- Opowiadanie: Anelis - Elena

Elena

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, cobold, Bellatrix

Oceny

Elena

Od przeciętnej wieży magów tę wyróżniają otwory na karabiny. Od dawna ich nie używano, ale podczas początku najazdu, gdy magów jeszcze nie było tu dużo, korzystali z usług zwykłych najemników z tego świata.

Robert odsunie się od szczeliny w deskach, by spojrzeć na siostrę.

– Nawet nie masz pewności, że ona tam jest! – stwierdzi Monika z irytacją.

Robert domyśli się jednak, że pod tą irytacją czai się lęk. Wbrew sobie raz jeszcze zerknie przez szczelinę na piętrzącą się więzienną wieżę rozjarzoną blaskiem rzuconych na nią zaklęć.

– Jeżeli jest szansa, że tam jest, to muszę to sprawdzić – utnie, ważąc w dłoni pistolet.

Za oknem znów zacznie padać. Jak przez cały ten dzień. Słońce tylko z rzadka gdzieniegdzie wyjrzy zza ciemnych chmur.

Robert wstanie zdecydowanie i pierwszy ruszy do drzwi. Jego młodsza siostra bez słowa podąży za nim. Wyjdą na deszcz, a potem przemkną do murów wieży. Mężczyzna z obrzydzeniem wyjmie zaklęte rękawice do wspinaczki. Poczuje pewną satysfakcję z użycia znienawidzonej magii przeciw magom. Obok Monika wskoczy już na pionową ścianę muru. Jej rękawice bez problemu przykleją się do śliskiej powierzchni. Robert ruszy w ślad za siostrą, a wkrótce ją wyprzedzi. Zdążą wspiąć się już na dobre kilka metrów, może nawet dziesięć, nim poczują znajomą woń przypominającą zapach spalenizny – starcie zaklęć.

Nie pozostanie im wiele czasu. Robertowi tylko przemknie przez myśl, że przecież Marcin zarzekał się, że same mury nie są pokryte zaklęciami. A potem oboje stracą oparcie w rękawicach i pomkną w stronę twardej, zbyt odległej ziemi.

 

*

 

– Robert? Znalazłam ją – mówi do telefonu, starając się brzmieć spokojnie.

– Kogo?

– Rię.

W słuchawce zapada cisza. Monika czeka cierpliwie, ściskając w dłoni swoją komórkę.

– Gdzie ona jest? W jakim stanie? – odzywa się w końcu Robert głosem tak obojętnie zimnym, że aż przerażającym.

– Wygląda na to, że… mhm… wszystko z nią w porządku. Z zewnątrz. Jestem na placu Zniewolenia.

Jej wzrok mimowolnie wędruje ku tabliczce na okazałym pomniku. Wyraźne, stylizowane na dawne litery układają się w słowa:

 

PLAC WYZWOLENIA

MAGIA NIESIE WOLNOŚĆ

 

– Mogę z nią porozmawiać?

Monika spogląda znów na czarnowłosą, młodą kobietę stojącą w cieniu przystanku. Przygryza wargę. Wie, że będzie musiała wyjaśnić bratu, co dokładnie widzi, ale naprawdę woli mu nie mówić.

– Obawiam się, że teraz… mhm… to niezbyt możliwe.

 

*

 

Robert z nienawiścią spojrzał na maga puszącego się na postrzępionym, wyblakłym plakacie. Ta jego dumna mina. Oczy rozświetlone magicznym blaskiem. Też coś. Robert jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego u żadnego maga. No i dostojna szata. Może kiedyś, w swoim świecie takie nosili, jednak tutaj błyskawicznie przestawili się na współczesne ubrania. Większość upodobała sobie garnitury, ale zdarzali się i tacy, którzy chodzili po prostu w dżinsach i koszulkach. Tym, co na plakacie najbardziej zgadzało się z rzeczywistością, była kula energii w dłoniach, lecz także i ona została przekłamana. Tak naprawdę wcale nie miały wyrazistej barwy. Wręcz przeciwnie, dostrzeżenie ich w świetle dostarczało z reguły pewnych problemów przezwyciężanych przez doświadczenie.

Robert gwałtownym ruchem rozdarł plakat, choć ujrzenie go zniszczonego na podłodze wcale nie poprawiło mu humoru. Jak ludzie mogli trzymać podobizny magów w pokojach? Wtedy jeszcze nikt ich nie znał… Byli tylko wymysłem, fikcyjnymi postaciami. Od tamtej pory świat się zmienił.

Potrząsnął głową, zabierając się do pracy. W ciągu tych blisko dziesięciu lat, które minęły od wybuchu wojny, większość domów została ogołocona z przydatnych przedmiotów. Budynki wciąż jednak kryły zapomniane drobiazgi.

Przetrząsnął regały i szuflady, zajrzał pod meble. Udało mu się znaleźć kilka starych książek – umożliwią poznanie wiedzy nieprzekłamanej przez magów. Zapomniane zeszyty, ołówki oraz kredki też się przydadzą, choć nie przedstawiały dużej wartości.

Pod łóżkiem dostrzegł błysk, a po chwili wyjął srebrny pierścień ukształtowany na wzór smoka owijającego się wokół palca. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie. Rii może się spodobać. Uwielbiała smoki. Z niejasnych przyczyn magowie nie cierpieli smoków, a dla Roberta to już byłby bardzo dobry powód, by je lubić. Ria oczywiście nigdy nie widziała prawdziwego smoka. Do tej pory pozostały wątpliwości, czy one w ogóle istnieją. W świecie, z którego pochodzili magowie, pewnie występowały, choć Robert nie znał nikogo, kto mógłby to potwierdzić.

Mężczyzna schował pierścień do kieszeni i wyszedł w końcu na ulicę. Znajdował się na cmentarzysku dawnych czasów. Blokowisko musiało kiedyś tętnić życiem. Wyobraził sobie ściany pomalowane żywymi barwami, a nie wyblakłe i z odpadającym tynkiem. Wyobraził sobie dzieci bawiące się na kolorowym placu zabaw…

Za plecami usłyszał przeraźliwie skrzypienie – niepokojąco głośne w panującej ciszy. Odruchowo dopadł ściany, wyjmując pistolet. Wyjrzał zza osłony. Na niedalekim, zniszczonym placu zabaw dostrzegł dziewczynę. Siedziała na powyginanej huśtawce i nieśpiesznie odpychała się nogami od ziemi. Robert uniósł brew.

Dziewczyna, na oko piętnastoletnia, nie wyróżniała się niczym prócz niewymuszonego uśmiechu i radosnego blasku w oczach. Blond włosy nosiła spięte w kucyk, lecz wiatr przemykający pomiędzy martwymi blokami wyrwał niektóre kosmyki spod gumki i teraz plątał je wokół jej twarzy. Postrzępione bojówki oraz wytarta kurtka nosiły ślady długiego używania.

Robert obserwował dziewczynę przez chwilę, po czym wsunął pistolet do kabury przy udzie. Rękę zapobiegawczo trzymał jednak w pobliżu broni, gdy zmierzał ku nieznajomej. Zdawała się go nie zauważać, huśtając się leniwie i rozglądając na boki. Towarzyszyło jej równomierne, wręcz ogłuszające skrzypienie. Mężczyzna sądził, że obca w ogóle go nie dostrzegła, lecz gdy się zbliżył, spojrzała prosto na niego. W jej oczach nie ujrzał nawet śladu zaskoczenia, tylko przygasły lekko, wcześniejszy radosny blask.

– Cześć – odezwał się z braku innych pomysłów.

– Cześć – odparła pogodnie.

Przestała się huśtać i teraz patrzyła na niego. Przez jej wzrok… jakoś czuł się nieswojo.

– Kim jesteś? – zapytał.

Zaśmiała się cicho, a w tym śmiechu pobrzmiewały smutne nuty.

– Sobą. – Wzruszyła ramionami.

Robert przewrócił oczami.

– Co tu robisz? – Spróbował od innej strony.

Znowu zaśmiała się tak charakterystycznie – wesoło i smutno jednocześnie.

– Siedzę.

Ciężki przypadek, westchnął w duchu.

– Ta… To widzę – mruknął. – Jesteś tu sama? Gdzie są twoi krewni? Przyjaciele? – drążył.

– Nie ma ich.

Straciła bliskich, domyślił się.

– Długo już jesteś sama?

Odpowiedziała wzruszeniem ramion.

– Jak masz na imię? – spytał jeszcze.

– Oni mówili na mnie Elena.

Po jej ustach przemknął tęskny uśmiech.

– To… Eleno… mieszkasz gdzieś?

– Tu i tam.

– Jaaasne… Czyli masz, gdzie mieszkać? Masz, co jeść?

Zaśmiała się znowu tak dziwnie.

– Radzę sobie.

– Będziesz tu jutro?

Skinęła głową.

– Przyjdę jutro – zdecydował. – Czekaj tutaj na mnie, dobrze?

Przytaknęła jakby nieco sennie, a jej spojrzenie lekko zmętniało.

Robert podejrzewał, że Elena jest całkiem sama już od dłuższego czasu. Nic więc dziwnego, że najwyraźniej samotność w jakimś stopniu pomieszała jej w głowie… Kolejna niewinna ofiara magów. Chciałby pomóc dziewczynie, jednak nie mógł tak po prostu przyprowadzić obcą do Domu. Postara się o pozwolenie i zobaczy, co z tego wyjdzie.

– To do zobaczenia – pożegnał ją niepewnie.

Musiał iść. Jeszcze w Domu pomyślą, że coś się stało. Skoro Elena przeżyła już trochę, powinna przetrwać do jutra. Cmentarzysko nie było niebezpiecznie, było… opustoszałe. Owszem, zdarzało się spotkać tu zwierzęta, lecz większość nawet, jak zobaczyła człowieka, raczej nie atakowała.

– Do zobaczenia – odparła Elena przy akompaniamencie skrzypienia huśtawki, którą znowu wprawiła w ruch.

Robert zerknął jeszcze na nią z wahaniem. Wreszcie potrząsnął głową i ruszył w drogę. Po półgodzinnym marszu przez wymarłą okolicę znalazł się w pobliżu miasta. Choć wspomnienia się zacierały, wciąż pamiętał szklane wieżowce, niegdyś panujący ruch. Teraz, za panowania magów, dominowały niewysokie bloki, a z wielu kominów sączył się dym. Elektryczność czy gaz zmieniły się w rzadki luksus. Magowie nie cierpieli technologii z tego świata.

Robert skręcił w las, który dawno temu był parkiem. Wkrótce sekretnym przejściem dostał się do podziemnego Domu urządzonego w zapomnianym schronie. Wpierw poszedł do kuchni, skąd dochodził kuszący zapach herbaty. Wkrótce urzędująca tam Zosia poczęstowała go kawałkiem ciastopodobnej masy oraz kubkiem gorącego napoju.

– Jak poszło? – Zainteresowała się.

– Coś tam znalazłem. Są dziewczyny?

– Tak, niedawno przyszły. Oczywiście już pobiegły na salę treningową – odparła z rozbawieniem. – Sprawdź, czy się nie pozabijały, a ja wracam do Damiana. Może w końcu uda nam się odpalić tego starego kompa…

– Powodzenia – życzył szczerze, a Zosia skinęła mu głową z uśmiechem, wychodząc na korytarz.

Robert dokończył posiłek, po czym udał się do sali treningowej. Tę szumną nazwę pomieszczenie zawdzięczało jedynie paru pocerowanym materacom na podłodze oraz zmontowanej samodzielnie ławce. Mężczyzna postawił plecak pod ścianą, obserwując pojedynek swoich dwóch ukochanych dziewczyn. Monika, jego parę lat młodsza siostra, miała brązowe włosy – podobnie jak on. Ścinała je krótko, by się w nic nie wplątywały. Z kolei rówieśniczka Moniki i jej przyjaciółka ze szwalni, Ria nigdy nie pozwoliłaby, by ktoś pozbawił ją długich do ramion, kruczoczarnych włosów. Teraz spięła je w kucyk, by nie przeszkadzały podczas ćwiczeń.

Obie dziewczyny oddychały już ciężko od wysiłku, a po ich twarzach spływał pot, ale wciąż wymieniały ciosy. Robert splótł ręce na piersi i oparł się o ścianę. W tym właśnie momencie Monika podcięła nogi przyjaciółce. Ria z cichym jękiem – bardziej zawodu niż bólu – uderzyła o materac.

– O, cześć, braciszku! – zawołała Monika radośnie, dostrzegłszy przybyłego.

– Hej! – Pomachała mu pokonana, nie wstając.

– Cześć. – Robert uśmiechnął się z rozbawieniem.

Podszedł do swojej dziewczyny i podniósł ją na nogi.

– Mam coś dla ciebie, moja Adrianno – powiedział cicho, pocałowawszy ją lekko.

– Jestem Ria! Ria! Nie Adrianna! – odparła zadziornie.

Nie przepadała za swoim pełnym imieniem, a Robert lubił ją drażnić.

– W dokumentach masz Adrianna. – Droczył się dalej.

– Jestem Ria!

Zanim zdążył się przygotować, dziewczyna wykonała na nim zapewne ćwiczoną wcześniej dźwignię. Robert, upadając, zdążył jednak ją złapać. Na podłodze wylądowali więc razem. Roześmieli się oboje. Usiadłszy, Ria odgarnęła sobie włosy z twarzy. Mężczyzna mógłby bez końca patrzeć na jej uśmiech, na jej błyszczące oczy…

– To co tam dla mnie masz? – zapytała z ciekawością.

Robert podniósł się również i wyjął z kieszeni smoczy pierścień. Podał go dziewczynie. Z przyjemnością patrzył, jak na jej twarzy odmalowuje się zachwyt.

– Jest piękny! Dziękuję!

Wsunęła prezent na palec, po czym objęła swego chłopaka i złożyła na jego ustach długi pocałunek.

– A dla mnie braciszek oczywiście nic nie przyniósł, co? – poskarżyła się żartobliwie Monika.

– Znajdź sobie kogoś, kto dla twoich pocałunków zrobi wszystko – zaśmiała się Ria.

Robert przytulił ją mocniej i pociągnął na siebie, by razem znów upadli na materace.

 

*

 

Monika przesuwa spojrzenie od Roberta do Rii i z powrotem. Oddziela ich od niej ulica, po której z rzadka przejeżdżają wozy. Ria ma na sobie ciemne, nijakie spodnie i szarą kurtkę. Część czarnych kosmyków wymknęła się spod gumki, opadając na policzki. Patrzy pod nogi, gdy przemyka koło ściany bloku. Zdaje się cieniem dokładnie omijanym przez wzrok przechodniów. Idzie przygarbiona pod ciężarem dwóch wypchanych siatek.

Robert postępuje krok do przodu. Monika błyskawicznie zastępuje mu drogę.

– Nie możesz do niej iść. Miałeś tylko na nią spojrzeć, zapomniałeś? – przypomina z lekką irytacją, którą próbuje zamaskować lęk.

– Nic się nie stanie. Wiem, jak jest. Po prostu pomogę jej nieść te siatki.

– Jesteś pewien, że chcesz do niej podejść? – upewnia się jeszcze.

Gdy jej brat kiwa głową, z westchnieniem się odsuwa. Podąża kilka kroków za nim, by obserwować spotkanie, lecz nie zwracać na siebie uwagi. Ostatecznie udaje, że skupia się na wystawie najbliższego sklepu. Dużo tam nie ma do oglądania. Szare lub bure, bezkształtne ubrania, w których nawet Najwyższa Alevasia nie wyglądałaby olśniewająco, a jest ponoć najpiękniejszą istotą na ziemi – przynajmniej magowie tak twierdzą.

– Pomogę ci – proponuje spokojnie Robert, podchodząc do Rii.

Dziewczyna cofa się spłoszona.

– Nie, nie trzeba – mamrocze niewyraźnie.

– To dla mnie żaden problem – zapewnia mężczyzna.

Monika jest pod wrażeniem opanowania brata. On nic nie daje po sobie poznać, przynajmniej w tej chwili. Bez czekania na pozwolenie, uprzejmie zabiera od Rii ciężkie siatki. Dziewczyna wygląda na jeszcze bardziej przestraszoną, lecz milczy.

– To co? Idziemy, Ria? – zagaduje Robert.

Ona marszczy brwi.

– Słucham?

Monika przeklina w myślach. Przecież teoretycznie się nie znają. Według Rii się nie znają. Robert natychmiast odchrząkuje.

– Mówiłaś, jak masz na imię? – pyta swobodnie, ruszając naprzód.

– Adrianna – mówi cicho dziewczyna.

Niepewnie podąża za Robertem, więc i Monika niby przypadkiem idzie w pobliżu.

– Gdzie ci to zanieść, Ria?

– Nie Ria – oburza się dziewczyna, choć nawet to oburzenie powleczone jest strachem. – Mam na imię Adrianna, nie Ria.

Monika dostrzega cień rozpaczy w oczach brata. Sama próbuje przełknąć gulę w gardle. Ria nie żyje. Magowie ją zabili.

 

*

 

Przez prawie cały dzień nie przestanie padać, ale atakujących to nie powstrzyma. Zaczekają, przyczajeni wśród gruzów. Robert spojrzy na towarzyszy równie zdeterminowanych jak on. Przez myśl przejdzie mu pocieszająca myśl, że Moniki tu nie ma. Ona nie zrozumie tego, co on robi. Wciąż będzie przeciwna. Ale Robert MUSI działać. Po tym, jak Ria…

– Zbliżają się – przebiegnie po grupie.

Mężczyzna oprze się plecami o pokruszone cegły ściany. Przymknie oczy, nasłuchując zbliżającego się skrzypienia wozów ciągniętych przez gadopodobne gadonie. Jeszcze trochę. Już blisko… Jeszcze parę sekund…

Od wybuchu miny aż zadzwoni mu w uszach, ale natychmiast wyskoczy na drogę. Bez namysłu strzeli w ogłuszonego przez huk młodego maga. A może tylko służącego…? To i tak zdrajca.

Dopadnie drzwi pierwszego wozu. Wyważy je kopniakiem. W środku ujrzy skutych kajdanami członków ruchu oporu – takich jak on, Monika czy… niegdyś Ria. Zacznie buzować w nim coraz większy gniew.

Nagle jeden z gadoni zerwie się z uprzęży. Stanie na tylnych łapach, wydając z siebie ni to ryk, ni to rżenie. Robert zdąży tylko osłonić się ręką, ale to nie uratuje go przed uwolnionym, morderczym stworzeniem.

 

*

 

– Robert! – Rozentuzjazmowana Monika wbiega do mieszkania, które dzieli z bratem. – Ria wciąż istnieje. Nie straciliśmy jej!

– O czym ty mówisz? – prycha mężczyzna, ledwie podnosząc wzrok znad umywalki, gdzie próbuje domyć dłonie brudne od smaru. Na odsłoniętym ramieniu dziewczyna dostrzega świeże zadrapanie. Pewnie otarł się o coś podczas pracy w warsztacie. – Przecież widzieliśmy ją oboje. Słyszeliśmy. To już nie jest Ria!

– Jest! To wciąż jest Ria – zapewnia z naciskiem. – Włamałam się do jej nowego mieszkania.

Robert spogląda z niedowierzaniem na siostrę.

– CO zrobiłaś?

Monika opada na krzesło przy stole i popija wodę ze szklanki brata.

– Śledziłam ją i zobaczyłam, gdzie mieszka – wyjaśnia. – Gdy wyszła, włamałam się do środka. To malutkie mieszkanko, znacznie mniejsze od naszego. Klaustrofobii można dostać. Nieważne. W jedynym pokoju jest ściana, której nie zasłaniają meble. Wiesz, co ona tam namalowała? Smoka! Jeszcze niedokończony, ale na podłodze leżą farby, więc pewnie na bieżąco domalowuje brakujące elementy.

Robert patrzy na siostrę świdrującym wzrokiem. Dziewczyna dostrzega w nim niedowierzanie i rozpaczliwą nadzieję. Wreszcie mężczyzna, pokręciwszy głową, skupia się znów na myciu dłoni.

– I czego to ma niby dowodzić? – mamrocze bez większego zainteresowania.

– Że to nasza Ria! Nie zmienili jej.

– Aha… Jasne. Wcale.

– Robert, skup się! – warczy Monika zirytowana. – Nie pamiętasz, jaka była Ria, gdy ją poznaliśmy? Taka jak teraz. Wystraszona. Zagubiona. Dzięki nam stała się tym, kim jest naprawdę. To wciąż ona. Oni tylko zabrali jej wspomnienia.

Mężczyzna sztywnieje. Zaciska mokre dłonie w pięści.

– Można je przywrócić? – pyta słabym głosem.

– Nie wiem – wzdycha Monika. – To, co magia zabrała… może magia jest w stanie przywrócić.

– Magia. – Głos Roberta ocieka nienawiścią.

Monika spuszcza wzrok. Magia zabrała im już zbyt wiele… I nic dotąd nie przywróciła.

 

*

 

Idąc znów na Cmentarzysko, Robert zabrał ze sobą trochę jedzenia, wodę oraz ciepły koc. No i zabrał ze sobą Rię. Była niedziela, więc oboje mieli wolny dzień. Wiał porywisty wiatr, ale przynajmniej rozegnał chmury. Wrześniowe słońce prażyło jeszcze resztkami sił, walcząc z zimnymi podmuchami.

– Miałeś mnie zabrać na randkę, a zamiast tego idziesz się spotkać z jakąś inną dziewczyną – wytknęła Ria żartobliwie. – Ładnie to tak?

– Przecież idziemy razem – zbagatelizował. – Czego ci więcej potrzeba?

Zastąpiła mu drogę i uśmiechnęła się lekko.

– Może… uwagi?

Zarzuciła Robertowi ręce na szyję, nie odrywając spojrzenia od jego oczu. Mężczyzna przyciągnął ją bliżej i pocałował powoli. Delektował się smakiem jej ust. Objął ją jeszcze mocniej… lecz Ria zesztywniała nagle. Mężczyzna zdążył dostrzec grymas bólu na jej twarzy, nim zmusiła się do uśmiechu. Odsunął się, spoglądając na nią z troską.

– Co się stało? – spytał poważnie.

– Nic – wymamrotała dziewczyna. Uciekła ze wzrokiem w bok. – Nic.

– Ria… Co się stało? Strażnicy…?

Nie patrząc mu w oczy, skinęła głową. Dotknęła lekko żeber, dając do zrozumienia, że to właśnie tam rozlał się najświeższy siniak. Robert zdusił w sobie narastającą falę gniewu na sprawców jej bólu, która nijak nie pomogłaby teraz Rii.

– Znowu się stawiałaś, tak? – odgadł z westchnieniem.

– Mówiłam ci o tej nowej, Agnieszce. Ciągle coś jej nie wychodzi. Oni na nią wrzeszczą, popychają i w ogóle… Zabronili jej pomagać…

– Ale oczywiście jej pomogłaś?

Odpowiedź była zbędna. Robert delikatnie przytulił Rię i pocałował w skroń. Właściciel warsztatu, w którym pracował, zachowywał się w porządku. Tego samego nie dało się powiedzieć o strażnikach w szwalni. Ria już nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz się im stawiała. Choć podziwiał jej odwagę, nie chciał, by cierpiała. Nic nie mógł zrobić. Cholerny świat.

Ria wyślizgnęła się z objęć Roberta i ujęła jego dłoń. Uśmiechnęła się, by wiedział, że nic się nie stało.

– To co? Idziemy?

Machinalnie skinął głową. Wkrótce dotarli na stary plac zabaw, na którym Robert poznał Elenę. Dziewczyna i tym razem siedziała na huśtawce, leniwie odbijając się nogami od ziemi. Spojrzała na nadchodzących, a na jej twarzy zagościł znów ten smutno-wesoły uśmiech.

– Cześć – przywitał się Robert. – To jest Ria. – Wskazał towarzyszkę. – Ria, a to właśnie Elena.

– Hej – odezwała się Ria.

Elena tylko skinęła głową.

– Przyniosłem ci coś do jedzenia i koc – kontynuował Robert, wyjmując wspomniane rzeczy z plecaka. – Niestety wiele więcej nie mogę dla ciebie zrobić… Musiałabyś mieć identyfikator, by wejść do miasta… a tam właśnie mieszkam. Jest jeszcze jedno miejsce, ale… na razie nie uzyskałem zgody, by cię tam przyprowadzić.

– Nic nie szkodzi. Radzę sobie. Dziękuję – odparła dziewczyna.

Z otrzymanych właśnie darów wyjęła chleb, odłamała sobie kawałek i zaczęła jeść łapczywie. Robert i Ria zerknęli na siebie niepewnie.

– Co tu robisz? Ukrywasz się przed magami? – zagadnęła Ria.

Elena przełknęła ostatni kęs i wzruszyła ramionami.

– Jestem – rzekła takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. – Nie martwcie się o mnie. Martwcie się o siebie.

Robert poczuł się nieswojo. Ria za to chyba postanowiła zignorować ostatnią uwagę, bo beztrosko usiadła na huśtawce obok i uśmiechnęła się sympatycznie do Eleny. Pewnie chciała dodać jej otuchy.

– Potrzebujesz czegoś? Możemy ci jeszcze coś przynieść.

– Nie, dziękuję. Niczego więcej na razie mi nie potrzeba. Powiedzcie… jak wygląda życie w mieście?

Robert z Rią znów wymienili spojrzenia, ale postanowili spełnić tę prośbę. Bo dlaczego nie?

 

*

 

– Robert, nie! Proszę.

Monika patrzy błagalnie na brata. Chwyta poły jego kurtki, jakby chciała powstrzymać go siłą.

– Proszę – powtarza.

Robert odwraca wzrok.

– To jedyny sposób, wiesz o tym – przypomina.

– A ty wiesz, jak kończą się umowy zawierane z Vaderem.

– On będzie w stanie dostarczyć mi coś, co przywróci pamięć Rii.

– Nie masz pewności! Równie dobrze może cię oszukać. Nie ryzykuj tak bardzo. Błagam cię. Nie chcę cię stracić… – Jej głos drży lekko.

– Nic mi nie będzie, nie martw się – zapewnia Robert. – Zrobię, co muszę. I tyle.

– Robert… Daj mi jeszcze trzy dni. Tylko trzy dni. Poszukam innego sposobu. Jeżeli go nie znajdę… zrobisz, co będziesz chciał. Tylko trzy dni.

Mężczyzna przymyka oczy. Trzy dni to niewiele. Nie wierzy, by istniał inny sposób. Skoro jednak te trzy dni wystarczą, by przekonać o tym także Monikę…

– Zgoda – odzywa się. – Trzy dni.

 

*

 

Gwałtowna ulewa załomocze o blaszany dach. Robert poczuje się niepewnie w takim hałasie, ale stojący obok niego Rudol wyda się nieprzejęty. Gdy deszcz nieco osłabnie, do zniszczonej hali wkroczy wśród złorzeczeń czterech przemoczonych mężczyzn. Podejdą bliżej pod wodzą długowłosego blondyna niewiele starszego od Roberta.

– Gdzie towar? – zapyta długowłosy szorstko.

Rudol wyciągnie z torby pakunek, a po chwili odsłoni sztylet o śnieżnobiałym ostrzu i złotej rękojeści jarzącej się rubinowym wzorem płomieni. Zda się wydzielać własne światło mimo panującego w hali półmroku, a ten blask odbije się w oczach przyszłego nabywcy.

– Najpierw forsa – zażąda sucho Rudol.

Gdy pieniądze zostaną przeliczone, nastąpi jednoczesna wymiana. Rudol przejmie torbę z zapłatą, podczas gdy długowłosy niecierpliwie chwyci swój nowy nabytek. Z wyraźną fascynacją wykona ruch aktywujący zaklęcie, a metal zalśni ognistymi iskrami.

– Co to, kurwa, ma być?! – warknie klient. – Sztylet miał wręcz miotać płomieniami!

– Vader przesyła ten sztylet – obojętnie wyjaśni Rudol. – Płomienne ostrze. Tak jak chciałeś.

– Przecież te płomienie ledwo widać! Oddawaj forsę.

– Transakcja została dokonana. – Mężczyzna mocniej chwyci torbę z gotówką. – I na tym to spotkanie się kończy.

Długowłosy pstryknie palcami, na co jego trzej ochroniarze wyciągną pistolety. Robert natychmiast sięgnie po swoją broń, lecz na Rudolu nie zrobi to wrażenia.

– Uwierz mi, nie chcesz zadzierać z Vaderem.

Żadne inne słowa nie wywarłyby gorszego efektu.

– Uwierz mi – wycedzi długowłosy. – To Vader nie chce zadzierać ze mną.

Skinie na najbliższego ochroniarza. Robert rzuci się w bok. Huk wystrzału rozmyje się w bębnieniu deszczu o blaszany dach. Robert przebiegnie za pordzewiały kontener, jakimś cudem unikając trafienia. Skoczy za tę marną osłonę. Wyjrzy tylko po to, by oddać parę strzałów. Jakie ma szanse?

W myślach ujrzy twarze swoich dwóch ukochanych dziewczyn. Monika od początku sprzeciwiała się umowom z Vaderem, ale tylko Vader może przywrócić pamięć Rii… Rok służby, a potem Ria znów stanie się sobą…

Gwałtowny ból w udzie sprawi, że Robert osunie się na kolana. Pocisk musiał przebić się przez blachę kontenera. Krew wypłynie wartkim strumieniem.

Kątem oka mężczyzna dostrzeże ruch. Przekręci głowę. Ostatnim, co ujrzy, będzie lufa pistoletu.

 

*

 

Dom Prefekta powitał Roberta i Rię niesamowitym przepychem. Przez moment stali oniemiali, zanim przypomnieli sobie, jaki jest ich cel. Przemierzali puste korytarze, uważając, by niczego nie dotknąć. Prefekt tymczasowo wyjechał wraz z córką, służbą oraz strażą, lecz większość przedmiotów – nawet całkiem zwyczajnych – obłożonych było zaklęciami alarmującymi.

Dostali się tutaj dzięki pieczęci wykradzionej przez starszą siostrę Zosi, Martynę. Zaryzykowała wiele, by dokonała się zemsta za czyny córki Prefekta, której Martyna musiała służyć. Robert i Ria także ryzykowali, ale warto było udowodnić ludziom, że magowie nie są wcale tak wszechmocni jak się wydaje.

Wkrótce wślizgnęli się do prywatnej komnaty córki Prefekta, gdzie wszystko spływało złotem, srebrem, drogimi kamieniami… Różnorodność barw oślepiała. Na półkach, podłodze i wielkim łożu z kolumienkami leżały zabawki: magiczne i te całkiem zwyczajne. Częściowo otwarta szafa odsłaniała wieszaki z kolorowymi, niekiedy błyszczącymi strojami tak różnymi od szarych szmat przeznaczonych dla większości społeczeństwa.

Na jednej ze ścian wisiał portret Najwyższej Alevasii. Magowie lubili umieszczać jej podobizny w wielu miejscach. Robert nawet nie do końca rozumiał, kim dla społeczeństwa jest ta postać. Kimś w rodzaju królowej? Maskotki? Mało go to obchodziło. Spojrzał na namalowaną dziewczynę o nieprzeciętnej urodzie. Uśmiechała się delikatnie, a wokół twarzy o jasnej, nieskazitelnej cerze spływały białe – nie, srebrne – proste włosy. Najwyższa Alevasia wydała mu się znajoma, w czym nie było nic dziwnego. Dużo już jej podobizn widywał.

– Chodź, czas wykonać plan – szepnęła Ria, ciągnąc go za rękę.

Przez drzwi z jasnego drewna wyszli do rozległego ogrodu. W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Nieco dalej pasły się dwa śnieżnobiałe pegazy – cel ich włamania. Prezentowały się oszałamiająco – dostojne, o sierści nieznającej brudu i z równie białymi skrzydłami, obecnie złożonymi.

Zbliżyli się ścieżką wyłożoną płaskimi kamieniami. Robert wyjął magiczne nożyce również otrzymane od Martyny. Pragnęła po prostu pozbawić księżniczkę tego, co najbardziej kochała – jej pegazów. Mężczyzna wolałby nie dotykać przepełnionego magią narzędzia, ale inaczej nie przetną więzów trzymających niezwykłe konie w niewoli. Uwolnienie trwało ledwie moment, a pegazy dalej stały spokojnie. Ria pogłaskała najbliższe zwierzę po śnieżnobiałej szyi.

– Cudny jesteś – szepnęła mu.

Nagle pegaz przyklęknął. Ria odskoczyła w pierwszym odruchu, lecz już po chwili uśmiechnęła się łobuzersko, odgadując intencje skrzydlatego konia. Gdy go dosiadła, wierzchowiec podniósł się bez najmniejszego trudu. Dziewczyna objęła go za szyję.

– Leć – poprosiła cicho.

Zwierzę zarżało delikatnie i zaraz rozłożyło pierzaste skrzydła. Robert w ostatniej chwili uchylił się, by nie oberwać piórami. Pospiesznie dosiadł drugiego pegaza, który za przykładem pierwszego także przyklęknął. Wkrótce oba wierzchowce wzięły rozpęd i wzniosły się, a Robertowi zaparło dech w piersiach. Pęd powietrza zmusił go do zamknięcia oczu, a gdy je otworzył, byli już wysoko, zostawiając miasto w dole.

– Jeeeeeeeej! – krzyknęła Ria w euforii.

Na moment rozłożyła ręce. Robert się na to nie odważył, lecz śmiał się jak głupi razem z dziewczyną. Lot był niesamowity.

Pegaz Roberta zarżał nagle, zmieniając pułap. Koło nich przeleciała niewielka kula energii. Mężczyzna obejrzał się. Wierzchowiec Rii zamachał skrzydłami przestraszony i poleciał w zupełnie innym kierunku.

– Nie, nie, leć za nim, proszę! – wyszeptał Robert, bezskutecznie próbując zawrócić swego pegaza.

Od strony miasta zbliżały się gadonie o błoniastych skrzydłach. Dosiadali ich magowie, czego mężczyzna nigdy dotąd nie widział. Rzucone zaklęcie przyciągnęło pegaza Rii bliżej, podczas gdy Robert wciąż się oddalał. Wszelkie próby zawrócenia wierzchowca spełzały na niczym.

– No zawróć, proszę! – błagał gorączkowo.

Mógł tylko patrzeć, jak Ria dostaje się w łapy magów. Z tej odległości nawet nie widział wyrazu jej twarzy, ale mógł się domyślić, że nie podda się bez walki.

 

*

 

Robert ogląda się na Monikę, która wyszła za nim z Domu. Wzdycha ciężko.

– Nadal chcesz mnie powstrzymywać?

– Nie. – Dziewczyna patrzy na niego poważnie. – Moje trzy dni minęły. Chcę po prostu iść z tobą. Nie mogę?

– Możesz.

Robert bez dalszych komentarzy rusza znów w stronę miasta. Monika podąża za nim. Dostrzega napięcie w sylwetce brata. Dalej uważa, że zwracanie się do Vadera to bardzo zły pomysł, ale Ria to jej przyjaciółka. Podobnie jak Robert, Monika pragnie, by odzyskała pamięć.

– Cześć – rozlega się nagle.

Zza drzew wychodzi dziewczyna o jasnych, lekko splątanych włosach. Uśmiecha się z mieszaniną radości i smutku.

– Elena? – pyta Robert ze zdumieniem. – Co ty tu robisz?

Czyli to jest osławiona Elena. Monika nigdy jej nie widziała. Robert czasem odwiedzał tę obcą dziewczynę na Cmentarzysku, zanosząc jej potrzebne rzeczy. Nadal tajemnicą jest, dlaczego w ogóle siedzi tam całkiem sama.

– Jestem – odpowiada nastolatka nie do końca przytomnym tonem.

Jej wzrok błąka się od Moniki do Roberta, lecz zatrzymuje się na tym drugim. Monice dziewczyna wydaje się… dziwna. Począwszy od wyrazu twarzy, niewesołego uśmiechu, bezdennych oczu… Wzbudza lekki niepokój. Do tego w Monice narasta irracjonalne przekonanie, że gdzieś już Elenę widziała.

– Jak znalazłaś to miejsce? I po co przyszłaś? Potrzebujesz czegoś?

W głosie Roberta brzmi troska jak o młodszą siostrę, co wzbudza w Monice mimowolne ukłucie zazdrości.

– Chcę wam pomóc – oświadcza Elena, ignorując pytania. – Mogę przywrócić pamięć Rii.

– Jak?

– Magią.

Jedno krótkie, proste słowo wypowiedziane spokojnym głosem. Robert odsuwa się, a Monika dostrzega jego dłonie zaciskające się w pięści. Wręcz czuje strach, nienawiść, a także nadzieję kłębiące się w bracie.

– Kim ty jesteś? – szepcze Robert.

Na ustach Eleny błąka się ten smutno-wesoły uśmiech.

– Sobą – odpowiada po prostu.

– Skąd w ogóle wiesz, co stało się z Rią? Nie mówiłem ci o tym! – uzmysławia sobie nagle mężczyzna.

Elena podnosi głowę i patrzy gdzieś w przestrzeń nad jego ramieniem.

– Widzę teraźniejszość. Widzę przeszłość i przyszłość – mówi cicho.

Monika wciąga gwałtownie powietrze.

– Alevasia – odgaduje Robert zduszonym głosem.

Dziwne poczucie, że Monika kojarzy twarz Eleny, nagle się wyjaśnia. Na podobiznach wygląda trochę inaczej… Dostojniej. No i włosy tam ma białe, a nie po prostu blond. Mimo to rysy twarzy zostały zachowane.

– Najwyższa Alevasia – dopowiada cicho Monika.

Robert przeciera twarz dłońmi. Walczy ze sobą przez dłuższą chwilę, aż spogląda znów na Elenę.

– Jesteś w stanie przywrócić pamięć Rii? I… zrobisz to? Czego chcesz w zamian?

Nastolatka wydaje się rozbawiona, choć nawet w tym rozbawieniu widać ślady goryczy.

– Niczego nie chcę w zamian. Chcę pomóc – wyjaśnia.

Rodzeństwo wymienia szybkie spojrzenia. Czy warto zaryzykować? Inna okazja się raczej nie trafi. Skoro Elena… Najwyższa Alevasia… chce pomóc…

– Więc… widzisz przyszłość? – upewnia się cicho Monika.

Dziewczyna kiwa głową.

– Wszystko, co widzę, to skrawki. – Jej wzrok znów odbiega gdzieś w dal. – Widzę, co widzę. Wtedy, kiedy widzę.

– Czyli… – Monika nerwowo przełyka ślinę. – Wiesz, co nas… czeka?

Elena patrzy wprost na pytającą. Monika czuje się bardzo nieswojo, jednak nie ucieka spojrzeniem. Nastolatka uśmiecha się – tym razem całkiem bez śladu wesołości.

– Tak często pytacie o przyszłość. Rzadko o teraźniejszość. A o przeszłość? Prawie nigdy.

– Bo… to nas interesuje – mamrocze Monika, nie wiedząc, dlaczego palą ją policzki.

– Ja… – Gdy Robert przemawia, Elena przenosi wzrok na niego. – Mnie interesuje coś z przeszłości. Dlaczego… dlaczego zabrali Rii wspomnienia? Dlaczego nie zamknęli jej w więzieniu albo…

Choć jej brat nie kończy zdania, Monika wie, co ma na myśli. Mało już razy magowie zastosowali karę śmierci?

– Chcieli sprawdzić skuteczność zaklęcia. Byli ciekawi, czy obiektowi nie pomiesza się w głowie.

Pięści Roberta zaciskają się jeszcze mocniej.

– Ale Rii nic się nie stało – zapewnia Elena. – Jej wspomnienia zostały wygaszone, lecz ja mogę je przywrócić.

– Czyli jesteś również magiczką, tak? – pyta niepewnie Monika. – I czy nie nazywasz się inaczej?

– Gdy byłam mała, moi opiekunowie mówili na mnie „Elena”. Lubię to imię. I tak, jestem magiczką. Ponoć potężną. Ale rolą Alevasii nie jest nauka czarów, lecz widzenie… Niedługo wrócę na swoje miejsce. Wybaczą mi ucieczkę. Nie mają wyjścia. Dość już chyba rozmawiamy. Przyprowadźcie tu Rię. Wolałabym nie wchodzić do miasta.

Rodzeństwo raz jeszcze wymienia się spojrzeniami. W końcu kiwają sobie głowami i ruszają ku niezbyt odległym bramom.

 

*

 

Powoli zacznie zapadać zmierzch, ale deszcz jeszcze nie zaśnie. Nieustanne chmury sprawią, że zapanuje mrok większy niż zazwyczaj o tej porze. W mieście zapalą się świetlikowe latarnie, by rozjaśnić drogę ostatnim przechodniom.

Robert z Rią, nie przejmując się deszczem, wyjdą z mieszkania Damiana po spotkaniu z przyjaciółmi. Dziewczyna odbiegnie kawałek i wystawi twarz prosto na chłodne krople. Zaśmieje się. Robert uśmiechnie się z miłością do tej wariatki. Podejdzie bliżej, po czym założy jej kaptur na głowę.

– Chodź, musimy iść – powie.

Ria pocałuje go przelotnie w usta, a on ujmie jej dłoń, na której – mimo deszczu oraz półmroku – połyskiwać będzie srebrny pierścień stylizowany na smoka. Razem ruszą poprzez ciemne ulice. Mimo nieustannego szumu deszczu dobiegną do nich zbliżające się głosy. Wkrótce zza zakrętu wyłoni się niewielka grupka chłopaków.

– Ej, mała! – zawoła jeden z nich. – Chodź tu do nas.

Robert obejmie Rię ramieniem, starając się jednak nie prowokować tamtych za bardzo. Po co wdawać się w bójkę z pijaną bandą?

– Ej! Mnie się nie ignoruje! – oburzy się chłopak, gdy Ria nijak nie zareaguje na jego odzywkę. – Mówiłem, że masz tu podejść!

Machnie ręką, mamrocąc coś niewyraźnie. Robert nie zdąży złapać dziewczyny, gdy tę nagle coś wyszarpnie z jego uścisku. Ria ze zduszonym krzykiem bólu i zaskoczenia upadnie na stary asfalt. Reszta grupki zarechocze rozbawiona. Chłopak przyciągnie dziewczynę bliżej, jedynie poruszając ręką. Cholerna magia.

– Zostaw ją w spokoju! – warknie Robert ostrzegawczo.

Młody mag schyli się nie do końca sprawnie, bo alkohol ograniczy jego zdolność równowagi. Złapie Rię za brodę i skieruje jej twarz w swoją stronę.

– To co, mała? Wybierzesz się gdzieś z nami? – zapyta, wzbudzając śmiech kolegów.

Dziewczyna splunie na niego, po czym trzaśnie otwartą dłonią w twarz. Mag zatoczy się do tyłu, wykonując jakieś gesty dłońmi. Jego usta także się poruszą, lecz szum kropel zagłuszy słowa. Rię poderwie gwałtownie i ciśnie o ścianę. Robert bez namysłu uderzy maga pięścią w twarz. Ten zatoczy się i lekko ogłuszony upadnie na ulicę. Niemal natychmiast w dłoni innego z grupy pojawi się skrząca, ledwie widoczna kula energii.

– Teraz klękniesz i poprosisz o wybaczenie – nakaże bełkotliwie. – A twoja panienka pójdzie z nami i także bardzo ładnie poprosi o wybaczenie.

Pierwszy mag podniesie się, krzywiąc z bólu. Również wytworzy kulę energii.

– Nie ma mowy – wycedzi Robert.

Gniew wygra w nim ze strachem.

– Robert, nie. Daj spokój! – zawoła Ria lękliwie. – To nie ma sensu!

Wstanie chwiejnie, a mężczyzna zauważy krew na jej skroni spływającą wraz z kroplami deszczu. Miałby się ukorzyć przed tymi bydlakami i oddać im Rię? Wiadomo, jaki los by jej zgotowali. Robert zaciśnie zęby. Ich czwórka, on jeden. Nieważne.

Błyskawicznie pochyli się i podetnie nogi temu, który kazał mu klęknąć. Kula energii osmali asfalt. Pierwszy mag natychmiast rzuci swoja kulę, lecz Robert uchyli się. Trafi go pięścią w brzuch. Kolejnych dwóch, najmniej trzeźwych, znokautuje celnymi ciosami.

– Uciekaj, Ria! – zawoła.

Dziewczyna zerwie się do biegu, choć będzie się lekko zataczać po mocnym uderzeniu w głowę. Robert złapie ją za rękę i pociągnie za sobą. Pomkną razem ku najbliższemu zakrętowi.

Kątem oka mężczyzna dostrzeże lecącą kulę energii rozpryskującą krople – na tyle potężną, by wręcz świeciła. Bez namysłu odepchnie Rię, ale nie zdąży już uratować siebie. Zabójcza kula trafi go prosto w pierś.

 

*

 

Robert porywa uzdrowioną Rię w objęcia. Obsypuje jej twarz pocałunkami, a ona zarzuca mu ręce na szyję. Monika patrzy na nich, śmiejąc się ze łzami ulgi i radości.

Elena staje nieco dalej, ale nie odwraca wzroku. Widzi wiele, więcej niż rzeczywiście się zdarzy. Nie chce tego pamiętać. Pragnie widzieć tylko tę chwilę tutaj. Tylko to.

Koniec

Komentarze

Interesująca koncepcja.

Z początku irytowały mnie fragmenty z narracją w czasie przyszłym, ale przestały, gdy zrozumiałam, o co chodzi. Naprawdę ciekawy pomysł i dobrze rozegrany.

Napisane poprawnie, chociaż bez tego tajemniczego “czegoś”, co kazałoby obgryzać paznokcie i z niecierpliwością czytać dalej. Ale ogólnie tekst bardzo na plus.

Babska logika rządzi!

Świetne!

Oryginalny świat, dobra konstrukcja, plastyczne sceny (pegazy!), dojrzała narracja. Językowo bez większych zarzutów: jedna literówka (zanim przypomnieli są), w pierwszym rozdziale brakuje kilku przecinków, później już nie rzucało się w oczy. Dziwnie brzmi fraza: “piętrzącą się więzienną wieżę jarzącą się…”.

Zdecydowanie klikam!

Dziękuję bardzo za komentarze. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Wam do gustu :)

cobold, dzięki także za wskazanie tych drobiazgów, już poprawiłam.

Cała przyjemność po mojej stronie.

Bez siękozy lepiej, ale w tym zdaniu chodziło mi głównie o brzmienie ( zbitka rzą-żę-rzą – jakaś taka rzężąca) – choć może to już takie moje prywatne zboczenie, że chciałbym, aby pierwsze zdania opowiadania wchodziły jak muzyka.

Pomysł nietuzinkowy, a opowieść zajmująca i napisana całkiem nieźle.

Co prawda gubiłam się nieco, nim poukładałam sobie sceny rozgrywające się w różnej kolejności, ale na koniec prawie wszystko złożyło się całość. Prawie, bo nie wiem, co zapowiada pierwsza scena, a postać Eleny wydaje mi się ukazana zbyt pobieżnie i jakby przypadkiem.

Co się stało z pegazami?

Przyjemność z lektury byłaby większa, gdyby nie usterki i nie najlepsza interpunkcja.  

 

Tym, co na pla­ka­cie naj­bar­dziej zga­dza­ło się z rze­czy­wi­sto­ścią, była kula ener­gii w dło­niach, lecz także i ona zo­sta­ła prze­kła­ma­na. – Ze zdania wynika, że przekłamana została kula energii, a podejrzewam, że przekłamana miała być rzeczywistość.

 

Tak na­praw­dę wcale nie miały wy­ra­zi­stej barwy.Tak na­praw­dę wcale nie miała wy­ra­zi­stej barwy.

 

Wręcz prze­ciw­nie, do­strze­że­nie ich w świe­tle z re­gu­ły do­star­cza­ło pew­nych pro­ble­mów prze­zwy­cię­ża­nych przez do­świad­cze­nie. – Czym jest światło z reguły? ;-)

Pewnie miało być: Wręcz prze­ciw­nie, do­strze­że­nie ich w świe­tle, z re­gu­ły do­star­cza­ło pew­nych pro­ble­mów prze­zwy­cię­ża­nych przez do­świad­cze­nie.

 

Po­strzę­pio­ne bo­jów­ki oraz wy­tar­ta kurt­ka no­si­ły ślady dłu­gie­go uży­cia. – Raczej: …no­si­ły ślady dłu­gie­go uży­wania.

Użycie sugeruje, że korzystano z czegoś jednorazowo.

 

– Co tu ro­bisz? – spró­bo­wał od innej stro­ny.– Co tu ro­bisz? – Spró­bo­wał od innej stro­ny.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

po ich twa­rzach spły­wał pot, ale wciąż wy­mie­nia­ły się cio­sa­mi. – …po ich twa­rzach spły­wał pot, ale wciąż wy­mie­nia­ły cio­sy.

 

Mo­ni­ka jest pod wra­że­niem opa­no­wa­nia swo­je­go brata. – Zbędny zaimek. Wiemy, że to jej brat.

 

Na­zy­wam się Ad­rian­na, nie Ria.Mam na imię Ad­rian­na, nie Ria.

 

na jej twa­rzy za­go­ścił znów ten smut­no we­so­ły uśmiech. – …na jej twa­rzy za­go­ścił znów ten smut­no-we­so­ły uśmiech.

 

– To jest Ria. – Wska­zał na swoją to­wa­rzysz­kę. – Wystarczy: – To jest Ria. – Wska­zał swoją to­wa­rzysz­kę.

 

Prze­mie­rza­li puste ko­ry­ta­rze, uwa­ża­jąc, by ni­cze­go do­tknąć. – Pewnie miało być: Prze­mie­rza­li puste ko­ry­ta­rze, uwa­ża­jąc, by ni­cze­go nie do­tknąć.

 

Przez drzwi z ja­sne­ drew­na wy­szli do roz­le­głych ogro­dów. – Do ilu ogrodów można wyjść jednocześnie?

 

Nieco dalej pasły się dwa śnież­no­bia­łe pe­ga­zy cel ich wła­ma­nia. Pre­zen­to­wa­ły się osza­ła­mia­ją­co – do­stoj­ne, o sier­ści nie­zna­ją­cej brudu i z dwoma rów­nie bia­ły­mi skrzy­dła­mi, obec­nie zło­żo­ny­mi. – Czy dwa pegazy miały tylko dwa skrzydła? ;-)

 

Pra­gnę­ła po pro­stu po­zba­wić księż­nicz­ki tego, czego naj­bar­dziej ko­cha­ła – swo­ich pe­ga­zów. – Ile było księżniczek? Czy można kochać czegoś? Ze zdania wynika, że pegazy należały do Martyny.

Winno być: Pra­gnę­ła po pro­stu po­zba­wić księż­nicz­kę tego, co naj­bar­dziej ko­cha­ła – jej pe­ga­zów.

 

ina­czej nie prze­tną wię­zów trzy­ma­ją­cych nie­zwy­kłe konie na uwię­zi. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Zwie­rzę za­rża­ło de­li­kat­nie, a zaraz roz­ło­ży­ło pie­rza­ste skrzy­dła. – Raczej: Zwie­rzę za­rża­ło de­li­kat­nie i zaraz roz­ło­ży­ło pie­rza­ste skrzy­dła.

 

Wkrót­ce oba wierz­chow­ce wzię­ły roz­pęd i wznio­sły się w po­wie­trze. Ro­ber­to­wi za­par­ło dech w pier­siach. Pęd po­wie­trza zmu­sił go… – Powtórzenie. Zrezygnowałabym z pierwszego powietrza, bo pegazy mogły się wznieść w nic innego.

Proponuję: Wkrót­ce oba wierz­chow­ce wzię­ły roz­pęd, wznio­sły się, a Ro­ber­to­wi za­par­ło dech w pier­siach. Pęd po­wie­trza zmu­sił go

 

Na krót­ki mo­ment roz­ło­ży­ła ręce. – Masło maślane. Moment jest krótki z definicji.

Wystarczy: Na mo­ment roz­ło­ży­ła ręce.

 

Ro­bert wzru­sza ra­mio­na­mi i znów rusza w stro­nę mia­sta. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Na ustach Eleny błąka się ten smut­no we­so­ły uśmiech.Na ustach Eleny błąka się ten smut­no-we­so­ły uśmiech.

 

– Skąd w ogóle wiesz o tym, co stało się z Rią? Nie mó­wi­łem ci o tym! – Czy to celowe powtórzenie?

Może wystarczy: – Skąd w ogóle wiesz, co stało się z Rią? Nie mó­wi­łem ci o tym!

 

W mie­ście za­pa­lą się świe­tli­ko­we la­tar­nie, by oświe­tlić drogę ostat­nim prze­chod­niom. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: W mie­ście za­pa­lą się świe­tli­ko­we la­tar­nie, by wskazać drogę ostat­nim prze­chod­niom.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, regulatorzy. Pierwsza scena, podobnie jak pozostałe rozgrywające się w przyszłości, są wizją tego, co może się zdarzyć – w tym wypadku, zanim Robert dowiedział się, że Ria żyje i jest “wolna”. Elena jest tylko obserwatorem wydarzeń, a choć narracja jest trzecioosobowa, niejako widzimy to, co ona widzi. A pegazy… cóż… wróciły raczej do niewoli.

Poprawiłam wskazane przez Ciebie błędy, ale z pierwszymi dwoma się nie zgadzam, chyba mylnie zrozumiałaś to, co chciałam przekazać.

Tym, co na plakacie najbardziej zgadzało się z rzeczywistością, była kula energii w dłoniach, lecz także i ona została przekłamana. – Ze zdania wynika, że przekłamana została kula energii, a podejrzewam, że przekłamana miała być rzeczywistość.

Tak jak ze zdania wynika, chodziło mi o to, że przekłamana została kula energii. Na plakacie jest wyrazista podczas, gdy w rzeczywistości kule energii są słabo widoczne.

Tak naprawdę wcale nie miały wyrazistej barwy.Tak naprawdę wcale nie miała wyrazistej barwy.

Ta na plakacie miała wyrazistą barwę, ale ogólnie, w rzeczywistości kule energii nie miały wyrazistej barwy. Stąd liczba mnoga.

Istotnie, Anelis, odczytałam te zdania niezgodnie z Twoimi intencjami. Dziękuję za wyjaśnienia. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawa perspektywa narracyjna i oryginalny pomysł. Trochę mnie nie przekonał opis uczuć łączących Rię i Roberta – zbyt dziecinna ta ich ‘miłość’ jak na okoliczności, w których się znaleźli i taka trochę na siłę. Niemniej pomysł na świat i fabułę zasługuje na klika :)

Dzięki :) Chciałam, żeby ich miłość była takim bardzo jasnym punktem w tym ponurym świecie, ale może trochę przesadziłam. Zwrócę na to uwagę.

Nowa Fantastyka