- Opowiadanie: Marianna - Czynnik Zhanga

Czynnik Zhanga

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czynnik Zhanga

 

Za­czę­ło się od tego, że w siód­mym mie­sią­cu wy­pra­wy na atak serca zmarł in­ży­nier Ta­ka­da, a że miał pecha za­koń­czyć życie na Try­to­nie, naj­zim­niej­szym księ­ży­cu Ukła­du Sło­necz­ne­go, nie mo­gli­śmy mu nawet wy­pra­wić po­grze­bu. Zło­ży­li­śmy tylko ciało w chłod­ni z od­po­wied­ni­mi ho­no­ra­mi. Wszyst­kich przy­gnę­bi­ła ta śmierć, ale w grun­cie rze­czy nie było w niej nic nie­zwy­kłe­go, przy­naj­mniej tak twier­dził Zhang, le­karz wy­pra­wy. Ta­ka­da miał swoje lata i w Ja­po­nii wy­sła­no go na eme­ry­tu­rę; Chiń­czy­kom jego wiek nie prze­szka­dzał. Nikt nie śmiał nawet po­dej­rze­wać, że za tym zgo­nem przyj­dą na­stęp­ne.

Nie minął nawet ty­dzień, a Ja­cqu­es Char­din, młody wul­ka­no­log z Tian­jin, pa­skud­nie zła­mał nogę w sali gim­na­stycz­nej, choć za­rze­kał się, że re­gu­lar­nie za­ży­wa obo­wiąz­ko­we mi­ne­ra­li­za­to­ry. Roz­mię­ka­nie kości cza­sem jesz­cze przy­da­rza­ło się astro­nau­tom, ale fa­na­ty­ko­wi kul­tu­ry fi­zycz­nej i je­dy­ne­mu dotąd czło­wie­ko­wi, który zdo­był Olym­pus Mons na Mar­sie, nie po­win­no się coś ta­kie­go przy­tra­fić. Po zła­ma­niu szyb­ko po­ja­wi­ły się tra­gicz­ne w skut­kach kom­pli­ka­cje i Char­din zmarł we śnie. Po sek­cji le­karz uznał za przy­czy­nę śmier­ci skrzep, blo­ku­ją­cy tęt­ni­cę płuc­ną wul­ka­no­lo­ga. Znów nic nie­zwy­kłe­go…

Już wtedy za­czę­łam po­dej­rze­wać, że z an­ty­pa­tycz­nym ko­no­wa­łem było coś nie tak. Nie cho­dzi­ło tylko o to, że Zhang nie po­tra­fił zin­te­gro­wać się z resz­tą grupy. Jako je­dy­ny Chiń­czyk w wy­pra­wie or­ga­ni­zo­wa­nej przez Chiń­ską Aka­de­mię Nauk miał prawo czuć się lekko wy­ob­co­wa­ny, ale nie mo­głam oprzeć się wra­że­niu, że to nie ba­rie­ry kul­tu­ro­we stwa­rza­ły dy­stans mię­dzy nami, a ra­czej po­czu­cie wyż­szo­ści i głę­bo­ko skry­wa­na nie­chęć do ludzi z Za­cho­du.

Za­nie­dba­nie, które do­pro­wa­dzi­ło do śmier­ci Jo­han­ne­sa Hart­man­na osta­tecz­nie po­grą­ży­ło Zhan­ga. Ka­szel sej­smo­lo­ga sły­sze­li wszy­scy i mar­nym uspra­wie­dli­wie­niem dla le­ka­rza był fakt, że chory nie za­mie­rzał pod­dać się le­cze­niu. Tak, Hart­mann nie na­le­żał do hi­po­chon­dry­ków. Miał przy tym iry­tu­ją­cy zwy­czaj pracy przy gło­śnych dźwię­kach mu­zy­ki po­waż­nej, więc żadne z nas nie mogło przyjść mu z po­mo­cą, gdy konał w sa­mot­no­ści. Or­kie­stra ber­liń­skich fil­har­mo­ni­ków sku­tecz­nie za­głu­szy­ła­by każdy bój o ostat­ni od­dech.

Prze­le­żał w pra­cow­ni całą noc, a gdy rano Anna zna­la­zła ciało, prze­ra­żo­ne oczy na­ukow­ca wciąż po­zo­sta­wa­ły otwar­te. Zhang, z wła­ści­wą sobie nie­chę­cią pod­jął się sek­cji zwłok, po któ­rej za­ko­mu­ni­ko­wał nam, że facet po pro­stu się udu­sił. Oczy­wi­ście nie użył tego pro­za­icz­ne­go stwier­dze­nia, a ja­kie­goś mą­dre­go, me­dycz­ne­go ter­mi­nu, który nic nam nie mówił. Tym razem nie da­li­śmy się zbyć tak łatwo i przy­ci­śnię­ty do muru Zhang wy­bą­kał coś o za­po­mnia­nym i zgub­nym na­ło­gu pa­le­nia, któ­re­mu Hart­mann miał od­da­wać się w se­kre­cie. Oczy­wi­ście, nikt mu nie uwie­rzył.

Tym­cza­sem za­gad­ko­wa nie­moc się­gnę­ła po ko­lej­ną ofia­rę. Padło na se­le­no­log Annę Fish, wiecz­nie za­dzie­ra­ją­cą nosa An­giel­kę z wła­sną ka­te­drą na uni­wer­sy­te­cie w Pe­ki­nie. To ona zna­la­zła ciało Hart­man­na, na­tu­ral­ne więc było, że stoi jako na­stęp­na w ko­lej­ce po śmierć. Poza tym, czę­sto wi­dy­wa­no tych dwoje razem; po­są­dza­łam ich nawet o jakiś fa­tal­ny ro­mans. Wszyst­ko się zga­dza­ło, nawet ta prze­klę­ta mu­zy­ka jako tło do ro­man­tycz­nych scha­dzek i to, jak bar­dzo za­ła­ma­ła Annę śmierć Jo­han­ne­sa.

Le­karz roz­po­znał w jej przy­pad­ku tylko za­tru­cie po­kar­mo­we. Zanim jed­nak za­czę­li­śmy po­dejrz­li­wie przy­glą­dać się peł­no­war­to­ścio­wym, choć pra­wie nie­ja­dal­nym po­sił­kom i pa­ra­no­icz­nie ob­wą­chi­wać wszyst­kie papki, pasty i przy­po­mi­na­ją­ce tro­ci­ny ma­ka­ro­ny, Zhang wy­klu­czył, aby było z nimi coś nie tak, upar­cie twier­dząc, że nie wy­krył żad­nych tok­syn. Annie ta wia­do­mość nie przy­nio­sła ulgi; wkrót­ce po­ża­ło­wa­li­śmy, że nie brzmi już gło­śna mu­zy­ka Hart­man­na, bo w ciszy, która cią­ży­ła nad sta­cją, bez prze­szkód nio­sły się krzy­ki cier­pią­cej ko­bie­ty.

 

Or­ga­nizm Fish nie za­re­ago­wał na żadną ze sto­so­wa­nych przez Zhan­ga te­ra­pii. Ko­lej­na śmierć wstrzą­snę­ła wszyst­ki­mi, a naj­bar­dziej ope­ra­to­rem ła­zi­ków, Wil­de­nem. Krót­ko po sym­bo­licz­nej ce­re­mo­nii po­że­gna­nia Anny zna­la­złam go w mesie; po­pi­jał coś z her­me­tycz­ne­go kubka. Usia­dłam obok, rzu­ca­jąc jakąś zdaw­ko­wą, obo­jęt­ną uwagę. W od­po­wie­dzi mruk­nął pod nosem coś nie­zro­zu­mia­łe­go i od­wró­cił głowę, zanim zdą­ży­łam spoj­rzeć mu w oczy. Nie spy­ta­łam o nic wię­cej. Za­uwa­ży­łam, że nie by­li­śmy w mesie sami. Zhang, skry­ty dys­kret­nie gdzieś w kącie, przy­glą­dał się nam uważ­nie. Znie­sma­czo­na jawną in­wi­gi­la­cją, jak rę­ka­wi­cę rzu­ci­łam py­ta­nie:

– Jak po­stę­py w ba­da­niach, Zhang?

Z roz­my­słem nie na­zwa­łam go dok­to­rem, choć wie­dzia­łam, jak bar­dzo Chiń­czy­cy lu­bu­ją się w ty­tu­łach. We­dług mnie, na żaden nie za­słu­żył.

– Za wcze­śnie jesz­cze na wnio­ski – od­parł z nie­chę­cią.

– Oj, nie bądź taki ofi­cjal­ny. – Uśmiech­nę­łam się słod­ko, ale była to sło­dycz pod­szy­ta jadem. – Masz chyba jakąś teo­rię?

– Nie. I ni­ko­go nie po­win­no to dzi­wić. Uła­mek pro­cen­ta wszyst­kich zgo­nów sta­no­wią in­cy­den­ty, któ­rych me­dy­cy­na wy­tłu­ma­czyć nie po­tra­fi – stwier­dził oschle, po czym wstał, od­su­wa­jąc krze­sło z hu­kiem i skie­ro­wał się do wyj­ścia. Zanim jed­nak opu­ścił mesę, zdą­żył jesz­cze usły­szeć moją ri­po­stę:

– Me­dy­cy­na, czy ty, Zhang?

Wy­cho­dząc, minął w drzwiach No­vac­ka; jeden rzut oka na le­ka­rza wy­star­czył, by astro­che­mik od­gadł, co mię­dzy nami za­szło.

– Nie po­win­naś go ob­ra­żać przy lu­dziach – stwier­dził. – Chiń­czy­cy są prze­czu­le­ni na tym punk­cie.

– Szcze­rze mó­wiąc, mam to gdzieś – prych­nę­łam, bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­na. – I tak marny z niego le­karz.

– Je­dy­ny w tej czę­ści Ukła­du Sło­necz­ne­go – przy­po­mniał No­va­cek.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, stwier­dza­jąc jed­no­cze­śnie:

– Nie ma po­ję­cia, co tu się dzie­je.

– Bo to nie jego dział­ka. – Usły­sze­li­śmy nagle cał­kiem przy­tom­ny głos Wil­de­na.

Za­sko­czo­na, ob­ró­ci­łam się i zna­la­złam się z ro­bo­ty­kiem oko w oko. Na­tych­miast, jakby ze wstrę­tem, cof­nął się, głę­biej za­pa­da­jąc w fotel, ale zdą­ży­łam po­czuć w jego od­de­chu kwa­śną, ostrą woń al­ko­ho­lu.

– To klą­twa – od­po­wie­dział na nie­za­da­ne jesz­cze py­ta­nie.

– Co ta­kie­go? – roz­legł się pełen nie­do­wie­rza­nia głos No­vac­ka.

Wil­den upił z kubka spory łyk i po­wtó­rzył:

– Klą­twa, dy­plo­mo­wa­ni igno­ran­ci. Ze­msta za za­kłó­ca­nie spo­ko­ju zmar­łych, kara za bez­czesz­cze­nie zwłok. Wszyst­kich po kolei szlag trafi, bo ty, Chloe, mu­sia­łaś przy­wlec do bazy ja­kie­goś trupa!

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy; fak­tycz­nie, mój łazik od­na­lazł w oko­li­cach Kal­de­ry Le­wia­ta­na spra­so­wa­ny na mia­zgę, or­ga­nicz­ny strzęp nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia, za­to­pio­ny w azo­to­wym lo­dzie jak mucha w bursz­ty­nie; na­zwa­nie go jed­nak zwło­ka­mi było grubą prze­sa­dą.

– Ten „trup” to naj­więk­sze od­kry­cie w hi­sto­rii ludz­ko­ści – wy­ce­dzi­łam z urazą.

No­va­cek zna­czą­co po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu, jakby chciał po­wie­dzieć: daj spo­kój.

– Mam gdzieś hi­sto­rię ludz­ko­ści! – Wil­den skrzy­wił się nie­mi­ło­sier­nie. – Nie wi­dzisz, że to nas za­bi­ja?

Nie­do­rzecz­ne py­ta­nie wi­sia­ło przez chwi­lę w po­wie­trzu, nie do­cze­ku­jąc się od­po­wie­dzi. W końcu nie wy­trzy­ma­łam, prze­ry­wa­jąc krę­pu­ją­cą ciszę nie­przy­jem­nym, sar­ka­stycz­nym śmie­chem.

– Może więc od­pra­wisz sto­sow­ne eg­zor­cy­zmy, Jesse? Nie kom­pro­mi­tuj się, ty… ka­zno­dzie­jo z Ken­tuc­ky! – za­drwi­łam, wsta­jąc.

Dla mo­je­go zmien­ni­ka każdy żart z po­boż­nych przod­ków brzmiał jak obe­lga. Za­klął gło­śno i gwał­tow­nie po­de­rwał się z miej­sca, zanim jed­nak zdo­łał zmu­sić swe ocię­ża­łe ciało do skoku, mię­dzy nami zna­lazł się No­va­cek.

– Wra­caj do sie­bie, Wil­den – rzu­cił pro­sto w spo­co­ną, czer­wo­ną twarz, wy­krzy­wio­ną wście­kłym gry­ma­sem. – Wy­śpij się po­rząd­nie.

Jesse zmie­rzył astro­che­mi­ka wzro­kiem peł­nym nie­na­wi­ści.

– Idź­cie wszy­scy do dia­bła! – wy­chry­piał i ru­szył ku drzwiom.

Zo­sta­li­śmy sami; już otwie­ra­łam usta, by sko­men­to­wać to, co wła­śnie za­szło, ale No­va­cek mnie ubiegł.

– Wszy­scy je­ste­śmy zmę­cze­ni – po­wie­dział spo­koj­nie.

 

Nie roz­ma­wia­li­śmy o tym wię­cej. Nie oglą­da­jąc się na in­nych, po­sta­no­wi­łam po­szu­kać za­po­mnie­nia w pracy i spro­wa­dzić ła­zi­ki z po­wro­tem do bazy, bo ra­czej mało było praw­do­po­dob­ne, byśmy w obec­nej sy­tu­acji kon­ty­nu­owa­li zwy­kłe pro­gra­my ba­daw­cze. Bez prze­szkód wy­pro­wa­dzi­łam Jacka z Kal­de­ry Kibu i prze­pro­wa­dzi­łam go nad Gra­nią Kra­ke­na, ale na kie­ro­wa­niu John­nym nie po­tra­fi­łam się już sku­pić. Od­kry­łam bo­wiem, że za moimi ple­ca­mi za­wią­zał się nie­ocze­ki­wa­ny so­jusz: Zhang i No­va­cek prze­sia­dy­wa­li w la­bo­ra­to­rium ca­ły­mi go­dzi­na­mi, ale mil­kli nagle, gdy tylko zja­wia­łam się w po­bli­żu. Raz nawet usi­ło­wa­łam ich pod­słu­chać, ale dałam sobie spo­kój, bo zza za­mknię­tych drzwi do­bie­ga­ły tylko strzę­py słów. Zresz­tą, roz­ma­wia­li po chiń­sku, a ja, mimo iż pra­co­wa­łam dla Chiń­czy­ków od dwóch lat, do tej pory nie opa­no­wa­łam ich ję­zy­ka. Im dłu­żej my­śla­łam, tym więk­szej na­bie­ra­łam pew­no­ści, że coś ukry­wa­ją, po­rzu­ci­łam więc ro­bo­tę i za­czę­łam śle­dzić każdy ich krok.

Gdy tylko wy­nie­śli się do ga­bi­ne­tu Zhan­ga, zże­ra­na cie­ka­wo­ścią prze­trzą­snę­łam la­bo­ra­to­rium, ale zna­la­złam tylko nic nie warte ana­li­zy ja­kichś mi­ne­ra­łów. Rów­nie mało uzy­ska­łam, prze­szu­ku­jąc głów­ną bazę da­nych sta­cji. Wszel­kie wnio­ski, o ile do ja­kichś do­szli, mu­sie­li ukry­wać na oso­bi­stych palm­bo­xach, a wła­ma­nie do nich trak­to­wa­łam jako osta­tecz­ność. Za­miast tego, po­sta­no­wi­łam pod nie­obec­ność Chiń­czy­ka po­szpe­rać w am­bu­la­to­rium.

Już pierw­szy rzut oka wy­star­czył, by po­zbyć się na­dziei na ja­kieś spek­ta­ku­lar­ne od­kry­cie. Ga­bi­net lśnił czy­sto­ścią, jakby Zhang od dawna w nim nie bywał. Roz­cza­ro­wa­na, w ostat­niej, de­spe­rac­kiej pró­bie zna­le­zie­nia cze­go­kol­wiek, rzu­ci­łam się na kosz na śmie­ci. Nie zna­la­złam ni­cze­go, żad­nej, choć­by po­tar­ga­nej czy po­mię­tej no­tat­ki. Je­dy­nie po­jem­nik na od­pa­dy me­dycz­ne skry­wał kilka, naj­wy­raź­niej świe­żo zu­ży­tych in­iek­to­rów. Wy­cią­gnę­łam ostroż­nie jeden, i ob­ra­ca­jąc w pal­cach lekki, kom­po­zy­to­wy walec, usi­ło­wa­łam od­czy­tać, co za­wie­rał, aż zło­ży­łam w ca­łość nazwę zna­ne­go nawet la­iko­wi leku prze­ciw­bó­lo­we­go, god­ne­go na­stęp­cy zde­tro­ni­zo­wa­nej lata temu mor­fi­ny. Zhang z pew­no­ścią po­da­wał go cier­pią­cej Annie, ale ona nie żyła już od co naj­mniej ty­go­dnia. Komu więc go apli­ko­wał? Wil­de­no­wi, No­vac­ko­wi, sobie? Któ­ryś z nich mu­siał być chory.

 

Wró­ci­łam do am­bu­la­to­rium na­stęp­ne­go wie­czo­ra, we­zwa­na przez No­vac­ka. Uło­żo­ne na le­żan­ce ciało zmar­łe­go le­ka­rza, ide­al­nie wpa­so­wy­wa­ło się w bez­dusz­ny po­rzą­dek, jaki po­zo­sta­wił w spad­ku an­ty­pa­tycz­ny Chiń­czyk. Zwy­cza­jo­wa mi­nu­ta ciszy prze­cią­ga­ła się ponad miarę i znie­cier­pli­wio­na, za­czę­łam przy­glą­dać się No­vac­ko­wi ukrad­kiem. Wy­da­wał się jesz­cze bled­szy niż zwy­kle. W końcu nie wy­trzy­ma­łam i ode­zwa­łam się pierw­sza:

– Za­bi­ła go klą­twa, czy pro­chy?

No­va­cek drgnął. Po zgor­szo­nej minie po­zna­łam, że po­wie­dzia­łam coś nie­wła­ści­we­go. Mało mnie to jed­nak obe­szło.

– Za­ję­ło mu mózg – od­rzekł cicho.

Kla­snę­łam w dło­nie.

– A jed­nak coś nas ata­ku­je! – stwier­dzi­łam z trium­fem.

Nie za­prze­czył, wes­tchnął tylko i zmie­nił temat:

– Gdzie Wil­den?

– U sie­bie – od­par­łam nie­chęt­nie. – Zna­lazł sobie jakąś strasz­nie pilną ro­bo­tę. Boi się klą­twy. Głupi gno­jek!

Astro­che­mik ski­nął głową w mil­cze­niu.

– Trze­ba za­nieść Zhan­ga do kost­ni­cy – stwier­dził po chwi­li z przy­mu­sem, pod­cho­dząc do zwłok. – Po­mo­żesz mi?

Skrzy­wi­łam się ze wstrę­tem. Nie mia­łam naj­mniej­szej ocho­ty bawić się w gra­ba­rza, ale wie­dzia­łam, że muszę zo­stać z No­vac­kiem, by cze­go­kol­wiek się do­wie­dzieć.

 

Ciało le­ka­rza w ni­skiej gra­wi­ta­cji Try­to­na wa­ży­ło nie­wie­le. Łatwo było za­po­mnieć, że czar­ny worek za­wie­ra ludz­kie zwło­ki. Przez całą drogę No­va­cek nie ode­zwał się ani sło­wem, a ja nie na­ci­ska­łam; po­zwo­li­łam, nie bez przy­kro­ści, by cze­luść lo­do­wa­te­go ma­ga­zy­nu, który dziw­ną ko­le­ją losu za­mie­nio­ny zo­stał na kost­ni­cę i pięć, za­sty­głych w bez­ru­chu ciał, zro­bi­ło swoje.

Gdy tylko zna­leź­li­śmy się z po­wro­tem na ko­ry­ta­rzu, spy­ta­łam:

– Nie uwa­żasz, że wszyst­kie ta­jem­ni­ce nie mają już sensu? Że ujaw­nie­nie praw­dy ko­mu­kol­wiek za­szko­dzi?

Astro­che­mik spoj­rzał na mnie smut­nym, zre­zy­gno­wa­nym wzro­kiem. Opar­ty o ścia­nę, od­dy­chał cięż­ko.

– Za wiele ode mnie wy­ma­gasz, Chloe. Sam nie wiem, co jest praw­dą… Może to wła­śnie Wil­den ma rację.

Za­nie­mó­wi­łam, po raz pierw­szy od dawna bra­kło mi ja­kie­go­kol­wiek rze­czo­we­go ar­gu­men­tu. Jirzi No­va­cek, scep­tyk, ate­ista, czło­wiek fa­na­tycz­nie wręcz roz­sąd­ny, nagle wy­ry­wa się z czymś takim? To nie ten sam na­uko­wiec, któ­re­go po­zna­łam sie­dem mie­się­cy temu. Coś we mnie pękło. Łzy na­pły­nę­ły mi do oczu.

– Nie każ mi wie­rzyć w gusła – wy­szep­ta­łam z roz­pa­czą, ści­ska­jąc jego dłoń. – Po­wiedz mi co­kol­wiek, uwie­rzę w każde kłam­stwo, tylko nie w to…

No­vac­ko­wi naj­wy­raź­niej zro­bi­ło się mnie żal.

– Chodź ze mną – po­wie­dział. – Coś ci po­ka­żę.

Ru­szył przed sie­bie po­wo­li, ze spusz­czo­ną głową, jak czło­wiek słaby i po­ko­na­ny, zła­ma­ny dru­zgo­cą­cym wi­do­kiem śmier­ci, ob­ju­czo­ny brze­mie­niem nie­chcia­nej ta­jem­ni­cy.

– Wi­dzisz, Chloe, Zhang wy­mógł na mnie przy­rze­cze­nie, że za­cho­wam wszyst­ko w se­kre­cie – ode­zwał się do­pie­ro u progu swej kwa­te­ry. – Zgo­dzi­łem się, wiesz, od nie­daw­na mam chiń­skie oby­wa­tel­stwo…

Cho­ler­ny opor­tu­ni­sta, po­my­śla­łam, ale nie po­wie­dzia­łam tego gło­śno.

– Ku­pi­li cię – rzu­ci­łam tylko z prze­ką­sem.

No­va­cek, ku mo­je­mu zdzi­wie­niu, ski­nął głową.

– Wszyst­kich nas ku­pi­li – przy­znał, szu­ka­jąc cze­goś w kie­sze­niach.

Po chwi­li wy­do­był z jed­nej z nich małe, ciem­ne pu­deł­ko oso­bi­ste­go palm­bo­xa i we­tknął je do gniaz­da do­ku­ją­ce­go na ścia­nie. Z wy­raź­ną ulgą opadł na fotel, mó­wiąc dalej:

– Wi­dzisz, Zhang po­nie­kąd nie kła­mał, bo na­praw­dę nie zna­lazł czyn­ni­ka in­fek­cyj­ne­go. Na sek­cjach tra­fiał tylko na efek­ty jego dzia­ła­nia. Na znisz­czo­ne na­rzą­dy z uszko­dze­nia­mi ty­po­wo me­cha­nicz­ny­mi, jakby coś roz­py­cha­ło tkan­ki, mosz­cząc sobie le­go­wi­sko. Coś tak nie­uchwyt­ne­go, że lo­ku­jąc się w or­ga­ni­zmie, nisz­czy­ło go i pro­wa­dzi­ło do śmier­ci, zni­ka­jąc na­stęp­nie bez śladu.

Stu­ka­jąc lekko pal­cem, uru­cho­mił urzą­dze­nie i w po­wie­trzu nad pul­pi­tem po­ja­wił się trój­wy­mia­ro­wy obraz za­snu­tych mgłą gór gdzieś w po­łu­dnio­wych Chi­nach. Po­pa­trzy­łam na to zdję­cie z po­gar­dą – ja oso­bi­ście usta­wi­łam jako obraz po­wi­tal­ny oso­bi­ste­go palm­bo­xa ro­dzin­ny Man­hat­tan.

– Po­patrz. – Przy­wo­łał na wir­tu­al­ny ekran kilka zdjęć. – Wi­dzisz te białe plamy? To ro­ze­rwa­na tkan­ka. Zhang zna­lazł takie u wszyst­kich zmar­łych. Robił setki ana­liz ge­ne­tycz­nych. Bez skut­ku… Do­pie­ro, gdy za­cho­ro­wał sam, na­stą­pił prze­łom. Zna­lazł to.

Po­ka­zał ko­lej­ne zdję­cie, tym razem z mi­kro­sko­pu ska­nin­go­we­go, na któ­rym wy­raź­nie od­zna­cza­ły się od po­fał­do­wa­ne­go, nie­re­gu­lar­ne­go tła do­sko­na­le geo­me­trycz­ne bryły trój­wy­mia­ro­wych sze­ścia­nów.

– Wirus? – Ode­rwa­łam od ekra­nu py­ta­ją­cy wzrok, ale No­va­cek za­prze­czył, krę­cąc głową.

– To była ostat­nia szan­sa Zhan­ga – cią­gnął dalej. – Skoro tego czyn­ni­ka nie można było po­zy­skać z żad­nych zwłok, je­dy­ną moż­li­wo­ścią było wy­chwy­ce­nie go w prób­ce z żywej tkan­ki. – Za­nu­rzył palec w kra­wę­dzi sze­ścia­nu, aż obraz za­mi­gał i lekko się od­kształ­cił. – To po­cho­dzi z płynu mó­zgo­wo-rdze­nio­we­go le­ka­rza. Sam ro­bi­łem mu punk­cję…

– Ty? – spy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem, a Jiżi wzru­szył ra­mio­na­mi, lekko zdzi­wio­ny.

– Ja. We­dług wska­zó­wek Zhan­ga. I tak był umie­ra­ją­cy, nie­wie­le ry­zy­ko­wał, gdy­bym coś spa­prał, nie­praw­daż?

Nie czu­łam obo­wiąz­ku, by od­po­wia­dać na to py­ta­nie, zresz­tą, moje myśli za­przą­ta­ło już coś in­ne­go.

– Mo­ment. – Usa­do­wi­łam się na fo­te­lu na­prze­ciw­ko, by móc przyj­rzeć się No­vac­ko­wi uważ­niej. – Dla­cze­go nie wy­krył tego u Anny, zanim zmar­ła? Robił testy na wszyst­ko, co żyje, ale nic nie zna­lazł!

– Bo to nie jest żywe, Chloe. To au­to­ma­ty wiel­ko­ści spo­rych bak­te­rii, sztucz­ne, cał­ko­wi­cie nie­orga­nicz­ne. Zhang nie szu­kał ma­szyn. Żaden le­karz na jego miej­scu nie szu­kał­by cze­goś ta­kie­go…

– Zwłasz­cza, jeśli nie chciał­by tego zna­leźć – stwier­dzi­łam cy­nicz­nie, a przez twarz męż­czy­zny prze­mknął cień.

– Co su­ge­ru­jesz?

– Że to chiń­ski wy­na­la­zek. – Uśmiech­nę­łam się sze­ro­ko, choć wcale nie było mi we­so­ło.

– Nie – za­prze­czył gwał­tow­nie. – Chiń­czy­cy nie mają z tym nic wspól­ne­go. W ogóle udział ludzi w po­wsta­niu czyn­ni­ka Zhan­ga jest bar­dzo mało praw­do­po­dob­ny.

– Na­praw­dę chcesz to tak na­zwać? – spy­ta­łam prze­wra­ca­jąc ocza­mi, ale astro­che­mik pu­ścił tę uwagę mimo uszu.

Od­wró­cił się i na ekra­nie po­ja­wił się dziw­nie zna­jo­my obraz ja­kie­goś wy­kre­su z ko­lum­na­mi liczb po­ni­żej. Wes­tchnął przy tym cięż­ko.

– Tu masz wynik spek­tro­me­trii ma­so­wej. Zwróć uwagę na trze­cią po­zy­cję.

– Glin 26. Co z tego? – prze­czy­ta­łam obo­jęt­nie, nie dając po sobie po­znać, że na te wy­ni­ki na­tknę­łam się już wcze­śniej, prze­szu­ku­jąc bazę da­nych la­bo­ra­to­rium. Tyle, że wtedy nie do­ce­ni­łam ich zna­cze­nia.

– To izo­top pier­wot­ny, star­szy niż Słoń­ce. W na­szym ukła­dzie wy­stę­pu­je w śla­do­wych ilo­ściach, ale w tych au­to­ma­tach jest go cał­kiem sporo. Wiesz chyba, co to zna­czy?

Wie­dzia­łam. W lot po­ję­łam zna­cze­nie tego od­kry­cia, przy­ćmie­wa­ją­ce­go moje skrom­ne zna­le­zi­sko z Kal­de­ry Le­wia­ta­na; zdą­ży­łam nawet po­czuć nie­przy­jem­ne ukłu­cie za­zdro­ści.

– Gdzie zła­pa­li­śmy tę za­ra­zę? – spy­ta­łam, od nie­chce­nia krę­cąc się w fo­te­lu, by ukryć zmie­sza­nie.

– Jesz­cze nie wiem. Mogła sie­dzieć w pyle gej­ze­rów, lo­dzie czapy po­lar­nej. – Drgnął i do­koń­czył po­wo­li, z na­my­słem: – Albo w tym or­ga­nicz­nym frag­men­cie, który zna­la­złaś.

Za­sko­czo­na, za­sty­głam w bez­ru­chu.

– Mó­wi­łeś prze­cież, że ten „spa­dek po Zhan­gu” nie utrzy­mu­je się w zwło­kach – za­uwa­ży­łam sucho, za­do­wo­lo­na, że od­kry­łam nie­ści­słość w jego pięk­nej teo­rii.

No­va­cek pod­parł głowę na dłoni i przy­glą­dał się mi z wy­sił­kiem spod pół­przy­mknię­tych, cięż­kich po­wiek.

– Tak mó­wi­łem. Ale każdy au­to­mat może pra­co­wać w okre­ślo­nym za­kre­sie tem­pe­ra­tur… To miej­sce, w któ­rym zna­la­złaś szcząt­ki… To niec­ka, wy­peł­nio­na przez lawę z lo­do­we­go wul­ka­nu… Gdyby, teo­re­tycz­nie, gwał­tow­na erup­cja za­sko­czy­ła jakąś żywą isto­tę z pe­ne­tru­ją­cy­mi ją au­to­ma­ta­mi w środ­ku, to czyn­nik Zhan­ga nie zdą­żył­by uciec ze zwłok, za­ma­rza­jąc wraz z nimi. Ale…

– Ale mamy za­bez­pie­cze­nia – we­szłam mu w słowo. – Nic tak po pro­stu nie może prze­nik­nąć z ze­wnątrz, a żadna z pró­bek nie ma kon­tak­tu z wnę­trzem sta­cji. Nawet moje zna­le­zi­sko leży her­me­tycz­nie za­mknię­te w chłod­ni, nikt w nim nie grze­bał, bo nie mamy astro­bio­lo­ga!

No­va­cek wy­łą­czył palm­box i chu­dy­mi, ko­ści­sty­mi pal­ca­mi wy­łu­skał urzą­dze­nie ze ścia­ny. Za­no­si­ło się na ko­niec roz­mo­wy; by nie po­zwo­lić mu wstać, przy­su­nę­łam się bli­żej. Nie zwró­cił na to uwagi, my­śląc nad czymś in­ten­syw­nie.

– W za­sa­dzie masz rację – po­wie­dział. – Ale one są in­te­li­gent­ne, Chloe. Po­tra­fią się przy­sto­so­wać. Zmie­nia­ją tak­ty­kę w każ­dej nowej sy­tu­acji, za­pew­ne zna­la­zły lukę w za­bez­pie­cze­niach. Uczą się na swo­ich błę­dach, wy­cią­ga­ją wnio­ski. Jak my…

Nie do­koń­czył, jęk­nął cicho i zgiął się w pół.

– Co ci jest? – Za­nie­po­ko­iłam się i do­tknę­łam jego czoła; było zimne jak u trupa.

– Nic, to zmę­cze­nie – od­parł bez prze­ko­na­nia, wy­pro­sto­wał się i lekko po­trzą­sa­jąc głową strą­cił moją rękę.

Po­mo­głam mu prze­nieść się na łóżko, ale wciąż czu­łam nie­do­syt, więc po­ło­ży­łam się obok i spy­ta­łam:

– Jak my­ślisz, czyja to spu­ści­zna?

– Kto wie… – od­rzekł z przy­mu­sem. – Żeby od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, po­trze­ba lat badań. Do­pie­ro za­czy­na­my po­zna­wać Try­to­na, nawet nie wiemy skąd do nas przy­wę­dro­wał. Nie za­wsze był prze­cież księ­ży­cem Nep­tu­na… Lawa za­la­ła Re­gion Monad mi­lio­ny lat temu… To musi być bar­dzo stara tech­no­lo­gia. Star­sza niż te szcząt­ki, który zna­la­złaś. Ktoś mu­siał badać ten księ­życ przed nami… Długo, długo przed nami…

Przez dobrą chwi­lę mil­cze­li­śmy. Od­dech No­vac­ka, za­miast się uspo­ko­ić, stał się płyt­ki i ury­wa­ny. Pierś męż­czy­zny słabo uno­si­ła się i opa­da­ła. Oba­wia­łam się, że za chwi­lę za­śnie i ni­cze­go się już nie do­wiem. Jesz­cze moc­niej wtu­li­łam się w jego ramię.

– Skoro to tech­no­lo­gia – po­wie­dzia­łam do sie­bie, ale wy­star­cza­ją­co gło­śno, by zmu­sić go do od­po­wie­dzi – to mu­sia­ła cze­muś słu­żyć.

– Taaak – ode­zwał się po chwi­li. – Gdyby to był nasz pro­dukt, po­wie­dział­bym, że ma słu­żyć za­gła­dzie, a tak mo­że­my się tylko do­my­ślać jego prze­zna­cze­nia. Za­uważ, że każdy z nas cho­ro­wał na coś in­ne­go, a to zna­czy, że te sztucz­ne bak­te­rie nie ata­ku­ją dwa razy tego sa­me­go na­rzą­du… To nie może być przy­pa­dek. One po­zna­ją ludz­ki or­ga­nizm. Cze­goś szu­ka­ją…

– Naj­słab­sze­go punk­tu – wtrą­ci­łam z prze­ko­na­niem.

– Może nie. Może po pro­stu niszy, która nie szko­dząc no­si­cie­lo­wi, po­zwo­li im opu­ścić Try­to­na. Ten z nas, który prze­ży­je, może być pe­wien, że nie opu­ści tej bazy sam…

– Tym go­rzej dla niego – pod­su­mo­wa­łam kwa­śno. – Chiń­czy­cy już się po­sta­ra­ją, by wy­ko­rzy­stać te ma­leń­stwa dla wła­snych celów. Jak my­ślisz, czemu Zhang tak bar­dzo pra­gnął za­cho­wać to w ta­jem­ni­cy? Był kie­dyś le­ka­rzem woj­sko­wym, nie­praw­daż? Nie wie­rzę, by prze­stał go krę­cić wy­ścig zbro­jeń.

– Zhang nie żyje, Chloe – przy­po­mniał astro­che­mik zmę­czo­nym gło­sem, skry­wa­jąc twarz w po­dusz­ce. – Zresz­tą, to tylko hi­po­te­zy. Po­trze­ba wię­cej czasu.

– Tak – zgo­dzi­łam się skwa­pli­wie. – Rano przyj­rzy­my się bli­żej mojej mro­żon­ce…

– Wil­den miał się tym zająć – od­parł No­va­cek słabo. – Za­py­taj, może zna­lazł coś cie­ka­we­go…

– Wil­den? – po­wtó­rzy­łam prze­cią­gle, uno­sząc głowę.

Ostat­nio nie opusz­czał prze­cież wir­tu­al­nej ko­mo­ry zdal­ne­go ste­ro­wa­nia ła­zi­ka­mi. Do tej pory fakt, że Jesse zajął się czymś po­ży­tecz­nym, nie nie­po­ko­ił mnie w naj­mniej­szym stop­niu, ale słowa No­vac­ka spra­wi­ły, że po­zo­ry zdro­we­go roz­sąd­ku u po­pa­da­ją­ce­go pa­ra­no­ję Wil­de­na nagle stały się po­dej­rza­ne. Gdzieś na dnie świa­do­mo­ści ro­dzi­ła się nie­ubra­na jesz­cze w myśli obawa, prze­czu­cie za­le­d­wie, ale z ga­tun­ku tych, które drą­żąc umysł jak kro­pla skałę, prze­wier­ca­ją go na wylot.

 

Gdy od­dech astro­che­mi­ka na­brał ty­po­wej dla snu re­gu­lar­no­ści, wsta­łam i na­tych­miast uda­łam się do po­ko­ju kon­tro­l­ne­go. Obraz na wir­tu­al­nej cza­szy roz­pię­tej nad głową ab­sor­bo­wał Jes­se­go tak bar­dzo, że nawet nie za­uwa­żył, że nie jest już sam. Gdy się ode­zwa­łam, drgnął lekko, jak czło­wiek za­sko­czo­ny nie­spo­dzie­wa­ną wi­zy­tą, ale nie prze­rwał pracy.

– Chloe… to ty jesz­cze ży­jesz? – spy­tał, ra­czej zdzi­wio­ny, niż ucie­szo­ny.

Po­zo­sta­wi­łam to py­ta­nie bez od­po­wie­dzi.

– Co ro­bisz? – spy­ta­łam uprzej­mie, ale udał, że nie sły­szy.

Po­de­szłam bli­żej; jeden rzut oka wy­star­czył, by stwier­dzić, że kie­ru­je Jac­kiem, ła­zi­kiem, który kilka dni temu ścią­gnę­łam do bazy, a współ­rzęd­ne su­ge­ro­wa­ły, że krąży gdzieś w oko­li­cach Kal­de­ry Le­wia­ta­na. Serce za­bi­ło mi moc­niej; chwy­ciw­szy opar­cie, ob­ró­ci­łam fotel z sie­dzą­cym w nim Wil­de­nem w swoją stro­nę. Jesse spoj­rzał na mnie ze zło­ścią.

– Na­pra­wiam twój błąd – wy­ja­śnił oschle.

– To zna­czy?

Skrzy­wił się, znie­cier­pli­wio­ny, i ob­ra­ca­jąc się do mnie ple­ca­mi, wy­ja­śnił:

– Od­sta­wiam two­je­go trupa do domu. Niech dalej spo­czy­wa w po­ko­ju.

Za­nie­mó­wi­łam; ta­kiej od­po­wie­dzi się nie spo­dzie­wa­łam.

– Prze­stań na­tych­miast! – za­żą­da­łam, gdy już od­zy­ska­łam mowę.

Szarp­nę­łam fotel znowu, tym razem moc­niej, zanim Jesse zdą­żył po­ło­żyć palce na wo­lan­cie, a ni­skie cią­że­nie księ­ży­ca spra­wi­ło, że razem z fo­te­lem od­je­chał w bok, za­trzy­mu­jąc się na jed­nym z ra­mion pół­ko­li­ste­go sta­no­wi­ska. Ho­lo­gra­ficz­ny obraz za­mi­gał, znie­kształ­cił się i znik­nął. Wil­den za­klął pod nosem, wstał i znie­nac­ka kop­nął ob­ro­to­we krze­sło wprost na mnie. Od­ska­ku­jąc, stra­ci­łam rów­no­wa­gę i wy­lą­do­wa­łam na pod­ło­dze. Jesse do­padł mnie, zanim zdą­ży­łam wstać i bez ce­re­gie­li wy­rzu­cił z po­ko­ju kon­tro­l­ne­go.

– Wynoś się! – wark­nął.

Za­trzy­ma­łam się na ścia­nie, sły­sząc jak ba­ry­ka­du­je się od we­wnątrz. Po­zbie­ra­łam się w oka­mgnie­niu. W przy­pły­wie bez­sil­nej zło­ści za­czę­łam bić w drzwi pię­ścia­mi, krzy­cząc jed­no­cze­śnie:

– Jesse, ty pa­ra­no­iku! Nikt nas nie prze­klął! To bez­cen­na obca tech­no­lo­gia, po­mo­że Sta­nom wró­cić do gry!

Całą od­po­wiedź sta­no­wił tylko jakiś nie­okre­ślo­ny rumor.

– Wil­den, jeśli za­prze­pa­ścisz moje od­kry­cie, to za­bi­ję cię, przy­się­gam! – Kop­nę­łam w drzwi ostat­ni raz, dy­sząc cięż­ko, po czym przy­war­łam roz­pa­lo­nym czo­łem do ich gład­kiej, kom­po­zy­to­wej po­wierzch­ni. Nie do­bie­gał już stam­tąd żaden dźwięk; ode­rwa­łam się od nich ze wstrę­tem.

 

Po­wo­li ru­szy­łam ku kwa­te­rom za­ło­gi, bez­rad­nie roz­cie­ra­jąc obo­la­łe dło­nie. Z każ­dym kro­kiem na­bie­ra­łam prze­ko­na­nia, że nie mogę od­pu­ścić. Bez­wied­nie przy­spie­szy­łam, serce pod­chwy­ci­ło rytm kro­ków, myśli stały się ja­śniej­sze, a gdy pra­wie bie­gnąc wpa­dłam do kwa­te­ry No­vac­ka, mia­łam już pe­wien plan.

Od razu uru­cho­mi­łam palm­bo­xa, nie zwa­ża­jąc na mru­żą­ce­go oczy astro­che­mi­ka, przy­glą­da­ją­ce­go się w osłu­pie­niu, jak obej­mu­je mnie błę­kit­na po­świa­ta świe­żo wzbu­dzo­ne­go ekra­nu.

– Co jest? – spy­tał, zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Nic – od­po­wie­dzia­łam szorst­ko, cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ta przy­go­to­wy­wa­niem zdal­ne­go do­stę­pu. – Śpij.

– Nic? – wy­beł­ko­tał, po czym dodał z nie­do­wie­rza­niem: – Aku­rat…

– Muszę wpiąć się w panel ko­mu­ni­ka­cyj­ny – wy­ja­śni­łam nie­chęt­nie.

– Po co? – spy­tał nie­przy­tom­nie, ale nie od­po­wie­dzia­łam, więc dodał: – Wzy­wa­li­śmy już prze­cież pomoc.

Skrzy­wi­łam się z nie­sma­kiem na samą myśl o chiń­skiej eki­pie ra­tun­ko­wej.

– Nie o to cho­dzi – żach­nę­łam się. – Po­kie­ru­ję John­nym drogą ra­dio­wą.

– Co? – No­va­cek z tru­dem po­dźwi­gnął się na łok­ciach, aż za­trzesz­czał ma­te­rac.

– Ła­zi­ki re­agu­ją na pod­sta­wo­we pro­ste ko­men­dy wy­sy­ła­ne w ję­zy­ku pro­gra­mu. Przód, tył, lewo, prawo… – wy­rzu­ca­łam z sie­bie słowa, prze­sta­wia­jąc jed­no­cze­śnie an­te­nę na czę­sto­tli­wość John­ny'ego.

– Nie dasz rady bez ho­lo­wi­zji – za­uwa­żył.

– Dam. Znam Le­wia­ta­na jak wła­sną kie­szeń. Każę John­ny'emu przy­sy­łać zdję­cie po po­ko­na­niu każ­de­go od­cin­ka. W dwu­dzie­stym pierw­szym wieku w taki spo­sób ob­je­cha­li ro­bo­ta­mi pół Marsa i to mając ak­tu­ali­za­cję wizji co osiem minut – mó­wi­łam nie­skład­nie, nie prze­sta­jąc prze­bie­rać pal­ca­mi po upstrzo­nym świe­tli­sty­mi kwa­dra­ta­mi bla­cie.

Astro­che­mik bąk­nął coś nie­zro­zu­mia­łe­go pod nosem, opa­da­jąc na po­dusz­kę, a ja za­mil­kłam, bo wła­śnie spły­nę­ło pierw­sze zdję­cie, znak, że zbu­dzi­łam John­ny'ego ze snu w kal­de­rze za­mro­żo­ne­go wul­ka­nu. Nie było zbyt wy­raź­ne, ale po­zba­wio­na do­bro­dziejstw ko­mo­ry ho­lo­gra­ficz­nej i wir­tu­al­nych wzmac­nia­czy ob­ra­zu nie mo­głam li­czyć na wię­cej. Wy­star­czyć mu­sia­ło, by łazik względ­nie bez­piecz­nie po­ko­nał metr czy dwa te­re­nu.

 

 Za­czy­na­łam ro­zu­mieć, jak trud­ne­go pod­ję­łam się za­da­nia, prze­kli­na­jąc pa­nu­ją­ce na Try­to­nie, roz­pra­sza­ne tylko nikłą po­świa­tą da­le­kie­go Słoń­ca ciem­no­ści. Co chwi­lę świa­tła John­ny'ego wy­do­by­wa­ły z mroku cie­nie, z któ­rych każdy mógł oka­zać się gra­nią roz­pa­dli­ny lub wą­skim ostrzem pęk­nię­cia w azo­to­wym lo­dzie. Dawno nie pra­co­wa­łam w ten spo­sób i pod taką pre­sją, co chwi­lę zda­rza­ło mi się, że robot nie zro­zu­miał moich in­ten­cji i wę­dro­wał nie tam, gdzie za­mie­rza­łam go wy­słać.

Do­pie­ro, gdy szczę­śli­wie omi­nę­łam wszyst­kie za­pa­dli­ska i wy­pro­wa­dzi­łam łazik na gład­ki jęzor la­wo­we­go lo­dow­ca, wy­le­wa­ją­ce­go się z wą­skie­go prze­smy­ku mię­dzy kra­te­rem a rów­ni­ną, ode­tchnę­łam lekko. Droga nad grań łań­cu­cha Kra­ke­na nę­ci­ła gład­ką, bez­piecz­ną po­wierzch­nią, ale nie sko­rzy­sta­łam z za­pro­sze­nia i za­trzy­ma­łam łazik w wą­skim gar­dle lo­do­wej prze­łę­czy. Spoj­rza­łam na bu­dzik No­vac­ka; do­tar­cie na gra­ni­cę rów­ni­ny trwa­ło prze­szło dwie go­dzi­ny, robot Wil­de­na mógł po­ja­wić się tu w każ­dej chwi­li.

 

Nie­dłu­go mu­sia­łam cze­kać, by na spły­wa­ją­cych z prze­łę­czy zdję­ciach za­mi­go­tał drob­ny, świetl­ny punkt, z po­cząt­ku nie­wie­le róż­nią­cy się od da­le­kie­go Słoń­ca. Nie­ubła­ga­nie zbli­ża­ją­cy się Jack rósł w oczach i wkrót­ce ośle­pił John­ny'ego, wy­peł­nia­jąc zdję­cia ja­skra­wy­mi pla­ma­mi. Nie nie­po­ko­iło mnie to, ozna­cza­ło bo­wiem, że John­ny wciąż znaj­du­je się w cen­trum uwagi Wil­de­na i mimo iż ob­ra­zy były bez­u­ży­tecz­ne, zwięk­szy­łam czę­sto­tli­wość ich wy­ko­ny­wa­nia.

Nagle Wil­den za­trzy­mał ro­bo­ta. Za­klnę­łam pod nosem; gdy za­miast go­re­ją­ce­go słoń­ca re­flek­to­rów na ko­lej­nym zdję­ciu uka­zał się zarys srebr­ne­go ciała Jacka, zda­łam sobie spra­wę, że Jesse za­mie­rza obejść mnie bo­kiem, tuż przy skal­nej ścia­nie, ster­czą­cej z lodu jak uchy­lo­na lekko brama. Wró­ci­łam do pi­sa­nia ko­mend i John­ny nagle ożył, za­le­wa­jąc pa­ję­cze ciało Jacka stru­mie­niem ja­sne­go świa­tła.

 

Ru­szy­łam przed sie­bie, za­gra­dza­jąc drogę ry­wa­lo­wi. Gdy Jack wy­co­fał się nie­znacz­nie, sku­pi­łam całą uwagę na usta­wie­niu apa­ra­tu tak, by za nim na­dą­żyć. Czu­łam, że Wil­den pla­nu­je jakiś pod­stęp. Se­kun­dy mi­ja­ły nie­po­strze­że­nie, ła­zi­ki tkwi­ły w im­pa­sie. Za­sta­na­wia­łam się, kiedy Wil­den od­kry­je, w jaki spo­sób kie­ru­ję moim ro­bo­tem. Teraz, gdy mi­nę­ło pierw­sze za­sko­cze­nie, mu­siał do­my­ślić się, że opóź­nie­nie re­ak­cji John­ny'ego nie wy­ni­ka tylko z tego, że jest cięż­ki i nie­zgrab­ny, ale z ar­cha­icz­ne­go spo­so­bu ste­ro­wa­nia.

 

Spo­dzie­wa­łam się ta­kie­go for­te­lu; po mar­ko­wa­nym ruchu na lewą flan­kę mo­je­go ro­bo­ta, Jack nagle znik­nął z ekra­nu, po­dą­ża­jąc w stro­nę prze­ciw­ną. John­ny ru­szył z opóź­nie­niem i tylko szczę­śli­wy traf spra­wił, że zdo­łał po­chwy­cić w tryby jed­ne­go ze swych kół ko­niu­szek któ­rejś z pa­ję­czych nóg Jacka. Nie od razu zda­łam sobie z tego spra­wę; do­pie­ro ze zdjęć wy­wnio­sko­wa­łam, że co­fa­jąc się, cią­gnie Jacka za sobą, a z oporu, z jakim re­ago­wał na ko­men­dy do­my­śli­łam się, że robot Wil­de­na wciąż wal­czy wcze­piw­szy się w grunt koń­czy­na­mi.

 

Wresz­cie jakaś przy­pad­ko­wa nie­rów­ność pod­ło­ża uwol­ni­ła go z matni; na­tych­miast wy­ko­rzy­stał oka­zję i lekko jesz­cze zdez­o­rien­to­wa­ny, po­mknął po­kracz­nie przed sie­bie, bio­rąc kurs na cen­trum to­wa­rzy­szą­cej kal­de­rze niec­ki. Bez wa­ha­nia ru­szy­łam w pogoń, nie tra­cąc cen­ne­go czasu na wy­ty­cza­nie naj­bez­piecz­niej­szej trasy. Wy­bra­łam naj­krót­szą drogę i po­zwo­li­łam po­to­czyć się John­ny'emu tak szyb­ko, jak tylko po­tra­fił, choć wie­dzia­łam, że zwin­ne­go Jacka trud­no bę­dzie do­go­nić. Na szczę­ście Wil­den, naj­wi­docz­niej pod­da­jąc się pa­ni­ce, zlek­ce­wa­żył nie­rów­no­ści po­zor­nie gład­kiej lo­do­wej gla­zu­ry i to go zgu­bi­ło.

 

Jacka, po­chło­nię­te­go wy­grze­by­wa­niem się z ja­kie­goś płyt­kie­go dołka, do­pa­dłam w ostat­niej chwi­li, by ude­rzyć w jego srebr­ny od­włok z całą mocą i po­gru­cho­tać mi­ster­ne od­nó­ża. Pan­cer­ny, żółwi kor­pus John­ny'ego we­pchnął prze­ciw­ni­ka do jamy, utwo­rzo­nej przez za­sty­głą, mętną breję, po­zba­wia­jąc go swo­bo­dy ruchu. Po­le­ci­łam John­ny'emu wy­do­być ze schow­ka w pan­ce­rzu chwyt­ne ra­mio­na i wy­łu­skać z ple­ca­ka Jacka cenną za­war­tość. Nie szło mi naj­le­piej, bo ope­ro­wa­nie koń­czy­na­mi i wień­czą­cy­mi je chwy­ta­ka­mi wy­ma­ga­ły nie lada zręcz­no­ści, nawet od ope­ra­to­ra dys­po­nu­ją­ce­go ko­mo­rą ho­lo­gra­ficz­ną.

Zda­rzy­ło się przy tym, że mu­sia­łam lekko wy­co­fać mo­je­go ro­bo­ta, by dać jego ra­mio­nom nieco wię­cej prze­strze­ni i ze­lżał na­cisk wy­wie­ra­ny na Jacka na tyle, by zdo­łał uwol­nić jedno z od­nó­ży i mio­ta­jąc nim roz­pacz­li­wie, do­się­gnąć głów­ki John­ny'ego. Obraz za­śnie­żył, za­drgał i stra­cił i tak marną ostrość. Mimo to, prze­kli­na­jąc, udało mi się w końcu ode­brać Jac­ko­wi skarb i umie­ścić w skryt­ce pod pan­ce­rzem mo­je­go ła­zi­ka.

 

Z tru­dem wy­co­fa­łam ro­bo­ta i pchnę­łam go ku ciem­nie­ją­cej w od­da­li rów­ni­nie, ale nie uje­cha­łam zbyt da­le­ko. Gdy tylko mi­nę­ły naj­więk­sze emo­cje, ciało od­mó­wi­ło mi po­słu­szeń­stwa. Zdo­ła­łam jesz­cze prze­pro­wa­dzić ro­bo­ta mię­dzy stro­my­mi roz­pa­dli­na­mi zna­czą­cy­mi po­czą­tek wi­ją­ce­go się jak rzeka łań­cu­cha Kra­ke­na, pchnąć John­ny'ego na gład­ki szlak wio­dą­cy ku kra­te­ro­wi An­dva­ri i opa­dłam cięż­ko na łóżko tuż przy boku No­vac­ka, na­tych­miast tra­cąc świa­do­mość.

 

Zbu­dzi­ła mnie nie­okre­ślo­na obawa. Prze­zwy­cię­ża­jąc ból ze­sztyw­nia­łe­go karku, z wy­sił­kiem unio­słam cięż­ką jak ka­mień głowę, by z tru­dem wy­ło­wić z mroku wątły blask ze­ga­ra. Przy­pa­try­wa­łam się mu z nie­do­wie­rza­niem, ale po­mi­mo nie­wąt­pli­we­go upły­wu se­kund, od­mie­rza­ne­go prze­cież z bo­le­sną re­gu­lar­no­ścią przez tępe pul­so­wa­nie krwi w skro­niach, zegar nie po­su­nął się ani o mi­nu­tę, wciąż mi­go­cąc mo­no­ton­nie i hip­no­ty­zu­ją­co trze­ma czer­wo­ny­mi ze­ra­mi. Prze­ła­mu­jąc opór wy­czer­pa­ne­go ciała, zmu­si­łam się, by się­ga­jąc dło­nią tuż nad głową No­vac­ka, włą­czyć lampę. Spo­dzie­wa­jąc się ośle­pia­ją­cej na­wy­kłe do mroku oczy po­wo­dzi świa­tła, za­po­bie­gaw­czo zmru­ży­łam po­wie­ki, ale gdy po chwi­li ostroż­nie je pod­nio­słam, osłu­pia­łam. Dłoń, wciąż jesz­cze tkwią­ca o mi­li­me­try od zbli­że­nio­we­go włącz­ni­ka, po­wo­ła­ła do pracy tylko mikre lampy oświe­tle­nia awa­ryj­ne­go.

 

Na­tych­miast zbu­dzi­łam No­vac­ka, szar­piąc gwał­tow­nie za wiot­kie, bez­wład­ne ramię. W końcu nie­chęt­nie otwo­rzył oczy i usiadł na łóżku, roz­glą­da­jąc się ze zdzi­wie­niem.

– Pada za­si­la­nie – za­uwa­żył w końcu obo­jęt­nie, jakby zda­rza­ło się to co­dzien­nie, ale mnie ogar­nia­ła już jakaś dzika de­ter­mi­na­cja.

– Nie, to Wil­den – wy­beł­ko­ta­łam, wal­cząc ze zdrę­twia­łym ję­zy­kiem i wy­su­szo­nym gar­dłem. – Rusz się, Jiżi. Trze­ba zaj­rzeć do elek­trow­ni.

Ski­nął głową bez prze­ko­na­nia, ale nie pod­niósł się z miej­sca. Sta­wiał opór, gdy zde­cy­do­wa­nie wziąw­szy za rękę, wy­wle­kłam go za sobą na ko­ry­tarz. Droga do elek­trow­ni oka­za­ła się dla nas nie lada wy­zwa­niem, bo nawet mnie krę­ci­ło się w gło­wie i nie mo­głam oprzeć się wra­że­niu, że cała sta­cja ko­ły­sze się jak jakaś stara łajba. Cią­gnę­łam No­vac­ka za sobą, ale w końcu, gdy przy­kle­jo­ny do ścia­ny, z tru­dem łapał od­dech, dałam za wy­gra­ną.

Zo­sta­wi­łam go i po­zwo­li­łam, by ciem­ne ko­ry­ta­rze za­wio­dły mnie do celu. Wy­mu­szo­ny pół­mrok za­mie­nił elek­trow­nię w wy­jąt­ko­wo od­strę­cza­ją­ce, nie­przy­jem­ne miej­sce. Cięż­ko się tu od­dy­cha­ło, jakby prze­sy­co­ne nie­okre­ślo­nym, du­szą­cym za­pa­chem po­wie­trze gęst­nia­ło z mi­nu­ty na mi­nu­tę. Wil­de­na nie było, a osa­mot­nio­na kon­so­la głów­ne­go in­ży­nie­ra z po­rzu­co­nym, ulu­bio­nym her­me­tycz­nym kub­kiem na her­ba­tę Ta­ka­dy, po­tę­go­wa­ła wra­że­nie, że nikt od śmier­ci Ja­poń­czy­ka tu nie za­glą­dał.

 

Mimo iż wpa­try­wa­łam się w błysz­czą­ce diody, go­rącz­ko­wo ba­da­jąc każdy ze wskaź­ni­ków, wciąż nie mia­łam po­ję­cia, co jest nie tak. Czu­łam już słone kro­ple potu, osia­da­ją­ce nad górną wargą i spły­wa­ją­ce do ust, i wtedy za­trzy­ma­łam wzrok na jed­nej z wielu wska­zó­wek, za­trzy­ma­nej jed­nak na czer­wo­nym, alar­mo­wym polu. Za­mar­łam, chwi­lę trwa­ło, zanim znów od­wa­ży­łam się ode­tchnąć, a gdy spoj­rza­łam w końcu przed sie­bie, przed ocza­mi mia­łam tylko ciem­ność.

Przed kon­so­lą to­nę­ła w zu­peł­nym mroku hala, wy­peł­nio­na po brze­gi przy­tła­cza­ją­cą mie­sza­ni­ną splą­ta­nych, po­zor­nie bez ładu, mi­ster­nych kon­struk­cji z rur i urzą­dzeń, które bu­cza­ły teraz cicho, mo­no­ton­nie, jak nad­cią­ga­ją­cy rój. Zdało mi się nagle, że to wła­śnie tam ukry­wa się Wil­den, bo nie od razu roz­po­zna­łam wła­sne, znie­kształ­co­ne w szkla­nej ścia­nie od­bi­cie. Elek­trow­nia to stra­ta czasu, zro­zu­mia­łam.

Na ko­ry­ta­rzu wpa­dłam na wy­cień­czo­ne­go No­vac­ka, który z naj­wyż­szym wy­sił­kiem w końcu do­wlókł się aż tutaj. Nie­po­mna na jego stan, rzu­ci­łam pro­sto w bladą jak pa­pier twarz:

– Nie ma go tu! Trze­ba go zna­leźć, i to szyb­ko!

 

Po­gna­łam przed sie­bie, zanim zdą­żył od­po­wie­dzieć, ale z każ­dym prze­szu­ka­nym po­miesz­cze­niem coraz bar­dziej oczy­wi­ste sta­wa­ło się, że Jesse mógł opu­ścić sta­cję. Od­wle­ka­łam ten mo­ment, ale zna­la­złam się w końcu przy we­wnętrz­nej ślu­zie. Z da­le­ka mru­ga­ło jed­nak do mnie zie­lo­ne oko sy­gna­łu blo­ka­dy, znak, że nikt, przy­naj­mniej w tej chwi­li, sta­cji nie opusz­czał. Za­drża­łam z nie­po­ko­ju, in­stynk­tow­nie prze­czu­wa­jąc, że się spóź­ni­łam; je­że­li Wil­den na­praw­dę zna­lazł się na ze­wnątrz, to nie zdo­ła­ła­bym go za­trzy­mać. Ko­rzy­sta­jąc z pa­ne­lu kon­tro­l­ne­go śluzy, nie­wiel­kiej ciem­nej płyt­ki, wto­pio­nej w ścia­nę, za­żą­da­łam od kom­pu­te­ra ob­ra­zu z ka­me­ry ze­wnętrz­nej, ale uka­zał tylko pust­kę u stóp bazy.

Wła­ści­wie mo­gła­bym już sobie od­pu­ścić, ale nie dałam się zwieść zwod­ni­cze­mu bez­ru­cho­wi, jaki pa­no­wał wszę­dzie tam, do­kąd­kol­wiek kie­ro­wa­łam oko ka­me­ry. Zbyt mocno wie­rzy­łam już w nie­obec­ność Wil­de­na. Prze­glą­da­jąc za­pi­sy z kamer ze­wnętrz­nych z kilku ostat­nich go­dzin od­kry­łam z za­sko­cze­niem, że Jesse ja­kieś pięć go­dzin temu opu­ścił sta­cję na­szym wie­lo­za­da­nio­wym we­hi­ku­łem eks­pe­dy­cyj­nym TEV.

Nie pa­mię­tam, jak do­tar­łam do po­ko­ju kon­tro­l­ne­go, ale ledwo do­pa­dłam pa­ne­lu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go, zanim jesz­cze zdo­ła­łam włą­czyć mi­kro­fon, już krzy­cza­łam z ca­łych sił:

– Sta­cja An­dva­ri do we­hi­ku­łu eks­pe­dy­cyj­ne­go! Sta­cja An­dva­ri wzywa TEV! Wil­den, ode­zwij się, su­kin­sy­nu!

Nie do­cze­ka­łam się od­ze­wu, Wil­den albo upar­cie igno­ro­wał we­zwa­nia, albo z sobie tylko zna­nych po­wo­dów opu­ścił TEV. Zmie­ni­łam czę­sto­tli­wość i nie prze­bie­ra­jąc w sło­wach, wzy­wa­łam bez­po­śred­nio ucie­ki­nie­ra. Krew wyła mi w uszach tak do­no­śnie, że gdy w końcu Wil­den od­po­wie­dział, nic nie zro­zu­mia­łam.

– Czego? – Zdo­ła­łam wy­ło­wić z jego od­po­wie­dzi tylko to jedno, opry­skli­we słowo.

– Co ty wy­pra­wiasz, Jesse? – wrza­snę­łam.

– O Boże, Chloe, na­praw­dę się nie do­my­ślasz? Zna­la­złem John­ny'ego – wy­znał z dumą, po czym dodał: – Za­mie­rzam skoń­czyć to, co za­czą­łem!

Mię­dzy jego sło­wa­mi na­ra­sta­ło iry­tu­ją­ce, silne, re­gu­lar­ne sa­pa­nie świad­czą­ce, że z wy­sił­kiem po­ko­nu­je nie­wiel­kie, try­to­no­we wznie­sie­nia.

– A przy oka­zji wy­koń­czyć No­vac­ka i mnie, tak? – za­grzmia­łam.

– Że jak? – Zdzi­wie­nie w jego gło­sie było tak do­brze udane, że brzmia­ło pra­wie szcze­rze.

– Byłam w elek­trow­ni, Wil­den.

– Co z tego?

– Nie uda­waj… Hel – 3 się koń­czy, do­brze wiesz.

– Chrza­nisz! – wrza­snął do mi­kro­fo­nu.

– Chciał­byś! Nie­ste­ty, sta­cja idzie na re­zer­wie.

Z gło­śni­ka roz­legł się jakiś nie­okre­ślo­ny dźwięk, po­dob­ny do chrząk­nię­cia albo chi­cho­tu, ale na­tych­miast ucichł.

– Teraz też bę­dziesz się za­rze­kać, że to tylko przy­pa­dek? – spy­tał po­dej­rza­nie ra­do­śnie.

– Żaden tam przy­pa­dek. To twoja ro­bo­ta – prze­kłam lo­do­wa­tym tonem.

– Masz mnie za sa­mo­bój­cę? Na­praw­dę my­ślisz, że chcę zdech­nąć na tej skale? – od­pa­ro­wał ostro, okra­sza­jąc od­po­wiedź or­dy­nar­nym prze­kleń­stwem, jed­nym z tych, któ­ry­mi ko­men­tu­ją świat lu­dzie z pro­win­cji, a któ­rych Wil­den zwy­kle wsty­dli­wie uni­kał, po czym spy­tał: – Ile mamy czasu?

Za­wa­ha­łam się; nie zdą­ży­łam się nad tym za­sta­no­wić.

– Ja­kieś sześć go­dzin, zanim wy­czer­pie się re­zer­wa. Może mniej… – usły­sza­łam słabą pod­po­wiedź No­vac­ka.

Obej­rza­łam się, za­sko­czo­na; sie­dział, wła­ści­wie pół­le­żąc, w fo­te­lu, blady i wy­czer­pa­ny. Nie wiem, kiedy do­tarł do po­ko­ju kon­tro­l­ne­go, w na­pię­ciu zu­peł­nie o nim za­po­mnia­łam. Wil­den za­klął znowu, a do mnie nagle do­tar­ło, że użył słowa „mamy”. Nie po­wie­dział „macie”, „zo­sta­ło wam” ani ni­cze­go po­dob­ne­go. Mimo wszyst­ko, wciąż uwa­żał się za jed­ne­go z nas.

– Gdyby odłą­czyć wszyst­kie nie­po­trzeb­ne sys­te­my, po­win­no star­czyć na dłu­żej – po­wie­dzia­łam z na­my­słem, już ukła­da­jąc w myśli listę po­miesz­czeń, w któ­rych można od­ciąć prąd. – Zy­ska­my tro­chę czasu, zanim osta­tecz­nie sią­dzie za­si­la­nie. Potem zo­sta­nie tylko TEV…

Wil­den, sły­sząc to, osza­lał.

– Gówno nam to da! – wy­buch­nął.

– Za­opa­trze­nie TEVa po­zwa­la na dwu­ty­go­dnio­we wy­pra­wy. Jeśli bę­dzie­my mieli tro­chę szczę­ścia, star­czy zanim przy­bę­dzie pomoc, przy mi­ni­mal­nym zu­ży­ciu ener­gii, o ile nie utkniesz gdzieś w łań­cu­chu Kra­ke­na. Wra­caj!

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła cisza, więc wy­wo­ła­łam Jes­se­go po­now­nie; gdy się ode­zwał, jego głos był już zimny i opa­no­wa­ny.

– Ble­fu­jesz, An­der­son. Za wszel­ką cenę chcesz ścią­gnąć swo­je­go trupa z po­wro­tem. Pra­wie ci uwie­rzy­łem!

Nigdy nie zwra­cał się do mnie po na­zwi­sku; zro­zu­mia­łam, że nie żar­tu­je. Tym razem to ja uży­łam wul­gar­ne­go prze­kleń­stwa, po czym wrza­snę­łam w eter:

– Jesse, jeśli na­tych­miast nie skoń­czysz tej głu­piej wy­ciecz­ki, nie bę­dziesz miał do czego wra­cać!

– Za­ry­zy­ku­ję. – Ro­ze­śmiał się lek­ce­wa­żą­co. – Wy­trzy­ma­cie tych kilka go­dzin, nawet bez za­si­la­nia. Je­stem pra­wie na miej­scu… Wła­śnie scho­dzę do kal­de­ry. Bez od­bio­ru!

 

Prze­rwał po­łą­cze­nie, a ja, po­ko­na­na, osu­nę­łam się cięż­ko na fotel i spoj­rza­łam z nie­chę­cią na No­vac­ka. Ude­rzy­ła mnie obo­jęt­ność, bi­ją­ca bez­wstyd­nie z jego coraz bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cej maskę twa­rzy.

– No­va­cek – wy­ce­dzi­łam przez zęby. – No­va­cek, do ja­snej cho­le­ry, po­wiedz coś!

Pod­niósł głowę z tru­dem i po­krę­cił nią prze­czą­co, ale zza spę­ka­nych, su­chych warg nie wy­do­był żad­ne­go dźwię­ku. Bez­wied­nie za­ci­snę­łam pię­ści; mnie nie było wszyst­ko jedno.

– Weź się w garść, ty… – za­czę­łam ostro, ale zanim zdą­ży­łam ob­ra­zić astro­che­mi­ka ja­kimś nie­ostroż­nym sło­wem, z gło­śni­ka roz­legł się krzyk Wil­de­na.

– An­dva­ri! An­dva­ri! Chloe, je­steś tam?

– Tu An­dva­ri – od­par­łam, znie­cier­pli­wio­na. – Co znowu?

– Cho­le­ra – za­ry­czał, ale już nie ze zło­ścią, ale z prze­stra­chem. – Coś się spie­przy­ło…

– Utkną­łeś! – za­wo­ła­łam z roz­pacz­li­wym trium­fem.

Z gło­śni­ka do­biegł jakiś nie­okre­ślo­ny trzask.

– Nie… – wy­dy­szał po chwi­li. – Tracę… ci­śnie­nie…

Włosy sta­nę­ły mi dęba na gło­wie. Od razu ze­rwa­łam się z fo­te­la; w jed­nej chwi­li cała złość gdzieś wy­pa­ro­wa­ła.

– Tylko spo­koj­nie, Jesse – wy­ją­ka­łam nie­na­tu­ral­nym, drżą­cym gło­sem. – Wra­caj do TEVa. Wra­caj na­tych­miast!

– Za… da­le­ko…

– Nie pieprz! Idź! – na­ka­za­łam, ale w od­po­wie­dzi usły­sza­łam tylko bo­le­sne rzę­że­nie.

 

Czu­jąc nagły przy­pływ sił, rzu­ci­łam się ku kon­so­li ste­ro­wa­nia. Za­mie­rza­łam uru­cho­mić ho­lo­gra­ficz­ny moduł zdal­ne­go do­stę­pu i prze­mie­ścić TEV bli­żej Wil­de­na, ale mimo sta­rań, po­jazd nie opo­wia­dał. Do­pie­ro po chwi­li zro­zu­mia­łam, że oba­wia­jąc się mojej in­ge­ren­cji, Wil­den mógł od­ciąć moduł zdal­ne­go do­stę­pu.

– Jesse, od­pią­łeś zdal­ną?! – krzyk­nę­łam w eter z roz­pa­czą, ale nie uzy­ska­łam od­po­wie­dzi, więc wrza­snę­łam jesz­cze raz: – Jesse!

– Nie… blo­ka­da… hasło… – wy­dy­szał z wy­sił­kiem.

– Jakie hasło, Jesse? Jakie hasło?

Z eteru po­pły­nął do mnie nie­zro­zu­mia­ły bul­got, prze­cho­dzą­cy w bo­le­sny, bez­ład­ny, pra­wie zwie­rzę­cy sko­wyt. Ciche słowa No­vac­ka gdzieś z tła z tru­dem prze­bi­ja­ły się przez rzę­że­nie Wil­de­na:

– Nie po­mo­żesz mu… Jego ska­fan­der jest uszko­dzo­ny…

– Co po­wie­dzia­łeś? – zwró­ci­łam się do astro­che­mi­ka, pro­stu­jąc się po­wo­li.

– Jego ska­fan­der jest uszko­dzo­ny – po­wtó­rzył z wy­sił­kiem, ledwo utrzy­mu­jąc ciało w po­zy­cji sie­dzą­cej.

Za­sty­głam w bez­ru­chu, nie pra­gnąc go zro­zu­mieć; w tle wciąż dy­szał Wil­den, ale z upły­wem se­kund coraz sła­biej. Gdy w ete­rze za­pa­dła cisza, wszyst­ko stało się jasne.

– To ty! – wy­szep­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem, wal­cząc z nie­ubła­ga­nie za­ci­ska­ją­cą się krta­nią. – Jego ska­fan­der, elek­trow­nia… Ty?

– Ja. – Ski­nął głową z tru­dem, a ra­czej po­zwo­lił, by bez­sil­nie opa­dła mu na pier­si.

– Ale… dla­cze­go? – Po­ru­szy­łam usta­mi, nie po­zna­łam jed­nak wła­sne­go głosu.

No­va­cek wy­pro­sto­wał się lekko.

– Pa­mię­tasz, co mó­wi­łaś w nocy? – Wy­krze­sał z sie­bie reszt­kę sił i za­czął tłu­ma­czyć: – Że Chiń­czy­cy to wy­ko­rzy­sta­ją… A ja nie chcę, by kto­kol­wiek to wy­ko­rzy­stał… ani oni, ani wy… Przy­znaj, po­my­śla­łaś o tym…

– To chwa­leb­ne, ale No­va­cek, zmi­łuj się, wła­śnie za­bi­łeś Jes­se­go!

– Nie mogę ry­zy­ko­wać…

 

Cof­nę­łam się bez­wied­nie i nagle po­zba­wio­na tchu, opar­łam się no kon­so­lę. Od­dech Wil­de­na w gło­śni­ku umilkł cał­ko­wi­cie i sły­sza­łam je­dy­nie trza­ski za­kłó­ceń wy­wo­ły­wa­nych przez pole ma­gne­tycz­ne Nep­tu­na. Nie wy­łą­czy­łam od­bio­ru, nie mia­łam na to siły.

– Ale prze­cież… prę­dzej czy póź­niej ktoś tu przy­le­ci i wszyst­ko za­cznie się od nowa – wy­rzu­ci­łam z sie­bie ła­mią­cym się gło­sem.

No­va­cek wes­tchnął cięż­ko i znów wtu­lił głowę w ra­mio­na.

– Wiem… Przy­naj­mniej… Ni­ko­mu ni­cze­go nie uła­twię… Nie znaj­dą tu ni­cze­go…

Dużo o tym my­śla­łem… Czyn­nik Zhan­ga zgi­nie, gdy nie bę­dzie ży­wych, na któ­rych bę­dzie mógł się prze­no­sić…

– No­va­cek, to coś prze­trwa­ło mi­lio­ny lat – wy­ją­ka­łam, czu­jąc osia­da­ją­cy na pier­si ogrom­ny cię­żar.

– Za­mro­żo­ne – przy­znał. – A nam naj­pierw za­brak­nie tlenu… Zgi­nie, zanim za­kon­ser­wu­je go mróz… Przy­kro mi, Chloe… Tak trze­ba…

 

Jego głos cichł coraz bar­dziej, aż w końcu prze­szedł w nie­zro­zu­mia­ły szmer. Osłu­pia­łam; ła­twość, z jaką No­va­cek wydał wyrok, na­pa­wa­ła mnie obrzy­dze­niem, ale ja nie za­mie­rza­łam tak po pro­stu po­zwo­lić ska­zać się na śmierć. Wzię­łam głę­bo­ki od­dech.

– Co zro­bi­łeś ze ska­fan­dra­mi? – spy­ta­łam, siląc się na obo­jęt­ny ton.

Nie od­po­wie­dział, za­ci­snął tylko usta z bólem.

– No­va­cek! – Wsta­łam, wi­dząc, że blada skóra astro­che­mi­ka si­nie­je.

Do­pa­dłam No­vac­ka jed­nym sko­kiem i za­czę­łam nim mocno po­trzą­sać, chwy­ciw­szy za wiot­kie ra­mio­na.

– Uszko­dzi­łeś wszyst­kie, czy tylko jeden!?

Mimo iż pra­wie pła­ka­łam, po­chy­lo­na nad wy­cień­czo­ną po­sta­cią, nie uzy­ska­łam żad­nej od­po­wie­dzi. Wkrót­ce z nosa męż­czy­zny za­czę­ła pły­nąc gęsta, czer­wo­na krew; mimo to, szarp­nę­łam jesz­cze moc­niej.

– No­va­cek!

Ostat­nim wy­sił­kiem pod­niósł głowę i roz­chy­lił lekko usta, ale nie zdo­łał wy­do­być z nich żad­ne­go dźwię­ku, bo sil­nym stru­mie­niem buch­nę­ła z nich lepka, śmier­dzą­ca maź. Pu­ści­łam go; padł bez­wład­nie na pod­ło­gę, ko­na­jąc w kon­wul­sjach.

In­stynk­tow­nie rzu­ci­łam się do uciecz­ki, pę­dząc przed sie­bie na oślep, aż pa­dłam bez sił u progu am­bu­la­to­rium. Chwy­ta­jąc łap­czy­wie po­wie­trze, z obrzy­dze­niem zdar­łam z sie­bie ko­szu­lę, upstrzo­ną krwią No­vac­ka i od­rzu­ci­łam od sie­bie precz, ale w ni­skiej gra­wi­ta­cji Try­to­na ożyła, opa­da­jąc ocię­ża­le. Mia­łam dość; od­peł­złam w jakiś po­zor­nie bez­piecz­ny kąt i za­ci­snę­łam mocno po­wie­ki, ale nie udało mi się uciec od skry­tych pod po­wie­ka­mi, ma­ka­brycz­nych ob­ra­zów.

Nie wiem, jak długo sie­dzia­łam, tuląc się do przy­pad­ko­wej ścia­ny. Stra­ci­łam po­czu­cie czasu, do chwi­li, kiedy mo­no­ton­ny szum wen­ty­la­to­rów spra­wił, że od­wa­ży­łam się wresz­cie otwo­rzyć oczy.

Wsta­łam i obo­jęt­nie mi­nąw­szy opa­dłą już na pod­ło­gę ko­szu­lę, nie­spiesz­nie wró­ci­łam do kon­tro­l­ne­go. No­va­cek już nie żył. Obe­szłam za­sty­głe w ostat­nim ataku przed­śmiert­nych kon­wul­sji ciało i za­ję­łam miej­sce za kon­so­lą. Z po­cząt­ku jesz­cze czu­łam się nie­swo­jo, świa­do­ma obec­no­ści zwłok za ple­ca­mi, ale wkrót­ce i to ze­szło na dal­szy plan, bo ucie­ka­ją­cy czas nie po­zo­sta­wiał mi wy­bo­ru. Bez­cen­ne dwie go­dzi­ny za­ję­ło mi obej­ście za­bez­pie­czeń Wil­de­na i znie­sie­nie blo­ka­dy mo­du­łu zdal­ne­go do­stę­pu w we­hi­ku­le. Ode­tchnę­łam z ulgą, gdy po­kracz­ny po­jazd wresz­cie ru­szył przed sie­bie; przez ko­lej­ne czte­ry go­dzi­ny pro­wa­dzi­łam go wśród lo­dow­ców Try­to­na.

Świa­tło zga­sło nagle, do­kład­nie w chwi­li, którą prze­wi­dział No­va­cek. TEV utknął ja­kieś czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od sta­cji; gdyby za­si­la­nie dzia­ła­ło choć go­dzi­nę dłu­żej, da­ła­bym radę spro­wa­dzić go z po­wro­tem. Tak nie­wie­le bra­kło, bym do­pię­ła swego….

Na po­cząt­ku otu­chy do­da­wa­ły mi zie­lo­ne strzał­ki drogi ewa­ku­acyj­nej, ale wkrót­ce i one zga­sły. Ciem­ność nie od­stę­po­wa­ła mnie ani na krok przez na­stęp­nych kilka dni, które spę­dzi­łam w sta­cji, wy­cze­ku­jąc chwi­li, gdy tem­pe­ra­tu­ra spad­nie nie­zno­śnie nisko i gdy cięż­kie, dusz­ne po­wie­trze wygna mnie z azylu.

Mimo wszyst­ko, opusz­cza­łam to miej­sce z ir­ra­cjo­nal­ną ulgą, choć ja­kieś nie­okre­ślo­ne na­pię­cie to­wa­rzy­szy­ło mi jesz­cze, gdy zwal­nia­łam me­cha­nicz­ne blo­ka­dy we­wnętrz­nej śluzy i gdy wo­dząc roz­ca­pie­rzo­ny­mi pal­ca­mi po ścia­nach, szu­ka­łam wej­ścia do ma­ga­zy­nu ska­fan­drów ko­smicz­nych. Wzdry­gnę­łam się, gdy dłoń do­tknę­ła wresz­cie rę­ka­wa jed­ne­go z nich, bo było to pra­wie jak do­tknię­cie czło­wie­ka, ale szyb­ko zwal­czy­łam lęk i obej­mu­jąc ra­mio­na­mi obłą krzy­wi­znę hełmu, zdo­ła­łam włą­czyć re­flek­to­ry.

Na­tych­miast za­la­ła mnie stru­ga dawno nie wi­dzia­ne­go, upra­gnio­ne­go świa­tła. Upo­jo­na nagłą ja­sno­ścią, po omac­ku włą­cza­łam lampy ko­lej­nych ska­fan­drów, aż za­pło­nę­ły wszyst­kie. Do­pie­ro, gdy palce tra­fi­ły w zimną pust­kę, w miej­sce, które kie­dyś zaj­mo­wał strój Wil­de­na, przy­szło otrzeź­wie­nie – sta­łam prze­cież przed ko­niecz­no­ścią wy­bo­ru, który miał w sobie wię­cej z upior­nej gry, zwa­nej kie­dyś ro­syj­ską ru­let­ką, niż ze świa­do­mym ro­zu­mo­wa­niem.

Który wy­brać? Mru­żąc po­wie­ki, od­czy­ty­wa­łam ko­lej­no na­zwi­ska nie­ży­ją­cych już ludzi z ich kom­bi­ne­zo­nów, które, jak puste sar­ko­fa­gi ocze­ki­wa­ły da­rem­nie swych wła­ści­cie­li, aż zo­ba­czy­łam na­zwi­sko No­vac­ka. Zwal­czy­łam po­nu­re uczu­cie go­ry­czy i roz­cza­ro­wa­nia, to­wa­rzy­szą­ce wspo­mnie­niu astro­che­mi­ka; gdzieś po obrze­żach ra­cjo­nal­ne­go umy­słu plą­ta­ła się myśl, że wła­śnie ten ska­fan­der bę­dzie bez­piecz­niej­szy od in­nych, bo po cóż No­va­cek miał­by go psuć, skoro wie­dział, że i tak umie­ra? Od­rzu­ci­łam precz na­tręt­ne wspo­mnie­nie sta­re­go ziem­skie­go prze­są­du, pięt­nu­ją­ce­go za­kła­da­nie odzie­ży zmar­łe­go, choć po­zo­sta­wi­ło po sobie jakiś nie­uchwyt­ny nie­smak.

Gdy za­mknę­łam za sobą wrota sta­cji i ogar­nę­łam wzro­kiem zna­jo­my, przy­pró­szo­ny wiecz­nym szro­nem kra­jo­braz, spo­kój po­wró­cił. Mia­łam w ple­ca­ku po­wie­trza na ponad osiem go­dzin i ja­kieś czter­dzie­ści ki­lo­me­trów do po­ko­na­nia. To za­da­nie na­le­ża­ło do wy­ko­nal­nych, je­że­li, oczy­wi­ście, ska­fan­der za­cho­wa spraw­ność, je­że­li w ogóle zdo­łam od­na­leźć TEV, nie za­błą­dzę na mroź­nych bez­dro­żach Try­to­na i nie skoń­czy mi się tlen. Je­że­li TEV nie na­wa­li…

Po­wlo­kłam się przed sie­bie po bez­dro­żach za­mro­żo­ne­go księ­ży­ca, za­ska­ku­ją­co obo­jęt­na na mar­twe pięk­no try­to­no­we­go kra­jo­bra­zu. Nie zwra­ca­łam uwagi na ukry­te pod lodem skały, pię­trzą­ce za­mro­żo­ną lawę i wy­gi­na­ją­ce ją w fan­ta­stycz­ne kształ­ty, przy­wo­dzą­ce na myśl za­sty­głe w ruchu, kłę­bią­ce się pod lodem gi­gan­tycz­ne mor­skie po­two­ry. Na barwy lodu, który ubogi w swej czy­stej bieli na Ziemi, tutaj pstrzył się pa­sma­mi różu, czer­wie­ni i zie­le­ni.

Nad głową, mimo obec­no­ści Słoń­ca, kró­lo­wa­ły wi­dy­wa­ne na Ziemi tylko nocą gwiaz­do­zbio­ry, lekko, pra­wie nie­do­strze­gal­nie za­snu­te drob­ną mgieł­ką cien­kiej, rzad­kiej at­mos­fe­ry. Na mo­ment prze­mknę­ło mi przez głowę ulot­ne wspo­mnie­nie ta­kiej mroź­nej, gwieź­dzi­stej nocy spę­dza­nej dawno temu u wu­jo­stwa w Con­nec­ti­cut, ale na­tych­miast, ni­czym prze­błysk cu­dze­go losu od­pły­nę­ło w nie­byt, nie zdą­żyw­szy ob­cią­żyć myśli zby­tecz­ną tę­sk­no­tą. To niebo nie było do ziem­skie­go po­dob­ne, za­uwa­ży­łam bez żalu. Na Ziemi nie­bo­skłon bez­u­stan­nie prze­ci­na­ły błysz­czą­ce klej­no­ta­mi po­zy­cyj­nych świa­teł sa­mo­lo­ty; to było puste. W tym oso­bli­wym trój­ką­cie obo­jęt­ne­go Słoń­ca, zim­ne­go Try­to­na i mnie, na Zie­mię skry­tą wsty­dli­wie za ho­ry­zon­tem mroku nie star­czy­ło już miej­sca.

Po­rzu­ci­łam wspo­mnie­nia, by sku­pić się wy­łącz­nie nad tym, jak od­na­leźć TEV, bo na zlo­do­wa­cia­łym grun­cie Try­to­na, jak na szkle, ślady we­hi­ku­łu, za któ­ry­mi mo­gła­bym po­dą­żać, ledwo były wi­docz­ne. Gdzie­nie­gdzie tylko do­strze­ga­łam je wy­raź­niej od­ci­śnię­te w pyle od­le­głych gej­ze­rów, który roz­wie­wa­ny wy­so­ki­mi wi­chra­mi na setki ki­lo­me­trów, opa­dał na Re­gion Monad czar­nym śnie­giem. Prze­mie­rza­łam tę drogę wie­lo­krot­nie, ale za każ­dym razem wi­dzia­łam ją z ga­dziej per­spek­ty­wy wie­dzio­ne­go prze­ze mnie ro­bo­ta. Teraz wszyst­ko wy­glą­da­ło ina­czej.

Skar­la­łe pa­gór­ki i stłam­szo­ne na­wa­łem lodu grzbie­ty zle­wa­ły się w jedno z nie­od­stęp­nym pół­mro­kiem. Nie prze­ry­wa­ły mo­je­go mar­szu swą głę­bią sze­ro­kie bruz­dy ska­mie­nia­łych lo­do­wych spę­kań, ubie­ra­ją­ce w mo­zai­kę wschod­nią pół­ku­lę Try­to­na, nie uła­twia­ły orien­ta­cji po­szar­pa­ne brze­gi nie­licz­nych kra­te­rów. Teren był mo­no­ton­ny i w swej jed­no­staj­no­ści zdra­dziec­ki; prze­czu­cie po­wo­li prze­ra­dza­ło się w pew­ność, że za­błą­dzi­łam. Stą­pa­jąc po azo­to­wym szkle, po­ły­sku­ją­cym tylko gdzie­nie­gdzie bla­dym od­bla­skiem da­le­kie­go Słoń­ca, ma­mią­cym oko jak oszu­kań­czy błęd­ny ognik, wiele razy ule­ga­łam złu­dze­niu, że do­strze­gam świetl­ne re­flek­sy, tań­czą­ce na szy­bach TEVA, by po chwi­li z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dzać, że to tylko mi­ra­że.

I wtedy, gdy za­czy­na­łam już wąt­pić, lód przede mną za­lśnił do­sko­na­łym błę­ki­tem. Nad ledwo za­zna­czo­nym ho­ry­zon­tem, skry­wa­ją­cym przed moimi ocza­mi kra­ter Le­wia­ta­na, wscho­dził wła­śnie Nep­tun. Wy­nu­rza­jąc się znad ciem­nej grani, wy­glą­dał, jakby Try­ton wy­da­wał go na świat z głę­bin swego mroź­ne­go wnę­trza. Czuj­ne, błę­kit­ne oko ostat­niej pla­ne­ty, choć od­le­głe i zimne, pro­wa­dzi­ło mnie jak po­tęż­ne bó­stwo, hip­no­ty­zu­jąc i wa­biąc. Sku­pi­łam wzrok na roz­wi­nię­tej przez niego błę­kit­nej wstę­dze i bro­dząc po niej, jak po skry­tym pod lodem stru­mie­niu, ru­szy­łam przed sie­bie bez obaw.

Do­pie­ro gdy w od­da­li, mię­dzy za­sty­gły­mi w mroku fa­la­mi lodu za­ma­ja­czy­ła jasna syl­wet­ka po­jaz­du od­wa­ży­łam się spoj­rzeć na wskaź­nik po­zio­mu po­wie­trza w ple­ca­ku. Za­dzi­wia­ją­ce, ale mimo iż za­stygł na czer­wo­nym polu, wciąż nie bra­ko­wa­ło mi tchu. In­stynk­tow­nie przy­spie­szy­łam kroku, nie wie­rząc jesz­cze, że Try­ton w swej ła­ska­wo­ści wła­śnie od­ro­czył wy­ko­na­nie wy­ro­ku.

 Ode­tchnę­łam z ulgą, szep­cząc dzięk­czyn­ne słowa pod ad­re­sem dawno za­po­mnia­ne­go boga. Z bi­ją­cym ser­cem uru­cha­mia­łam we­hi­kuł, ale przy­naj­mniej on mnie nie za­wiódł, to­cząc się po gład­kiej rów­ni­nie ku kra­te­ro­wi An­dva­ri.

Od tego czasu nic wię­cej się nie wy­da­rzy­ło. Za­mknię­ta w zło­tej klat­ce we­hi­ku­łu eks­pe­dy­cyj­ne­go, co dzień spo­glą­dam na uśpio­ną, mil­czą­cą sta­cję ba­daw­czą. Mam sporo czasu na to, by roz­trzą­sać prze­szłe zda­rze­nia. O przy­szłych wolę nie my­śleć. Nie za­sta­na­wiam się nad tym, co bę­dzie, gdy roz­ła­du­ją się ogni­wa po­jaz­du, zanim jesz­cze przy­bę­dzie pomoc. Od­su­wam od sie­bie myśl o być może bli­skiej już chwi­li, w któ­rej uak­tyw­ni się nie­ubła­ga­ny czyn­nik Zhan­ga.

Nep­tun krąży nad ho­ry­zon­tem, jakby spraw­dzał, czy wciąż żyję. Słoń­ce wła­śnie za­cho­dzi, a noc na Try­to­nie trwa długo – pra­wie trzy ziem­skie doby. Mam teraz w życiu nowy cel – chcę do­cze­kać świtu. Dziś nie mam in­nych ma­rzeń.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Czyta się świetnie, prawdziwe, porządne, klasyczne sf. Z uwag technicznych, miejscami nadzaimkoza: swe/moje itd. w nadmiernych ilościach. Rzuciło mi się też w oczy: " dalekiego, jakby plecami odwróconego Słońca." - nijak nie mogę sobie wyobrazić Słońca odwróconego plecami. Kula, w którą stronę się obróci, dalej będzie wyglądać tak samo.

Trochę niedosytu i rozczarowania pozostawia końcówka, ale może lepiej tak, niż jakby miała być przegadana.

Podobało się i wciągnęło. Zasłużone 5.

Tak, to jest bardzo dobra Science. Odtrutka na wszechobecne duchy, fascynacje światami nieumarłych i te de, i te pe.  

Kojarzy mi się Twój tekst z "Niezwyciężonym" i tak marginesowo z "Edenem", wiadomo czyjego autorstwa. 

Wyjątkowo wstawię ocenę, piątkę --- dlatego tylko tyle, bo kłuły w oczy błędy w zapisie dialogów, na co reaguję prawie alergicznie.

Tak, SF w starym, dobrym stylu. Bez męczącego, naukowego żargonu-bełkotu. Też daję 5, choć szóstki dostawały już gorsze teksty.

„machinalnie podając go sobie do ust” - podając? To kubek się sobie samemu podaje do ust...?

 

Adam słusznie prawi, zwracając uwagę na błędy w zapisach dialogów. Jak powinny wyglądać można przeczytać w wątku Seleny („Wskazówki dla piszących”), który jest podpięty w Hyde Parku. Albo można zajrzeć do pierwszej z brzegu polskiej książki.

 

„Nie kompromituj się, ty…kaznodziejo z Kentucky!” - brak spacji po wielokropku.

 

„...stałam jak wryta, nie spodziewając się, że zachce zaatakować.” - Jeśli się nie mylę, powinno być zechce, a nie zachce. Wydaje mi się, że „zachce” występuje tylko jako „zachce się” komuś coś/czegoś.

 

„- Nie uważasz, że wszystkie tajemnice nie mają już sensu? Że prawda komukolwiek zaszkodzi?” - Mam wątpliwości co do sposobu sformułowania drugiego pytania. „Nie uważasz, że prawda komukolwiek zaszkodzi?” nie brzmi w żadną stronę sensownie. Czy nie chodzi raczej o to, że to ukrywanie prawy zaszkodzi, a prawda ewentualnie może pomóc?...

 

„Ruszył przed siebie powoli, że spuszczoną głową” - Literówka: ze.

 

„- Tu masz wynik spektrometrii masowej. Zwróć uwagę na trzecią pozycję…- Westchnął ciężko.” - pomijając fakt, że „westchnął” winno być małą literą (zapis dialogów!), brak jest spacji po wielokropku.

 

„To miejsce, w którym znalazłaś szczątki…To niecka, wypełniona przez lawę z lodowego wulkanu…” - j.w.

 

„- Chloe…to ty jeszcze żyjesz?” - j.w. Więcej nie wymieniam, ale takich przypadków jeszcze sporo dalej jest.

 

„- Jesse, skończ z tą paranoją!.” - Wykrzyknik i kropka naraz?

 

„- Po co? – Spytał nieprzytomnie, ale nie odpowiedziałam, więc dodał: Wzywaliśmy już przecież pomoc...” - brak myślnika przed „wzywaliśmy”.

 

„Wyrzucałam z siebie słowa, przestawiając jednocześnie antenę na częstotliwość Johnnego.” - Nope. Powinno być: Johnny'ego. I wszędzie dalej też.

 

„W XXI wieku w taki sposób objechali robotami pół Marsa i to mając aktualizację wizji co 8 minut.” - W tekstach literackich liczby zapisujemy literami. Osiem minut, a nie 8 minut.

 

„...co chwilę zdarzało mi się, że robot nie zrozumiał moich intencji i wędrował nie tam, gdzie zamieszałam go wysłać.” - Literówka: zamierzałam.

 

„...nie skorzystałam jednak z wymownego zaproszenia jej gładkiej powierzchni, zatrzymując łazik wąskim gardle lodowej przełęczy.” - Chyba: W gardle.

 

„...pozwoliłam potoczyć się Johnnemu tak szybko, jak tylko potrafił, choć wiedziałam, ze zwinnego Jacka trudno mu będzie dogonić.” - Literówka: że.

 

Walka łazików przydługa, za mało dynamiczna na dodatek. I najeżona zaimkami. Przykład:

„Łazik zablokowany i przygwożdżony do niewiele wyższej od niego ściany jamy, nie miał już swobody ruchu, więc poleciłam Johnnemu wydobyć ze schowka w pancerzu jego precyzyjne, chwytne ramiona i wyłuskać z plecaka Jacka jego cenną zawartość. Nie szło mi najlepiej, bo precyzyjne ruchy ramion i operowanie kończącymi je chwytakami wymagały nie lada zręczności nawet od operatora dysponującego komorą holograficzną. Zdarzyło się przy tym, że musiałam lekko wycofać mojego robota, by dać jego ramionom nieco więcej przestrzeni i zelżał nacisk wywierany na Jacka na tyle, by zdołał uwolnić jedno ze swych pajęczych odnóży i miotając nim rozpaczliwie, zdołał dosięgnąć nim małej główki Johnnego. Obraz zaśnieżył, zadrgał i stracił swą i tak marną ostrość. Mimo to, przeklinając, udało mi się w końcu odebrać Jackowi mój skarb i umieścić go w skrytce pod pancerzem mojego robota.
Wycofałam go i pchnęłam go ku ciemniejącej w oddali równinie, ale nie ujechałam zbyt daleko. Gdy tylko minęły największe emocje, ogarnęło mnie niemożliwe do opanowania zmęczenie. Walczyłam z nim desperacko, ale byłam już u kresu sił. Zdołałam jeszcze przeprowadzić mojego robota między stromymi rozpadlinami znaczącymi początek wijącego się jak rzeka łańcucha Krakena, po czym ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Sama nie wiem, jak udało mi się pchnąć Johnnego na gładki szlak wiodący ku kraterowi Andvari, bo zbuntowane palce, drżąc w nieskoordynowanym pląsie, już z rzadka trafiały w tańczące mi przed oczami klawisze. Spojrzałam na moje dłonie ze zgrozą, wyglądały tak obco, jak kończyny zepsutego robota. Nie czułam ich, a one nie były mi posłuszne.”

Zaimki to wrogowie. Strzeż się ich.

 

„...potęgowała wrażenie, że nikt od śmierci Japończyka tu nie był. Novacka wciąż nie było, sama musiałam więc...” - powtórzenie.

 

„...nie od razu rozpoznałam własne, zniekształcone w szklanej ścianie odbicie, nie podobne do mnie ani trochę...” - niepodobne łącznie.

 

„Istniała nikła szansa, że wciąż jeszcze oczekuje w zewnętrznym korytarzu i że wywołując go przez interkom zdołam przemówić mu do rozsądku.”

Naprawdę? Jego wcześniejsze zachowanie nie wskazywało na to, by rządził nim rozsądek.

 

„Prawie Ci uwierzyłem!” - ci winno być małą literą. To nie list, tylko opowiadanie.

 

„Co znowu?.” - Ano to znowu, że są dwa znaki interpunkcyjne na końcu zdania.

 

„Głowa opadała mu bezładnie w górę i w dół, jak u lalki.” - Naprawdę? To można opadać w górę?...

 

Mimo iż prawie płakałam, pochylona nad jego wycieńczoną postacią, ale nie uzyskałam żadnej odpowiedzi.” - To nie jest dobrze skonstruowane zdanie. Mimo iż, ale? Albo jedno, albo drugie.

 

„Wkrótce jego nozdrzy zaczęła płynąc gęsta...” - brakuje tu Z przed nozdrzy.

 

„Wycofałam się tyłem” - doprawdy, mam mieszane uczucia jeśli chodzi o wycofywanie się tyłem...

 

„...szepcząc dziękczynne słowa pod adresem dawno zapomnianego boga.” - Raczej Boga wielką literą, jeśli odnosisz się do kreacji chrześcijańskiej.

 

„Nie zastanawiam się nad tym, co będzie, gdy pomimo drakońskich oszczędności, zanim przybędzie pomoc rozładują się ogniwa pojazdu.” - Czepiam się, ale to zdanie wypadałoby przebudować, bo szyk i interpunkcja w tej chwili kuleją. A czy nie lepiej byłoby na przykład:

„Nie zastanawiałam się nad tym co będzie, gdy ogniwa pojazdy rozładują się, pomimo drakońskich oszczędności, zanim przybędzie pomoc.”?

 

 

Ogólnie dość mi się podobało. Jak na SF, którego nie trawię. Napisane całkiem sprawnie, czyta się bezboleśnie. Tematyka nie moja, ale sam fakt, że dojechałam do końca, mimo iż z góry założyłam, że tak się nie stanie, to dla mnie plus. ; ) Jakby tylko dialogi były poprawne, to naprawdę byłoby ładnie...

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szalenie interesująco się czytało, chociaż pomimo specyfiki czcionki już bolą mnie oczy.

Nie cierpię czystego sf i za każdym razem, kiedy trafię tutaj na takie opowiadanie, staram się uniknąć czytania. Ale ty autorze (autorko) tak mnie zaintrygowałeś/aś początkiem, że naprawdę z przyjemnością, co więcej, z dużym zainteresowaniem, przeczytałam calość.

Prawdę powiedziawszy spokojnie widziałabym film oparty na tym tekście. Czytając już miałam go przed oczami.

Ha ha, ja też miałam wrażenie, jakbym oglądała film :D Choć na poczatku myślu uparcie kołatały mi się wokół "Solaris".

 

Ogólnie mi się podobało, choć i dla mnie sci-fi to nie całkiem ulubiony gatunek. Świetnie napisane, trzymasz poziom od początku do końca. Historia po prostu płynie :)

www.herbatkauheleny.pl

Cześć i wielkie dzięki za komentarze.

Bellatrix:

"Dalekie i plecami odwrócone Słońce". Lepiej nie brać tego dosłownie, nie chciałam po prostu po raz kolejny pisać, że jest ciemno. Taka nietrafiona personifikacja.

Joseheim:

Dzięki za dogłębną analizę.

"Machinalnie podnosząc go do ust" pewnie byłoby lepsze, ale jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy.

Szkoda, bo lubię zaimki, ale ok - będę na nie uważać.

"Szepcząc dziękczynne słowa pod adresem dawno zapomnianego boga" - tu akurat chodziło mi o Neptuna, który jakby prowadził bohaterkę. To wtedy mała czy duża litera?

A jeśli chodzi o te dialogi, to zastrzelcie mnie ludzie, ale ja nigdy nie kumam, co z nimi jest nie tak. I nawet patrzyłam do książek, ale chyba mało spostrzegawcza jestem.

I przyznaję się bez bicia, że najwięcej uwagi poświęcam temu, żeby historia miała sens, a ocenę poprawności zapisu zostawiam sobie na koniec. A to chyba błąd.

Toss a trophy to your Predator

Gdy nie wymieniasz z imienia boga niechrześcijańskiego (tu: Neptuna), a tylko wspominasz o nim ogólnie, mała litera. >Grecy mieli boga mórz.<

Nie wiem, jak inni, ja Ciebie nie zastrzelę. A z dialogami to prosta sprawa --- jest w Hyde Parku temat o zapisie dialogów, taki poradniczek. 

Ponieważ jeszcze nie ma tematu najlepszych opowiadań czerwca / lipca, uprzejmie donoszę w tym miejscu, że będę nominował Twój tekst.

Ależ drogi Adamie, wątek Berylka czerwiec/lipiec już od dawna jest, tylko nikt go dziwnym trafem nie podpiął.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

(...)  nikt go dziwnym trafem (...). 

To i tak jeden z najmniej dziwnych na tej stronie trafów...

; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

AdamKB:

Dzięki, choć już sam fakt, że mój tekst spodobał się kilku osobom traktuję jak wyróżnienie.

Toss a trophy to your Predator

Mam mieszane uczucia. Mimo, że to SF (za którym nie przepadam), udało mi się przeczytać całe opowiadanie. Już samo to świadczy o tekście dobrze ; P  Sam początek zasugerował mi, że fabuła będzie przebiegać według znanego schematu, i, mimo że później kilka razy nabrałem nadziei, iż tak nie będzie, ostatecznie chyba można sprawiedliwie powiedzieć, że opowiadanie jest schematyczne. Nie ma to jednak znaczenia, biorąc pod uwagę przychylne komentarze czytelników.
Chociaż w moim odczuciu walka łazików była straszliwie nudna, rozwlekła i najeżona zaimkami, a do tego sporą liczbą powtórzeń. Oba zjawiska były bolączką tekstu jeszcze jakiś czas później. Zapis dialogów trochę mnie denerwował.
Ostatecznie mogę powiedzieć, że tekst mi się podobał. Trochę ; )
No i zastanawiają mnie dwie rzeczy: skąd angielskie nazwy łazików w ekspedycji finansowanej przez chiński (dumny i - z tego co można wywnioskować z opowiadania - dominujący w świecie) rząd? ; ) I dlaczego "Kaldera Leviathana" a nie "Lewiatana"?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Beryl:

Trochę to już coś. Mógł przecież nie spodobać się wcale ;).

Nazwy łazików? Droga tego tekstu do jego ostatecznej wersji była długa i wyboista. I po tej drodze zgubiło się gdzieś wyjaśnienie, że Amerykanie nadali łazikom bardziej znane, swojskie imiona, bo nie byli w stanie zapamiętać ich chińskich nazw. Pewnie powinnam była zostawić to zdanie, ale jakoś nie udało mi się go sensownie do niczego przypiąć.

Leviathan? Po prostu szukając odpowiedniego miejsca akcji opowiadania korzystałam ze stron anglojęzycznych. I tak jakoś został ten Leviathan.

Poza tym mam pytanie: prawie wszyscy, którzy zabrali głos deklarują, że nie lubią SF. To taki przypadek czy ogólna tendencja? Chodzi mi o to, że gdyby udało mi się kiedyś coś jeszcze w tym duchu napisać, to mogę tu zamieścić, czy raczej: "co za dużo, to niezdrowo"? ;)

Toss a trophy to your Predator

Po prostu miłaś pecha trafić na takich czytelników ;) A tak poza tym, to jest jak najbardziej miejsce na sci-fi.

www.herbatkauheleny.pl

Chodzi mi o to, że gdyby udało mi się kiedyś coś jeszcze w tym duchu napisać, to mogę tu zamieścić, czy raczej: "co za dużo, to niezdrowo"? 

Niedobory też prowadzą do ciężkich schorzeń. Żadne tam "mogę" --- poczuwaj się do takiego obowiązku wobec jeszcze żyjącej garstki przedkładających SF ponad {autocenzura --- nie spieszy mi się na tamten świat  :-) } o żądnych krwi bajkowych stworach, tworach i potworach.

Tekst jest niezły. Wydaje mi się jednak, że początkowi opowiadania przydałoby się więcej pieszczot --- tj. parę zdań więcej o bohaterach i znalezisku.

pozdrawiam

I po co to było?

Ja chciałam powiedzieć, że zabrałam głos (nawet jako pierwsza) i lubię SF :)

Cześć.

Syf. : pewnie by się przydało, ale nie chciałam zniechęcać czytelników przydługimi opisami na samym początku.

Bellatrix : dlatego nie napisałam że wszyscy, tylko  "prawie wszyscy". Miło się przekonać, że ktoś jeszcze lubi ten gatunek, choć chyba przebrzmiały i niemodny :) 

Toss a trophy to your Predator

Nie za bardzo jest to wciągające... Może dlatego, że wszystko to już gdzieś tam było --  i zostało wcześniej napisane. Po prostu --- stary, wytarty schemat.  

Dłużyzny. Mało dynamiczny tekst. 

Solidana robota, ale nie porywa ani formą, ani w sumie --- bardzo mało odkrywcżą treścią.

Pozdrówko.

4/6

Wszelkie pomyłki, błędy i lapsusy nie są w stanie przesłonić faktu, że jest to bardzo dobry tekst. Oby wiecej takich na tej stronie. Gratuluję!

RogerRedeye: Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że takim opowiadaniem rewolucji w literaturze nie zrobię. Zresztą, wcale nie chcę. Wystarczy mi, że spodoba się paru osobom i pozwoli im na chwilę oderwać się od przyziemnych spraw.

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za wyróżnienie.

Toss a trophy to your Predator

Bardzo przyzwoity tekst hard SF. Zdecydowanie brakuje takich na tym portalu. Czytało się płynnie a historia z kazdym zadaniem wciągała coraz bardziej. Przyspieszenie kakcji w połowie nadało tej historii odpowiedniego dramatyzmu. Zakończenie idealne, a w zasadzie idealny brak zakończenia. Przy scenie ze skafandrami Przypomniał mi się 8 obcy pasażer Nostromo. Porównanie jak najbardziej zasłuzone.Bardzo mi się podobało. Pozdrawiam.   

Nie no, nałgałaś w przedmowie. Tekst ani trochę nie nudny, mnie trzymał w napięciu, ciągle coś się zmieniało. A że najwyraźniej poprawki wprowadziłaś – nie mam się czego czepiać. Świetne opowiadanie.

Babska logika rządzi!

No to trochę zmieniłam tę przedmowę ;)

Wielkie dzięki za wizytę.

Toss a trophy to your Predator

Z całą pewnością jedno z lepszych i bardziej zajmujących opowiadań, a lata, które minęły od chwili, gdy pojawiło się na tej stronie, w niczym mu nie zaszkodziły, jest bowiem ponadczasowe.

Czytałam z niesłabnącym zainteresowaniem, od samego początku, aż do bardzo satysfakcjonującego końca. Żal, że zajrzałam tu dopiero teraz, mogę mieć tylko siebie. ;-)

 

Pierś męż­czy­zny uno­si­ła się słabo w górę i w dół. – Pomijam masło maślane, ale czy na pewno pierś unosiła się w dół?

Może: Pierś męż­czy­zny słabo uno­si­ła się i opadała.

 

zwięk­szy­łam czę­sto­tli­wość ich wy­ko­ny­wa­nia, tak, by spły­wa­ły płyn­nie… – Nie brzmi to najlepiej. 

 

Nagle Wil­den za­trzy­mał ro­bo­ta. Wstrzy­ma­łam od­dech;  – Tu też nie najlepiej.

 

zda­łam sobie spra­wę, ze Wil­den za­mie­rza obejść mnie bo­kiem… – Literówka.

 

i je­dy­nym, co było sły­chać, były trza­ski za­kłó­ceń… – Może: …i je­dy­ne, co było sły­chać, to trza­ski za­kłó­ceń

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, zwłaszcza że tekst przypadł w dzień Twojego dyżuru, Regulatorzy :) Co prawda cztery lata wcześniej (później?), ale zawsze :) Byki oczywiście poprawiam.

Wielkie dzięki za wizytę. Strasznie się cieszę, że wciąż da się toto czytać, pomimo upływu lat :)

Toss a trophy to your Predator

Chcesz powiedzieć, Marianno, że gdybym była młodsza o te cztery lata, opowiadanie czytałoby mi się jeszcze lepiej? ;-D

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm, niekoniecznie. Cztery lata temu było w tym tyle zbędnych zaimków, że zapewne złapałabyś się za głowę, tak jak ja, gdy odświeżyłam sobie ten tekst :)

Toss a trophy to your Predator

Cztery lata temu w głowie mi nie postało, że mogę komentować Wasze opowiadania. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka