- Opowiadanie: drakaina - Tik-tak

Tik-tak

4. Robert dowiaduje się o śmierci ojca, z którym nie utrzymywał kontaktów od dwudziestu lat. Okazuje się, że w spadku odziedziczył nie tylko mieszkanie, ale też kolekcję zegarów

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Tik-tak

O śmierci ojca dowiedziałem się z urzędowego listu. Wiadomość nie zrobiła na mnie wrażenia: nie pamiętam żadnego z rodziców, w wieku trzech lat trafiłem do przytułku.

Notariusz informował, że pan T. wskazał mnie w testamencie jako syna i jedynego spadkobiercę, a że nie zostawił długów, miałem prawo przejąć majątek. Uznałem to za dar niebios.

Wysupłałem kilka franków na dyliżans, by po dwóch dniach wysiąść w nieznanym mieście. Dopytałem o drogę i godzinę później znalazłem się w biurze.

– To niecodzienna sprawa – urzędnik miał niewyraźną minę, gdy usłyszał moje nazwisko – i nie mamy pojęcia, co mogło się stać. Co za nieszczęście!

– Czyżby ojciec został zamordowany?

Nie dziwiłbym się, gdyby nie powiadomił mnie o takich okolicznościach w liście.

– Och, nie, nie, stało się coś gorszego – odparł i szybko się zmitygował. – Oczywiście, morderstwo to straszna zbrodnia, niemniej, wie pan, zwyczajna.

Patrzyłem na niego nierozumiejącym wzrokiem.

– Ciało pańskiego ojca zniknęło.

Milczałem. Jak miałem rozpaczać po kimś, kto za życia nie interesował się mną ani moją egzystencją?

– Oczywiście nie ma to wpływu na spadek – dorzucił notariusz. – Zgon z przyczyn naturalnych, karawan nie zdążył przyjechać. Dom należy do pana.

– Ojciec… – Głos ugrzązł mi w gardle. – Był człowiekiem majętnym?

– Sprowadził się w zeszłym roku, był rentierem, kupił dom, na który nie było chętnych. Nie sprawiał kłopotów, tylko w ostatnim czasie sąsiedzi narzekali na jeden drobiazg… – Urwał.

– Co takiego? – ponagliłem.

– Pański ojciec miał cenną kolekcję. Sam pan zobaczy.

Nie potrafiłem zrozumieć, w jaki sposób wartościowe przedmioty mogły zakłócać życie sąsiadom, wiadomość zaś mnie ucieszyła. Po skończeniu szkół imałem się różnych zajęć, rozważałem karierę wojskową lub studia prawnicze za radą nauczycieli, lecz brakowało mi pieniędzy. Kolekcję można sprzedać…

– … dobrze się pan czuje?

Nadmiar szczęścia oszołomił mnie, a że od prawie dwóch dni nie jadłem nic oprócz twardego sera i suchej kiełbasy zabranych na podróż, zasłabłem.

Notariusz podał mi szklankę wina i brioszkę.

– Mój pomocnik zaprowadzi pana na miejsce – powiedział, kiedy podpisywałem papiery.

۞

Nic dziwnego, że nie było chętnych: domek okazał się stary, parterowy i wciśnięty między kamienice czynszowe. Konsjerż jednej z nich przyglądał się nam podejrzliwym wzrokiem i rzucił przez zęby niejasną uwagę o nakręcaniu.

Co miał na myśli, zrozumiałem, kiedy ujrzałem pokój dzienny. Wszędzie stały zegary – ani chybi kolekcja, o której wspomniał notariusz. Pracowałem przez rok jako służący w domu bogatego pana E. w naszym miasteczku i widziałem tam podobne cuda. Nie raz je odkurzałem i regulowałem.

– Ojciec był zegarmistrzem? – zapytałem na wszelki wypadek. – To zegary do naprawy?

Mój towarzysz pokręcił głową.

– To pański spadek.

Chwilę później wyszedł i zostałem sam z milczącymi zegarami. Nie wątpiłem, że wybijanie godzin mogło przeszkadzać sąsiadom, mimo to wziąłem do ręki kluczyk. Mechanizm ani drgnął. Król Henryk IV spoglądał w dal martwym brązowym wzrokiem.

Nie zdążyłem spróbować szczęścia z innymi, bo usłyszałem skrzypienie drzwi wejściowych, kroki w przedpokoju, a potem chrząknięcie.

W drzwiach stała kobieta w sukni prowincjonalnej mieszczki.

– Pan musi być spadkobiercą nieboszczyka – zaczęła obcesowo. – Mam nadzieję, że zadowoli się pan patrzeniem na te cacka, a nie będzie ich słuchał dniem i nocą.

– Tak, jestem synem – odparłem. – I być może nawet sprzedam te „cacka”, jak się szanowna pani raczyła wyrazić.

Obrzuciła krytycznym wzrokiem moje proste ubranie, musiała też dostrzec rzucony na sofę tobołek.

– Pański ojciec by tego nie pochwalił – burknęła.

Nie powiedziałem jej, że mało mnie obchodzi, co pomyślałby sobie ojciec. Zamiast tego zapytałem:

– Jakim on był człowiekiem?

W jej oczach zapłonęła iskierka chciwości pomieszanej z gniewem. Czyżby zamierzała usidlić samotnego sąsiada, a nagły zgon położył kres planom?

– Niech pan je zostawi w spokoju.

Bez dalszych wyjaśnień wymaszerowała z salonu.

Usiadłem i przejrzałem papiery otrzymane od notariusza. Dokument z banku potwierdzał rentę; może nie będzie trzeba sprzedawać kolekcji.

Spojrzałem na cacko stojące tuż obok mnie. Pozłacane figury przedstawiały walkę antycznych bohaterów. Przeniosłem wzrok na kolejne: sceny biblijne, mitologiczne, historyczne, wszystko pięknie rzeźbione w brązie. Trudno byłoby się z nimi rozstać, stanowiły cząstkę człowieka, który na łożu śmierci postanowił wynagrodzić mi krzywdy.

Białe oblicza cyferblatów połyskiwały, jakby wsłuchiwały się w te rozmyślania z aprobatą.

Nie znalazłszy nic do jedzenia, zajrzałem do pobliskiego cabaret, gdzie wydałem resztę gotówki na solidną porcję boeuf bourguignon i szklankę wina. Potem spokojnym krokiem człowieka, który nie musi martwić się o byt, udałem się do banku, gdzie wysłuchałem o możliwościach inwestycji w koleje żelazne, wstąpiłem też do krawca i obstalowałem modne ubrania.

Kiedy wróciłem, na progu domu czekał konsjerż z sąsiedztwa.

– Moja żona tu sprzątała – oznajmił, nie wyjmując fajki z ust. – Gotowała i prała.

Odparłem, że nie wiem, czy zostanę w mieście, on jednak nie ruszył się z miejsca.

– Pozwolicie, dobry człowieku, że wejdę do środka. Dwie noce spędziłem w dyliżansie i…

– Niech ich pan nie nakręca – przerwał mi.

– Nawet się nie da – rzuciłem opryskliwie. – Kluczyk się nie obraca.

Przepuścił mnie do drzwi, a kiedy je za sobą zamykałem, stał nadal na ulicy, w zapadającym zmroku.

۞

W nocy obudziło mnie tykanie i pogłos bijącego gongu. Wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do salonu.

Dźwięki zdążyły umilknąć, może zresztą był to tylko sen. Wpadająca przez okno poświata odbijała się w polerowanym metalu i bladych tarczach. Dopiero teraz, w trupim świetle księżyca dostrzegłem, że wskazówki pokazują różne godziny. Nic dziwnego: nikt ich nie zatrzymał w chwili śmierci samotnego człowieka.

Sprawa zaginionego nieboszczyka nie dawała mi spokoju, lecz że słyszałem o kradzieżach trupów w Anglii, pomyślałem, że może i tu zdarzyło się coś podobnego. Kto miałby się upomnieć o odludka żyjącego w starym domu?

– Kim był mój ojciec? Jak umarł? Co się z nim stało? – Szept zabrzmiał głucho.

Odpowiedziało mu milczenie zegarów.

۞

Rano dokonałem inspekcji posiadłości. Na etażerce w salonie stały tanie wydania powieści i leżało kilka gazet. Przewertowałem książki, lecz nie znalazłem ukrytych dokumentów. Zajrzałem na tytuły gazet w nadziei, że znajdę choćby ślad politycznych sympatii, lecz to także okazało się ślepym zaułkiem.

Sypialnia urządzona była po spartańsku: łóżko, stolik nocny, miska wypełniona wciąż do połowy wodą. Za oknem wydeptana w wysokiej trawie ścieżka wiodła do studni. Na zaniedbany ogródek wychodziły też zabite deskami okna nieużywanych pomieszczeń.

W pokoju obok ojciec urządził gabinet. Nie miałem pojęcia, czym się zajmował, toteż w nadziei, że czegoś się dowiem, zacząłem otwierać szuflady biurka.

Zawierały zwyczajne szpargały: listy z banku, akt nabycia domu, poza tym stare klucze, kilka drobnych monet. Nic osobistego ani żadnego rejestru kolekcji. W sekreterze leżały stare asygnaty, zakurzone zeszyty szkolne i nauczycielski kajet z datami sprzed kilku lat, a więc raczej pozostałość po poprzednim właścicielu. Ojciec pozostawał zagadką. Chciałem zapomnieć o jego istnieniu, cieszyć się niespodziewaną zmianą we własnym życiu, ciekawość jednak okazała się silniejsza.

Poprzedniego dnia minąłem sklep antykwariusza, uznałem więc, że pokażę mu jeden z zegarów. Ledwie zacząłem się rozglądać za najmniejszym i najlżejszym, usłyszałem za sobą tykanie.

Odwróciłem się i szybko wyśledziłem źródło dźwięku: był nim piękny egzemplarz z przedstawieniem Joanny d’Arc. Dziewica Orleańska dzierżyła w rękach miecz, lecz jednocześnie była już przywiązana do słupa. Wzdrygnąłem się na myśl o tym, co miało za chwilę nastąpić.

Podszedłem bliżej i przyłożyłem ucho do skrzynki. Z wnętrza dochodziło charakterystyczne tik-tak, a chwilę później mechanizm zaczął wybijać godzinę delikatnym świergotem. Urwał w pół tonu i zamilkł. Dotknąłem cyferblatu i zegar zadrżał: sprężyna rozwinęła się do końca, wyśpiewawszy ostatni ton. Wskazówki pokazywały pięć po pierwszej. Wyjąłem z kieszeni podręczny zegarek, prezent od pana E., jedyny posiadany dotychczas cenny przedmiot. Był niecały kwadrans po trzynastej. Czyżby Joanna chodziła aż do teraz? Niemożliwe, wczoraj nie słyszałem tykania, a w nocy…

 „Wczoraj byłem zbyt zmęczony, żeby cokolwiek zauważyć, a w nocy coś mi się zwidziało”.

۞

Antykwariusz długo dreptał wokół zegara, cmokał i czule dotykał rzeźby.

– To arcydzieło godne Thomire’a! – oznajmił w końcu z zachwytem.

Nie dałem po sobie poznać, że nic mi to nie powiedziało. On tymczasem podrapał się po głowie, wyjął z szuflady kluczyk, by nakręcić zegar, lecz mechanizm ani drgnął.

– Mówi pan, że otrzymał to w spadku?

Nie wspominałem wcześniej, że przyniosłem jedną sztukę z większego zbioru. Teraz nagle poczułem strach, że ktoś mógłby chcieć mnie obrabować, a jednocześnie zrozumiałem, że nie chcę rozstawać się z kolekcją. Budziła się we mnie zazdrość o to, że obcy człowiek dotyka mojego skarbu. Zerknąłem na zegar i odniosłem wrażenie, że La Pucelle potakuje tym myślom.

– Tak – burknąłem. – Niepotrzebnie zawracałem panu głowę.

– Wręcz przeciwnie – odparł z entuzjazmem – gdyby szanowny pan zamierzał sprzedawać…

– Nie zamierzam.

Wyszedłem na ulicę, tuląc w ramionach owiniętą w wełniany szal Joannę, i natychmiast pożałowałem gburowatego zachowania, niegodnego szanowanego obywatela miasteczka, jakim zamierzałem zostać. Obiecałem sobie, że wrócę z przeprosinami, na razie zaś pobiegłem do domu, gdzie z czułością ustawiłem zegar na miejscu. Przez chwilę stałem w salonie, nasłuchując, czy któryś kolejny mechanizm nie wyda ostatniego tchnienia, lecz panowała martwa cisza.

۞

Następnego dnia zapukałem do sąsiedniej bramy.

– Skorzystam z usług pańskiej żony – oznajmiłem, wręczając konsjerżowi banknot jako zaliczkę.

Dwie godziny później korpulentna kobieta przyniosła koszyk z wiktuałami i zabrała się za porządki w kuchni.

– Będzie pan urządzać puste pokoje? – zapytała. – Jest pan młody, pewnie żonę weźmie…

– Nie wiem – odparłem. – Ale posprzątać można.

– Stary pan nie pozwalał tam wchodzić – rzuciła. – Raz zajrzałam: sam kurz i pajęczyny. – Wzruszyła ramionami. – Jak pan życzy, posprzątam.

– Może istotnie nie trzeba – mruknąłem. – Dopóki się nie ożenię.

Godzinę później zdołałem dobrać klucz do pierwszego z nieużywanych pomieszczeń; szarpnięcie drzwi uniosło w powietrze tumany kurzu. Otwarłem okna i odbiłem deski, by wpuścić światło dnia, lecz nie wydobyło ono żadnych ukrytych przedmiotów.

Podszedłem do znajdujących się naprzeciwko drzwi: były zaryglowane, a żaden z kluczy nie pasował. Zdesperowany wyszedłem do ogrodu i odnalazłem właściwe okno. Deski były mocno przybite, więc chwyciłem łopatę i rozwaliłem je, a następnie stłukłem szyby.

Nie zdążyłem nawet rozejrzeć się po pokoju, ponieważ od strony salonu dobiegł znany odgłos. Tik-tak, tik-tak. Popędziłem tam z powrotem w nadziei, że zdążę być świadkiem zgaśnięcia kolejnego zegara.

Kiedy stanąłem na progu, rozległo się pojedyncze uderzenie gongu. Głos należał do Henryka IV. W przyćmionym świetle za plecami króla zamajaczył cień Ravaillaca, dostrzegłem błysk ostrza… Przetarłem oczy; na zewnątrz było jasno, do zmroku zostały jeszcze co najmniej trzy godziny. Dobry król wskazywał godzinę szesnastą dwadzieścia. Ta sama widniała na kieszonkowym zegarku.

Że też nie przyszło mi to wcześniej do głowy! Przyniosłem z gabinetu stary notatnik wraz z ołówkiem i zacząłem szkicować nieporadnie zegary, opisywać je i notować pokazywane godziny.

Rysowanie całkowicie mnie pochłonęło, poderwałem się dopiero na dźwięk tykania, do którego wkrótce dołączyło drugie. A potem prawie jednocześnie zadzwoniły dwa gongi. Rozejrzałem się: greccy wojownicy odezwali się cztery razy, Abraham z Izaakiem wybił godzinę siódmą, mimo że na małym zegarku zbliżała się siedemnasta, podobnie jak na tych dwóch tarczach. Wpatrywałem się w nie dłuższą chwilę: wskazówki ani drgnęły.

Cienie ozdabiających zegary postaci tańczyły na ścianach w słabnącym świetle.

۞

Do zamkniętego pomieszczenia wróciłem dopiero następnego ranka. W nocy, mimo że zatkałem uszy woskiem, zbudziło mnie tykanie. Z początku zakopałem się pod pierzyną, lecz ciekawość zwyciężyła. Zdołałem odszukać winowajcę: ozdabiali go Ludwik XVI i Maria Antonina. Czyżby ojciec był rojalistą i ćwierć wieku temu udał się na emigrację, a w rozstaniu z matką nie było żadnej ponurej tajemnicy?

Rano godziny zgadzały się z tym, co wczoraj zanotowałem. W salonie panowała taka cisza, że nocne hałasy wydały się ułudą. Zegary umierały jednak i za dnia, więc niemal wyczekiwałem tykania, zanim ruszyłem na dalszą inspekcję.

Podszedłszy pod okno tajemniczego pokoju, przekląłem własną niedbałość. Nie uprzątnąłem rozbitej szyby i pokaleczyłem dłonie o odłamki szkła, wspinając się na parapet.

Dręczyło mnie poczucie, że pokój odpycha mnie od siebie. Pamięć podsuwała szkolną lekturę o Sinobrodym i ciekawskiej żonie; wzdrygnąłem się na myśl, że duch ojca chroni mnie przed nieszczęściem.

W pokoju stały w nieładzie stare meble. Przejrzałem zawartość szuflad i stoliczków na robótki, lecz nie znalazłem w nich nic ciekawego. Większą nadzieją napełniła mnie skrzyneczka z ciemnego drewna stojąca na konsoli w kącie, lecz i tu spotkał mnie zawód: zawierała zbieraninę przypadkowych drobiazgów. Kościana tabakiera, naparstek, stary fular, tani pierścionek, guzik z numerem pułku.

Ze złością uderzyłem pięścią w biurko i usłyszałem głuche echo. Postukałem od spodu – ten sam dźwięk podpowiadający, że w środku jest skrytka. Chwyciłem świecznik i zacząłem walić w drewno. Nie zważałem na pękającą politurę, na drzazgi wbijające się w już wcześniej podrapane dłonie.

W głębi domu echo odpowiadało posępnym tik-tak, lecz nie obchodziło mnie, który zegar kończył właśnie życie.

Kiedy blat rozpadł się, jęknąłem z rozpaczy, ujrzałem bowiem tylko plik starych gazet. Zebrałem je i, wyskoczywszy przez okno, pobiegłem do salonu, gdzie stanąłem naprzeciwko milczących zegarów. Nie potrafiłem dociec, kto wyśpiewał przed chwilą ostatnią godzinę.

Opadłem na sofę i kartkowałem gazety w nadziei, że ukryto wśród nich ciekawsze dokumenty. Sącząca się ze skaleczeń krew wsiąkała w papier, w salonie pociemniało, złocone figury nachyliły się nade mną.

Same dzienniki z różnych departamentów. Najstarsze sprzed moich narodzin, najnowszy miał trzy lata. Przejrzałem doniesienia polityczne, lecz ani krajowe, ani zagraniczne wiadomości nie układały się w sensowną całość.

Przez kilka godzin ślęczałem nad rozłożonymi na podłodze kartami zadrukowanego papieru. Kiedy burzowe chmury przesłoniły słońce, zapaliłem świece, których chwiejne płomyki otoczyły postać Joanny. Figura starożytnego wojownika zamieniła się w królobójcę. Cień zasłony zakołysał się nad głowami monarszej pary niczym ostrze gilotyny. W głębi domu wicher trzaskał okiennicami, a nagłe tik-tak, choć przecież się go spodziewałem, sprawiło, że serce skoczyło mi do gardła.

Dopadłem natychmiast tykającego zegara: była to mitologiczna scena z bykiem. Gdy dotknąłem skrzynki, by uciszyć dźwięk, pozostałe mechanizmy rozbrzmiały kakofonią gongów. Odruchowo cofnąłem się i krzyknąłem z bólu – nie mogłem oderwać dłoni od metalu!

Zegar skończył bicie po raptem trzech uderzeniach i byłem znów wolny, choć czułem zawroty głowy. Spojrzałem na ręce: po skaleczeniach zostały białe blizny.

W nocy zabarykadowałem się w sypialni i nie opuściłem jej do rana, mimo że dwa razy budziło mnie tykanie i gong.

۞

– Oddam je do naprawy, obiecuję – zapewniłem, kiedy rano konsjerżka poskarżyła się na wczorajszy koncert.

Przez chwilę mierzyła mnie posępnym wzrokiem.

– On też obiecywał. Po czym umarł. Wcześniej był spokój.

Zdołałem z niej wyciągnąć, że na początku ojcowskie zegary nikomu nie przeszkadzały. Dopiero kilka miesięcy temu zaczęły się psuć. Wraz z jego zdrowiem.

 „Sprzedam dom, każę przetopić to żelastwo” – ledwie to pomyślałem, poczułem ból w palcach, jakby otwierały się dopiero co zasklepione rany.

– Wie pan, co jest dziwne? – Głos konsjerżki dobiegał z daleka. – Byłam u niego dzień przed tym, jak umarł, słaby był, ale nie pozwolił doktora wezwać, tylko o tych zegarach gadał.

– Co mówił? – Usiadłem na kuchennym krześle, bo znów kręciło mi się w głowie.

– Żalił się, że nie zdąży powiększyć kolekcji. – Wzruszyła ramionami.

Czyżbym był potrzebny tylko jako ktoś, kto zaopiekuje się zbiorem?

Wzbierała we mnie nienawiść do zegarów, wróciłem więc do lektury w gabinecie, gdzie nie prześladował mnie wzrok martwych, brązowych postaci.

Tu, w lepszym świetle, dostrzegłem, że dawno temu – atrament prawie całkiem zblakł – ktoś zakreślił w najstarszej z gazet krótką notatkę. Potrzebowałem chwili, by zrozumieć, że dwudziestoparoletni Robert T., o którym była w niej mowa, to nie ja. Ten Robert T. sprzed ćwierci wieku został zamordowany, zanim ja się urodziłem. Sprawcy nie wykryto, mimo starań dokładanych przez prokuratora. Gdy doczytałem do tego miejsca, serce zabiło mocniej. Prokurator nosił to samo nazwisko. I imię mojego ojca.

Natychmiast zebrałem gazety z tego samego departamentu i znalazłem późniejszą o rok informację, że prokurator T. złożył urząd i opuścił miasto. Miałem wtedy dwa lata, wkrótce miałem trafić do przytułku po śmierci matki. Przebiegałem wzrokiem kolejne stronice, lecz nie dostrzegłem już ani razu naszego nazwiska.

– Nie rozumiem – szepnąłem do sterty papierzysk, w których musiała kryć się tajemnica. Po co inaczej ojciec miałby je trzymać?

Z ołówkiem w ręku przejrzałem doniesienia prywatne, a na koniec zająłem się kroniką sądową. Skoro ojciec był prokuratorem, mógł zachować opisy ważnych dla niego procesów. Albo tropił mordercę brata, bo kim innym mógł być mój imiennik?

Z początku wydawało się, że to dobry trop, natrafiałem bowiem na opisy zabójstw. Szybko zauważyłem, że miały one miejsce w różnych departamentach, ojciec więc zapewne uważał je za czyny poszukiwanego zbrodniarza. Przestało mnie dziwić, że oszalał i że matka odeszła: to nie był dobry dom dla dziecka. Zadrżałem na wspomnienie ponurej tematyki zegarów.

Jak na komendę w salonie rozległo się tykanie. Minęła trzynasta, konsjerżka kwadrans wcześniej oznajmiła, że zostawia obiad w piecu, i wyszła. Przeszedłem do salonu i stanąłem jak wryty. Tik-tak dochodziło od Joanny, która przecież już umarła. Gong wybił raz, dwa, trzy… osiem. I milczenie.

Chwyciłem kluczyk i podszedłem do zegara. Może jeśli zdołam je wyregulować, zaczną zachowywać się normalnie. Ojciec nie miał pod koniec życia siły, to na pewno dlatego, rozumowałem. Mechanizm ani drgnął. Próbowałem z wszystkimi – żaden nie dał się nakręcić. A mimo to wybijały te przeklęte godziny, na których się zatrzymały!

Wpatrywałem się w cyferblaty i w dekoracje. Kiedy wzrok napotkał kobietę i byka, coś mi się przypomniało. Przeniosłem gazety do salonu, gorączkowo przerzucałem kolejne sterty – i znalazłem. Notatka sprzed dwunastu lat: na południu Francji hodowane do walk byki stratowały na śmierć kobietę. Tknięty przeczuciem, zacząłem szukać dzienników z tego samego departamentu, znalazłem jeden i zamarłem. Kilka miesięcy wcześniej kronika sądowa informowała, że kobiecie nazwiskiem B. nie udowodniono morderstwa pierwszej żony obecnego męża. Pamiętałem ze szkoły opowieść o przywiązanej za karę do byka Dirke, złej drugiej żonie starożytnego króla. Świeca zamrugała, z nozdrzy brązowego zwierzęcia buchnęła para.

Zacisnąłem powieki. Nie mogę dać się ponieść wyobraźni.

Rozrzuciłem gazety po podłodze i zacząłem je na nowo porządkować. Nie według dat, lecz departamentów. Kiedy skończyłem, stert było dziewięć. Do Dirke dołączyła krótka wzmianka o nieszczęśliwym wypadku: byki wyrwały się z zagrody. Nie podjęto śledztwa.

Podniosłem oczy i napotkałem wzrok Joanny, za którą majaczył stos. Pożar!

Nie musiałem szukać długo. Mężczyzna posądzony o spalenie żywcem kochanki został znaleziony martwy, przykuty do drzewa we własnym ogrodzie. Pięć lat temu.

Największe dossier dotyczyło zabójstwa prefekta w jednym z zachodnich departamentów. Winnego schwytano i skazano na śmierć, on jednak uciekł z więzienia. Nie cieszył się długo wolnością: zginął zasztyletowany w sąsiednim mieście, kiedy włamywał się do sklepu. Spojrzałem ponuro na Ludwika XVI wraz z małżonką, a potem przeniosłem wzrok na cień królobójcy unoszący się nad Henrykiem IV. Para królewska pasowała bardziej do kochanków, którzy oskarżyli męża kobiety o morderstwo tak przekonująco, że sąd skazał go na śmierć. Ich ciała pozbawione głów wyłowiono z rzeki parę miesięcy później.

Zegary pokazywały albo zbrodnię, albo karę.

„To chora wyobraźnia” – wmawiał mi rozsądek. „Po zakończeniu kariery ojciec kolekcjonował zegary, które kojarzyły mu się z ciekawymi kazusami”.

„Tik-tak” – odpowiadało przerażenie, choć w tej chwili zegary milczały, wstrzymały oddech w oczekiwaniu na to, co zrobię dalej.

Nie musiałem zaglądać do gazet, by domyślić się, że znajdę tam bratobójcę i zabójstwo w pojedynku. Wszystko się zgadzało, tylko dlaczego zegary ożywały, by następnie znów umierać?

Na czystej karcie notatnika wypisałem daty, zdarzenia, dopasowałem do nich dekoracje. Wczytałem się ponownie w notatki prasowe, aż coś, czego wcześniej nie dostrzegłem, przykuło uwagę. Znowu Dirke. Zwierzęta zabiły kobietę na oczach świadków, wypadek wydarzył się „przed zmierzchem”. Zerknąłem na zegar. Pokazywał czterdzieści minut po siódmej bądź dziewiętnastej.

– Zapewne wtedy umarła – szepnąłem.

Wokół mnie zbierały się cienie. Nie wiedziałem, czego chcą. W umyśle kiełkowało podejrzenie, zbyt straszliwe, żebym chciał je do siebie dopuścić.

Ułożyłem sterty w kolejności chronologicznej. Śmierć stryja, odejście ojca z urzędu, a potem według dat tajemnicze zgony nieukaranych winowajców. Ostatni półtora roku temu, w odległym mieście. Kilka miesięcy później były prokurator osiadł tutaj.

Oczyma wyobraźni widziałem, jak wynajduje sprawę w gazecie, przenosi się w okolicę wraz z rosnącą kolekcją zegarów, czeka na sposobną chwilę, a potem znika. Zamożny samotny rentier, dziwak. Wzdrygnąłem się. Nie miałem dowodów. Nagła zmiana w życiu, długa i męcząca podróż, stary dom, modne powieści – to sprawiło, że łączyłem niezwiązane ze sobą elementy w przerażającą opowieść.

Wyobraźnia miała inne zdanie, nie chciała słuchać głosu rozsądku. „Drobiazgi” – przypomniałem sobie z drżeniem. Skrzynka w zamkniętym pokoju.

Przyniosłem ją i wysypałem zawartość na dywan. Przedmiotów było dziewięć, tyle samo co zegarów, tyle samo co zbrodni. Fular mógł należeć do zabójcy prefekta, miedziany pierścionek do kobiety stratowanej przez byki, wojskowy guzik wiązać się z pojedynkiem. Drżącymi rękami dopasowywałem trofea do stert gazet.

Na dziwaczną ekspozycję kładły się cienie brązowych figur. Wyciągały ku mnie żarłocznie ręce, ze wszystkich skrzynek dochodziło cichuteńkie tykanie. Niemalże widziałem wahadła przypominające katowskie miecze. Kiedy gongi wybuchły kakofonią, najpierw ścisnąłem głowę rękami, by uciec przed natłokiem dźwięków, a potem przez gabinet wybiegłem do ogrodu.

W zapadającym zmroku zdołałem nabrać wody ze studni, wylałem więc na siebie cały cebrzyk, mimo że chłodniało, i natychmiast zacząłem zdzierać ubranie i drapać skórę. Woda śmierdziała stęchlizną, padliną, pod palcami czułem ohydny śluz.

Gongi w salonie umilkły, a ja, mokry i zmarznięty, nachyliłem się nad ocembrowaniem. Nie czułem smrodu, woda była tylko wodą. Czego się spodziewałem? Że zobaczę na dnie rozkładające się zwłoki albo połyskujący bielą szkielet ostatniej ofiary? A może ciało ojca?

Łańcuch zazgrzytał niczym potępieniec.

Ostatnia ofiara. Gazety na etażerce w salonie, jedyne, których nie przejrzałem.

Niemal natychmiast trafiłem na notatkę o zakończeniu procesu i uniewinnieniu nauczyciela nazwiskiem M., oskarżonego o czyny nieprzystojne i zamordowanie dwóch uczniów. Nie miałem wątpliwości, że ojciec przeprowadził się tutaj z powodu tego człowieka.

Rozejrzałem się za dzieciobójcą na zegarze i nie znalazłem. Abraham z Izaakiem pasowali do wysokiego urzędnika, którego syn popełnił samobójstwo – najwyraźniej nie w mniemaniu mojego ojca.

Żalił się, że nie zdąży powiększyć kolekcji – słowa konsjerżki wybrzmiały głuchym echem w mojej głowie.

M. nadal żył w miasteczku.

۞

– Doskonale, że pana widzę! – Antykwariusz zatarł ręce. – Zmienił pan zdanie?

– Nie.

Po co tu przyszedłem?  Żeby przeprosić? Nie. Może powinienem dokupić zegar?

– Parę dni temu zapomniałem panu coś pokazać – mówił tymczasem marszand, otwierając szafę. – Człowiek, który to zamówił prawie rok temu, nie pojawił się już póżniej, zły byłem, bo naszukałem się i zapłaciłem sporo więcej niż wyniosła zaliczka. Miał dopytywać, nie powiedział, gdzie miesz…

– Mój ojciec coś panu zlecił? – przerwałem mu z udaną radością. Przeszedł mnie dreszcz, a jednocześnie czułem dziwną ekscytację.

– Wyszperałem, co chciał, choć temat rzadki. To nie jest arcydzieło – skrzywił się – ale pański ojciec się uparł. Pewnie kolekcjonował znane postacie z francuskiej historii?

Postawił zegar na stole, a ja zadrżałem, choć widok mnie nie zaskoczył. Ozdobną skrzynkę wieńczył kościotrup z kosą, pochylony nad stojącym koło szubienicy człowiekiem w średniowiecznej zbroi.

– Wie pan, gdyby nie podpisy: „Pycha prowadzi do upadku” i „Le vrai Barbe bleue”, pewnie bym się nie domyślił, że to on – gadał antykwariusz, a mi przed oczami tańczyły czarne plamy.

– Tak, tak, to się zgadza z notatkami – wymamrotałem.

Dopłaciłem różnicę ceny, podziękowałem, a od progu, mimochodem, rzuciłem pytanie o człowieka nazwiskiem M., jakoby znajomego ojca.

– Smutna historia. – Antykwariusz spochmurniał. – Oskarżono niewinnego człowieka, złamało mu to życie, mimo że sąd go ułaskawił. Zmarł niedługo po procesie, Panie świeć nad jego duszą.

Poczułem ulgę. „Nie będę musiał wyjeżdżać” – przemknęło mi przez myśl. „Kolekcja jest pełna. Los wyręczył ojca. Teraz będzie spokój”.

Wróciłem pospiesznie do domu. W salonie panował półmrok, zapaliłem więc świece, a kiedy Gilles de Rais stanął na półce nad kominkiem, ze wszystkich stron dobiegło cichutkie tykanie. Figury przyglądały się w napięciu ostatniemu kompanowi.

Nowy nabytek dał się nakręcić – może zatrzyma się w godzinie śmierci człowieka, któremu został poświęcony?

Tik-tak, tik-tak – mówił były towarzysz Joanny, kat dzieci, i było to zwykłe tykanie chodzącego zegara.

Wieczór był chłodny, a że wstrząsały mną dreszcze, postanowiłem zapalić w kominku. Popiołu nazbierało się dużo; zacząłem go wygarniać i zahaczyłem zmiotką o coś brzęczącego, co okazało się sporą staroświecką cebulą. Otwarłem pokrywkę i natychmiast ją zatrzasnąłem, bo z tarczy spojrzała na mnie moja własna wykrzywiona twarz.

Z trudem się uspokoiłem: to musiało być po prostu lusterko.

Tik tak, tik tak – rozbrzmiewało w całym salonie, jakby zegary usiłowały mi coś powiedzieć.

Odwróciłem się gwałtownie ku nim.

Figury urosły do niemal ludzkich rozmiarów, ogień palił, ostrze gilotyny nieubłaganie zsuwało się ku skazańcom, a może ku mojej własnej szyi, sztylet królobójcy szukał celu, wojownik zamierzał się na mnie mieczem. Wieczko zegarka wydobytego z popiołów otwarło się i patrzyłem znów na siebie i jednocześnie nie siebie: wizerunek był tylko podobny. W wymiecionym popiele połyskiwały białawe odłamki, dostrzegłem też cienki drucik wyglądający na kawałek okularów.

Czułem żar bijący od otaczających mnie brązów i uzmysłowiłem sobie, za późno, że ofiary ojca były za życia zbrodniarzami. Tik-tak, tik-tak osaczało mnie niczym padlinożercy krążący wokół umierającego zwierzęcia. Zacisnąłem palce na zegarku, który był kiedyś moim ojcem, zamknąłem oczy i usiłowałem odgonić upiory.

Czy one go w ten sposób zabiły? W akcie zgonu wpisano apopleksję; nie zdziwiłbym się, gdyby i mnie miała trafić.

Usiadłem na sofie i przez chwilę oddychałem głęboko, by się uspokoić. Zegary wróciły do zwyczajnych rozmiarów, odbite od nich światło świec złociło stare tapety i szyby w oknach. „Wszystko wróci do normy” – powtarzałem sobie – „koszmar się skończył, ostatnia ofiara zmarła śmiercią naturalną, Gilles de Rais pozostanie zwyczajnym zegarem”.

Koło mnie leżały gazety z etażerki. Wcześniej w pośpiechu nie przejrzałem wszystkich, więc z ciekawości zajrzałem do pozostałych. Notatka o śmierci nauczyciela była tak krótka, że omal jej nie przeoczyłem, natomiast z doniesień sądowych dowiedziałem się, że główną oskarżycielką była sąsiadka, która wedle plotek zagięła parol na majętnego wdowca i to zadecydowało o odrzuceniu jej świadectwa i uniewinnieniu.

Tik-tak, tik-tak. Podskoczyłem dopiero na dźwięk gongu, którego jeszcze nie słyszałem. Rzut oka na kieszonkowy zegarek upewnił mnie, że Gilles de Rais chodzi prawidłowo i wybija aktualną godzinę. Odetchnąłem z ulgą.

Tik-tak, tik-tak. Natarczywe tykanie nie dawało spokoju.

– O co chodzi? – rzuciłem do zegara.

Tik-tak, tik-tak – odpowiedział cały chór.

Zerknąłem znów na gazetę i nagle dotarło do mnie znaczenie słów antykwariusza. Zaraz po procesie. Czyli dwa lata temu, zanim ojciec tu przyjechał. „Mógł nie wiedzieć” – pomyślałem. „Po co w takim razie został?” Bo czuł się bezpieczny, mógł spokojnie szukać kolejnej ofiary?

Tik-tak, tik-tak, tik-tak. „Myśl, myśl” – mówiły wahadła.

– Ojciec nie przyjechał tu po głowę nauczyciela – szepnąłem, a mój wzrok padł na kajet, w którym rysowałem zegary. Wyciągnąłem rękę, by przewrócić kartki na początek, choć wiedziałem, co tam zobaczę. Nie myliłem się. Notatnik należał do M. Ojciec zamieszkał w jego domu, przyczajony na sąsiadkę wspomnianą w gazecie.

Pociemniało mi w oczach, kiedy przypomniałem sobie złożoną pierwszego dnia wizytę, łakomy wzrok i złość w oczach tamtej kobiety, oraz podejrzenie, że i na ojca zagięła parol.

Odłożyłem zeszyt i podniosłem wzrok. Spływające krwią brązowe figury pochylały się nade mną, ich oczy płonęły. Coś zsunęło się z sofy i potoczyło po dywanie. Zegarek, w który przemienił się mój ojciec. Zrozumiałem, że mnie czeka taki sam los, jeśli nie zaspokoję głodu otaczających mnie postaci.

Moje zegary łaknęły krwi.

Koniec

Komentarze

Brawo. Bardzo twoje, także w sposobie budowania grozy, powolnym i pozbawionym gore, dość powszechnie w tym konkursie obecnego. W takiej klasycznej, staroświeckiej grozie niewiele osób tu na forum może się z tobą równać. Pomysłowa, oryginalna, zapętlona fabuła plus efektowne granie historycznymi postaciami na zegarach daje świetny klimat. Bardzo, IMHO, udana lektura. 

Jedyne, czego bym się czepiła, to nieco przyspieszone IMHO zakończenie, ale rozumiem, limit.

nieco przyspieszone IMHO zakończenie

A tak walczyłam o to, żeby nie było przyspieszone…

 

Tak na wszelki wypadek wrzucam coś, co miało być w pierwszym komentarzu, ale nie zdążyłam. Zegary wyglądają mniej więcej tak, to między innymi ten styl (nie późniejszy) i takie postacie, tylko mają normalne cyferblaty. To akurat rzeczywiście Joanna, aczkolwiek nieco późniejsza od mojej. Ale zamykam się, bo o zegarach mogłabym długo.

 

http://altronapoleone.home.blog

Może źle się wyraziłam. Nie tyle przyspieszone, co człowiek – a konkretnie ja – chciałby jeszcze więcej. Fabularnie pewnie by się dało je pociągnąć dalej, przede wszystkim w kierunku rozbudowania tego, co się u ciebie subtelnie rysuje – jakiejś symbiotyczno-pasożytniczej niemal współpracy między bohaterem a zegarami.

Zaciekawiło mnie bardzo, choć podejrzewałam, co się wydarzy. Nie przeszkadzało mi to jednak, aby z ekscytacją czytać kolejne linijki. Przypomina mi to bardziej opowiadanie detektywistyczne niż horror, ale to może przez brutalność z innych konkursowych opowiadań. Postarałaś się! Jest tu mnóstwo szczegółów, o które wzbogacony tekst nabrał klimatu nieporównywalnego z niczym. Nauczyłam się też nowego słowa, którego wcześniej nigdzie nie spotkałam. Twój styl i aptekarska dokładność robią wrażenie.

Dziękuję M.G. :)

 

Z ciekawości: jakie to słowo?

 

symbiotyczno-pasożytniczej niemal współpracy między bohaterem a zegarami

Hmm. Brzmi interesująco, choć nie widziałam tego w ten sposób

 

http://altronapoleone.home.blog

Bystrooka, jak miś nie lubi horrorów, tak Twój przeczytał z przyjemnością. Nie czytałby wcale, gdyby nie był pewny, że nie będziesz epatować wiadrami krwi i wstającymi z grobów umarlakami. Przeczytał i nie żałuje. Mógłby żałować, gdyby nie przeczytał. Wprawdzie czytał to, jak detektywistyczną opowieść, a nie jak horror, ale z tym większą satysfakcją. Jak zawsze u Ciebie osadzenie fabuły w historii i dopieszczenie detali dodało opowiadaniu smaku. Polecam do Biblioteki. Klik!

drakaina

 

zmitygował… Narzuciło mi się, że to coś z kłamaniem, tworzeniem nowych mitów, a po sprawdzeniu okazało się, że bardzo błądzę. W ciemnym lesie. Bez latarki.

Lektura Twojego opowiadania przypadła na sam koniec mojego nocnego maratonu z konkursowymi opowiadaniami. Mimo lekkiego przesytu i znacznego zmęczenia czytało się bardzo dobrze. Warto dodać, iż ów maraton odbył się wczoraj, a dopiero dziś zabrałem się za dzielenie opiniami, ale nie wytknę tu żadnych znacznych uchybień nie dlatego, że przez ten czas o nich zapomniałem – po prostu żadnych się nie dopatrzyłem. Tekst bardzo przypadł mi do gustu zarówno poprzez język, jakim został napisany, jak i samą treść.

Lubię wracać do Twojej XIX wiecznej Francji. Dzięki odpowiednio wplecionym szczegółom, mam przed oczami te sceny. Choć już kilka razy spotkałam się z motywem zegarów, udało Ci się podać tę historię w oryginalny sposób. Ciekawie splotłaś motywy z zegarów ze zbrodniami. Dobrze mi się czyta Twoje detektywistyczne opowieści, bez makabrycznych opisów, a jednak z dreszczykiem. Tajemnica również wciąga i jest się ciekawym, o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. Idę kliknąć :).

Misiu – co tu powiedzieć? W sumie jedno, co mnie intryguje (i mam nadzieję, że nie mam sklerozy i jeszcze o to nie pytałam), to skąd przydomek Bystrooka akurat u mnie?

 

bjkpsrz – miło mi, że nocny maraton miał przyjemny finał i że nie budziło Cię potem tykanie zegara ;)

 

Monique – miło Cię znów widzieć! No i dziękuję za miłe słowa :)

 

M.G.Zanadra – może słówko się przyda ;) Nawet zapomniałam, że je tam mam XD

http://altronapoleone.home.blog

Bystrooka, nie tak dawno w jakimś komentarzu (nie znajdę teraz) napisałaś, że gdy piszę Smokini, masz wrażenie, że to do Ciebie. Asylum się włączyła i napisała, że Draco może być tłumaczone też jako Bystrooka i spodobało mi się to, zwłaszcza, że zauważyłaś wkrótce w moim drabblu brak przecinka w cytacie.

@Drakaina, @Koala75, OFFTOP

 

Blisko z tą Bystrooką, ale nie w 100%. Słowa draco / δράκων pod kątem etymologii faktycznie wiąże się z czasownikiem δέρκομαι [derkomai], który znaczy ‘patrzeć’, ale konkretnie ‘wpatrywać się’. A więc może minimalnie mniej ‘bystrooka’, a bardziej ‘analizująca wzrokiem, o badawczym spojrzeniu’.

Opowiadanie jest dość statyczne, ale muszę przyznać, że czytało się dobrze pomimo braku wyraźnej akcji. Zegary, które same w sobie mają klimat, powoli odkrywały swoją mroczną tajemnicę, czuć było napięcie. Bohater mieszkający samotnie w pustym domu świetnie nadawał się do takiego horroru. Sama historia wypadła przekonująco, pomysł na zegary robiące z ludzi niewolników jest intrygujący. Ciekawi mnie, jak skończył bohater, ale pewnie również zamienił się w zegar… 

Ninedin, miś znalazł w Wikipedii taką informację:

 “Do większości języków europejskich nazwa smoka trafiła za pośrednictwem łaciny, w której funkcjonuje słowo draco, pochodzące od greckiego δρακω ([drakan] – [bystrooki]) –

Czytaj więcej: https://histmag.org/Rola-smoka-w-mitologii-nordyckiej-4629

@Koala75: ale wiesz, ja znam klasyczną grekę. Całkiem chyba przyzwoicie, bo to mój zawód :) I nie muszę korzystać ze znaczeń podanych w popularnym magazynie historycznym – mam do dyspozycji kilka dużych słowników, z których co najmniej jeden jest online.

 

Masz tu wyciąg z tego właśnie słowika Liddella i Scotta, GR – ENG

A.AP7.224:–see clearly, see, Il.17.675; part. δεδορκώς having sight,; hence, alive, living,Il.1.88, cf. Od.16.439; δρακεῖσ᾽ ἀσφαλές since she lives in safety, c. acc. cogn., πῦρ ὀφθαλμοῖσι δεδορκώς flashing fire from his eyes, Od.19.446;

2. c. acc. objecti, look on or at, Il.13.86, ; descry, perceive, Od.10.197, E. b. look with favour on, of Destiny, Pi.P.3.85.

II. of light, flash, gleam, like the eye, to be keen-eyed, Chrysipp.Stoic.3.198; “–Poet. and later Prose.)

 

Ergo, znaczenie “to be keen-eyed” jest rzadkie, poetyckie i dodatkowe, a znaczenie: postrzegać, wpatrywać się jest klasyczne i homeryckie. Plus, w sumie na marginesie zastanawiam się, czy w ogóle to bazowe znaczenie , “o żywych, ognistych oczach” nie jest najlepsze dla ‘smoka’ :)

Cześć, drakaino!

 

Tik-tak bardzo przypadł mi do gustu. Waham się, czy nie bardziej od Marsjańskiego gambitu.

Napisałaś stylowe opowiadanie, pełne smaczków i ciekawych odniesień, a zbudowana intryga mnie usatysfakcjonowała. Pomysłowo wykorzystałaś swój numerek konkursowy.

Podczas lektury towarzyszył mi posmak prozy Edgara Allana Poe i Henry’ego Jamesa. Z przyjemnością powróciłem do tych klimatów w Twoim znakomicie zbudowanym tekście. I chociaż z początku towarzyszyło mi lekkie zagubienie (bałem się, że enigmatyczność mnie nie opuści aż po finał), to z każdym kolejnym zdaniem wszystko wskakiwało na odpowiednie półki. Tak jak w kryminale być powinno.

Po raz kolejny z dużą przyjemnością googlowałem sobie co bardziej frapujące nazwiska (np. Gillesa de Rais). Szczerze powiedziawszy, stokroć wolę w mniejszym bądź większym stopniu dokształcać się w miarę lektury, niż mieć wszystko podane na tacy. U Ciebie te historyczne wtręty pełnią dla mnie taką właśnie rolę.

Dzięki za tę lekturę. Do biblio zgłosiłem już wcześniej.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

fmsduval – w zasadzie to jedyne, co mi pozostaje po takim komentarzu, to wziąć i się zarumienić ;)

 

Dzięki za porównanie z Poe i Jamesem, choć pobrzmiewać też powinien Gauthier czy Maupassant, ale ich się mniej obecnie czyta ;) Do Poe’go nawiązałam natomiast całkowicie świadomie w jednym momencie, kiedy w bardzo bliskim sąsiedztwie pojawiają się dwa znaczące słowa XD

 

Szczerze powiedziawszy, stokroć wolę w mniejszym bądź większym stopniu dokształcać się w miarę lektury, niż mieć wszystko podane na tacy. U Ciebie te historyczne wtręty pełnią dla mnie taką właśnie rolę.

Miód na moje serce, bo o takim odbiorze marzę. Był czas, kiedy po komentarzach pod “Fundamentem imperium” chciałam rzucić pisanie, bo komentarze właśnie w kwestii historii były dołujące (potem doszłam do wniosku, że świadczyły raczej o komentującym, nie o opowiadaniu). Doprowadziły do tego, że staram się choć trochę wyjaśnić w tekście (jak przy Gillesie, gdzie dałam w dwóch słowach streszczenie jego historii), ale buntuję się przeciwko historycznym infodumpom dla wygody leniwego i pozbawionego dobrej woli czytelnika.

 

Koala/ninedin – nawet jeśli “bystrooka” to dalekie słownikowo znaczenie, jest tak ładne, że przyjmuję z wdzięcznością. Skądinąd jak byłoby dosłowne “bystrooka”?

 

Sonato – nie myślałam o tym jako o zniewalaniu bohatera przez zegary, raczej o wcielaniu się w nie dusz ofiar/zbrodniarzy, niemniej w jakimś stopniu tak, one człowieka zmuszają do działania dalej i obawiam się, że bohater pójdzie zapolować na wścibską sąsiadkę… Gdyby nie limit, wątek tej zbrodni byłby pewnie minimalnie rozwinięty.

http://altronapoleone.home.blog

@Drakaina; zgadzam się, jest ładne. Najbliżej dosłownego znaczenia “bystrooka” byłoby εὐόφθαλμος [euophtalmos], które znaczy zarówno “pięknooki/a”, jak i “bystrooki/a” (i ma tę samą końcówkę dla masc. i fem, jakby ci się coś z końcówką nie zgadzało) :) 

Niepokojące. W pozytywny sposób.

 

Bardzo udane połączenie horroru z kryminałem. Choć wcześniej wspomniano Poego, mi po głowe chodził raczej Lovecraft – mimo nieobecności macek – u którego motyw śledztwa też jest często mocno eksponowany.

Fabuła oczywiście dość statyczna, a jednak niesamowicie angażująca – cały czas chciałem wiedzieć, co będzie dalej, poznać rozwiązanie zagadki. Choć więc całość sprowadza się do szperania w starych papierach i kilku dialogów, ta niezbyt wartka akcja wciągnęła mnie na tyle, że łyknąłem tekst na raz.

Bohater nieco kontrowersyjny. Ma oczywiście moc sprawczą w opowiadaniu, bez dwóch zdań gra tu pierwsze skrzypce, jednak tekst jest tak skupiony na otoczeniu i ojcu bohatera, że o nim samym niezbyt potrafię coś powiedzieć. Nie jest to błąd, ale biorąc pod uwagę tematykę konkursu, spodziewałem się ostrzej zarysowanej osobowości.

Realia historyczne, jak zwykle u ciebie, oddane ze szczegółami. Co zresztą wiesz lepiej ode mnie.

 

Podsumowując – bardzo dobry tekst, czytałem z przyjemnością.

 

Hej, None :)

 

Cieszę się, że wciągnęło. Co do bohatera, to pomijając starą śpiewkę, że nie uważam, by punkt widzenia musiał być 1) siłą sprawczą/napędową fabuły; 2) ośrodkiem zdarzeń; 3) mocno zarysowany, tu dodatkowo i celowo oraz, wydaje mi się, że dość jasno, dałam do zrozumienia, że bohater nie posiada własnej historii: przytułek, przypadkowa praca, brak pieniędzy, choć może jakieś ambicje. On miał być takim Nikim, kto wpada po uszy w bagno, bo to, co wydawało się darem niebios w jego sytuacji, okazuje się koszmarem.

http://altronapoleone.home.blog

Jasne, po prostu konkurs miał być o wczuwaniu się w perspektywę bohatera, a tutaj akurat ten element nie do końca dla mnie zagrał. Co nie znaczy, że tekstowi coś dolega – sam w sobie jest bardzo dobry.

Hmmm. Chyba nieco inaczej zrozumiałam to wczucie, może mniej bebechowo i psychologicznie, ale jako napisanie czegoś bardzo mocno z perspektywy bohatera w sensie narracji. Ale ja w ogóle nie bardzo o literaturze myślę bebechami, znacznie bardziej technikami narracyjnymi ;)

 

W regulaminie jest zresztą tylko tyle: “Wcielenie to konkurs na opowiadania pełne grozy i wywołujące w czytelnikach niepokój dzięki wykorzystaniu narracji pierwszoosobowej”.

http://altronapoleone.home.blog

No, ja to zrozumiałam też podobnie, jak Drakaina <3 – miałam wrażenie, że ta pierwsza osoba miała przede wszystkim być narzędziem do kreowania nastroju grozy i niesamowitości.

Bardzo fajny pomysł, żeby powiązać kolekcję zegarów ze zbrodniami. Nowatorski. I faktycznie wypada to niesamowicie. Ciarki przechodzą, jak człowiek pomyśli, że mieszka w tym domu. Nie dziwota, że się sąsiedzi skarżyli.

Bohater – jak często w fantasy – sierotka, która ma w życiu bardzo pod górkę. Ale zamiast trenować szermierkę z kuzynem, a pod koniec książki zostać zbawcą świata, dostaje spadek. Znikają kłopoty z włożeniem czegoś do garnka, a zaczynają się te prawdziwe… Łatwo facetowi kibicować.

Przyjemnie odkrywało się kolejne warstwy tajemnicy.

Babska logika rządzi!

Hmmm. Chyba nieco inaczej zrozumiałam to wczucie, może mniej bebechowo i psychologicznie, ale jako napisanie czegoś bardzo mocno z perspektywy bohatera w sensie narracji. Ale ja w ogóle nie bardzo o literaturze myślę bebechami, znacznie bardziej technikami narracyjnymi ;)

Że inaczej patrzymy na kreację postaci, to żadna nowina. ;) Przy okazji –jak się ma mój przyjaciel Fritz? 

Intrygująca groza z odcieniem detektywistycznym. Napięcie narastało, zegary budziły się i zamierały. Takie cudeńka, a przeklęta moc w nich pulsowała. Szkoda zegarów. Ciekawe, skąd się w nich wzięła taka siła.

Opowieść mi się podobała, bardzo lubię Twoje francuskie śledztwa z epoki! :-)

 

Trochę zgubiłaś mnie przy opisie zegarów (gdy próbował połączyć zegary ze zdarzeniami; piszę na okrętkę, aby uniknać „spojlowania”).

Zastanawiałam się też, dlaczego uczyniłaś bohatera chłopcem z przytułku (matka też odumarła?). Dokąd napisał notariusz z informacją o testamencie, jeśli bohater nie pracował już u pana E., chyba że został w miasteczku i imał się prac dorywczych? 

Chyba nie do końca pojęłam zakończenie. Rozważałam następujące opcje: śmierć prokuratora była naprawdę naturalna, więc niejako „uciekł” kolekcji tuż przed wykonaniem zadania; nie mógł zdobyć się na ostatni akt, pomimo tego, że zamierzał to zrobić, na co wskazywałyby gorączkowe poszukiwania ostatniego z kolekcji; tajemnica była bardziej posępna i mroczna – prokurator robił to od lat.

 

pzd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Historia ta przeniosła mnie do wnętrza wypełnionego starodawnymi, popsutymi zegarami. Opowiadanie jest jednak odrobinę statyczne, lecz nie uważam tego w powyższym przypadku za defekt, ale swoistą manierę. Opisy (niekiedy przydługie) skrupulatne budują grozę w tej narracji. Rewelacyjne zakończenie o zegarach łaknących krwi. Patrząc szerzej to przedmioty posiadają człowieka, a nie człowiek przedmioty :(

Edit: motywem muzycznym tego opowiadania oczywiście mógłby być Zegarmistrz światła purpurowy :)

@Asylum

 

Zastanawiałam się też, dlaczego uczyniłaś bohatera chłopcem z przytułku (matka też odumarła?)

Dlatego, że on nie może mieć “wentylu bezpieczeństwa” i ewentualnego miękkiego lądowania ;) O tym, że do przytułku trafił po śmierci matki, jest powiedziane. Oryginalnie matka miała go tam zostawić i zniknąć, ale to domagałoby się wyjaśnienia, a na to nie było miejsca (limit) ;)

 

Dokąd napisał notariusz z informacją o testamencie

Np. do przytułku, w którym on się wychował. Paranoiczny ojciec zapewne wiedział, co się dzieje z synem. No i ówczesna Francja to kraj rozwiniętej biurokracji, więc znalezienie kogoś, kto nie stara się ukrywać, nie stanowi jakiegoś bardzo wielkiego wyzwania.

 

Chyba nie do końca pojęłam zakończenie.

Zdecydowanie opcja trzecia, choć oczywiście mamy na to wyłącznie domysły i analizy bohatera ;)

 

@AmyBlack

 

Rewelacyjne zakończenie o zegarach łaknących krwi

Dziękuję :) Ukradłam tę frazę Anatolowi France (”Bogowie łakną krwi”, powieść o rewolucji), ale ona wyznaczyła mi całe opowiadanie. Skądinąd po francusku tylko “les dieux ont soif” czyli są spragnieni, mogłoby też być jako tytuł, ale polski przekład lepiej pasuje.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć.

 

Wiadomość nie zrobiła na mnie wrażenia – dosyć oschły facet, chyba go nie polubię…

 

– Skorzystam z usług pańskiej żony – oznajmiłem

Albo to źle brzmi, albo przedawkowałem internet. Prawdopodobnie przedawkowałem internet.

 

– On też obiecywał. Po czym umarł. Wcześniej był spokój.

Wcześniej, czyli kiedy? Z tych zdań wygląda to tak, że „wcześniej” = zanim umarł, a chyba nie tak miało być. Może lepiej byłoby „dawniej”?

 

ledwie to pomyślałem, poczułem ból w palcach, jakby otwierały się ledwie zasklepione rany.

 

znalazłem późniejszą o rok informacjęn – chochliki weszły i popsuły słowo.

 

że mnie czeka taki sam losn – i znowu

 

Dobrze przeczuwałem. Nie polubiłem bohatera, jest jakby taki wyprany z uczuć… Ale pomysł na zegary świetny. Opowiadanie jest mroczne i trzyma w napięciu, zagadka w końcu zostaje rozwiązana, aczkolwiek uważam że przerwałaś w najciekawszym momencie… Ale rozumiem, ograniczenia konkursowe.

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Dzięki, Kosmito, za uwagi :)

 

Co do “usług”, dopiero jak na to zwróciłeś uwagę, to internety wyskoczyły, bo rzeczywiście, ale to, kurczę, XIX wiek i jak to powiedzieć skrótowo? ;)

 

Chochliki usunęłam, to z redakcji na klawiaturze dotykowej ewidentnie.

 

Co do wcześniej/dawniej to “wcześniej” niż obiecywał (bo się popsuło), ale widzę, że to może powodować dyskomfort. “Dawniej” jednakowoż brzmi mi jak “daaaawno”, a facet mieszkał tam zaledwie rok…

 

Opowiadanie jest mroczne i trzyma w napięciu, zagadka w końcu zostaje rozwiązana, aczkolwiek uważam że przerwałaś w najciekawszym momencie… Ale rozumiem, ograniczenia konkursowe.

Tu akurat nie – nie planowałam opowiadania o tym, jak bohater przejmuje schedę po tatusiu w sensie bycia vigilante, od początku to akurat zamierzałam jedynie zasugerować jako jedną z możliwości :)

 

http://altronapoleone.home.blog

on nie może mieć “wentylu bezpieczeństwa” i ewentualnego miękkiego lądowania ;)

Fakt, najlepiej jak najmniej linek w tej konkretnej sytuacji. ;-)

 

Np. do przytułku, w którym on się wychował […] biurokracja

Nawet bardzo, w końcu przyjmuje się, że nazwa wywodzi się od „bureau” (urząd).  :-) Zawiesiła mnie informacja o niejedzeniu przez dwa dni. Była radykalna i wychowankowie niekoniecznie utrzymywali kontakt z przytułkiem. Miałam dwie koncepcje: praca u E. Była jego pierwszą (poleconą przez przytułek)  i po rozmowie z notariuszem zrezygnował z pracy; nie pasowało, więc wykombinowałam drugą - został zwolniony i dorabiał w przytułku.

 

W takim razie – trzecia. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zawiesiła mnie informacja o niejedzeniu przez dwa dni.

???

To dotyczy podróży dyliżansem do notariusza i jedzenia wyłącznie sera i kiełbasy, z przytułkiem nie ma nic wspólnego XD

On raczej szukał dopiero swojej drogi w życiu: w wersji przed skrótami limitowymi było jeszcze, że zakonnice namawiały go oczywiście na karierę duchowną, oraz mocniej, że nauczyciele zachęcali do podjęcia studiów. Zostało wojsko i studia prawnicze jako rozważane opcje. Chciałam dać obraz młodego człowieka, który jest zdolny i jakieś ambicje ma – co skądinąd tłumaczy, że on sporo ze szkoły wyniósł i pamięta, ma na przykład orientację w tym, co przedstawiają zegary – ale po prostu życie mu się tak ułożyło, że nie bardzo ma środki, a dorywcza praca jako służący nie jest tym, co chce robić przez całe życie.

http://altronapoleone.home.blog

Aaa, wszystko jasne! :-)

Czytam teraz niektóre opowiadania rosyjskie, wiem, niepoprawne, ale patrzę, co napisali. I, np. ten Tołstoj jest tak przyczynowo-skutkowy, że aż diabli biorą. Wiedzie faktograficznie jak po sznurku do swoich rozkminek etycznych (w życiu takim nie był, taki rozdział piszarz w tekstach i życiu).

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rzeźbione w brązie? Raczej odlane w brązie albo z brązu… Niby nieistotny passus, a jednak dziwi, bo równie dobrze można napisać, że coś jest rzeźbione w spiżu.

Pozdrówka.

Przyznam, że zastanawiałam się nad tym, bo technicznie rzecz jasna masz rację i sporo dobrych brązów podpisuje oprócz rzeźbiarza także odlewnik albo firma odlewnicza. Niemniej z punktu widzenia laika, kogoś, kto patrzy na sam efekt końcowy, wydało mi się to uzasadnione. Jesteś pierwszym, kto na to zwrócił uwagę, niemniej odnotowuję ;)

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytałem… Bardzo dobry pomysł, dobre wykonanie, z wyjątkiem rzeźbienia w brązie, ale koniec, niestety, nie zwieńczył dzieła. Pewnie, to opowiadanie na konkurs, obowiązuje termin i pewnie limit znaków, ale zakończenie jest pośpieszne i w dodatku mocno sztampowe. Szkoda, bo mogło być znacznie lepiej. 

Ale tekst jest “biblioteczny” jak najbardziej, chociaż zdanie z rzeźbieniem w brązie zdecydowanie wymaga poprawienia. Nie rzeźbi się w metalu…

Pozdrówka.

A zaproponuj lepszy koniec? Bo zważywszy, że cały pomysł wyszedł od tego zakończenia, mnie byłoby trudno :P Nie twierdzę,, że skorzystam, ale jestem ciekawa, jakie zakończenie byś tu widział.

http://altronapoleone.home.blog

Opowiadanie jest skończone, opublikowane, skomentowane, biblioteczne… Nie za bardzo można teraz w nim, bez znacznie wcześniejszych zapowiedzi, jeszcze coś zasadniczo zmienić, a tym bardziej dołączyć inną końcówkę. 

Ale niewykluczone, że lepszym zakończeniem, jak dla mnie, byłoby przykładowo takie, że do pokoju, w którym siedzi bohater, wchodzi ta kobieta z filiżanką parującej i cudownie pachnącej herbaty. Słodkim głosem mówi, że dobrze byłoby, gdyby pan wypił coś gorącego, bo marnie pan wygląda… Bohater upija łyk i wali się na podłogę. W ostatnich sekundach życia rozumie, że dawna gospodyni ojca domyśliła się, że on rozszyfrował tajemnicę, zrozumiał jej rolę i że ona, całkiem po prostu, otruła go. A wszystkie kuranty zegarów jednocześnie biją… Możliwe są także odmienne, tak samo zaskakujące zakończenia.

Ale chyba w obecnej sytuacji tekstu jest już “po herbatce”…

Pozdrówka.

 Źle mnie zrozumiałeś – nie chcę zmieniać zakończenia, bo od niego się to zaczęło. Intryguje mnie natomiast, jak byś widział alternatywne zakończenie. Czysta ciekawość i cel poznawczy ;)

 

Pewnie mogłam wprowadzić z powrotem sąsiadkę, ale chciałam bohatera zostawić w chwili, kiedy to on ostatecznie orientuje się, co się tu wyprawia, ale jeszcze nie podjął decyzji.

http://altronapoleone.home.blog

Dokładnie, Drakaino, stoi przed, lecz nie jest aby „po ptakach”? Z drugiej strony nic złego nie uczynił, docieka rozwiązania zagadki. Postawiłaś go przed wyborem.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Może ciągle jeszcze dać zeżreć siebie… Co dalej w takim przypadku, nie wiem XD

http://altronapoleone.home.blog

Wiem. xd Zeżarcie mi nijak nie pasuje. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mam kilka doczepów do fabuły:

– Niech ich pan nie nakręca – przerwał mi.

– Nawet się nie da – rzuciłem opryskliwie. – Kluczyk się nie obraca.

Żadnego nie da się nakręcić? W takim razie kluczyki… (liczba mnoga)

Poza tym dziwnym by było, że wszystkie nakręcało się kluczykiem. Część raczej przez przesuwanie ciężarków, korbą, różnie.

 

Sypialnia urządzona była po spartańsku: łóżko, stolik nocny, miska wypełniona wciąż do połowy wodą.

Po trzech dniach? To raczej wilgotność musiała być strasznie wysoka!

Ciało ojca znikło tuż przed pogrzebem. Lekko licząc (prawo o letargu) to jakieś 3 dni.

 

Zakończenie jest nadmiernie zaskakujące, bo pozbawione wprowadzenia tzn. czytelnik nie ma podpowiedziane, że zegary są krwiożercze, czyli autor nie daje wskazówki narracyjnej. Plot twist nie może być tożsamy z deus ex machina.

Jedynie:

 Sącząca się ze skaleczeń krew wsiąkała w papier, w salonie pociemniało, złocone figury nachyliły się nade mną.

 

 , ale w/g mnie to za mało, bo figury to nie zegary jako takie. Jakieś: “miałem wrażenie, że cyferblaty, jak wielkie oczy, gapiły się łakomie na krew wsiąkającą w papier”.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Podobało się: Zegary, jako same zegary. Obraz ich kolekcji zrobił na mnie wrażenie. Atmosfera jak ze snu, który staje się fundamentem jakiegoś większego świata i historii. 

Nie podobało się: Z jednej strony zegary są mroczne i trudne do odgadnięcia, nieludzkie (co samo w sobie jest dobre) ale z drugiej strony działają według zasad ludzkiej moralności (konkretnej wersji). Na ile więc są spoza ludzkiego świata a na ile są jego częścią? 

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Radku kluczyki do ówczesnych zegarów są mocno uniwersalne. Piszę z doświadczenia, bo mam pięć takich cacek, aczkolwiek niekrwiożerczych ;) Może najlepsze werki mają inne, ale wątpię. W wersji przedlimitowej była mowa o tym, że w arcydzieło złotnictwa wsadzono byle jaki werk, ale ten wątek został pożarty przez limit.

 

Wody w miednicy jest niedużo, a pora chłodna, więc i wilgoć może być :P

 

Co do figur i zegarów – załóż, że dusze zbrodniarzy, które jakoś tam wcieliły się w zegary, patrzą jednak głównie oczami figur, choć poruszają też mechanizmami.

 

Co do podpowiedzi imho cały tekst prowadzi do krwiożerczości, choćby przez to, że zegar wysysa krew ze skaleczeń… więc nie bardzo wiem, co odpowiedzieć…

 

 

Olgierdzie Zegary nie są spoza świata, a ponieważ funkcjonują na styku prokuratora i zbrodniarzy, trudno, żeby kierowały się inną moralnością ;)

Dziękuję za wizytę!

http://altronapoleone.home.blog

Radku, nie wiem, co chcesz dać do zrozumienia tym linkiem? Naprawdę mam w domu dokładnie takie zegary w sensie epoki i typu jak w opku i kluczyk od jednego pasuje do innych… Wodę w misce też mi się zdarzało zostawać i z mniejszej niż miednica do mycia nie wyparowywała w jeden dzień, więc mam wrażenie, że w obu przypadkach się jednak czepiasz zanadto. Jak dotrę w miejsce, gdzie się zatrzymam na kilka nocy, zrobię eksperyment z miednicą

http://altronapoleone.home.blog

Radku, nie wiem, co chcesz dać do zrozumienia tym linkiem?

Szczerze, to nic. Znalazłem dużo kluczy do zegarów, korbek i się chciałem pochwalić, bo ładne.

więc mam wrażenie, że w obu przypadkach się jednak czepiasz zanadto.

Też możliwe. Wynik eksperymentu z miednicą niewątpliwie zależy od wilgotności powietrza w tym czasie.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Za parę dni w Paryżu raczej nie będzie bardzo wilgotno ;) Kluczyki ładne , ale mój z epoki ładniejszy ;)

http://altronapoleone.home.blog

To jedno z tych opowiadań, które czyta się na jednym wdechu. Jedyny minus, jak dla mnie, to zbyt “lekkie” zakończenie. Trochę odstaje od reszty tekstu. Całość top.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

To opowiadanie jest pierwszym, które przerzuciłem do postaci PDF i czytałem na czytniku. 

Ludzie, zdecydowanie polecam! 

Ponieważ o wiele łatwiej było mi skupić się na tekście. to poczułem klimat, jakiego chyba nigdy dotąd nie udało mi się poczuć na forum NF. 

Zupełnie zapomniałem, że to opowiadanie było pisane na konkurs, pod jakieś konkretne założenia. Wręcz musiałem się otrząsnąć po lekturze, trochę dojść do siebie, żeby te oczywiste kwestie do mnie dotarły. 

Jeśli chodzi o literackie porównania, to moje skojarzenia idą raczej w stronę Stefana Grabińskiego. I powiem z ręką na sercu, że gdyby ktoś podesłał mi ebooka, twierdząc że to mało znane / zaginione opowiadanie tego autora, uwierzyłbym w to bez mrugnięcia okiem.

Drakaino, napisałaś to zawodowo. Co mam powiedzieć, po prostu czuć pióro, które naprawdę wiele potrafi, a właściwie to… nie czuć go wcale, bo historia opowiada się sama, zapomina się o świecie zewnętrznym i zagłębia w tym przedstawionym słowami.

Nie sądziłem, że mogę jeszcze poczuć grozę, a jednak się udało. Może dlatego, że była budowana nie nachalnie, bez tandety i hektolitrów krwi. 

Co do zakończenia – dla mnie jest stonowane i w sam raz. Czasem trzeba czytelnika zostawić z lekkim domysłem, nie rzucać wszystkiego kawa na ławę. Nieprzypadkowo najwykwintniejsze potrawy są serwowane niewielkimi porcjami. Odnajduję pewną analogię – Twojemu tekstowi nie towarzyszy ani pośpiech, ani nachalność, czytelnik ma wrażenie spaceru po ogrodzie pełnym rozmaitości, który tężeje, upiornieje i zalewa się czernią z każdym krokiem w nieznane. Zręcznie ukryte “strzelby Czechowa” dają do wiwatu w odpowiednich momentach.

Lektura zrobiła na mnie niemałe wrażenie.

Uważam, że tekst zasługuje na coś więcej niż tylko bibliotekę…

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Odpowiedziało mu milczenie zegarów.

mi

Bardzo fajne opowiadanie, klimatyczne i wciągające. Świetnie się czyta :)

Przynoszę radość :)

Dzięki, Anet, za rozbudowany komentarz :)

 

“mu” odnosi się do szeptu, żeby uniknąć “mi mi-lczenie” ;)

 

Silverze – pozostaje mi jedynie się zarumienić heart 

 

Jurorkę witam

 

Kubańcu – dziękuję!

http://altronapoleone.home.blog

No, tym razem mnie nie kupiłaś. Sam pomysł jest świetny, zegary cudne, ale wieszam się na szczegółach.

Czym są zegary? Duszami ofiar, które pomścił ojciec? Ale wtedy powinny zyskać spokój. Morderców? Ale wtedy dążyłyby do zemsty, a nie zachęcały do kolejnych zabójstw. Same ich przedstawienie jest niejasne. Ten z bykiem odpowiada zabójczyni, ale już ten z Joanną ewidentnie ofierze, podobnie jak ostatni, który odbiera syn.

Zastanawiam się, czy w tych czasach było możliwe, żeby prokurator prowadził śledztwo w sprawie morderstwa osoby spokrewnionej. Dziś byłoby to nie do pomyślenia.

Postępowanie ojca początkowo można zrozumieć. Zabili mu brata, nie zdołał znaleźć zabójcy, więc chodzi mu po głowie, żeby przynajmniej pomścić innych, skoro własnego brata nie może. Mogę zrozumieć chęć zbierania “pamiątek” (tabakierka, naparstek i reszta), ale jak się ma to do zegarów, nie pojmuję. Przecież już ma pamiątki. Poza tym wygląda na to, że zamawiał je przed dokonaniem zemsty (ostatni zegar). Czyli z góry wiedział, jak to załatwi? Hmm…

Zresztą w tym ostatnim przypadku łamiesz schemat. Bo ojciec poluje na morderców, a nie ma strzępu dowodu, że to kobieta w stroju mieszczki zabiła dzieciaki, a potem zwaliła winę na kogoś innego. Wiem, że to XIX wiek, ale chyba policjanci nawet wtedy nie byli idiotami. Skoro tak się starała, zwróciłaby na siebie uwagę, a to się nie stało. Mało tego, piszesz, że:

że główną oskarżycielką była sąsiadka, która wedle plotek zagięła parol na majętnego wdowca i to zadecydowało o odrzuceniu jej świadectwa i uniewinnieniu.

To się nie trzyma kupy. Skoro była główną oskarżycielką, musiała być świadkiem co najmniej czynów nieobyczajnych. Jeśli jej zeznania były spójne, to zagięty parol mógł tylko pomóc; o ja nieszczęśliwa, wydawał się być takim miłym człowiekiem, myślałam, że patrzy na mnie przychylnym okiem, a on takie straszne rzeczy wyczyniał. Tym bardziej, że nie dodajesz nic o odrzuceniu przez M. Powiedziałabym więc, że babka celowo przesadziła, celowo tak zainsenizowała swoje oskarżenie, żeby wydawało się niewiarygodne. Miała wówczas możliwość kontynuowania swoich zabiegów.

Oczywiście istnieje możliwość, że ojciec takie dowody znalazł, ale tego w opku nie ma. W ogóle nie widać starań ojca o odkrycie prawdy. Są gazety z opisami spraw, ale nie ma żadnych notatek świadczących, że się nimi zajmował. I tutaj też jest rozjazd. Bo w przypadku zegara z bykiem kobiecie nie udowodniona morderstwa pierwszej żony małżonka, a poniosła karę, jakby zabiła, a w ostatnim przypadku ojciec zasadza się na kogoś, kto w ogóle nie był brany pod uwagę jako zabójca.

Kolejna rzecz, przecież ojciec się nie wycofał. W ostatnich chwilach życia żałował, że nie zdoła powiększyć kolekcji. A ponieważ zegary były powiązane z wymierzaniem sprawiedliwości, oznacza to, że zamierzał tego dokonać. Więc czemu taka reakcja zegarów.

A jednocześnie, skoro syn zorientował się, o co chodzi zegarom, to ojciec tym bardziej powinien. Piszesz:

Trudno byłoby się z nimi rozstać, stanowiły cząstkę człowieka, który na łożu śmierci postanowił wynagrodzić mi krzywdy.

I mnie się pojawia pytanie: za co ojciec tak nienawidził syna, że zafundował mu morderczy spadek?

 

Klimacik, jak to u Ciebie, jest niesamowity, ale tym razem i tu pokręcę nosem, bo są tu rzeczy, które służą li i tylko budowaniu nastroju, a są oderwane od samej fabuły. Na przykład studnia, zresztą te pozamykane pokoje też.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

WItaj, Irko, oczywiście nie będę Cię na siłę przekonywać, ale mam wrażenie, że wymagasz troszkę za dużo “dosłownej logiki” i realizmu od fabuły horroru ;)

Zasadniczo założenie jest takie, że ojcu odwaliło – dlatego matka z młodym uciekła, ale oczywiście nie tłumaczę w szczegółach, jak to się stało, bo 1) bohater sam nie wie, 2) limit (limit wyciął też cały wątek policjanta, bo nie było miejsca na poboczne drobiazgi, ucierpiałby na tym nastrój; tzn. wprowadzić by się dało, oryginalnie był zamiast pomocnika notariusza, ale nie było już miejsca na powrót policjanta w roli Porfirego Piotrowicza ze Zbrodni i kary). Nigdzie nie jest powiedziane, że on prowadził oficjalne śledztwo w sprawie brata, niemniej na tyle, na ile znam akta sądowe paru spraw z mniej więcej tego okresu, nie było aż tak dużych obostrzeń w kwestii “konfliktu interesów”.

No i jak mu odwaliło, to został “vigilante” – i wcale niekoniecznie karał winnych. Karał tych, których uznał za winnych. Oczywiście można założyć, że miał doświadczenie i prokuratorskiego nosa, niemniej była to działalność poza prawem i tak dalej. Dlatego nie szukał prawdy, ale od razu wymierzał karę. I dlatego w ostatnim przypadku on się zasadził na sąsiadkę – bo z doniesień prasowych uznał ją za winną, co nie musiało być prawdą. Z każdym przypadkiem zapewne mu się pogarszało, bo miał więcej głodnych zegarów łaknących świeżej krwi – i doskonale o tym wiedział, ale dostał się w spiralę. A co zrobi w kwestii sąsiadki syn? Nie wiadomo. Może ulegnie sugestii tatusia, a może nie.

Zakładam, że jeszcze w sprawie zabójstwa prefekta, najwcześniejszego, mógł mieć trochę równiej pod sufitem i rzeczywiście uważać, że za tą sprawą i morderstwem brata stoi ta sama osoba. Potem jego chory modus operandi był taki, że znajdował sprawę, kupował zegar, który mu się z nią kojarzył (narrator wspomina, że nie ma konswekwencji: pokazana jest albo zbrodnia, albo kara – zapewne, co wpadło szaleńcowi do głowy i było dostępne), i zabierał się do dzieła. A jak dusze jego ofiar łączyły się z zegarami? To już tajemnica horroru, a może tatuś opracował metodę i de facto padł jej ofiarą? Na to musiałby odpowiedzieć sequel.

Pamiątki to typowy gadżet seryjnych zabójców podobno.

Co do ich łaknienia krwi: tu nie zakładałam, że ofiary będą chciały się mścić, ale że wpadają w zaklęte koło zbrodni i karmią się kolejnymi zbrodniami. 

http://altronapoleone.home.blog

mam wrażenie, że wymagasz troszkę za dużo “dosłownej logiki” i realizmu od fabuły horroru ;)

Może masz rację ;) Ale z drugiej strony nic nie poradzę na to, że zamiast wstrzymywać oddech i obryzać paznokcie z nerwów, marszczę brwi i mruczę pod nosem: zaraz, zaraz, ale przecież… ;)

 

Zasadniczo założenie jest takie, że ojcu odwaliło…

No, ale tego nie ma w opku. Jest syn, który ma do dyspozycji tylko zegary, notatki pracowe i “pamiątki”. I wcale nie zakłada, że ojcu odbiło. Tam by się faktycznie przydały przynajmniej jakieś osobiste notatki.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hmm, wydawało mi się, że ten kawałek dość tłumaczy sytuację:

 

Oczyma wyobraźni widziałem, jak wynajduje sprawę w gazecie, przenosi się w okolicę wraz z rosnącą kolekcją zegarów, czeka na sposobną chwilę, a potem znika. Zamożny samotny rentier, dziwak. Wzdrygnąłem się. Nie miałem dowodów. Nagła zmiana w życiu, długa i męcząca podróż, stary dom, modne powieści – to sprawiło, że łączyłem niezwiązane ze sobą elementy w przerażającą opowieść.

 

Całkowicie świadomie zrezygnowałam z osobistych notatek, bo to byłoby zbyt proste. Poza tym chodziło mi o aurę niepewności: w sumie nie wiemy, czy rozumowanie i wnioski syna są słuszne? On sam ma wątpliwości, ale ulega paranoi, no i oczywiście coś na rzeczy jest. Niemniej wraz z narratorem nie wiemy nawet, czy ojciec zawsze zamawiał zegar wcześniej? Postawiłam tu, też świadomie, na niedopowiedzenia, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że nie każdy to lubi ;)

http://altronapoleone.home.blog

Dzień doberek, Drakaina. 

Tik-tak to był idealny czas na opublikowanie tego opowiadania tuż przed północą :) 

No i co tu można powiedzieć, fantastycznie się czytało, choć tekst jest bardzo powolny. W tym przypadku to pasowało, więc za wadę bym tego oczywiście nie uznał. Z początku myślałem, że opowieść będzie skłaniać się do niezbyt odkrywczego "Pewien Pan w nawiedzonym domu", jednak zostałem nieco zaskoczony. A o co chodzi, już mówię:

Porównywanie wydarzeń historycznych do zbrodni w takiej formie to dość nieczęsto spotykany temat. Wciągnęło, chociaż akurat ten tekst czytałem najwolniej ze wszystkich, aby skupić się na szczegółach, a opisy z gazet tego wymagały. Same te zegary z wizerunkami zawartych przez Ciebie postaci – nietypowo i bardzo klimatycznie. Jak wiadomo zresztą historia to Twój konik. Zastanawiałem się

właśnie czy jakoś to połączysz z Wcieleniem ;) 

Jest tu to, czego oczekiwałem. Narracja w pierwszej osobie i ten gęstniejący klimat, niepokój, do czego to wszystko prowadzi. Niby nic specjalnego się nie dzieje, główny bohater z kolekcją zegarów po ojcu… A jednak można i bez krwi i flaków. No okej, raz skaleczył się wchodzeniem przez wybite okno ;) 

No i sam czas akcji też bardzo udanie oddany, iż poczułem, że czytam tekst z nieco starszych lat. Zadbałaś o szczegóły. 

Nie będę się za dużo rozwodził, bo nie mam do czego się tutaj przyczepić. Po prostu – fantastyczna lektura trzymająca w napięciu do samego końca :) 

Bardzo dziękuję za udział w konkursie! 

Dzieńdoberek, ND, i podziękować za taką dobrą opinię, i oczywiście za miejsce na podium!

http://altronapoleone.home.blog

Aby poczciwe zegarzydła zaprząc do takiej roboty… Zobaczysz, któryś, wiedziony solidarnością gatunkową, spłata Tobie niemiłego figla. Na przykład tak się spóźni, że nie zdążysz na pociąg albo samolot. Albo, strach pomyśleć, na imieniny cioci. :-)

Podchodziłem do Twojego opowiadania dość nieufnie, jak to do horroru. Lecz rzeczona nieufność gdzieś się ulotniła, był to bowiem horror bez “obowiązkowych zwłok w każdej szafie’, jak na własny użytek nazywam nadużywane elementy w rodzaju posępnego wycia głodnego zombie o północy. Co tylko podbiło chęć doczytania do końca – no i warto było doczytać, pomimo że opowiadanie spoza kręgu głównych zainteresowań.

Pozdrawiam – AdamKB

No więc opowiadanie jest dbre i… w pewnym stopniu padasz ofiarą innego własnego opowiadania. Bowiem niezapomniana Deszczowa oberża pokazuje o ile mocniej i dobitniej jesteś w stanie budować nastój. Tutaj nastrój jest – tam był zacieśniający, duszący, osaczający. A wskazówki i tykanie sprzyjają przecież zbudowaniu wrażenia zacieśnienia. Tym niemniej i tak czyta się dobrze, szybko, ta szybkość nie jest kosztem nastroju, nastój idzie swoją drogą. Wreszcie końcówka zaskakuje i zostawia kawałek do dopowiedzeń – czy bohater pozna tajemnicę zegarów? Czy może zegary sa mimo wszystko tylko symbolem, a wszystko dzieje się “po ludzku”?

 

" „Wczoraj byłem zbyt zmęczony"

" „Sprzedam dom, każę przetopić to żelastwo”"

" Żeby przeprosić?"

– nadmiarowe spacje

 

"– Skorzystam z usług pańskiej żony – oznajmiłem, wręczając konsjerżowi banknot jako zaliczkę."

Bez żadnego zdania wstępu wyjaśniającego o co chodzi, to mogło wzbudzić różne reakcje ;P

 

 Cześć!

 

Doceniam wiedzę, porządne przygotowanie merytoryczne i dbałość o szczegóły, ale nie mogę powiedzieć, że opowiadanie mnie wciągnął. Opisy zegarów, nasłuchiwania i czytania kolejnych dokumentów ciągną się przez większość opowiadania. Dla mnie było to po prostu nużące. Opisy przytłoczyły wszystko inne i mimo że są ładne, to jednak dla mnie nie stanowią atutu.

O osobowości bohatera trudno cokolwiek powiedzieć, poznajemy tylko pewne faktu z jego życia. Samo rozwiązywanie zagadki nie wywołało we mnie ciekawości i zastanawiam się dlaczego. Być może powodem jest to, że koleje elementy zagadki po prostu się pojawiają, ale nie ma wcześniejszych poszlak, żeby można było szukać rozwiązania wraz z bohaterem. Zakończenie w porównaniu do reszty tekstu jest pospieszne i niby pojawia się finalny wniosek, ale poszczególne elementy układanki nie ułożyły się w całość. Być może cała intryga była trochę zbyt skomplikowana, aby dało się to dobrze pokazać w tym limicie znaków. Podobała mi się scena w antykwariacie i zmiana odczuć bohatera względem zegarów.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

O śmierci ojca dowiedziałem się z urzędowego listu. Wiadomość nie zrobiła na mnie wrażenia: nie pamiętam żadnego z rodziców, w wieku trzech lat trafiłem do przytułku.

Notariusz informował, że pan T. wskazał mnie w testamencie jako syna i jedynego spadkobiercę, a że nie zostawił długów, miałem prawo przejąć majątek. Uznałem to za dar niebios.

Wysupłałem kilka franków na dyliżans, by po dwóch dniach wysiąść w nieznanym mieście. Dopytałem o drogę i godzinę później znalazłem się w biurze.

Mam problem z tym początkiem i postanowiłem zwrócić na to uwagę, bo to coś, czego jeszcze nie spotkałem w twoich tekstach. Mianowicie, narracja – może przez to rozbicie na akapity, może przez budowę zdań – wydała mi się rwana i dość skrótowa. Jakbyś coś tu skracała albo wycinała.

 

– Czyżby ojciec został zamordowany?

To pierwsza rzecz, o której pomyślał bohater? Cytując Tarninę: Hmm…

 

– Ciało pańskiego ojca zniknęło.

Ale coś czuję, że się jeszcze pojawi.

 

Nadmiar szczęścia oszołomił mnie, a że od prawie dwóch dni nie jadłem nic oprócz twardego sera i suchej kiełbasy zabranych na podróż, zasłabłem.

Notariusz podał mi szklankę wina i brioszkę.

Wiem, że “zasłabnąć” to też stracić siły, jednakże najczęściej występuje w roli “stracić przytomność”, dlatego zabrzmiało mi to osobliwie. Poza tym pierwsze zdanie brzmi jakoś… nie ten teges.

 

۞

Fajny znaczek!

 

Za oknem wydeptana w wysokiej trawie ścieżka wiodła do studni. Na zaniedbany ogródek wychodziły też zabite deskami okna nieużywanych pomieszczeń.

Powtórzenie.

 

– Nie zamierzam.

Wyszedłem na ulicę, tuląc w ramionach owiniętą w wełniany szal Joannę, i natychmiast pożałowałem gburowatego zachowania, niegodnego szanowanego obywatela miasteczka, jakim zamierzałem zostać

Powtórzenie.

 

W głębi domu echo odpowiadało posępnym tik-tak, lecz nie obchodziło mnie, który zegar kończył właśnie życie.

Wcześniej było to dla niego bardzo ważne. Swoją droga, czemu nie wezwał ślusarza albo coś, żeby do pokoju dostać się od wewnątrz? Byłoby to o wiele wygodniejsze.

 

– Zapewne wtedy umarła – szepnąłem.

Z taką pewnością to wypowiada i nawet się nie przeraził? Zmieniłbym to na pytanie.

I jednak, dodałbym bohaterowi trochę emocji. Ja bym w jego sytuacji chyba wypadł z domu jak poparzony. :P

 

Poczułem ulgę. „Nie będę musiał wyjeżdżać” – przemknęło mi przez myśl. „Kolekcja jest pełna. Los wyręczył ojca. Teraz będzie spokój”.

Czyli to ojciec zabijał? Albo coś przeoczyłem, ale wcześniej nie jest to jasno stwierdzone.

 

Opowiadanie iście wciągające, śledziłem rozwój wypadków – czy raczej tok myślenia bohatera – nie mogąc się doczekać tego, do jakich wniosków jego i mnie to zaprowadzi. Zakończenie klimatyczne, bardzo pasujące do tekstu. Nastrój, jak zwykle u ciebie, przesycony tajemnicą – choć akurat w przypadku tego tekstu odniosłem wrażenie, że bohaterowie czasem wypowiadają się zagadkowo tylko po to, by właśnie zagadkowo zabrzmieć, a nie kryje się za tym wiedza, która nie chcą się dzielić. W końcu – tak mi się wydaje – działanie zegarów było tajemnicą ojca bohatera i nikt inny o tym nie wiedział.

Musze tez powiedzieć, że wybrałaś ryzykowny sposób snucia opowieści – bo, oczywiście, obserwujemy bohatera, ma on do czynienia z zegarami i ewidentnie stanowią one obiekt jego i czytelnika zainteresowania – jednak fabuła opowiada o postaciach zgoła innych. W wyobraźni bohatera śledzimy losy jego ojca, a później nauczyciela w którego domu mieszka, aż wreszcie dowiadujemy się o sąsiadce. Niestety, między mną a żadną z tych osób nie wytworzyła się nić zainteresowania, bo obserwowałem je pośrednio.

Zapewne wzbudzenie takich uczuć nie było celem, raczej chodziło o rozwój zagadki i ta wyszła bardzo sprawnie. Zegary, szpargały, artykuły – wszystko się ze sobą wiąże. Zadziwia mnie jednak to, że bohater w takich warunkach był w stanie wspiąć się na wyżyny dedukcji niczym genialny detektyw. I że w ogóle w tym domu wytrzymał, musiał mieć doprawdy stalowe nerwy. Do tego każdy z elementów jakby sam pchał mu się w ręce (takie odniosłem wrażenie) i jak na taką zagadkę to zbyt mało kluczy, praktycznie nie zbacza z właściwej ścieżki, co pewnie ma swoje źródło w limicie znaków, jednak nie wypada korzystnie.

W ogóle reakcje bohatera mnie dziwią i rozumiem, że zegary wywierają na niego wpływ, ale przez myśl mu nie przeszło, że ma tu do czynienia z jakimiś diabelskimi mocami, nie próbuje się od nich uwolnić, w ogóle zachowuje się tak, jakby mu życie było niemiłe.

Przy tym w całym tekście odniosłem wrażenie pewnej chaotyczności, ale może ono wynikać z tego, że pod względem prowadzenia narracji – co mnie zdziwiło – wyszło jakoś nie tak dobrze, jak to zwykle u ciebie. Jakbyś się gdzieś spieszyła. Nieco ucierpiał na tym klimat, a samo doświadczenie czytelnicze nie było taką przyjemnością, jak lektura twojego poprzedniego tekstu.

A jeśli na chaos chciałaś stawiać, to szkoda, że nie poszłaś w tony Portretu Najjaśniejszego Pana (do tej pory nie mogę zrozumieć, że to opowiadanie nie otrzymało piórka), bo tamto wydanie drakainowe szczególnie mi przypadło do gustu.

Tym razem będę na NIE, choć tekstowi niewiele zabrakło i myślę, że tu limit znaków zadziałał bardzo na niekorzyść.

 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Bardzo zacna opowieść o dochodzeniu prawdy, co powoduje zegarami, przedstawiona w klimacie narastającego niepokoju i grozy, okraszona przypadkami dawnych zbrodni. Jak na horror przystało, nie zapomniałaś o krwi i pociekła ona ze skaleczonych dłoni bohatera, jednak w szalenie rozsądnej ilości, akurat na potrzeby tej historii.

Podoba mi się, że poza sprawami dziejącymi się na bieżąco, sięgasz do przeszłości, dzięki czemu poznajemy losy bohatera i motywy kierujące jego ojcem. Dobrze też robią opowiadaniu wzmianki o postaciach historycznych.

Gratuluję miejsca na podium i spieszę do nominowalni. ;)

 

– … do­brze się pan czuje? → Zbędna spacja po wielokropku.

 

i za­bra­ła się za po­rząd­ki w kuch­ni. → A może: …i za­bra­ła się do porządkowania kuch­ni.

 

nie po­ja­wił się już póż­niej… → Literówka.

 

mi przed ocza­mi tań­czy­ły czar­ne plamy. → …mnie przed ocza­mi tań­czy­ły czar­ne plamy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Drakaino!

Odnoszę wrażenie, że już kiedyś wykorzystałaś motyw postaci, która odziedzicza jakiś spadek i przy okazji odkrywa wiążącą się z nim intrygę. Chciałem nawet przejrzeć opka z Twojego profilu, ale tyle tego już tam masz, że poddałem się po kilku. XD Tak więc tutaj się absolutnie nie upieram, bo motyw jako taki i tak jest dość znany.

Przez dużą część opowiadania zegary robią to tytułowe “tik-tak” i tak potwornie mnie to nużyło… Nie rozumiałem, dlaczego główny bohater robi taką aferę z tego, że jakieś stare rzęchy przypadkowo włączają się i wyłączają. Jego myślenie magiczne i dorabianie filozofii do moim zdaniem trywialnej sytuacji, niezbyt przykuwało uwagę.

Rzecz rozkręca się pod koniec, może nawet zbyt szybko w stosunku do poprzedzającej finał części, i w odniesieniu do tego, jak bohater traktował zegary na przestrzeni tekstu, mam podstawy sądzić, że to, co ujrzał w końcówce, to po prostu nasilenie jakiejś jego psychozy. A to z kolei mało satysfakcjonujące rozwiązanie, podobnie jak “to był sen”.

Technicznie nie schodzisz poniżej swojego wysokiego poziomu, a mimo to wkrada się tu “martwa cisza”, tam “głuche echo”… ;)

Zatem przeczytałem z przyjemnością. Nie atakujesz historią, znów podajesz jej tyle, ile trzeba, by zaciekawić, a nie przytłoczyć. Ale z kolei sama historia jest imo przeciętna i gdzieś mi przeszła bokiem. Bez podjazdu do “Gambita” z zeszłego miesiąca. :>

Nie porwało mnie. IMO opowieść nie angażuje czytelnika, ciężko się ją czyta. Zabrakło możliwości rozwiązywania zagadki razem z bohaterem, a powtarzany motyw bicia zegarów i poszukiwanie dokumentów wydały mi się nużące. Zupełnie nie czułam grozy, wieszałam się na tych samych szczegółach co Irka.

Podzielam też zdanie Gekikary odnośnie początku opowiadania. Znacznie lepiej wypadłoby rozpoczęcie opowieści od sceny u notariusza. 

Bohater bez żadnych emocji przyjął informację o tym, że jednak nie jest sierotą. Wydaje się to dziwne, że nic nie czuł do człowieka, który skazał go na życie w przytułku. Natomiast podobało mi się zapowiadanie grozy przez sprzątaczkę i jej męża oraz scena, w której bohaterowi otwierają się rany na rękach.

Hej, Drakaino

Hm, no mi nie podeszło wystarczająco, aby zagłosował na TAK :/

W przeciwieństwie do Marsjańskiego Gambitu tutejszy bohater mnie nie zainteresował. To typowy everyman pozbawiony szczegółów i głębszej charakterystyki. Dodatkowo używasz dość starego schematu, który widywałem już u Lovecrafta, a ostatnimi czasy w dziesiątkach filmów grozy – motyw dziedziczenia przeklętego/dziwnego spadku. Nie jest zły, ale nie zachwyca.

Przyznam, że z czasem zacząłem się gubić, co się dzieje i w fabule. Nie wiem, czy to przez styl – mam wrażenie, że w “Róża jest różą” (które miało podobny limit) lub w “Deszczowej oberży” jakoś łatwiej szło i nadążanie co i jak.

Mordercze zegary same w sobie są ciekawym pomysłem (dobrze, że dałaś zdjęcie zegara z tamtego okresu, bo po samej lekturze, chyba bym sobie ich nie wyobraził) i dla mnie najsilniejszym punktem opowiadania. Podobnie ciężki klimat. Nie schodzisz poniżej własnego poziomu – opowiadanie jest dobre i solidne, natomiast do piórka w moim przekonaniu trochę mu brakuje.

Cześć!

 

Opowiadanie klimatem i nawiązaniami do historii/kultury stoi. Język i spojrzenie są nieco z innej epoki, ale to bardzo pasuje do intrygi, która również nie do końca pasuje do współczesnych czasów. Całość bardzo w Twoim stylu – co jest jednocześnie mocną, jak i słabą stroną całości – bo jednej strony przepięknie malujesz słowem, budując nastrój grozy i wiszącego nad bohaterem zagrożenia, a z drugiej mocno wiadomo, czego się spodziewać. Może warto czasem spróbować czegoś nowego, albo chociaż wprowadzić nowe elementy/pokazać coś w inny sposób/postawić na elementy innej epoki? Całość opowiadania bardzo by zyskała imho, przynajmniej w oczach osób, które jeż kilka Twoich tekstów czytały.

Sama historia spodobała mi się, zwłaszcza, że to wcielenie, które dawało pewne ograniczenia co do punku wyjścia. Bardzo ładnie pokazujesz świat, z którym przyszło zmagać się bohaterowi. Opis jest rozrzucony, dobrze wymieszany z wydarzeniami i momentami na tyle detaliczny, że szybko możemy namalować w głowie obraz domu i zegarów, a także postaci, na które bohater napotyka. To bez wątpienia wyszło i stanowi solidny element całej historii. 

Z samym bohaterem ma spory problem, bo robi wrażenie kogoś totalnie pozbawionego inicjatywy, targanego jak liść na wietrze potrzebami posuwania akcji do przodu. Przedstawiasz go bardzo dobrze, ale on robi wrażenie istoty, żyjącej z godziny na godzinę, bez celu i planu: wychowany w przytułku, ale służalczo grzeczny, jednocześnie dobrze znający historię i marzący o studiach, które dadzą karierę, ale natychmiast rzuca to wszystko w imię rozwiązania zagadki związanej z ojcem, którego śmierć jednak go nie zainteresowała (nie licząc spadku). Nie klei się to jakoś, nie ma wspólnego mianownika czy zrozumiałe motywacji.

Z kwestii, które zwróciły jakąś uwagę:

Przeniosłem wzrok na kolejne: sceny biblijne, mitologiczne, historyczne, wszystko pięknie rzeźbione w brązie.

Czy w brązie się rzeźbi? Bo mi metal z odlewaniem się bardziej kojarzy albo kuciem.

 

Bardzo dobry tekst, nie dziwię się, że wyróżniony w konkursie, ale postać głównego bohatera jakoś zgrzyta, jest z innego świata, nie rozumiem jego motywacji i postawy (albo zwyczajnie nigdy kogoś takiego nie spotkałem, ale może czasy teraz inne).

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

A może dbrym wyjściem byłoby zdanie:

Przeniosłem wzrok na kolejne: sceny biblijne, mitologiczne, historyczne, wszystko pięknie cyzelowane w brązie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wstęp ładnie intryguje i zapowiada kryminał. Poczułam się zaciekawiona, co stało się z ojcem i o co chodzi z tą niezwykłą kolekcją. Gdy jednak akcja została już zawiązana, imo pojawiło się zbyt dużo nic nie wnoszących detali; za to zbyt szybko i zbyt łatwo się wszystko działo. Te opisy umierających zegarów – zanim dobrze sobie wyobraziłam, jak one wyglądają i czemu przestają działać o konkretnej godzinie, bohater już zdążył wysnuć daleko idące wnioski. W kwestii nadmiaru detali – wolałabym skupienie się na jednym zegarze i rozwiązywanie zagadki na tym jednym ‘przykładzie’, natomiast w pewnym momencie poczułam się trochę zarzucona informacjami, że ten odpowiada za tę sprawę, ten za drugą, ten za trzecią – dla mnie, jako czytelnika, nie były istotne opisy tych wszystkich zegarów, chciałam przede wszystkim poznać tok rozumowania bohatera i razem z nim kombinować, co się dzieje i jakie jest wyjaśnienie.

Ten tok rozumowania bohatera był trochę zbyt natchniony – nic o ojcu nie wiedział, dostał kolekcję zegarów i od razu zakłada, że: zegar “umarł”, to że przestał działać o konkretnej godzinie ma znaczenie i to znaczenie bez większego trudu rozszyfrowuje. No i oczywiście ma rację.

Jednak największym zarzutem jest to, że zabrakło mi napięcia, możliwości wczucia się w coraz bardziej gęstniejącą atmosferę. Emocje bohatera od początku do końca wygrałaś na jednej nucie wysokiego ‘c’ – on od samego początku, gdy w zasadzie nie miał większego powodu, reagował paranoicznie (choćby rozdrapywanie skrytki biurka), w końcówce, gdy już wie, co się stało z ojcem oraz gdy domyśla się finałowego rozwiązania sprawy, te jego emocje wciąż są na tym samym poziomie, jak na początku.

Pomysł miałaś ciekawy, ale mam wrażenie, że pisałaś zbyt pośpiesznie, nie dałaś sobie czasu by wczuć się w położenie bohatera, ani jemu czasu, żeby spokojnie ‘rozkminiać’. Za dużo, za szybko, jakbyś chciała odhaczyć kolejne punkty, zamiast dać im wybrzmieć i stworzyć nastrój. Jak dla mnie, mimo dobrego warsztatu i pomysłu, do piórka trochę brakuje.

Nowa Fantastyka