- Opowiadanie: DanielKurowski1 - Wiosna Królów

Wiosna Królów

Jest to prolog to projektu nad którym pracuję. Będzie to powieść fantasy mająca miejsce w wykreowanym świecie. Pisząc, wzorowałem się na sadze pieśni lodu i ognia oraz na historii piastowskiej Polski. Mam 19 lat, a przygodę z pisaniem zacząłem pół roku temu.

Opis lektury:

Na gruzach potężnego Imperium Roemii, cztery obce sobie narody próbują odbudować dawną potęgę kraju. Książę potężnego ludu zawiera niebezpieczny sojusz z wrogim cesarstwem w celu zdobycia korony królewskiej, prawowity następca tronu Roemii doświadcza tajemniczych wizji i snów, a bezwzględny władca południowych krain chce podbić cały świat. Kluczem do rozwiązania wszystkich tajemnic jest starożytna księga, która trafia w niepowołane ręce. Ludzkość ze zniecierpliwieniem czeka na zaćmienie słońca, które według uczonych, będzie ostatnim w dziejach. Pradawne zagrożenie budzi się do życia, a zapomniani bogowie wychodzą z cienia.

Oceny

Wiosna Królów

PROLOG

Eksploratorzy pędzili konno przez śnieżny krajobraz Fraycji już od kilku godzin. Dwa bliźniacze księżyce i tysiące gwiazd świeciły wysoko nad ich ośnieżonymi głowami. Znajdowali się na krańcu świata, gdzie słońce nigdy nie wschodzi, a wieczna noc skrywa najgorsze koszmary.

Jadący na przedzie Anwill odwrócił się i ujrzał niebieskawą zorzę polarną, która odbijała się od pięknych, kryształowych gór. Zdawało mu się, że owa zorza migocze swym blaskiem, hipnotyzując go. Nigdy w życiu nie widział niczego tak pięknego. 

Tuż za nim jechał przewodnik ekspedycji, Owein Hayard. Chłopak dostrzegał jedynie jego ciemnozieloną pelerynę i poplamioną krwią koszulę. Z ekspedycji liczącej ponad stu eksploratorów i kilkuset żołnierzy, została tylko ich piątka. Obecność Oweina dodawała mu otuchy, jednak ciągle czuł na sobie wszechobecny wzrok Fraycjan.

Zaledwie dwie mile dzieliły ich od granicy ze Sklavinią. Wtedy Strażnicy Świątyni przestaną ich ścigać, gdyż klątwa nie pozwala im opuścić obszaru Fraycji. Jeszcze chwila i będziemy całkowicie bezpieczni - pomyślał. Czuł jak Księga Starożytnych schowana w jego plecaku podskakuje w rytm cwału konia i uderza w jego obolałe plecy. Anwill nigdy nie czuł na sobie takiego brzemienia.Dostarczenie artefaktu cesarzowi Aelarowi z Alaven było najpoważniejszą misją jaką mógł dostać tak młody eksplorator. Był jedyną osobą, która nie odniosła ran, więc Owein dał mu księgę i najszybszego konia. Dzięki temu miał największe szanse na dojechanie do Alaven.

Anwill w myślach wyobrażał sobie, jak dostarcza ją cesarzowi. Wyobrażał sobie ucztę przygotowaną na ich cześć, by choć na chwilę zapomnieć o strachu i zimnie. Liczył na pieczoną kaczkę i świnię, gulasz, świeży chleb, ciasta i wina. Zapasy, które ze sobą zabrali, były na granicy wyczerpania. 

Jednak pochwała cesarza, uczta i złoto nie były dla niego najcenniejsze. Najważniejsze było uznanie ojca. Anwill zawsze czuł się niedoceniony, a ojciec zawsze mu powtarzał, że do niczego się nie nadaje, i że zmarnował pieniądze na niego i jego młodszego brata, Tristyna. Jednak teraz Anwill wypełniał specjalną misję dla samego cesarza. Jeśli uda mu się przeżyć, będzie pierwszym człowiekiem na świecie, który udał się w głąb Fraycji i wrócił żywy. Ojciec w końcu byłby z niego dumny i wdzięczny za nagrodą, dzięki której nie musieliby harować godzinami na polu, żeby mieć za co żyć.

W końcu ujrzał wielki szkielet Tytana opartego o samotną górę. 

Granica ze Sklavinią. 

Anwill wreszcie odetchnął z ulgą. Konwój był coraz bliżej bezpiecznej przystani. Zaraz to się skończy - powtarzał w duchu. – Jeszcze tylko kilka chwil i to się skończy. 

– Nie zwalniać! – krzyknął dowódca. – Zaraz miniemy granicę ze Sklavinią i tam zrobimy postój. Musimy dać radę!

Słowo postój dla wszystkich było wybawieniem i ulgą. Byli zmęczeni, głodni i zdesperowani. Rzadko spali i cały czas uciekali przed gniewem Strażników Świątyni. Chcieli, by to się wreszcie skończyło. Niektórzy żałowali, że zgodzili się na tę misję. Eksploratorzy przeszukiwali ruiny na terenie dawnego Imperium Roemii, w celu odzyskania utraconych skarbów. Ruiny zawsze były opuszczone i zniszczone. Jednak Świątynia we Fraycji była nienaruszona i zajmowały ją dziwne moce, które wybiły prawie całą ekspedycję, zanim znaleźli to, czego szukali. 

Nikt nie wierzył w legendy o przeklętej rasie, która zdradziła ludzkość. Anwill myślał, że były to tylko bajki, którymi matki straszyły dzieci, by te przestały rozrabiać. Gdy odnaleźli księgę i zamierzali wracać, z mgły wyłoniły się tajemnicze istoty, które rozpoczęły rzeź. Dopiero wtedy uwierzyli. Drużyna Anwilla cudem uszła z życiem. Teraz w całej krainie słychać było przeraźliwe szepty, krzyki i płacz ludzi, mimo że nikogo nie było w pobliżu. Nic więc dziwnego, że Herosi przeklęli tę krainę.

Nagle Anwil usłyszał krzyk znajomego głosu i coś ciężkiego spadło na ziemię. Morrys i Pord, którzy jechali za Oweinem, padli martwi. Leżeli twarzami w śniegu, a z ich pleców wystawały czarne strzały. Torby z notatkami leżały tuż obok ich sztywnych ciał. Chłopak czuł, że serce wali mu jak oszalałe, a oczy łzawią.

Następne strzały dosięgły Emera, który jechał na samym końcu ekspedycji. Cała trójka zginęła.

– Nie zatrzymuj się! – krzyczał Owein. – Już prawie jesteśmy!

Anwill uświadomił sobie, że został sam z dowódcą. W zamieci śnieżnej, która za nimi ciągła, widział kilka par oczu świecących czerwoną głębią. Są już tak blisko. Myślałem, że ich zgubiliśmy.

Kolejna strzała wbiła się w ziemię, tuż obok jego konia. Przestraszony chłopak spiął mocnej wodze i starał się opanować drżenie. Następna spadła z drugiej strony. Anwill zauważył, że lotka strzały dymiła. Musi być nasączona jakąś czarną magią - pomyślał.

Owein zaczął przyśpieszać i zrównał się prędkością z chłopakiem. Z ust mężczyzny leciała gęsta i mroźna para. Po jego dolnej wardze spływała krew. Mężczyzna ledwo trzymał się na koniu.

– Będziesz musiał sam zawieźć księgę cesarzowi – powiedział Owein, podając Anwillowi swoją torbę. – Ja nie mogę już jechać. – Anwill zobaczył coraz większą plamę krwi na koszuli Oweina. – Nie dasz rady wrócić tą samą drogą, odkąd zarwał się północny most. Musisz jechać przez Wschodnią Sklavinię. Uważaj tam na siebie. Dobrze wiesz, że to dzikie ludy, nie takie jak w zachodniej części. Będziesz sam, bez ochrony wojska i glejtu księcia Zachodniej Sklavinii. Trzymaj się brzegu rzeki i unikaj ludzi. Wtedy przejedziesz przez Krwawy Most i będziesz na trasie prowadzącej do miasta. – Mężczyźnie zaczął łamać się głos. Anwill wiedział, że jego koń zaraz całkiem opadnie z sił. – Kupię ci trochę czasu, Anwillu. Dasz radę…

Nie zdążył dokończyć, gdyż kolejna strzała trafiła jego konia, przewracając go. Anwill patrzył na zajście z przerażeniem w niebieskich oczach. Dowódca leżał pod ciężarem konia i próbował się wydostać.

– Nie waż się zatrzymać! – krzyczał. – Dowieź księgę cesarzowi…

Nad wijącym się Oweinem pojawiły się dwie wysokie postacie, które wyłoniły się z zamieci. Jeden z nich silnym ruchem ręki odrzucił konia na bok, a drugi złapał Oweina za szyję, miażdżąc mu gardło. Mężczyzna wydawał z siebie zduszony dźwięk, a ciszę przerwał głośny trzask łamanego kręgosłupa. Strażnik upuścił bezwładne ciało eksploratora i popatrzył za Anwillem.

Chłopak zaczął modlić się w duchu do wszystkich Herosów, jakich znał, a było ich aż dwunastu. Nie był pobożnym człowiekiem, nigdy nie doznał ich łaski i miłosierdzia, jednak sytuacja zmusiła go do powtórzenia modlitw. Ankhe, patronie miłosierdzia, błagam, pozwól mi żyć – powtarzał. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem i nie okradłem. Jego zmarznięte ciało drżało coraz bardziej.

Gdy skończył ostatnią zwrotkę modlitwy, wreszcie minął słupy graniczne ze Sklavinią, głęboko wzdychając. Zatrzymał swojego konia w bezpiecznej odległości i odwrócił się. Przy kamiennych słupach u stóp Tytana, stało kilka wysokich postaci. Byli nienaturalnie wysocy, ich skóra była szaroniebieska, a ciało pokryte bliznami, które wyglądały jak pęknięcia na skale. Z łysych głów wyrastały im dwa zakrzywione rogi. Nikt z eksploratorów nie wiedział jaka to rasa i czym tak dokładnie są ci Strażnicy Świątyni. Nie byli nawet pewni ich istnienia. Nikt nigdy nie dotarł w głąb Fraycji.

 Istoty posłały mu ostatnie spojrzenia świecących na czerwono oczu. Potem rozpłynęły się jak mgła.

Anwill zsunął się z konia, nie mogąc utrzymać równowagi. Był tak przerażony, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nigdy nie był tak blisko śmierci. Leżał na ziemi i patrzył w niebo. Widział znajome gwiazdozbiory oraz niebieską zorzę.

Nie mógł uwierzyć, że tuż przed granicą stracił wszystkich przyjaciół, których traktował jak braci. Spędził z nimi cztery lata nauki w Alterwood. Jako syn rolnika traktowany był z góry przez synów baronów, lordów i rycerzy, jednak ci dali mu szansę i traktowali jak równego sobie.

Zaczął płakać. 

Nie widział czy ze smutku, czy z wdzięczności za przeżycie. Nie mógł uwierzyć w swoje niebywałe szczęście. Zawsze uważał, że ma ogromnego pecha.

Chłopak rozejrzał się po okolicy. Krajobraz Sklavinii diametralnie różnił się od tego we Fraycji. Nie było tu śniegu oraz kryształowych skał i lodowych pustkowi. W oddali zobaczył gęsty las, w którym rosły wysokie sosny. Wokół chłopaka rosła zielona trawa, która kończyła się przy słupach granicznych. Zupełnie jakby znalazł się w innym świecie. W oddali ujrzał przebłyski jasnego, bezchmurne nieba, które dawało niesamowity kontrast ciemnej nocy Fraycji.

Gdy uznał, że czuje się już lepiej, wstał, zdjął swój skórzany plecak i wyciągnął z niego księgę. Było to grube tomiszcze obite brązową skórą, na której były wyryte nieznane mu runy. Cała i bezpieczna. Schował ją z powrotem do plecaka, w którym miał zapasy oraz mały mieszek ze złotem. Następnie wspiął się na konia i ruszył dalej.

