- Opowiadanie: mortecius - Poczucie winy, marzenia i gobliny

Poczucie winy, marzenia i gobliny

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Poczucie winy, marzenia i gobliny

Mój młod­szy brat, wstręt­ny gów­niarz, wpadł do chaty, jakby go­ni­ła go horda kra­sno­lu­dów. Gdyby po­bie­gał tak kilka dni, to wy­tarł­by wszyst­kie bro­daw­ki na łyd­kach w od­cie­niu zgni­łej zie­le­ni. Wiele go­bli­nek pła­ci­ło kro­cie za taką ku­ra­cję, by upodob­nić się nieco do gład­kich el­fich mo­de­lek, któ­rych jaw­nie nie­na­wi­dzi­ły i skry­cie po­dzi­wia­ły.

– Mama! – roz­darł się gów­niarz wnie­bo­gło­sy. Po­dob­ny dźwięk wy­da­wa­ło w ze­szłym ty­go­dniu ludz­kie nie­mow­lę, gdy wrzu­ci­łam je do wrząt­ku, by zupa na­bra­ła szla­chet­ne­go, wy­ra­fi­no­wa­ne­go smaku. Wy­szło prze­pysz­nie, ale do­ce­ni­ła tylko Brun­hil­da. Wpa­dła z wi­zy­tą niby to do mo­je­go star­sze­go brata Hel­mu­ta, ale za­uwa­ży­łam, jak na mnie pa­trzy.

– Mama! – po­wtó­rzył Jörg, od­ry­wa­jąc moje myśli od łydek Brun­hil­dy. Cie­ka­we, czy były gład­kie? Nie­któ­re dziew­czy­ny ze szko­ły po­zby­wa­ły się bro­da­wek, trąc o nie krze­mie­niem. Iskry po­wo­do­wa­ły za­gro­że­nie po­ża­ro­we, ale ku­ra­cja ponoć była sku­tecz­na.

– Czego?! – wark­nę­ła mama. Nawet, kiedy ten gów­niarz za­cho­wy­wał się ka­ry­god­nie, ona i tak po­tra­fi­ła zna­leźć dla niego cier­pli­wość i mnó­stwo cie­pła.

– Patrz, mama!

Jörg rzu­cił na stół nie­wiel­kie pu­de­łecz­ko. Nigdy w życiu nie wi­dzia­łam cze­goś tak ko­lo­ro­we­go. No, może kiedy Hel­mut spadł z urwi­ska, bo za­ga­pił się na gwiaz­dy, kre­tyn jeden. Po­kry­ły go wtedy fio­le­to­we, żółte i czer­wo­ne si­nia­ki. Wy­glą­dał jak za­baw­ka dla hob­bi­cich dzie­ci.

– Skąd to masz, po­wsi­no­go?! – huk­nę­ła mama, aż krze­sła za­drża­ły.

– A od dziad­ka!

– Co ten stary cap znowu wy­my­ślił?!

– Tam są sny, mama! – od­padł Jörg.

Za­re­cho­ta­łam do­no­śnie.

– Że niby co?! – do­py­ta­ła mama.

– Sny, mama! W tym pu­deł­ku!

Jörg do­stał mat­czy­ne­go kuk­sań­ca w tył głowy, od któ­re­go upadł się na zie­mię. Po dro­dze przy­wa­lił twa­rzą w blat, na któ­rym zo­stał ząb.

– Co za pier­do­ły opo­wia­dasz! – od­par­ła mama. – Od­nieś to tam, skąd to wzią­łeś. A sta­re­mu ca­po­wi przy­kop nieco ode mnie. Może mu od tego rozum nie wróci, ale nie za­szko­dzi…

– Ale mama… – Jörg miał łzy w oczach.

– No?

– On mówił, że tam są sny!

Par­sk­nę­łam.

– Nie py­skuj, gów­nia­rzu – upo­mnia­łam go. – Prze­cież wiesz, że my nie mamy snów.

– Kie­dyś mie­li­śmy! – upie­rał się Jörg.

– Niby kiedy? – za­kpi­łam. – Ty­sią­ce lat temu? Przed Wy­zwo­le­niem? Co za bzdu­ry.

– Ale…

– To nie bzdu­ry – roz­legł się za­spa­ny głos.

