- Opowiadanie: adam_c4 - Pamiętasz?

Pamiętasz?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pamiętasz?

– Co za piękny dzień!

Jarosław oderwał wzrok od ekranu telefonu. Stał nad nim jakiś wysoki facet. Staruszek. Szkła jego okularów odbijały promienie słoneczne. Uśmiechał się, odsłaniając rząd równych zębów. 

– Tak, pogoda jest piękna – przyznał Jarosław, zadzierając głowę. W pierwszej chwili pomyślał, że ma przed sobą bezdomnego; wskazywały na to wyciągnięty dres i wychudzona sylwetka. Od obcego bił jednak prawdziwy spokój, tak nietypowy nawet dla pozornie najbardziej wyluzowanych żebraków.

Nieznajomy dosiadł się do Jarosława, na co ten powinien był zareagować cichym oburzeniem. Z jakichś powodów wydało mu się to jednak czymś naturalnym, nie poczuł się z tym źle. Znamienne, że gdyby przed wejściem do parku wiedział, że będzie musiał współdzielić z kimś ławkę, nie przekroczyłby jego bram.

Staruszek był jeszcze wyższy, niż się początkowo wydawał; mierzył dwa metry, jak nic. Na pewno minął już sześćdziesiątkę. Usiadłszy na ławce, rozpostarł się wygodnie, zajmując dobre dwie trzecie jej powierzchni. W widocznej teraz parze błękitnych oczu kryły się zadowolenie i uprzejma ciekawość; mieszanka charakterystyczna dla osób uchodzących za taktowne.

– Bardzo lubię ten park – oświadczył, składając dłonie na udach. – Czasami myślę, że człowiekowi nic więcej nie trzeba. Spacer, odrobina spokoju…

Jarosław przytaknął, ale bez większego przekonania; od życia oczekiwał jednak odrobinę więcej.

– Stale za czymś gonimy. A czasami wystarczy usiąść, rozejrzeć się… – Szeroki uśmiech stał się jeszcze szerszy, wrzucając na twarz kilka dodatkowych zmarszczek. – Nie uważa pan?

Jarosław rozejrzał się dokoła, po raz wtóry podziwiając urok otaczającej go zieleni. Siedzieli na ławce zanurzonej w cieniu platana, w niewielkim oddaleniu od finezyjnego oczka wodnego. Wiatr smagał gałęzie drzew, ciągnących się wzdłuż żwirowej alejki.

– Coś w tym jest – przyznał. – Ale nie ukrywam, że rzadko bywam w takich miejscach. Albo gdziekolwiek, gdzie można usiąść i tak zwyczajnie nacieszyć się otoczeniem. A nawet wtedy – tutaj podniósł swój telefon – to cholerstwo prędzej czy później upomni się o uwagę. – Jarosław nie wyobrażał sobie życia bez smartfona z dostępem do Internetu, ale jako że dzieciństwo i wczesną dorosłość spędził bez komputera, sądził, że ma święte prawo załamywać ręce nad powszechnym kultem elektroniki. Wielkolud skwitował to wyznanie ostrożnym skinieniem głowy, na znak, że specyfika problemu jest mu znana, choć sam problem go nie dotyczy.

– Regeneruje się pan w takich miejscach? Czy, jak to się mówi, ładuje pan tutaj baterie?

– Chyba tak. Dzisiaj, na przykład, skończyłem wcześniej pracę i zamiast od razu pojechać do domu, postanowiłem tutaj przyjść. Tak po prostu.

– Dobra decyzja. A wie pan, co bardzo mnie zasmuca?

Młody mężczyzna poczuł się zaalarmowany. Poważne pytanie zadane w swobodny sposób nie wróżyło niczego dobrego. Czyżby nieznajomy miał go teraz zwyczajnie poprosić o papierosa czy drobne? Jarosław nie przepadał za towarzystwem ludzi, rzadko się uzewnętrzniał. Miał wrażenie, że przed chwilą mocno się odsłonił, ujęty trudnym do zrozumienia czarem nieznajomego. Wynikające z tego faktu zażenowanie mogło w sposób znaczny i mało przyjemny się pogłębić, gdyby obawa okazała się słuszna.

– Nasza pamięć. – Zadający pytanie odpowiedział sam sobie.

– Jak to: nasza pamięć?

Wielkolud westchnął i zakołysał kościstymi kolanami.

– Niech pan tylko popatrzy – podjął. – Znajdujemy się w najpiękniejszym parku w mieście, a może i województwie. Chłoniemy jego urok, czujemy się spokojni i nasyceni. Ale kiedy tylko wyjdziemy na zewnątrz, wszystko natychmiast zacznie się ulatniać. Tak miłe sercu wrażenia w mig się zatracą, zostaną wspomnienia. Mimo naszego silnego pragnienia odrobinę pokraczne, a przez to frustrujące.

Jarosław słuchał oniemiały. Kim był ten dziwny facet? Emerytowanym nauczycielem? Prędzej wykładowcą akademickim. Lekkość, z jaką się wysławiał, sugerowała, że w prowadzeniu tego typu wywodów ma sporą wprawę.

– Co pan o tym sądzi?

– Co sądzę? – zaśmiał się Jarosław. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem! Ale w pańskich słowach coś jest. Gdy przypominam sobie teraz różne miejsca, za którymi tęsknię… Byłoby wspaniale, gdybym mógł do nich powrócić, ale znów je opuszczając, czułbym wielki żal. O to pan chodziło?

– Tak, tak, właśnie to miałem na myśli! – Uśmiech ponownie rozświetlił pomarszczoną twarz. – Trudno się dziwić tym różnym bogaczom, co wybierają się na dalekie wakacje i kupują na miejscu, za podszeptem chwili, horrendalnie drogie rezydencje. Mówi się, że to przejaw ich zepsucia, że pieniądze namieszały im w głowach. A ja – człowiek, któremu bogactwo nie miało okazji poprzestawiać klepek – na ich miejscu robiłbym dokładnie to samo!

Wypowiadając autoironiczne słowa na temat swej majętności, wielkolud ujął w palce materiał dresowych spodni. To nie wykładowca akademicki, wykluczone; ci nie zarabiali kokosów, ale bez przesady. Facet żył z jakiejś głodowej renciny. Wnioskując po jego, bądź co bądź beztroskim, sposobie bycia, godził się z tym stanem rzeczy.

– Tylko widzi pan – ciągnął wątek wielkolud – wspomniał pan o miejscach ,,szczególnych”. Są to, według mnie, przykłady skrajne. Nie szło mi nawet o wspominki z wakacji, czy o jakieś wyidealizowane miejsca z dzieciństwa. Uważam, że to nas dotyka każdego dnia. Wyglądamy przez okno i myślimy: ,,Jak pięknie dzisiaj wygląda mój ogród”. A wkrótce spada deszcz. Wtedy tęsknimy do widoku słonecznego podwórka, aż nie ukaże nam się po raz drugi. A już wieczorem mamy po nim w głowie tylko niedoskonały obraz. Znów czekamy…

W tych słowach Jarosław odkrył tak dużo prawdy, że aż go zmroziło. Odczucia związane z rzeczonymi obserwacjami były mu znane, mimo że dotychczas nie zdarzyło mu się ich nazwać.

– Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

Rzucona ze swadą deklaracja znów zabrzmiała niepokojąco.

– Słucham?

– Chyba wiem, czemu to służy.

– Czemu?

Kolana ponownie zaczęły kiwać się na boki. Widocznie sygnalizowało to podjęcie nowego wątku.

– Niech mi pan powie… jakie jest pana najstraszniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

– Co?

– Najstraszniejsze wspomnienie z dzieciństwa – powtórzył wielkolud.

– Nie mam… – Jarosław, cokolwiek zaskoczony, zaczął formułować odpowiedź, gdy raptem go olśniło. – Miałem wtedy sześć lat. Było lato, wakacje. Bawiłem się przed blokiem ze starszym kolegą, nagle powiedział, że musi iść. Nie wolno mi było samemu chodzić po dworze, a byłem grzecznym dzieckiem, więc też zaraz miałem wracać do domu… – ciągnął historię jak zahipnotyzowany, nawet nie myśląc, czemu ma to służyć. – Ale z jakichś przyczyn postanowiłem najpierw pójść na koniec osiedla. Pewnie wymagały tego reguły zabawy, musiałem dokończyć jakieś polowanie na kosmitów czy coś w tym stylu. Nagle, w jednej strasznej sekundzie, poczułem, że ziemia się pode mną zapada. Jakiś cholerny palant usunął właz studzienki kanalizacyjnej, kiedyś ich kradzieże były w mieście prawdziwą plagą. Cudem nie wpadłem do środka. Wbiłem palce w ziemię i tak zawisłem.

– Straszne!

– Tak.

– Mógł pan stracić zdrowie, nawet życie.

– Zgadza się. Był taki przypadek, jakiś chłopiec zmarł po upadku.

– Jak się to wszystko skończyło?

– Na całe szczęście ktoś był w pobliżu i zwabiony moim wrzaskiem przybiegł mi z pomocą.

– Całe zdarzenie pamięta pan dość dokładnie.

– I tak, i nie. Podobnie jak inne szczególne sceny z dzieciństwa: pewne rzeczy są wyraźne, innych detali nie pamiętam zupełnie.

– Proszę wyprowadzić mnie z błędu, jeśli się mylę: jakiś miesiąc po tym wypadku przestał pan chodzi ze wzrokiem wbitym w ziemię?

Jarosław roześmiał się.

– Trafił pan w dziesiątkę. Faktycznie, przez pewien czas nie odrywałem wzroku spod stóp. Czy przeszło mi już po miesiącu? Tego nie pamiętam, może trwało to dłużej.

– Widzi pan – kolana poszły w ruchu – to właśnie ta druga strona medalu. Wystarczył miesiąc, czy dwa, aby wspomnienie znacznie się zatarło.

– Nie każdy ma takie szczęście. Niektórym pozostaje trwały uraz.

– Oczywiście. Ale, generalnie rzecz biorąc, ludzie są silni. Przez siłę rozumiem potęgę niepamięci. To moja teoria. Nawet wspomnienia ludzi ,,najsłabszych” ulegają wypaczaniu. Nie potrafimy zachować w sercu pełni pięknych miejsc i zdarzeń, ale podobnie jest z tymi mniej przyjemnymi doświadczeniami. Przecież gdyby wrażenie paraliżującego strachu, odczuwanego w tamtej chwili, kiedy wołał pan o pomoc, miało pozostać z panem w identycznej formie…

– Trudno mi to sobie nawet wyobrazić.

– Nic dziwnego!

Jarosław poczuł się nieswojo. Paczka papierosów w wewnętrznej kieszeni marynarki zaczęła mu słodko ciążyć.

– Przepraszam, nie będzie miał pan nic przeciwko, jeśli zapalę?

– Ależ skąd, śmiało.

Po dwóch łapczywych zaciągnięciach poczuł się lepiej. Wielkolud milczał, przymknąwszy oczy. Chyba wsłuchiwał się w odległy trel ptaków.

– Mam nadzieję, że rozmowa pana nie męczy – odezwał się raptem, odmykając oczy.

– Nie, skąd. Tylko… powiem szczerze, że gdy się pan do mnie dosiadł, zakładałem, że wymienimy kilka zdań na temat pogody i na tym koniec.

– Ech, przepraszam, taka już ze mnie gaduła. Mój znajomy mówi, że jak znajdę sobie tak zwanego ,,wolnego słuchacza”, to szkoda tego człowieka!

– To, co pan mówi, daje do myślenia.

– Miło słyszeć. Jeśli faktycznie nie planuje pan jak najszybciej ode mnie uciec, chciałbym zadać kolejne pytanie.

– Słucham.

– Czy uważa się pan za osobę silną?

– Ja? – Papieros zastygł w połowie drogi do ust. – Co pan ma na myśli?

– Siłę niepamięci. Wróćmy może do tamtego wypadku z dzieciństwa. Przypuśćmy, że miał pan mniej szczęścia i w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby panu pomóc się wydostać. Że był pan zdany wyłącznie na siebie. Proszę sobie wyobrazić, że palce wpite w ziemię drętwieją coraz bardziej, że upadek staje się nieunikniony… i nagle zdaje pan sobie sprawę z tego, że pod nogami są metalowe szczeble na których można się oprzeć. Szczęśliwie wydostaje się pan na zewnątrz…

Wielkolud zawiesił głos, Jarosław wpatrywał się w niego, oczekując ciągu dalszego.

– I co? – zapytał w końcu.

– Co pan o tym sądzi?

– Co sądzę? Chyba nie nadążam.

– Scenariusz zdarzenia, który przedstawiłem, jest, według mnie, dużo bardziej przerażający niż ten, który miał miejsce. Został pan uratowany, pewnie wisiał pan w tej studzience tak góra pół minuty. A gdyby nikt nie nadszedł? Proszę sobie wyobrazić pięć, dziesięć minut desperackiej walki o wydostanie się na zewnątrz, zwieńczone pewnością, że już za krótką chwilkę pan spadnie. Że być może zaraz pan umrze, albo będzie bardzo cierpieć. Wydaje pan ostatni, desperacki krzyk przed nieuchronnym… i natrafia butem na szczebel! Czuje pan olbrzymią, nieopisaną wręcz ulgę, ale trudno pozbyć się okropnego pytania: ,,Co by było, gdyby…?”.

Jarosław wyrzucił niedopałek do kosza i sięgnął po kolejnego papierosa, nie przejmując się tym, jak zostanie to odebrane przez rozmówcę. Ten pozwolił mu głęboko się zaciągnąć, nim zapytał retorycznie:

– To dopiero byłoby straszne, prawda?

– Aż mnie ciarki przeszły. Trochę mnie pan przeraził.

– Nie chciałem! – Słowa podkreślił równie sympatycznym, co poprzednie, acz pełnym zakłopotania, uśmiechem. – Przechodząc do sedna: jak dzisiaj wspominałby pan to wydarzenie, gdyby przebiegło tak, jak miałem okazję je przedstawić? 

Jarosław starał się odwrócić wzrok od dyndających kolan. Poczuł ucisk w żołądku, papieros przestał mu smakować. Z gościem było coś mocno nie tak, z minuty na minutę robiło się coraz dziwniej. Może zwyczajnie wstanie i odejdzie bez słowa? Nie. Postanowił zostać.

– Nie mam pojęcia – odparł.

– A czy zechce się pan podzielić ze mną jakimś miły wspomnieniem? Może to być cokolwiek, wygrana w szkolnym konkursie, coś takiego.

– W czwartej klasie podstawówki – wychrypiał automatycznie Jarosław – wygrałem szkolny konkurs ortograficzny.

– Trudny był?

– Tak. – Dlaczego odpowiadał?

– Pewnie wszyscy byli z pana dumni. Zwłaszcza polonistka. A co, gdyby zajął pan drugie miejsce?

– Nie wiem. Nie wiem, pewnie miałbym to gdzieś.

Dość tego. Czemu w ogóle zaczynał rozmowę z tym gościem? Powziął ostateczną decyzję o tym, że się zmywa i już podnosił się z ławki, gdy kolejne z pytań odebrało mu władzę w nogach:

– Co chciałbyś w zamian?

– Co?

– Przypuśćmy, że popełniłeś jeden błąd. – Wielkolud porzucił oficjalną formę, przechodząc z rozmówcą na ,,ty”. – Jeden drobny błąd. ,,Jerzy” napisałeś przez ,,zet z kropką”.

Niedopałek wypadł Jarosławowi z dłoni.

– Jerzy na wieży.

– Tak jest – odparł wielkolud. Coś się zmieniło. Nie wyglądał już dobrotliwie. Był podekscytowany, bił od niego żar przystający raczej do młodzika noszącego się z zamiarem zrobienia czegoś ryzykownie głupiego.

– Ile byś chciał? – Ramiona, zarzucone do tyłu, zaczęły przesuwać się w tę i z powrotem po oparciu ławki.

– Za co? O czym pan mówi? Kim pan jest?

– Ja będę zadawał pytania, taka formuła bardziej mi odpowiada. – Beztroski ton gdzieś wyparował. Wielkolud mówił teraz jak ktoś, kto przystępuje do negocjacji, świadom swej potężnej przewagi. – Proponuję dychę. Dziesięć tysięcy za drugie miejsce w konkursie. Stare czasy, kto w ogóle o tym pamięta?

– Pan chyba oszalał.

– To jak? Powiedz tylko: tak czy nie?

– Tak – odparł Jarosław tylko po to, by go nie denerwować. Niewykluczone, że koleś zwiał z psychiatryka. Zadzwonić na pogotowie, czy raczej na policję? Skłaniał się ku tej drugiej opcji: przecież karetka nie jest tu potrzebna, a policja musi mieć specjalne procedury co do takich przypadków.

Jakby w odpowiedzi na myśl o jego użyciu, telefon dał o sobie znać dźwiękiem przychodzącej wiadomości.

– Przelew błyskawiczny, moja specjalność! – Gdyby wielkolud powitał go takim uśmiechem, jaki zaprezentował w tamtym momencie, Jarosław po prostu wstałby i odszedł, nie kłopocząc się odpowiedzią na zaczepkę dotyczącą pogody.

Trzęsącymi rękoma sięgnął po urządzenie, odczytał wiadomość. SMS o zmianie stanu konta. Natychmiast zalogował się na mobilną aplikację bankową.

– Żartowałem z tym przelewem – oznajmił po chwili wielkolud, jakby przyznawał się do niewinnego psikusa. – Oszczędź sobie przeglądania historii, nic tam nie znajdziesz. Po prostu twój stan posiadania…

– To jakieś oszustwo!

– Brzmi prawdopodobnie – zakpił wesoło.

– Co to ma znaczyć?! Czego chcesz?!

– Chcę zadać ci jeszcze jedno pytanie, potem sobie pójdziesz, dokąd chcesz.

– Jakie pytanie?!

– Ta studzienka, do której wpadłeś…

– Co z nią?

– Przypuśćmy, że spełnił się mój scenariusz. Ten, że nikt cię nie słyszy i przez kilka minut drżysz o własne życie. Pięćdziesiąt tysięcy.

– Kim jesteś?

– Tak czy nie? Szybka piłka, kolego.

Klucząc wśród splątanych strachem myśli, w poczuciu absolutnej nierealności, Jarosław starał się zagłębić w postawiony przed nim dylemat. Chciał wrócić do tamtego dnia, tamtej chwili. Nie potrafił. Równie dobrze mógłby decydować o losie postaci z gry komputerowej. Boże drogi, co tu się dzieje?

– Tak – odparł, przekonany o tym, że jego odpowiedź nie ma żadnego znaczenia. Nic się nie wydarzy, tak jak nie wydarzyło się przed chwilą, jego saldo nawet nie drgnęło, uległ po prostu jakiemuś szaleństwu. Może wciąż w nim tkwi? Jak to sprawdzić? Powinien stąd odejść. Nie, nie odejść. Uciec.

Kolejny SMS.

– No, zadowolony z transakcji? – Wielkolud dał Jarosławowi kilka chwil na powtórne zalogowanie się do aplikacji i oswojenie z myślą, że jest bogatszy o sześćdziesiąt tysięcy. Albo że oszustwo, którego padł ofiarą, uparcie na to wskazuje.

W końcu podniósł się z ławki. Prawie upadł, w ostatniej chwili złapał się oparcia. Wciąż wpatrując się w ekran telefonu zaczął na oślep człapać do tyłu. Po chwili już biegł, mijając po drodze sylwetki zaskoczonych spacerowiczów. Zwolnił dopiero wiele metrów za bramą z kutego żelaza – wejścia do parku. Musiał jak najszybciej dostać się do auta. Gdy już siądzie za kierownicą i ruszy w stronę domu, poczuje się lepiej. Pora była idealna: zero korków, za piętnaście minut będzie już za zamkniętymi drzwiami…

Maszerował żwawo, co kilka kroków spoglądając za siebie. Cały czas towarzyszyło mu przeczucie, że ktoś na niego patrzy. Jakby wciąż gonił po parkowej ścieżce, wiedząc, że wielkolud siedzi na ławce i nie odrywa od niego skrytej za okularami pary oczu.

Wsiadł do forda i wycofał na drogę, nie sprawdzając dwukrotnie, jak miał w zwyczaju, czy na pewno jest pusta. Myślał, że kierując samochodem będzie już dużo spokojniejszy. Wprost przeciwnie; wrażenie bycia obserwowanym przemieniło się w coś dużo gorszego. Czuł przy sobie czyjąś obecność. Złapał się na tym, że co chwila spogląda na bok i do tyłu, spodziewając się dostrzec tam pasażera.

Zmusił się do porzucenia paranoicznych odruchów. Miał przed sobą wielkie zadanie i nie mógł z jego podjęciem zwlekać ani chwili: musiał znaleźć wytłumaczenie na to, co właśnie wydarzyło się w parku. Na początek pragnął objąć umysłem wydarzenia z ostatniej półgodziny. Mimo desperackiej chęci nie był w stanie tego zrobić; wyłuskanie pojedynczej myśli z panującego pod czaszką chaosu przypominało wyciąganie ziemniaków z gorącego popiołu. Jedyne, co przychodziło mu z łatwością, to powtarzane w kółko przekleństwa i zdawkowe zaprzeczenia, mające dodać mu otuchy. Prowadził samochód przy skromnym udziale świadomości, trzymając się prawego pasa i nie przekraczając ograniczenia prędkości. Dojeżdżając do skrzyżowania przy swoim osiedlu poczuł ulgę. Już zaraz będzie u siebie…

Samochód nie zareagował na wciśnięcie hamulca. Jarosław, spodziewając się najgorszego, w panicznym odruchu wdepnął pedał do podłogi, na co rozpędzony do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę wóz zaczął powoli wytracać prędkość. Zbyt powoli. W ciągu kilku sekund kierowca zdecydował się na najbezpieczniejszy, według pobieżnej oceny, wariant działania. Postanowił trzymać się swojego pasa – uciekając na lewo wpadłby pod mknącego SUV-a, a zjechanie na chodnik, choć nikogo na nim nie dostrzegł, ocenił jako zbyt ryzykowne.

Dojeżdżając do szarego sedana, zamknął oczy. Spodziewał się uderzenia, nawet bólu, ale nie był przygotowany na huk miażdżonej blachy i potężny cios poduszki powietrznej.

Ogarnęła go cisza. Nie wiedział, jak długo w niej tkwił, zanim w końcu zebrał się w sobie na tyle, by spróbować wyjść na zewnątrz. Z trudem wymacał klamkę i odepchnął drzwi. Wciąż krępował go pas. Po kilku jałowych próbach wyswobodzenia się, w końcu zdołał go odpiąć.

Właścicielką sedana była krótkowłosa kobieta. Już szacowała skalę strat, przerzucając spojrzenie między pojazdami. Stała przy tym na sąsiednim pasie, mijana ostrożnie przez kolejne samochody. Nikt nie śmiał zwrócić jej uwagi.

– Kurwa mać! – krzyknęła na widok sprawcy. – Coś ty narobił!

Nie wyglądało to dobrze. O ile samochód kobiety odznaczał się tylko niespecjalnie głębokim, symetrycznym wgnieceniem, ford z całą pewnością nie nadawał się do dalszej jazdy: przód maski był jednolitą miazgą, pod którą formowała się coraz większa plama oleju.

– Dwa tygodnie temu go odebrałam! No ja pierdolę! – Kobieta zaczęła przestępować z nogi na nogę, utrudniając uczestnikom ruchu i tak niełatwe zadanie, jakim było jej bezpieczne wyminięcie. Jarosław musiał zapalić. Świat dokoła wyglądał jak zamknięty za szybą. Światło słoneczne docierało do niego zza matowej powłoki, dźwięki przycichły i przepływały gdzieś obok. Dlatego nie zwracał uwagi na powtarzane przez kobietę pytanie. Dopiero kiedy złapała go za łokieć, wyłuskał ją i jej słowa spośród szarej gęstwiny nieistotnych bodźców.

– Dobrze się pan czuje? – W głosie nie było śladu irytacji. Widocznie zdołała spojrzeć na efekt kolizji chłodnym okiem i oceniwszy, że wyszła z niej prawie bez uszczerbku, zdobyła się na to, by przenieść uwagę na samopoczucie sprawcy.

– Chyba. – Jarosław czuł, że ból zaczyna ogarniać też jego kark i rozchodzi się dalej, nieregularnymi ścieżkami, aż po dół pleców. Wyciągnął papierosa z paczki. Cholera, ostatni. Obmacując kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki, natknął się na zmiętą kartę wytarganą z zeszytu. Z trudem ją rozłożył. Pokryta była niechlujnym, ledwie czytelnym pismem.

 

Cześć co u ciebie? Po co pytam przecież nie odpowiesz! To ja ci napiszę co u mnie. Piszę w ogóle, bo tamten mi kazał. Uparł się i to tak że nie ma z nim dyskusji. Tak to go jeszcze czasmi olewam. Pognębi mnie trochę, ale odpuszcza. Dużo z nim można ugodnić, czasami sobie zapomina co mi kazał. Mam ci tu napisać coś szczerego, tak mi powiedział. Czasami zwymyślam go tak, że samemu mi głupio i tylko się uśmiecha jak przygłup, a czasami robi awantury z byle czego. On oczywiście wie co tu piszę, tylko udaje że teraz patrzy w ścianę i nic go nie obchodzi. Głupi dziad. Jesteśmy w Stanach, zawsze chciałeś tam lecieć, co? No to jesteś. Nie w Vegas, przereklamowane miejsce. Tłoczno, niefajnie. Gdzie indziej, bardzo sympatyczne miasteczko. Tylko oczywiście w zamian za to że poleciałem, to człowieku! Czego on teraz nie chce. Ja sobie wszystko dokładnie przeliczyłem. Muszę mu stawiać twarde warunki bo nim zauważę, to mnie zostawi z niczym. Czy japiszę z sensem? Wybacz, trochę mnie jeszcze trzyma po wczoraj. Mam teraz ochotę na małe co nieco, wiesz o co mi chodi, ciekawe czego znów sobie zażyczy. To jeszcze ciekawa rzecz. Czasami chce jakiejś pierdoły, na przykład że nie dostaniesz… nie dostanę. No, nie dostaniemy obiadu w przedszkolu. Dasz wiarę? A niekiedy chce żeby na przykład ktoś nas zwymyślał albo nawet obił mordę. Nie przewidzisz. Oho, podnosi się. Uśmiecha się szeroko, zaraz powie coś mądrego. Filozof. Każe mi cię pozdrowić. Życzy cierpliwości i wyrozumiałości. Trzeba być dla siebie wyrozumiałym, to jego motto. Teraz mówi, żebym kończył, oczywiście widzi co ja piszę. Mówi, że to małe co nieco kosztuje samochód. Sorry, kasacja niestety. Ale tobie nic się nie stanie, tylko będziesz obolały, jakieś zadrapania. Jak pojadę

 

Zdanie urywało się w połowie. Jarosław przez dobrą chwilę skakał wzrokiem po tekście, starając się przekonać samego siebie, że nieskładna, pełna literówek pisanina nie mogła wyjść spod jego ręki, mimo że natychmiast rozpoznał charakterystyczny sposób, w jaki stawiał literę ,,s”. Jak wąż rzucony na patelnię. Kto użył tego nietrafnego porównania? Chyba któraś z ciotek. Nie, przecież nie mógł tego napisać. Ktoś z podobnym charakterem pisma? Kto? Jak…?

Poszkodowana w stłuczce kobieta coś do niego mówiła, nie słuchał jej. W końcu zlokalizował zapalniczkę w kieszeni spodni. Niepotrzebnie. Po papierosie, którego cały czas trzymał między palcami, nie było śladu. 

Koniec

Komentarze

Pierwsza?

 

Więc myślę, że wyszło ci zacne opowiadanie, Adamie. Przede wszystkim stopniowo budujesz napięcie – na początku miły i przyjazny staruszek diametralnie zmienia swoje zachowanie pod koniec, a mimo to tak naprawdę nie wyjaśniasz, kim on jest (i dobrze). Tekst jest ładnie napisany, zdania są gładkie – nacieszyłam nimi oko. Dobry warsztat.

Ogólnie nie przepadam za opowiadaniami, gdzie jest praktycznie jedna długa scena, ale tutaj dialog naprawdę wciągnął, zakończenie również zaskakuje. Taka pogawędka Forresta Gumpa na ławeczce tyle, że w wersji creepy.

Klikam do biblio.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo ciekawy, wciągający tekst. Mam wrażenie (być może mylne), że kiedyś oglądałem film zbliżony tematyką do Twojej opowieści. Niemniej jednak, czytało się przyjemnie. Czekałem, aż na koniec okaże się, że dziadek jest Jarkiem z przyszłości, a tu niespodzianka. 

sy, dziękuję za pochlebną opinię, mam nadzieję, że uda mi się wpaść do biblioteki :)

 

Texic, dziękuję! Jeśli zdublowałem pomysł to niezamierzenie ;)

Pozwól, że zwrócę uwagę na kilka rzeczy.

 

Nieznajomy dosiadł się do Jarosława, na co ten powinien był zareagować cichym oburzeniem. Z jakiejś przyczyny wydało mu się to jednak czymś tak naturalnym, że nie poczuł dyskomfortu. Znamienne, że gdyby przed wejściem do parku wiedział, że będzie musiał współdzielić z kimś ławkę, nie przekroczyłby jego bram.

Był jeszcze wyższy…

W jednym akapicie piszesz tu o Jarosławie, w następnym natomiast przeskakujesz, jak rozumiem, do tajemniczego nieznajomego – ale nie zostaje to zaakcentowane w żaden sposób, więc z kontekstu wynika jednak, że to Jarosław “był jeszcze wyższy”.

Nawiasem mówiąc, to zdanie ze “znamiennym” trochę mi nie gra. Może bardziej “Co znamienne, gdyby przed wejściem do parku wiedział…” itd. Nie wiem.

 

Usiadłszy na ławce, rozpostarł się wygodnie…

Siadanie na ławce bardziej kojarzy mi się z “rozpieraniem” jednak. Poza tym, po “ławce” przecinek.

 

Wnioskując po jego (…) sposobie bycia, godził się z tym stanem rzeczy. Jawiło się Jarosławowi jako przejaw wyjątkowego heroizmu.

“Jawiło się to”?

 

Hmm… wie pan, co bardzo mnie zasmuca?

Pochłonięci jego urokiem, czujemy się spokojni i nasyceni… ale jak tylko wyjdziemy na zewnątrz, wszystko natychmiast zacznie się ulatniać. Takie miłe sercu wrażenia w mig się zatracą, po tym, co teraz czujemy zostanie w nas tylko wspomnienie…

Kolejna sprawa – mała/wielka litera po wielokropku. Owszem, mała czasem jest uzasadniona, jeśli jest to dalszy ciąg zdania, ale sugerowałabym Ci przyjrzeć się wszystkim takim konstrukcjom raz jeszcze, bo moim zdaniem przynajmniej w części powinna być jednak wielka. Pomijam już, że stosujesz bardzo dużo wielokropków. Jak dla mnie ciut za dużo, aczkolwiek jest to też uzasadnione, bo wiele wypowiedzi postaci ma dość refleksyjny charakter, więc można sobie wyobrazić, że się zastanawiają nad tym, o czym mówią.

Nawiasem, masz powtórzenie, a po “tym” zgubiłeś przecinek.

 

I trochę interpunkcji – najpierw brakujące przecinki:

Lekkość, z jaką się wysławiał, sugerowała…

– I tak, i nie.

– Tak – odparł, przekonany o tym, że jego odpowiedź nie ma żadnego znaczenia.

Wskoczył do swojego forda i wycofał na drogę, nie sprawdzając dwukrotnie, jak miał w zwyczaju, czy na pewno jest pusta. Myślał, że kierując samochodem, będzie już dużo spokojniejszy.

(…) musiał dobrnąć do spójnego i logicznego wniosku, tłumaczącego wszystkie niewytłumaczalne rzeczy…

Dojeżdżając do szarego sedana, zamknął oczy.

Nie wiedział, jak długo w niej tkwił, kiedy w końcu zdołał zebrać się w sobie na tyle, by spróbować wyjść na zewnątrz.

Nawiasem, chyba prędzej “nim w końcu zdołał”.

(…) zdobyła się na to, by przenieść uwagę na jego samopoczucie.

Obmacując kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki, natknął się na zmiętą kartkę…

(…) mimo że natychmiast rozpoznał charakterystyczny sposób, w jaki stawiał literę “s”.

 

– Co sądzę…? Chyba nie nadążam.

^ Tu mi brakuje pytajnika.

 

Czuje pan olbrzymią, nieopisaną wręcz ulgę, ale trudno pozbyć się okropnego pytania: “Co by było, gdyby…?”.

^ A tu na końcu powinna być kropka.

 

Poza tym wszystkim wydaje mi się, że dialogi nieco wymagają dopracowania w zakresie zapisywania didaskaliów.

 

A tak już abstrahując zupełnie od tych błędów (dużo, ale w sumie niewielkich – w każdym razie wybacz, że wytykam ich aż tyle), bardzo dobre opowiadanie. Fajny masz styl pisania i dobrze budujesz napięcie. Sam pomysł intrygujący, a zakończenie bez wyjaśnienia pozostawia pewien niedosyt, ale w jak najbardziej pozytywnym sensie. Wciągnęło mnie i świetnie się czytało :)

Spodziewaj się niespodziewanego

NaNa, serdecznie Ci dziękuję! Taka korekta tekstu jest dla mnie na wagę złota, naprawdę to doceniam. Poprawiłem tekst według Twoich sugestii. Cieszę się, że mój styl i historia przypadła Ci do gustu. Mam nadzieję, że będziesz zaglądać do moich opowiadań :) Pozdrawiam!

adam_c4 wobec tego polecam się z całą moją drobiazgowością i upierdliwością :) Cieszę się, że pomogłam!

A zaglądać będę, a jakże, jak tylko znajdę trochę więcej czasu (na razie niestety starczy mi go tylko na te konkursowe, że już nie wspomnę nawet o pisaniu własnego…).

Również pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Hejka!

Hmmm, ja tu grozy nie odczułem, zważając, że opowiadanie zostało zamieszczone w kategorii horroru. Tekst w większości to dialog, który szczerze mówiąc mnie nie wciągnął :( 

Co do stylistyki – tu nie będę się zbytnio wypowiadał, bo daleko mi do bycia w tej kwestii ekspertem, ale powiem, że czytało się to sprawnie. Może nie wciągnęło, ale też nie zmusiło to zakończenia opowiadania. 

Być może Twój tekst do mnie nie trafił ze względu, iż jest on konkursowy – a tematyka konkursu, to nie do końca moje klimaty :) 

Pozdrawiam!

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

No, nie wiem, po minucie takiej gadki nagle zaczęłoby mi się gdzieś spieszyć to po pierwsze. Po drugie, nie widzę w tym, co gada staruszek niczego, co mogłoby mnie poruszyć, czy wzbudzić mój niepokój. I wreszcie nie do końca wiem, co się właściwie wydarzyło. Czy Jarosławów jest dwóch i jeden gra życiem drugiego pod dyktando demonicznego staruszka?

Napisane nieźle, ładnym stylem, ale nieco przekroczyło poziom przyswajalnego przeze mnie absurdu. Nie przejmuj się jednak, ja po prostu nie przepadam za tego typu literaturą ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

NearDeath, dziękuję Ci za opinię, liczę na to, że mój kolejny tekst przypadnie Ci do gustu, w każdym razie już teraz zapraszam do jego lektury :)

 

Irka, Tobie również dziękuję. Chętnie podzielę się z Tobą, i każdym kogo może to zainteresować, moim komentarzem do tekstu:

 

Mój komentarz do tekstu

 

Kiedyś uderzyła mnie myśl, że bywamy, względem samych siebie z przeszłości, bardzo niewyrozumiali. Z bezpiecznej perspektywy, jaką zyskujemy dzięki upływającemu czasowi, bywamy najsurowszymi recenzentami własnych poczynań. Ganimy się za brak cierpliwości czy odwagi, żałujemy braku śmiałości, lub przeciwnie – nadmiernego tupetu. Wreszcie: wydaje nam się, że to, co jawiło się jako wysoce nieprzyjemne, wcale takie okropne nie było. Czy naprawdę ta kolejka, w której czekaliśmy do kasy w markecie, aż tak się ciągnęła? Stanie w korku aż tak dało nam w kość? Czy fakt, że winda musiała zjechać na parter z dziesiątego piętra, a nie, powiedzmy, z czwartego, rzeczywiście sprawił, że wydaliśmy z siebie prychnięcie niezadowolenia?

Niecierpliwi i zrzędliwi. Wytrącani z równowagi przez błahostki. Tak trudno ci wyczekać dwadzieścia sekund na windę? A co, gdyby przyszło ci czekać sekund dwadzieścia jeden? Dwadzieścia pięć? Świat by się zawalił? Dzień przemknąłby ci przed nosem? A gdyby okazało się, że winda uległa awarii i musisz szurać na swoje piętro po schodach? Co wtedy? Nic! A gdybyś na ostatnim stopniu się przewrócił i stłukł kolano? Po góra trzech dniach i tak miałbyś to w nosie! Sterczałeś w korku przez kwadrans? Straszne. A gdybyś już-już dojeżdżał do sygnalizatora i czerwone światło zapaliło się akurat w tym momencie, który wymusza zatrzymanie pojazdu? Nie, nie zdążysz na ,,pomarańczowym". Musisz stanąć. Do jasnej cholery! Półtora minuty nie moje! Masz ci los…

 

A może, zatrzymując samochód na ,,pomarańczowym", zrobiłeś to zbyt gwałtownie i jakiś roztargniony poczciwiec wjechał ci w bagażnik? Zgodziłbyś się na to za, powiedzmy, trzytygodniowe wakacje w ciepłych krajach? To chyba uczciwy interes? Przecież z tego wypadku (gdzie tam wypadku?! Stłuczki!) za pół roku będziesz się co najwyżej śmiał! Kusząca oferta.

 

Jak mocno bylibyście w stanie doświadczyć swoje dawniejsze ,,ja", gdyby dano Wam za to nagrodę w postaci natychmiastowej, teraźniejszej, gratyfikacji? Gdybyście faktycznie dostali taką możliwość, ile ówczesnego dobra pozwolilibyście sobie odebrać, a ile trosk przysporzyć? Zgodzilibyście się na skasowanie swojego samochodu, tak jak uczynił to Jarosław? Kto wie? Może po takim niefortunnym wypadku nie czulibyście nawet oporów przed tym, by pozbawić się ostatniego papierosa?

 

Interesujące opowiadanie.

Podoba mi się pomysł na takie zamiany, choć nie sądzę, żeby ktokolwiek myślący się na to złapał. Zbyt łatwo jest przesuwać granice (na co się zgodzę, a na co już nie), no i to nasza przeszłość definiuje nas dzisiaj. 

Natomiast sam pomysł jest ciekawy, skłania do przemyśleń, i jest świetnie poprowadzony.

Dobrze się czytało.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Lubię takie rozważania o świecie i ludziach, więc czytało mi się dobrze i nie nużyła mnie jedna długa scena. Co więcej, lubię też pokręcone historie ;) Więc to, że Jerzy ciągle rozmawia z typem, mimo że instynkt i rozsądek mówią mu, że powinien odejść, tylko dodaje dziwności, do tego i tak dziwnego spotkania.

Anet, bardzo dziękuję za miłe słowa i za punkt do biblioteki!

 

kasjopejatales, cieszę się, że opowiadanie trafiło w Twój gust. Dziękuję za wizytę i komentarz. 

 

 

Bardzo ciekawy pomysł, ale wydaje mi się, że niewykorzystany w pełni.

 

Dobrze napisane, choć tak dziwny dialog w parku wydaje mi się nieprawdopodobny – ale wszyscy znamy tych ludzi, którzy naraz muszą sobie pogadać i gotujemy sie we własnej uprzejmości, by kulturalnie wysmyknąć się z rozmowy.

 

Pomysł wydaje mi się niepełnie rozegrany, bo skoro mamy tu iście diabelski układ, w którym pozwalamy na jakieś upokorzenie w przeszłości w zamian za benefit dziś, teraz i być może na przyszłość – to jak ta zmiana, to bolesne wspomnienie zmienia nas tu i teraz? Przecież przeszłe przeżycia, a właściwie emocje z nimi związane potrafią odcisnąć piętno na osobowości. Myślę, że przez to skupienie na samej transakcji, na samym fakcie upodlenia w przeszłości w zamian za bonus dziś, opowiadanie nie wykorzystuje pełni mocy skądinąd świetnego pomysłu.

 

I tu pojawia się niejasność, czy ten finałowy list to list od alternatywnej wersji protagonisty, tej zmienionej? Trochę to zagmatwane z punktu widzenia czytelnika.

 

Nie mogę odmówić atmosfery dziwnej niesamowitości dobrze wprowadzonej, od zwykłego dialogu do niezwykłego układu.

 

W liście jest litrówka:

 

wiesz o co mi chodi

 

Pozdrawiam i chętnie kiedyś coś jeszcze twojego przeczytam.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish, bardzo Ci dziękuję za poświęcony mi czas, no i za punkt!

 

Co do literówki w liście – tę akurat popełniłem celowo. W tekście, już po publikacji, miałem jeszcze inne, ale szczęśliwe sam je wyłapałem :p

 

Zgadzam się z Twoją uwagą, że dobijanie kolejnych, mniejszych i większych ,,dili", musiałoby na bieżąco wpływać na bohatera. Postarałem się to zasygnalizować w momencie, w którym ucieka z parku i prowadzi samochód. O Jarosławie nie wiemy zbyt wiele, ale wydaje się być pragmatycznym, twardo stąpającym po ziemi człowiekiem (choć z domieszką romantyka). Odnoszę wrażenie, że młody mężczyzna, którego poznajemy na wczesnym etapie opowiadania, raczej nie rzuciłby się do dzikiej ucieczki przed nieznajomym bez względu na to, co by między nimi zaszło – w jego stylu byłoby raczej uprzejmie się pożegnać, a potem wezwać policję. Gwałtowna reakcja, połączona z nieracjonalnym przeczuciem, że ktoś stale mu towarzyszy (kiedy prowadzi samochód), może być efektem nieroztropnie zawartego ,,paktu", ale też atakiem paniki, które być może towarzyszą mu po koszmarnej, zaprojektowanej przez wielkoluda, przygodzie ze studzienką kanalizacyjną.

 

W moim zamyśle list pochodzi od przyszłej wersji bohatera, która bez reszty dała się uwikłać staruszkowi i realizuje, pewnie za jego podszeptem, wszystkie swoje ,,marzenia" – wygląda na to, że Jarosław bawi za granicą, gdzie oddaje się patologicznie hulaszczemu życiu i w nihilistycznym amoku po kawałku wydziera wszystko, co może, swojemu byłemu, dobrze ułożonemu, ,,ja".

 

Pozdrawiam!

A widzisz, a ja zrzuciłem reakcję Jarosława na karb niezwykłości całej sytuacji, w której się znalazł – nie widziałem jasnego powiązania ze zmianami w jego przeszłości. W tej dwuznaczności wybrałem tę najbardziej oczywistą interpretację.

 

Przyszła wersja – może przydałaby się data w nagłówku listu lub wzmianka, że data w nagłówku była w przyszłości?

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish, faktycznie nie byłoby złym pomysłem, żeby w treści listu podkreślić upływ czasu, jaki dzieli nadawcę od adresata. Dzięki za sugestię :)

Dobry wieczór. Bardzo dobry tekst. Podoba mi się, w jakim stylu to napisałeś (traci takim troszkę retro), jest dziwnie iniepokojąco, jest narastające napięcie. Cenię wysoko teksty, w które autorzy wplatają swoje przemyślenia ciut głębszej natury, bardzo mi się to u Ciebie podoba. Pozdrawiam, Łosiot.

Łosiot, witaj, bardzo dziękuję za wizytę i punkt dla mojego tekstu. Przeważnie staram się budować opowiadania na kanwie jakichś konkretnych osobistych spostrzeżeń czy przemyśleń. To bardzo satysfakcjonujące, kiedy czytelnik to docenia.

Tekst fajny i pokazuje jak wokół jednej dobrze skonstruowanej sceny można zbudować historię, która nie tylko ma ręce i nogi, ale też i głębszy sens. Jedyny minusik to brak akapitów w części, która jest listem, bo troszkę ciężej się przez to czyta, ale to taka tam kosmetyka smiley

oidrin, dziękuję za wizytę! Co do listu, to nie ukrywam, że chciałem, by czytało się go jak najciężej – tak sobie wyobrażam pisaninę pijanego (żeby tylko!), prawdopodobnie szalonego, gościa ;) 

Opowiadanie jest interesujące, ale przyznam, że zrozumiałam końcówkę w pełni dopiero po Twoim komentarzu, a dokładniej tym fragmencie:

A może, zatrzymując samochód na ,,pomarańczowym", zrobiłeś to zbyt gwałtownie i jakiś roztargniony poczciwiec wjechał ci w bagażnik? Zgodziłbyś się na to za, powiedzmy, trzytygodniowe wakacje w ciepłych krajach? To chyba uczciwy interes? Przecież z tego wypadku (gdzie tam wypadku?! Stłuczki!) za pół roku będziesz się co najwyżej śmiał! Kusząca oferta.

I dopiero po tej uwadze brakujący papieros i roztrzaskane auto mają sens. Na początku nie rozumiałam również, dlaczego bohater zaczął się niepokoić, które ze zdań dziwnego gościa to spowodowało. Warto byłoby to moim zdaniem lepiej podkreślić. Pomysł, że przez to, że nie wygrał konkursu z ortografii robi teraz taką masę błędów, też nie do końca do mnie trafia, jednak okej – rozumiem, co chciałeś pokazać.

Tak więc pomysł znakomity, ale niewykorzystany w pełni. Mimo to, tekst czytało się dobrze, a i warsztatowo stoi całkiem nieźle. :D

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dziękuję Ci za wizytę i podzielenie się opinią!

 

Pomysł, że przez to, że nie wygrał konkursu z ortografii robi teraz taką masę błędów, też nie do końca do mnie trafia, jednak okej – rozumiem, co chciałeś pokazać.

Heh, nie miałem takiego zamysłu :p

Błędy popełnione w liście spowodowane są tym, że autor znajduje się ,,pod wpływem” i nie łączyłbym tego z błahym, jednostkowym wydarzeniem z przeszłości :) 

 

Aaaa, dobra, teraz ma to więcej sensu. :D

Zostaw ten żyrandol.

Ciekawy miałeś pomysł, ale zabrakło jeszcze trochę umiejętności, by forma dorównała idei.

 

Konstrukcyjnie w tekście panuje chaos – początek ciągnie się w nieskończoność (przez chwilę myślałam, że oni tak będą siedzieć i gadać do końca opowiadania), zakończenie przychodzi gwałtownie i na tyle skrótowo, że trudno nadążyć, skąd nagle te kraksy i listy. Punkt wyjściowy miałeś fajny, pomysł na pakt z diabłem podany w świeży sposób, szkoda, że nie wykorzystałeś go w pełni.

 

Technicznie kulawo.

 

Dialogi są nienaturalne – polecam czytanie sobie na głos, nagrywanie się i odtwarzanie po przerwie, podsłuchiwanie rozmów znajomych. Opierając swoje opowiadanie w dużej mierze na dialogach, musisz dbać o ich wiarygodność.

 

Jarosław oderwał wzrok od ekranu telefonu. Stał nad nim jakiś facet. Bardzo wysoki. Okulary w okrągłych oprawkach odbijały promienie słoneczne, maskując skryte za szkłami oczy. Uśmiech odsłaniał rząd równych zębów.

Jak tak zerkam na twoje hasło, to w głowie mi się nie mieści, że w opisie wprowadzającym bohatera nie wspominasz nic o tym, że był stary, pomarszczony czy osiwiały.

 

Uśmiech odsłaniał rząd równych zębów.

To mężczyzna odsłaniał zęby, nie uśmiech.

niecharakterystyczny nawet dla pozornie najbardziej wyluzowanych żebraków, oddalał to podejrzenie.

Nie spotkałam jeszcze w życiu żebraka, o którym mogłabym powiedzieć "wyluzowany".

mierzył dwa metry wzrostu

albo mierzył dwa metry, albo miał dwa metry wzrostu

 

Nadużywasz wielokropków.

 

Młody mężczyzna poczuł się zaalarmowany. Niebanalne pytanie zadane w swobodny sposób nie wróżyło niczego dobrego. Czyżby dopiero co zaczęta rozmowa była wybiegiem

Nadużywasz przymiotników. Oszczędnie z nimi – to maniera początkujących, by wszystko dookreślać.

 

Cudem nie wpadłem do środka, wbiłem palce w ziemię i tak zawisłem.

Technicznie rzecz biorąc, to jednak był w środku, nie?

– Dobrze się pan czuje? – W głosie nie było śladu irytacji. Widocznie zdołała spojrzeć na efekt kolizji chłodnym okiem. Oceniwszy, że wyszła z niej z mniejszym uszczerbkiem materialnym niż sprawca, zdobyła się na to, by przenieść uwagę na jego samopoczucie.

Poczytaj sobie, co to headhopping. Moim zdaniem w tym fragmencie to gryzie.

 

W tym miejscu przestałam wypisywać uwagi – przepraszam, względy czasowe, pracowity miesiąc.

 

Tekst czytało mi się przyjemnie. Nie uniknąłeś błędów początkującego, ale widzę tu solidną podstawę do dalszej pracy i mądrą główkę, która jeszcze nie do końca wie, jak opakować swoje rozmyślenia w formę opowiadania, ale jest na dobrej drodze. Pisz dalej, powodzenia :)

 

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam, dziękuję za poświęcony mi czas i za liczne sugestie! Z pewnością się nad nimi pochylę i podpicuję tekst, kiedy już będę mógł. Pozdrawiam!

Uczciwie przyznaję, że początek opowiadania – zwłaszcza na tle drobnych potknięć interpunkcyjnych i niezręczności stylistycznych (jak np. rytmika rozłożenia zdań w pierwszym akapicie) – sprawił, że podchodziłam do dalszego ciągu jak pies do jeża… totalnie bezpodstawnie.

Naprawdę ciekawy pomysł na realizację bzdurnego hasła, który, mimo zawarcia w prostej formie, przekułeś w pełnokrwiste weirdowe opowiadanie. Banalne spotkanie w parku stało się pretekstem do wysnucia pogłębionej rozmowy zwieńczonej naprawdę odjechaną koncepcją.

Sposób zaplanowania i poprowadzenia fabuły – zawiązanie jej od błahostki i przejście w dziwność, która prowadzona jest na metapoziomie, w oderwaniu od środowiska otaczającego bohaterów (zauważmy, że praktycznie nie mamy tu przedstawionego ani parku, ani miasta, w którym ten park się znajduje – to jedynie rekwizyty dla dwojga aktorów, którzy są istotni dla opowieści) – jednak wyszedł naprawdę solidnie. Miałam wrażenie obcowania z utworem, który został konsekwentnie zaplanowany do takiej właśnie formy. Weird stanowi świetną trampolinę do snucia rozmyślań, a Twoja teoria postrzegania niepamięci jako siły przykuła moją uwagę. A już koncepcja wprowadzenia naprawdę aferotwórczego dziadka, który inkasuje opłatę za uczynienie życia bohatera mniej bezpiecznym, ale przez to bardziej wyrazistym, jest w moim odczuciu jedną z ciekawszych koncepcji, które pojawiły się w tym konkursie.

Pod względem warstwy językowej opowiadanie mogłoby być bogatsze, bardziej dopieszczać literackie podniebienie, niemniej pomysł i jego konsekwentna realizacja zasługują na wysoką notę.

Witam jurorkę, dziękuję za komentarz!

Choć na portalu zarejestrowałem się już dość dawno temu, dopiero przed niespełna dwoma miesiącami postanowiłem na nim publikować. Kiedy natknął się na ,,kafkowy” temat, tak się składało, że mogłem wybrać hasło pasujące do mojego opowiadania, które napisałem trzy lata temu.

Tekst wrzuciłem w niemal niezmienionym stanie, po zbyt pospiesznej becie (dzięki, pawelek!), nie pochylając się nad warsztatowymi usterkami.

Na dobrą sprawę całą historię powinienem był napisać jeszcze raz, obudować koncept w nową formę – wiem, że dzisiaj zrobiłbym to sprawniej. Żałuję, bo może wówczas (biorąc poprawkę na uzyskany wynik) ,,ślizgnąłbym” się do antologii.

Trudno, może inny razem:)

Pozdrawiam!

Ciekawy pomysł i fajny tekst wyszedł. Dziadek creepy, chociaż wygląda na niewinnego staruszka…

Nie obraziłabym się za informację, co on miał z tego całego handlu.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo! Fajnie, że dogrzebałaś się do mojego kafkowego tekstu, któremu należy się ode mnie trochę kosmetycznych poprawek :)

Co do staruszka – pisząc tekst, myślałem o zwykłej, sadystycznej przyjemności. Ale może kiedyś, przy okazji innego opowiadania, wrócę do tej postaci i przypiszę jej inne motywacje.

Dziękuję, pozdrawiam!

Fajne uaktualnienie klasycznego wątku "co by było, gdyby" oraz diabła w ludzkiej, tym razem siedemdziesięcioletniej skórze. Cała gra o lepsze życie (lepsze w dowolnym znaczeniu, choćby ortograficznym) to dobra podstawa do większej idei, misji, do rozmiarów której wartoby przebudować ten sarkastyczny, momentami paranoidalny dialog.

Zaciekawiło, ale nie mogę powiedzieć, że ciekawość została zaspokojona. Dodam też, że nie bardzo wiem, co miałeś nadzieję opowiedzieć. Choć to tylko scena przypadkowego spotkania i rozmowy dwóch mężczyzn, to naprawdę nie domyślam się, o co tu chodzi. Twoje wyjaśnienie w komentarzu jakoś do mnie nie trafiło.

Jak na zapowiedziany horror, jest go tu, moim zdaniem, tyle, co kot napłakał – nie poczułam stosownej atmosfery, żadnego niepokoju, wyłącznie zagubienie.

 

przy­znał Ja­ro­sław, za­dzie­ra­jąc głowę do góry. ―>  Masło maślane – wszak nie można niczego zadrzeć do dołu.

Wystarczy: …przy­znał Ja­ro­sław, za­dzie­ra­jąc głowę.

 

– Niech pan tylko po­pa­trzy – pod­jął. – Znaj­du­je­my się w naj­pięk­niej­szym parku w mie­ście, a może i wo­je­wódz­twie. Chło­niemy­ jego urok, czu­je­my się spo­koj­ni i na­sy­ce­ni. Ale kiedy tylko wyj­dzie­my na ze­wnątrz, wszyst­ko na­tych­miast za­cznie się ulat­niać. Tak miłe sercu wra­że­nia w mig się za­tra­cą, zo­sta­ną wspo­mnie­nia – mimo na­sze­go sil­ne­go pra­gnie­nia odro­bi­nę po­kracz­ne, a przez to fru­stru­ją­ce. ―>  Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach. Sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

ale znów je opusz­cza­jąc, czuł­bym wiel­ki żal . ―>  Zbędna spacja przed kropką.

 

Ko­la­na po­now­nie za­czę­ły kiwać się na boki. Wi­docz­nie ten gest sy­gna­li­zo­wał pod­ję­cie no­we­go wątku. ―>  Gesty wykonuje się rękami, nie kolanami.

Może w drugim zdaniu: Wi­docz­nie sygnalizowało to pod­ję­cie no­we­go wątku.

 

więc też zaraz mia­łem wra­cać do domu… – Cią­gnął hi­sto­rię jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny ―>  …więc też zaraz mia­łem wra­cać do domu… – cią­gnął hi­sto­rię jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny

 

że już za krot­ką chwil­kę pan spad­nie. ―> Literówka.

 

na myśl o jego uży­ciu, te­le­fo­nu dał o sobie znać… ―>  Literówka.

 

potem sobie pój­dziesz, gdzie chcesz. ―> …potem sobie pój­dziesz, dokąd chcesz.

 

Wsko­czył do swo­je­go forda… ―>  A nie można zwyczajnie: Wsiadł do forda

Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś wskakiwał do auta.

Zbędny zaimek – chyba nie wsiadłby do cudzego forda.

 

ucie­ka­jąc na lewo wpadł­by pod mkną­ce­go SUVa… ―> …ucie­ka­jąc na lewo, wpadł­by pod mkną­ce­go SUV-a

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Żonglerko, spóźnione podziękowania za jurorski komentarz. Myślę, że w przyszłości wykorzystam jeszcze pomysł, na którym oparłem to opowiadanie. Pozdrawiam!

 

Cześć, Reg! Ciszę się, że mnie odwiedzasz. Dziękuję za łapankę. Niby szkoda, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu, ale rozumiem Twoje zastrzeżenia. Ja sam, względem tego tekstu, mam ich wiele. Pozdrawiam!

Ano, Adamie, tak wpadłam w ramach beznadziejnej walki z zaległościami. A jeśli łapanka przydała się, to miło mi. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka