizację własnych wojsk i dał się zaskoczyć, chyba nie najlepiej świadczy o nim, jako władcy, że o marnych doradcach nie wspomnę.

Dokładnie. On z założenia miał nie być władcą idealnym. Był dobrym mężem i ojcem, rządził mądrze, państwo było bogate, poddani szczęśliwi, ale cała ta kampania powodowana marzeniami o zdobyciu potęgi, podsycanymi dodatkowo przez doradców takich jak Claithes, ujawniła jego niedostatki. Nie zagłębiając się zbytnio w tematy polityczne realnego świata, to warto przytoczyć, że w XXI wieku też zdarzali się “władcy”, którzy byli przekonani o sile swojego państwa i słuszności swoich poczynań względem jego umacniania (nawet ignorując rzetelne dane mówiące inaczej), podczas gdy w rzeczywistości wyrządzali mu krzywdę. To właśnie jest analogiczny przypadek.

 

Ale nim się nie stał

Tu również nie da się nie zgodzić. Skoro (niedoszły) symbol jego największej chwały okazał się zawodem, to w założeniu miało to ukazywać kolejną płaszczyznę porażki króla. Chodziło o to, że wszystkie jego działania i decyzje podjęte od czasu narady miały skutki inne niż oczekiwał, co powodowało u niego jeszcze większe poczucie klęski. Podobny efekt, choć to zostało mniej wyeksponowane, miała dać scena z zakończenia, gdzie ogromny wilk wychodzi z lasu, w którym wedle słów króla takich stworzeń nie miało prawa być. Przez to Draco czuje, że jego ludzie nie mogą na nim polegać nawet w takich “drobnych” sprawach.

 

Te nieścisłości wynikają najpewniej z tego, iż jest to moja pierwsza próba wypuszczenia wymyślonej przeze mnie historii w świat. Stąd pojawiają się rzeczy, które chciałbym przekazać, lecz nie wiem jak to zrobić za pomocą tekstu i najwyraźniej robię to nieskutecznie. Kolejna rzecz, którą będę musiał opanować.

 

W tagach umieściłeś informację, że rzecz dzieje się w średniowieczu, a średniowiecze kończy się w XVI wieku

Tu z kolei wychodzi zdaje się moja błędna interpretacja tagu. Byłem przekonany, że “średniowiecze” to niekoniecznie NASZE średniowiecze, a jedynie realia do niego zbliżone (miecze, zamki, dominacja monarchii itp.). Wykreowany przeze mnie świat jest w wielu aspektach podobny do znanego nam średniowiecza, lecz fazy rozwoju poszczególnych dziedzin mogą stać na innym poziomie. Jeśli źle odczytałem znaczenie tagu to byłbym wdzięczny za informację zwrotną – usunę albo zmienię.

 

Te nieścisłości wynikają najpewniej z tego, iż jest to moja pierwsza próba wypuszczenia wymyślonej przeze mnie historii w świat. Stąd pojawiają się rzeczy, które chciałbym przekazać, lecz nie wiem jak to zrobić za pomocą tekstu i najwyraźniej robię to nieskutecznie. Kolejna rzecz, którą będę musiał opanować.

Widzę, Bjkpsrzu, że sporo z tego, co chciałeś opowiedzieć, zostało w Twojej głowie, skutkiem czego, nie wszystko da się wyczytać z tekstu. Ale też dobrze, że zdajesz sobie sprawę z tych niedociągnięć i mam nadzieję, że z czasem będziesz umiał przekazać czytelnikowi wszystko, co istotne i ważne dla treści opowiadania. Życzę Ci powodzenia w dalszej pracy twórczej i jestem przekonana, że ten watek pomoże Ci w tym ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Tu z kolei wychodzi zdaje się moja błędna interpretacja tagu. Byłem przekonany, że “średniowiecze” to niekoniecznie NASZE średniowiecze, a jedynie realia do niego zbliżone (miecze, zamki, dominacja monarchii itp.).

Tagi wybrałeś dobre, ale jakie znasz inne średniowiecze, poza tym „naszym”? Wszak realia, o których wspominasz, wiążą się właśnie a nim.

Czy rycerze, którzy nosili zbroje i walczyli mieczami, wiedzieli co to kartofle?

 

Bjkpsrzu, ponieważ jesteś nowym użytkownikiem, mam wrażenie, że zainteresuje Cię także Portal dla żółtodziobów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wyrażenie opinii i pomoc w odnalezieniu słabych stron tekstu!

Bardzo proszę i polecam się na przyszłość. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

Opowiadanie czyta się przyjemnie. Pomysł na historię króla, który przegrywa wojnę, zanim zdołał ją rozpocząć jest interesujący. Dialog podczas narady sprawia wrażenie rozmowy z czytelnikiem, a nie między bohaterami. Oznacza to, że postaci wymieniają się informacjami, które właściwie powinny być dla nich oczywiste. 

Draco poszukał odpowiedniego miejsca. Na palcu prawej ręki miał założony królewski sygnet, który przyłożył do skały. I wtedy stało się… nic.

Lekko poirytowany król raz jeszcze spojrzał na punkt, który uznał za odpowiedni. Ponownie dotknął sygnetem kamiennej ściany, tym razem trochę niżej. Wtedy skały zatrzęsły się i rozsunęły, tworząc przejście wysokie na dwa sążnie i szerokie na co najmniej jeden.

Ten fragment sprawił, że miałam nadzieję, na jakieś wielkie wydarzenie, a potem się rozczarowałam, bo nic się nie stało. W moim odczuciu lepiej byłoby, gdyby król po prostu otworzył wejście za pierwszym razem.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Alicello, dzięki za podzielenie się wrażeniami.

 

Dialog podczas narady sprawia wrażenie rozmowy z czytelnikiem, a nie między bohaterami.

Stanąłem przed zadaniem podania czytelnikowi dość dużej ilości informacji o świecie w niezbyt długim opowiadaniu i zastanawiałem się jaka forma będzie do tego najlepsza. Wybrałem właśnie dialog i próbowałem nieco złagodzić efekt, o którym mówisz, dając postaciom jakieś uzasadnienie do powtarzania tych informacji. W pełni rozumiem, że końcowy efekt mógł nie spełnić oczekiwań. Cóż, tutaj już słowo się rzekło, ale przy następnych tekstach będę próbował rozwiązać sprawę w inny sposób.

No, nie wiem, nikt nie jest aż tak ślepy, żeby nie zauważyć, że przeciwnik zbroi się na potęgę, chyba że król był oszukiwany przez swoich doradców, ale z tego wyszłoby nieco inne opowiadanie.

Trochę się czułam rozczarowana, bo wszystko nastąpiło nagle. Nagle okazało się, że przeciwnik wkroczył do królestwa i zajął je właściwie bez walki. I to powoduje, że właściwie nie ma tu historii, brakuje mi mięska. Opko jest stosunkowo długie, a w sumie niewiele się w nim dzieje. Sporo wątków pojawia się bez wpływu na samą historię. Kim były te stwory w głębi góry, dlaczego już się nie pojawiły? Czy każdy może u nich kupić broń? Czy miecz w ogóle był bronią, czy też raczej ozdóbką, mającą dodać władcy prestiżu? I o co chodzi z tym wilkiem, który pojawia się na końcu? To są pytania, na które czytelnik chciałby odpowiedzi, tymczasem u Ciebie pełnią trochę funkcję zapchajdziury.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj. Dziękuję za opinię. Część tych pytań pojawia się stąd, że opowiadanie osadzone jest w świecie, który chciałbym rozwijać i tworzyć w nim od czasu do czasu inne teksty, które z pewnością przyniosłyby wiele odpowiedzi i wyjaśniły kilka pozornych "zapchajdziur", aczkolwiek w pełni rozumiem, że takie podejście sprawia, iż opowiadanie jako tekst samodzielny może się do końca nie bronić. Po zapoznaniu się z dotychczasowymi opiniami doszedłem do wniosku, że dodanie perspektywy "drugiej strony", czyli Araiosów, mogłoby pozytywnie wpłynąć na odbiór i wyjaśnić kilka kwestii budzących wątpliwości. Po głębszym zastanowieniu brakuje mi też kilku wewnętrznych przemyśleń samego Draco, gdzie wyjaśniłyby się kwestie takie jak miecz czy wilk, które obecnie też są kwestiami kontrowersyjnymi. Tak jak już zostało ustalone, trochę za dużo z tej historii pozostało tylko w mojej głowie – ja przecież znam ją z każdej perspektywy, ale jakbym zapomniał, że czytelnik przecież wręcz przeciwnie. Zaczynam rozważać taki zabieg, choć wiązałoby się to z wydłużeniem i tak niekrotkiego tekstu.

bjkp­srz -u,

 

Czytając Twoje opowiadanie, czułam się tak, jakbym oglądała film. Wszystko opisałeś szczegółowo. Poza tym, wartości jakie niesie to opowiadanie są mi bardzo bliskie, miłość, rodzina, honor.

 

Nie wiem, jakim cudem przegapiłam Twój tekst. Na pewno to był pierwszy i ostatni raz. Uważam, że masz duży talent. Niestety, jako że sama się uczę, to nie będę odnosiła się do ewentualnych uwag, kiedyś, jak napiszę tak dobrze jak Ty, spróbuję. wink

 

 

Pozdrawiam ciepło -Goch.smiley

 

p.s. czekam na Twoje następne opowiadanie:)

 

Bardzo dziękuję za miłe słowa. Dla mnie jest to absolutnie pierwszy tekst, nie pisałem wcześniej nawet do szuflady, więc każda uwaga jest niezwykle cenna i mile widziana, choć miło stawiać pierwsze kroki i widzieć, że spotykają się z całkiem pozytywnym odbiorem. Również pozdrawiam

Nowa Fantastyka