Wszy­scy spoj­rze­li­śmy w kąt chaty. Wuj Re­in­hard od­sy­piał wyj­ście z ko­le­ga­mi, ale krzy­ki gów­nia­rza naj­wy­raź­niej go obu­dzi­ły.

– To żadne bzdu­ry – po­wtó­rzył. – No, pokaż to pu­deł­ko.

– I tam niby są sny? – za­py­ta­łam z po­wąt­pie­wa­niem.

– Sny czy nie – huk­nę­ła mama – won z mojej kuch­ni! Tylko raban ro­bi­cie. Chce­cie coś dzi­siaj zjeść czy nie?!

– Chce­my – za­szem­ra­li­śmy.

– To wypad! I nie wra­cać szyb­ciej, jak za go­dzi­nę!

– Wiel­kie dzię­ki. – Szturch­nę­łam brata, ale się nie prze­jął.

– Chodź­my do karcz­my! – za­de­cy­do­wał wuj już na ze­wnątrz, ale obej­rzał się, by spraw­dzić, czy mama nie sły­sza­ła. – Tylko dys­kret­nie – dodał.

– Chcę wino – za­żą­da­łam.

– A ja le­mo­nia­dę! – krzyk­nął Jörg.

– Zruj­nu­je­cie bied­ne­go wuja – jęk­nął Re­in­hard.

– Mo­że­my za­wsze po­pro­sić mamę… – po­wie­dzia­łam, a gów­niarz zło­śli­wie po­ki­wał głową.

– No do­brze. Ale wino go­bli­nie.

– El­fic­kie.

– Ludz­kie. Dziew­czy­no, my­ślisz, że mnie stać na el­fic­kie?

Kiw­nę­łam głową. Nie spo­dzie­wa­łam się ni­cze­go lep­sze­go.

– A le­mo­nia­da z pie­sków! – krzyk­nął Jörg.

Re­in­hard się skrzy­wił.

– Prze­cież nikt jej nie robi na miej­scu – prze­ko­ny­wał gów­niarz. – Poza karcz­mą się nie liczy.

– Nie, z pie­sków nie – od­parł wuj. – Ale może być z kot­ków. Albo z pa­ją­ków.

Jörgowi oczy aż za­świe­ci­ły z pod­nie­ce­nia.

– Chcę pół na pół!

Karcz­ma była bli­sko. Po kwa­dran­sie za­le­wa­łam nie­zno­śne bzy­cze­nie mo­je­go brata winem z bie­dron­ki. Jak lu­dzie ro­bi­li al­ko­hol z tak ma­łych owa­dów?

– No do­brze, Jörg, pokaż.

Gów­niarz wy­cią­gnął ko­lo­ro­we pu­deł­ko.

– Wi­dzia­łem już coś ta­kie­go.

Skrzy­wi­łam się.

– Na­praw­dę.

– I jak się tego używa? – pytał pod­eks­cy­to­wa­ny Jörg.

– Otwie­rasz i pa­trzysz.

Gów­niarz się­gnął po pu­deł­ko, ale wuj go po­wstrzy­mał.

– Po­cze­kaj. Wiesz w ogóle, czym są sny?

– To takie bajki, które grają w gło­wie, kiedy się śpi!

Par­sk­nę­łam i do­la­łam sobie wina. Re­in­hard chyba miał dobry dzień, bo kupił całą bu­tel­kę.

– Twój brat nie jest cał­kiem w błę­dzie – po­wie­dział wuj, uśmie­cha­jąc się do mnie krzy­wo. – A co ty wiesz?

– Wiem, że żaden go­blin nie śnił od po­ko­leń – od­po­wie­dzia­łam kpią­co.

– To nie do końca praw­da.

– I że to coś jak ma­rze­nia… tak jakby – po­wie­dzia­łam po­waż­niej. – Ale mogą być też złe.

– Ma­rze­nia też mogą być złe! – krzyk­nął Jörg. – Na przy­kład jeśli chcesz mieć coś, co ma ktoś inny, więc mu to za­bie­rasz!

Cwany gów­niarz. Prze­łknę­łam ślinę, my­śląc o Brun­hil­dzie.

– Dobra – rzu­cił wuj – nie ma co de­ba­to­wać. Otwo­rzy­my pu­deł­ko po kolei, każde z nas. I zo­ba­czy­cie.

– Czy to na pewno bez­piecz­ne? – za­py­tał nagle Jörg.

– Sam chcia­łeś – skwi­to­wa­łam. – Poza tym to pew­nie i tak bzdu­ry.

– Ja pierw­szy – uśmiech­nął się wuj. – Pew­nie to chwi­lę po­trwa.

Re­in­hard usta­wił przed sobą pu­deł­ko i je otwo­rzył. Oświe­tlił go de­li­kat­ny, szkar­łat­ny blask. Wuj mo­men­tal­nie zwie­sił głowę i za­czął chra­pać.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie z bra­tem.

– Ja drugi! – wy­pa­lił gło­śno.

– Ci­szej! – zmi­ty­go­wa­łam go. – Mo­żesz sobie być drugi. Ot, pu­deł­ko, które po­wo­du­je sen.

Jörg pa­trzył przez chwi­lę na wuja. Sku­pi­łam się na winie.

– My­ślisz, że coś mu się śni? – za­py­tał gów­niarz.

– Tak, ból ple­ców – za­kpi­łam. – Te krze­sła są kosz­mar­ne.

– Dzia­dek mówił, że to pu­deł­ko jest praw­dzi­we! – upie­rał się brat.

– Może praw­dzi­we o tyle, że prze­klę­te – uśmiech­nę­łam się zło­śli­wie. – Każdy, kto w nie spoj­rzy, za­sy­pia na ty­siąc lat. Obu­dzić go może tylko po­ca­łu­nek praw­dzi­wej mi­ło­ści, jak w tych dur­nych, ludz­kich baj­kach.

– Bleee – skrzy­wił się Jörg. – Na­praw­dę uwa­żasz, że on się już nie obu­dzi?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, ale brat wy­glą­dał na po­waż­nie zmar­twio­ne­go.

– Nie bądź głupi – ofuk­nę­łam gów­nia­rza, ale moja mina nie była zbyt pewna. Zrze­dła mi cał­kiem, kiedy wuj za­czął ję­czeć.

– Co ro­bi­my? – za­py­tał Jörg z nie­po­ko­jem.

Re­in­hard za­czął się trząść, więc zrzu­ci­łam pu­deł­ko ze stołu. Już miało roz­paść się pod so­lid­nym, drew­nia­nym cho­da­kiem, ale wuj zła­pał mnie za rękę.

– Zo­staw.

– Nic ci nie jest?! – wy­krzy­czał Jörg.

– Nie.

– Ale ję­cza­łeś… i za­czą­łeś się trząść…

– To był tylko sen – od­parł wuj z po­dej­rza­nie za­do­wo­lo­ną miną.

– Ale…

– Daj już spo­kój – zga­si­łam gów­nia­rza, po czym wy­mie­ni­łam z Re­in­har­dem spoj­rze­nia. – Ro­zu­miem. Czyli dzia­ła. Jak było?

– Bar­dzo… pla­stycz­nie – od­parł, a uśmie­szek nadal nie scho­dził z jego twa­rzy.

– Bez­piecz­nie? – upew­ni­łam się.

– Zde­cy­do­wa­nie.

– To teraz ja! – wrza­snął Jörg. Bły­ska­wicz­nie pod­niósł pu­de­łecz­ko i otwo­rzył, a potem za­snął.

– To na­praw­dę dzia­ła? – upew­ni­łam się.

– Dzia­ła. Mo­żesz zo­ba­czyć słoń­ce, ale bez bólu oczu. Albo łąkę. Kogoś, kto od lat nie żyje.

– Tak było z tobą? – do­my­śli­łam się. – Co zo­ba­czy­łeś?

– Wszyst­ko.

– Wszyst­ko?

– Łąkę, słoń­ce…

– I ją?

Re­in­hard się uśmiech­nął.

– Jego.

Otwo­rzy­łam usta ze zdu­mie­nia, ale zaraz je za­mknę­łam.

– Oke­eej – po­wie­dzia­łam, a potem wzię­łam za duży łyk wina, przez co za­czę­ło mi szu­mieć w gło­wie. – Od dawna nie żyje?

– Żyje, żyje. Tylko w innej wio­sce. Chyba ma się do­brze – dodał smut­no wuj. – Przy­naj­mniej tak sły­sza­łem.

– Dawno go nie wi­dzia­łeś?

– Ostat­ni raz dzień przed jego ślu­bem – wzru­szył ra­mio­na­mi.

– I co?

– I nic. Teraz ma dzie­ci.

– To coś zmie­nia?

– Nie zro­zu­miesz.

– Spró­buj – po­wie­dzia­łam po­waż­nie. Już my­śla­łam, że do­cze­kam się od­po­wie­dzi, kiedy Jörg pi­snął z za­chwy­tu.

– Co jest? – za­py­tał go Re­in­hard.

– Pie­ski!

– Pie­ski czy le­mo­nia­da? – do­py­ta­łam.

– Pie­ski! Żywe!

– Zro­bi­łeś z nich gu­lasz? – zdzi­wi­łam się. – I to twoje ma­rze­nie?

– Ba­wi­li­śmy się! – opo­wia­dał roz­ra­do­wa­ny Jörg.

– Nie krę­puj się – szep­nął mi Re­in­hard, kiedy gów­niarz opo­wia­dał mu o tym, jakie śmiesz­ne, mokre nosy mają szcze­niacz­ki.

Otwo­rzy­łam pu­de­łecz­ko.

 

***

 

– Jak było? – do­py­ty­wał brat.

– Dziw­nie. Ina­czej – od­par­łam nieco zdez­o­rien­to­wa­na.

– Co ci się śniło?

– Przy­jem­ny, letni dzień – od­par­łam wy­mi­ja­ją­co. I Brun­hil­da. Jej gład­kie łydki, zie­lo­na ni­czym świe­ża pleśń buzia, ciem­no­fio­le­to­we usta to­piel­ca, sma­ku­ją­ce jak any­żo­we sło­dy­cze z po­wierzch­ni. I do tego el­fic­ka bie­li­zna, el­fic­kie wino i el­fic­ka mu­zy­ka.

Kurwa, co ja mam z tymi el­fa­mi?

Zi­gno­ro­wa­łam ko­lej­ne py­ta­nia Jörga i zwró­ci­łam się do wuja.

– I kie­dyś wszy­scy mogli śnić?

– Tak.

– Czyli to praw­da, że sny nam za­bra­no?

– Jesz­cze przed Wy­zwo­le­niem – od­parł po­waż­nie Re­in­hard.

– Dla­cze­go?

Wuj wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Może ła­twiej było wszyst­kim wal­czyć, jeśli nie mogli ucie­kać nawet we śnie? Mu­sie­li sami wszyst­ko zro­bić. Zy­skać. Wy­drzeć. Wol­ność, je­dze­nie, mi­łość… ma­rze­nia.

Coś mnie tknę­ło.

– To nie jest twoje pierw­sze pu­deł­ko – stwier­dzi­łam.

– Nie. Mia­łem kie­dyś inne, ale wy­rzu­ci­łem.

– Wy­rzu­ci­łeś?!

– Są bar­dzo nie­bez­piecz­ne – po­wie­dział po­wo­li. – Łatwo się w nich za­tra­cić. Go­blin za­po­mi­na, że wiele może sam osią­gnąć, bo wy­star­czy otwo­rzyć pu­deł­ko, żeby mieć wszyst­ko na wy­cią­gnię­cie ręki.

– To zna­czy…

– Sama mu­sisz prze­my­śleć, co to zna­czy. – Re­in­hard wstał. – Nie bę­dzie mnie kilka dni.

Uśmiech­nę­łam się sze­ro­ko.

– A te dzie­ci?

– Pew­nie już do­ro­sły. Po­zdrów mamę.

– Po­zdro­wię. Dzię­ki za wino. I za po­po­łu­dnie.

Re­in­hard wy­szedł z karcz­my.

– To co teraz ro­bi­my? – za­py­tał mnie Jörg, który nie­zbyt ro­zu­miał, co się dzie­je, ale miał na tyle przy­zwo­ito­ści, by nie prze­szka­dzać.

– Ty wra­casz do domu. Muszę kogoś jesz­cze od­wie­dzić przed obia­dem – uśmiech­nę­łam się pod nosem, my­śląc o el­fic­kiej bie­liź­nie. Brun­hil­da pew­nie ta­kiej nie miała, ale li­czy­ło się ra­czej to, czy fak­tycz­nie jej usta będą sma­ko­wać jak any­żo­we cu­kier­ki.

– A pu­deł­ko?

– Zo­staw. – Mach­nę­łam ręką. – Albo weź, jeśli chcesz się jesz­cze po­ba­wić z pie­ska­mi.

– Wo­lał­bym praw­dzi­we­go – od­parł brat.

– Mądry dzie­ciak – po­chwa­li­łam go i sama się zdzi­wi­łam. Jörg też wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. – Tylko uwa­żaj, gów­nia­rzu, bo mama prze­ro­bi go na gu­lasz.

– Albo na le­mo­nia­dę! – za­śmiał się, a potem za­czął gło­śno pla­no­wać wy­pra­wę na po­wierzch­nię po szcze­nia­ka.

Koniec

Komentarze

Nieźle się ubawiłam. Całość zauroczyła mnie jak łydki bez brodawek. Co najmniej;)

Podobają mi się zarówno obrzydliwe szczegóły jak i cała wydumana, ale jednak spójna fabuła.

Nie jesteś Krokusem, bo za dużo tu psiej krzywdy.

Bardzo dobre opowiadanie, choć w tym pojedynku nie jest moim faworytem. Zgadzam się z Ambush, że raczej nie Krokus.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Pięknie napisane. Czyta się bardzo przyjemnie, lekko, postacie wzbudzają sympatię. Podoba mi się. 

Chciałbym takie pudełko, ale szczeniaka też i nie przerobiłbym pieska ani na gulasz, ani na lemoniadę.

Jakoś nie porwało. Było… sympatycznie, bo na pewno nie śmiesznie. Sama fabuła średnio mnie wciągnęła, ale to co obok, wzmianki o Wyzwoleniu, o Powierzchni, to są te elementy, które mnie zaciekawiły, bo są zapowiedzią jakiegoś worldbuildingu, który mógłby być interesujący, gdyby go rozwinąć.

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Dość zabawna historyjka, choć niektóre uczynki goblinów przyprawiają o dreszcze. Może pudełko ze snami pomoże im zapomnieć o gulaszu i lemoniadzie…

 

kuk­sań­ca w tył głowy, od któ­re­go upadł się na zie­mię. → Coś się tutaj przyplątało.

 

potem wzię­łam za duży łyk wina… → …potem wypiłam za duży łyk wina

Łyków się nie bierze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Łydki rzeczywiście mogą zauroczć ;) Interesujące też wydaje mi się życie seksualne goblinów. Czy oni wszyscy są biseksualni? Zupa z niemowlakiem i lemoniada z piesków nadają odpowiednio obleśnego charakteru historii, a zarazem nie pozostawiają wątpliwości, że opka nie napisał Krokus :) Podoba mi się realizm, z jakim gobliny podchodzą do życia, który pięknie widać w końcówce, kiedy braciszek oznajmia, że wolałby prawdziwego pieska. Trochę żałuję, że zabrakło Ci miejsca na wyjaśnienie, co spowodowało, że gobliny nie śnią, a tajemnicze wzmianki o Wyzwoleniu, tylko podsyciły miją ciekawość.

Całość skojarzyła mi się z goblinim cyklem Hinesa.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Fajne. Światek goblinów zarysowany w kilku kreskach, ale jest. Z obrzydliwymi potrawami, przemocą, ale i z jakimś romantyzmem. Dobrze, że pudełko wpadło bohaterom w szpony.

Niektóre dziewczyny ze szkoły pozbywały się brodawek, trąc o nie krzemieniem.

Krzemień jest raczej gładki, IMO, słabo się nadaje do ścierania, prędzej do ścinania.

Babska logika rządzi!

Mimo, że na początku trochę pozgrzytałem zębami, to z pojedynkowej trójki, najwięcej z tego szorta zebrałem dla siebie. Mamy tu pomysł, ideę i dobrze pokazaną przemianę bohaterów. Jak też nauki dla czytającego nie sposób nie dostrzec. Nieco prześmiewczy obraz spowodował, że przesłanie nie jest nachalne. 

Przyjemny szorciak z pomysłem i wykonaniem.

Fabuła interesująca. Humor raczej nie mój, choć niektóre fragmenty i sam pomysł zdecydowanie ciekawy. Podczas czytania najbardziej mnie pociągał kierunek pokazania goblinów w innym świetle, tym lepszym. Lubię przewrotki. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Po kwadransie zalewałam nieznośne bzyczenie mojego brata winem z biedronki.

xD

 

Fajny szorciak. Biseksualne gobliny na tropie snów. Temat kojarzy mi się z opkiem Sonaty z ostatniego Białego Kruka, bo podobny klimacik. Mam wrażenie, że to opko także przedstawia trochę problem uzależnień i zupełnej ucieczki ze świata realnego.

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Fantasy + sf + inne – idealna kombinacja. ;)

Dość rubaszny tekst z przesłaniem, ale nawet spoko. Zarysowany świat trochę przypomina wymiar fantasy z komiksu Alana Moore’a z uniwersum Top 10, którego tytułu w tej chwili nie pamiętam. 

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Witaj.

 

Opowiadanie zaskakujące w tak wielu momentach, że z pewnością jest fantastycznym, nie tylko z uwagi na występujące tam postaci, ale – choćby ich menu. :) Gratuluję pomysłu. :) 

 

Podziękowania za ostrzeżenie o wulgaryzmach. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Ten tytuł podoba mi się najbardziej. :) Gdybym miała wybierać po tytułach, postawiłabym na to opowiadanie. Ale nie ocenia się książki po okładce, a opowiadania po tytule, więc ruszam w przygodę z czytaniem. :)

 

Narracja stylizowana i to tak pełną parą, jak widzę. :)

 

Mama! – rozdarł się gówniarz wniebogłosy

Ja bym wyrzuciła to „wniebogłosy”, bo skoro się rozdarł to raczej, że nie cicho. :D

 

Podobny dźwięk wydawało w zeszłym tygodniu ludzkie niemowlę, gdy wrzuciłam je do wrzątku

Uch, mocne. Nawet jak na taką konwencję.

 

Mam wrażenie, że humor w opowiadaniu jest taki na siłę, jakby autor trochę bał się, że jedno zdanie neutralne sprawi, że opadnie komediowy duch. Z drugiej strony akurat ten rodzaj humoru do mnie nie trafia, zwłaszcza że bazuje na prostym przekazie rodem ze „Śmiechu warte”. Co nie znaczy, że oczywiście nie znajdą się osoby, którym to pasuje. Inaczej świat byłby nudny. :)

 

ona i tak potrafiła znaleźć dla niego cierpliwość i mnóstwo ciepła.

Lepiej to pokazać, nie opisywać. Wolę zobaczyć mamę, która mimo wrednego zachowania syna jest spokojna i ma to ciepło niż czytać zdania, jaka to matka jest cierpliwa.

 

Jörg rzucił na stół niewielkie pudełeczko. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś tak kolorowego. No, może kiedy Helmut spadł z urwiska, bo zagapił się na gwiazdy, kretyn jeden. Pokryły go wtedy fioletowe, żółte i czerwone siniaki.

Porównanie siniaków do czegoś kolorowego – serio? Siniaki nie są aż tak kolorowe i nie mienią się kolorami od razu. Siniak ma zazwyczaj właśnie ten siny kolor, a stopniowo kolor się zmienia, więc chłopak nie mógł być od razu kolorowy. Takie wymuszone porównania zaburzają lekturę i przeszkadzają skupić się na tekście.

 

głowy, od którego upadł się na ziemię

Niepotrzebne „się”.

 

Lemoniada z psów, kotów? To chyba żeby tak zaszokować? 

 

Na plus pojawienie się wuja, choć dziwnym trafem tam był i wiedział o snach, ale przynajmniej nowa postać, taki typowy marudzący wujek, częsty w opowiadaniach, ale lubię takie postacie. ;)

 

Podoba mi się, że motyw snu jest tu u goblinów, które snów nie mają, a że miały to legenda. Ładny pomysł. 

 

Brakuje mi opisów karczmy, czytelnik nawet nie rejestruje, że już są (tak, jest zdanie, że są, ale brak choć kilku zdań na karczmę nie buduje klimatu). 

 

I Brunhilda. Jej gładkie łydki, zielona niczym świeża pleśń buzia, ciemnofioletowe usta topielca, smakujące jak anyżowe słodycze z powierzchni. I do tego elficka bielizna, elfickie wino i elficka muzyka.

Kurwa, co ja mam z tymi elfami?

 

Podoba mi się opis Brunhildy, taki nietypowy, w innych kategoriach niż nasze ludzkie. Lubię takie smaczki. :) Na tym etapie też mamy więcej emocji głównej bohaterki, bo tak jak wcześniej irytowała i męczyła, tak teraz można się do niej przekonać.

 

Nie jestem fanką happy endów, a tu mamy wręcz nadmiar słodyczy na koniec i w dodatku sporo moralizatorstwa, no ale niech będzie, aż tak mnie to nie bolało. Koniec dość szybki, prosty, nie zaskoczył. Całościowo do mnie nie przemówiło, choć potencjał był.

 

Bardzo spodobał mi się motyw z istotami, które nie śnią, aczkolwiek przyznam, że realizacja już mniej przypadła mi do gustu. Jest sympatycznie i zabawnie, jednak momentami humor jest przejaskrawiony (jak z tym niemowlakiem i wrzątkiem). Na dodatek ja, jak to ja, alergicznie reaguję na emocjonalne motywy, więc śnienie o obiektach westchnień mnie nie ruszyło.

A któż to może być autorem… :>

deviantart.com/sil-vah

najbardziej dosłowne potraktowanie konkursowego tematu, zabawne :)

http://altronapoleone.home.blog

Komentuję po lekturze całej trójki. 

Zabawne, lekkie i bardzo dosłowne. Ekstra negocjacje o wino fajna gra słów (np. wino z biedronki).

O włos zaledwie u mnie jednak przegrywa z cięższym konkurentem.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Lekka opowiastka, bardzo sympatyczna, ciekawy świat, wydaje się być rozbudowany i chętnie dowiedziałbym się o nim nieco więcej. 

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła

Fajne i energiczne pisanie, choć ja w takich dialogach widzę bardziej sztukę teatralną niż opowiadanie. Tutaj wystarczy jeszcze dodać stukoty, dźwięki, muzykę i dać ludziom obejrzeć na przeglądzie.

Oczywiście to nie zarzut, co raczej wskazanie. Żeby dobrze odbierać całość, trzeba umieć sobie wyobrazić te żywe postaci i nawet nadać im głosy. Wtedy możemy zauważyć, że tekst podejmuje zadany temat i zmusza do refleksji, choćby takiej, że gobliny przedstawiają po prostu ludzi w jakimś nieco smutnym kraju. Jaki to kraj? A co ja tam wiem :)

 

Ujęło mnie zdanie:

– Nie pyskuj, gówniarzu – upomniałam go. – Przecież wiesz, że my nie mamy snów.

Mam wrażenie, że odkąd ludzie dostali telewizory, taka postawa życiowa stała się normą. Sny są w pudełkach, nie w nas. Potem przyszły jeszcze lepsze sny z puchy.

Najlepszą wizytówką piszącego są jego komentarze.

Cześć, Amonie Morteciusie!

 

Poszedłeś w podobną stronę co ja – wyjałowienie ze snów/marzeń mogłoby mieć istotny wpływ na nasze życie.

Tekst mi się podoba i niech to posłuży za opinię o nim, bo jak o nim myślę to jest klasycznie – na myśl przychodzi mi kilka uwierających rzeczy, a te pozytywne majaczą gdzieś w tle.

Całość opiera się na rozmowie – to jest ok, ale początek jest jakby wyjęty z książki – oprócz wypowiedzi poszczególnych osób mamy rozległe opisy odczuć i rozmyślań bohaterki-narratorki. Tymczasem końcówka jest niemal stenogramem rozmowy. Wpada np. taki wers:

Reinhard wyszedł z karczmy. 

Względem początku brzmi to jak didaskalia w dramacie.

Druga sprawa, to mnogość postaci, co na początku mnie przytłoczyło. Musiałem z dużą uwagą czytać, by ogarnąć kto mówi i o kim.

Nie mniej jednak, jak zaznaczyłem wcześniej, to naprawdę fajny tekst, obrazowy, z dostatecznie zarysowanymi bohaterami i fajnie przedstawionym przesłaniem – ostatecznie bohaterowie przechodzą swoje przemiany, otwiera to im (potencjalne) nowe rozdziały w życiach.

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

To też moje

Coś podpowiadało mi, że schodzenie na niższe poziomy portalu będzie błędem, ale podjąłem to ryzyko i teraz bardzo żałuję. Tak beznadziejnego, nudnego i kiepsko napisanego opowiadania chyba jeszcze tu nie przeczytałem. I zamierzam uzasadnić, dlaczego. 

 

Mój młodszy brat, wstrętny gówniarz, wpadł do chaty, jakby goniła go horda krasnoludów.

Już przy pierwszym zdaniu czytelnik ma ochotę wbić sobie cyrkiel w oczy. Najpierw w jedną gałkę, potem w drugą, bardzo powoli. Nie ma tu niczego, co przyciągnęłoby zainteresowanie i przekonało, żeby czytać dalej. 

 

Wpadła z wizytą niby to do mojego starszego brata Helmuta, ale zauważyłam, jak na mnie patrzy.

Jaki związek ma druga część zdania z pierwszą? Beznadziejny ten zabieg, a dygresja ani ładna, ani potrzebna, psuje tylko początek tekstu. Skoro serwujesz czytelnikowi taki wstęp to boję się, co będzie potem. 

 

Niektóre dziewczyny ze szkoły pozbywały się brodawek, trąc o nie krzemieniem. Iskry powodowały zagrożenie pożarowe, ale kuracja ponoć była skuteczna.

Tutaj pewnie miało być śmiesznie, lecz wyszło żałośnie. Autor w swoim genialnym zamyśle, który pozwolił mu na napisanie tego gwałtu na fantastyce częstuje nas humorem bardzo niskich lotów, dosyć wstrętnym i obrzydliwym, który ma za zadanie uatrakcyjnienie tego jakże wybitnego dzieła. Takich żartów jest w dalszej części tekstu całe mnóstwo i dnia by nie starczyło, by je wszystkie wykpić. 

 

 – Skąd to masz, powsinogo?! – huknęła mama, aż krzesła zadrżały.

– A od dziadka!

– Co ten stary cap znowu wymyślił?!

– Tam są sny, mama! – odpadł Jörg.

Jakiż lotny, dobrze napisany i pomysłowy dialog. Chylę czoła. 

 

 

Jörg dostał matczynego kuksańca w tył głowy, od którego upadł się na ziemię.

Gramatyczny koszmar. Oczywiście Twój czytelnik dysponuje inteligencją kostki klozetowej i trzeba koniecznie podkreślić, czyjego autorstwa był kuksaniec, bo nie można wywnioskować tego z wcześniejszego dialogu. Wychodzi na jaw nieumiejętność pisania. Dalej będzie tylko gorzej. 

 

Po kwadransie zalewałam nieznośne bzyczenie mojego brata winem z biedronki.

Nawiązanie tak błyskotliwe, jak i cała reszta tego koszmaru. Nie znalazłem tutaj niczego, co pozwoliłoby mi na kontynuowanie lektury i na tym zakończę nieprzyjemną przygodę z tym beznadziejnym opowiadaniem. Autor jest wrednym trollem, grafomanem i megalomanem, a także oszustem i uzurpatorem. 

 

*******

A tak na poważnie, lektura lekka, przyjemna i dobrze napisana. Humor wprawdzie nie do końca trafił w mój gust, a pomysł na pudełko pełne snów potraktowany bardzo dosłownie, ale mimo to jest to niezły kawałek opowiadania. 

Doklikuję biblio ;)

W sumie fajny pomysł, ale fabuła taka lekko nijaka. Chyba brakowało mi jakiejś mocniejszej konkluzji na koniec. Jakbyś pociągnął ponad limit, to mogłoby wyjść coś porządnego:P

Jeśli chodzi o mój głos – do Krokusa zabrakło chyba trochę, do Amona bardzo niewiele i w parzysty dzień zagłosowałbym odwrotnie (a przynajmniej w trzeci wtorek miesiąca).

Слава Україні!

Przypomnę, że ja oddałem tu głos na jedynkę. P.S. To ja, Jarząbek.

Tak beznadziejnego, nudnego i kiepsko napisanego opowiadania chyba jeszcze tu nie przeczytałem.

Polecam zacząć czytać własne teksty przed wrzuceniem xD

Nowa Fantastyka