Posłał ostatnie spojrzenie Tytanowi, którego szkielet siedział oparty o górę. Wyglądał jakby był z nią zrośnięty. Jego puste oczodoły spoglądały w stronę Fraycji.

Mam nadzieję, że już nigdy się nie zobaczymy - powiedział do siebie Anwill i ruszył w stronę ciemnego lasu.

Czekała go jeszcze długa droga do stolicy.

Koniec

Komentarze

wzorowałem się na sadze pieśni lodu i ognia

W jakim celu?

 

 Nigdy w życiu nie widział niczego tak pięknego. 

Tuż za nim jechał przewodnik ekspedycji, Owein Hayard. Chłopak widział 

Można dyskutować z tym powtórzeniem, no ale rzuciło mi się w oczy.

 

jechać. – mężczyźnie zaczął łamać się głos.

“Mężczyźnie” wielką literą.

 

Niestety nigdy nie dałem rady przeczytać czegoś ponad pierwszą książkę, czyli Grę o Tron (a i ta była długa i nudna), chociaż serial obejrzałem (bo fajny), więc nie wypowiem się jak ten tekst wypada w odniesieniu do pierwowzoru. Jako samodzielny byt o długości siedmiu tysięcy znaków jest, niestety, kiepski, bo pojawia się w nim wiele nazw własnych, które bardzo niewiele mówią czytelnikowi. Chociaż napisany poprawnie, to raczej nie zachwyca stylem (bo, umówmy się, mało co zachwyca w tej konwencji, więc nie jest to jakaś wielka wada).

Wiesz co ma podobny prolog? “Eragon”, tam tzw. urgale napadają na elfów celem ukradnięcia innego artefaktu – smoczego jaja XD. Wątpię, żeby ten Paolini był oryginalny, także podobnie zaczyna się pewnie przeogromna liczba innych tekstów. Może pomyśl nad czymś swoim, jakimś świeżym pomysłem, niekoniecznie wymyślonym światem fantasy?

Jakkolwiek zrobisz, na pewno możesz kiedyś całkiem nieźle pisać, powodzenia!

Może powinienem napisać ,,inspirowałem,, niż wzorowałem. Pomysły, nazwy i historia są moje. Gra o Tron zachęciła mnie jedynie do napisania czegoś swojego. Eragona nigdy nie czytałem i nie oglądałem, więc nie rozumiem porównania.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

wzorowałem się na sadze pieśni lodu i ognia

W jakim celu?

W jakim celu się czepiać? Pieśń Lodu i Ognia to naprawdę dobry wzorzec. Gra o Tron nie była nudna, a fantasy wcale nie musi być napisana złym językiem.

Ale jeśli Eragon stanowi punkt odniesienia, to rzeczywiście nie ma o czym rozmawiać ;] Jeśli przełknąłeś Eragona, a pokonała Cię Gra o Tron, to świadczy raczej o skłonności do łatwych form. Zarzut dotyczący niewyrafinowanego stylu wypada osobliwie na tym tle. Wnosząc z informacji na proflu chłopak ma 19 lat, a Ty niepotrzebnie obrzydzasz mu ulubiony gatunek prozy. Drażnią mnie takie komentarze, przynajmniej jeden z tego rodzaju można znaleźć pod każdym debiutem z gatunku fantasy na tym forum.

Ale do rzeczy!

Zdawało mu się, że ów zorza wręcz migocze swym blaskiem.

Z tym zdaniem coś nie tak. “Wręcz” sugeruje jakieś doniosłe zjawisko, a “migotanie” nie stanowi adekwatnej puenty dla tego porównania. Poza tym nie “ów zorza” tylko “owa zorza”.

Anwill nigdy nie czuł takiego obowiązku, jak teraz.

Niezręczne sformułowanie. Nie wiem, czy można czuć obowiązek. Może: obowiązek nigdy nie ciążył mu, jak teraz albo nigdy nie powierzono mu równie ważkiego obowiązku.

Anwill w myślach wyobrażał sobie, jak dostarcza ją Cesarzowi, by zapomnieć o strachu.

Raczej “By zapomnieć o strachu, Anwill w myślach wyobrażał sobie (…)”. W obecnej formie szyk zdania nie służy sensowi wypowiedzi. Wygląda jakby dostarczał, by zapomnieć, a on myśli, by zapomnieć.

Czuł delikatne podniecenie, a zarazem wielki strach o własne życie.

Czy można odczuwać obie te rzeczy na raz? Nie wiem, czy człowiek może być delikatnie podnieciony, będąc jednocześnie pod wpływem wielkiego strachu.

Nad wijącym się Oweinem pojawiły się dwie wysokie postacie, które wyłoniły się z zamieci. Jeden z nich silnym

Postacie to rodzaj żeński.

Jest trochę potknięć językowych, ale zajawka wciągnęła mnie i zaciekawiła. Chętnie przeczytam dalszy ciąg, żeby dowiedzieć się, jaka jest rola księgi i cóż to za Tytan, który czuwa nad granicą.

Lubię takie teksty, bo nie ma w nich snobizmu i zblazowania, a w zamian jest chęć opowiedzenia historii. Kanon fantasy nie jest w niczym gorszy on kanonu kryminału czy powieści grozy.

 

EDIT jeszcze jedno, bo się zirytowałem

pojawia się w nim wiele nazw własnych, które bardzo niewiele mówią czytelnikowi

ŁOMATKO trzy nazwy krain i dwa imiona bohaterów. Po prostu można umrzeć z tego nadmiaru nazw! Naprawdę nie lubię takich nieprzemyślanych uwag, wygłaszanych tylko po to, żeby uszczypnąć początkującego autora.

Danielu, istnieje piękna zasada pisarskiego tao: “słuchaj czytelników, ale nie słuchaj czytelników”. Niektóre komentarze naprawdę nie mają sensu.

 

Bardzo dziękuję za komentarz. Wkrótce poprawię wszystkie błędy oraz dodam kolejny rozdział, kiedy jeszcze raz go zredaguję. Jestem otwarty na wszelką krytykę, w końcu dopiero się tego uczę :D

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Zdawało mu się, że ów zorza wręcz migocze swym blaskiem.

Z tym zdaniem coś nie tak. “Wręcz” sugeruje jakieś doniosłe zjawisko, a “migotanie” nie stanowi adekwatnej puenty dla tego porównania. Poza tym nie “ów zorza” tylko “owa zorza”.

A w ogóle wywal ten zaimek (i ten drugi też) w dowolnej formie. Zaimkozę należy leczyć przez eliminację ;)

No i nie wiem, czy można migotać blaskiem, coś mi tu nie tego. Baboli stylistycznych jest więcej zresztą.

 

Co do fantasy – cóż, zapewne niechęć wielu forumowiczów (w tym moja) do tego gatunku, zwłaszcza w wersji amatorskiej, wynika z tego, że jest on pozornie najłatwiejszy, a w związku z tym najtrudniejszy. Zwłaszcza klasyczna quasi-średniowieczna high fantasy i równie już klasyczna dark fantasy, bo wystarczy to wszystko osadzić w choćby trochę bardziej oryginalnym świecie, a ma szanse nabrać rumieńców.

 

Dla mnie osobiście zmorą są w fantasy również nazwy, w tym konkretnym przypadku potykam się na Fraycji za każdym razem. Jak to niby ma się wymawiać i po co? Rozumiem, że sobie trochę mapę Europy przerabiasz, ale rób to z głową, języki mają swoje prawa.

 

I jeszcze jedno. Myślę, że prawie każdy z nas w wieku miedzy 16 a 25 lat tak w przybliżeniu popełnił jakiś kawałek fantasy. Nie ma w tym nic nagannego. Ale wrzucanie 8k nudnawego tekstu jako zapowiedzi ogromnej całości inspirowanej Martinem… Mało przekonujące. Spróbuj dla pisarskiej wprawy popisać szorty w różnych gatunkach i na różne tematy. Albo wziąć udział w jakimś forumowym konkursie – nawet jak przepadniesz, to poćwiczysz pisanie na zadany temat albo w zadanej formie. Nie ma lepszego treningu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale jeśli Eragon stanowi punkt odniesienia, to rzeczywiście nie ma o czym rozmawiać ;] Jeśli przełknąłeś Eragona, a pokonała Cię Gra o Tron, to świadczy raczej o skłonności do łatwych form. Zarzut dotyczący niewyrafinowanego stylu wypada osobliwie na tym tle.

Czytałem Eragona jak miałem 10 lat, w 4 klasie podstawówki, dlatego tak dobrze go pamiętam. Gra o Tron mnie nie pokonała, przeczytałem ją w kilka dni, chyba w pierwszej albo drugiej klasie gimnazjum (na pewno kupiłem ją sobie na dzień dziecka :). Nie miałem wtedy skąd wziąć “Starcia królów”, które zdobyłem dopiero niedawno, ale nie przebrnąłem nawet przez 100 stron.

Absurdalne są podobne wycieczki:

Ty niepotrzebnie obrzydzasz mu ulubiony gatunek prozy. Drażnią mnie takie komentarze, przynajmniej jeden z tego rodzaju można znaleźć pod każdym debiutem z gatunku fantasy na tym forum.

W odpowiedzi przepiszę fragment jednego z Listów do Młodego Poety takiego pana o nazwisku Rilke:

Proszę nie pisać wierszy miłosnych; lepiej unikać zrazu form nazbyt swojskich i potocznych: te są najtrudniejsze, potrzeba bowiem dużej siły i dojrzałości, by dodać coś od siebie do tradycji, obfitującej w dobre, nieraz świetne przykłady”

Swoją drogą, prawie identycznie wypowiedziała się powyżej Drakaina.

Moje życie nie skupia się na tym, żeby jak najczęściej opluwać fantasy, bo bym tu nie siedział i nie czytał tych tekstów, poza tym swoje przeczytałem w tym gatunku, głównie jak byłem młodszy, i bardzo interesuje mnie natrafienie na coś ciekawego, jednak chyba nikt mi nie powie, że powyższy fragment faktycznie przykuwa czymś uwagę, a już w ogóle “trzy nazwy własne, dwa imiona bohaterów, nieprzemyślana uwaga”, no cóż:

Fraycji

Sklavinią

Imperium Roemii

Owein Hayard

Tristyna

Morrys i Pord

wszystkich Herosów

Strażnicy Świątyni

Księga Starożytnych

Krwawy Most

cesarzowi Aelarowi z Alaven

niektóre powtórzone wielokrotnie, i nie dopisałem szkieletu Tytana, cokolwiek to jest. 7700 znaków, “TRZECH BOHATERÓW, DWIE KRAINY”, co? XD

Swoją drogą, prawie identycznie wypowiedziała się powyżej Drakaina.

Rany, wypowiedziałam się jak Rilke :) Akurat Listów nie czytałam, ale kilka jego wierszy to mój absolutny top poetycki.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Uwagi typu: “hurr, durr, znowu fantazy, zacznij czytać książki dla dorosłych, a w ogóle to nie lubię czytać tego typu opowiadań” są bezużyteczne dla każdego autora, a początkującego mogą dodatkowo zniechęcić.

Dla historii liczy się dwóch bohaterów i trzy krainy: Fraycja, z której uciekają, Sklavenia, przez którą trzeba przejechać i Imperium, gdzie znajduje się cel podróży.

Sądzę, że przygarść kolorytowych zwrotów nie przerasta Twojej intuicji czytelniczej. Cesarz, most,  strażnicy, magiczna księga – naprawdę chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, co oznaczają te nazwy “własne”?

Pozwoliłem sobie na tak nachalny ton, ponieważ to nie pierwszy komentarz w podobnym klimacie który zostawiasz pod tekstami debiutantów. Ostatnio doradzaleś chłopakowi, żeby zaczął się rozwijać i czytać inne książki.

Wypowiadasz się pod tekstami nowych autorów. Czego oczekujesz, dojrzałego Wattsa, Dukaja, Chianga, Mieville? Trzeba przelać setki tysięcy słów i przeczytać miliony, żeby osiągnąć taki rozmach wizji i warsztat, jak wyżej wymienieni panowie. Młodzi twórcy nigdy tego nie zrobią, jeśli jakiś snob zdepcze ich na dzień dobry.

Młodzi twórcy nigdy tego nie zrobią, jeśli jakiś snob zdepcze ich na dzień dobry.

Dobra, to co mam napisać? “Super pomysł na wielotomową sagę”? “Z niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu, taki jest oryginalny ten początek”? Nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy autor ma 30, 40 czy 15 lat, podobnie jak nie umieściłem swojego wieku na profilu, bo nie chcę być pod tym kątem rozpatrywany. Uprawiałeś kiedyś jakiś sport w klubie? Jak często trener chwali zawodnika? Dopiero po treningu, a nikt nie nazywa go “snobem”.

Ostatnio doradzaleś chłopakowi, żeby zaczął się rozwijać i czytać inne książki.

I dalej uważam, że powinien spróbować tak zrobić, bo czemu nie?

Trzeba przelać setki tysięcy słów i przeczytać miliony, żeby osiągnąć taki rozmach wizji i warsztat, jak wyżej wymienieni panowie.

To nie jest do końca prawda, istnieją ludzie, którzy pisali zaskakująco mało, a byli zaskakująco dobrzy.

Cóż, OP Daniel Kurowski pisze nieźle, ale to chyba oczywiste, że rozwój przynosi czytanie trudnych tekstów, a pisanie fantasy to nie jest najoryginalniejsza rzecz do roboty. EOT, swoją drogą – często komentowałem po prostu prace bez żadnego komentarza, nie wybieram sobie na siłę fantasy, ale mogę zaprzestać tej działalności, jeśli nowi autorzy mają się z tego powodu obrażać lub wycofywać (czego jeszcze chyba nikt nie zrobił, a ty po prostu walczysz z wiatrakami XD).

Dobra, to co mam napisać? “Super pomysł na wielotomową sagę”? “Z niecierpliwością oczekuję dalszego ciągu, taki jest oryginalny ten początek”? Nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy autor ma 30, 40 czy 15 lat, podobnie jak nie umieściłem swojego wieku na profilu, bo nie chcę być pod tym kątem rozpatrywany. Uprawiałeś kiedyś jakiś sport w klubie? Jak często trener chwali zawodnika? Dopiero po treningu, a nikt nie nazywa go “snobem”.

Co ja mam zrobić z takim ad absurdum? Podobnie: co autor ma zrobić z Twoim komentarzem o treści: nie lubię tego gatunku, za dużo nazw własnych, nie myśl nad wymyślonym światem fantasy…

To są bezużyteczne uwagi i nie pomogą nikomu poprawić komentowanego tekstu. Co więcej, w żaden sposób się do niego nie odnoszą.

Z trenerem nietrafiony przykład, bo trener spędza z zawodnikiem dużo czasu i wie, kiedy należy go cisnąć, a kiedy chwalić.

To nie jest do końca prawda, istnieją ludzie, którzy pisali zaskakująco mało, a byli zaskakująco dobrzy.

Nigdy nie wiadomo, ile pisywali do szuflady.

często komentowałem po prostu prace bez żadnego komentarza, nie wybieram sobie na siłę fantasy, ale mogę zaprzestać tej działalności, jeśli nowi autorzy mają się z tego powodu obrażać lub wycofywać

Wrzucę Ci pod tekstem dla żartu wiązankę niezwiązanych z treścią komentarzy. Też się zirytujesz, jeśli nie za pierwszym razem, to za którymś kolejnym.

Powiem tak: szkoda, że bohaterowie jedzą zupę szczawiową, bo mi bardziej smakuje zalewajka. Poza tym dlaczego piszesz alternatywną historię? Przecież to drugorzędna literatura. Napisz coś innego. 

Nawiasem mówiąc, tytuł opowiadania zaczyna pasować do wątku, który rozwinęliśmy w komentarzach.

Sprawdziłem, Danielu, czy poprawiłeś błędy, które wytknąłem Ci na innym portalu i widzę, że tak. To cieszy, tym bardziej, że zadania brzmią teraz znacznie lepiej.

Jeśli mogę coś jeszcze doradzić, nie publikuj tutaj zbyt szybko i często. Masz już odzew, poczekaj jeszcze na Regulatorkę, Finklę i Nowheremana, a dostaniesz sporo cennych uwag. Wprowadź je tutaj i w kolejnych częściach przed publikacją.

Co zaś się tyczy samego prologu, powtarzam to, co napisałem tam. Wciągasz czytelnika od razu w akcję i to mi się podoba. Podajesz też niezbędne info, aby zorientować się, o co chodzi. Pomysł mi się spodobał. Lubię młodych bohaterów bo często są bezkompromisowi i popełniają błędy, to dodaje opowieści realności. Zobaczymy, czy wciągniesz czytelników w swoją powieść. :)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wczoraj byłam zbyt padnięta, żeby wyjść poza uwagi ogólne, więc wracam z kawałkiem rozbioru gramatyczno-logicznego tekstu.

 

Eksploratorzy pędzili konno przez śnieżny krajobraz Fraycji już od tygodnia, zajeżdżając na śmierć ponad tuzin koni.

Znaczy pędzili z sobą wielkie stado koni? Skąd wzięli następne? Są ewidentnie nietutejsi i, co więcej, chyba niezupełnie mile widziani (”Obecność Oweina dodawała mu otuchy, jednak ciągle czuł na sobie wszechobecny wzrok Fraycjan.”), więc na konie rozstawne albo kupno następnych raczej liczyć nie mogą, na dodatek koń, a co dopiero tuzin koni, rzadko pada akurat na stacji pocztowej albo targu końskim. Jeśli w zasypanej śniegiem krainie padały im konie (kilka razy, bo bohaterów jest mniej niż tuzin), to spory kawał drogi musieli brnąć przez śnieg. Polecam lekturę o odwrocie Wielkiej Armii spod Moskwy i przemyślenie tego kawałka. To samo dotyczy uwagi o tym, czym się żywili. W tak nieprzyjaznych warunkach (piszesz dalej o zamarzających łzach) po tygodniu żywienia się “suchym chlebem, twardym serem i zimną wodą” z dodatkiem morderczego wysiłku, są martwi, chyba że zjedli również padłe konie, ale o tym nie wspominasz. No i skąd brali wodę przez tak długi czas, skoro najwyraźniej nie rozpalali ogniska? W ostatniej scenie bohater nadal ma “bukłak z wodą”.

Podsumowując: jeśli to są zawodowi eksploratorzy w tym ich kraju, to strach się bać.

 

“Słowo postój dla większości było wybawieniem i ulgą.”

Tylko dla większości? W ogóle, ilu ich tam było? Puszczanie na taką wyprawę dużej grupy musi być jakoś uzasadnione.

 

“Znajdowali się na krańcu świata, gdzie słońce nigdy nie wschodzi”

To jest jakiś rozciągnięty do niemożności biegun? Albo planeta stoi w miejscu. Nie jest to metafora i kwestia nieba wiecznie zasnutego chmurami”, bo księżyc świeci jasno, gwiazdy migoczą, zorza też jest widoczna.

 

“Zaledwie mile dzieliły ich od granicy ze Sklavinią.” Kiedy wjechali do F. też dzieliły ich mile, tylko więcej. Wystarczy dodać liczbę (niską) lub słowo “kilka”.

 

Dają najszybszego konia i największe szanse dotarcia do granicy najmłodszemu, niedoświadczonemu członkowi ekspedycji? Na dodatek na tym koniu jechał wcześniej jakiś żołnierz (kto to? eksploratorzy są żołnierzami? żołnierze to eskorta? sugerujesz to dalej – za późno), co nie ma sensu. Cały ten ustęp i to fabularne rozwiązane należy do kategorii “bo tak było wygodnie autorowi”.

 

Nie wierzę również, że w takim kraju granica jest tak marnie pilnowana. Na dodatek ci eksplotarorzy wiedzą o niebezpieczeństwie, a jednak pchają się tam wielkim oddziałem, zamiast organizować misje szpiegowskie. Wszystko to się kupy nie trzyma.

 

Jeszcze jedno: ta F. z jej lodami i śniegami to jakaś taka magiczna enklawa? Bohaterowie skądś do niej przyjechali, zaraz za jej granicą jest już zielono. Już w pierwszym rozdziale powinno być coś o tym więcej, inaczej pozostaje tylko uczucie rozdrażnienia, że świat jest bez sensu, skoro kraina na końcu świata jest między dwiema innymi, bo to cesarstwo to najwyraźniej nie kraj ojczysty eksploratorów, skoro Owein musi temu młodemu tłumaczyć, jak jechać…

 

Przecinków nie łapię, zapewne zrobią to inni.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. (z komórki nie dodam edytki). Wojsko na terenie innego państwa to co najmniej casus belli.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za komentarz. Postaram się zmienić kilka nielogicznych kwestii, jednak nie zamierzam wszystkiego od razu podawać na tacy. Fraycja (czyta się tak, jak się pisze) jest krainą na krańcu świata, więc nie jest enklawą. Jest magiczna i przeklęta (w końcu to fantasy) Granica nie jest pilnowana, gdyż to nie jest królestwo/państwo. W Grze o Tron, Biali Wędrowcy też nie stoją pod murem i pilnują ,,granicy,, . Jednak jeszcze raz dziękuję za kilka uwag.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Znaczy pędzili z sobą wielkie stado koni? Skąd wzięli następne?

Jak Mongołowie jeździli na wojnę, to każdy skośny zuch miał trzy zapasowe wierzchowce. Żaden problem zabrać więcej koni dla szybkości przemarszu.

To jest jakiś rozciągnięty do niemożności biegun? Albo planeta stoi w miejscu. Nie jest to metafora i kwestia nieba wiecznie zasnutego chmurami”, bo księżyc świeci jasno, gwiazdy migoczą, zorza też jest widoczna.

Hej, to może być równie dobrze dysk. A nawet jeśli akcja toczy się na planecie, to ludzie nie muszą wiedzieć, że żyją na kosmicznej kulce i dla nich lodowe pustkowie jest “krańcem świata”. Nawet nie wiemy, jaki autor ma pomysł na tę kwestię, więc nie ma sensu tego zagadnienia krytykować na tym etapie.

świat jest bez sensu, skoro kraina na końcu świata jest między dwiema innymi

Dlaczego? Frajcja może być położona skrajnie na zachód, a na wschodzie kolejno Sklavinia i Imperium. A może jeszcze inaczej? Dotychczasowe opisy sobie chyba nie zaprzeczają. 

Jeśli chodzi o geografię, to Fraycja jest naszą Kanadą, Sklavinia Zachodnia i Wschodnia to USA, a cesarstwo to Meksyk. Można powiedzieć, ze jadą z północy na południe.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Jak Mongołowie jeździli na wojnę, to każdy skośny zuch miał trzy zapasowe wierzchowce. Żaden problem zabrać więcej koni dla szybkości przemarszu.

A problem o tym napisać? A nawet jeśli: co te konie jadły na tym mroźnym pustkowiu, wśród nieprzyjaznych tubylców? Ciągnęli ze sobą tabor z furażem?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zmieniłem kilka rzeczy i pozbyłem się kilku nielogiczności. Nie chciałem opisywać wszystkiego zbyt szczegółowo i wprowadzać kilku akapitowych retardacji, by wyjaśnić co jadły konie. Po prostu mieli zapasy. Darcon napisał mi kiedyś, bym uwierzył w inteligencję czytelnika i nie prowadził go ciągle za rękę, więc staram się iść tym tropem. Czytając książkę nie oczekuje wszystkiego podanego na tacy; skoro wojsko przejeżdża przez Sklavinię, to znaczy, że ma pozwolenie. We Fraycji może być ciągle noc, bo to fantasy, a moja planeta może być nawet trójkątem. Niektóre rzeczy będą miały wyjaśnienie w dalszych częściach, a niektóre nie muszą mieć go wcale.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Większość zmian zdecydowanie na plus, czas przejazdu rozwiązuje kwestię furażu – ale czy zdołali w ciągu kilku godzin załatwić swoje sprawy w F.? W dodatku teraz trochę mało przekonujący jest ten ponad tysiąc ludzi, który zginął w ciągu kilku godzin – dziwne moce, piszesz, ale czy oni tam jadą po raz pierwszy w dziejach swojego państwa? i tej gildii, czy cokolwiek to jest, eksploratorów? nic nie wiedzą o zagrożeniu? może bezpieczniej byłoby wysłać małą grupkę, mniej rzucającą się w oczy? Nadal utrzymuję, że ktoś, kto zaplanował tę wyprawę, był jakimś wyjątkowym nieudacznikiem.

 

Jeśli chodzi o geografię, to Fraycja jest naszą Kanadą, Sklavinia Zachodnia i Wschodnia to USA, a cesarstwo to Meksyk. Można powiedzieć, ze jadą z północy na południe.

A oni właściwie są skąd? Istnieją poszlaki, że z cesarstwa, ale w takim razie już raz przez tę S. musieli przejechać, więc bez sensu, żeby dowódca dopiero teraz tłumaczył drogę głównemu bohaterowi (nie mówiąc już o tym, że jak on jest tym eksploratorem, to chyba jednak to wie – jest to oczywiście infodump dla czytelnika, ale logicznie też chybiony).

Jak się ma ta Roemia do F.?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mnie nieco przeszkadzało to słówko “eksplorator”, niezbyt pasuje do fantasy, brzmi i sztywno, i sztucznie. Bardziej jest typowe dla science fiction. A przecież jest w języku polskim, może mało używane, ale jest słówko ‘pionier”, moim zdaniem bardziej adekwatne dla takich sytuacji. Ja je na przykład używałem w swoich tekstach fantasy ,choć co prawda furory nie zrobiły…

I co jeszcze, w tym fragmencie trochę brakuje wyjaśnienia, dlaczego ta Fraycja jest takim groźnym i niebezpiecznym krajem.

Nie da się wszystkiego wyjaśnić w prologu. Dawniej uważano, że na krańcu naszego świata znajduje się wielka przepaść, piekło i smoki. Podobnie jest tutaj; Fraycja owiana złą sławą z legendarnymi istotami, w które ludzie nie do końca wierzyli, nie jest miejscem, do którego ludzie często chodzą.

Jeśli chodzi o podróż, to jest napisane, że nie może wrócić tą samą trasą. Poza tym, to jest wzorowane na wiekach średnich i starożytności, a tam mapy nie były tak bardzo dokładne. Tu jest identycznie. Wschodnia Sklavinia to dziki obszar, do którego obcy ludzie nie jeżdżą (święty Wojciech pojechał do Prus w 997 roku i co się stało?). Nie chcę się rozpisywać, gdyż wiele rzeczy będzie wyjaśnionych w dalszych rozdziałach.

A Roemia ma się do Fraycji tak jak Shire do Mordoru.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Agroeling zgodzę się w połowie. To słowo też mi nie pasuje, ale według mnie najbardziej oddaje sens tej pracy. Co do Fraycji – istnieje coś takiego jak tajemnica i plot twist.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Ja tam widzę największy problem ze stylistyką – już tytuł uwiera, szachy to gra “naszego świata”, ze starożytnych Indii. Jeżeli Twój świat nie miał podobnej historii ewolucji, jest to mało prawdopodobne, że szachy są tymi samymi szachami, co u nas. Przynajmniej nazwa powinna być inna, jeśli zasady gry są zbliżone.

 

“Eksploratorzy” również rażą, zgazam się z Agroelingiem.

 

“Dwudziestoletni eksplorator Anwill” → Po co czytelnikowi wiedza o jego wieku, z dokładnością do lat? Wystarczyłaby krótka wzmianka, że jest to młodzieniec.

 

“Anwill nigdy nie czuł takiego obowiązku.” → Nie można “czuć” obowiązku, można odczuwać jego brzmię lub wartość, itp.

 

“Dostarczenie artefaktu cesarzowi Aelarowi z Alaven było najpoważniejszą misją jaką mógł dostać tak młody eksplorator. Był jedyną osobą, która nie odniosła ran, więc Owein dał mu księgę i najszybszego konia. Był młody i zwinny, więc największe szanse na dojechanie do Sklavinii.” → Rozumiemy, że gość jest młody ;)

 

“Słowo postój dla większości było wybawieniem i ulgą.” → ubierz “postój” w cudzysłów.

 

“Kolejna strzała wbiła się w ziemię tuż obok konia chłopaka. Przestraszony spiął mocnej wodze.” → Drugie zdanie wygląda, jakby narratorem został koń, który spiął własne wodze. Swoją drogą, nie sądzę, żeby wodze dało radę spiąć – spiąć można konia, a wodze ściągnąć.

 

“Kupię ci trochę czasu, Anwill.” → “Anwillu”, to wołacz.

 

“Mężczyzna wydawał z siebie zduszony dźwięk, a ciszę przerwał głośny trzask łamanego kręgosłupa.” –> No to było cicho, czy nie, bo dopiero napisałeś o ciśniętych koniach i miażdżonych gardłach.

 

“Nie widział czy ze smutku, czy z wdzięczności za przeżycie. Nie mógł uwierzyć, że akurat on przeżył.”

 

Osobiście nie mam problemu z nazwami własnymi, ale z drugiej strony tekstu nie jest wystarczająco dużo, żeby mieć chęć poznać, czym są i co znaczą. Imię “Anwill” bardzo dobre.

 

To, co pokazałeś, to klasyczny epicki wstęp do historii bohatera-wybrańca, który w ten czy inny sposób osierocił okrutny los i zmusił do wypełnienia jakiegoś tam zadania. Narrator opisujący historię jest nieco zbyt wszechwiedzący i dosłowny, by tekst płynął płynnie. Zdania typu “Obrócił się. Wszyscy nie żyli.” można spokojnie przedłużyć, ubarwić, dodać smaku.

 

Jako odrębna historia mnie nie kupiło, za to jako literackie ćwiczenie owszem. Potencjał jest, należy tylko unikać kanonów i banałów, bo rzadko kiedy daje to frajdę. I w pisaniu, i w czytaniu ;)

 

 

 

 

Dziękuję za komentarz. Przyznaję, że tytuł jest jeszcze roboczy, nie mam do tego weny. Jeśli chodzi o błędy, to wkrótce je poprawię. Takie komentarze są mi jak najbardziej potrzebne. Piszę dopiero pół roku, więc nie oczekuję mistrzowskiego stylu, a każda wartościowa pomoc jest dla mnie cenna. Jeśli chodzi o historię, to uważam, że jest oryginalna.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Hej! Nie jestem ekspertem i ie umiem poprawiać tekstów, więc traktuj moją uwagę, jako głos zwykłego czytelnika. Myśle, że to, co napisałeś to dobry szkic, fajny opis Twojej wizji. Chyba mógłbyś to napisać jeszcze raz, bazując na tej wizji. Twoje opowiadanie smakuje mi, jak zaczyn piwa. Cos w nim jest, ma w sobie opowieść, ale potrzebuje obróbki. Niestety, nie umiem powiedzieć Ci, jakiej obróbki.

 

W sumie możesz mój komentarz olać :D Jest kompletnie bezuzyteczny, ale poczułem do Twojej historii jakiś rodzaj sympatii i postanowiłem zaznaczyć, że przeczytałem :D Nie wypada, tak po prostu, napisać: “ok, przeczytałem, fajne” :D

 

Chociaż… dlaczego nie? :D

Dziękuję za komentarz. Twój głos zwykłego czytelnika jest dla mnie bardzo ważny. Nie uważam swych rozdziałów za gotowe teksty, które od zaraz można drukować. Dodaje je tutaj, aby dostać cenne rady, by usunąć błędy i coś poprawić. To jest pewne, że będę to jeszcze kilka razy przepisywać, aż uznam, że wszystko jest w porządku :D

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nie uważam swych rozdziałów za gotowe teksty, które od zaraz można drukować.

To jest pewne, że będę to jeszcze kilka razy przepisywać, aż uznam, że wszystko jest w porządku :D​

 

A, to świetnie, więc sam to widzisz i jesteśmy zgodni, co do tego :) Czyli moja bezuzyteczna rada, jednak okazała się sensowna :D

 

To powodzenia :)

 Tuż za nim jechał przewodnik ekspedycji, Owein Hayard. Chłopak dostrzegał jedynie jego ciemnozieloną pelerynę i poplamioną krwią koszulę. Z ekspedycji liczącej ponad stu eksploratorów i kilkuset żołnierzy, została tylko ich piątka. Obecność Oweina dodawała mu otuchy, jednak ciągle czuł na sobie wszechobecny wzrok Fraycjan.

Tutaj miałam problem ze zrozumieniem, kto czyją pelerynę dostrzega.

Zwróć uwagę na powtórzenia.

Nie do końca lubię takich superbohaterów – z kilkuset osób przeżył tylko jeden, jako jedyny nie odniósł żadnych ran. Na pewno dotrze do celu. Wychodzi na to, że reszta była beznadziejna – słabsza, wolniejsza. Trudno mi to przyjąć bez uśmiechu.

Znam tylko pięć liter ;)

Trudno dodać nowe uwagi o Prologu, bo został już dokładnie przewałkowany i szczegółowo omówiony przez wcześniej komentujących, więc od mnie łapanka:

 

Jesz­cze chwi­la i bę­dzie­my cał­ko­wi­cie bez­piecz­ni - po­my­ślał. –> Zamiast dywizu powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się także w dalszej części tekstu.

 

An­will nigdy nie czuł na sobie ta­kie­go brzemienia.Dostar­cze­nie… –> Brak spacji po kropce.

 

An­will za­wsze czuł się nie­do­ce­nio­ny, a oj­ciec za­wsze mu po­wta­rzał… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Oj­ciec w końcu byłby z niego dumny i wdzięcz­ny za na­gro­dą… –> Literówka.

 

Mor­rys i Pord, któ­rzy je­cha­li za Owe­inem, padli mar­twi. Le­że­li twa­rza­mi w śnie­gu, a z ich ple­ców wy­sta­wa­ły czar­ne strza­ły. Torby z no­tat­ka­mi le­ża­ły tuż obok ich sztyw­nych ciał. –> Czy to znaczy, że zesztywnieli natychmiast, w okamgnieniu?

 

W za­mie­ci śnież­nej, która za nimi cią­gła, wi­dział kilka par oczu… –> Raczej: Za sobą, w nieustającej za­mie­ci śnież­nej, wi­dział kilka par oczu…

 

Prze­stra­szo­ny chło­pak spiął moc­nej wodze… –> Wiem, że można konia spiąć ostrogami, ale co to znaczy spiąć wodze?

 

Gdy skoń­czył ostat­nią zwrot­kę mo­dli­twy… –> Czy modlił się wierszem?

 

stało kilka wy­so­kich po­sta­ci. Byli nie­na­tu­ral­nie wy­so­cy… –> Postaci są rodzaju żeńskiego, więc: Były nie­na­tu­ral­nie wy­so­kie

Czy to celowe powtórzenie?

 

w któ­rym rosły wy­so­kie sosny. Wokół chło­pa­ka rosła zie­lo­na trawa… –> Powtórzenie.

 

wstał, zdjął swój skó­rza­ny ple­cak… –> Zbędny zaimek. Czy mógłby zdjąć cudzy plecak?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Było to grube to­misz­cze obite brą­zo­wą skórą… –> Raczej: Było to grube to­misz­cze oprawione w brą­zo­wą skórę

 

Mam na­dzie­ję, że już nigdy się nie zo­ba­czy­my - po­wie­dział… –> Mam na­dzie­ję, że już nigdy się nie zo­ba­czy­my  po­wie­dział

W dialogach używamy półpauz, nie dywizów. Podobny błąd masz w zapisie myśli. Może przydadzą się poradniki: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html,

http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka