- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - Wpuść mnie

Wpuść mnie

Opowiadanie to jest częścią większej całości, ale starałam się, żeby mogło istnieć również samodzielnie. Nie wiem, czy nadaje się do tego konkursu, ale sympatyczny temat fobii zainspirował mnie do jego napisania, dlatego postanowiłam wystartować z nim tak czy siak.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy III

Oceny

Wpuść mnie

Choć nigdy nikomu nie przyznałby się do tego, Siriban Meirelles nienawidził żółtodziobów, których co kilka lat ściągano do Twierdzy. Wielu nie miało nie tylko żadnego pojęcia o magii, ale i nawet samej mocy nie posiadali wystarczająco dużo, aby wypełnić naparstek. Jak na złość właśnie został asystentem Benlara Issresa, który zajmował się przygotowywaniem młodych czarodziejów do dalszej nauki.

Jego nienawiść brała się z głębokiego przeświadczenia o własnej wyższości. Miał przecież prawo uważać się za lepszego od nich – małych przestraszonych chłopców, którzy dopiero co wyrośli z pieluch.

Nigdy nie spodziewał się, że jeden z tych bachorów zaskoczy go czymkolwiek poza głupotą.

A jednak.

Issres jak sparaliżowany stał w drzwiach pokoju, a na jego twarzy malowało się coraz większe przerażenie. Siriban nie do końca rozumiał, w czym tkwił problem, głównie dlatego, że mistrz zasłaniał mu pomieszczenie.

– Mistrzu? – zapytał ostrożnie.

Mężczyzna drgnął, zupełnie jakby wyrwał go z głębokiego odrętwienia. Pokręcił z niedowierzaniem głową i wyszeptał:

– Tylko nie to… Dlaczego znów do tego doszło?

Młodszy czarodziej westchnął z rezygnacją i odsunął Issresa nieco brutalnie na bok, po czym wszedł do pokoju.

Maleńka sypialnia niewiele różniła się od pozostałych, które tego dnia odwiedzili. Wąskie łóżko, regał, biurko i strzeliste okno. Wyróżniał ją jedynie fakt, że zamiast jednego chłopca znajdowało się tam dwóch.

Albo raczej: jeden chłopiec i jedna dziwnie mglista istota, która chciała być człowiekiem, ale bardziej przypominała humanoidalną skrzydlatą jaszczurkę. Oboje byli tak zajęci tkaniem sieci zaklęć z przędzy magii, że zupełnie nie zwrócili uwagi na Siribana.

– Mevric? – zapytał, wygrzebując z pamięci imię chłopca.

Malec zwrócił spojrzenie w jego stronę. Wyglądał na siedem, może osiem lat, ale  niezwykle inteligentne oczy sugerowały, że był znacznie starszy.

– Czy zrobiliśmy coś nie tak? – zapytał, a mglista istota przysunęła się bliżej niego, jakby bała się Meirellesa.

„My”? zdziwił się Siriban. Czyżby chłopiec cierpiał na rozdwojenie osobowości, a magia starała się złagodzić przebieg choroby? Kątem oka spojrzał na Issresa. Nie, w tym wszystkim tkwiło coś więcej.

– Nie, oczywiście, że nie – zapewnił malucha, uśmiechając się do niego ciepło i głaszcząc go po miękkich kasztanowych włosach. – Po prostu…

– Musisz natychmiast udać się z nami do komnaty oczyszczenia – zakomenderował Issres. Najwyraźniej odzyskał już panowanie nad sobą, bo wpadł do pokoju i chwycił Mevrica gwałtownie za ramię.

– Czy mój przyjaciel może iść z nami? – zapytał nieśmiało chłopiec, zaskoczony tak brutalnym zachowaniem mistrza.

Benlar spojrzał ze zrodzoną ze strachu odrazą na niezwykły wytwór magii.

– To bez różnicy.

Chłopczyk dreptał za nimi grzecznie, starając się trzymać jak najbliżej Siribana. Cały czas trzymał za łapkę przerośniętą jaszczurkę. Dziwne stworzonko co chwilę szeptało coś Mevricowi na ucho, na co ten kiwał jedynie główką.

Siriban nie musiał znać się na dzieciach, żeby wiedzieć, że malec był śmiertelnie przerażony. Ta sytuacja zbyt odbiegała od tego, co mu obiecywano, gdy opuszczał rodzinny dom. Doskonale pamiętał, jak sam się bał. Chciał go jakoś pocieszyć, powiedzieć mu cokolwiek, co mogłoby podnieść go na duchu.

Problem polegał na tym, że nie potrafił. Nie miał absolutnie żadnego pojęcia, co właściwie się działo.

Jako jeden z najsilniejszych magów swojego stulecia musiał się pozbywać nadmiaru mocy przynajmniej raz w tygodniu. Dzięki temu doskonale znał rytuał oczyszczenia. W jaki sposób miał on jednak pomóc temu chłopcu?

Ogromny kryształ, od wieków gromadzący magię, zawieszony był ponad posadzką i migotał feerią barw. Siriban wielokrotnie zastanawiał się, co mistrzowie robią z taką ilością mocy, ale w tym momencie jego głowę zaprzątał zupełnie inny problem.

Issres ponownie złapał chłopca za rękę i przyciągnął go siłą do jednego z podestów, na których można było dokonać oczyszczenia. Ten wyposażony był jednak dodatkowo w łańcuch i kajdany z grubej skóry. Z każdą chwilą Meirellesowi coraz mniej się to wszystko podobało.

– Mistrzu, czy to na pewno bezpieczne? – zapytał, gdy Benlar zacisnął kajdany na drobnych nadgarstkach i kostkach Mevrica. Oczy chłopczyka nabiegły łzami, a jego bródka zaczęła drżeć od tłumionego płaczu. Stwór syknął ostrzegawczo na mistrza, ale nie przyniosło to większego skutku.

– To nigdy nie jest bezpieczne – odparł Issres, odsuwając się od chłopca. Na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiej satysfakcji, zupełnie jakby właśnie udało mu się pozbyć potwora ze swoich najgorszych koszmarów. – Ale tylko dzięki temu możemy uchronić świat przed zniszczeniem.

Nim Siriban zdążył przemyśleć te słowa, Benlar wysłał w kierunku chłopca silną nić magii, która połączyła go bezpośrednio z kryształem.

Nie miał żadnego wpływu na to, co stało się później.

Porażony nagłym skurczem jaszczur runął na ziemię, wijąc się w konwulsjach. Chłopiec upadł na kolana i zawył z bólu. Siriban chciał podbiec do niego i jakoś mu pomóc, ale Issres zagrodził mu drogę.

Krzyki przeszły w rozpaczliwe łkanie, w którym mały Mevric zamknął całą swoją bezsilność. Bez względu na to, jak bardzo się szarpał, jak mocno ciągnął za wyłamane ze stawów ramiona, jak silnie bił głową o posadzkę – nie mógł zatrzymać strumienia uciekającej z niego magii.

Nie mógł więc również ocalić swojego przyjaciela.

*

– Witaj, Mevricu. Jak się dziś czujesz? – zapytał ciepło Siriban, podchodząc do siedzącego na łóżku chłopca.

Malec nie odpowiedział. Nie zwrócił nawet twarzy w jego stronę. Uparcie wpatrywał się w czyste błękitne niebo za oknem. Cokolwiek na nim widział, nie budziło to jego zachwytu, ale głęboki lęk, którego nie potrafił ukryć.

Trwał w tym dziwnym stanie od śmierci stworka. Czymkolwiek była ta istota, chroniła chłopca przed tym, co teraz nie pozwalało mu żyć.

Meirelles usiadł ostrożnie na brzegu łóżka i nieśmiało oparł dłoń na ramieniu Mevrica. Ten gwałtownie obrócił się w jego stronę, a z jego oczu biło skrajnie przerażenie. Swoim drobnym paluszkiem wskazał na niebo za oknem.

– To tam jest! – krzyknął.

– Przykro mi, ale nie wiem, o czym mówisz.

Wszystkie próby zrozumienia, co miał na myśli, kończyły się zawsze niepowodzeniem. Bez względu na to, czego brakowało Siribanowi, wiedzy czy doświadczenia, nie mógł odnaleźć nawet jednego punktu zaczepienia, który wskazałby mu właściwą drogę.

– To taka klatka – Mevric po raz kolejny próbował wytłumaczyć swojemu jedynemu przyjacielowi, czym było źródło jego strachu. – Tylko dużo, dużo większa. I na odwrót. My jesteśmy w środku, ale one nie mogą wejść. Dlatego zabija i nas, i je.

– Kto nas zabija? One?

– Nie, nie, nie! – zirytował się chłopiec, bijąc piąstkami w kołdrę.

Gdy tylko się opanował, znów wbił wzrok w niebo. Rozmowa była skończona. To nie jego wina, że nie potrafił tego ubrać w słowa, które Siriban mógłby zrozumieć. Mógł jedynie próbować wyobrazić sobie, co czuł Mevric, dzień w dzień patrząc prosto w oczy swojej śmierci.

Meirelles rozumiał natomiast, że wszystko zaczęło się od strachu, jaki wzbudził w Issresie mały stworek.

Czym była ta istotka? Mistrzowie wiele razy przestrzegali go przed nadawaniem magii formy żywego stworzenia, ale dlaczego Issres tak bardzo przeraził się na widok magicznej jaszczurki? Niby w jaki sposób coś tak maleńkiego miało zniszczyć świat? Czyżby naruszało to fundamentalne ograniczenia nałożone na czarodziejów, aby nie mogli nadużyć mocy?

Tamtego dnia jeden świat z pewnością został zniszczony. I był to świat niewinnego dziecka.

*

Siriban nie miał pewności, czy to dobry pomysł, ale nic innego mu nie pozostawało. Biorąc pod uwagę jak umęczony był Mevric, to zaklęcie mogło uratować mu życie. Jeśli zrozumie, skąd brał się strach chłopca, będzie mógł pomóc mu się go pozbyć.

Śnieg trzeszczał głośno pod podeszwami jego butów a iskierki mrozu skrzyły się w powietrzu. Wiedział, że o tak późnej porze ogród będzie pusty, dlatego postanowił właśnie tam rzucić zaklęcie. Otrzepał z zimnego puchu ławeczkę w altance i usiadł, zupełnie ignorując przeszywający mróz. Zamknął oczy i zaczął tkać.

Znalezienie właściwego rytmu przyszło mu z łatwością. Już po chwili mógł skierować gotowe zaklęcie w stronę pogrążonego w niespokojnym śnie Mevrica.

Jeden dotyk jego umysłu, nic więcej. Tylko rzuci okiem na tę „klatkę”…

Szybko dotarło do niego, że zadanie go przerasta.

Nie nazwałby tej bariery klatką, ale błyskawicznie pojął, co miał na myśli Mevric. Gruba warstwa ciasno utkanej magii oddzielała cały ich świat od… Czym one właściwie były? Ich kanciaste łby wieńczyły finezyjnie powyginane rogi, wielkie skrzydła łopotały gniewnie, z uzbrojonych w ostre kły szczęk tryskały strumienie ognia. Wielkimi łapami próbowały rozszarpać magiczną zaporę, która zamiast im ustąpić, jedynie coraz bardziej je raniła.

Mevric nigdy nie bał się ich, tylko o nie.

Nagle Siriban zrozumiał, czym w rzeczywistości był stworek i dlaczego po jego stracie chłopiec czekał już tylko na śmierć.

Para rażących chłodem błękitnych oczu wpatrywała się w niego z wyczekiwaniem. Odnalazł w nich drugą połowę samego siebie. Serce zabiło mu mocniej, gdy zrozumiał, że już nigdy nie będzie sam.

– Wpuść mnie – jęknął smok, a potem cały świat spowiła ciemność.

*

Nim jeszcze zdążył się obudzić, wiedział, że wydarzyło się coś bardzo złego. Powoli uchylił powieki i jego spojrzenie padło na chmurne oblicze mistrza Issresa.

– Mevric…? – zapytał słabym głosem.

– Na twoim miejscu martwiłbym się bardziej o siebie. Jakiekolwiek zaklęcie próbowałeś rzucić na tym mrozie… Ach, zresztą sam zobacz – westchnął Issres i podał mu lusterko.

Siriban spojrzał na swoje odbicie. Jego włosy stały się zupełnie białe, a oczy chłodne zupełnie jak u jego smoka. Uśmiechnął się mimowolnie.

– Co z Mevrikiem? – powtórzył z uporem.

– Nie żyje.

Zacisnął dłonie na kołdrze. Tej śmierci można było zapobiec, ale Issres o tym nie wiedział.

Nigdy nie zrozumie, że Mevric umarł już tego dnia, gdy zabijali drugą połowę jego duszy.

Koniec

Komentarze

.

 

(Jest widoczny tylko jeden komentarz – ten o usuwaniu komentarzy^^ – choć w informacji jest ich piętnaście, tak, że luzik. Może po prosty Ty, bemik, widziałaś wszystkie, bo byłaś betującą?)

 

(Peace!)

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A może, bo już się wystraszyłam. Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Swoje już usunęłam.

Bemik – Ty się wystraszyłaś? To ja tu nagle znajduję jakąś słowną układankę z komentarzy! xD

Nie wiem dlaczego te komentarze zostały, ale skoro ich nie widać to trudno, mogło być gorzej.

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Bo to jest Lycoris taki cud natury – tamte komentarze widzimy tylko my dwie (Ty – Autorka, ja – beta). Ale ja sądziłam, że te nasze słowne przepychanki widzą wszyscy, dlatego zrobiłam akcję usuwania treści. Nie mogłam zaś usunąć całych komentarzy, musiało zostać przynajmniej jedno słowo, dlatego zrobiłam tę układankę.

 

Jezu, jaka ja jestem tępa, zamiast <edytuj>, wciśnij <usuń> i będzie, głupia babo, po sprawie.

Lycoris, przepraszam za całe zamieszanie. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo intrygująca i świetnie wykreowana koncepcja. Smok jako druga połowa duszy – nieźle rozkminione. Trzymało w napięciu do samego końca.  Spodobała mi się też wizja magii bardziej jako jakiejś siły na którą się kształtu i na której się operuje.

 

Śnieg trzeszczał głośno pod podeszwami jego butów, a iskierki mrozu skrzyły się w powietrzu.

Przecinek.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ciekawy tekst.

Spodobało mi się powiązanie ludzi ze smokami, jako ciało i dusza, dwie połowy, które tylko razem tworzą jedność.

 

Choć zawiele poza tym się tutaj nie dzieje. Fragment czuć w tym wyraźnie.

 

Tekst oceniam na 6.

 

Gwiazdek 3, góra 4.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Jest jakaś koncepcja, chociaż dużo elementów już gdzieś wcześniej było. Trochę miałam wrażenie, że to część większej całości i Autorka domniemywa lepszą znajomość świata. Ale może tylko tak mi się wydawało.

Tekst oceniam na 5.

Babska logika rządzi!

Autorka uważa, że tekst, mimo że jest tylko fragmentem, można potraktować jako odrębny byt. Mnie się wydaje, że ograniczenie opowieści do przedstawienia chłopca o smoczej duszy i jego niemal natychmiastowa śmierć, to trochę mało. Coś zostało zasygnalizowane, ale niewiele opowiedziane. Pozostał spory niedosyt.

 

Tekst oceniam na 5.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst sprawia wrażenie nieco oderwanego od całości. Ogólnie przyjemnie się czytało, ale jak dla mnie za mało wyjaśnia o co chodzi. Wydaje mi się, że gdyby forma była bardziej rozbudowana mógłby być interesującym pomysłem na Dragonezę, a tak wyszło nieco po łebkach.

 

Sam pomysł, o połączonej ze smokiem duszy, bardzo mi się podobał. :)

EDIT: Zapomniałam o ocenie.

 

Tekst oceniam na 6.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Całkiem fajny pomysł. Miło się czytało.

 

Trochę mi nie pasuje początek. Piszesz, jak to bohater nie lubił żółtodziobów i przyklejasz mu inne negatywne cechy, a w opowiadaniu wychodzi z niego osoba do rany przyłóż. Szybka metamorfoza?

 

trzymać jak najbliżej Siribana. Cały czas trzymał – powtórzenie

Biorąc pod uwagę, jak umęczony był Me – przecinek

 

Tekst oceniam na 6.

Przeczytałem. Komentarz po zakończeniu konkursu.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Nie jestem obiektywny – mam alergię na magię, czarodziejów i smoki; gdyby jeszcze gdzieś w tym opowiadaniu wyskoczył elf, to miałbym poważy problem, by doczytać do końca :P – dlatego postanowiłem oceniać jedynie pod kątem konkursowym i, niestety, imo tekst nie spełnia założeń. Mówi o strachu, owszem, lecz ten związany jest z faktycznym zagrożeniem, podczas gdy fobie cechuje strach irracjonalny: wywoływane są przez sytuacje bądź obiekty, które w praktyce nie są niebezpieczne dla osoby odczuwającej wobec nich lęk.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Fajne. Pomysł na dzielenie duszy ze smokiem, skojarzył mi się z “Ostatnim Lordem Smokiem”, niejakiej Joanne Bertin – bardziej romansidłem niż fantasy, ale za to bardzo przyjemnym w odbiorze. Obie historie oczywiście nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, ale skojarzenie, mimo wszystko, pozostało. I za to maleńki plusik. Kolejny za pomysł i wykonanie – zapowiada się naprawdę ciekawa historia.

Były tam gdzieś jakieś potknięcia techniczne, o ile pamięć mnie nie zawodzi, ale to raczej nieistotne. Jedno co mnie naprawdę nieprzyjemnie szturchnęło, to niekonsekwencja podczas kreowania postaci Siribana. Na początku dowiadujemy się, że mag nienawidzi żółtodziobów, jest nimi zmęczony i przekonany o swojej nad nimi wyższości. Mamy więc aroganckiego buraka, do którego z marszu nastawiasz nas wrogo. A co najmniej nieprzychylnie. Ot, taki typowy Snape. A zaraz potem, kiedy zaczyna się właściwa akcja, nagle dowiadujemy się, że jest on wrażliwym, dobrym człowiekiem i tak naprawdę jedynym przyjacielem żółtodzioba, którym zrazu pogardzał. Nie ma tu żadnego “przejścia”, zmiana jest nagła i niczym nieuzasadniona. Tym bardziej, że jako zapatrzony w siebie dupek, przekonany o swojej wyższości nad innymi, gość powinien czuć raczej zawiść względem Mevric‘a i jego dziwnej mocy, a nie sympatię i współczucie.

Poza tym brak mi tu fobii. Takiej prawdziwej, rzetelnej fobii.

 

Peace!

 

Tekst oceniam na 5.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fobia – jakiś zarys jest, chociaż uznaję trochę „na siłę”.

Fantastyka – jest, tu nie ma w ogóle wątpliwości.

 

Uwagi ogólne: ciekawy pomysł, tekst jest dobrze napisany, czytało się go lekko i przyjemnie. Aż by się chciało poczytać więcej :) Tak więc cieszę się, że jest częścią większego „tworu”. Jedyne, co mi zgrzytało, to początkowe przedstawienie Siribana jako takiego trochę antyspołecznego, niezbyt wrażliwego typa, a późniejsze jego zachowanie.

 

Tekst oceniam na 6.

Lycoris.Caldwelli – Podobał mi się ten tekst. Koncepcja, wykonanie też niezłe. Tylko że za bardzo nie dostrzegam tej fobii, strachu. Chodzi o chłopca, który stracił tę duszę? Hm, nie do końca mi to gra z założeniami konkursu. 6/10

Mee!

Pomysłowe i poruszające. Podobał mi się zarówno pomysł na tekst, jak i wykonanie – szczególnie kreacja postaci zarówno dziecka, jak i maga Siribana.

Bardzo ładna, choć smutna historia, zwłaszcza dla kogoś, kto jak ja bardzo lubi smoki…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka