- Opowiadanie: Marianna - Sabotaż

Sabotaż

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Sabotaż

 

1.

 

Pomieszczenie, w którym kazano jej czekać, było za wysokie, a światło, bez przeszkód buchające zza szyb, zbyt jasne. Blask odbitego od śniegu słońca drażnił i zmuszał do nieustannego mrużenia oczu. Obróciła się plecami do okna i oparta o parapet, skupiła wzrok na obrzydliwym, zgniłozielonym nacieku na przeciwległej ścianie, z nudów analizując jego przebiegi i wykwity. Chyba nazywają to grzybem, przypomniała sobie ziewając po raz kolejny. Wyraźniej niż do tej pory poczuła drażniące wonie kurzu, brudu i staroci, przyprawiające o ból głowy. Ziemia cuchnie, pomyślała, a rosyjskie więzienie śmierdzi bardziej, niż cokolwiek innego.

Poczuła ulgę, gdy na korytarzu zadudniły ciężkie kroki i z trzaskiem otwarły się drzwi. Bez emocji przyglądała się, jak łysy osiłek wpycha do pokoju starego, skutego kajdankami człowieka, warcząc coś dla kobiety zupełnie niezrozumiałego. Więzień z rezygnacją usiadł na odrapanym, skrzypiącym krześle. Drewnianym, kobieta przypomniała sobie właściwe określenie. Podobne, przygotowane dla niej, stało tuż obok. Oba meble dzielił równie odpychający, pamiętający pewnie dwudziesty pierwszy wiek stół, ale postanowiła, że nie skorzysta z tych udogodnień.

Gdy strażnik zaszył się w kącie i zapalił, chrząknęła znacząco. Pusta, pozbawiona mimiki twarz Rosjanina wyrażała leniwą pogardę i nie zmieniła wyrazu nawet wtedy, gdy kobieta wykonała palcami gest gaszenia papierosa. Mężczyzna zlekceważył prośbę; zdobył się jedynie na drobny wysiłek uchylenia najbliższego okna. Zafascynowana tą prostą czynnością, kobieta zapomniała na moment o więźniu, który nie spuszczał z niej oka.

‏– Lyne! ‏– odgadł z radością stary.

Kiwnęła lekko głową.

‏– Nareszcie! ‏– Odetchnął głęboko. ‏– Czekałem…

Nie podzielała tej radości; zmarszczyła brwi i zakłopotana, odgarnęła z czoła ciemne włosy. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, a to, że jest obserwowana tak badawczo i natarczywie, zaczynało kobietę irytować. Skrępowana, obróciła się do okna i oparła dłonie o parapet, pozwalając oślepić się bezlitosnemu słońcu. Nie spodziewała się, że zostanie rozpoznana tak szybko; sama kojarzyła tego człowieka tylko ze zdjęcia w starym liście gończym, wizerunku, którego od dawna już nie przypominał. Nieliczne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa bezpowrotnie zatarł czas; zza stołu z rozrzewnieniem i czułością spoglądał na nią ktoś zupełnie obcy.

‏– Wyrosłaś ‏– zauważył z podziwem więzień i od razu dodał: – Ale taka blada jesteś…

‏– Mieszkałam na Księżycu ‏– odezwała się w końcu ‏– a wcześniej na stacji Lagrange. Tam nie łowi się opalenizny.

Uśmiechnął się łagodnie.

‏– Opaleniznę się łapie ‏– dobrotliwie poprawił błąd, ale natychmiast bez ogródek spytał: – To dlatego nie odwiedziłaś mnie ani razu przez dwadzieścia lat?

Zjeżyła się, słysząc wyraźny wyrzut w jego słowach.

‏– Rzadko bywałam na Ziemi ‏– odparła sucho ‏– a w Rosji wcale. Może gdybyś siedział w jakimś cieplejszym kraju…

Urwała, zagryzając wargi. Obiecała sobie wcześniej, że nie będzie się tłumaczyć, nie czuła się przecież winna.

Mężczyzna niespodziewanie spokorniał.

‏– Ale teraz… to się zmieni? ‏– wyraził nadzieję.

Zaprzeczyła zdecydowanym ruchem głowy.

‏– Nie. Właściwie, przyjechałam się pożegnać. Lecę na Kur.

Więzień zmarszczył poorane głębokimi bruzdami czoło.

‏– Gdzie? ‏– spytał, zupełnie zaskoczony.

‏– Kur. To z mitologii sumeryjskiej. Druga planeta w układzie Lecaille 8760. Wyprawa "Brasilii". Twarz starego spochmurniała jeszcze bardziej; pomarszczoną, suchą dłonią pogładził rzadkie kępki włosów na czaszce.

‏– Naprawdę nie słyszałeś? Nie macie tu telewizji? ‏– Obróciła się, oburzona, że wyróżnienie, jakie ją spotkało, nie wywiera odpowiedniego wrażenia.

‏– Nie ‏– odparł krótko mężczyzna.

Lyne oderwała się od parapetu i usiadła naprzeciwko więźnia, zapominając o uprzedniej awersji do wysłużonego krzesła.

‏– Pierwsza załogowa wyprawa międzygwiezdna. Badania jedynej dotąd planety, na której znaleziono życie pozasolarne.

Stary uniósł brwi.

‏– Czyli… zostałaś naukowcem, Lyne?

‏– Niezupełnie. Studiowałam psychologię, ale w wyprawie biorę udział z ramienia Centropolu ‏– wyznała szczerze.

‏– Co? ‏– krzyknął, napiął wszystkie mięśnie i już chciał poderwać się z miejsca, ale jedno ostrzegawcze burknięcie Rosjanina z kąta sprawiło, że spotulniał i ukrył głowę w ramionach.

‏– Dlaczego? ‏– spytał z rozpaczą.

Centropol uosabiał wszystko, z czym niegdyś walczył. Lyne przyrzekła sobie, że będzie unikać tego tematu, ale teraz, zamiast zbyć rozmówcę pierwszą lepszą zdawkową odpowiedzią, wypaliła:

‏– Zastanów się, jaką przyszłość ma przed sobą dziecko terrorysty? Pewnie wolałbyś, żebym poszła w twoje ślady, ale brzydzę się mordowaniem!

Więzień wyraźnie posmutniał.

‏– Nic nie rozumiesz ‏– wyszeptał. ‏– Walczyłem o sprawiedliwość…

Młoda kobieta przewróciła oczami.

‏– Tylko bez patosu, tato. Liczyłeś kiedyś, ilu ludzi przez ciebie zginęło?

Spojrzał na córkę z mieszaniną przestrachu i odrazy.

‏– Ja policzyłam. Sześćdziesięciu ośmiu ‏– wyrecytowała, wstając ‏– w tym moja matka. Sześćdziesięciu ośmiu ‏– powtórzyła z naciskiem. ‏– To tylu, ilu liczy załoga "Brasilii"…

Więźniowi nie starczyło słów, by odeprzeć ten zarzut. Lyne chrząknęła i kiwnięciem głowy przywołała strażnika. Rosjanin flegmatycznie zgasił papierosa, podszedł do więźnia i podniósł mężczyznę z krzesła, brutalnie ciągnąc za ramię. Twarz starego wyrażała już tylko żal.

‏– Ta twoja gwiazda ‏– wyjąkał, prowadzony do drzwi ‏– to daleko?

‏– Jakieś dwanaście lat świetlnych ‏– odparła. ‏– Prawie dwadzieścia lat lotu.

– To jak wyrok, Lyne ‏– zatroskał się.

‏– Tak ‏– zgodziła się ‏– i to dożywotni.

‏– Nie wrócisz stamtąd. Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz? ‏– zapytał już w progu.

Wzruszyła ramionami.

‏– Przecież nie mam do czego wracać ‏– odpowiedziała.

Strażnik wyrzucił z gardła jakieś rosyjskie przekleństwo i wypchnął starego na korytarz.

 

 

2.

 

 

Gdy tylko przekroczyła próg, mężczyźni zamilkli jak na komendę. Nie tylko to ją zaniepokoiło. Niezwykła pustka na zwykle gwarnym o tej porze mostku i wyzywające spojrzenie ojca Almeidy nie wróżyły nic dobrego. To nie będzie kolejne nudne zebranie zwołane przez kapitana, zrozumiała.

‏– Powinnaś coś zobaczyć ‏– powiedział Luiz Silva na powitanie i ruchem głowy wskazał wyświetlony nad pulpitem nawigatora obraz. ‏– Poznajesz?

Podeszła bliżej i omijając wzrokiem swobodnie rozpartego w fotelu dowódcę, skupiła całą uwagę na zdjęciu.

‏– Wygląda jak zmodyfikowany chiński transportowiec ‏– stwierdziła po namyśle. ‏– Gdzie zrobiono to zdjęcie?

‏– Tutaj. Na orbicie Kur ‏– padła krótka odpowiedź.

Z niedowierzaniem przeniosła wzrok na kapitana. Niecierpliwie czekał na ten moment; z gracją sępa zatopił w twarzy kobiety triumfalne spojrzenie stalowoszarych oczu.

‏– Bzdura ‏– wycedziła.

‏– Bynajmniej ‏– Silva uśmiechnął się złośliwie. ‏– Wiesz coś o tym?

Trzej mężczyźni z narastającym napięciem oczekiwali na odpowiedź.

‏– Wiem tyle, co i wy ‏– odparła sucho.

‏– Akurat! ‏– niespodziewanie wybuchnął pierwszy oficer. ‏– Jesteś z Centropolu! Wszyscy tam wysługujecie się Azjatom!

Marszcząc brwi obróciła się, zaskoczona. Travis bywał złośliwy, nawet cyniczny, ale nigdy nie podnosił głosu. Ktoś musiał go nieźle nakręcić, uznała.

‏– Zgadzam się, że niektóre oddziały Centropolu za bardzo ulegają wpływom różnych ziemskich potęg, albo krajów, które za takie się uważają ‏– stwierdziła, wymownie spoglądając na urodzonego w Księżycowej Strefie Texas Travisa ‏– ale ja pracowałam w Ziemskiej Delegaturze Orbitalnej, jedynej kontrolowanej przez Amerykę. Z Państwem Środka nie mam nic wspólnego.

Dokończyła z naciskiem, z ukosa spoglądając na kapitana, który najwyraźniej nie zamierzał hamować oskarżycielskich zapędów podwładnego. Mściwy sukinsyn, pomyślała.

‏– Nie zapominajcie ‏– kontynuowała ‏– że nasz wylot przyspieszono właśnie ze względu na zainteresowanie Chińczyków Kur. Prędzej czy później i tak się tu pojawią…

‏– Nie o to chodzi! ‏– przerwał jej ojciec Almeida. ‏– To my powinniśmy powitać ich na Kur jako gospodarze, a jest dokładnie odwrotnie!

Pasja, z jaką wyrzucał z siebie każde słowo, dała Lyne do myślenia. Czyżby to kapelan był reżyserem całego przedstawienia?

‏– Zaraz, zaraz ‏– zwróciła się z niedowierzaniem do Silvy. ‏– Czy „Żółci” założyli już bazę na planecie?

‏– Nie znaleźliśmy innych śladów ich obecności ‏– przyznał flegmatycznie dowódca. ‏– Tylko ten statek.

‏– Więc nie ma powodów do paniki. ‏– Machnęła ręką. ‏– Chińczycy mieli wysyłać całą flotę małych okrętów, zamiast jednego dużego, jak my. To tylko forpoczta, standardowy statek towarowy. Zapewne zawiera tylko sprzęt. Takie nie obracają się dla uzyskania sztucznej grawitacji. Ludzie nim nie przylecieli. Jeszcze zdąży pan zostać pierwszym papieżem Kur, ojcze Almeida.

Kapelan uniósł groźnie palec zakończony zbyt długim, przywodzącym na myśl ptasi szpon paznokciem i już miał potępić Lyne za nieznajomość hierarchii kościelnej, ale ubiegł go pierwszy oficer.

‏– Tylko jak długo? ‏– zauważył Travis. ‏– Nie wystarczy, że zabrali nam prawie cały Układ Słoneczny?

– Właśnie, byłoby łatwiej, gdybyśmy wiedzieli, ile mamy czasu. ‏– Z melodyjnego głosu kapelana zniknął gniew, ale wciąż dźwięczała w nim jadowita nuta. ‏– Powiesz nam, kiedy przylecą, Lyne?

‏– Nie mam pojęcia, ale zapewne niedługo. ‏– Rozłożyła ręce Wahler, ostentacyjnie przyglądając się duchownemu spod zmrużonych powiek, po czym zwróciła się do wszystkich: – Powariowaliście? Znamy się od dwudziestu lat. Czy kiedykolwiek dałam wam jakiś dowód nielojalności?

Tym razem odpowiedziało jej pełne skrępowania milczenie. Nikt nie spieszył z odpowiedzią, więc kobieta skrzywiła się tylko z niesmakiem i powiedziała:

‏– Ta planeta jest większa od Ziemi dwa razy. Miejsca wystarczy dla wszystkich.

‏– Mówiłem wam, że będzie szła w zaparte ‏– wysyczał duchowny lodowatym tonem, a kapitan zagrzmiał:

‏– Nie leciałem tu dwadzieścia lat tylko po to, by znów kłaniać się „Żółtym”!

‏– Ojcze, jeśli tak bardzo ci ten chiński złom przeszkadza, wznieś modły. Może Bóg strąci niewiernych do otchłani? ‏– Pokręciła głową i poirytowana, usiadła na pierwszym lepszym fotelu, odwracając wzrok.

‏– No, to by się dało zrobić ‏– podchwycił pierwszy oficer.

‏– Co niby? ‏– spytała Lyne z rozdrażnieniem.

‏– Strącenie do otchłani. ‏– Travis usiadł obok i miotał czarnymi pięściami tuż przed nosem Lyne, najwyraźniej demonstrując jakiś manewr.

Machnęła ręką, odganiając pierwszego jak natrętnego owada.

‏– Jak zwykle nadgorliwy. ‏– Kapitan skrzywił usta w oszczędnym uśmiechu, wstał, poklepał podwładnego po plecach i stwierdził: ‏– Starczy na dziś, moi państwo. Rozumiecie chyba konieczność zachowania naszych ustaleń w tajemnicy? Wolę nie martwić załogi…

Mimo wyraźnej zachęty do opuszczenia mostka, Wahler nie ruszyła się z miejsca. Pożegnała wychodzących bazyliszkowym wzrokiem, założyła nogę na nogę i miarowo kiwała stopą jak do taktu niesłyszalnej melodii. Z twarzy Silvy zniknął sztuczny grymas imitujący uśmiech, wrócił na miejsce, pogładził szpakowatą brodę i chciał coś powiedzieć, ale Lyne była szybsza.

‏– Jakich ustaleń? Nie wydaje mi się, żebyśmy coś ustalili. I czemu miała służyć ta nagonka?

‏– Jaka nagonka? ‏– oburzył się.

‏– Naprawdę myślałeś, że wiem więcej niż ty? ‏– spytała z wyrzutem.

Zaprzeczył wyjątkowo nieprzekonująco.

‏– Nie? Więc po prostu lubisz gnoić ludzi, Luiz ‏– orzekła pogardliwie.

‏– Nie jestem aż takim sukinsynem, za jakiego mnie uważasz. To nie było nic osobistego ‏– odparł urażony, a widząc, że twarz kobiety opanowuje ironiczny grymas, uniósł dłoń i dodał: ‏– Poczekaj, skończę. Sprawy się skomplikowały. Widziałaś statek pełen sprzętu, tak? Kto wie, ile jeszcze takich przyślą. To, że przybyliśmy pierwsi, nie zapewni nam przewagi. Za wszelką cenę musimy wyrównać szanse, Lyne.

‏– Nie wyrównasz szans. Najwyżej możesz napsuć „Żółtym” trochę krwi ‏– wtrąciła.

Wysłuchał jej słów ze zniecierpliwieniem, chrząknął i dokończył:

‏– Muszę wykorzystać wszystkie dostępne dane. Chcę być pewien, czy jesteś z nami, czy przeciwko nam.

‏– Mówisz, jakbym kiedykolwiek szkodziła wyprawie ‏– zauważyła.

‏– Wyprawie? Nigdy. Tylko czasem mnie. ‏– Uśmiechnął się zagadkowo. ‏– Pamiętasz, między nami kiedyś lepiej się układało.

Wypowiadając te słowa, pochylił się do przodu, położył dłoń na udzie Wahler i zaczął masować je delikatnie. Natychmiast z obrzydzeniem strąciła jego rękę.

‏– To było dawno, Luiz ‏– warknęła. ‏– Zachowaj swoje słodkości dla Hany. A co do Chińczyków… Nie będę ci przeszkadzać.

‏– Ale mi nie pomożesz?

‏– A to, że daję ci wolną rękę, nie wystarczy?

Silva rozpromienił się, tym razem w szczerym uśmiechu.

‏– Mówisz teraz w imieniu swoim, czy departamentu? ‏– upewnił się.

‏– Departamentu ‏– wyjaśniła i dodała bezlitośnie: ‏– Od siebie mogę powiedzieć, że jesteś nawet większym sukinsynem niż myślałam.

 

 

3.

 

 

Musimy pogadać! ‏– Szefowa ekipy astrobiologów Hana Cathcart wpadła do łazienki zdyszana i z wypiekami na twarzy. Wahler z rezygnacją zakręciła kran.

‏– O czym? ‏– rzuciła sucho.

‏– O chińskim statku. Na pewno o nim wiesz! Travis i… ‏– Cathcart zawahała się na moment ‏– … i Silva chcą użyć wahadłowców do zmiany orbity. Wykorzystać bliski przelot! Ten transport spłonie w atmosferze, a wszystko ma wyglądać na błąd w obliczeniach!

Lyne pokręciła głową z niezadowoleniem i oparła się o umywalkę, z uwagą przyglądając się swemu zmęczonemu obliczu w lustrze. Już po twojej tajemnicy, Luiz, pomyślała. Znów wygadałeś się kochance, a zdradzić coś Cathcart, to jak ogłosić to wszystkim.

‏– Co z tego? ‏– spytała obojętnie.

‏– Co z tego? ‏– podchwyciła zaaferowana uczona, podniesionym głosem wzbudzając echo w pustej łazience. ‏– Nie rozumiesz? Chińczycy pozbawieni ekwipunku będą skazani na porażkę. Zginą! W dodatku nie ma gwarancji, że katastrofa zabije ewentualne ziemskie mikroby. Możemy doprowadzić do nieodwracalnych zmian w ekosystemie planety!

Zabawne, zauważyła Wahler, w nerwach Cathcart zapomina o starannie pielęgnowanym, choć sztucznym i irytującym, „szkockim” akcencie.

‏– Taak. ‏– Lyne powstrzymała ziewnięcie i przyznała: – Prawdziwa katastrofa. Co powinni twoim zdaniem zmienić? Posłać Chińczyka w „osiem siedem sześć zero”?

Cathcart nerwowo szarpnęła ramię Wahler.

‏– Nie kpij! Musisz coś z tym zrobić!

Lyne, która dotąd obserwowała uczoną w lustrze, teraz obróciła się i stanęła z Haną twarzą w twarz.

‏– Muszę? ‏– powtórzyła, wycierając dłonie. ‏– Niby co mam zrobić? Zamknąć dowódcę, czy jak? Wywołać mały bunt na pokładzie?

‏– Po prostu przemów Luizowi do rozsądku ‏– zażądała kategorycznie uczona.

Wahler założyła ręce na piersiach, ze wszystkich sił starając się nie okazać zawistnego zadowolenia.

Cathcart wreszcie przekonała się na własnej skórze, jak upartym i aroganckim człowiekiem jest Silva.

‏– Hana, przeceniasz mój wpływ na kapitana. W tym momencie ‏– złośliwie zaakcentowała to wyrażenie ‏– to raczej ty cieszysz się jego względami.

‏– Ale to ty byłaś policjantką ‏– odparowała natychmiast Cathcart. ‏– Zajmiesz się tą sprawą czy nie?

Lyne wzruszyła ramionami.

‏– Nie ma czym. Tę operację, o której mówisz, wykonali parę godzin temu. Sprawdź rejestry lotów. Oba wahadłowce były tej nocy w użyciu…

Hana zmarszczyła czoło i zakłopotana, przestąpiła z nogi na nogę.

‏– Wiedziałaś o tym! ‏– zawołała w osłupieniu.

‏– Nie. ‏– Wahler przewiesiła ręcznik przez ramię. ‏– Jedynie się domyślałam.

‏– To żadna różnica ‏– oburzyła się Cathcart. ‏– Nie masz sumienia?

‏– A to już nie moja działka ‏– uśmiechnęła się Lyne. ‏– Idź z tym do Almeidy, rozgrzeszy cię szybko i bezboleśnie.

‏– Wiem ‏– wściekle syknęła uczona ‏– byłam u niego. Co się z wami wszystkimi stało! Zmieniliście się. Staliście się tacy… bezduszni!

Ma rację, przyznała w duchu Lyne, wspominając pobudki, którymi się kierowała wstępując do Centropolu, głupi, młodzieńczy bunt i chęć zrobienia na złość ojcu. Tak, jest teraz zupełnie inną osobą, ale nie zgodziłaby się z twierdzeniem, że gorszą niż kiedyś.

‏– To normalne ‏– odparła, rozplotła lekko siwiejące włosy, a nie mogąc znaleźć grzebienia przeczesała je palcami i znów związała w koński ogon. ‏– Przez dwadzieścia lat musieliśmy się zmienić. Dojrzeliśmy, Hana.

‏– Chyba do zbrodni. Zapłacicie za nią ‏– zawyrokowała Cathcart i wyszła, trzaskając drzwiami.

 

 

4.

 

 

Napijesz się? ‏– Kapitan potrząsnął lekko małym, błyszczącym termosem.

‏– Co to? ‏– Cathcart wygodnie rozsiadła się na łóżku Silvy.

‏– Jakiś rodzaj bimbru. Sekcja ogrodnicza pędzi go z resztek roślinnych ‏– wyjaśnił, puszczając do kobiety oko i z namaszczeniem napełnił kubki.

‏– Za cichym przyzwoleniem Wahler i z błogosławieństwem Almeidy ‏– zadrwiła Hana. ‏– Co oblewamy? Spektakularną porażkę Chińczyków?

Kapitan podał jej małe naczynie zawierające ciecz o przenikliwej woni.

‏– Nie ‏– odparł ‏– na razie tylko udany manewr orbitalny.

Uniosła dłoń z kubkiem w górę jak do toastu.

‏– Dobrze, wypijmy więc za humanitaryzm ‏– powiedziała z ironią, wypiła łyk palącego płynu i od razu skrzywiła się z obrzydzeniem.

‏– Boże, co za świństwo ‏– wykrztusiła.

Silva pociągnął głęboki łyk ze swego kubka i stwierdził, wzruszając ramionami:

‏– E tam…

Usiadł obok kobiety, odebrał naczynie z jej dłoni i bez zastanowienia połknął niedopity przez Cathcart bimber.

‏– Przesadzasz ‏– stwierdził, zanurzając palce w krótkich, rudych włosach kobiety.

Potrząsnęła głową nerwowo, strząsając dłoń Silvy na kark.

‏– Przesadzam? ‏– parsknęła, odtrącając usiłujące ją objąć ramię mężczyzny. ‏– W której kwestii? Bimbru czy twoich wysokich standardów moralnych, Luiz?

‏– Obu ‏– szepnął i próbował pocałować Cathcart, ale zwinnie umknęła jego wargom, zręcznie wyślizgując się z objęć kapitana.

‏– Co jest? ‏– jęknął, zawiedziony. ‏– O co ci chodzi, Hana?

‏– O nic, Luiz ‏– wycedziła, poprawiając bluzkę. ‏– A może o drobnostkę zwaną sumieniem.

Lekceważąco machnął dłonią.

‏– Chcesz być bardziej święta niż nasz kapelan?

‏– Ktoś musi, Luiz ‏– powiedziała wstając.

‏– Wychodzisz? ‏– zmartwił się.

‏– Tak. Nie mam ochoty zalewać z tobą robaka. ‏– Wskazała na termos z bimbrem.

‏– Nie miałem takiego zamiaru ‏– wyznał chłodno. ‏– Mnie nie rusza los chińskiego statku. To raczej ty robisz z tego problem.

‏– Świetnie, więc nie zamierzam dłużej psuć ci humoru. Uczcij swój wielki triumf, nawet chlejąc do nieprzytomności.

‏– A ty?

‏– Za godzinę lecę z ekipą na Kur. Wiesz ‏– dodała już prawie przy drzwiach ‏– twoja Wahler leci z nami. Nie wiem po co. Pewnie chce ocenić skutki "udanego manewru orbitalnego". I powiem ci, że ja też obejrzę sobie miejsce zbrodni. Czemu nie?

Przekrzywiła głowę na bok, udając że się zastanawia. Tak naprawdę czekała na jakikolwiek gest skruchy ze strony Silvy, na nawet nieszczere, wyznanie w rodzaju: "Żałuję, ale sama wiesz, musiałem". Na to, że będzie starał się Cathcart zatrzymać, na najdrobniejszy znak, że mu zależy.

‏– Miłej imprezy, Luiz ‏– rzuciła wściekle, nie doczekawszy się odpowiedzi.

‏– Nadęta zdzira ‏– mruknął kapitan, gdy wyszła.

Chwilę patrzył tępo przed siebie, po czym wstał i schował termos z alkoholem do szafki.

 

 

5.

 

 

Słabe światło pomarańczowego karła Lecaille 8760, z trudem sączące się przez grubą pokrywę niskich chmur, topiło krajobraz w dusznej, mętnej czerwieni. Nieostre bryły niewysokich pagórków niewyraźnie sunąc po rozmytym horyzoncie, zlewały się w jedną, brudnobrązową plamę z przysadzistą roślinnością, zastygłą u ich podnóża. Ludzkiemu oku niełatwo było wyznaczyć na Kur jakiś punkt orientacyjny, więc kobieta co chwilę skupiała wzrok na wirtualnej mapie, wyświetlanej na osłonie hełmu. Ostrożnie stawiała stopy w wąskich prześwitach między śliskimi naroślami, stanowiącymi pospolitą tutejszą florę. Przypominające rozlaną na kamieniach, świeżo zastygłą lawę poduszkowate twory nie ułatwiały marszu, sprawiając, że każdy nieostrożny krok groził upadkiem. Ciążenie na Kur, planecie dwukrotnie masywniejszej niż Ziemia, oraz zawiesista atmosfera też dawały się we znaki, sprawiając, że samotna wędrówka od wahadłowca do najbliższego fragmentu wraku dłużyła się niemiłosiernie. Kobieta mogłaby co prawda, utrzymywać z ekipą łączność radiową, ale po wielu latach wspólnej podróży z radością powitała krótką chwilę absolutnej samotności.

Wkrótce dostrzegła swój cel; wrak coraz wyraźniej odcinał się od otoczenia, czyniąc wysiłek bardziej znośnym. Postawiła jeszcze kilka kroków wśród oślizgłych, grafitowych bąbli i nagle roślinność urwała się, jak po osiągnięciu niewidzialnej granicy. Odtąd aż do statku rozciągała się goła, piaszczysta połać gleby. Kobieta z zadowoleniem powitała to ułatwienie wędrówki i raźniej ruszyła przed siebie.

Z rozrzuconych na dużej, przeplatanej pagórkami równinie, szczątków spalonego w atmosferze okrętu ten fragment był największy. Spadając z impetem, nieregularny blok wbił się w grunt, tworząc głęboki lej, ale pokaźna część statku wciąż sterczała ponad powierzchnią, wznosząc ku pomarańczowemu niebu poszarpaną, wypaloną skorupę. Kobieta obeszła wrak dookoła i starannie wybrała miejsce, w którym ściany leja były najmniej strome i zeszła na dno zagłębienia. Zaciekawiona, wyciągnęła dłoń i dotknęła metalu. Rękawica ochronnego kombinezonu zaskakująco łatwo prześlizgnęła się po chropowatej, połyskującej w świetle latarki powierzchni, nie napotykając oporu. Ślad po dotyku zapienił się na moment i kobieta przez chwilę przyglądała się podobnym, bezzwłocznie pękającym pęcherzykom powietrza na rękawicy kombinezonu. Zjawisko zanikło niespodziewanie, ale zanim zdążyła dotknąć złomu jeszcze raz, usłyszała wezwanie do powrotu. Wahadłowiec przygotowywał się do startu; astronautka z żalem wygrzebała się na równinę i ruszyła w drogę powrotną, pozostawiając za sobą kikut wraku, wzniesiony ku pomarańczowemu niebu w niemej groźbie jak zaciśnięta pięść.

 

 

6.

 

 

Proszę ‏– Gomez kurtuazyjnie ustąpił Lyne miejsca. Usiadła w zwolnionym przez mężczyznę fotelu, nie odrywając wzroku od jaśniejącego za szybą dyżurki olbrzymiego wahadłowca.

‏– Szybko uporałeś się z tą, ehem, usterką ‏– zaczęła zaczepnie.

‏– Nie była skomplikowana ‏– wyjaśnił główny inżynier.

Wahler oderwała wzrok od szyby i spojrzała na Gomeza surowo.

‏– Ale kosztowała życie człowieka ‏– przypomniała.

Zmieszał się, a jego pucułowata twarz pociemniała jeszcze bardziej.

‏– Wiem ‏– przyznał z bólem i zapewnił: – Sprawdziłem też drugi dok. Teraz już nic nie powinno się stać.

‏– A ja nie wierzę, by winna była tylko maszyna. ‏– Machinalnie uderzyła pięściami w oparcie fotela. ‏– Do jasnej cholery, przecież siedziałeś wtedy na tym miejscu!

‏– Ale nie mogłem niczemu zapobiec, ani, tym bardziej, niczego spowodować. Istnieje zabezpieczenie przed przypadkowym uruchomieniem podnośnika. Sama zobacz, jak to działa. ‏– Oparł się o konsolę tuż obok jej fotela. ‏– Gdy serwisanci na dole uruchamiają swój panel, z dyżurki nie da się poruszyć platformy. Spróbuj.

Wzruszając ramionami, wyciągnęła rękę w kierunku wskazanego przycisku. Gomez cofnął swoją bardziej ociężale i dłonie obojga zetknęły się nad panelem. Na dłużej, niżby Wahler chciała.

‏– Nic ‏– przyznała, posłusznie naciskając guzik.

Gomez rzucił do mikrofonu:

‏– Kończ, Ninõ.

Postacie w ochronnych kombinezonach, dotąd krzątające się wokół promu, pospiesznie skierowały się do śluzy.

‏– Gdy śluza skończy pracę, będziemy mogli uruchomić platformę ‏– wyjaśnił główny inżynier.

‏– Tak ‏– zgodziła się ‏– planetolodzy już czekają.

Gomez nacisnął ten sam guzik i platforma z wahadłowcem dostojnie uniosła się w górę. Lyne w milczeniu podziwiała, jak potężne, hydrauliczne podnośniki dźwigają spoczywający na specjalnym podeście statek. Za szczelną szybę dyżurki nie przedostawał się żaden odgłos; ciszę rozpraszało tylko miarowe tykanie kontrolnej lampki. Platforma transportowała prom lekko, bez wysiłku znosząc jego wielotonowy ciężar. Wahler wiedziała, że to złudzenie, ale zwalczała je z trudem. Ta sama platforma kilka dni wcześniej przygniotła i z łatwością zmiażdżyła ciało technika, dokonującego przeglądu podwozia.

Tymczasem nad wahadłowcem niespiesznie rozsunął się sufit i wkrótce prom zniknął Lyne z oczu; za chwilę ze śluzy mieszczącej się na górnym poziomie na pokład statku wsiądzie ekipa badaczy.

‏– Pomyślnych wiatrów ‏– rzucił Gomez na pożegnanie.

‏– Czemu wiatrów? ‏– Wahler spojrzała na mężczyznę, jak na wariata.

‏– Tak kiedyś mówiło się na Ziemi. Coś w rodzaju: "Szczęśliwej podróży".

Słuchała tego wyjaśnienia bez zainteresowania. Używanie starych, ziemskich wyrażeń przez ludzi, którzy nigdy nie mieszkali na Ziemi, z biegiem lat irytowało Lyne coraz bardziej.

‏– Chcesz mi powiedzieć, że to było zwykłe zwarcie? ‏– wróciła do tematu.

‏– Tak ‏– po raz kolejny zaczął tłumaczyć Gomez ‏– przepalony przewód uszkodził blokadę ruchu platformy.

‏– Co nie wyklucza celowego działania, a przynajmniej nieostrożności pracownika obsługującego panel na hali ‏– upierała się.

‏– Niekoniecznie. Platforma w przypadku awarii samoczynnie wraca do pozycji wyjściowej, czyli na najniższy poziom.

Pokiwała głową bez przekonania i jakby rozczarowana, podniosła się z miejsca.

‏– Lyne, ja… ‏– Gomez chciał wyznać, jak bardzo wstrząsnęła nim tragedia, której był świadkiem, ale kobieta powstrzymała go, machając dłonią.

‏– Wahler, słucham ‏– powiedziała, uruchamiając komunikator.

Główny inżynier obserwował z narastającym niepokojem, jak Lyne, wsłuchując się z uwagą w słowa rozmówcy, z sekundy na sekundę gwałtownie blednie.

‏– Zaraz do was przyjdę! Koniec ‏– ucięła rozmowę łamiącym się głosem, po czym obrzuciła mężczyznę przerażonym spojrzeniem i wyjaśniła: – Wahadłowiec… Właśnie eksplodował w atmosferze Kur!

Gomez zamarł na moment, po czym podniósł rękę sztywno jak automat i przeżegnał się powoli.

 

 

7.

 

 

Nie widziałem cię… na nabożeństwie… żałobnym, Lyne ‏– wysapał na powitanie.

‏– Nie nudziłam się w tym czasie, ojcze Almeida ‏– odburknęła, nie zaszczycając duchownego spojrzeniem.

Siedziała w czytelni, z kubkiem wystygłego napoju w dłoni, otoczona ekranami aż trzech wyświetlaczy danych. Almeida ociężale opadł na fotel i otarł pot z szerokiego czoła. Wyglądał, jakby również nie zmrużył oka tej nocy.

‏– Nie wątpię ‏– mruknął pod nosem.

Zmęczona Wahler puściła to stwierdzenie mimo uszu. Noc spędzona na przeglądaniu zeznań, wyników ekspertyz i danych technicznych minęła niepostrzeżenie i zupełnie bezowocnie. Ranek, zamiast spektakularnego przełomu, przyniósł tylko nużącą wizytę kapelana. I bez zrzędzenia duchownego, coraz więcej wysiłku kosztowało kobietę to, by skupić się na pracy.

‏– Półgodzinne nabożeństwo… to niewielkie wyrzeczenie ‏– orzekł Almeida surowo.

‏– Jeśli przyszedł ojciec tylko po to, by wygłosić kazanie… ‏– odparła nieprzytomnie, po raz trzeci usiłując przeczytać ten sam akapit.

‏– Nie. ‏– Usłyszała. ‏– Chcę porozmawiać o João Gomezie.

Na wzmiankę o aresztancie Lyne oderwała wzrok od czytnika i zamrugała powiekami, ale postać kapelana nie przestała tańczyć przed jej załzawionymi oczami.

‏– Słucham ‏– powiedziała oschle.

‏– Mówiłem z nim… Jest niewinny ‏– zakomunikował wyczerpany duchowny.

‏– Daruje ksiądz, ale nie mogę oprzeć śledztwa na wynikach jednej spowiedzi ‏– odpowiedziała, powstrzymując ziewnięcie.

Kapelan zgromił kobietę surowym wzrokiem, unosząc w górę dłoń w teatralnym, wystudiowanym geście.

‏– Niepotrzebnie… piętnujesz go… więzieniem ‏– orzekł kategorycznie.

‏– To tylko tymczasowy areszt domowy, ojcze.

‏– Wszystko jedno. Popełniasz błąd. ‏– Kapelan z wysiłkiem zaczerpnął powietrza. ‏– Ten sam błąd, co wszystkie… policje świata. Zamykasz… przypadkowego człowieka, by zadowolić… tak zwaną opinię publiczną.

Lyne przetarła dłonią opadające ze zmęczenia powieki i wypiła łyk obrzydliwego kofeinowego napoju, imitującego kawę.

‏– Sam ksiądz najgłośniej krzyczał o zdradzie i sabotażu, więc skąd ta zmiana? ‏– Nieporadnie odstawiła kubek, o mało co nie rozlewając zawartości. ‏– A Gomez nie jest przypadkowym człowiekiem. Miał i możliwość i okazję, poza tym obciążają go zeznania podwładnych, więc…

‏– To takie oczywiste, prawda? ‏– Kapelan przerwał wypowiedź Lyne, jakby obawiał się, że nie zdąży wyrazić własnych myśli. ‏– Wiesz, co mi chodzi po głowie? Że ktoś… celowo rzuca podejrzenia na Gomeza, by odwrócić uwagę… od siebie.

‏– Niewykluczone ‏– przyznała lakonicznie, walcząc z ogarniającą sennością.

„Kawa” nie pomogła. Głowa ciążyła Lyne coraz bardziej, a pełne zarzutów wypowiedzi Almeidy wywierały zaskakująco hipnotyczny efekt. Gdy tylko Wahler zdoła spławić tego natręta, pójdzie spać. Choćby tutaj, w czytelni.

‏– Możliwe, że zawinił… ktoś, kogo w tym… "śledztwie" w ogóle… nie bierzesz pod… uwagę.

 

Wypowiedzi kapelana straciły naturalną wcześniej płynność. Duchowny z trudem wyrzucał z siebie coraz krótsze, rwące się zlepki słów, jakby walczył z niewidzialną pętlą zaciskającą się wokół szyi. Coraz trudniej przychodziło Wahler śledzenie toku rozumowania gościa; kobietę ogarniało mdłe, osłabiające gorąco.

‏– Nikogo nie wykluczam ‏– wymamrotała.

‏– Nawet… siebie?

Z opóźnieniem dotarło do niej, że to oskarżenie.

‏– Co? ‏– Gwałtownie potrząsnęła głową dla otrzeźwienia.

Pomogło; otępienie na chwilę ustąpiło. Zauważyła wtedy, że oddechy duchownego stały się chrapliwe, urywane, a Almeida wyraźnie sinieje.

‏– Źle się ksiądz czuje? ‏– spytała z ciekawością raczej niż z troską. ‏– Może powinien się ksiądz położyć?

Nie odpowiedział; zacisnął zęby i drżącymi palcami podwinął rękaw, by zwiększyć dawkę leku, dostarczaną pod skórę z automatycznego dyspensora wszczepionego w pulchne przedramię.

‏– Nic… ‏– wystękał. ‏– To serce. Dokucza mi… coraz częściej. A wracając… Do Gomeza…

Urwał nagle i z ulgą zamknął oczy, ufnie poddając się działaniu leku.

‏– Tak ‏– ziewając podjęła temat Lyne ‏– już samo nazwisko sugeruje, że podejrzany ma, noo… chińskich przodków. João Eduardo Oliveira, tego, no, Santos… ‏– Próbowała znaleźć podpowiedź, ale nie potrafiła skupić wzroku na ekranie, więc w końcu machnęła dłonią w nieskoordynowanym geście. ‏– W każdym razie, podpisuje się Gomez, ale w nazwisku ma też człon Woo…

‏– Każdy ma… przodków ‏– wybełkotał kapelan słabo. ‏– Na przykład… twój… ojciec… terrorysta…

Słysząc wzmiankę o terroryzmie, Wahler z trudem zmusiła się, by unieść opadające powieki.

‏– Skąd ksiądz o tym wie? ‏– chciała spytać, ale z gardła wydobyła tylko niezrozumiały bulgot. Almeida nie usłyszałby zresztą żadnego pytania. Wciąż siedział w swoim fotelu, ale głowa bezsilnie opadła mu na piersi, a mięśniami ramion wstrząsały fale coraz słabszych drżeń.

Dopiero wtedy zrozumiała, co tak naprawdę się dzieje. Wydała z siebie jęk pełen przerażenia, gdy chcąc wezwać pomoc nie zdołała wykrzesać z gardła żadnego rozpoznawalnego słowa. Drewnianą, prawie obcą dłonią, chaotycznie rzucaną w kierunku ucha, ani razu nie trafiła w skrytą w małżowinie, drobną fasolkę komunikatora. Cichy szum pracującego urządzenia utonąłby zresztą w kaskadzie zakłóceń, jakie produkował błędnik, dała więc za wygraną. Nie panując nad niezdarnym, balansującym na granicy paraliżu ciałem, nie potrafiąc wstać z fotela, rzuciła się na podłogę i nieporadnie czołgała się ku korytarzowi. Nie dotarła daleko, pokonana przez wściekłe zawroty głowy, pulsujące cienie przed oczami i nieubłaganie zaciskającą się krtań.

Ocuciła ją potworna kanonada dudniących, zwielokrotnionych w przyklejonym do podłogi uchu kroków i ostre światła, z nagła przeszywające oczy. Chwilę trwało, zanim w makabrycznym, pozbawionym ust obliczu rozpoznała twarz czarnoskórego mężczyzny, zeszpeconą maską aparatu tlenowego. Travis? Skąd się wziął w czytelni? I dlaczego przemawia głosem kapitana?

‏– Uwaga, awaria systemu podtrzymania! Natychmiast skorzystać z awaryjnych zestawów oddechowych! Powtarzam…

Instynktownie usiłowała bronić się przed czymś, co Travis uparcie usiłował umieścić na jej twarzy.

‏– Wahler, to tlen!

Nie od razu zrozumiała zniekształcone huczącą w uszach krwią słowa pochylającego się nad nią pierwszego oficera i nie od razu pozwoliła sobie pomóc. Wraz z podanym przez Travisa powietrzem opieszale ulatniał się zgniatający czaszkę jak imadło ucisk w skroniach. Oddychała niespokojnie, chciwie pochłaniając mieszankę oddechową. Nagle jęknęła w przestrachu.

‏– Wyciągnij… Gomeza ‏– wydyszała przez maskę.

‏– Spokojnie! ‏– Usłyszała. ‏– Już go mamy.

‏– Powtarzam, awaria systemu podtrzymania… ‏– płynął z głośników głos dowódcy.

 

 

8.

 

 

Zadzierając głowę, podziwiała pnące się ku sufitowi pozornie bezsensowne kłębowisko maszyn. Misterna tkanina urządzeń, wypełniająca halę aż po brzegi, nie przytłaczała Lyne. Przeciwnie, monotonia pracujących agregatów uspokajała, dając, być może złudne, ale jednak poczucie bezpieczeństwa. Dostojny, wszechobecny szum urządzeń towarzyszył kobiecie od urodzenia, wtapiając się w tło życia jak tykanie przestarzałych zegarów na Ziemi. Dopiero ostatnie wypadki sprawiły, że Wahler zaczęła zauważać jednostajny jęk aparatów, ale nie nadwątliły wiary astronautki w ich wspomaganą ludzkim nadzorem niezawodność. Maszyny nie sabotują, była tego pewna. Ktoś musi im w tym "pomóc"…

Pojawienie się kapitana i Gomeza zbudziło Lyne z zamyślenia.

‏– Prowadź ‏– polecił Silva, a Gomez posłusznie powiódł całą trójkę przez molocha, stanowiącego serce układu podtrzymania życia na statku, mówiąc:

‏– Niewiele zobaczycie. Wymieniliśmy nadtrawioną instalację.

‏– Nadtrawioną? ‏– zdziwił się Silva.

‏– Tak. Wyglądała jak oblana płynem do przetykania rur ‏– wyjaśnił obrazowo Gomez, nie przerywając marszu.

‏– Podejrzewasz kogoś? ‏– dowódca zwrócił się do Lyne.

‏– Wszystkich ‏– odparła ‏– bo dostęp do hali miał praktycznie każdy.

‏– Właśnie. To poważne niedopatrzenie, Wahler ‏– stwierdził kapitan oficjalnym tonem.

‏– Bezcenne spostrzeżenie, Luiz ‏– oceniła. ‏– Szkoda, że dokonane poniewczasie.

‏– Dajcie spokój. Mało prawdopodobne, by po dwudziestu latach ujawniła się nam jakaś piąta kolumna o samobójczych zapędach. ‏– Gomez uśmiechnął się dyskretnie.

Tym razem Wahler nie miała mu za złe upodobania do starych ziemskich wyrażeń, choć zaledwie domyślała się, czym jest "piąta kolumna".

‏– Prawdopo‏dobieństwo mnie nie obchodzi ‏– zgromił inżyniera Silva. ‏– Chcę faktów. Potrafisz wyjaśnić ostatnią awarię, nie tłumacząc jej działaniem człowieka?

‏– Jeszcze nie ‏– przyznał Gomez i oznajmił: ‏– To tutaj.

Wskazał na fragment aparatury, błyszczący lśniącymi elementami nie zużytych jeszcze części zamiennych. Lyne podeszła blisko i przyświecając latarką śledziła zawiłe przebiegi rur i przewodów, choć nie miała pojęcia, do czego służą. Żaden element aparatury nie przykuwał uwagi kobiety na dłużej, choć skupiona i uważna, krążyła wokół instalacji jak ćma. Silva z politowaniem przyglądał się z jej pracy, włożywszy ręce do kieszeni.

‏– To sekcja filtrów gazowych i pochłaniaczy dwutlenku węgla ‏– tłumaczył Gomez. ‏– Przez kilkanaście godzin nieczynna. Pompy natomiast zachowały pełną sprawność i tłoczyły na statek nieuzdatnione powietrze.

‏– Rozumiem. ‏– Kapitan pokiwał głową. ‏– Ale dlaczego zawiodły czujniki?

‏– Zawiesił się centralny system monitorujący stężenie gazów ‏– wyjaśnił Gomez.

‏– Zawiesił się? Akurat wtedy? ‏– powątpiewał dowódca.

‏– Ktoś musiał go odłączyć ‏– stwierdziła pewnie Lyne.

– Niekoniecznie. – Gomez pokręcił głową. – To zdarzało się już wcześniej.

– Czemu nie byłem o tym informowany? – zagrzmiał z pretensją w głosie Silva.

– Czemu? – podchwyciła Wahler. – Przypomnij sobie, do ilu diabłów mnie wysłałeś, gdy informowałam cię o kradzieżach leków.

– Te sprawy nie mają nic wspólnego – oburzył się kapitan.

– Mają jedno. Tak zwane mycie rąk – odgryzła się kobieta.

– Raczej umywanie – mruknął pod nosem Gomez. – Powszechna praktyka na „Brasilii”.

Silva wyraźnie usłyszał uwagę inżyniera.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – natychmiast spytał dowódca, wnikliwie przyglądając się podwładnemu.

Wahler nie czekała na odpowiedź Gomeza. Właśnie dotarła do miejsca, w którym między maszyną a ścianą hali pozostawał wąski, półmetrowy prześwit. Nie zawahała się weń zagłębić, ale gdy wynurzyła się z półmroku, uwagi kobiety nie zajmowała już instalacja. Ze ściągniętymi brwiami śledziła wzrokiem szybko wątlejącą w świetle lamp sufitu, jasną plamę rzucaną przez latarkę na ścianę hali. Silva i Gomez ucichli, zaintrygowani tym, jak kobieta przekrzywia głowę, zmieniając kąt obserwacji, zadziera ją, by spojrzeć wyżej i wreszcie po chwili przesuwa dłonią po ścianie.

‏– Co jest? ‏– spytał Gomez, z ulgą porzucając towarzystwo kapitana.

Wahler, rozcierając coś między opuszkami palców, zauważyła:

‏– Ściana się poci. To chyba nie jest normalne?

‏– Nie ‏– orzekł główny inżynier. ‏– Nie powinnaś była dotykać tego gołymi rękami.

Słysząc to, przetarła ścianę drugą dłonią.

‏– Nic się nie stało. To chyba wilgoć, chociaż dość lepka. ‏– Na dowód słuszności swych słów pokazała mężczyźnie obie ręce.

‏– Nie powinnaś ‏– powtórzył. ‏– Nie wiemy, co to.

Wzruszyła ramionami, ale mimo to zaczęła uważnie studiować wnętrze dłoni. Gomez obserwował ścianę z niepokojem, ale nie odważył się jej dotknąć, powstrzymał także kapitana, który wiedziony ciekawością wyciągał już rękę w tym kierunku. Naraz kobieta pospiesznie, jakby ze wstrętem wytarła dłonie o spodnie.

‏– Co jest za tą ścianą? ‏– spytała.

‏– Laboratoria ‏– wyjaśnił Gomez.

‏– Trzeba to obejrzeć z drugiej strony ‏– postanowiła i wciąż obsesyjnie trąc rękami o ubranie, zdecydowanie ruszyła do wyjścia.

Obaj mężczyźni spojrzeli na siebie pytająco, ale bez słowa poszli śladem Wahler. Zanim jednak dotarli do sekcji naukowej, korytarzem wstrząsnął ogłuszający wybuch i powalił całą trójkę na podłogę.

 

 

9.

 

 

Wyczerpana, przybita i głodna, siedziała na podłodze, bezsilnie opierając przedramiona na zgiętych kolanach. Pulsowanie w dłoniach przybierało na sile i nie pozwalało się ignorować tak łatwo, jak jeszcze kilka godzin wcześniej, gdy rzuciła się w wir pracy w zniszczonym wybuchem laboratorium. Niełatwo przychodziło jej wyrzucić z umysłu mrożące krew w żyłach widoki. Kiedyś, na początku pracy dla Centropolu , bywała na miejscach lotniczych katastrof i zamachów bombowych, niosąc psychologiczną pomoc dla świadków tamtych okropności. Tym razem wyglądało na to, że sama potrzebuje terapii. Już drugi raz w ciągu ostatnich tygodni oglądała spalone, poszarpane zwłoki dobrze znanych ludzi.

Nie zdołała uciec od ich widoku. Przez rzęsiście oświetlony pomimo późnej pory korytarz, tuż przed oczami Wahler, ciągnęła się kawalkada wywożonych przez ekipę medyczną martwych ciał. Nie odwracała wzroku, nie miało sensu unikanie widoku czarnych worków, których zawartość drobiazgowo wcześniej skatalogowała, zbyt dokładnie by zapomnieć. Dopiero po ostatnim ogniwie konduktu pozwoliła sobie litościwie na przymknięcie powiek.

‏– Jak się czujesz? ‏– Usłyszała nagle i niezadowolona, otworzyła oczy.

Gomez pojawił się nie wiadomo skąd i przykucnął tuż przed nią, przyglądając się Lyne z troską. Wzruszyła ramionami.

‏– Bywało lepiej ‏– powiedziała i dodała bez przekonania: – Ale dam radę…

‏– A to? ‏– Wskazał ruchem głowy dłonie kobiety, których spuchnięte wnętrze płonęło szklistą czerwienią.

Obróciła je ku górze, prezentując oślizgłe ślady po rozerwanych pęcherzach. Na miejscu wybuchu pracowała w kombinezonie ochronnym, którego rękawice zmacerowały i rozjątrzyły rodzące się w bólach rany.

‏– Ach, to ‏– stwierdziła zaskakująco obojętnie. ‏– To w tej chwili najmniejszy z moich problemów.

‏– Może i tak ‏– zgodził się ‏– ale dobrze to nie wygląda, Lyne.

‏– Wiem ‏– przyznała beznamiętnie. ‏– Lekarz rzucił na to okiem. Poparzenie chemiczne. Prawdopodobnie ług.

Gomez uniósł głowę i obrzucił podejrzliwym spojrzeniem ścianę, o którą tak lekkomyślnie opierała plecy Wahler.

‏– Ta jest czysta ‏– stwierdziła.

Mężczyzna ociąganiem usiadł obok Lyne.

‏– Co tutaj? ‏– spytał, próbując dowiedzieć się więcej.

‏– Co tutaj? ‏– powtórzyła ponuro, po czym wyrzuciła z siebie jednym tchem: ‏– Mamy siedmiu zabitych, całą sekcję astrobiologiczną w gruzach i żadnych śladów materiałów wybuchowych. Szczęście w nieszczęściu, że to były wzmocnione, hermetyczne pomieszczenia przystosowane do kwarantanny, bo pewnie byśmy teraz nie rozmawiali.

Gomez słuchał w milczeniu; nie doczekawszy się komentarza, dodała spokojniej:

‏– To była czysta eksplozja. Ani śladu materiałów wybuchowych. Ani śladu podejrzanych.

‏– Nie przyszło ci do głowy, że może nie być żadnego zdrajcy? ‏– zadał ciche pytanie. ‏– Że może nikt z nas nie ponosi za to odpowiedzialności? Że to może być rodzaj ‏– zawiesił głos i dodał jeszcze ciszej: ‏– Boskiej kary?

Obróciła głowę i spojrzała na niego tak przenikliwie, że skrępowany, zaczął unikać jej wzroku.

‏– Ludzie nie giną ot tak, João ‏– stwierdziła z przekonaniem. ‏– Ktoś musi za tym stać. I na pewno nie Bóg. On został na Ziemi…

‏– Ani ja. ‏– Podniósł wzrok i otwarcie, szczerze spojrzał w oczy Lyne.

Tym razem to ona opuściła głowę.

‏– Tak ‏– przyznała z zażenowaniem ‏– zamknęłam cię przecież. Jestem ci winna przeprosiny za tamto… posądzenie.

Skinął głową i łagodnie położył dłoń na nadgarstku Lyne, ostrożnie omijając poparzoną dłoń.

‏– Było, minęło ‏– stwierdził w zamyśleniu. ‏– To teraz mało istotne.

‏– Szukałeś mnie, prawda? Nie przyszedłeś tu tylko z dobrym słowem ‏– domyśliła się nagle i spytała podejrzliwie: ‏– Stało się coś jeszcze?

– Jeszcze nic ‏– zapewnił szybko ‏– ale obszedłem kilka poziomów. Takie "spocone" ściany są wszędzie. I wygląda na to, że to nie jest zwykła wilgoć.

‏– Wiem. ‏– Poruszyła lekko ręką, strącając dłoń mężczyzny i dodała, z dystansem przypatrując się ranom: – Ktoś nieźle się napracował.

‏– Późno już ‏– szepnął, przygnębiony.

‏– Boję się ‏– wyznała szczerze ‏– po raz pierwszy w życiu naprawdę się boję, João.

‏– Witaj wśród ludzi, Lyne ‏– powiedział i po chwili dodał: ‏– Chodźmy stąd.

Bez sprzeciwu pozwoliła pomóc sobie wstać i poprowadzić się do ambulatorium jak małe dziecko.

 

 

10.

 

 

Zgromadzona w mesie załoga śledziła każdy ich gest, szczególną uwagą obdarzając dłonie Lyne, szczelnie oblepione elastycznym opatrunkiem. Wahler nie czuła się swobodnie, nie przywykła przecież do tak licznego audytorium, a nawet bez naukowców, którzy zginęli, załoga wciąż liczyła ponad czterdzieści osób. W dodatku gorączka raz po raz ogarniająca ciało kobiety, nadciągała właśnie niepowstrzymaną falą, odbierając odwagę i mącąc myśli.

‏– Ty zacznij ‏– szepnęła do Gomeza spieczonymi wargami.

Główny inżynier chrząknął i głośno przełknął ślinę.

‏– Powiem krótko i bez owijania w bawełnę ‏– rozpoczął. ‏– Nastąpiło dużego stopnia skażenie statku. Przez śluzy przedostał się pasożytniczy organizm z planety.

Z ust obecnych posypały się okrzyki pełne niedowierzania i oburzenia, komuś wyrwało się wyjątkowo wulgarne przekleństwo. Lyne milczała, wbijając mętny wzrok w stopy. Chwilami zdawało się jej, że gdyby nie stół, o który się opiera, bez sił opadłaby na podłogę.

‏– To trujące? ‏– krzyknął histerycznie technik sekcji napędu.

‏– Nie ‏– wtrącił lekarz i dodał z przekąsem: – "Tylko" żrące.

Spojrzenie medyka powędrowało ku Lyne i zdawało się mówić: "Popatrzcie na jej ręce!"

‏– Ale można się tym zarazić? ‏– chciał wiedzieć jeden z astronomów.

‏– Nie ‏– zapewnił Gomez ‏– to zaraża tylko materię nieorganiczną. Ściślej mówiąc, trawi "Brasilię".

Od razu rozległy się utyskiwania i okrzyki pełne wątpliwości. Ktoś zawołał:

‏– Niemożliwe!

Wahler nagle się ożywiła.

‏– To nic niemożliwego ‏– poirytowana, podniosła głos. ‏– Na Ziemi podobne organizmy rosną na ścianach zaniedbanych budynków!

‏– Więc to zwykły grzyb! ‏– krzyknął z niedowierzaniem któryś z kucharzy.

‏– Nie. To nic znajomego. Grzyb to uproszczenie. Nie wiem, czym jest ten pasożyt. Nie jestem biologiem, ale nie o systematykę tu chodzi – wyjaśniła spokojniej.

‏– I to paskudztwo rozłożyło nam system uzdatniania powietrza? ‏– wciąż wątpił Silva.

‏– A wypadek w dokach? A prom? Wybuch w laboratorium? ‏– podchwycili natychmiast inni.

Wahler nabrała powietrza do płuc, jak przed skokiem na głęboką wodę.

‏– Wybuch pozostaje zagadką. Bardzo prawdopodobne, że grzyb przyczynił się do katastrofy wahadłowca, choć pewności jeszcze nie mamy. Na pewno odpowiada za awarię systemu podtrzymania.

‏– Jak, do cholery? ‏– padło z sali.

Tym razem odezwał się Gomez:

‏– To ekstremofil. Żywi się metalami. Uwalnia potrzebne mu pierwiastki posługując się wydzieliną o charakterze stężonej zasady.

‏– Zaraz, zaraz ‏– zauważył Travis ‏– a ten żrący sosik nie szkodzi naszym grzybkom?

‏– Najwidoczniej nie ‏– wyjaśnił główny inżynier z przejęciem ‏– bo opanowały pokaźną część statku. Praktycznie całą sekcję techniczną…

‏– Stację uzdatniania wody? ‏– wtrącił zaniepokojony Silva.

‏– Jeszcze nie ‏– uspokoił go Gomez ‏– ale zajęły laboratoria, niedługo pojawią się w części mieszkalnej. Nie dotarły jeszcze do napędu, ale…

‏– Ale dotrą ‏– flegmatycznie zauważył Silva.

‏– Co wtedy? ‏– spytał lekarz.

Travis obrócił się gwałtownie i rzucił medykowi w twarz:

‏– Wierz mi, przyjacielu, wolałbyś już zepsuty system filtracji powietrza!

Zrobił się harmider; przez wzburzone głosy z ledwością przebijał się czyjś oskarżycielski krzyk:

‏– Jakim cudem to coś przedostało się na statek!?

‏– Jakim cudem? ‏– Lyne podchwyciła rzucone z tłumu pytanie. ‏– Cudów nie ma. Ktoś musiał to świństwo spuścić ze smyczy.

‏– Co sugerujesz? ‏– odezwała się milcząca dotąd meteorolog.

‏– Na razie tylko niedbalstwo astrobiologów. ‏– Wahler znów zaczerpnęła głęboko powietrza. – Choć przynajmniej jedna osoba wiedziała wystarczająco dużo o tym organizmie ‏– dokończyła chłodno.

‏– Kto? Kto? ‏– rozległo się natychmiast.

Lyne zamilkła na moment. Cała mesa wirowała jej przed oczami, gdy odpowiadała:

‏– Hana Cathcart. Badała ten organizm. Dysponujemy jej osobistymi zapisami, bo te z laboratorium zostały zniszczone…

Wśród załogi zawrzało.

‏– Pieprzeni jajogłowi! ‏– krzyknął serwisant z doków.

‏– O zmarłych źle się nie mówi! ‏– ostro zareagował Silva.

‏– Wahler, umiesz tylko szukać winnych? ‏– warknął nerwowo lekarz. ‏– Poszukaj lepiej sposobu, jak pozbyć się problemu!

‏– Załatwić takiego twardziela? ‏– zadrwił Travis. ‏– Chyba niewiele można poradzić na coś, co czuje się jak ryba w wodzie w płynie do przetykania rur! Przyznaj, Wahler, na tego pasożyta nie masz żadnego haka!

‏– Organizm faktycznie jest odporny na nasze środki dezynfekcyjne. Nawet promieniowanie UV nie daje mu rady. Osłabia go, ale nie niszczy – przyznała, pogarszając sytuację.

‏– Zgadza się – przytaknął astronom – przecież Lecaille to gwiazda rozbłyskowa. Grzyb mógł się „uodpornić”…

‏– Musi mieć słaby punkt! ‏– upierała się pracownica sekcji ogrodniczej. ‏– Nie zeżarł przecież całej planety!

‏– Na pewno ma naturalnych wrogów! ‏– zauważył któryś z energetyków.

‏– Tego w zapisach biologów nie ma ‏– przyznał Gomez. ‏

– W dodatku śluzowa wydzielina pasożyta maskuje działanie czynnika żrącego. Wahler nawet nie poczuła, że parzy ‏– wtrącił lekarz.

– Każda rozlana ciecz powinna wzbudzać wasze podejrzenia ‏– poradził główny inżynier. ‏– Zachowajcie ostrożność, nie dotykajcie ścian i metalowych elementów gołymi rękami.

Słowa Gomeza dolały oliwy do ognia.

‏– Unikać metalu? Na statku kosmicznym? ‏– roześmiał się ktoś, a inny rzucił soczyste przekleństwo i zawołał:

‏– Boże, oni nawet nie wiedzą, jak się tego pozbyć!

‏– Polejcie ściany kwasem! ‏– padła z tłumu histeryczna propozycja.

‏– Skąd weźmiesz tyle kwasu? To niewykonalne ‏– podjął temat Gomez.

Zadziwiające, że w ogóle rozważał ten pomysł. Krzyki z sali padały na ociężałą głowę Lyne jak celne ciosy, przestała nawet rejestrować, do kogo należą pełne zarzutów, podniesione głosy. Gdyby nie opatrunki na dłoniach, zatkałaby sobie uszy palcami. Usiłowała zachować spokój, ale przychodziło jej to z coraz większym trudem. Miała dość.

‏– Zamknijcie się! ‏– wrzasnęła, starając się przekrzyczeć załogę.

Niespodziewanie poparł ją Silva. Wstał i ryknął ostro:

‏– Spokój! Cisza, mówię!

Niewiele zdziałały apele dowódcy; salą władały już tylko histeria, chaos i krzyk, nie cichnący nawet wtedy, gdy doprowadzony do ostateczności Gomez zaczął z całych sił uderzać w stół metalowym kubkiem.

 

 

11.

 

Nieporadnie zapukała łokciem, a on prawie natychmiast otworzył drzwi, jakby właśnie na nią czekał. W słabym, nocnym oświetleniu korytarza wydawała się jeszcze bardziej zgaszona i smutna niż w ostatnich dniach.

‏– Nie potrafię już spać ‏– usprawiedliwiła się na powitanie.

‏– Ja też ‏– przyznał i zaprosił Lyne do środka.

Rozejrzała się wokoło ‏– mały stolik i krzesło zawalone były fragmentami maszyn i częściami uszkodzonych ługiem urządzeń, które uparcie badał główny inżynier. Z braku miejsca Gomez urządził się na podłodze, którą ekran osobistego notatnika rozświetlał błękitnym blaskiem. Wahler i inżynier usiedli wokół niego po turecku.

‏– Wymyśliłeś coś? ‏– spytała bez nadziei.

‏– W tej sprawie? Nie. Ale wiem już, jak doszło do wybuchu.

‏– Tak? ‏– Ożywiła się.

‏– Widzisz, to prosta reakcja chemiczna. Wodorotlenek sodu przereagował z glinem uwolnionym z naszych konstrukcji. Wydzieliło się sporo wodoru. Wystarczy iskra, rozumiesz?

‏– Tak. ‏– Pokiwała głową. ‏– Czysta eksplozja…

Przez moment milczeli oboje. Lyne oddychała ciężko, wyczerpana walką z bólem. Gomez starał się wyodrębnić z półmroku rysy twarzy kobiety, odnaleźć pod fałdami ubrań zarys ramion i biustu. Gdy dotarło do niego, jak irracjonalne jest w obecnej sytuacji jego pożądanie, otrząsnął się i bardziej dla otrzeźwienia, niż z ciekawości spytał:

‏– A ty? Masz coś nowego?

‏– Nie ‏– odparła szybko, po czym poruszyła się niespokojnie i sprostowała: ‏– A właściwie… tak. Próbowałam ustalić, jak to się rozprzestrzenia. Analizowałam stopień zarażenia na różnych poziomach. Chciałam wiedzieć, gdzie tak naprawdę się zaczęło.

Zamilkła, oddychając głęboko, jakby przygotowywała się do trudnego wyznania, po czym dodała ciszej, do siebie:

‏– Laboratoria są zbyt „wygodne”…

Gomez jak zahipnotyzowany wpatrywał się w jej falującą w ciemności pierś.

‏– I? ‏– zachęcił, by mówiła dalej.

‏– Cóż ‏– podjęła przerwany wątek ‏– mogłyśmy nie lubić się z Cathcart, ale nie będę dłużej ignorować faktu, że pierwszy incydent zdarzył się w dokach.

‏– Do czego zmierzasz?

‏– To nie laboratoria stanowiły źródło skażenia. Ktoś mógł przenieść tę zarazę z Kur. Świadomie albo nieświadomie. Na podeszwie buta chociażby. Na rękawicy… na podwoziu wahadłowca…

‏– Nigdy nie przestaniesz szukać winnych, Ly ‏– zauważył ponuro.

‏– Nie o to chodzi‏ – zaprzeczyła gwałtownie. ‏– Muszę wiedzieć. Zamknąć sprawę, rozumiesz? Przekonać się, czy ja…

Urwała nagle i ukryła twarz w zgięciu łokcia. Gomez przysunął się bliżej i usiadł tuż obok kobiety.

‏– Jeśli to ci do szczęścia potrzebne ‏– mruknął. ‏– Jak zamierzasz się przekonać?

Obróciła się i oparła przeguby rąk na ramionach Gomeza.

‏– Muszę jeszcze raz odwiedzić Kur ‏– wyjaśniła. ‏– Chcę przeprowadzić eksperyment. Taki, jakiego dokonaliby biolodzy. Dowiedzieć się, czy można przenieść…

Główny inżynier spojrzał na Lyne ze zgrozą.

‏– W obecnej sytuacji użycie promu jest skrajnie nierozsądne ‏– zauważył, przejęty ‏– wręcz samobójcze.

‏– Wiem. ‏– Uśmiechnęła się po raz pierwszy od dawna. ‏– Zaryzykuję. I będę potrzebowała kogoś do pomocy. Wiesz, te poparzenia…

Objął ją i delikatnie przysunął do siebie.

‏– Kiedy? ‏– spytał, błądząc palcami po plecach kobiety.

‏– Dopiero rano ‏– wyjaśniła i chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamknął swoimi jej usta.

 

 

12.

 

 

Długi na dwadzieścia dwie ziemskie doby dzień na Kur dobiegał właśnie końca. Zmierzchało i choć gruba warstwa chmur skutecznie skrywała zachodzącą gwiazdę, to wystarczyło się obejrzeć, by stanąć oko w oko z nadciągającą ciemnością. Astronauci podążali w milczeniu na zachód przez bezkresne pole nabrzmiałych, napompowanych aż po brzegi ciemnych narośli. Poduszkowate twory najwyraźniej dojrzały, bo szczelnie pokrywały grunt nie pozostawiając miejsca dla ludzkich stóp, pod naciskiem których napięta powłoka narośli pękała, uwalniając brudną, lepką maź. Ślady astronautów znaczył wąski, lepki strumień leniwie wypływający z rozerwanych straszydeł. Lepka breja oblepiała buty, spowalniając marsz.

Coraz słabsza Lyne oddychała ciężko, z wysiłkiem przezwyciężając większe od ziemskiego ciążenie i nie bez trudu torując sobie drogę w gęstym, prawie namacalnym powietrzu. Pieczenie dłoni, skrytych w rękawicach kombinezonu przy każdym ruchu przechodziło w nieznośny ból.

‏– Te parszywe dmuchańce powinny się już skończyć ‏– zauważyła ze złością, gotowa na wszystko, by przerwać przygnębiającą ciszę.

‏– Według zapisków Cathcart zanikają u podnóża gór ‏– odparł Gomez nieobecnym głosem.

‏– Wiem ‏– przyznała, lekko zmieszana. ‏– Na Ziemi zawsze narzekało się w podróży, prawda?

‏– Prawda ‏– zgodził się, ale nie powiedział nic więcej, zasklepiając się w skorupie ponurych myśli.

Ponure milczenie towarzyszyło wędrowcom aż do chwili, gdy na tle brunatnego nieba ukazał się niewyraźny zarys wraku. Ostre wcześniej kontury i potężne zwalisko powyginanego metalu zmieniło się w skarlały, stłamszony szkielet. Wcześniej jednolita, jedynie powyginana i naznaczona długimi spękaniami struktura statku przypominała teraz sito. Światło lamp umieszczonych na hełmach ludzi przenikało wrak i nikło w nieubłaganie gęstniejącym mroku.

‏– Korozja? ‏– odezwał się wreszcie Gomez. ‏– Czy grzyb?

Lyne wpatrywała się w szczątki w osłupieniu, nie mogąc wydobyć ani słowa z wysuszonych ust. Zadrżała, gdy Gomez dotknął jej ramienia.

‏– Wiesz przecież ‏– wykrztusiła.

‏– To dlatego chciałaś tu przyjść?

‏– Zobacz ‏– powiedziała wymijająco.

Snop światła wydobywał z mroku miejsce, gdzie na wrak wpełzały dmuchańce, a oblepiając go, przypominały zastygający na powierzchni stopiony plastik.

‏– Co to oznacza? ‏– spytał, zaintrygowany.

‏– Wcześniej wrak otaczał goły piach. Jakby coś wyżarło wszystko wokół ‏– dodała po namyśle.

‏– Byłaś tu ‏– domyślił się, ale w jego głosie nie było zdziwienia czy potępienia. Jedynie proste stwierdzenie.

‏– Byłam ‏– westchnęła ciężko.

‏– Ale… wiedziałaś?

‏– Nie! ‏– zapewniła skwapliwie i powiedziała z udręką, usprawiedliwiając się: ‏– Skąd mogłam wiedzieć?

Gomez objął Wahler ramieniem, ale tym razem pocieszający gest nie przyniósł kobiecie ukojenia. Stępione cierpieniem zmysły Lyne zarejestrowały tylko pozbawione emocji zetknięcie ochronnych kombinezonów, drugorzędne wobec przepełniających umysł nieprzyjemnych myśli. Gdzieś z kuryjskiej ciemności przypłynęło do Wahler wspomnienie oskarżeń, miotanych w agonii przez ojca Almeidę, ale wciąż wzdrygała się na samą myśl o własnej winie, awansującej nagle na jeden z możliwych scenariuszy. Wobec wraku, który miała przed oczami, niepokojąco prawdopodobny.

‏– Wiesz, co oznacza ta zmiana? ‏– spytał Gomez po chwili.

‏– Przypuszczam ‏– powiedziała Lyne zdławionym głosem ‏– że grzyb zrobił swoje. Przygotował miejsce dla tego czarnego paskudztwa. Oczyścił teren.

‏– Może to nie tak ‏– powiedział z nadzieją inżynier ‏– może to czarne wygryzło grzyba?

‏– Naiwny jesteś, João. ‏– Zdobyła się na pobłażliwy uśmiech. ‏– Nie łudź się. Wrak leży na Kur prawie trzy tygodnie. Jeśli ten organizm uporał się z nim w ciągu dwudziestu dni, to…

Nie dokończyła; w słuchawkach wędrowców rozległ się rozgorączkowany głos pilota:

‏– Wahler, Gomez, koniec wycieczki. Alarm na statku! Zgłaszają rozszczelnienie poszycia!

Oboje nagle zaniemówili; Gomez przeżegnał się drżącą dłonią, Wahler z nienawiścią wpatrywała się we wrak, jak w przerażające proroctwo. Wezwanie pilota nie doczekało się odpowiedzi.

‏– Na "Brasilii" dekompresja! Jesteście tam? Wracajcie, do jasnej cholery! ‏– trzeszczało w słuchawkach.

Przecież nie mamy do czego wracać, pomyślała z żalem Lyne. Mimo to zacisnęła zęby i powlokła się za spieszącym na prom Gomezem przetartym wcześniej, naznaczonym destrukcją szlakiem.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Trochę nudnawe mi się tym razem wydało to opowiadanie, ale za to zupełnie w stylu Lema. Nawet przypomniał mi się "Obłok Magellana" [naprawdę to czytałem, gdyby kto nie wierzył], jak pamiętam, o trochę zbliżonej fabule. Jednak to, że mnie nieco nudziło, to absolutnie moja subiektywna opinia, bo już dawno wziąłem rozbrat z S-F

"Fiasko", odrobina "Niezwyciężonego" w negatywie... Świetne.

Dla mnie opowiadanie nie jest nudnawe. Jest świetne. Zdecydowanie najlepszy tekst, jaki przeczytałem w tym miesiącu. Przykleja do monitora i nie pozwala oderwać się do samego końca.

 

Ale (bo zawsze musi być jakieś "ale") koncepcja eksplozji jest nierealna. Nie wiem jakie wymiary miało laboratorium, ale przyjmijmy, że był to pokój niewielki, lecz na tyle duży, by można prowadzić w nim badania. Powiedzmy 5x5x2. Masa powietrza w takim pomieszczeniu wynosi około 60 kg. Wodór zaczyna być wybuchowy, gdy jego stężenie przekroczy 4%, tak więc w tym pomieszczeniu musiałoby znaleźć się około 2,4 kg wodoru. By uzyskać taką masę z reakcji glinu z wodorotlenkiem sodu, potrzeba ponad 30 kg aluminium. Myślę, że załoga zauważyłaby zniknięcie 30 kg ściany (zwłaszcza, że reakcji tej towarzyszy dość nieprzyjemne syczenie i pienienie). Nawet gdyby przyjąć, że w ścianach były inne, cięższe metale o właściwościach amfoterycznych, z którymi mogłaby przereagować zasada sodowa, nie jest możliwym, by kosmiczny grzyby wydzielił niezauważony ilość wodoru potrzebną do eksplozji tak silnej, by zabić cały zgromadzony w pomieszczeniu zespół. Nie wspominając o tym, że wydzielenie wodoru musiałoby nastąpić bardzo szybko, po pomieszczenie było chyba regularnie wentylowane. 

A jak już jesteśmy przy reakcji wodorotlenku sodu z aluminium, w opowiadaniu piszesz, że na metalowych ścianach znajdowała się jedynie wilgoć. To niemożliwe. Jak już wspomniałem, reakcja wodorotlenku sodu z glinem "pieni się" w charakterystyczny sposób (polecam obejrzeć na youtube filmik z doświadczeniem), tak więc na ścianach nie mogła być tylko wilgoć. 

Tak więc, zawodzi odrobinę element "science" w "science fiction", ale nie zmienia to faktu, że opowiadanie czytało mi się świetnie.

Opowiadanie zdecydowanie nie jest nudne. Nie potrafię wykrzesać z siebie podobnych zastrzeżeń co vyzart, ponieważ moja wiedza z chemii nie jest zbyt imponująca. Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością ;)

Schodzę z "nocki", a tu taka niespodzianka...

Szczerze mówiąc, bałam się właśnie tego, że napiszecie, że nudne - stąd ten nieszczęsny wybuch w laboratorium, żeby się coś działo ;). Przyznaję się bez bicia, że trochę "science" ponaciągałam. Założyłam sobie, pewnie zbyt dowolnie, parę spraw - że laboratorium jest małe (bo na statkach kosmicznych przeważnie panuje ciasnota) i że zaatakowana przez grzyb wentylacja pozostawia sporo do życzenia, że lepka wydzielina "grzyba" maskuje i rozkłada w czasie reakcję zasady z metalem (coś w rodzaju preparatu o przedłużonym działaniu). Może faktycznie trochę za dużo sobie założyłam ;).  

"Obłoku Magellana", wstyd się przyznać, ale nigdy nie czytałam, więc jakiekolwiek do tej książki podobieństwo jest naprawdę przypadkowe :).

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

To znaczy, miałam na myśli niespodziankę w sensie pozytywnym.

Dopiero teraz zorientowałam się, że przy przenoszeniu tekstu na portal gdzieś poznikały mi wszystkie tabulatory:( . Przepraszam za to niewybaczalne gapiostwo.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Może wycofam to, że nudne...

A Obłok Magellana" to zdaje się dziś biały kruk, bo Lem zakazał tej swojej wczesnej powieści wydawać, że niby taka słaba. Oczywiście miałem stare wydanie w twardej okładce , kupione w antykwariacie. Niestety, również i tam je sprzedałem...

Zakazał nie zakazał, dzisiaj i tak "Obłoku..." czytać się da. Taki pean na cześć człowieka, ukształtowanego przez ideologię, która miała zwyciężyć i zapanować powszechnie, że nudzi, usypia, śmieszy też. Ale nie miejcie Lemowi za złe: inaczej nie mógł, takie czasy.  

Ja fanką ani Lema, ani SF nie jestem i nie waham się przyznać, że tak, dla mnie opowiadanie było nudne. Napisane nieźle, rzecz jasna, ale jak dla mnie nie ma tu nic, co by tłumaczyło tak wiele słów na tak malo wydarzeń. Jest parę rzeczy, które są zbędne dla fabuły, nic nie wnoszą, a wypełniają miejsce. Może to nie mój typ i tekst dla fanow Lema właśnie, ale mnie do gustu nie przypadł.

 

Dlaczego Lyne poszła do fragmentu wraku w tak nieprzyjaznych warunkach, tylko po to by go dotknąć i od razu wrócić?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wskazał na fragment aparatury, błyszczący lśniącymi elementami nie zużytych jeszcze części zamiennych. - niezużytych

Dobre opowiadanie. Co prawda powodów pojawienia się "spoconych ścian" domyśliłem się wcześniej, ale i tak tekst bardzo przypadł mi do gustu. 

 

Pozdrawiam

Mastiff

Agroeling: czemu chcesz wycofać, że nudne? Masz prawo mieć takie odczucie, ja ja jestem wdzięczna za każdą opinię, niepochlebną również, bo najskuteczniej się człowiek na błędach uczy.

Joseheim:

Nie wiem, czy tu jeszcze zajrzysz, ale jeśli zajrzysz, to chciałabym wiedzieć, czy udało mi się choć trochę poprawić wiarygodność postaci. ( przy "Nemesis" pisałaś, że są nieprzekonujące).

A wędrówka do wraku? Bohaterka poleciała na planetę z naukowcami, to oni mieli priorytet, nie jej "wycieczka krajoznawcza", nie wydawało mi się nielogiczne, że każą jej wracać.

Poza tym, lubię Lema. ;)

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za komentarze.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Myślę, że postacie są w tym przypadku niezgorsze ; )

 

Co do wycieczki: ahaaa ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dobre. Według mnie niepotrzebny pierwszy rozdział; słabo się komponuje z resztą; mogłaś go chociaż nazwać prologiem. Lacaille.

Natychmiast z obrzydzeniem strąciła jego rękę.
‏– To było dawno, Luiz ‏– warknęła. ‏– Zachowaj swoje słodkości dla Hany.

Co takiego słodkiego zrobił Luiz? Położył jej rękę na kolanie w trakcie nieprzyjemniej wymiany słów? W całym kontekście te "słodkości" zagrały mi wyjątkowo fałszywie.

 

Powtórzę: dobre. Jest klimat.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Staliście się tacy... bezduszni!
Ma rację, przyznała w duchu Lyne(...)

To znaczy w czym przyznała? ;-) Osobliwy wydźwięk tego fragmentu jest chyba niezamierzony.



Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przeczytałem uważnie. Ja, podobnie jak Adam, znam wszystkie powieści Lema. Moim zdaniem brak powiązania z początkiem opowiadania. Nie kupuję samotnej wyprawy na planetę bez asekuracji wzrokowej, tak się nie postępuje. Tekst rzeczywiście ma dłużyzny. Są analogie do wymienionych powieści Lema, ale jego mistrzostwo jest dla nas nieosiągalne. Aspekt obcej biocenozy uwzględniam w końcowej części swojej, ukończonej niedawno powieści. To mało spektakularny i niedoceniany aspekt ewentualnych podbojów kosmicznych. Obca biocenoza i obca mikroflora i mikrofauna, to prawdopodobnie największe bariery w ewentualnych podbojach kosmicznych. Dlatego duże uznanie dla autorki za wydobycie tego problemu. Religia i polityka, zbędne w opowiadaniu, nic nie wnoszą. Samotny rajd Rohana w "Niezwyciężonym miał uzasadnienie, a wyprawa astronautki - nie. Tu rację ma Joseheim. To najsłabszy moment opowiadania. Mało literackiego dramatyzmu, a okazji mnóstwo. Porównaj opis samotnego rajdu Rohana w N "Niezwyciężonym" z Twoim, zobaczysz różnicę. Niemniej, w zalewie głupich tekstów z demonami na statkach, to

opowiadanie błyszczy.

Niepotrzebnie wdajesz się w astrofzyczne aspekty, ponieważ tu ujawnia się Twoja niekompetencja, podobnie jak u autorki powieści pt. "Kontakt" Górskiej. --- Odległość, czas lotu, sztuczna grawitacja, aspekty relatywistyczne, kłopoty z chemią. Jeżeli nie czujesz się w tym kompetentna, to po prostu je pomijaj, a nie wprowadzaj błędnych szczegółów. Tak

jest lepiej. Pozdrawiam.

No dobrze.

Powiedzmy, że wyrzucę pierwszy rozdział, religię, politykę, astrofizykę, chemię, wyprawę na planetę i pozostanie mi tylko dodać demona straszącego na statku ;), bo z opowiadania nie zostanie nic.

Poza tym, nie muszę porównywać swojej amatorskiej pisaniny z dziełami profesjonalnych pisarzy, by wiedzieć, że się różnią. Nie ma to najmniejszego sensu, a ja nie mam aż tak wielkiego ego, by przypuszczać, że Adam i Agroeling pisząc o podobieństwach do Lema mieli na myśli coś więcej niż ulotne tzw. "wrażenie ogólne".

Małe sprostowanie - pisząc o wyprawie na planetę, nie kombinowałam, by dodać na siłę coś w stylu wycieczki Rohana. Tak po prostu samo się wykluło :), pasowało mi do reszty i już.

Zresztą, idąc tym tropem, to wcale nie powinnam zabierać się za pisanie, bo wszystko już gdzieś zostało opisane i to sto razy lepiej.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

O jejku jejku.  

Zgoda, można przyjmować, że w milionie tekstów znalazł się już kiedyś taki, który mówi o tym samym i nawet w podobny sposób, ale to żaden liczący się argument na "nie".  Bo na taki koncept wpadł np. Rumun, nikt w Polsce nie zna tego utworu, i tak dalej.  

Wycieczka, jak nazwałaś, nie jest "na siłę" wmontowana --- w końcu wyprawa rekonesans na miejscu też musiała mieć w planach. Minimum jako alternatywę dla badań z orbity. Cóż więc dziwnego w tym, że niejako za jednym zamachem sprawdzili, co zostało ze statku konkurentów? Samo to uzasadnia "wycieczkę"...  

Nie chodzi o wyrzucanie, chodzi o powstrzymanie się od podawania konkretnych danych, jeśli mogą budzić wątpliwości. Przykład: ani słowa, jak daleko miał "Niezwyciężony" z bazy na Regis. Rejs był stosunkowo krótki; "zwykły" czytelnik już wie, co powinien, a "fachman" niech sobie liczy na paluszkach, ile to mogło być miliparseków.  

Mam nadzieję, że trochę Ciebie uspokoiłem i podtrzymałem na duchu.

Ależ autorko miła, mnie się opowiadanie podoba... inaczej tak bym się nie wysilał. Najcenniejszy aspekt, to mikrobiologia i mikrochemia. tego autorzy nie lubią, bo to mało literackie. Wyrzucenie balastu mogłabyś zrekompensować rozbudowaniem rajdu na planecie, dodać nieco grozy, opisu nieznanej flory, a może fauny. Tysiące możliwości. Ja tak się angażuję, bo opowiadanie podoba mi się już teraz i nosi mnie, aby go jeszcze podrasować. Razem z Adamem jesteśmy

fanami s.f. a tak tu mało tego...I nie miej żadnych kompleksów.pozdrawiam.

O to to, droga Koleżanko. Żadnych kompleksów. Jeszcze ze dwa, trzy razy nie wyważysz proporcji czystej, twardej S do tej podanej jako sygnały, ale kto tak od razu trafia w dziesiątkę...

Moi panowie, porównanie z Lemem musi rodzić kompleksy, zwłaszcza u kogoś, kto pisaniem zajmuje się hobbystycznie.

Adamie, dziękuję. Pisząc jednak o tym, że wszystko już gdzieś zostało opisane, nie miałam na myśli słabo znanego w Polsce przykładowego Rumuna, a fakt, że różne motywy i wątki w literaturze SF się powtarzają i że zawsze komuś coś skojarzy się a to z Lemem, a to z Dickiem czy C. Clarke.

Ryszardzie, co do mikroflory, to mam przeświadczenie laika, że nigdy nie spotkamy w kosmosie żadnych zielonych ludzików, a co najwyżej wredne pleśnie. Mogłam faktycznie dodać więcej nieznanej fauny i flory, ale obawiałam się komentarzy w stylu: "po co tyle tego?" albo "nudne te opisy przyrody", dlatego skupiałam się jedynie na aspekcie grzyba, istotnego dla akcji.

Ryszardzie i Jerohu. Pierwsza część tego tekstu powstała w nawiązaniu do mojego poprzedniego opowiadania. Tu nie mam usprawiedliwienia - to taki babski kaprys. Wymyśliłam też sobie, widocznie niezbyt udanie wprowadzając to w czyn, żeby lekko zaznaczyć różnicę między bohaterką w młodości a tą samą osobą po dwudziestu latach nudnego lotu. Pewnie niepotrzebnie, ale w jakiś sposób miało to określać postać i sprawiać, by nie była anonimowa.

To tyle na dzisiaj. Pora iśc do pracy.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

No --- przeczytałem.

Niezłe były sceny rozmów --- prócz tych z księdzem --- i tempo, ja dłużyzn nie poczułem. Samotna wycieczka --- jak już zauważono --- w takiej formie psuje opowiadanie. Awarie były niezbyt emocjonujące i gdzieś uciekło napięcie. Niemniej wydaje mi się, że ten tekst jest lepszy niż Nemesis.

pozdrawiam

I po co to było?

Pierwszy rozdział rzeczywiście wydaje się niepotrzebny. Twoje opowiadanie czytałem na dwa razy, w odstępie kilku dni. Pierwszy raz wywołał u mnie zaciekawienie, zainteresowanie. Niestety, kiedy fabuła zaczęła się rozwijać, okazało się, że to jednak opowiadanie nie dla mnie. Stało się zwyczajnie nudne.
Przeczytałem tekst już dosyć dawno, więc nie pamiętam już wszystkich rzeczy, które mi się nie podobały, ale na pewno (poza pierwszą sceną): nie podoba mi się postać księdza i jego (żadna) rola. Tworzenie tła w postaci polityki, to było to, co pierwotnie mnie zaciekawiło, ale potem, okazało się,  że to tło jest ot tak, bez celu. Wycieczka w celu dotknięcia wraku wydała mi się bardzo bez sensu : ) Awarie, tak jak napisał syf wyżej, nie są opisane w taki sposób, by tworzyły napięcie. Dla ryszarda opowiadanie to się wyróżnia, dla mnie nie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berylu, Syfie,

To nieprawda, że ksiądz nie gra żadnej roli. Ktoś musiał przecież w sugestywny sposób wyzionąć ducha w scenie awarii. Widocznie nie udało mi się opisać tego tak efektownie, jak powinnam była to zrobić, ale trudno - może następnym razem uda się lepiej.

Co do polityki - to akurat będę bronić tego "tła", bo przecież właśnie polityka popchnęła bohaterów do pozbycia się statku rywali. Wydaje mi się, że obecność tego tła jest uzasadniona, ale być może tylko mi się wydaje.

Poza tym zapamiętam raz na zawsze, że kosmonauci to zwierzęta stadne :) i sami nigdzie nie chodzą.

Pozdrawiam i dziękuję za opinie.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Czytałam już wcześniej, lecz nie miałam czasu zostawić komentarza, a potem zapomniałam :)

Może chodzi im o to, że skoro pojawia się ksiądz, powinien zostać wprowadzony jakiś bardziej rozbudowany wątek, związany z "politycznym znaczeniem" obecności kapłana? Mam wrażenie, że trochę zmarnowałaś potencjał tej postaci.Ja się nakręciłam na jakieś smaczki, a potem jakoś niewiele z "księdzowatości księdza" wynika :).

Dla mnie tekst: jest momentami nudny jak cholera, dobrze napisany (pod tym względem wyróżnia się na tle innych opowiadań na forum), zawiera świetny pomysł. I w pełni zasługuje na wyróżnienie w tym miesiącu :)

Marianno, jeśli chodzi o wycieczkę, to przede wszystkim nie rozumiem motywacji bohaterki. Przecież wyruszyła na tę planetę w jakimś naukowym celu, a zamiast tego poszła i dotknęła wraku. O co chodzi? ; ) Oraz tak, to, że była sama mnie mocno zdziwiło.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Fanto,

Dzięki za komentarz. Znaczy opko jest nudne, ale zasługuje na wyróżnienie - podoba mi się to stwierdzenie :), nie mam tylko pewności, czy to nie ironia ;). Odnośnie "księdzowatości księdza": może nie udało mi się tego uwydatnić, ale chodziło mi właśnie o tej księdzowatości brak. To znaczy - że "prominenci" dyskutują, jak pozbyć się rywala, a ksiądz nie ma nic przeciwko. Czyli - co zostaje z "ideałów", z daleka od Ziemi.

Berylu,

Bohaterka nie jest naukowcem, tylko śledczym. Nie wyruszyła na planetę w celu naukowym. Wycieczka coś pośredniego między ciekawością a wizją lokalną. Takie CSI w kosmosie, choć to może za dużo powiedziane. Oczywiście, takie rozwiązanie ma prawo się nie podobać, chodziło mi jednak o to, by przy wraku znalazł się "nie-naukowiec", który nie ma pojęcia o drobnoustrojach.

Tyle - może coś, co piszę obecnie wyjdzie mi mniej nudne.

Pozdrawiam

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Marianno, absolutnie nie było w moim stwierdzeniu ironii. Kawałek o "nudzie" to bardzo subiektywne stwierdzenie. Ja po prostu nie jestem fanką takich opowiadań. Ale to nie Twoja wina ;) Myślę, że to jeden z najlepszych tekstów w marcu i już.

Pozdrawiam!

Fanto,

dziękuję, chociaż tak mi się wydaje, że jeśli tekst nudzi, to raczej JEST to wina autora ;).

Pozdrawiam i dziękuję za komantarze.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Marianno, wyłącznie na karb czyjegoś sabotażu mogę złożyć winę, że pod opowiadaniem nie ma mojego komentarza. W marcu 2013 roku byłam na TAK, dla Twojego opowiadania i gdyby przyszło mi głosować dzisiaj, decyzja byłaby taka sama. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Regulatorzy.

Fajnie, że wciąż Ci się podoba.

Zrobię teraz coś, czego bardzo nie lubię robić i napiszę, że ten tekst (po zmianach i liftingu, rzecz jasna) stał się częścią ebooka (tego z sygnaturki).

Pozdrawiam :)

 

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Bardzo się cieszę, Marianno! ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dodam jeszcze, że to wyrób całkowicie darmowy i wcale nie taki długi, więc gdybyś kiedyś chciała się ponudzić w klimatach kosmicznych, to zapraszam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Jasne, tyle że czytając Twoje opowieści, nie można się nudzić. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ można, można, ja zezwalam ;)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

A ja nigdy bym sobie nie pozwoliła. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie będziesz się nudziła, chociażbyś nawet chciała, regulatorzy. Ściągaj i czytaj…

Ściągnę, Adamie, ściągnę co tylko się da. I mam nadzieję, że nie sugerujesz czytania na golasa… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

We wannie to chyba jednak na golasa. :-) Ale czytania pod prysznicem nie polecam. Kartki książki się zlepiają, ekranik tabletu mgłą zachodzi… :-)

Chyba jednak tak, zdecydowanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eh, nie wymagam od czytelników aż takiego poświęcenia ;)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Hmmm. Nemesis podobało mi się znacznie, znacznie bardziej. Nie powiedziałabym, że nudne, ale jakoś trudno mi się było zorientować w postaciach – kto jaką funkcję pełni i czyim kochankiem jest. To, że główną bohaterkę powinnam już kojarzyć, zrozumiałam dopiero po przeczytaniu komentarzy.

Jeśli chodzi o czytanie w łazience, to nie polecam odkładania książek na pralkę. Zwłaszcza, jeśli pralka ładuje się od góry i jest otwarta… ;-)

Babska logika rządzi!

A już broń Boże nie czytajcie w toalecie… ;)

Tekst to tylko plik, nic mu w pralce nie będzie, ale czytnika szkoda.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Przeczytałem z największą przyjemnością. 

 

Świetny Lemowy klimat, opowiadanie wciąga od początku i nie pozwala się oderwać aż do samego końca. Dokładnie takie science fiction jakie chce się czytać. 

 

Dziękuję!

Dzięki!

Fajnie, że młodzi ludzie chcą czytać sci-fi.

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Nowa Fantastyka