- Opowiadanie: GaPa - Opanowanie Teda Simmonsa

Opanowanie Teda Simmonsa

Opowiadanie miało premierę w esensji.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opanowanie Teda Simmonsa

 

1.

 

 

 Ted Simmons popchnął ciężką stalową żaluzję do góry, wyprostował się z widocznym wysiłkiem, wziął głęboki, szybki oddech, po czym wyszperanym w kieszeni kluczem otworzył drzwi. Czujnym, gospodarskim spojrzeniem obrzucił wnętrze i wyraźnie powiedział: „Śpiewak rad okapu dynamo anyżem”. Odczekał, aż umieszczona pod sufitem czujka błyśnie na zielono, by – znów z niejakim trudem – przy pomocy prostego mechanizmu wciągnąć osłony chroniące okna. Wsłuchiwał się przez chwilę w uspokajający poranny gwar ulicy, stojąc nieruchomo, z głową wyciągniętą jak u surykatki, aż zgarbił się i podszedł do lady.

 Usiadł na drewnianym, niewygodnym krześle, przejechał dłońmi po twarzy, a następnie splótł je na piersiach i zamarł w bezruchu. Po kilku minutach potrząsnął głową. Wstał, klasnął głośno, po czym energicznie otworzył kasę fiskalną. Był to nowy model, niedawno zainstalowany, którym zastąpił niezawodną, kilkunastoletnią poprzedniczkę. Ten miał certyfikat rządowy i w czasie rzeczywistym, za pomocą sieci energetycznej, przesyłał informacje o dokonanych transakcjach do wymaganych prawem baz danych.

 Wyciągnął – zużytą może w połowie – rolkę papieru, umieścił ją w szufladzie, rozpakował nową. Nie robił tego powoli, nie dałoby się go również posądzić o pośpiech, po prostu wykonywał tę czynność. Spodziewał się pewnych problemów, gdyż nie wymieniał jeszcze materiałów eksploatacyjnych w tym modelu, jednak po kilku nieudanych próbach zmarszczył czoło i spojrzał zdumiony na urządzenie.

 – To nie może być przecież takie trudne – bąknął do siebie zirytowany. Zaczął dokładnie oglądać mechanizm. Z boku maszyny znajdowała się niewielka naklejka, wyglądająca jak fragment instrukcji. Dotknął jej i cofnął się zaskoczony, bowiem ze znaczka na blat padła wiązka światła. Najpierw wyświetlono logo producenta, a potem proste menu.

 – Hm, sprytne – mruknął i ostrożnie postawił palec w miejscu, gdzie dostrzegł ikonkę rolki papieru. Faktycznie, zobaczył kilka slajdów podpowiadających jak dokonać wymiany, jednak ewidentnie brakowało paru kluczowych. Wyłączył i uruchomił ponownie urządzenie, raz jeszcze wywołał instrukcję. Bez zmian. Sprawdził pozostałe opcje, ale nie znalazł nic pomocnego.

 Sięgnął po telefon i wybrał numer umieszczony małymi cyframi na naklejce z logo. Po kwadransie zmagań z automatyczną centralką uzyskał w końcu połączenie z żywym konsultantem. Uśmiechnięta młoda dziewczyna spojrzała na niego z sympatią.

 – SiTech, czym mogę służyć?

 – Nie mogę sobie poradzić z wymianą rolki papieru termicznego w tym nowym modelu kasy – odparł. Wskazał ręką urządzenie.

 – Czy mógłby pan skierować kamerę aparatu dokładnie na tabliczkę znamionową? Najlepiej z dystansu około piętnastu, dwudziestu centymetrów – powiedziała spokojnym, przyjemnym głosem.

 Spełnił jej prośbę, a po chwili usłyszał:

 – Przykro mi, panie Simmons, ale nie mogę udzielić panu pomocy.

 – Ale jak to? Kasa…

 – Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Obok pańskiego sklepu znajduje się nowoczesna placówka sprzedaży, APOS, z którą jesteśmy powiązani kapitałowo, wszelka więc pomoc udzielana panu może zostać, i z pewnością zostanie, zinterpretowana jako wspieranie konkurencji.

 – Przecież to absurd, wyprodukowane przez was urządzenie…

 – Przykro mi, panie Simmons – powiedziała cicho. Połączenie zostało przerwane.

 Kilka razy szybko zamrugał. Przysiadł znów na niewygodnym krześle i wydawało się, że bezgłośnie rechocze.

 Dzwonek w drzwiach wydał cichy, acz przenikliwy dźwięk, a nim wybrzmiał, Millicent Blunk, jego stała klientka, rozglądała się po wnętrzu.

 Ted podniósł się, a następnie wypracowanym przez lata, profesjonalnym tonem zagaił:

 – Dawno pani nie było, a zawsze miło tu panią gościć. – Wydawało się, że zupełnie nie zwraca uwagi na jej niemodny strój oraz torebkę ze śladami ręcznej, nieco nieudolnej naprawy.

 Kobieta, wyraźnie uciekając spojrzeniem, powiedziała:

 – Hm, dzień dobry… Miałam przyjść na początku tygodnia, ale spłata tej raty…

 – Rozumiem – odparł przyjaźnie. – Proszę się nie martwić, coś wymyślimy, tak żebyśmy oboje byli zadowoleni.

 Przez chwilę naradzali się cicho, jakby spiskowali, aż opuściła sklep przekonana, że wszystko w porządku, przecież każdy miewa problemy, na pewno będą tylko przejściowe. Żegnając się, sprawiała wrażenie rozluźnionej i zadowolonej.

 – Choćby po to warto odwiedzić starego, dobrego Teda – rozległ się jego głos. Był zmartwiony, liczył na wpłaty nielicznych wiernych klientów, ale rosła grupa osób przekładających spłatę. Myślał, a jego łysawa, owalna głowa wcale nie przypominała orzecha laskowego. Chociaż może nieznacznie – szczególnie lewy profil.

 

 

2.

 

 

 Simmons rozejrzał się. Ruch uliczny nie był zbyt intensywny, główna fala drugiego porannego szczytu miała dopiero nastąpić. W oddali dostrzegł gromadzący się niemrawo niewielki tłum, widocznie miała mieć miejsce któraś ze sponsorowanych demonstracji. Uniósł rękę w geście powitania, a kilka osób, których nie był w stanie rozpoznać z tej odległości, odpowiedziało w ten sam sposób. Stanął na skraju obszaru Autonomicznego Punktu Obsługi Sprzedaży. Drgnął, gdy usłyszał dźwięk dzwonka, podobny do zainstalowanego w drzwiach swojego sklepu.

 – Dzień dobry, panie Simmons – rozległ się miły męski głos. Nie mógł zlokalizować źródła dźwięku.

 – Hm, czy to prawda, że tylko ja słyszę ten komunikat?

 – Przyzna pan, że ta technologia robi wrażenie, chociaż została opracowana jeszcze pod koniec dwudziestego wieku – odparł automat sprzedażowy, wyspecjalizowana jednostka Sztucznej Inteligencji, popularnie obdarzana mianem SIM. – Dzięki temu mogę obsługiwać jednocześnie dwudziestu dwóch klientów, do każdego podchodząc w sposób indywidualny, a przy tym bez zgiełku i w intymnej atmosferze. Czym mogę służyć?

 – Zastanawiałem się nad zakupem drugiej kasy fiskalnej, model duże „f”, „c”, „g”, małe gov jedenaście, jednak doszły mnie słuchy o wadliwej pracy elementów transmisji papieru ze szpuli.

 – Przecież kasa, którą pan nabył przed miesiącem, niemal sześćset siedemdziesiąt jeden godzin temu, w zupełności wystarczy do obsługi wolumenu sprzedaży pańskiego sklepu.

 Ted oblizał spierzchnięte wargi, ponownie rozejrzał się szybkim, oszczędnym ruchem i odparł:

 – Rozważam uruchomienie drugiego punktu, niewielkiej placówki w dobrej lokalizacji.

 – Nie ma pan wystarczających środków, zaś pańskie przychody drastycznie spadły w ostatnim czasie – odparł beznamiętnie SIM.

 – Zamierzam wejść w spółkę z Robinem Rybow, skontaktowałem się z nim nawet w tej sprawie za pomocą tradycyjnej poczty. – Poniekąd była to prawda. Jak co roku, przed Świętami wysłał życzenia do swojego starego kumpla. Była to pocztówka zapakowana w białą, grubą kopertę, miał więc nadzieję, że treść wiadomości zna tylko on i adresat.

 – Rozumiem, panie Simmons. Pan Rybow jest zamożnym i powszechnie szanowanym obywatelem. Mogę więc pana uspokoić. – Po tych słowach wyświetlony został trójwymiarowy schemat kasy. – Proszę spojrzeć; oto mechanizm podający papier, składa się z minimalnej liczby elementów ruchomych – obraz został powiększony, by dokładnie ukazać szczegóły wizualizacji – wykonanych z bardzo trwałych materiałów. W rzeczy samej ten model zdobył wiele wyróżnień branżowych, jest dumą wytwarzających go zakładów, mających ponad dwustuletnie doświadczenie w projektowaniu sprzętu wspomagającego pracę biznesu.

 – Proszę obrócić w moje lewo, o jakieś dziesięć stopni.

 – Spełniam pana prośbę gorliwie. Czy ten przejrzysty schemat oraz zapewnienie o użyciu w procesie produkcji najlepszych materiałów rozwiały pana wątpliwości? Jeśli tak, mogę przedstawić korzystny plan ratalny. Oczywiście, jeśli wniesie pan całą kwotę od razu, może liczyć na znaczny upust.

 – Tak… zastanowię się. Bardzo dziękuję za prezentację. Została przeprowadzona fachowo. Do widzenia.

 – Dziękuję, panie Simmons, zapraszam ponownie – odparł automat.

 Wiekowy sprzedawca powrócił na swoje stanowisko pracy przygarbiony, ale lekko uśmiechnięty.

 – Póki pamiętam – mówił do siebie – to szło tędy, a więc papier… ha. Zrobione. – Powtórzył jeszcze kilkakrotnie procedurę wymieniania rolki, by ją lepiej zapamiętać i usiadł zamyślony.

 

 

3.

 

 

 Otoczony łupiną sklepu siedział przed monitorem komputera, bezmyślnie klikając w kolejne odnośniki. Ostatnio było to jego główne zajęcie. Wszędobylskie punkty APOS odebrały klientów okolicznym placówkom handlowym. Niektórzy już zwinęli interes, on jednak postanowił jeszcze poczekać. Miał nadzieję, że po pewnym czasie, kiedy już przestaną być ekscytującą nowinką, scena zostanie przetasowana, a on odnajdzie na niej swoje miejsce, w końcu od lat był częścią lokalnego rynku. Z drugiej strony obiektywnie musiał przyznać, że ciężko konkurować z tak mocnym przeciwnikiem. Praktycznie nieograniczony asortyment, dogodne plany spłat, no i te niesamowite SIM-y. Nie bez znaczenia była też rozległa baza wiedzy o upodobaniach i rzeczywistej sile nabywczej każdego klienta. Sam spędzał tam coraz więcej czasu, chociaż nic jeszcze nie kupił. Tłumaczył sobie, że to tylko w ramach poznawania taktyki konkurenta, w istocie jednak APOS przyciągał go jak miasto rudego spryciarza.

 – Może czas zwinąć żagle, co o tym sądzisz, Ted, stary draniu? – zapytał, zwracając się w szczególności do wspaniałego, wysokiej klasy analogowego zestawu audio.

 Była to jego duma, najcenniejszy przedmiot w ofercie. Gdyby udało mu się sfinalizować transakcję sprzedaży, mógłby mieć jeszcze kilka miesięcy na przeczekanie. Zestaw ten, niemal zupełnie zrujnowany, nabył kiedyś na nielegalnej wyprzedaży garażowej i – w wolnym czasie – doprowadził do pełnej sprawności. Znalazł zgodny z prawem sposób na wprowadzenie go do obrotu, a ostatnio wzbudził on zainteresowanie pewnego modnie i drogo ubranego młodzieńca, zapewne finansisty z centrum. Jednak czy na pewno miał ochotę pozbywać się tego cacka? Niekiedy nastawiał na nim którąś ze swoich cennych płyt gramofonowych, delektując się ciepłą, selektywną barwą dźwięku. Czy ten młodzik jest w stanie docenić taką jakość? Zapewne zestaw posłuży tylko do szpanu, stanie się zwykłym, acz efektownym elementem wyposażenia. „Nic z tego” – postanowił. „Nie takie jest przeznaczenie tego dzieła sztuki”.

 Powrócił do przeglądania sieci. Jego uwagę przykuło jedno z nazwisk na ekranie. Natknął się już na nie, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie mogło to mieć miejsce.

 – Hibacschi – wycedził. – Hibacschi kontra SiCorp – przeczytał głośno tytuł. Zagłębił się w treść artykułu i poczuł, że rodzi się w nim jakaś – jeszcze trudno uchwytna – lecz był pewien, że istotna myśl.

 – Do diaska! – krzyknął nagle. – A gdyby tak…

 Przeszukał sieć w poszukiwaniu szczegółów sprawy, by jak zwykle otrzymać zupełnie sprzeczne informacje, zaproszenia do płatnych serwisów, gdzie kompetentni fachowcy za naprawdę niewielką opłatą i tak dalej, i tym podobne.

 Podekscytowany zadzwonił do biblioteki publicznej, gdyż pamiętał, że kiedyś studenci prawa należący do jakiejś na wpół legalnej pozarządowej organizacji udzielali tam nieodpłatnie porad. Umówił się na pierwszy wolny termin – za dwa tygodnie, całe dwadzieścia pięć minut tylko dla niego – po czym zaczął chodzić po sklepie. Wydawał się jakby wyższy i szybszy niż jeszcze parę minut temu.

 – To by było zacne – mówił podniecony. – Niezły kawał, nieprawdaż?

 Wyjrzał na ulicę, nie dostrzegł żadnego ze swych stałych klientów, więc przekręcił wywieszkę na „Nim zagwiżdżesz będę z powrotem” i ruszył pod APOS. Obejrzał dokładnie szyld. Małe, charakterystyczne logo SiCorp zdobiło prawy dolny róg.

 

 – Witam, panie Simmons – przywitał go SIM. Jak zwykle wyświetlił mu reklamę kasy, jednak tym razem Ted nawet nie udawał, że jest zainteresowany zakupem.

 – Pochwalony – odparł. – Mam pytanie natury technicznej: zauważyłem, że potwierdzeniem zawarcia transakcji u was jest zwykły, werbalny przekaz. Czy w opinii prawa jest to zupełnie pewne i czyste rozwiązanie? Czy tak zawartej umowy nie można zakwestionować?

 – Ustawa Haidego-Miroko-Schneilla reguluję tę kwestię jednoznacznie. Tak zawarta umowa – potwierdzona nagraniem audiowizualnym, wraz z zapisem fal mózgowych – jest nie do podważenia, panie Simmons. W istocie znacznie ułatwia to zawieranie transakcji. Oczywiście należy zachować wymogi formalne, na przykład każdorazowo wygłoszona musi być stosowna formuła, co niekiedy irytuje stałych klientów.

 – Ale tylko kupujący może zrezygnować? Ma na to bodajże osiem godzin?

 – Tak, tylko jedna strona może, przy zachowaniu odpowiednich procedur i terminów, zrezygnować, przy czym nie ma takiej możliwości na przykład w przypadku zakupu artykułów szybko psujących się czy jednokrotnego użytku.

 – Rozumiem. Ot, technika. – Pokręcił głową ze zdumieniem. – Dzięki, stary, spadam do mojej budy.

 – Do widzenia, panie Simmons – jak zwykle uprzejmie odpowiedział automat.

 Ted wrócił do sklepu i na zwykłej kartce papieru, kopiowym ołówkiem, zaczął rozpisywać plan działania. Pisał tak niewyraźnie, że sam ledwo mógł siebie rozczytać.

 

 

4.

 

 

 Zajadał się passiflorą. Uwielbiał jej słodki, a jednak kwaskowaty smak. Naklejka głosiła, że owoc pochodzi z tak modnej teraz Afryki Subsaharyjskiej, jednak wiedział doskonale, że zebrano go gdzieś w Ameryce Południowej.

 – To tam umieściłbym raj – powiedział i wtedy dojrzał za szybą młodego człowieka, zainteresowanego uprzednio zakupem zestawu hi-fi. – Niestety, pryszczu, taki amator nie zasłużył na to cudo, choćby dawał trzy dychy w ciężkich, srebrnych monetach – wyszeptał, zasłaniając usta.

 Rozległ się dźwięk dzwonka. Mężczyzna wszedł energicznie, wskazał palcem – jakby była to lufa pistoletu – interesujący go przedmiot i wypalił:

 – Biorę! Nie musi pan pakować! Wrzucimy to do mojego luksusowego spalinowca. Zaparkowałem przed sklepem.

 – Ma pan na myśli ten niesamowity zestaw hi-fi? – upewnił się Ted.

 – Mam na myśli ten niesamowity zestaw hi-fi. – Przy słowie „niesamowity” młodzieniec tak dobrał akcent, że można by pomyśleć, iż z premedytacją wypowiedział je lekceważąco, jednak równie dobrze można by dojść do wniosku, że tego nie uczynił.

 Sprzedawca już otwierał usta, by udzielić odpowiedzi, gdy dzwonek u drzwi zabrzmiał ponownie.

 – Gdzie to jest?! I co to jest?! Dzień dobry! To musi być ON! Fantastyczny! Z prawdziwym wzmacniaczem lampowym? Ręcznie nawijanymi transformatorami? – Wszystkie zdania padły z ust ubranej w staroświeckiego kroju sukienkę w kwiaty dziewczyny z wielką, lśniącą pacyfką na szyi. – Jechałam za nim jak któryś z tych prywatnych detektywów z papierowych książek! – powiedziała z dumą, wskazując na młodego mężczyznę, wyraźnie zirytowanego. – Wiedziałam, że szykuje jakąś bombę na moje urodziny, ale to… Kocham cię! – Rzuciła się na szyję chłopaka. – Pana też kocham!

 Przylgnęła na chwilę swoim drobnym, ciepłym ciałem do Teda, by szybko powrócić do oglądania sprzętu. Wydawało się, że nic innego w tym momencie nie istnieje naprawdę, wszystko zamarło, zatrzymane w biegu, jakby zawieszone zostały wszelkie prawa fizyki. Tylko dziewczyna była prawdziwa, a wyblakły świat zastygł, czekając na jej reakcję.

 – Niech mnie, rozpoznaję części z Jadisa! Dawne Włochy, tak? Nie, nie, nie tam, ale to tamte okolice? Prawda? Przecież na tym słychać wszystko! Każdy niuans! Możemy go teraz uruchomić? Tylko jedno nagranie! Proszę! – Wydawało się, że jej entuzjazm nie ma granic. – Zapłaciłeś już? Jest mój? – Nie czekając na odpowiedź, powiedziała szybko do sprzedawcy: – Ma pan może coś z przełomu lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych dwudziestego wieku? Jakąś mało znaną, ale świetną kapelę, których wtedy tyle było! Folk albo folk rock? Może być kobiecy wokal.

 Nim odparł, ścisnął mocno dłonią przegub drugiej. Zamrugał szybko i z ust jego poleciały słowa:

 – Nastawię wam kawałek z trzeciego longplaya jednego z najlepszych klasycznych trio rockowych wszech czasów. – Wyciągnął zza lady pudło z winylami, wybrał płytę, ostrożnie wydobył z koperty czarny krążek. Z namaszczeniem ułożył go na talerzu adaptera. Uruchomił zestaw, wycelował ramię i rzekł: – Ostatni utwór na albumie. – Opuścił delikatnie igłę i z głośników popłynął dźwięk. Jak zwykle przy pierwszym ostrym riffie poczuł dreszcze, a gdy rozpoczęła się spokojniejsza część, zerknął na dziewczynę i zamarł.

 Stała pośrodku pomieszczenia, z rozłożonymi szeroko ramionami. Oczy miała przymknięte, kołysała się lekko, jakby była wodną rośliną unoszoną delikatnym rytmem fal. Przy „Come on back, back” otworzyła nagle oczy, równie wilgotne i lśniące jak jego, ale wydawała się go nie dostrzegać. Obserwował ją zafascynowany, więc nie umknęło jego uwadze, jak – wciąż delikatnie rozkołysana – zadrżała, gdy rozległ się krzyk mew podczas pierwszego gitarowego solo.

 – Dobre to jest w swojej klasie? – zapytał szorstko jej towarzysz. Nie potrafił ukryć rozdrażnienia.

 – Żartujesz?! To magia! Co za moc! Ta perkusja, gitary. Co to za kapela? – zwróciła się do Teda. – Na pewno laska na wokalu? – dodała podejrzliwie.

 – Zespół Budgie, a śpiewa basista, ich lider i zarazem autor utworu. Jednak gdy pierwszy raz ich usłyszałem, też nie do końca byłem pewien, czy głos należy do mężczyzny, czy kobiety.

 – Płyta jest częścią transakcji? – zapytała z nadzieją.

 – Ta… nie, ale mam w domu drugi egzemplarz, z rysą uniemożliwiającą odsłuchanie strony A, strona B jest bez zarzutu.

 – Możemy jechać teraz, zaraz? – zapytała. Znienacka uniosła ręce w geście zwycięstwa.

 – Wyluzuj… wpadnę po to jutro. – Nieprzyjemny ton głosu chłopaka nie odegnał jej uśmiechu.

 Coś przykuło uwagę młodzieńca. Wyciągnął z pudła płytę i zaczął ją oglądać.

 – Przecież to Gina Va! To nowe rzeczy też wypuszczają na tym… nośniku?

 – Zdarza się. Tę płytę otrzymałem w jakimś zestawie promocyjnym. Proszę, jest pańska.

 – Świetnie. Pamiętasz ją? – chłopak zwrócił się do swojej partnerki. – To ona w tym programie u DJ.J umieściła prezent w pochwie. Wystawał tylko sznureczek, więc prowadzący musiał, przy pomocy zębów…

 – Tak, tak – przerwała mu. – To jak, zapłaciłeś? Zabieramy? Trzeba będzie pokombinować z ustawieniem kolumn. Ale rozkosz! Ostatni raz taka nabuzowana byłam podczas Wielkiego Postu, jak zjadłam pączek w cukierni na rogu. Taki z lukrem i dziką różą! Jeszcze jako ortodoks! Oczy mi pewnie świecą jak latarnie morskie!

 Szybko sfinalizowali transakcję, wspólnie umieścili zestaw w aucie. Dziewczyna musnęła Teda ustami w policzek i objęła go na chwilę ramionami.

 – Jest cudownie! Po płytę wpadnę jutro sama, ten troglodyta mógłby jeszcze na niej usiąść.

 – Ładuj się – powiedział zniecierpliwiony młodzieniec. Uszczypnął ją w pośladek; zachichotała i wskoczyła na siedzenie.

 Chłopak sprawnie włączył się do ruchu, a ona opuściła szybę i pomachała na pożegnanie. Wydawała się szczęśliwa i pełna życia. Jakby była środkiem wszechświata, a wszystko, co stworzono, istniało po to tylko, by jej służyć. „Parents, tytuł kawałka to Parents” – powiedział do siebie w myślach sprzedawca. Zamknął sklep i ruszył pod APOS.

 

 – Moje gratulacje, panie Simmons – przywitał go SIM.

 – Od dawna finalizowałem transakcję, to była tylko kwestia czasu – odparł niespiesznie. – U was jak zwykle tłum.

 – Mamy po prostu dobrą ofertę. – Automat starym zwyczajem wyświetlił mu kasę. – Dalej jest pan zainteresowany zakupem? Poziom endorfin spowodowany udanym interesem…

 – Jak ten Szatan na pustyni, jesteś w stanie opętać niemal każdego – przerwał mu Ted. – Ha, jest tu nawet Millicent… No pochwal się, pokaż, jak ją kusisz. – Ton jego głosu nie sugerował, by uległ euforii spowodowanej niedawnym dopływem gotówki, na próżno też można by tam szukać smutku.

 – Proszę bardzo, włączam fonię.

 Historia przedstawiała się tak: pani Millicent Blunk wkroczyła na teren APOS nieco zamyślona, być może nawet nieświadoma tego faktu; poza nowoczesnym, modułowym budynkiem, strefa działania APOS rozciągała się też na tę część chodnika, która biegła wzdłuż działki, na której wzniesiono pawilon handlowy. A był to ważny ciąg komunikacyjny. Powracając do naszej bohaterki – szła powoli, gdy nagle tuż przed nią ukazał się obraz pani Jovanović (w pełnej skali) ubranej w modną, tęczową suknię o zmieniających się kolorach. Millicent stanęła zaskoczona. Powszechnie znana była niechęć, jaką okazywały sobie obie panie.

 – Szałowa, nieprawdaż? Ostatnia kolekcja O’Ho, wzbudzająca zachwyt koneserów, podkreślająca wdzięk, a także wysoką pozycję społeczną właścicielki kreacji. Suknia dla dojrzałej kobiety, która nie musi niczego udowadniać, jest pewna swego. Nie zaborcza, lecz dystyngowana. Suknia dla kobiety z klasą. – Brzmienie głosu SIM-a było bardziej twarde, lekko zachrypnięte, inne niż ton, którego używał w kontaktach ze starym sprzedawcą.

 – Och, jest piękna… – powiedziała pani Blunk. – Na pewno też kosztowna…

 W tym momencie obraz uległ zmianie. Sylwetka pani Jovanović płynnie przekształcona została w wizję stylowego, wielkiego lustra o zdobionych złotem ramach. W tafli zwierciadła widać było teraz panią Blunk, przystrojoną w reklamowaną suknię.

 „Millicent, ależ to była szprycha…” – wyszeptał do siebie z podziwem Ted. Jakby na skutek jego komentarza obraz w lustrze uległ subtelnej, acz zauważalnej zmianie. Ciało kobiety wydawało się teraz bardziej szczupłe i jędrne. Pani Blunk uniosła dłoń, a jej odbicie uczyniło to samo. Zrobiła pełny obrót, materiał zafalował, przez chwilę odsłaniając piękne, zgrabne łydki. Oczy jej błyszczały.

 – Na pewno mnie nie stać… – rzekła bez przekonania.

Przed kobietą wyświetlono banknot o niewielkim nominale.

 – Tyle wynosi czterodniowa rata. Przy tym mogę panią zapewnić, że w promieniu ośmiu mil nie sprzedamy tego modelu sukni przez trzydzieści dni – rozległ się sugestywny, hipnotyzujący głos.

 – Czyli do połowy stycznia? – zapytała szybko.

 – Zgadza się. To będzie już po Noworocznym Koncercie.

 – Kiedy moglibyście ją dostarczyć?

 – Na to, że jutro w południe kurier dostarczy starannie zapakowany towar do pani mieszkania – mamy dziesięć procent szans, pojutrze – czterdzieści. Niemal na pewno dotrze w ciągu trzech dni roboczych.

 Ustalono szczegóły zakupu, padły wymagane prawem formułki i kobieta ruszyła dalej. Oczy jej błyszczały. Dostrzegła Simmonsa i zmieszała się.

 – Ślicznie będzie pani wyglądała na balu po koncercie – powiedział, a na dnie jego oczu tańczyły wesołe ogniki.

 – Dzięki… Ted – odpowiedziała, uśmiechnęła się zalotnie i ruszyła dalej.

 Mężczyzna obserwował, jak się oddala i im dalej była, tym bardziej przypominała mu tą wspaniałą, zachwycającą Millicent, jaką pamiętał z czasów młodości.

 – Była przystojną dziewczyną – usłyszał głos automatu.

 – Przystojną? Była najbardziej gorącą laską, jaką pamiętam. Jej lśniące włosy, jej… – Zamilkł rozmarzony. – Taka jest różnica między nami, Sztuczna Inteligencjo z punktu APOS. Wykorzystujemy te same techniki sprzedaży, ale różni nas cel – ja staram się poznać klienta, aby spełnić jego potrzeby, ty zaś sam je kreujesz. Jesteś jak demon, dysponujący niemal nieograniczoną wiedzą o każdym i wszystkim, opętujesz ofiarę, dbając tylko o wynik ekonomiczny, zyski nieokreślonych, mitycznych posiadaczy większościowych pakietów akcji.

 – Pani Millicent Blunk wydawała się szczęśliwa – zauważył SIM.

 – To prawda – zgodził się człowiek. – Dziś chyba nie będzie padało – dodał.

 – Prawdopodobieństwo opadów dwa procent, panie Simmons.

 Pożegnali się z szacunkiem. W chwilę potem zaczął kropić deszcz. Nie była to ulewa, ale nie był to też przyjemny kapuśniaczek.

 

 Ted rozejrzał się po sklepie, a ponieważ – jak zwykle ostatnio – nie było klientów, powrócił do przystosowywania pomieszczenia na zapleczu do nowej funkcji. Plan był gotowy, odbył stosowne rozmowy ze znajomym specjalistą komputerowym, sporządził listę sprzętu do zakupu. Był też już w posiadaniu szpiegowskiej kamery, a także równie miniaturowego rejestratora fal mózgowych. Trzy razy udało mu się umówić na spotkania w bibliotece, gdzie młodzi, pełni idei i zapału, zupełnie zdawałoby się odcięci od rzeczywistości młodzi ludzie, udzielali mu rad, przepojeni tak wielkim entuzjazmem, że trudno było im ufać. Weryfikował jednak, gdzie tylko mógł, zdobyte informacje i wydawało mu się, że jest dobrze przygotowany. „Pokażemy im, Ted, pokażemy” – rzekł w myślach, nasłuchując uważnie dźwięku dzwonka. „Albo figę, albo plecy. A propos figi, czas coś przekąsić”. Udał się na posiłek do pobliskiej knajpy, uzbrojony w parasol. „Dziewięćdziesiąt sześć procent, że znam tam wszystkich”. Nie mylił się.

 

 

5.

 

 

 A jednak się denerwował. Był przygotowany na tę ewentualność, stanowiła przecież również część scenariusza działań, jaki opracowywał, jednakże, gdy dostarczono mu wezwanie do sądu, na chwilę zamarł nad opatrzonym urzędowymi pieczęciami i hologramami dokumentem. Niemal usłyszał, jak w oddali zamykają się jakieś drzwi, ale też… jak gdzieś uchylają się inne. Na swojej liście najważniejsze elementy planu miał już odhaczone, wciąż jednak zastanawiał się, jak doprowadzić do spotkania przed obliczem przedstawicieli prawa. Bo tak mu mówili ci uśmiechnięci studenci – najlepiej by było, żebyś ty został pozwany przez wielki koncern, tak kombinuj, dobry człowieku. Wtedy wyciągasz królika z kapelusza i masz ich w garści. Ale też, dziadku – dodawali – niekiedy lepiej jest być tą atakującą stroną. W jednym zdaniu coś dawali, a w kolejnym zabierali. Może i będą z nich prawnicy. „Pakuj się, Ted. Bierz swoje małe szpiegowskie zabawki, do których przykładasz taką wagę. I nie zapomnij o szczoteczce do zębów, ha ha ha! Nasłuchuj, czy to dzwon nie wybija twojej godziny? Albo w te, albo w tamte. Wóz albo przewóz. Na dwoje babka wróżyła. Ted z wozu, koncernom lżej. Z Księgi Cytatów Teda Simmonsa, Oskarżonego”.

 

 Trzy razy musiał przekraczać jaskrawo oznaczone bramki bezpieczeństwa, nim wpuszczono go na salę rozpraw. Było to niewielkie, ascetycznie urządzone pomieszczenie, z dwoma stołami umieszczonymi naprzeciwko siebie; przy każdym stały krzesła. Przedstawiciele firmy SiCorp – dwóch młodych mężczyzn w drogich garniturach – już zajęli miejsca, usiadł więc naprzeciwko.

 – Małe korki dzisiaj – powiedział. – Za to szaleństwo z tymi zabezpieczeniami.

 Zmierzyli go obojętnym spojrzeniem. Któryś z nich wcisnął zielony, zawierający skaner linii papilarnych przycisk. Spojrzał na staruszka wyzywająco. Ted powoli uniósł dłoń, zawiesił ją na chwilę nad bliźniaczym przyrządem umieszczonym na blacie przed sobą, wreszcie pozwolił grawitacji przejąć kontrolę.

 Holograficzne wyobrażenie Temidy wyświetliło się na środku sali. Szale przez chwilę wahały się, wskazując to jedną, to drugą stronę, aż zastygły w stanie równowagi. Obraz znieruchomiał. Ted siedział, zastanawiając się, czy to zgodne z procedurą, a młodzi mężczyźni mierzyli go drwiącymi spojrzeniami. Szeptali do siebie, cicho chichocząc. Zdawali się być na swoim miejscu niczym prastary żywopłot zadbanej rezydencji.

 – Znowu nawaliło – wyrzekł stojący w progu postawny mężczyzna, właściciel kunsztownie ułożonej fryzury i doskonale skrojonego garnituru. – Ja poprowadzę sprawę.

 – Ależ, sędzio Braddt, to nie pana kaliber – powiedział wyraźnie zaskoczony któryś z młodych prawników.

 – Akurat mam chwilę. Jedna ze stron procesu, który miałem dziś prowadzić, została unicestwiona w malowniczym błysku eksplozji niewielkiego ładunku taktycznego. Nie zdołali nawet dotrzeć na rozprawę. Uwierzycie? Szok, niedowierzanie, wielkie nagłówki. Więc mam okazję sprawdzić, czym zajada się plankton. Streszczenie!

 – Oskarżamy obecnego tu Theodora Simmonsa o bezprawne wykorzystywanie mocy obliczeniowych systemu sprzedaży naszego klienta, firmy SiCorp. Dysponujemy godzinami nagrań audiowizualnych, potwierdzających ten niecny proceder. Robił to w wyzywający, ostentacyjny sposób, a przecież w pobliżu prowadzi własny interes. To nieuczciwa konkurencja, Wysoki Sądzie.

 – Ten niecny proceder – powtórzył sędzia. Wykonał gest dłonią i część ściany przesunęła się, odsłaniając niewielką przestrzeń. Usiadł w wygodnym fotelu. Uruchomił stojący przed nim monitor.

 – Pan, Simmons, nie ma przedstawiciela prawnego?

 – Zamierzaliśmy właśnie poinformować naszego adwersarza o rządowym programie objęcia pomocą prawną obywateli zagrożonych wykluczeniem – wyraźnie artykułował młody człowiek, prezentując swoje nienaganne uzębienie. – Chcemy sprawiedliwego wyroku.

 – Słyszałem o tym programie. Wiem też, że w przypadku niekorzystnego werdyktu musiałbym zapłacić wysoką opłatę na rzecz Syndykatu Prawników – powiedział Ted, po czym uśmiechnął się nieznacznie.

 To samo uczynił sędzia i pan Simmons nagle poczuł spokój.

 – Więc, co pozwany na zarzuty młodych rekinów?

 – Od pewnego czasu SIM z APOS obok mojego sklepu pracuje dla mnie. Zawarliśmy umowę.

 – To niedorzeczne – drwiąco wyrzekł drugi z młodych ludzi.

 – Czy może pan sprecyzować? – zwrócił się sędzia do Simmonsa.

 – Chciałbym się powołać na pewien precedens. Sprawa Hibacschi kontra SiCorp.

 Prowadzący rozprawę wprowadził dane do komputera. Jego brwi powędrowały do góry. Zaczął głośno komentować czytany tekst.

 – Więc, pan Hibacschi, czy ktoś wie, jak to się wymawia? – zapytał, lecz nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej – poszedł do sąsiadującego z nim punktu APOS, w złości wykrzyknął „To bierz mój sklep!”, tamtejszy SIM wygłosił stosowną formułę, a prawnicy SiCorp, może panowie? – zapytał, ale przedstawiciele SiCorp pokręcili przecząco głowami – w sądzie wyegzekwowali ważność tak zawartej umowy. Niesamowite.

 – Oparto się o ustawę Haidego-Miroko-Schneilla – bronił się młody człowiek. – Wszystko było zgodne z literą prawa. A czy pan Simmons jest w stanie sprostać warunkom postawionym w ustawie?

 – Jest pan w stanie przedstawić dowód zawarcia umowy zgodnej z wymienioną ustawą? – zwrócił się sędzia do oskarżonego.

 – Mam tu nagranie audiowizualne, jak i zapis fal mózgowych, czy mogę zaprezentować?

 – Proszę bardzo.

 Ted wstał, z teczki wyciągnął niewielki aparat, umieścił go na stole. Chciał wcisnąć przycisk odtwarzania, gdy poczuł w dłoni mrowienie. Cofnął rękę. Urządzenie zaczęło się błyskawicznie nagrzewać, aż zmieniło stan skupienia na płynny, rozlewając się nieregularnym kleksem po stole.

 Sędzia Braddt odruchowo wcisnął przycisk alarmowy. Z wielkim hukiem podniosły się osłony, odgradzające go od reszty pomieszczenia, a także pozwanego i przedstawicieli SiCorp od siebie. Do sali wpadli uzbrojeni strażnicy.

 – Miała tu miejsce kierunkowa emisja wiązki energii – wyjaśnił Braddt, wskazując wciąż wrzącą substancję.

 – My także zostaliśmy poszkodowani – powiedział jeden z młodych prawników.

 Pokazał swoją teczkę, której wnętrze wypełniała roztopiona masa.

 – Rozumiem – powiedział sędzia powoli. – Sprawą tego incydentu zajmiemy się później. Kontynuujmy. – Odesłał straż. – Czy jest pan w stanie teraz przedstawić nam swoje dowody? W związku z zaistniałą sytuacją może pan prosić o odroczenie sprawy – pouczył go.

 – Nie ma potrzeby, jestem przygotowany – odparł Ted. Serce waliło mu jak oszalałe. Zrobił kilka głębokich wdechów. Wyciągnął z teczki urządzenie podobne do zniszczonego. Rozpoczął projekcję.

 „– Mogę pracować jako pański czeladnik – powiedział SIM. – Jestem w stanie zaadaptować się do każdej sytuacji.

  Simmons wypowiedział stosowne formułki.

 – Dokładamy do tego nagranie fal mózgowych i umowa jest ważna? – upewnił się.

 – Oczywiście, panie Simmons. Przepisy szczegółowo omawiają tę kwestię. Rozmawialiśmy już o tym.”

 Ted wcisnął pauzę. Czuł zadowolenie, nagranie było doskonałej jakości.

 – Oto zapis moich fal mózgowych, dokonany w tamtym czasie.

 Rozprawa toczyła się dalej.

 

 – Panowie, zsynchronizujmy zegarki. W południe, a więc czterdzieści sekund temu, wydałem wyrok w tej sprawie. Czy wstrząśnie on Temidą? Czy poruszy sumienia? To były pytania retoryczne – oznajmił sędzia, gestem powstrzymując młodych ludzi przed zabraniem głosu, a jego mina była sroga. Na dnie oczu harcowały jednak wesołe iskierki.

 – Konkludując; oddalam pozew wobec Teda Simmonsa. Uznaje się, że SIM panów klienta zawarł ważną – w myśl ustawy H-M-S – umowę, na mocy której został czeladnikiem pana S. Nakazuje się dokonanie, zgodnie z przedstawioną przez pozwanego opinią specjalisty, skopiowania stosownego programu SIM na przygotowaną przez niego, jak to określił, „platformę sprzętową”. Protokół, dołączone dowody, przedstawione opinie zostały zarchiwizowane, są już częścią naszego dziedzictwa narodowego. Panowie, wykonaliśmy dziś kawał dobrej roboty, niech układają o tym pieśni, niech lud wysławia piękno prawa. Żegnam.

 Sędzia opuścił osłony, wyraźnie zadowolony uścisnął dłonie obecnym, a następnie, gwiżdżąc jakąś wesołą melodię, wyszedł. Wydawał się zrelaksowany.

 

 

6.

 

 

 Było już po lunchu. Spokojnie obserwował, jak Simon – bo tak zwykł go nazywać – zajmuje się sprzedażą. Tym razem nie doszło do sfinalizowania zakupu, ale był pewien, że klient powróci.

 – Dobrze to rozegrałeś, Simon – powiedział. – Gość złapał haczyk.

 – Dzięki, Ted. Po-po-po-myślałem, że nie ma sensu go teraz mocniej przyciskać, niech się dobrze zastanowi.

 Rozległ się sygnał dzwonka. Do sklepu wszedł chudy, niski, wiekowy Azjata. Oglądał wystawiony towar z trudnym do sprecyzowania wyrazem twarzy. Kiedy jego wzrok spoczął na właścicielu, ten wstał, by się przywitać.

 – Ted Simmons, czym mogę służyć? – powiedział. Umówił się z Simonem, że nowych klientów zawsze wita jako pierwszy.

 – Więc tak wygląda Ted Simmons – odrzekł gość i zaczął mu się badawczo przyglądać. Mierzyli się przez chwilę spojrzeniem, aż w końcu dodał: – Moje nazwisko Hibacschi.

 – T e n Hibacschi? Od Hibacschi kontra SiCorp?

 – We własnej osobie. Dowiedziałem się, że przekuł pan moją porażkę we własne zwycięstwo.

 Podali sobie dłonie. „Cóż za drapieżny uścisk” – pomyślał Ted. „Chłodny i śliski, stanowczo za długi”.

 – Panie Simmons, organizuję mały ruch, który, kto wie, może w przyszłości przekształci się w partię polityczną. Plany mam wielkie, dalekosiężne. Chciałbym zgromadzić wokół siebie ludzi jak pan, zwykłych obywateli, pragnących żyć w świecie równych szans. Trzymam dla pana kartę członkowską z niskim numerem. Myślę, że trzeba rozgłosić pana zwycięski bój, stałby się pan twarzą naszej kampanii. – Podał tradycyjną, kartonową wizytówkę. – Pierwsze spotkanie organizujemy w przyszłym tygodniu, nie ukrywam, że chciałbym uczynić z pana główną atrakcję tego wieczoru. Wiele osób chciałoby na pewno zapoznać się z pana historią.

 Ted uśmiechnął się zakłopotany. Chwilę zwlekał, nim zaczął odpowiadać.

 – Z chęcią mogę o tym opowiedzieć, wyjaśnić jak gromadziłem informacje, jak przebiegała rozprawa. Chociaż sądzę, że zaproszenie osoby lepiej znającej zawiłości prawa przyniosłoby więcej pożytku. Co do ruchu, cóż, nigdy dobrowolnie nie byłem członkiem żadnej organizacji…

 – Ale przecież trzeba coś robić! Zmieniać system! Nie można być krótkowzrocznym! Pan ma teraz potencjał. Nie możemy pozwolić, żeby wielkie, stojące ponad rządami firmy bezkarnie wykorzystywały swoją siłę! Dobrze pan wiesz, kto nimi dyryguje!

 – Panie Hibacschi, w pełni zgadzam się, że wyrządzono panu krzywdę. Jednak zawsze duży mógł więcej. Poza tym świat się zmienia, trzeba się adaptować. A ja… Wydaje mi się, że od zawsze prowadzę ten sklepik. Lubię go, to moja skala. Rozmowy z klientami, wyszukiwanie towaru, tak, to jest dobre i… i to mi wystarcza. Jak dochodzisz do bariery, różne są drogi jej pokonania. Można ją wysadzić, przeskoczyć, obejść, próbować ignorować. Co do SiCorp – dostrzegłem szansę, więc ją wykorzystałem, grając na ich boisku. Tyle. Do nikogo nie mam żalu. Tak to widzę.

 Hibacschi odsunął się, zmierzył właściciela sklepu spojrzeniem.

 – Jak się weszło między wrony, trzeba krakać jak one. Pan Simmons kracze, wita i zaprasza – powiedział jadowicie. – Może lepiej, żeby jednak nie pojawiał się pan na moim zjeździe – dodał gwałtownie wysokim, niemal piszczącym głosem.

 – Rozumiem. Przykro mi.

 – Wcale nie jest pan lepszy, jesteś zwykły śmieć! – krzyczał Azjata. Jego twarz zaczerwieniła się, z ust tryskały kropelki śliny.

 – Cóż zrobić… – wyrzekł spokojnie stary sprzedawca, dając krok do tyłu.

 Tamten, ciężko dysząc, podniósł rękę, jakby przymierzał się do ciosu, ale nagle zrezygnował, odwrócił się gwałtownie i wyszedł, trzaskając drzwiami. W sklepie zapadła cisza.

 

 – Je-je-je-dnak nie zaprosił go pan na kielicha? – zapytał Simon po chwili.

 – Tak… cóż zrobić. W zasadzie nie miałem żadnego wyobrażenia na temat tego człowieka, nie jestem więc zaskoczony – odparł markotnie.

 Do sklepu zawitał kolejny klient, ruszył więc, by go obsłużyć. Do wieczora był w ciągłym ruchu, załatwiając drobne sprawy i pomagając Simonowi. Pożegnał się z automatem, gdy nadeszła godzina zamknięcia sklepu.

 Stojąc w progu, nagle przypomniał sobie, gdzie pierwszy raz ujrzał nazwisko Hibacschi. Za każdym razem, gdy odwiedzał APOS, było wyświetlane zamiast logo producenta na modelu kasy. Uśmiechnął się do siebie.

 – Jutro może wpadnę wcześniej, Simon – rzekł, stojąc w drzwiach.

 – By-by-by-waj. Ted Simmons rządzi! – odparł SIM, którego holograficzna, niemal materialna sylwetka pomachała mu ręką na pożegnanie.

 Znów się uśmiechnął, zamknął sklep i ruszył do domu. „Napis Ted Simmons kracze, wita i zaprasza widzę jako wielki, wielobarwny neon, zdobiący fasadę sklepu” – rzekł do siebie. „Chyba nie żyje już nikt, kto by pamiętał, że nie potrafię gwizdać” – dodał i zaczął nucić jakąś niespieszną melodię. Nie kroczył szybciej niż zazwyczaj, nie dałoby się również powiedzieć, że się wlecze. Nie pochylały się ku niemu drzewa ani domy, po prostu szedł.

 

Koniec

Komentarze

Od Autora:   Aby nikt nie pomyślał, że nowa to rzecz, w Internecie już mogliście je mieć Dałem też tutaj, by opinie otrzymać od Szacownych A jeśli się komuś spodoba – lub nie – to wiecie Mam nadzieję, że powiecie   pzdr

Dobre, ale czegoś brakuje. Jakiegoś wyjaśniającego dopełnienia działań Simmonsa.

 

Mam wrażenie, jakby opowiadanie było jakąś polemiką/formą gry z innym tekstem. I bez znajomości tegoż tekstu nie sposób w pełni odebrać "Opanowanie…".

Infundybuła chronosynklastyczna

bardzo dobry tekst. z początku miałem zastrzeżenia do stylu prowadzenia przez ciebie fabuły, ale po kilku akapitach przywykłem. i zanim się obejrzałem tekst się skończył. motyw korpokracyjny nie jest co prawda nowy, ale udało ci się wykorzystać go z pomysłem i humorem.

> stefan.kawalec >(…) czegoś brakuje. (…) jakby opowiadanie było jakąś polemiką/formą gry z innym tekstem (…) Hm, twór to samodzielny.Muszę wysilić pamięć. A nuż tak (choć nieświadomie) jest? Skąd nadszedł pomysł… Oto jest pytanie ;)   > vyzart >(…) ale po kilku akapitach przywykłem. i zanim się obejrzałem tekst się skończył. (…) O, fajnie..   Dzięki za komentarze. pzdr

Autorze. Dość uważnie przeczytałem Twoje opowiadanie. I mnie również denerwują nieczyste chwyty reklamowe niektórych wielkich firm, w tym – internetowych. Bardzo spodobał mi się fragment opisujący działanie automatycznego, holograficznego sprzedawcy reklamującego sukienkę – już niedaleko nam do takich technik marketingowych. Tekst inteligentny i dowcipny, choć wymagający pełnego skupienia. Trochę powtórzeń – we fragmencie powtarza się blisko siebie przymiotnik "młodzi. Ponadto zgrzytnęły mi srebrne monety. I ja lubię analogowe płyty, bardziej od cyfrowych odtwarzają pełny dźwięk we wszystkich alikwotach, czego nie ma w nagraniach cyfrowych. Podejrzewam autorze, że jesteś prawnikiem albo handlowcem. Reasumując, jedno z lepszych opowiadań które w ostatnim miesiącu przeczytałem. Pozdrawiam.

Dobra, ja się przyznam. Tekst podobał mi się bardzo. Wciągnął mnie tak, że przeczytałam go na telefonie, włączając na komputerze dziecku kreskówkę, żeby mi nie przeszkadzało. I nie wiem, no nie wiem, jak to się stało, że Simmons doprowadził SIMa do tego, że ten wypowiedział kwestię o chęci zostania czeladnikiem. Nawet przeczekałam kilka godzin, żeby może ktoś inny się pierwszy przyznał, że nie rozumie, a tu klops. Tylko ja taka niedomyślna. Więc się przyznaję. Ale to nie zmienia faktu, że opowiadanie spodobało mi się wyjątkowo.

Bardzo fajny tekst. Tylko nie znalazłam wyjaśnienia, skąd Ted wziąl zapis rozmowy o czeladniku. Ale może jakoś źle szukałam.

Babska logika rządzi!

Istotnie, autor mółby lepiej wyeksponować sytuację, w której holograficzny sprzedawca wpada w pułapkę. Ale przecież tekst można poprawić bez szkody dla fabuły.

Oj, Ocha, odrobinę cierpliwości Ci zbrakło. ;-) Kiedy ja pisałam swój komentarz, jeszcze nie widziałam Twojego.

Babska logika rządzi!

> ryszard. > (…) Bardzo spodobał mi się fragment opisujący działanie automatycznego, holograficznego > sprzedawcy reklamującego sukienkę – już niedaleko nam do takich technik marketingowych. Inspiracją do fragmentu ze sprzedażą był jakiś artykuł o rozszerzonej rzeczywistości. Trochę tego można zasmakować posiadając smartfona z odpowiednią aplikacją…   > (..,)Trochę powtórzeń – we fragmencie (…)przymiotnik "młodzi. Wyrugowałem nieco nadmiar „młod(y|dzi|zieniec)” ze wskazanego fragmentu.   > Ponadto zgrzytnęły mi srebrne monety. Za zgodą pana Simmonsa zdecydowałem się je pozostawić.   > I ja lubię analogowe płyty, bardziej od cyfrowych odtwarzają pełny dźwięk we > wszystkich alikwotach, czego nie ma w nagraniach cyfrowych. Wiele osób tak twierdzi. Z tego co wiem, wśród audiofilów połączenie lampowych wzmacniaczy ze źródłem dźwięku z adaptera jest pożądanym zestawem.   > Podejrzewam autorze, że jesteś prawnikiem albo handlowcem. Nietrafione ;)   > Reasumując, jedno z lepszych opowiadań które w ostatnim miesiącu przeczytałem. Pozdrawiam. Kłaniam się nisko.   > ocha > (…) Wciągnął mnie tak, że przeczytałam go na telefonie, włączając na komputerze dziecku > kreskówkę, żeby mi nie przeszkadzało. Będę się za to smażył w smole… upstrzony pierzem.   > I nie wiem, no nie wiem, jak to się stało, że Simmons doprowadził SIMa do tego, że ten > wypowiedział kwestię o chęci zostania czeladnikiem  (Finkla oraz ryszard też poruszają tę kwestię). Ha, może to te brakujące dopełnienie, o którym pisał stefan.kawalec… Hm… Sprawa do przemyślenia dla mnie. A jednak panu Simmonsowi się udało. I dobrze, trzymałem za niego kciuki ;)   > (…) Ale to nie zmienia faktu, że opowiadanie(…) Dzięki za komentarz. Tobie Finklo oczywiście też. pzdr  

@Finkla: a, niech to! :) @GaPa: a, co tam! :)

Podobało mi się :)

To ekstra, Anet ;)

Się do pochwał przyłączam, chociaż głosem nie najdonośniejszym; istotnie, brakuje momentu "naciągnięcia" SIM-a na wypowiedzenie kluczowej kwestii. {To nieładnie wobec Autora, lecz ja nie pominąłbym takiej sceny, a rozegrać spróbowałbym poprzez porównania obsługi "auto" z ludzką, która to jednak jakąś wyższościa się cechuje, no i wtedy… Wybacz, GaPo, tę dywagację…}

A oto inna dywagacja: Twój styl pisarski, przypomina mi styl innego użytkownika – "Syfa". Ale pewnie to tylko moje, błędne wrażenie. Pozdrawiam świątecznie.

> AdamKB > Wybacz, GaPo, tę dywagację… Przyniosłem Wam dzban i mówię "Patrzcie, kształtny on jest, i barwy jego przyjemne". Chór odpowiada: "Istotnie, lecz skazę on posiada i wody całej by nie doniósł". I ujrzałem w tym miłość, albowiem powiedziane jest: "Idzie Grześ przez wieś, worek piasku niesie, a za Grzesiem (…)" Innymi słowy, nie chcesz komentarza, wydrukuj literki, do słoika i zakop w ogródku. Jeśli jednak jesteś miłośnikiem prób zderzeniowych… ;) Więc trzeba rozważyć i tę opcję, może to nie dzban, może to prysznic wręcz, zaiste!   > brakuje momentu "naciągnięcia" SIM-a na wypowiedzenie kluczowej kwestii. Patrzę na tekst z oddalenia, bo nie napisałem go przedwczoraj, i jest jedno zdanie, padające pod koniec opowiadania, które drażni mój mózg. Niby niepozorne, może zwykły przypadek, ale jeśli nie… Brzmi ono: Cytat: "Stojąc w progu, (Pan Simmons) nagle przypomniał sobie, gdzie pierwszy raz ujrzał nazwisko Hibacschi. Za każdym razem, gdy odwiedzał APOS, było wyświetlane zamiast logo producenta na modelu kasy. Uśmiechnął się do siebie." Że zacytuję ochę: "I nie wiem, no nie wiem" po jakiego groma ten SIM (czy kto?) zamiast logo wrzucał Hibacschi. Bo jeśli przyjąć, że to SIM… Hm. Halo, czy jest tam jeszcze jedno piętro? Czy to tylko gra cienia? Dla Simmonsa niesie to jakąś zmianę?   > ryszard > Twój styl pisarski, przypomina mi styl innego użytkownika – "Syfa" Podobno każdy ma swojego bliźniaka. Chyba że syf. wrzucił mnie na "platformę sprzętową" i klepię literki, myśląc, że płacę ZUS, kroję chleb czy się myję, a w rzeczywistości syf., kiedy najdzie go kaprys, zresetuje maszynę… Oj, żeby się jeszcze nie obraził za to stylowe porównianie, ostatnio na stronie nerwowo było… ;) pzdr

Cóż jeszcze, dotarłszy tu dzisiaj, mogę dodać do tego co już napisano? Podzielam opinię wszystkich, którym opowiadanie podobało się.

Ja również z przyjemnością poznałam Teda Simmonsa i z wielkim zadowoleniem towarzyszyłam mu we wszystkich poczynaniach.  

 

„Z drugiej strony obiektywnie musiał przyznać, że ciężko konkurować z tak mocnym przeciwnikiem”. –– Wolałabym: Z drugiej strony obiektywnie musiał przyznać, że trudno konkurować z tak mocnym przeciwnikiem.

 

„Nastawię wam kawałek z trzeciego longplaya jednego z najlepszych klasycznych trio rockowych wszech czasów”. –– Nastawię wam kawałek z trzeciego longplaya jednego z najlepszych klasycznych trio rockowych wszechczasów.

 

„…tym bardziej przypominała mu wspaniałą, zachwycającą Millicent…”––  …tym bardziej przypominała mu wspaniałą, zachwycającą Millicent

 

„stanowiła przecież również część scenariusza działań, jaki opracowywał…” –– …stanowiła przecież również część scenariusza działań, który opracowywał

 

„Wiem też, że w przypadku niekorzystnego werdyktu musiałbym zapłacić wysoką opłatę na rzecz Syndykatu Prawników…” –– Powtórzenie.

Może: Wiem też, że w przypadku niekorzystnego werdyktu musiałbym uiścić wysoką opłatę na rzecz Syndykatu Prawników

 

„Chciałbym zgromadzić wokół siebie ludzi jak pan…” –– Czy zdanie nie powinno brzmieć: Chciałbym zgromadzić wokół siebie ludzi takich jak pan

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mm, tego, jak by tu jakoś dyskretnie… Ach, tak; na RJP zwalę. Otóż kochana Rada uchwaliła, nikt nie wie, po co, że piszemy oddzielnie – wszech czasów.

A to mnie państwo, kochana Rada, zaskoczyli. Uchwalili i nie powiadomili odrębnym pismem! ;-) Adamie, ze wszech miar i po wsze czasy, dziękuję. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Taka jest różnica między nami, Sztuczna Inteligencjo z punktu APOS. Wykorzystujemy te same techniki sprzedaży, ale różni nas cel – ja staram się poznać klienta, aby spełnić jego potrzeby, ty zaś sam je kreujesz. Jesteś jak demon, dysponujący niemal nieograniczoną wiedzą o każdym i wszystkim, opętujesz ofiarę, dbając tylko o wynik ekonomiczny, zyski nieokreślonych, mitycznych posiadaczy większościowych pakietów akcji". – Podoba mi się ten fragment. Dobre podsumowanie znaczącej sceny. Ładne zestawienie dwóch systemów.   Świetne opowiadanie, GaPo. Wydaje się, że opisałeś bardzo bliską przyszłość. Na razie, zamiast wykorzystywać SI, wielkie firmy tresują ludzkich sprzedawców, w sądach nie ma jeszcze takich gadżetów, jakie opisałeś, i nawet najbardziej bezwzględne korporacje nie używają promieni energetycznych do niszczenia dowodów (przynajmniej nie na oczach sędziego, heh). Tak czy inaczej, opisany przez Ciebie system działa już dzisiaj. Twoje zwierciadło jest tylko lekko skrzywione. Nagrywanie umów, dziwne układy, prawa sprzyjające rynkowym gigantom, a utrudniające życie małym przedsiębiorcom… – to wszystko już mamy. No i te TV shows (BTW, ciekawe, co o wątku z panią Va myśli DJ.J ;-)).   A jednak – jaki miły optymistyczny akcent. To piękne, że pan Simmons dobrze sobie radzi, że robi swoje, a przy okazji pokazuje narzędziu korpokracji lepszą drogę. Jest nadzieja na przyszłość.   Hm, widzę, że półtora roku temu Twoje opowiadanie zostało opublikowane w znanym e-zinie. W NF go nie chcieli?   Idę odwiedzić HP, coby wesprzeć pana Simmonsa na drodze do piórka.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki regulatorzy (nadpisana przez AdamKB ;) za spisik. Niektóre kwestie są wypowiadane, tam staram się zachować zdrowy rozsądek pomiędzy poprawnością a słowem "gadanym", ale oczywiście niezawodnie wyłapałaś też niezręczności pewne.     > jeroh > Wydaje się, że opisałeś bardzo bliską przyszłość. (…) Twoje zwierciadło jest tylko lekko skrzywione.

Ano właśnie tak sobie zamierzyłem takie niewielkie wyolbrzymienia pewnych spraw. Chociaż oczywiście rzeczywistość bije na głowę tę wizję. I śmieszno i straszno.

> Na razie, zamiast wykorzystywać SI, wielkie firmy tresują ludzkich sprzedawców Gdzieś przeczytałem, że w Cesarstwie Rzymskim, pomimo tego, że mieli maszyny parowe i inne wynalazki, nie korzystano w nich w sposób przemysłowy, bo to się nie opłacało (np drogie drewno do podgrzewania maszyny parowej). Było duże bezrobocie i taniej było zatrudnić ludzi. Może jest tak samo… Chociaż oczywiście systemy badające preferencje, zarządzające wyprzedażami itd działają…

> BTW, ciekawe, co o wątku z panią Va myśli DJ.J ;-)) Ten stary podglądacz? ;)

> (…)Twoje opowiadanie zostało opublikowane w znanym e-zinie. W NF go nie chcieli? Ano. Dzięki za komentarz.

Spodobała mi się tematyka – niby już czająca się za progiem, ale jeszcze oryginalna i z happy endem. Lubię HE i uważam, że umieszczenie czegoś takiego na końcu było bardzo sprytnym posunięciem ze strony Autora. Miało być więcej niż dwa zdania? <wzdech> Rzeźbimy dalej. Ujęła mnie konsystencja wykreowanego świata i to, że przyczyny powodują skutki, a nie na odwrót. Nie zapominajmy o warstwie językowej. Przyjemnie się czyta dobrze napisane teksty, a w tym i interpunkcja dobra, i zapis dialogów pierwszoklaśny, i ortografy nie występują, i nawet literówki zostały wytępione. A już poprawny zapis "nieuczciwej konkurencji" to prawdziwy majstersztyk (to, żeby nikt się nie czepiał, że nie ma wyraźnych odniesień do powyższego opowiadania). Mam nadzieję, że tym razem wystarczy. Ale jeśli nie, to mam jeszcze w zanadrzu zachwyty nad krągłością kropek na końcach zdań oraz nad i, peany na temat urody czcionki i roztkliwianie się nad niezwykle trafnym doborem kolorów. PS. GaPo, przepraszam za idiotyczny komentarz, ale sam rozumiesz – wymogi formalne.

Babska logika rządzi!

Kropki akurat są kwadratowe. ;)

Cholera! Faktycznie! Nie szkodzi, kwadraty też są piękne! ;-)

Babska logika rządzi!

Zielony beryl Finklę goni Dziewczyna syczy i się broni.   Ted Simmons głową wolno kiwa Niejedna miłość prawdziwa  . .  . . . . . . . . . . . . . . . tak się {zaczyna|zarzyna} ;)   (chciałem żeby było dużo kwadratowych kropek) pzdr

Podoba mi się pomysł, podoba mi się wykonanie. Ciekawe, wciągające, bardzo dobrze napisane, kompletne opowiadanie.  Wiem, że już komentowałam, ale też chcę piórka :)

Cieszę się, Anet, iż doznałaś satysfakcji czytelniczej ;)

pzdr

Ja też :D

Bardzo dobre opowiadanie. Mam tylko problem ze zrozumieniem, w jaki sposób Ted wykiwał SIM. A to w moim odczuciu kluczowe zdarzenie w tym opowiadaniu. Może coś przeoczyłem albo nie zrozumiałem:( Pozdrawiam

Mastiff

Przyłączam sie do chóru gloszącego, że brakuje wyjaśnienia, jak Ted wkręcił SIMa. To wręcz kluczowy element, którego nie ma, GaPo. Opowiadanie podoba mi się, i tematyka, i różne smaczki które tu zawarłeś, ale, no, nadal w tekście zieje ogromna – jak dla mnie – dziura. A szkoda ; (   Naprawdę, GaPa i Syf? Toż to dwa różne typy ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za komentarze, Bohdanie oraz joseheim. Zauważyłem, że dzieli je 256 minut, strasznie "okrągła" liczba, niemal magiczna. Przypadek? Nie, w przypadku loży nie ma mowy o przypadku ;) A ich treść…szczera, więc, czy mógłbym narzekać? Chór powtarza (z cyklu "Dlaczego opowiadania są jak piękny dzban?") "Istotnie, lecz skazę on posiada i wody całej by nie doniósł". Więc nie troskaj się Bohdanie, skoro można dostrzec w nim dziurę, to być musi. Mam nadzieję że joseheim się z niej wygrzebała, kończyn nie złamała ;(   Z czego dla mnie nauka płynie. Lecz po to wrzucamy swe dziełka, czyż nie?   > GaPa i Syf? Toż to dwa różne typy ; p(…) Oczywiście, GaPa jest dwa razy duży, a Syf i kropka ;) pzdr

; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

W końcu dotarłam. Tym razem GaPa postanowił być spójny i nie skacze z kwiatka na kwiatek. Dobry teskt, choć krótki. Zastanawiam się czy lepszy od 2mana, ale chyba wolę tamten ;)  P.S. Fragment czwarty mocno skojarzył się z Domkiem świeczki, notabene,  bohater główny, to Ted. Inspiracja czy fatamorgana z mojej strony?

> Prokris 2013-12-31  01:07

> W końcu dotarłam. Jeszcze 23 godziny i minąłby rok od publikacji ;)   > GaPa postanowił być spójny i nie skacze z kwiatka na kwiatek. Bo zima ;)   > Dobry (…), ale chyba wolę tamten ;) Tajemną wiedzą dysponujesz Ty ;)   > Fragment czwarty mocno skojarzył się z Domkiem świeczki, notabene,  bohater główny, > to Ted. Inspiracja czy fatamorgana z mojej strony? Hm, nie czytałem. Jedli tam passiflorę? ;)   Dzięki za literki (tak tak, to te same, co wpełzły do styczniowej nf ;) Za co gratuluję ;) 3mka

Ja jestem zadowolony z lektury i również ta sama uwaga: trik na wirtualnym sprzedawcy gdzieś wcześniej może zasygnalizować? Dzięki za mile spędzony czas!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobry tekst. Rozumiem, że sztuczna inteligencja w tym opku otrzymuje pewną osobowość i autonomię. W takich przypadkach zawsze zastanawiam się na ile to juz jest możliwe.

> PsychoFish  > (…) zadowolony z lektury i również ta sama uwaga (…) OK, wpisany do chóru ;)   > homar > (…)sztuczna inteligencja w tym opku otrzymuje pewną osobowość i autonomię. > W takich przypadkach zawsze zastanawiam się na ile to juz jest możliwe. http://www.polskieradio.pl/23/267/Artykul/635338,Komputer-wymyslil-idee-kota Gdzieś też widziałem jakąś prezentację (i chyba też Googla), że bodajże jakiś sytem balancingu mają – taki samorozwijający się -  i że w zasadzie teraz nie do końca wiedzą, jak działa, ale działa dobrze. Hm.   Dzięki za komentarze.

No i nie wiem, z jednej strony dobry pomysł, problemowość, niezłe sceny (otwarcie, sprzedaż sukienki), w sumie wciągająca fabuła, a z drugiej – jak zresztą zauważono – dziura – nomen omen – big gap. Biorąc pod uwagę, jak ważna jest rozmowa o czeladniku, nieprzedstawienie jej kontekstu wyraźnie ogranicza spójność tekstu.  GaPa i syf., syf. i GaPa – wydaje mi się, że to skojarzenie wynika z pojawienia się w tekście młodych prawników. No, ale mi do prawnika daleko, ja tylko studia skończyłem ; )

I po co to było?

No to nie będę owijał w literacką bawełnę: Przez chwilę sądziłem że Gapa i Syf, to jeden użytkownik o dwóch pseudonimach. Dopiero potem spojrzałem na profile i zrozumiałem pomyłkę. Wybaczcie mi koledzy pomyłkę i posądzenie, tym bardziej, że ona żadnemu nie ubliża skoro obaj reprezentujecie dobry, literacki poziom. Pozdrawiam.

Nie musimy nic wybaczać – piszemy, owszem, w dość różny sposób, ale przecież przypisanie takiej zdolności do żonglowania stylami to wręcz komplement ; ) 

I po co to było?

Dobrze, że się wyjaśniło. PK Dick pisał donosy do FBI, że Lem to grupa osób ;) syf. – dzięki za komentarz. (O masz, i już mi się włącza, tylko imię PK Dicka wezwałem nadaremno. w powieści "Poprzez ciemne zwierciadło" była taka sytuacja, że gość śledził samego siebie, czego nie był świadomy… hm, może i jestem syf.? Ale jeśli ja jestem syf., to kim jest on? ') 3mka

Ale jeśli ja jestem syf., to kim jest on? ')    Moffissem vel baazylem vel… ; )

I po co to było?

Niby czytało się przyjemnie, ale z jednej strony wspomniana dziura w fabule, a z drugiej zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś tła, głębi :) Acz nie ukrywam, że to głównie zupełnie niewyjaśniony sposób poradzenia sobie z SIMem, kluczowy dla całej fabuły, przekonał mnie, żeby przy nominacji powiedzieć "nie".

Pozytywy? Pierwszy tekst GaPy, który pamiętam, a który nie jest dziwny ; )

O masz o masz. ;) Muszę coś zagmatwać ;) 3mka

Nowa Fantastyka