- Opowiadanie: mr.maras - Pura Fides

Pura Fides

To ja też wrzucę swoje wiedźmy, chociaż pora chyba kiepska. Odpadły z konkursu FS, nie pasują do mojego  (kleconego powoli) zbioru s-f. Nie wiem co z nimi począć za bardzo, więc może (w tym natłoku konkursów) jakiś feedback chociaż dostaną.

O opinię na temat tekstu prosiłem swego czasu Drakainę, Edwarda Pitowskiego i Gekikarę. W łacinie pomagała mi troszkę Ninedin.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pura Fides

Największym podstępem szatana jest wmówienie ludziom, że nie istnieje.

Baudelaire

 

Kur zapiał po raz trzeci. Świece niedawno zgasły, ale przez szpary w ścianach do wnętrza przenikał blask jutrzenki.

Tomasz przetarł zmęczone oczy i ponownie skupił wzrok na ciężkim stole ustawionym pośrodku szopy.

Przywiązana do mebla kobieta z ludu Keczua drwiła z nich od kilkunastu godzin. Wyginała brzuch i wiła się na blacie, wydając z siebie krótkie, gardłowe okrzyki.

Nie miał pojęcia czy to jeszcze któryś z dialektów keczua, czy może staroaramejski. Starucha mogła wzywać sąsiadów, policję lub samego diabła.

To miało być proste zadanie. Wioska u podnóża Andów, czyli na końcu świata. Wiedźma, która zamiast wyleczyć, uśmierciła lokalnego bossa i zwróciła na siebie uwagę władz kościelnych. Interwencja u arcybiskupa Quito, prymasa Ekwadoru, José Ignacio Sarabii. Prośba o egzorcystę z zewnątrz. I wreszcie ich duet jako ramię Watykanu – młody ksiądz i legionista w roli obstawy. Szybkie egzorcyzmy, powrót owieczki do stada, wybaczenie. Amen.

Najwidoczniej jednak sprawa miała drugie dno.

Drugie dno spozierało na nich oczami czarnymi i podkrążonymi jak ślepia surykatki. Szydziło z nich zachrypniętym głosem, którego nie powstydziłby się Joe Cocker. Nawet gdyby związana kobieta ostro pociągała burbona i paliła dwie paczki gitanesów dziennie, nie uzyskałaby takiego efektu.

Tomasz zlustrował pomieszczenie, oceniając sytuację.

Krzyż, który powiesili na ścianie, leżał teraz na klepisku, obok różańca i Biblii. Karafka z wodą święconą była pusta, a węzły na przegubach i kostkach kobiety poluzowane. Jedynie krąg z soli egzorcyzmowanej usypany był prawidłowo i jak dotąd nie został przerwany.

Co z tego, skoro sól była tylko sakramentalium i nie miała żadnej mocy? Wyłącznie głupiec mógł wierzyć w jej magiczną moc. Sól działała, gdy stała za nią modlitwa.

Tymczasem młody kapłan odprawiający egzorcyzmy słaniał się na nogach. Niemal stracił głos i nie miał siły się modlić.

I ewidentnie zaczynał się bać.

Tomasz z żalem obserwował, jak duchowny traci przewagę nad opętaną kobietą.

Z takim wsparciem duchowym niewiele zdziałają, jeśli w chacie zjawi się poważniejszy gracz drużyny przeciwnej.

Wciąż mogli stąd wyjść i wrócić z posiłkami. Prestiż Kościoła nie ucierpiałby zanadto, gdyby okazało się, że przeciwnik jest dla nich zbyt potężny.

Tak, najlepszym rozwiązaniem było przerwanie obrzędu.

Westchnął ciężko i zbliżył się do stołu.

Właśnie wtedy kobieta z ludu Keczua spojrzała na Tomasza przytomnym wzrokiem, chwyciła go za nadgarstek i nienaganną łaciną wykrzyczała słowa, które doskonale rozumiał.

Beati, qui non viderunt, et crediderunt!

Zamarł z wrażenia. Potem jednym szarpnięciem uwolnił się z uścisku, złapał księdza za rękaw sutanny i wyciągnął poza krąg. To nie ta liga.

Stara Indianka zarechotała, podrygując na blacie, jak ryba wyciągnięta z wody.

Wycelował i wystrzelił dwa razy. Najpierw w skroń, poprawił w serce. Nie używał srebra. Zawsze tylko czysty ołów. Standardowe parabellum 9 × 19 milimetrów, ale przed zadaniem pistolet poświęcił sam arcybiskup Sarabia z Quito.

Tomasz miał wrażenie, że dopiero chwilę po tym, jak przeminęło echo wystrzałów, ucichł paskudny rechot Cockera. Ale równie dobrze mogło to być złudzenie.

Krew czarownicy ochlapała duchownego, który aż zaniemówił. W słabym świetle jego białe jak kreda oblicze przypominało twarz albinosa z ciężką ospą.

- Perché? – wydukał i zamachał bezradnie rękoma. Potem opadł na kolana i zaczął zbierać z podłogi swoje precjoza.

Tomasz nie odpowiedział. Podszedł do wyjścia i uchylił drzwi, wystawiając lufę pistoletu. Słońce wychyliło się zza wzgórza. Tłumek wieśniaków, który znudzony przeciągającymi się obrzędami przerzedził się po północy, teraz na powrót gęstniał.

Po chwili dobiegły ich ożywione głosy nawołujące: ¡La han matado! ¡La han matado! Gwar się nasilał i słyszał w nim gniew. Zmarszczył czoło. Do placu zbliżali się miejscowi serranos. Najpewniej pracownicy jednego z karteli nadzorujący tranzyt koki albo rebelianci z Grupy Ludowych Kombatantów. Niewątpliwie wściekli na dwójkę gringos.

Na widok karabinów wieśniacy rozstąpili się jak plama oleju potraktowana ludwikiem. Pewnie czyścili przedpole przed spodziewanym starciem.

– Kurwa – mruknął pod nosem, ale ksiądz usłyszał to i przyjrzał mu się z błyskiem w oczach. Dotąd rozmawiali niewiele i wyłącznie po włosku.

Wszystko nie tak. Pora na ewakuację.

– Tylne okno! Schowaj się za mną, trzymaj blisko i nie wychylaj! Idziemy prosto do auta – odezwał się po polsku. Nie było już sensu ukrywać swojego pochodzenia.

Serranos najwidoczniej nie dążyli do zwarcia. Pokrzyczeli, pogrozili bronią, ale pozwolili wygramolić się przez małe okno najpierw Tomaszowi, a potem duchownemu w krępującej ruchy sutannie.

Gdy obaj gringos dotarli do samochodu, Tomasz wepchnął towarzysza na tył terenówki, wskoczył za kierownicę i ostro ruszył z miejsca.

O dach Hiluxa zadudniły kamienie. Potem huknęły wystrzały na pożegnanie i jedna z kul rozbiła prawe lusterko. Odetchnął. Na szczęście serranos tylko straszyli.

Dopiero gdy oddalili się na półtora kilometra, Tomasz obejrzał się przez ramię. Ksiądz leżał w poprzek na tylnym siedzeniu. Chociaż zdawało się to niemożliwe, zbladł jeszcze bardziej. Przez resztę drogi modlił się, mamrocząc pod nosem.

Kiedy godzinę później wyjechali na główną drogę do Quito, gdzieś daleko zawyła syrena policyjna. Sarabia będzie musiał to jakoś odkręcić.

Zaklął, wytarł broń i wyrzucił przez okno w gęste parámo porastające pobocze. W głowie wciąż kołatało mu się jedno zdanie. Beati, qui non viderunt, et crediderunt! Dobrze wiedział kto i do kogo wypowiedział te słowa.

Tylko skąd ta baba znała jego imię?

 

***

 

Lot z Mariscal Sucre w Quito do Madrytu nie należał do spokojnych. Nad oceanem rozpętała się burza i atramentowe chmury, na które spoglądali z góry i nieco z boku, raz po raz podświetlał od spodu błysk potężnych wyładowań. 

Było teraz jakby mniej zła na świecie, ale niebo od tego nie pojaśniało. Przy każdym wstrząsie wywołanym turbulencjami Tomasz zaciskał dłonie na oparciach i zastanawiał się, którą stronę wkurzył bardziej.

Na lotnisku Madryt-Barajas ich drogi się rozchodziły. Ksiądz wracał do Rzymu, Tomasz, późniejszym lotem, do Mediolanu. Po odprawie mieli jeszcze chwilę na wspólny posiłek.

– Niech ojciec weźmie wolne – zaczął, gdy po lunchu zamówili kawę.

Duchowny wciąż był blady, a w jego oczach utknęło coś niepokojącego. Rozczarowanie? A może zwątpienie?

Tomasz udawał, że nie widzi, że ręce księdza nadal drżą jak w febrze, ale gdy tamten rozlał kawę, nie wytrzymał i zaklął pod nosem. Jakim cudem ten szczyl dostał mandat do sprawowania egzorcyzmów?

– Czemu ojciec to robi?

– Pragnę służyć Bogu, najlepiej jak potrafię.

– No właśnie. Obaj już wiemy, że tak ksiądz nie potrafi. Ale można służyć na wiele sposobów.

– Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś Polakiem? – Duchowny zmienił temat.

Tomasz spojrzał na niego zdegustowany.

– To ma jakieś znaczenie?

– Powiedz chociaż z jakich stron pochodzisz. Ja z Przytoru. To właściwie Świnoujście. – Kapłan wyraźnie się ożywił.

– A ja nie.

Po kawie odprowadził księdza do bramki – wciąż czuł się za niego odpowiedzialny. Potem zaczekał na swój lot w barze, rozmyślając nad kuflem Guinnessa.

Resztę podróży spędził wpatrzony w okno. Nie widział białego dywanu chmur na zewnątrz ani własnego odbicia w szybie. Przed oczami wciąż miał oblicze czarownicy z wioski, a za nią długi ciąg innych twarzy, zastygłych w pośmiertnych grymasach.

Obudził się dopiero, gdy kołowali na lotnisku w Mediolanie.

Do domu wrócił taksówką. Zaszył się w małym mieszkaniu na przedmieściach i przez kilka dni gapił w telewizor. Trochę się niepokoił. Jak zareaguje Legion? Odstawią go?

Ich milczenie trwało sześć dni. Gdy po raz enty zajrzał na fan page wydawnictwa Pura Fides, znalazł wreszcie to, na co czekał. Sondaż wśród czytelników oznaczał, że mają dla niego zadanie.

 

***

 

Mała księgarnia wciśnięta była między dwie kamienice w bocznej uliczce niedaleko Via Dante. Łatwo przegapić nie znając adresu.

Wąską witrynę zdobił napis „Libreria antiquaria”, pod którym widniał monogram PF. Stali klienci wiedzieli, że można tu upolować prawdziwe białe kruki. Niewielu z nich zdawało sobie natomiast sprawę, że ozdobny inicjał na szybie nie ma nic wspólnego z nazwiskiem właściciela.

Od kilku lat Tomasz odwiedzał to miejsce przynajmniej raz w miesiącu. Znał prawdziwe znaczenie monogramu, ale nie miał pojęcia, jak nazywa się gospodarz. Zawsze był Antykwariuszem.

Zacienione wnętrze rozjaśniały dwa kinkiety i lampka stojąca na zabytkowym biurku służącym za ladę. Gości witał przyjemny chłód, zapach starego papieru oraz dyskretna woń środka do pielęgnacji drewna. Regały pełne woluminów pięły się aż po sufit.

Na bocznej ścianie, wśród półek zastawionych książkami jakimś cudem wygospodarowano przestrzeń na kopię „Męczeństwa świętego Maurycego” El Greca.

Starzec siedział za biurkiem i jak zwykle czytał. Dopiero gdy dokończył stronę, oderwał wzrok od lektury i wskazał głową na blat przed sobą.

– Masz pierwszeństwo. Wybierz obiekt. Drugim zajmie się Peter.

Tomasz podszedł bliżej. Na biurku leżały zdjęcia dwóch kobiet. Obie wyglądały na osoby po pięćdziesiątce. Zadbane, eleganckie. W rzeczywistości mogły być starsze. Podniósł fotografie. Na ich odwrocie ręcznie spisano krótkie dossier.

Zapamiętać, dostarczyć, zapomnieć.

Tyle tylko, że cele okazały się nietypowe.

Pierwszym była profesor Petja Manewa. Bułgarska fizyczka z zespołu badawczego CERN. Jej prace dotyczyły harmoniki strun i dużych wymiarów dodatkowych w modelach strunowych.

Cokolwiek to znaczyło.

Tomasz zmarszczył czoło i przyjrzał się drugiej fotografii. Lisa Thiele. Niemka. Profesor genetyki molekularnej na Uniwersytecie w Monachium. Prekursorka biologii kwantowej.

Odłożył zdjęcia na biurko i zrobił coś, czego nie powinien. Wyraził swoje wątpliwości.

– Przecież to nie są wiedźmy.

Antykwariusz uniósł brwi i spojrzał na niego ponad szkłami w okrągłych oprawkach.

– Słucham?

– To tak, jakbym porwał Einsteina albo Skłodowską-Curie. Te kobiety są naukowcami, nie czarownicami.

Starzec odłożył książkę i Tomasz odruchowo zerknął na tytuł. „Life on the Edge: The Coming of Age of Quantum Biology”.

– Jesteś pewien? – zapytał księgarz. – Twoi pradziadowie uważali inaczej. Wiesz, że wasze słowo wiedźma pochodzi, od staroruskiego wiedma? Oznaczało kobietę, która wie. Wieszczy lub posiada wiedzę.

– Czarownice z szansami na Nobla? – Tomasz nie krył kpiny w głosie.

– Ale kobieta zastrzelona w Ekwadorze była czarownicą?

Aż się skrzywił. To zabolało.

– Znała moje imię. Gadała po łacinie. Zabiła kogoś.

– To czyni z niej wiedźmę? – Teraz to Antykwariusz drwił.

– Nie jestem idiotą! Widziałem jej oczy, słyszałem głos. Czułem obecność… Czegoś, w co wierzyłem, mimo że tego nie widziałem.

– Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli! – Staruch na pewno zauważył, że Tomasz zesztywniał po tych słowach. – Mógłbym powiedzieć, że to był tylko twój strach. Zmęczenie. Autosugestia. Ale mógłbym też powiedzieć, że tak właśnie działa zły. Dlatego słuchaj uważnie, bo to będzie jednorazowy wykład. Naprawdę myślisz, że chcemy je zamknąć pod kluczem, bo czytają przed snem Dawkinsa i Daviesa? – Prychnął teatralnie. – Czy Lisa Thiele jest czarownicą? Tak. Jej praca na pewno przysłuży się drugiej stronie. Lecz zanim dowiesz się więcej, zadam ci pytanie. Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, jak to się dzieje, że dokładnie te same atomy, z których zbudowany jest kamień, tworzą życie? Wiem, że nie jesteś głupi, do tych waszych cichociemnych trafiłeś po studiach, prawda?

Tomasz wzruszył ramionami.

– Kiedyś coś czytałem na ten temat. Ale nie spędza mi to snu z powiek.

Antykwariusz spoważniał.

– A szkoda. Bo pytamy o to przynajmniej od czasów Platona i Arystotelesa. Wiesz, oni nawet niegłupio kombinowali. Mówili o duszy, sile życiowej. Sile witalnej, jak ją określił Helmont. Ja nazywam to iskrą bożą. Ale taka prawda widocznie ludziom nie wystarcza. To Schrodinger, ten od kota, zapytał, czym jest życie. I się zaczęło! Układy termodynamiczne, pętle autokatalityczne, emergencja albo sieci informacji. A przecież wszystko to tanie sztuczki naukowców. Coś jak stała kosmiczna. Nie zgadzało się Einsteinowi równanie, to wymyślił sobie stałą, a potem Guth zrobił tak samo z inflacją kosmologiczną. Tylko że nadal nie wiadomo, gdzie dokładnie przebiega granica oddzielająca żywe od martwego. Jak z tych fal czy zmarszczek na polach kwantowych, z jakichś strun, fermionów, bozonów i molekuł powstaje istota obdarzona świadomością?

Tomasz milczał zafascynowany tą przedziwną mieszanką kreacjonizmu i ewolucjonizmu, która wyłaniała się ze słów Antykwariusza. Niewiele rozumiał i nie tego się spodziewał po Legionie.

– Oświecę cię. – Antykwariusz kontynuował swoje kazanie. – To, co nam umyka, jest właśnie emanacją boskiej mocy. A teraz odpowiedz sobie na pytanie: czy możemy pozwolić, by ta moc trafiła w łapy człowieka? Jakie będą konsekwencje?

– Dla człowieka? No właśnie, jakie?

Starzec spojrzał na niego zaskoczony.

– Dla Stwórcy!

Fakt, nie wyszedłby z tego bez szwanku. Ale tego Tomasz nie odważył się powiedzieć na głos.

– Masz broń? Pokaż! – zażądał nagle Antykwariusz, wyciągając dłoń upstrzoną plamami wątrobowymi. Zdobił ją sygnet ze złotymi inicjałami na czarnym kamieniu. PF

Po wykonaniu kilkunastu misji dla Legionu Tomasz wciąż nie zasłużył na taki pierścień. Może właśnie z powodu braku plam chorobowych?

Niechętnie sięgnął pod kurtkę i wyciągnął swojego Sig Sauera P320.

– Lubisz nowoczesne zabawki – zauważył starzec, ważąc pistolet w dłoni. – Zatem uznajmy, że to jest komórka i rozłóżmy ją na części – dodał, wyjmując magazynek. – Tylko zamknij drzwi, proszę. Nie chcemy moich klientów przyprawić o zawał serca, prawda?

Tomasz podszedł do wyjścia, opuścił żaluzje i przekręcił zamek w drzwiach. Gdy wrócił, na blacie leżały osobno: magazynek, zamek, lufa, sprężyna powrotna i polimerowy szkielet.

Antykwariusz wyglądał na zadowolonego z siebie.

– A teraz przyjrzyj się tym elementom i spróbuj odtworzyć budowę pierwszej broni miotającej.

Tomasz skinął wolno. Rozumiał analogię.

– To zwyczajnie niewykonalne, prawda? I tak samo jest z pojedynczą komórką. Analizując jej budowę, nie potrafimy pojąć, jak tak naprawdę funkcjonuje nieprawdopodobnie złożony mechanizm w jej wnętrzu. Tunelowanie kwantowe, ATP i tak dalej. Perfekcyjna maszyna, która łączy się w bardziej skomplikowane formy, rozwijające się dzięki mutacjom wywołanym promieniowaniem z kosmosu. I właśnie za tą niewykonalnością, skomplikowaniem, kryje się tajemnica życia. – Staruch wyraźnie się rozkręcał. – Tymczasem naukowcy mówią do nas szyfrem! Lipidy i nukleotydy. Eukarionty, mitochondria i chromosomy… Nie pojmują, że to wszystko jest tajemnicą wiary, nie rozumu! Zdaniem tych głupców stwórca ulepił nas w jakichś ciepłych zupach czy kominach hydrotermalnych. A przecież życie to coś więcej!

– Złożoność? – podpowiedział Tomasz.

Starzec zignorował jego pytanie i zaczął składać pistolet.

– W tym wszystkim zapominają o iskrze, dzięki której molekuły przestają być i zaczynają żyć. A to jest właśnie boska cząstka, nie jakieś bozony Higgsa! Ale zarazem ta granica, punkt przejścia z martwego w żywe, to jedyne miejsce, gdzie można złapać Stwórcę za rękę. Podejrzeć nuty tej cudownej symfonii.

– A Lisa Thiele zajrzała w partyturę?

– Na swoje nieszczęście.

– No dobrze, zostawmy ją Peterowi. A ta druga? Fizyczka? Co ona ma wspólnego z wiedźmami?

Stary księgarz milczał, jakby zbierając siły po burzliwym wykładzie. Wreszcie odpowiedział cichym głosem:

– Pasteur mawiał, że mało wiedzy oddala od Boga, a dużo sprowadza do niego z powrotem. Niestety, w rzeczywistości, tylko garstka ludzi nauki ma w sobie wiarę. Wielkie umysły, jak Einstein czy Hawking, oddalają się od Stwórcy. Jednak wciąż uparcie próbują zajrzeć za kurtynę rzeczywistości. I ślizgają się po powierzchni prawdy, błądzą wśród zwiniętych wymiarów i teoretycznych rozmaitości Calabi-Yau. Można powiedzieć, że długość Plancka skutecznie ogranicza ich zapędy. – Antykwariusz zaśmiał się ponuro. – Podobno, żeby zajrzeć głębiej, trzeba by zbudować akcelerator wielkości Drogi Mlecznej i być może osiągnie to cywilizacja trzeciego typu na skali Kardaszowa. Czyli korzystająca z energii całej galaktyki. Nam to nie grozi przez najbliższe dziesięć tysięcy lat.

– Więc w czym problem?

– Tutaj pojawia się profesor Manewa. Ta wiedźma znalazła sposób na obejście wszelkich ograniczeń i niedługo zajrzy poza granicę poznania, na której straży stoi czas i długość Plancka. Wprost do kwantowej piany.

Tomasz poruszył się niespokojnie.

– A jeśli tego chce Stwórca? Skąd pewność, że w ten sposób przysłuży się jego wrogom?

– Naprawdę myślisz, że Projekt Manhattan albo Wielki Zderzacz Hadronów to jego pomysły? Ja uważam, że dał ludziom za dużo wolnej woli i to mu wiąże ręce. Dlatego potrzebuje nas.

Tomasz znów ugryzł się w język przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego.

– Więc co jest za tą granicą?

Antykwariusz poprawił okulary i westchnął ciężko. 

– Piekło – odrzekł. – W kwantowej zupie, w nieoznaczoności, wśród zwiniętych wymiarów, kwantowych prawdopodobieństw i multiświatów, kryje się piekło. Wszystkie kręgi i wszystkie wieczności potępienia. I nie mam na myśli głupiej metafory. 

Przez chwilę obaj milczeli.

– A niebo? Też tam jest? W tych ukrytych wymiarach? – zapytał wreszcie Tomasz.

Starzec wyciągnął z kieszeni chustkę i wytarł czoło.

– Teraz to bluźnisz.

Jednak Tomasz nie dawał za wygraną.

– Skąd ta pewność? Przecież nikt tam jeszcze nie zaglądał.

Księgarz zmierzył go wzrokiem.

– Na pewno nie szkiełkiem i okiem. Tak się u was mówi, prawda? – Przekrzywił głowę. – Nie powinniśmy tam zaglądać nawet przez dziurkę od klucza. A ona chce otworzyć drzwi na oścież. I zrobi to niedługo, jakimś kwantowym wytrychem, bez akceleratora wielkości galaktyki. Sprowadź ją, zniszcz wszystko, co trzyma w domu. Technicy zajmą się komputerami w CERN i danymi w chmurze. Musimy to powstrzymać.

– Za wszelką cenę?

Si vis pacem, para bellum - odparł, oddając Tomaszowi pistolet.

 

***

 

W Genewie zjawił się jeszcze przed świtem. Po wyjściu z lotniska zajrzał do Hertza i wynajął forda focusa. Podjechał nim na parking pod Dennerem, skąd ukradł starego mercedesa ze śladową elektroniką. Potem udał się do centrum. Był głodny i miał ochotę poszwendać się po mieście. 

Wieczorem zjawił się pod domem Manewej. Auto zostawił z tyłu, w alei za ogrodem. Bezpieczna Szwajcaria mu sprzyjała. Profesor nie włączyła alarmu i zostawiła uchylone drzwi ogrodowe. Przez jakiś czas przyglądał się jej krzątaninie ukryty między tujami. 

Ubrana w piżamę szykowała się do samotnego wieczoru z Netflixem i kręciła po domu, podśpiewując. Wreszcie, lekko zażenowany tym podglądaniem, pchnął drzwi i wkroczył do salonu.

Odwróciła się, wydając z siebie stłumione Ach! i upuściła szklaną paterę z owocami.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Potem dyskretnie zerknęła w bok, na panel systemu alarmowego zawieszony na ścianie. Musiała zdać sobie sprawę, że nie zdąży. Tomasz miał bliżej, a na dodatek ona stała boso wśród odłamków szkła rozsypanych na podłodze.

– Kim jesteś? – zapytała po angielsku.

– To nie film. Nie mamy czasu na tę rozmowę. Gdybym chciał cię zabić, nie żyłabyś od dziesięciu minut. Mniej więcej od chwili, gdy zaczęłaś śpiewać. – Nie nagrodziła jego poczucia humoru uśmiechem, tylko zerknęła na telefon leżący na komodzie.

Wyglądała, jakby zbierała się do krzyku. Albo skoku.

– Odradzam – uprzedził i wyjął pistolet. Na widok broni kobieta wyraźnie oklapła. To mogła być jednak zmyłka. Wiedział kim jest i co osiągnęła. Nie wyglądała na osobę, która łatwo kapituluje.

– Nie jestem tutaj, żeby cię skrzywdzić. – Zawahał się. – Mam cię tylko dostarczyć w pewne miejsce. Ale tego nie zrobię – zapewnił, widząc wyraz jej twarzy. – Nazwijmy to niesubordynacją. Albo nawróceniem grzesznika – dodał i zdał sobie sprawę, że nie jest pewny, czyje nawrócenie ma na myśli.

– Dlaczego miałabym w to uwierzyć?

– Naprawdę ciężko to wyjaśnić. Trzymajmy się wersji, że chodzi o pracę. Nie wszystkim podobają się twoje badania – oznajmił, jednocześnie wyobrażając sobie, że strzela kobiecie w głowę, potem w serce, a jej martwe usta szepczą: Beati, qui non viderunt…

Potrząsnął głową i opuścił lufę.

– Jeśli mi nie zaufasz, przyślą kogoś innego. Stamtąd, gdzie trafisz, nie ma powrotu.

Zacisnęła pięści.

– Jest tutaj coś szczególnie cennego dla ciebie? – zapytał.

Rozejrzała się bezradnie.

– Wiele rzeczy.

– Cenniejszych niż życie?

Westchnęła. Potem zgarnęła zdjęcie z półki na książki. Szczęśliwa para z czasów, zanim jej męża zabrał rak. Dzieci nie mieli.

Sięgając po kindla, spojrzała pytająco na Tomasza.

– To moja biblioteka – wyjaśniła.

– Okej. Tylko wyłącz wi-fi. 

Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia czy można kogoś namierzyć przez Kindla, ale wolał nie ryzykować.

– Zbierz najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka. Leki, jeśli jakieś bierzesz, gotówkę, drobiazgi, które można sprzedać, biżuterię. Paszport może się przydać byle nie korzystać z samolotów. Karty płatnicze i komórka zostają. 

Na jej miejscu pomyślałby, że robi ją w konia i zachęca do współpracy w ograbieniu samej siebie.

– Wybierz dobre buty, spodnie, bluzę z kapturem, kurtkę, bieliznę na zmianę. Nałóż kilka rzeczy na siebie. Rzadko używanych. I pośpiesz się, próbuję ocalić resztę twojego życia.

Tak naprawdę poganiał ją z przyzwyczajenia. Dopiero kiedy wykona kolejny krok, zacznie się liczyć każda minuta.

Gdy kończyła się przebierać, poszedł zamknąć drzwi wejściowe na klucz. Wracając, zajrzał do kuchni. Odkręcił gaz w kuchence i włączył mikrofalówkę, do której włożył wcześniej lazanię w foliowej foremce. Kuchnię też zamknął.

– Wychodzimy! – rozkazał, kiedy w głębi domu rozległ się pisk czujnika.

Na zewnątrz chwycił ją pod ramię i zaprowadził do auta zaparkowanego w bocznej alei.

Zmierzchało. Na niebie błyskały światła pozycyjne samolotu. Poza tym było cicho i spokojnie. Tym większe wrażenie robił rozdzierający huk eksplozji i oślepiający błysk rozświetlający podwórze.

Tomasz odpalił silnik. Czas na kolejny krok. Pieprzyć ten sygnet.

 

***

 

Do Mediolanu zajechali przed północą. Gdy wręczył jej kluczyki, zauważył, że ręce kobiety wciąż drżą. Zupełnie jak księdzu na lotnisku. Najwidoczniej przyprawiał ludzi ze swojego otoczenia o rozstrój nerwowy.

– Zaczekaj dziesięć minut, a potem podjedź na tył budynku i zaparkuj w cieniu – poinstruował.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Na pewno zaskoczył ją, okazując takie zaufanie. Ale przytaknęła. Chyba mu uwierzyła.

Mediolańska siedziba Legionu mieściła się w biurowcu wydawnictwa Pura Fides. Stary ceglany gmach mógł pamiętać nawet czasy Sforzów. Tomasz przebiegł przez ulicę i raźnie wkroczył do przestronnego holu.

Znali go tutaj dobrze. Bez słowa minął nocnego strażnika siedzącego za wysokim pulpitem i skierował się prosto do windy.

Po drodze jak zawsze zerknął na ścianę vis a vis portierni, gdzie w szklanej gablocie wisiała reprodukcja „Dziesięciu tysięcy męczenników” Jacopo Pontormo. Podobno oryginał znajdował się we florenckiej Galleria Palatina, jednak Tomasz nigdy nie miał co do tego pewności. Jego pracodawcy uważali się za spadkobierców Legii Tebańskiej, a świętego Maurycego wybrali na swojego patrona, więc nie byłby zaskoczony, gdyby postarali się o oryginał.

Winda czekała na parterze. Gdy stalowe drzwi zamknęły się za Tomaszem, przytrzymał przycisk uruchamiający wentylator i cztery razy nacisnął guzik oznaczony czwórką. Chwilę później znalazł się na najniższym piętrze podziemi.

Drzwi rozsunęły się z cichym zgrzytem. Na tym poziomie zaraz za nimi zamontowano solidne kraty z furtką. Kilka metrów od windy, w rogu pomieszczenia, stało biurko obudowane kuloodpornym akwarium. Klucznik ukryty za pancerną szybą spojrzał na niego przelotnie i bez słowa odblokował zamek magnetyczny.

Tomasz pchnął furtkę i westchnął ciężko. Dyżur pełnił Salvatore. Sympatyczny, zawsze uśmiechnięty neapolitańczyk, całym sercem oddany sprawie. Znali się od lat. Miało to swoje plusy i minusy.

Rozejrzał się dyskretnie. Światła przygaszone. Więźniowie w celach.

Nie było tutaj kamer. Nie wolno było korzystać z telefonów komórkowych, nie używano komputerów. Nikt nie chciał rejestrować śladów tego, co działo się w lochach.

Gdzieś z głębi korytarza dochodziło zawodzenie. Ni to płacz, ni to śpiew. Akompaniowało mu ciche łkanie.

Od razu przypomniał sobie, dlaczego nie lubi tego miejsca.

Strażnik wyciągnął stopery z uszu i czekał na gościa z dłonią na przycisku alarmu. Nawet nie sięgał po broń, która leżała na blacie biurka. Tomasz podszedł do niego pewnym krokiem.

– Nowa? – zapytał obojętnym tonem. Jeśli Peter jeszcze jej nie dostarczył, trzeba będzie pomyśleć nad planem B.

– Ostatnia cela. – Salvatore wyszczerzył zęby.

Nie ułatwiał zadania.

Tomasz odwzajemnił uśmiech. Sięgnął po broń, żeby położyć ją w otwartym podajniku pod kompozytową szybą. Gdy dłoń z pistoletem znalazła się po drugiej stronie, uniósł lufę i strzelił pod kątem prosto w lewe oko Salvatore. Klucznik aż podskoczył i runął do tyłu razem z krzesłem.

Nie było innego sposobu. Salvatore był naprawdę oddany sprawie.

Tomasz zaszedł szklaną klatkę z boku i wystrzelił w zamek drzwi do akwarium. Otworzył je kopniakiem i uderzyły o ciało martwego strażnika. Wsunął się bokiem, zerwał pęk kluczy przypiętych do szlufki u spodni i przy okazji zerknął na półkę pod blatem biurka. Nietknięte jeszcze pudełko z jakimś domowym makaronem, pod nim magazyn „Il Nuovo Calcio” – Salvatore dopiero zaczął służbę.

Dawno temu widział neapolitańczyka biorącego udział w przesłuchaniu jednego z więźniów. Wtedy Salvatore też się uśmiechał. Teraz to wspomnienie przydało się, żeby uspokoić sumienie, którego wrzask Tomasz słyszał w głowie.

Za to w celach zapanowała grobowa cisza.

Ruszył w kierunku ostatniej z nich. Dalej korytarz kończył się ciężkimi drzwiami prowadzącymi na schody. Sięgały poziomu ulicy, gdzie znajdował się garaż, zajmujący tyły budynku.

Zajrzał do celi przez okienko z przezroczystej szyby zbrojonej. Profesor leżała nieprzytomna na kozetce pod ścianą. Wyglądała kiepsko. Najwidoczniej przeszła już wstępne maglowanie.

Wybrał największy z kluczy i otworzył wrota na końcu korytarza, potem zdjął ciężką sztabę ryglującą je od środka. Kolejnym kluczem otworzył drzwi do celi.

Wątpił, żeby Thiele udawała, ale dla pewności sprawdził oczy i tętno. Było spowolnione.

Spróbował ją ocucić. Bezskutecznie. Pewnie podali jej mocny środek odurzający. Lokatorzy tego lochu krzyczą, póki mają siły i odwagę. 

Albo, gdy coś obudzi ich nadzieję. Już słyszał pierwsze, nieśmiałe pytania zadawane w kilku językach.

Zarzucił bezwładne ciało na ramię i wyszedł na klatkę schodową.

Pancerne wrota zostawił otwarte. Miał nadzieję, że zyska na czasie i zmyli pogoń. Może pomyślą, że zjawił się po tym, jak intruzi włamali się do kompleksu i ruszył w pościg? Potem pewnie ktoś zapyta, jak sforsował kraty przy windzie i dlaczego sztaba był zdjęta.

Spojrzał w górę schodów. Wykuty w skale szyb zabudowano stalową, czteropoziomową konstrukcją. To będzie długa wspinaczka ze sporym ciężarem na plecach. 

I miał nadzieję, że na jej końcu, wciąż będzie czekał na niego samochód.

 

***

 

Podróż na północ zajęła im resztę nocy i poranek. Gnał A13 i A7, mijając po drodze Getyngę, Hanower i dalej Hamburg. Na początku trasy, podczas krótkiego postoju między Como i Lugano, pozbył się komórki, wrzucając ją przez uchylone okno mazdy stojącej na parkingu. Liczył, że ta zmyłka zaprocentuje w przyszłości.

Dwa razy zjechał z autostrady, by ukraść kolejne auto. Wybierał tylko starsze modele, bez zaawansowanej elektroniki, wypatrzone na parkingach bez kamer.

Profesor od biologii przespała całą drogę. Ludzie z Pura Fides zaaplikowali jej naprawdę silne prochy. Manewa odezwała się dopiero po kilku godzinach podróży.

– Dlaczego to robisz? – zagaiła.

Nie chciał wiedzieć, co dokładnie ma na myśli, więc milczał.

– Wiem, kim ona jest. – Nie ustępowała. – Jej badania też się komuś nie podobają? 

– Obie zajmujecie się mechaniką kwantową – odpowiedział. – Przekraczacie granice. Chociaż sam nie rozumiem, co kwanty mają wspólnego z tym wszystkim.

– Z czym wszystkim?

– Z wiarą, z życiem…

– Zapytaj profesor Thiele, to jej działka – odburknęła.

– Ona śpi. Pytam ciebie.

Na chwilę się zamyśliła.

– Oddychanie. Fotosynteza. Węch. Mutacja genów. I tak dalej. Prawdopodobnie życie w ogóle jest możliwe właśnie dzięki zjawiskom kwantowym, ale biolodzy molekularni mają swoją ulubioną historyjkę. – Odwróciła głowę w stronę bocznego okna, za którym ciemniał gęsty las porastający pobocze. – Słyszałeś kiedyś o rudziku?

Przytaknął, nie odrywając oczu od drogi.

– Słyszałem pewną legendę. Jest czerwony, bo próbował wyciągnąć gwoździe z rąk ukrzyżowanego Jezusa. W innej wersji tylko śpiewał mu na pocieszenie i wtedy ubrudził się krwią Chrystusa.

Uśmiechnęła się zaskoczona.

– Nie znałam tej historii. Ale nawet pomijając legendy, to nadal niezwykły ptaszek. Posiada zmysł nawigacji czuły na zmiany pola magnetycznego. Wykorzystuje do tego fotony i zjawisko splątania kwantowego. 

– Rudzik? Ciekawe – przyznał. 

Resztę drogi przemilczeli. 

Przed południem dotarli na przedmieścia Lubeki. Manewa wysiadła z samochodu, stanęła na poboczu i rozejrzała się bezradnie. Jej wzrok zatrzymał się na wielkiej tablicy zapraszającej do Instytutu Fizyki Plazmy Maxa Plancka w odległym o dwieście kilometrów Greifswaldzie.

Tomasz zaklął w myślach. Uchylił okno.

– Zapomnij! – zakrzyknął. – Znajdź sobie inne zajęcie.

Przytaknęła, ale bez przekonania. Widział w jej oczach opór, zalążek buntu. Niedobrze. Przecież nie może się nią opiekować do końca życia.

– Dasz sobie radę? – zapytał już znacznie ciszej.

Znów skinęła głową, chociaż jej spojrzenie wyrażało coś innego. Nie wyglądała jak wiedźma. Raczej jak zagubiony i zmoknięty spaniel.

– Trzymaj się z dala od miejsc, które znasz i ludzi, których znasz. Pewnie i tak nie posłuchasz, ale dla własnego dobra odczekaj przynajmniej rok. I zapomnij o policji. To byłoby głupie. Stoi za tym wszystkim dosyć wpływowa organizacja.

Wciągnęła głęboko powietrze, chcąc ukryć niekontrolowany spazm.

– Lepiej żyć tak, niż nie żyć wcale – podpowiedział.

Ogarnęła się, zacisnęła zęby, wyprostowała plecy.

– A co z nią? – zapytała po chwili, wskazując tył auta.

Tomasz wzruszył ramionami.

– Znajdę dla niej kryjówkę. Ze mną nie jest bezpieczna.

Chyba dotarło do niej, w jakiej znalazł się sytuacji.

– Oni ciebie…

Odwrócił wzrok. Może oszukuje sam siebie i cała ta ucieczka od początku nie miała szans powodzenia?

– Nie tak szybko. Zresztą, nie mają lepszych ludzi, więc nie pójdzie im łatwo – skłamał. Na koniec uśmiechnął się szelmowsko, ale chyba nie kupiła tego uśmiechu.

Znów zaczęło kropić. Auta mijały ich z głośnym wizgiem, któreś zatrąbiło.

– Z drugiej strony miasta jest port Travemunde. Masz stamtąd prom do Szwecji i w kilka innych miejsc. Nie wybiorę za ciebie. Istnieje możliwość, że jednak mnie złapią i coś wycisną. – Zawiesił głos.

– Nie sądzę…

Nie dosłyszał reszty, bo schylił się, sięgając do kabli, i odpalił silnik. Jeszcze coś za nim krzyknęła zaskoczona. Czy to było „dziękuję”? 

Spojrzał w lusterko. Stała, obejmując ramiona i bezradnie rozglądając się na boki. Jakby niezdecydowana, gdzie zacząć to nowe życie. Potem ruszyła poboczem w stronę miasta. Miał przeczucie, że sobie poradzi.

Zerknął na tylne siedzenia. Druga wiedźma wciąż była nieprzytomna. A może tylko udawała? Tylko po co? Ścisnął kierownicę i depnął mocniej.

Pora odwiedzić znajomego gringo.

 

***

 

Ruch był ryzykowny, ale nic lepszego nie przyszło mu do głowy. W końcu, jak powiadają, najciemniej pod latarnią.

Przemknął przez wyspę Uznam, potem tunelem pod Świną i zajechał do Przytoru. Pod spożywczym zapytał jakieś dzieciaki o księdza z Watykanu i bez wahania wskazały biały domek na skraju osiedla. 

Gdy wysiadł z auta, akurat zaczęło kropić. Skrył się pod daszkiem i głośno zapukał. Miał nadzieję, że ksiądz posłuchał jego rady.

– To ty… – Widok gościa niewątpliwie wystraszył kapłana.

– Spokojnie, nie mam na ojca zlecenia – zapewnił. – Pamięta jeszcze ksiądz, co mówiłem o służbie?

– Lepiej wejdź do środka. – Duchowny odetchnął z ulgą, ale nadal wydawał się zmieszany.

Tomasz przestąpił próg. Otwarte drzwi na końcu przedpokoju odsłaniały ścianę z kredensem i stół. Dobrze znał takie wnętrza. Cerata w kratę. Na parapecie dracena w glinianej donicy. Za szybą kredensu, obok zastawy do kawy, zdjęcie w ramce. Dwójka dzieciaków na kolanach Świętego Mikołaja. W tle słychać było głośne tykanie ściennego zegara i stukanie noża krojącego coś na desce w kuchni.

– Przebywam w odosobnieniu – wyznał kapłan konspiracyjnym szeptem.

– W rodzinnym domu? To jakaś pokuta?

– Raczej dłuższa suspensa.

– Przykra sprawa. Chętnie bym pocieszył, zapił temat, ale nie mam za bardzo czasu. Przed domem stoi samochód. W środku śpi kobieta. Proszę się nią zająć.

Ksiądz zrobił wielkie oczy i zerknął przez okno na ulicę.

– Co oni jej…

– Jest w kiepskim stanie. Zdaje się, że wzięli ją w obroty, a potem naszprycowali jakimś gównem. Nieprzytomna od kilkunastu godzin. Acha, no i z tego, co wiem, zna tylko niemiecki i angielski.

Ksiądz przyglądał mu się uważnie. Wreszcie przytaknął. Z kuchni dobiegał brzdęk garnków.

– Sam ksiądz mieszka? – zainteresował się Tomasz.

Duchowny obejrzał się przez ramię. Dźwięki dochodzące z kuchni ucichły.

– Z siostrą. Nie miesza się w moje sprawy.

– Dacie sobie radę?

– Siostra zna niemiecki, pracuje w hotelu w Ahlbecku.

– Ale nie miesza się w sprawy brata? – Tomasz się uśmiechnął. – Ta kobieta… – Urwał. Gdzieś w głębi domu rozdzwonił się telefon stacjonarny.

Spojrzał pytająco na gospodarza. Ten tylko wzruszył ramionami.

– Nie używamy tego telefonu.

– I nie odbierze ksiądz?

– To na pewno pomyłka.

– Więc ta kobieta… Kiedy się obudzi, trzeba jej wyjaśnić, że musi się ukryć na jakiś czas. Po tym, co ostatnio przeżyła, nie powinno to być trudne. Niech przeczeka, a potem próbuje na nowo. Do tego, co było, nie ma już powrotu.

Ksiądz pokiwał ze smutkiem. Może kiepski z niego egzorcysta, ale na pewno przyzwoity człowiek.

– Na lewobrzeżu jest klasztor Marianek, znaczy zgromadzenia zakonne Sióstr Maryi Niepokalanej. Przełożona wspólnoty, siostra Leandra, to dobra kobieta – zapewnił.

– Lepiej, żebym tego nie wiedział.

Tomasz pogrzebał w kieszeni kurtki i wyciągnął wypchaną kopertę.

– Nie trzeba! – Kapłan aż się żachnął.

– To za Ekwador. Niech posłuży dobrej sprawie.

– No chyba że za Ekwador.

Telefon wciąż dzwonił natarczywie, a potem nagle ucichł.

– Ona uzyska pomoc, a co z tobą? – zapytał duchowny.

– Poradzę sobie.

– Nie to miałem na myśli. Może chciałbyś się wyspowiadać?

– Oczywiście. Jak tylko znajdę niesuspendowanego księdza – odpowiedział i otworzył drzwi. – Poczekam na zewnątrz.

– Chociaż pomodlę się za ciebie! – zawołał za nim gospodarz.

– Dzięki – odparł Tomasz, nie wyjaśniając, za co dziękuje. Chciał jeszcze dodać coś sarkastycznego, ale ugryzł się w język, bo dostrzegł w oczach duchownego autentyczną radość.

Na zewnątrz wciąż kropiło, więc stanął pod kasztanem po drugiej stronie ulicy i obserwował dom zza grubego pnia. Po chwili z budynku wybiegli ksiądz i pulchna brunetka w nieokreślonym wieku. We dwójkę wyciągnęli z auta nieprzytomną kobietę i podtrzymując za ramiona, zanieśli do domu.

Odczekał jeszcze kilka minut. W podwórzu za jego plecami zaszczekał pies. Wreszcie dotarło do Tomasza, że ujada na niego, więc przebiegł przez jezdnię i wsiadł do samochodu.

Gdy odpalał silnik, kątem oka dostrzegł, że w oknie domu poruszyła się firanka. Widocznie siostra księżulka bywała ciekawska.

 

***

 

Auto porzucił na wysokości Nowej Soli. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów przejechał stopem. Sylwek, długowłosy student politechniki poznańskiej, wysadził go na stacji benzynowej gdzieś przed Lubinem. Tomasz dziękował w duchu za ten postój.

Kiedy wyszedł z toalety na zapleczu stacji, rozdzwonił się stary automat telefoniczny zawieszony przy śmietniku. Rozejrzał się na boki, ale nie miał wątpliwości, że chodzi o niego. Znaleźli go i teraz próbują spowolnić. Może nawet zatrzymać do przyjazdu kawalerii.

Zdawał sobie sprawę, że nie powinien odbierać, ale nie potrafił się powstrzymać i podniósł słuchawkę. Tylko kilka słów, potem złapie kolejnego stopa i rozwieje się w powietrzu jak duch.

– Rozczarowujesz nas, Tomaszu. – Antykwariusz aż dyszał z gniewu.

– Wy mnie bardziej.

– Prędzej czy później znajdziemy całą waszą trójkę.

Sprytnie. Takie sformułowanie może oznaczać, że nikogo jeszcze nie znaleźli, ale równie dobrze, że brakuje im kogoś do kompletu.

– Nie sądzę.

Starzec zmienił ton.

– Widziałem raport tego księdza. Powiedz mi, Tomaszu, czy tuż przed śmiercią ta Indianka cię dotknęła? To ważne! Nie zmuszaj nas…

Jak to szło? Dezinformacja orężem wojny? Pamiętał, że nie może wdawać się w długą wymianą zdań.

– Oszczędzę ci kłopotu. Właśnie się do ciebie wybieram – wypalił i przerwał połączenie.

Zaraz tutaj będą. Zakładał, że potrzebują go żywego, więc powinni podejść naprawdę blisko.

Dokąd teraz? Wyszedł na dwupasmówkę i ruszył poboczem. Zmierzchało i nad pustą drogą zawisła szarówka. Oddech kłębił się w obłokach pary. Gdy za plecami błysnęły światła, Tomasz wystawił rękę i obejrzał się za siebie.

Jadąca za nim półciężarówka zwolniła i odbiła na pobocze. Ledwo uskoczył i przeturlał się do rowu. Zaraz potem zerwał się na nogi i wbiegł za pierwszą linię sosen.

W lesie panował półmrok. Wieczorna mgła osiadła na wilgotnym mchu i plątała się wśród długich liści paproci. Wiatr szeptał w koronie drzew. Od strony drogi dobiegł Tomasza pisk opon hamującego pikapa.

Przyspieszył, mijając kolejne drzewa jak tyczki slalomowe. Im więcej sosnowych pni znajdzie się między uciekinierem i pogonią, tym lepiej.

W końcu zerknął przez ramię i daleko z tyłu dojrzał trzy latarki. Podskakiwały chaotycznie. Tamci też biegli.

Jak go namierzyli? Przecież pozbył się telefonu. Co przegapił? Kamery na postojach i autostradzie? Nie tylko polska policja chętnie współpracowała z Legionem. Ale w takim razie już dawno by go zatrzymali. 

Zegarek! Pewnie podrzucili mu lokalizator! Natychmiast zdjął z ręki fossila i rzucił go w krzaki. 

Dopiero po chwili przyszło olśnienie i przypomniał sobie rozmowę, podczas której Antykwariusz poprosił o pistolet. 

Sprytnie. Najwidoczniej starucha coś zaniepokoiło i podmienił magazynek. Nadajnik na pewno był ukryty w ostatnim pocisku. Swoją drogą, świetne zagranie. Jednym ruchem zmusili go do pozbycia się broni lub amunicji.

Zatrzymał się, odwrócił i wystrzelał cały magazynek w kierunku pogoni. Dwie pieczenie na jednym ogniu? Proszę bardzo.

Latarki natychmiast zgasły i pośród lasu rozległy się przekleństwa. Pewnie będą się teraz zastanawiali, czy ma przy sobie zapasowe naboje. Tylko zegarka szkoda. To była jedyna pamiątka z czasów służby w GROM-ie.

Ruszył dalej przez mokry las i w biegu kolejny raz analizował sytuację. Podali Thiele silną dawkę, więc miała przespać noc. Salvatore nawet nie napoczął prowiantu, czyli dopiero rozpoczął zmianę. Powiedzmy o dwudziestej drugiej. To znaczy, że jego zmiennik zjawił się około dziesiątej rano. Tomasz jechał naprawdę szybko, u księdza był po piętnastej.

Pięć godzin. Już dawno powinni go zatrzymać. Jeszcze przed Lubeką.

Chyba że niedawno włączyli namierzanie. Co, jeśli portier na górze nie zaraportował wizyty Tomasza? Długo by nie wiedzieli, kto za tym stoi. 

Za tą wersją przemawia fakt, że korzystają z miejscowych chłopaków. Widział polskie blachy, słyszał głośne kurwa, gdy strzelał do prześladowców. Zatem ściągnęli kogoś w ciągu ostatniej godziny, dwóch. Dwie godziny temu był na wysokości Międzyrzecza. Daleko od Przytoru, jeszcze dalej od Lubeki.

Niepokoił go tylko ten natrętny telefon u księdza. Czy to Antykwariusz próbował się z nim skontaktować po raz pierwszy? To by znaczyło, że profesor Thiele jest już w rękach Legionu i nie ma sensu zawracać. A jeśli to była zwykła pomyłka, wracając, ściągnie tam pogoń.

Mimo wszystko powinno być dobrze.

W tym właśnie momencie usłyszał huk i poczuł, jakby potężny młot uderzył go w ramię. Zatoczył się i wpadł na sosnę. Przytrzymał się pnia, łapiąc oddech przez zaciśnięte zęby.

To tylko draśnięcie. Ciekawe czy strzelali do niego święconymi kulami? A może srebrnymi? Zdał sobie sprawę, że jest w szoku. Zaśmiał się, ale zaraz przestał, bo gdzieś ponad wierzchołkami drzew, rozległ się warkot helikoptera.

Tylko tego brakowało.

Odetchnął chłodnym powietrzem. Pachniało sosnowym igliwiem, grzybnią i mchem. Wrzesień ustępował miejsca jesieni. Wśród gałęzi pięknie zaśpiewał rudzik. Pewnie szykował się do odlotu na południe albo właśnie przyleciał na zimę z północy, kierując się cudem kwantowego splątania.

Tomasz ponownie zerwał się do biegu. Jednak już po chwili zwolnił. Nadal słyszał ptasi śpiew, czy to jego oddech zaczął świszczeć?

Zatrzymał się i oparł o pień drzewa. Pod palcami wyczuwał chropowatą strukturę kory. Spojrzał na postrzelone ramię. Krew przesiąkła przez rękaw kurtki zimną czerwienią. Niemal czuł, jak wypływa z niego energia życia. Gaśnie iskra boża.

I nagle zmroziła go myśl, że może dał się podpuścić i od początku robił dokładnie to, co zaplanował Legion. Pozbył się wiedźm, wystawił siebie. Może nie docenił Antykwariusza?

Tylko o co chodziło z tą Indianką?

Przypomniał sobie chichot staruchy, który słyszał jeszcze chwilę po jej śmierci. Potem uśmiech Salvatore, którego również zabił z zimną krwią. Następnie wściekle ujadającego psa i kiepskiego egzorcystę, którego pytanie o spowiedź wykpił.

W tanim horrorze takie sygnały wystarczyłyby, żeby wzbudzić podejrzenie, że jest opętany.

No i ta Manewa jakoś chętnie pomogła mu uwolnić Niemkę…

Zachichotał i zaraz zakaszlał. Co za pierdoły! Po prostu dał sobie namieszać w głowie i tyle. Przecież wiedziałby, gdyby w tej przeklętej wiosce coś w niego wlazło.

No właśnie.

Wiedziałby?

Koniec

Komentarze

Fajny, efektowny tekst, gdzieś z pogranicza gatunkowego: jest i trochę religijnie inspirowanego horroru, i pogrywanie sztafażem SF, i fabuła trochę rodem z thrillera o teoriach spiskowych (tajne wszechmocne bractwa, wpływające na losy świata). Wymieszane to sprawnie i umiejętnie, czyta się szybko i dobrze, bo i autor sprawny.

 

Dziękuję, Ninedin, za lekturę i komentarz oraz kliczka. Oczywiście to jest tekst przede wszystkim rozrywkowy i masz rację, wspominając o pograniczu takich właśnie konwencji i gatunków.

Pisałem to opowiadanie z myślą, że nie wszystko musi być poważne i o ważnych rzeczach i dobrze się bawiłem, mieszając w tym kociołku. Oczywiście tutaj chodziło też o balansowanie na pograniczu (skoro jesteśmy przy tym określeniu) metafizyki i fizyki. Do tego szczypta s-f i sensacji oraz pomysł na nietypowe "wiedźmy". Bohater Polak miał wpisywać się w profil FS, ale moje "podchody" zostały zignorowane.

Cieszę się, że udało mi się osiągnąć zamierzony efekt i wyszedł tekst Twoim zdaniem efektowny, który czytało się szybko i dobrze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pamiętam to opowiadanie!

I to jest chyba najlepsza rekomendacja, bo czytałem je rok temu, a nadal jest żywe w mojej pamięci. Każda scena odbiła się w niej na dobre – pewnie dlatego, że wiele razy wracałem do tego tekstu w głowie, zwłaszcza do zakończenia, które udało mi się odpowiednio docenić gdzieś dopiero po tygodniu (?) od lektury, a im więcej czasu mijało, tym bardziej mi się ono podobało, bo lepiej widziałem, jak rzutuje na cały tekst.

Gatunkowy miszmasz bardzo przyjemny – dużo akcji (to akurat nie jest mój konik, ale tu przyjąłem ją z entuzjazmem), motywy religijne (wychodzimy z bardzo, że tak powiem, sztampowego punktu, który prowadzi nas zupełnie nową ścieżką), oraz naukowe (tu ubolewam, że nie było ich więcej, bo najbardziej działały na moją wyobraźnię) – w zasadzie mój ulubiony fragment tego opowiadania (poza zakończeniem docenionym po czasie) to rozmowa z Antykwariuszem, takie to jest dobre.

Bohater, co prawda, należy do gatunku typowych Rambo – przez co może się wydawać, że pewne jego poczynania balansują na granicy prawdopodobieństwa, ale to jest właśnie ten element sensacyjności, akcji, wyróżnik tego gatunku. Można to lubić albo nie.

Zabrakło mi trochę podbudowy świata przedstawionego – to jest o tyle, że z chęcią przeczytałbym więcej o samej organizacji tropiącej wiedźmy, poznałbym więcej tych religijno-kwantowych teorii, zerknął właśnie w tę boską partyturę.

Koniec końców jednak, jak pisałem na początku, tekst pozostaje w pamięci. To najważniejsze.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Witaj, Gekikaro! Bardzo mi miło, że zajrzałeś i podzieliłeś się tak sympatycznym i obszernym komentarzem. Raz jeszcze dziękuję również za Twoje wcześniejsze i uwagi (to już rok minął). Najważniejsze, że się podobało i dobrze czytało. Poniżej ustosunkuję się do kilku Twoich opinii.

 

Pamiętam to opowiadanie!

– bardzo mnie to cieszy :)

 

I to jest chyba najlepsza rekomendacja, bo czytałem je rok temu, a nadal jest żywe w mojej pamięci. Każda scena odbiła się w niej na dobre – pewnie dlatego, że wiele razy wracałem do tego tekstu w głowie, zwłaszcza do zakończenia, które udało mi się odpowiednio docenić gdzieś dopiero po tygodniu (?) od lektury, a im więcej czasu mijało, tym bardziej mi się ono podobało, bo lepiej widziałem, jak rzutuje na cały tekst.

– rzeczywiście zakończenie jest bardzo istotne dla odbioru tekstu i ma pozostawić czytelnika z domysłami. Jakimi? A różnymi, np. co się tam wydarzyło naprawdę, czy to wszystko bzdury z tymi wiedźmami, czy jednak prawda, czy podczas lektury kibicował właściwej stronie… itd. 

 

(…) oraz naukowe (tu ubolewam, że nie było ich więcej, bo najbardziej działały na moją wyobraźnię) – w zasadzie mój ulubiony fragment tego opowiadania (poza zakończeniem docenionym po czasie) to rozmowa z Antykwariuszem, takie to jest dobre.

– pamiętam Twoją wcześniejszą opinię na ten temat. I chyba Edwardowi przypasowała bardziej jedna część wykładu Antykwariusza, Tobie z kolei druga. Potem troszkę ten wykład odciążyłem, ale pewnie i tak niektórym wyda się zwykłym infodumpem z masą wymyślnych terminów.

 

Zabrakło mi trochę podbudowy świata przedstawionego – to jest o tyle, że z chęcią przeczytałbym więcej o samej organizacji tropiącej wiedźmy, poznałbym więcej tych religijno-kwantowych teorii, zerknął właśnie w tę boską partyturę.

– i pewnie gdyby FS wzięła to opowiadanie, to napisałbym więcej o Tomaszu, Pura Fides i całej reszcie. A tak, cóż, Tomasz musi teraz czekać w długiej kolejce.

 

Przyznam, że jak się domyślasz, planuję skomentować Twoje Wiedźmy udostępnione na portalu, nie tyle w rewanżu, ale głównie dlatego, że też je dobrze pamiętam, podobały się i znam je dobrze. Ale najpierw muszę poszukać pliku w notatniku z moimi przemyśleniami z bety (a jest wśród dziesiątek plików bez tytułu), bo widzę, że wersji beta już nie ma.

 

Ps. Oczywiście wciąż pamiętam też o "Dzieciach wody". Ech te zaległości.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ach, zapachniało Paley’em. I Danem Brownem.

 

W przeciwieństwie do Gekikary, raczej nie zapamiętam tego opowiadania. Elementy naukowe są tu raczej ogólnikowe, mamy tu sporo chwytliwych sloganów, które jednak nie przekładają się zbytnio na treść opowiadania, a choć fanatyków religijnych po dziś dzień nie brakuje, to ci konkretni nie wyróżniają się niczym szczególnym – trochę Opus Dei w wydaniu Browna, trochę Templariusze a’la Assassins Creed… Może nie kalka, ale zbliżony szablon.

Nie znaczy to jednak, że tekst jest zły. Czytało się go bardzo płynnie, akcja trzyma przyzwoite tempo, bohater utrzymany w odpowiedniej tonacji, choć też całkowicie pozbawiony cech charakterystycznych. Przemknąłem przez tekst migiem, potykając się aby dwa razy, za to bawiąc się przednio.

 

Wspomniane wcześniej dwa razy:

Wracając, zajrzał do kuchni. Odkręcił gaz w kuchence i włączył mikrofalówkę, do której włożył wcześniej lazanię w foliowej foremce. Kuchnię też zamknął.

Ja wiem, konwencja. Filmowy Bourne też tak zrobił. Ale (tak tylko dla proformy) jeżeli zostawić odkręcony gaz i źródło płomieni, to gaz zajmie się, zanim osiągnie stężenie potrzebne do powstania ładunku paliwowo-powietrznego – będzie pożar, ale nie eksplozja.

Zaraz tutaj będą. Zakładał, że potrzebują go żywego, więc powinni podejść naprawdę blisko.

Dokąd teraz? Wyszedł na dwupasmówkę i ruszył poboczem.

Wie, że po niego idą. Więc wyszedł na odkryty teren, gdzie łatwo dojechać samochodem i go wypatrzyć, zamiast ruszyć na przełaj… Po specjaliście oczekiwałbym lepszego planowania. ;)

Witaj, None!

 

Ach, zapachniało Paley’em. I Danem Brownem.

Williamem Paley'em? Kuzyn ducha Dana Browna pewnie się gdzieś tu unosi, chociaż ja jego czytelnikiem nie jestem za bardzo. W Creeda nie grałem, żaden ze mnie gracz. Ale ogólnie wiem, co masz na myśli. 

 

W przeciwieństwie do Gekikary raczej nie zapamiętam tego opowiadania. 

– nie gniewam się oczywiście ;)

 

Nie znaczy to jednak, że tekst jest zły. Czytało się go bardzo płynnie, akcja trzyma przyzwoite tempo, bohater utrzymany w odpowiedniej tonacji, choć też całkowicie pozbawiony cech charakterystycznych. Przemknąłem przez tekst migiem, potykając się aby dwa razy, za to bawiąc się przednio.

– to ostatnie zdanie wyłowiłem i mogę tylko powiedzieć, że się cieszę, None, że tak to w sumie widzisz. Bo i o to przecież chodziło. To jest tekst pisany na konkurs FS i przyznam ze wstydem, że trochę pod nich. Z założenia rozrywkowy, z polskim bohaterem (chociaż wymowa ogólna chyba nie bardzo po ich linii). Przede wszystkim jednak lubię próbować różnych konwencji, a to fantasy, a to sf, space opera czy sensacja w takich klimatach jak powyżej, i sprawdzać, czy potrafię napisać coś znośnego dla odbiorcy w gatunku, czy właśnie konwencji. A skoro czytało Ci się migiem i bawiłeś się przednio, przełknę wszelką krytykę :), bo cel został osiągnięty. 

 

Wspomniane wcześniej dwa razy:

Tak, gdzieś coś podobnego widziałem, mam wrażenie, nie pamiętałem, że to Bourne. Ale też szukałem w necie czy to możliwe. Mikrofalówka dosyć gwałtownie reaguje, a ja tam próbuję wciskać czytelnikowi, że pomieszczenie zamknięte itd. Sam przez 15 lat pracowałem przy gazie, wiem, jak to wszystko wygląda w praktyce, ale sam rozumiesz, nieco filmowa konwencja, efekt itd.

Druga sprawa. On chciał się ulotnić stopem. A o taki transport najłatwiej przy drodze. No i zaraz wychodzi w tekście, że tam był las obok, więc teren nie całkiem otwarty. Poza tym czego się nie robi dla dramaturgii…

 

Dzięki wielkie za wizytę i cenną opinię, None.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Psiakrew, będzie bolało. Mnie też.

Dla mnie, marasie, słabe. Trzeba byłoby powachlować obecnym zapisem i przy okazji powycinać zbędne słówka, aby sceny wybić ze statyczności, przydać im nerwu. Treść oraz sam pomysł są – nie powiem – interesujące, lub mogłyby nimi być. Trochę jest w tym misz– maszu, ale ok; trochę tego za dużo – tu już niekonicznie ok, jeśli wymieniane po przecinku, bo nikt nie "skuma" i odpuści. Sama akcja przypomina trochę Dana Browna, lecz bez generowanego przez niego napięcia.

Odnośnie konkursu – czy, to aby nie miał być słowiański folk? Jeśli tak, niestety musiałeś odpaść. Poza tym, jak na Ciebie, wydaje mi się nadzwyczaj pośpiesznie pisane.

 

Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia czy można kogoś namierzyć przez Kindla, ale wolał nie ryzykować.

To mnie rozśmieszyło. Strasznie fajna i nietypowa konkluzja! 

A na poważnie – jasne, że można. I w dodatku profilować po książkach i szukanych słowach/zdaniach oraz innych wejściach do netu. Każdy kontakt z siecią jest śladem. Kłopot jest z dotarciem do niego, jeśli nie ma wcześniejszej kategoryzacji i przyporządkowania do źródła plus pomniejsze kłopoty, a nie ma, więc na razie jesteśmy względnie bezpieczni.

 

Podsumowując: opowiadanie napisane porządnie, ale mnie nie wciągnęło, choć miało ku temu potencję, pomimo cytatu, który uważam za zbędny, bo jest wprost, a nie przewrotny. Zainteresowały mnie środkowe rozważania i pierwsza scena, a potem CERN. Biblio – ok, za pomysł i bardzo porządną interpunkcję.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witam, Asylum!

 

Psiakrew, będzie bolało. Mnie też.

– ale mnie zupełnie nie bolało, o dziwo.

 

Trzeba byłoby powachlować obecnym zapisem i przy okazji powycinać zbędne słówka, aby sceny wybić ze statyczności, przydać im nerwu. 

– do tej pory inni odbiorcy pisali, że czyta się szybko i przemyka przez tekst migiem, a Ty odebrałaś jako stateczny. A to przecież chyba najbardziej pędzące akcją opowiadanie, jakie napisałem. No i nie bardzo wiem, co to znaczy, że trzeba byłoby powachlować obecnym zapisem.

 

Odnośnie konkursu – czy, to aby nie miał być słowiański folk? Jeśli tak, niestety musiałeś odpaść. 

– nie, to nie miał być słowiański folk, to nie ten konkurs. Tutaj hasłem przewodnim były po prostu wiedźmy. Moje wiedźmy wydają mi się akurat dosyć oryginalne.

 

Poza tym, jak na Ciebie, wydaje mi się nadzwyczaj pośpiesznie pisane.

– a tu się też niestety nie zgodzę, bo nie było pisane pośpiesznie. Wiem to z pierwszej ręki.

 

Podsumowując: opowiadanie napisane porządnie, ale mnie nie wciągnęło, 

– najważniejsze, że porządnie napisane (czyli porządnie, ale pośpiesznie?). A że nie wciągnęło, to pewnie po części kwestia gustu i preferencji czytelnika, ale i na pewno również wina autora i jego ograniczonych umiejętności.

 

(…) pomimo cytatu, który uważam za zbędny, bo jest wprost, a nie przewrotny. 

– a mi akurat pasował, chociaż to znany cytat i przypisywany wielu osobom. Zastanawiałem się również na boku, czy ktoś wyłapie jeden z potencjalnych tropów interpretacyjnych związanych z pierwszym zdaniem opowiadania. I nie chodzi o motto.

 

Biblio – ok, za pomysł i bardzo porządną interpunkcję.

– nie no, za interpunkcję to się nie daje klików, Asylum. To lekko uwłaczające ;)

 

Dziękuję serdecznie za wizytę, cenne uwagi i rozbudowany, krytyczny komentarz (oraz mimo wszystko za klika). Może jakiś inny mój tekst wyda Ci się ciekawy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mnie zabolało, ponieważ lubię Twoje teksty, a ten zawiera dwa elementy, które zazwyczaj mnie wciągają: akcję, bazuje na wiedzy i ciekawym odwiecznym pytaniu.

Za samą interpunkcję nie skarżypytowałabym, natomiast za świetny pomysł doprowadzony do końca i porządne napisanie – już tak, czyli jak najbardziej. ;-) Umiejętnie splatasz dwa wątki, czarownice są oryginalne, a utrzymywanie przez cały czas – niejako – podwójnego dna jest efektowne i czaruje. I spokojnie – dobrze przemyślałam kliknięcie (poziom spontaniczności wynosił zero), gdyż robię to jedynie wtedy, gdy mam pewność odnośnie jakości, naturalnie mierzonej podług swojej opinii, a tutaj jest ona niedyskutowalna (naturalnie nie opinia, lecz jakość opka).

Marudzę, ponieważ bardzo wysoko zawieszam poprzeczkę przy Twoich opowiadaniach.

 

Wyjaśniam, o co mi chodziło z tym "wachlowaniem" i statycznością. Patrzyłam na najmocniejsze punkty (zdania) w obrębie poszczególnych fragmentów i odnosiłam wrażenie, że napięcie w tekście faluje zamiast rozwijać się i rosnąć, czego oczekiwałam. To było dziwne i nie wiąże się z samą historią, która jest fajna i mi się podobała, raczej o kolejność zdań i niekiedy inne ich poukładanie w obrębie poszczególnych odsłon, aby gładko (smoothly) czytać tekst. Może warto byłoby miejscami wzmocnić klimat, ale tego nie wiem. Trzeba byłoby się zastanowić. Przyjrzyj się np. rozpoczęciu tekstu. 

Dalej nie będę analizowała, gdyż odczucie jest subiektywne, podobnie jak wnioski z niego wyprowadzane.

 

Jeśli nie było na słowiańskie czarownice to ok. :-) Pewnie oczekiwali typowych czarownic, a nie tak zmyślnej opowieści.

 

pzd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Williamem Paley'em?

Tak. Poglądy Antykwariusza mają w sobie coś z tego słynnego zegarka, który wymaga zegarmistrza.

Kuzyn ducha Dana Browna pewnie się gdzieś tu unosi, chociaż ja jego czytelnikiem nie jestem za bardzo. W Creeda nie grałem, żaden ze mnie gracz. Ale ogólnie wiem, co masz na myśli. 

Taki to gatunek prozy, że od pewnych skojarzeń ciężko uciec. Ale proza Browna, mimo całej swojej absurdalności, ma wspaniałe walory rozrywkowe. Więc jeżeli w to właśnie mierzyłeś, moje uznanie, cel osiągnięty. ;)

 

Jedno pytanie, które nie daje mi spokoju.

Beati, qui non viderunt, et crediderunt!

Zamarł z wrażenia. Potem jednym szarpnięciem uwolnił się z uścisku, złapał księdza za rękaw sutanny i wyciągnął poza krąg. To nie ta liga.

Cytaty biblijne nie są moją mocną stroną, ale po krótkich poszukiwaniach: “Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” słowa Jezusa do apostoła Tomasza. Nie bardzo rozumiem, czemu świadczą o wysokiej randze diabła/demona – choć mogą to być moje braki w obeznaniu z tematem. Pokusisz się o jakieś objaśnienie?

 

Hejka,

 

mi opowiadanie bardzo się podobało :) lubię jak wątki religijne i naukowe splatają się ze sobą.

Na początku miałam takie “oho, kolejne egzorcyzmy, który już raz?”, ale potem tak się wciągnęłam, że jak skończyłam czytać, to zrobiło mi się odrobinę smutno. Czytałabym dalej.

Wymienię kilka rzeczy, które mi zgrzytały lub których nie zrozumiałam. Być może wynika to z mojej niewiedzy:

 

Gwar się nasilał i słyszał w nim gniew.

Gwar słyszał gniew?

 

Tylko skąd ta baba znała jego imię?

Chyba nie skumałam. Przecież ta opętana Indianka nie wymówiła jego imienia.

 

Resztę podróży spędził wpatrzony w okno. Nie widział białego dywanu chmur na zewnątrz ani własnego odbicia w szybie. Przed oczami wciąż miał oblicze czarownicy z wioski, a za nią długi ciąg innych twarzy, zastygłych w pośmiertnych grymasach.

Obudził się dopiero, gdy kołowali na lotnisku w Mediolanie.

Skoro wpatrywał się w okno, to znaczy, że nie spał, a skoro nie spał, to jak mógł się obudzić? Czy może chodzi o to, że ocknął się z wizji i obrazów, jakie miał przed oczami? W takim przypadku też można użyć określenia “obudził się”?

 

Miał nadzieję, że zyska na czasie i zmyli pogoń. Może pomyślą, że zjawił się po tym, jak intruzi włamali się do kompleksu i ruszył w pogoń?

Powtórzenia.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Witaj, Panie Marasie!

Forum zjadło mi komentarz, więc postaram się odtworzyć go pokrótce. :x

Zajrzałem skuszony porównaniami None do Dana Browna oraz serii Assassin’s Creed. Takie inspiracje sugerują intrygującą mieszankę, no i nie zawiodłem się.

Czego tutaj nie ma! Jest intryga, solidny wątek naukowy, jest powiązana z nim teoria spiskowa. Jest skupienie się na detalach, są pełnokrwiste postaci i porządne dialogi. Nawet pościg się przytrafił!

Ale czego tutaj tak faktycznie nie ma? Moim zdaniem sensowniejszego zakończenia. Gdy dotarłem do napisu KONIEC, myślałem, że jestem dopiero gdzieś za połową opowiadania. Jasne, masz święte prawo pozostawić otwarte zakończenie, niemniej sądzę, że pytanie z ostatniego akapitu wybrzmiało zbyt wcześnie. Jest po prostu tyle pootwieranych wątków, które aż się proszą o rozwinięcie – ale to już pewnie wyszłaby z tego książka.

Czytało mi się bardzo dobrze, a jednocześnie pozostaję z dużym niedosytem.

 

Też zauważyłem, że raz piszesz nazwy marek wielką literą (Ludwik, Guinness), a raz małą (nie wynotowałem przykładu). Z tego, co mi wiadomo, o ile nie wskazujesz na konkretną markę, to nazwa produktu powinna być pisana małą literą: sięgnął po płyn (marki) Ludwik; ale: sięgnął po ludwika. Jeśli Reg tu zajrzy, to pewnie rozwinie temat, bo raz mnie tratowała pod tym kątem przy markach samochodów.

Hej, Asylum! Dziękuję bardzo za sprecyzowanie Twojej opinii>

 

(…) natomiast za świetny pomysł doprowadzony do końca i porządne napisanie – już tak, czyli jak najbardziej. ;-) Umiejętnie splatasz dwa wątki, czarownice są oryginalne, a utrzymywanie przez cały czas – niejako – podwójnego dna jest efektowne i czaruje. 

– to nie jest oczywiście tak, że ja się zaraz oburzam, jak mi ktoś powie, że słaby tekst napisałem, bo słyszę to dosyć często. Znam swoje słabości warsztatowe i jednocześnie wiem, że wszystkich nie sposób zadowolić. Tylko zaraz chcę wiedzieć na konkretach i przykładach, co jest złe i słabe w tekście, bo to zawsze nauka dla takiego amatora.

A w Twoim komentarzu trochę się pogubiłem, Asylum, przyznam. Bo niby pośpiesznie pisany a porządny :) No i to wachlowanie. Teraz już wiem, że chodzi chyba o falowanie (napięcia). No ale stałe podkręcanie śruby od początku do końca to nie jest dobra technika moim zdaniem. Potrzebne są właśnie takie interwały. Czytelnik musi odsapnąć. Ale jeśli to mi nie wyszło Twoim zdaniem, to muszę się przyjrzeć temu opowiadaniu. 

 

(…) naturalnie mierzonej podług swojej opinii, a tutaj jest ona niedyskutowalna (naturalnie nie opinia, lecz jakość opka). Marudzę, ponieważ bardzo wysoko zawieszam poprzeczkę przy Twoich opowiadaniach.

– czyli nie aż tak słabo. A te poprzeczki to jest przekleństwo jakieś. Napiszesz coś w miarę mądrego, to potem jak popełnisz rozrywkowy tekst w zupełnie innej konwencji, to zaraz usłyszysz, że forma coś dołuje ;)

 

Jeśli nie było na słowiańskie czarownice to ok. :-) Pewnie oczekiwali typowych czarownic, a nie tak zmyślnej opowieści.

– no ja z premedytacją pisałem pod Fabrykę Słów troszkę, ale też bez przesady. Chciałem swoje wiedźmy wymyślić oryginalne, a nie oklepane. Ale patrząc na fakt, że bardzo fajny tekst Gekikary z oryginalnym podejściem do tematu też odpadł, to może masz trochę racji. Ale oczywiście przede wszystkim zakładam, że za cienki jestem w uszach i porównam się dopiero do tych opowiadań, które w konkursie FS wygrały miejsce w antologii.

 

Hej, None!

 

Raz jeszcze dzięki, None, za kolejne miłe słowa. Ciesze się, że tę konwencję widać i czuć, no i przyciągnąłeś tymi porównaniami MrB. Dzięki!

 

Cytaty biblijne nie są moją mocną stroną, ale po krótkich poszukiwaniach: “Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” słowa Jezusa do apostoła Tomasza. Nie bardzo rozumiem, czemu świadczą o wysokiej randze diabła/demona – choć mogą to być moje braki w obeznaniu z tematem. Pokusisz się o jakieś objaśnienie?

– fajnie trafić na dociekliwego i wnikliwego czytelnika, za którego Cię uważam, ale tutaj mnie przeceniłeś. Ja tego tak nie zaplanowałem, że wypowiedzenie tych akurat słów świadczy o randze demona (jeśli jakiś był, bo liczę na pozostawienie czytelnika z pewnymi niewiadomymi i w niepewności).

O jego randze miała świadczyć cała sytuacja – demon jak widać nieźle radzi sobie z egzorcyzmami i egzorcystą, kpi z Tomasza cytując fragment z Biblii, który świadczy o tym, że baba z wioski w Andach zna tożsamość legionisty itd.

(edit. I dzięki za klika!)

 

Witam, HollyHell91.

 

(…) mi opowiadanie bardzo się podobało :) lubię jak wątki religijne i naukowe splatają się ze sobą.

Na początku miałam takie “oho, kolejne egzorcyzmy, który już raz?”, ale potem tak się wciągnęłam, że jak skończyłam czytać, to zrobiło mi się odrobinę smutno. Czytałabym dalej.

 

– cieszy mnie Twoja opinia i to, że udało mi się Ciebie zaskoczyć rozwojem fabuły.

 

Gwar się nasilał i słyszał w nim gniew.

 

Gwar słyszał gniew?

 

– tutaj domyślnym podmiotem (tak jak i protagonistą w tekście) ma być Tomasz (chociaż w poprzednim akapicie mamy “ich” i rzeczywiście to może mylić) i tylko zaimek “nim” odnosi się do gwaru, zatem słyszał (Tomasz) w gwarze gniew.

 

Tylko skąd ta baba znała jego imię?

 

Chyba nie skumałam. Przecież ta opętana Indianka nie wymówiła jego imienia.

 

– już wyjaśniam – baba cytuje Biblie, a dokładnie słowa Jezusa skierowane do Tomasza (Apostoła) zwanego niedowiarkiem, sceptykiem itd. W tych okolicznościach nasz bohater uznał bez wahania, że to nie mógł być przypadek.

 

Resztę podróży spędził wpatrzony w okno. Nie widział białego dywanu chmur na zewnątrz ani własnego odbicia w szybie. Przed oczami wciąż miał oblicze czarownicy z wioski, a za nią długi ciąg innych twarzy, zastygłych w pośmiertnych grymasach.

Obudził się dopiero, gdy kołowali na lotnisku w Mediolanie.

 

Skoro wpatrywał się w okno, to znaczy, że nie spał, a skoro nie spał, to jak mógł się obudzić? Czy może chodzi o to, że ocknął się z wizji i obrazów, jakie miał przed oczami? W takim przypadku też można użyć określenia “obudził się”?

 

– wychodzę z założenia, że czytelnikowi nie trzeba wszystkiego wykładać kawa na ławę i czasem warto mu zaufać. Można zostawić pewne informacje w domyśle i liczyć, że odbiorca sobie sam wywnioskuje, co trzeba. To podobno zwiększa satysfakcję z lektury. Oczywiście jeżeli autor robi to nieumiejętnie, lub czytelnik jest nieco rozkojarzony, to nic z tego. Zakładam, że to moja wina i dziękuję za zawrócenie uwagi, może rzeczywiście nie dla wszystkich jest to takie oczywiste, jak myślałem. Tutaj mamy opis tego, że zmęczony Tomasz wpatruje się w okno i widzi twarze swoich ofiar. Przeskok i informacja, że się obudził, ma zasugerować czytelnikowi, że zasnął po prostu, odpływając nieuchronnie w mary od tej wizji odbitej w szybie. Uznałem, że informacja o tym, że zasnął, jest zbędna, bo to, że zasnął, wynika z przebudzenia.

 

Miał nadzieję, że zyska na czasie i zmyli pogoń. Może pomyślą, że zjawił się po tym, jak intruzi włamali się do kompleksu i ruszył w pogoń?

– oczywiście! Dzięki za zwrócenie uwagi! Byłem pewny, że zmieniłem to dawno na pościg.

 

Dziękuję za wizytę, komentarz i wszystkie pożyteczne uwagi i sugestie, HollyHell91.

 

Witaj, Panie Jasna Strono!

 

Forum zjadło mi komentarz, więc postaram się odtworzyć go pokrótce. :x

– szkoda wielka, ale ten też jest niczego sobie, powiem Ci ja.

 

Zajrzałem skuszony porównaniami None do Dana Browna oraz serii Assassin’s Creed. Takie inspiracje sugerują intrygującą mieszankę, no i nie zawiodłem się.

– a to mnie bardzo cieszy. None już podziękowałem za ściągnięcie MrB. Tylko, czy to znaczy, że czytasz najpierw komentarze? Czy byłeś Użytkownikiem i sprawdzałeś rozmiar komentarza do klika bibliotecznego?

 

Czego tutaj nie ma! Jest intryga, solidny wątek naukowy, jest powiązana z nim teoria spiskowa. Jest skupienie się na detalach, są pełnokrwiste postaci i porządne dialogi. Nawet pościg się przytrafił!

– tak, to miała być konwencja sensacyjna, ale z przemyconym luźnym wątkiem naukowym i pomysłem na nieco inne wiedźmy. FS tego nie kupiła niestety. A miałem już w marzeniach wystąpić na spotkaniu autorskim ze stajnią FS w koszulce ***** ***.

 

Ale czego tutaj tak faktycznie nie ma? Moim zdaniem sensowniejszego zakończenia. Gdy dotarłem do napisu KONIEC, myślałem, że jestem dopiero gdzieś za połową opowiadania. Jasne, masz święte prawo pozostawić otwarte zakończenie, niemniej sądzę, że pytanie z ostatniego akapitu wybrzmiało zbyt wcześnie. 

– ano właśnie… Gekikara chwali to zakończenie i nawet mu się podobało jeszcze bardziej po tygodniu podobno. Nie chcę pisać, co autor miał na myśli, ale zdradzę, że to zakończenie miało być takie jak to wszystko, o czym pisałem wcześniej. Względne, niepewne, na granicy wiary i niewiary, w tym punkcie gdzie martwe staje się żywa i nie wiadomo co za tym stoi. I miało wywracać całą opowieść na lewą stronę, zmieniać punkt widzenia i zamotać z sensem (albo nie), bo tak przecież działa Zły (albo nie). Czy zatem Tomasz był opętany? Czy to tylko blef Antykwariusza? Kto pociągał za sznurki? Co kierowało Tomaszem? Dobro? Zło? I tak dalej, Do tego dorzuciłem motto i pierwsze zdanie (Ninedin odszyfrowała jego sens w sekundę, ale dopiero gdy leciutko zasugerowałem, że ma znaczenie). Chciałem zamieszać i pozostawić czytelnika z domysłami, żeby sobie interpretował do woli. No i czy Tomasz przeżyje? Zostawiłem go w tym lesie jeszcze żywego. I pewnie gdyby FS przyjęła opowiadanie, to bym to pewnie rozwinął, pociągnął dalej, opowiedział więcej. A tak, po prostu zwątpiłem w tę historię, czy jest coś warta i ciekawa.

No ale skoro Tobie zakończenie nie zagrało jednak jak należy, to biorę to na klatę. Pewnie znajdę zresztą więcej osób niezadowolonych z takiego otwartego zakończenia.

 

Czytało mi się bardzo dobrze, a jednocześnie pozostaję z dużym niedosytem.

– a to najlepsze, co może usłyszeć autor :) 

 

Też zauważyłem, że raz piszesz nazwy marek wielką literą (Ludwik, Guinness), a raz małą (nie wynotowałem przykładu). Jeśli Reg tu zajrzy, to pewnie rozwinie temat, bo raz mnie tratowała pod tym kątem przy markach samochodów.

 

– kurde, masz rację! Jak znajdę chwilkę, to muszę to wszystko szybciorem popoprawiać. 

 

Dzięki, MrB. Za wizytę, lekturę, obszerny komentarz i wszystkie uwagi oraz przemyślenia,

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Super opowiadanie!

Zacznę od szczegółu: podobała mi się wstawka z rudzikiem, nie wiedziałem, że wykorzystuje zjawisko splątania kwantowego do nawigacji. Będę musiał poczytać trochę na ten temat.

To, że bohater jest byłym żołnierzem GROM i związany z tym sensacyjny rys opowiadania, dla mnie też na plus. Od początku podejrzewałem, że wiedźma z ludu Keczua nie powiedziała ostatniego słowa.

 

– Oświecę cię. – Antykwariusz kontynuował swoje kazanie. – To, co nam umyka, jest właśnie emanacją boskiej mocy. A teraz odpowiedz sobie na pytanie: czy możemy pozwolić, by ta moc trafiła w łapy człowieka? Jakie będą konsekwencje?

– Dla człowieka? No właśnie, jakie?

Starzec spojrzał na niego zaskoczony.

– Dla Stwórcy!

Fakt, nie wyszedłby z tego bez szwanku. Ale tego Tomasz nie odważył się powiedzieć na głos.

Antykwariusz tłumaczy (oświeca), że dusza, siła życiowa, czy iskra boża, o której wspomina w poprzedniej wypowiedzi, jest emanacją boskiej mocy. Ok, tylko, że to tłumaczenie tajemnicy inną tajemnicą, niewiele wyjaśnia. Więc jak niby oświeca Tomasza?

Ogólnie, ten wątek jest trochę przewrotny. Organizacja PF chce zlikwidować wiedźmy, żeby nie dać w ręce człowieka boskiej mocy. Dobrze, ale zwykle tego typu organizacje optują za wartościami “oświeceniowymi”, za nauką i rozumem, i są przeciw wierze. Wiedźma kojarzy się z zabobonem, tymczasem tu jest utożsamiona z nauką. Z drugiej strony kobieta z ludu Keczua była daleka od nauki, a posługiwała się magią. Trochę to pomieszane. Czy teza jest taka, że magia i nauka gdzieś się zlewają? Czyli organizacja PF nie chce ani rozwoju naukowego ludzkości, ani zabobonu?

Nie rozumiem jak wiedza/ moc może zagrażać Stwórcy. Chyba, że Stwórca jest rozumiany jako byt stworzony i podlegający fizyce. Szkoda, że ta myśl nie jest pociągnięta dalej.

Witaj, Kronosie.Maximusie!

 

Zacznę od szczegółu: podobała mi się wstawka z rudzikiem, nie wiedziałem, że wykorzystuje zjawisko splątania kwantowego do nawigacji. 

– rudzik to tylko jeden z wielu przykładów wykorzystania zjawisk kwantowych przez Życie, ale rzeczywiście jest to efektowny przykład i niezwykle interesujący.

 

To, że bohater jest byłym żołnierzem GROM i związany z tym sensacyjny rys opowiadania, dla mnie też na plus. 

– w tej konwencji i fabule, taki bohater z GROMu wydał mi się ciekawy w przyjętych polskich realiach. Może to niezbyt oryginalne, ale za to proste rozwiązanie. Bawiłem się dobrze, wrzucając faceta z Polski, byłego członka GROMu w wir takich wydarzeń. Fajnie, że Ci to przypasowało.

 

Od początku podejrzewałem, że wiedźma z ludu Keczua nie powiedziała ostatniego słowa.

– bardzo słusznie podejrzewałeś. Od niej wszak zaczynamy, więc skoro już ja powiesiłem nad drzwiami, to zgodnie z regułami, powinna wystrzelić w którymś miejscu.

 

Antykwariusz tłumaczy (oświeca), że dusza, siła życiowa, czy iskra boża, o której wspomina w poprzedniej wypowiedzi, jest emanacją boskiej mocy. Ok, tylko, że to tłumaczenie tajemnicy inną tajemnicą, niewiele wyjaśnia. Więc jak niby oświeca Tomasza? Ogólnie, ten wątek jest trochę przewrotny. Organizacja PF chce zlikwidować wiedźmy, żeby nie dać w ręce człowieka boskiej mocy. Dobrze, ale zwykle tego typu organizacje optują za wartościami “oświeceniowymi”, za nauką i rozumem, i są przeciw wierze. Wiedźma kojarzy się z zabobonem, tymczasem tu jest utożsamiona z nauką. Z drugiej strony kobieta z ludu Keczua była daleka od nauki, a posługiwała się magią. Trochę to pomieszane. Czy teza jest taka, że magia i nauka gdzieś się zlewają? Czyli organizacja PF nie chce ani rozwoju naukowego ludzkości, ani zabobonu? Nie rozumiem jak wiedza/ moc może zagrażać Stwórcy. Chyba, że Stwórca jest rozumiany jako byt stworzony i podlegający fizyce. 

– to nie całkiem tak. Podobne organizacje w popkulturze to zazwyczaj jakieś ortodoksyjne grupy fanatyków religijnych (patrz np. Don Brown), które strzegą wiary, jej czystości czy interesów. Pura Fides, czy inaczej Legion, to jedna z nich, odwołująca się (według mojego zamysłu) do tradycji rzymskiej Legii Tebańskiej, męczenników kościoła, wymordowanych na rozkaz Cezara (Maksymiana) za odmowę oddania mu hołdu jako bogu i złożenia ofiary starym bogom. Oczywiście nie chciałem jakiegoś kolejnego Opus Dei i moje Pura Fides ma nieco inne zadania i poglądy, może nie całkiem wyjaśnione w tym krótkim i w sumie rozrywkowym opowiadaniu. Tutaj PF strzeże świata przed wiedźmami/naukowcami, które zaglądają tam, gdzie zdaniem Legionu nie powinny, bo to boska domena zakazana dla człowieka.

Poza tym konflikt na linii wiara-nauka to nie jest mój wymysł, trwa od wieków, a wszelkiej maści kreacjoniści i wyznawcy teorii wielkiego projektu, którzy udają, że prowadzą naukowe dysputy i z pozycji nauki wyjaśniają boski plan (co samo w sobie jest absurdem, bo tam, gdzie wiara w cuda i rzeczy nadprzyrodzone, tam nie możemy mówić o podejściu naukowym). Doskonałym przykładem w Polsce jest (nie, nie Ordo Iuris mam na myśli) Fundacja En Arche, za którą stoją najpewniej antyewolucjoniści z USA, którzy wobec skompromitowania kreacjonizmu (jako pseudonauki), próbują teraz tego samego z tzw. teistycznym ewolucjonizmem. Jeśli wrócę do Tomasza i Pura Fides, na pewno to rozwinę i pogłębię.

 

Dziękuję za wizytę, interesujący i obszerny komentarz oraz wszystkie Twoje spostrzeżenia, Kronosie. Jeśli moja odpowiedź nie jest dla Ciebie zadowalająca, oczywiście postaram się wyjaśnić lepiej.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej Mr.maras,

 

Dzięki za obszerne wyjaśnienia! Tak, teraz stanowisko Pura Fides jest bardziej klarowne i rzeczywiście, religia, czy sekta, może być i przeciw zabobonom i przeciw nauce. Nie chciałbym wchodzić na grząski grunt, ale np. islam wydaje mi się taką religią. No i kreacjoniści również, jak słusznie zauważasz.

Co do tego, że zaliczasz do kategorii wiedźm szamankę (rzekomo opętaną) i dwie panie profesor jest pomysłem ciekawym, bo łączy mechanikę kwantową (bardzo nieintuicyjną i w pewnym wymiarze paradoksalną), z magią, albo może szerzej – ze sferą duchową. Pewnie znasz, ale na wszelki wypadek daję link do teorii, która będąc na styku nauki i filozofii, eksploruje głębiej ten temat:

https://en.wikipedia.org/wiki/Orchestrated_objective_reduction

 

w tej konwencji i fabule, taki bohater z GROMu wydał mi się ciekawy w przyjętych polskich realiach. Może to niezbyt oryginalne, ale za to proste rozwiązanie. Bawiłem się dobrze, wrzucając faceta z Polski, byłego członka GROMu w wir takich wydarzeń. Fajnie, że Ci to przypasowało.

Nie tylko sam bohater, ale w ogóle osadzenie opowiadania w Polskich realiach, ale też szerzej, w realiach Europejskich (nazwy miejscowości, lotnisk, numery autostrad) dodaje mu realizmu.

Dopiero teraz zaskoczyłem, że obraz El Greco to wskazówka do tego czym jest organizacja PF, zwana też Legionem. ;)

Pewnie znasz, ale na wszelki wypadek daję link do teorii, która będąc na styku nauki i filozofii, eksploruje głębiej ten temat:

https://en.wikipedia.org/wiki/Orchestrated_objective_reduction

 

Tak, czytałem o tym, ale i tak dzięki serdeczne za link. Ze swojej strony polecam (jeśli nie czytałeś) np. „Życie na krawędzi. Era kwantowej biologii”. Autorami są Jim Al-Khalili i Johnjoe McFadden.

 

Dopiero teraz zaskoczyłem, że obraz El Greco to wskazówka do tego czym jest organizacja PF, zwana też Legionem. ;)

Jest tam jeszcze jedno, bardziej dosłowne (i też malarskie), wskazanie – w holu mediolańskiej siedziby Pura Fides. 

 

Dzięki i pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tylko, czy to znaczy, że czytasz najpierw komentarze?

 

A miałem już w marzeniach wystąpić na spotkaniu autorskim ze stajnią FS w koszulce ***** ***.

Słuchaj, sky is the limit. Kto powiedział, że żeby wystąpić na tym spotkaniu, trzeba być ich autorem? ;D

Słuchaj, sky is the limit. Kto powiedział, że żeby wystąpić na tym spotkaniu, trzeba być ich autorem? ;D

To już nie ten sam efekt ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak, to zagubienie w moich komentarzach. Odczucia nie są receptą, a dopytać się można. ;-) Chyba jednak nie zawsze, nie wszędzie i nie wszyscy  się gubią, w tym również  Ty. ;-)

 

W każdym razie dopowiadam, co dla mnie z tym napięciem. xd 

Nie chodziło mi naturalnie o to, aby gnało jakąkolwiek krzywą wznoszącą się przez cały tekst, ale o dynamikę poszczególnych fragmentów, o ich ukrytą strukturę, bo tekst jest gatunkowy i przecież go nie łamie. Przeczytałam ponownie – niektóre rzeczy chyba trzeba byłoby rozszerzyć, właśnie dla oddechu i zbudowania napięcia, chociaż trochę. W tym opowiadaniu struktura scen (nie mylić z całością) jest podporządkowana posuwaniu akcji do przodu, co nie buduje danego fragmentu. To tak jakbyś opisywał bieg bez wyodrębniania kluczowych momentów i zatrzymania się w nich, aby objaśnić/przedstawić. Taki sposób być może sprawdziłbysię przy szorcie z mocnym twistem, ale przejrzyj sobie swoje szorty, bo ja nie przypominam sobie żadnego z Twoich przeczytanych przeze mnie, który byłby zbudowany w ten sposób, wręcz przeciwnie. 

Powyższa kwestia ma silny związek ze znaczeniem dla mnie wyrażenia „napisane na szybko, na kolanie”. Akceptuję dużo gorszy poziom interpunkcji, według portalu można by ją określić jako podstawową. Żaden brak przecinka mnie nie odstraszy, jeśli tekst będzie żył, pulsował. 

Ostatnio widziałam jakieś odcinki z serialu „Dark” (klasa zdecydowanie B, chociaż sama pętla i pomysł ciekawy i zważ że sygnowany na Netflixie jako zagmatwany), końcówka drugiej serii. Była tam obecna żywo-martwo-kwantowa struktura „czarny pulsujący supeł”. Wizualizacja jak wizualizacja, pomysłowa. Ona wyraźnie żyła i o takie przejawy życia mi chodzi. Uff, znowu będzie niejasno. Chodzi mi o to, że napisać niepośpiesznie oznacza dla mnie pracę nad strukturą poszczególnych scen oraz kolejnością zdań w nich. Na tym dla mnie polega korekta. Wy pewnie nazwalibyście to redakcją, choć to nie do końca ten sam proces, chociaż pewnie sprawa zależy od redaktora, o ile on rozumie koncept i nie traktuje go mechanicznie.

 

Myśląc o wyborach wydawnictwa, sądzę że prócz nietypowych czarownic, zdecydował czynnik niezrozumienia i małej tolerancji na wieloznaczność (niepewność/wahanie) bądź niewiary w czytelnika. Rozstrzygnięcie nie było dla jury rozstrzygnięciem, pomimo że ostrzegałeś cytatem Baudelaira, ktory z kolei dla mnie uprzedzał, o czym będziesz opowiadał, za czym nie przepadam, jeśli wprost, więc szukałam klimatu i sytuacyjnych dylematów. 

Gdybym była złośliwa, a bywam, napisałabym, że niektóre wydawnicze antologie szukają opowiadań dla typowego czytelnika (wyobrażenia własne o czytelnikach i badania, które nazywam sondażami szukającymi potwierdzenia marketingowych „pewności” i „prawdziwych/ukrytych” potrzeb czytelniczych bądź wygenerowanych przez wyimaginowany rynek). O, na ten temat mogłabym pisać i pisać.  

W każdym razie – nie uginaj się za bardzo, a jeśli już – daj rodzaj „pasty”. Moim zdaniem może się sprawdzić.

Na Wielkanoc kupiłam sobie „Anomalię”, H. Le Telliera. To sf i pulpa, ma nagrodę Goncourtów za 2020. Przetłumaczone szybko i dobrze. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za tak szczegółowe i dokładne wyjaśnienie, Asylum. Rozumiem dobrze, o co Ci chodzi. Problem w tym, że ja pisałem ten tekst na konkurs, na którym mi zależało (najbardziej to chciałem w tej koszulce wystąpić obok Piekary, Komudy i Pilipiuka ;)). I naprawdę pochyliłem się nad tym opowiadaniem i napisałem w dużym stopniu tak, jak chciałem je napisać. I nad strukturą poszczególnych scen też pracowałem. Zawsze to robię. Pewnie jak większość z nas pracuję najpierw nad poszczególnymi scenami, a potem nad ich połączeniem i splątaniem. Najwidoczniej po prostu opowiadanie nie trafiło do Ciebie i odbierasz tekst subiektywnie, tak jak i mój odbiór jako Autora jest bardzo subiektywny. 

A struktura scen i kolejność zdań to jednak rzeczywiście redakcja, a nie korekta ;)

Serial "Dark" mi się podobał, dobre pomyślany i przemyślany, jeden z najlepszych w gatunku w ostatnich latach moim zdaniem. Czy klasy B? Raczej nie, po prostu produkcja niemiecka, jeszcze dla platformy streamingowej, ma swoje ograniczenia budżetowe.

Co do wyborów wydawnictwa. Nie ma co się ściemniać, odpadłem, bo pewnie napisałem za słaby tekst i po prostu wygrali lepsi. Tematyka mojego opowiadania może miała jakiś wpływ, ale nie będę marudził, że to zdecydowało. Po prostu odpadłem i tyle. Wykonałem kilka małych gestów w stronę i pod FS (bohater z Polski, trochę akcji itd.), ale na większe kompromisy nie pójdę. I oczywiście masz rację, wydawca typowo komercyjny chce bezpiecznego produktu, czyli takiego, który przyniesie jakiś zysk, trafi do masowego odbiorcy, czyli raczej mało wymagającego odbiorcy. Chociaż już samo czytanie książek czyni tych odbiorców wyjątkowymi w dzisiejszych czasach. 

A pasty w życiu żadnej nie popełnię! 

Ps. Coś o tej "Anomalii" słyszałem. Daj znać czy warto czytać.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Widzę, że tak szczegółowe wyjaśnienia zupełnie nie były potrzebne. <3

Koszulka – pojmuję marzenie. Mam podobne z innymi superheros. :-)

Bardzo mnie zaciekawiłeś. Lubię zagadki. Trochę poprzeglądałam profil wydawnictwa, ponieważ go nie znam i chyba żadnej książki od nich nie przeczytałam lub kupiłam, raczej nie są z mojej bajki. Kiedyś tylko miałam w ręku (nie dosłownie – czytnik) poradnik Kresa.

Spróbuję lepiej zrozumieć. Zapisałam się na newsletter i kupię tę antologię, może nawet spróbuję pożyczyć trylogię Islingtona. Na razie obejrzałam kilka krótkich mat. filmowych na XX lecie. Niezłe, legendarne początki i złoty okres. Po książkach z historii polskich fandomów miałam podkład, więc były względnie zrozumiałe, postaci rozpoznawałam itd itp. Jeśli pojawi się jakiś konkurs – napiszę coś, jeśli się złoży, aby zmierzyć się z osobistym doświadczeniem porażki i pisania pod pewien profil.

Gdy tak rozglądałam się wśród wydanych przez nich książek, chyba musi być silny bohater z naprawdę sporymi kłopotami i niedomaganiami plus szczypta sarkazmu, magii, konieczne kalectwo i przemoc, relacja z kobietami plus plastyczne realia. Z kolei problematyka tylko ludzka z naciskiem na raczej mało naukowa. Ciekawe, czy by przeszło, gdyby z czarownic uczynić bohaterki bądź przynajmniej postawić zmagania z nimi w centrum, a poza tym treść pozostawić bez zmian. Ostatnie zdania napisałam, aby zapamiętać i móc do nich powrócić, gdy wyjdzie antologia i sprawdzić, na ile/jak bardzo się pomyliłam. ;-)

 

Ja tam nie stronię od dobrych „past”, choć pewnie trochę inaczej je definiuję. „Dark” jest ciekawy, i jeśli dajesz rekomendację obejrzę trzeci sezon, a więc ostatni cykl. Pierwszej klasy serialem jest dla mnie „Black mirror”, a z zamkniętych historii dużo starsze, np. ostatnie powstające u schyłku postmodernizmu (Fringe, Lost), tak je określają krytycy. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rany, Asylum! Moim “marzeniem” było stanąć obok Piekary, Pilipiuka i Komudy w koszulce “***** *** * ************”… Oczywiście FS książki wydaje nieraz bardzo fajne, ale znani są chyba także z pewnego profilu swoich wydawnictw, co widać po wspomnianych nazwiskach. A Komudę powinnaś kojarzyć z pewnej afery związanej z NF.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ktoś tam wyżej porównywał do Dana Browna, ja nie będę. Czytałam tylko Kod i ta książka jest tak na bakier z logiką, że aż ręce opadają. U Ciebie tego problemu nie ma ;) Może pomogło to, że u Ciebie to jest raczej czucie i wiara kontra szkiełko i oko, a u Browna opozycja dwóch różnych rodzajów czucia i wiary.

Bierzesz na warsztat teorie spiskowe o jakiś onych, którzy rządzą światem, dopisujesz niezłą intrygę, gnasz z fabuła, starasz się, żeby popłynęła krew, a na dodatek zamiast romansu dajesz naukę i wychodzi naprawdę fajna historia. Co mi się nie podobało: zakończenie. Wygląda, jakby zabrakło Ci pary, żeby dokończyć, dać do zrozumienia, co Ty na to. Tak się trochę krygujesz. I o ile nie przeszkadzałoby to w przypadku dwóch różnych rodzajów czucia i wiary, tak w przypadku Twojego opko trochę irytuje.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nazwiska Autorów znam ze słyszenia/czytania “o”, bo przy okazji Komudy musiałam – nie sposób było wtedy postąpić inaczej niż dowiedzieć się jak najwięcej. To z tamtego okresu bierze się podkład w postaci książek z historii fandomu, powstania Fenixa, zanurzenie się w wywiadach, wspomnieniach i różnych razgaworach, różnicach zdań. Było interesujące. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj, Irko!

 

Ktoś tam wyżej porównywał do Dana Browna, ja nie będę. Czytałam tylko Kod i ta książka jest tak na bakier z logiką, że aż ręce opadają. 

– ja też czytałem tylko Kod, żeby sprawdzić, o co ten cały pisk.

 

[…] a na dodatek zamiast romansu dajesz naukę i wychodzi naprawdę fajna historia. 

– oczywiście Hollywood zaraz by dało romans z jedną z profesorek, ale nie z Tomaszem takie numery.

 

Co mi się nie podobało: zakończenie. Wygląda, jakby zabrakło Ci pary, żeby dokończyć, dać do zrozumienia, co Ty na to. Tak się trochę krygujesz. I o ile nie przeszkadzałoby to w przypadku dwóch różnych rodzajów czucia i wiary, tak w przypadku Twojego opko trochę irytuje.

– to jest właśnie dziwne. Gekikara bardzo chwalił zakończenie, bo odebrał je, zdaje się tak, jak zamierzałem. Ono się wpisuję w całą tę historię, ale też w cały ten "konflikt". Tak jak nie ma odpowiedzi, co jest Prawdą i kto ma rację – Ci od wiary, czy Ci od nauki (mimo że ja skłaniam się ku tym drugim), tak też ostatnie wątpliwości umierającego (lub nie) Tomasza, również stawiają przed czytelnikiem pytanie – czy te całe wiedźmy to bzdura? A może Tomasz rzeczywiście działał nieświadomie na rzecz Szatana? A może jednak czynił dobro, ratując profesorki/wiedźmy? Czy zatem był opętany, czy to wszystko tylko ściema Antykwariusza? Tomasz w tym lesie nie zna odpowiedzi, jest przecież Tomaszem niedowiarkiem i wątpi, brak mu pewności. Czytelnik ma czuć to samo. Bo to zakończenie ma sprawiać, że wszystkie wcześniejsze wydarzenia są względne, zależą od punktu widzenia, od prawdy, której nie znamy. Bo przecież i my nie znamy prawdy, możemy tylko wierzyć lub nie. Oczywiście to są wielkie kwestie, a opowiadania jest małe i rozrywkowe, ale takie zakończenie, które rzuca inne światło na całą historię i miesza czytelnikowi interpretację i poddaje w wątpliwość to, czy kibicował właściwej osobie, wydawało mi się sprytne. I chyba Gekikara ten spryt i zamysł dostrzegł i docenił.

Dziękuję za ciekawy komentarz i Twoje przemyślenia, Irko

 

Hej, Asylum.

 

Rozumiem. Historia fandomu to rzeczywiście ciekawa sprawa. A FS rzeczywiście sięga korzeniami głęboko do fandomu.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czołem, marasie!

 

Przyznam szczerze, że niespecjalnie mi siadło Twoje opko.

Do warstwy technicznej raczej nie mogę się przyczepić, tekst napisany sprawnie i płynnie, niekiedy nawet z ciekawymi porównaniami.

Natomiast fabularnie straciłeś mnie po wizycie u Antykwariusza. Pierwszy rozdział zapowiadał ciekawą przygodę w Ameryce Południowej. Pomyślałem: “O, tego tu jeszcze nie widziałem!”. A potem przyszła wtórność. Nic tu dla siebie nie znalazłem. Prosta kalka (może nie 1:1, ale “inspiracja” byłaby gigantycznym niedopowiedzeniem) z Dana Browna, bohater popkulturowo przemielony w MOM, kolejne wydarzenia generyczne i bez większego polotu. Męczyłem się, mimo że męczyć się naprawdę nie chciałem.

Na plus, jak wspomniałem, pierwszy wątek i rozmowa u Antykwariusza. Podobał mi się jego wykład (może dlatego, że w kwestiach fizyki jestem kompletnym laikiem). 

Doceniam również przemyconą ideę rudzika.

Biblijna podbudówka udana, pasuje do fabuły.

Zastosowana klamra z domniemanym opętaniem – dobrze, że była, ale nie podniosła mojej oceny opowiadania. Wydaje mi się, że przedstawione przez Ciebie wydarzenia sprzed domknięcia klamry dość jednoznacznie – z punktu widzenia czytelnika – ukazują działania Tomasza jako słuszne i zestawiają je z fanatyzmem, który ze swej istoty słuszny nie jest. Tym samym na zadane na końcu pytanie zasadniczo dość łatwo mi udzielić odpowiedzi.

 

Ode mnie chyba tyle. Oczywiście nie omieszkam sprawdzić innych Twoich utworów :) 

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Fajne, fajne, aż do zakończenia. OK, rozumiem zamysł, czytałam, że może się podobać, ale mój tygrysek najbardziej lubi inne typy. Nie wyjaśniasz nawet, co stało się z bohaterami – kto przeżył, kto zachował wolność. Mogłabym przeżyć, że coś tam pozostawiasz do rozstrzygnięcia w sobie, w Czesiu, po której stronie leży racja, ale IMO wątki są niedomknięte (oprócz Salvatora ;-) ). No, ale to kwestia gustu.

Pierwsze zdanie. Przyznaję, że wróciłam do niego po przeczytaniu komentarzy. Jest genialne. Nie dosyć, że nawiązuje do wiadomej sytuacji, to jeszcze skojarzyło mi się z książką Deschnera.

zerwał pęk kluczy przypiętych do wsuwki spodni

Czym jest wsuwka spodni?

Babska logika rządzi!

Witam, fmduval!

 

I od razu pytanie? Jaka kalka? Bo to jest w sumie nieco obraźliwe dla mnie. Posądzasz mnie o jakiś plagiat czy coś w tym rodzaju? Na jakiej podstawie? Tak naprawdę mamy tutaj tajną organizację chrześcijańską, działającą „zakulisowo” i to jest chyba jedyne podobieństwo z Brownem (podobnych organizacji, sekt itd. jest na pęczki w popkulturze, wszystko zależy chyba od tego jak tym motywem pogrywamy). Zresztą starałem się nadać jej jakiś oryginalny rys i wymyśliłem ją od podstaw i nie jest to organizacja ściśle kościelna itd. 

Ale idźmy dalej. Np. bohater. U mnie to facet z „akcyjniaka”, Polak z GROMu, a nie jakiś naukowiec czy profesor. No i ten facet z pistoletem pracuje na rzecz wspomnianej organizacji i ją zdradza, u Browna jest przecież zupełnie inaczej. Idźmy dalej. Pomysł. U mnie ideą główną jest pomysł na nietypowe wiedźmy (profesorka fizyki i biologii molekularnej), co nie ma nic wspólnego z Brownem. Dalej – nauka, mechanika kwantowa – co to ma do Browna? Dalej. Możliwe i mocno sugerowane elementy nadprzyrodzone, opętanie, wiedźmy itd. – zupełnie inaczej niż u Browna, który trzyma się realiów mimo wszystko (w Kodzie pisał fikcję, a nie fantastykę, innych jego książek nie znam).

Jeśli za jakieś tam podobieństwo uważasz np. pościgi, strzelanie z pistoletów, obławę itp. to również dobrze możesz powiedzieć, że to plagiat/kalka z Folletta, Ludluma, Clancy’ego. A przecież to ma być wykorzystanie konwencji, a nie naśladowanie. Nikt nie ma patentu na postać faceta z przeszłością wojskową, a ja nie opisałem kogoś w rodzaju Reachera. Na koniec, u mnie bohater po prosty chce ocalić dwie kobiety, a nie rozwiązać wielką zagadkę historyczną czy np. ocalić planetę. Dorzucam realia polskie, niemal uśmiercam bohatera (śmierć Tomasza to jedna z możliwości interpretacji zakończenia), czyli zupełnie inaczej niż u Browna. Itd. itd. Gdzie zatem widzisz tu kalkę z Browna?

No i zakończenie. Dla Ciebie jednoznaczne, dla innych nie. To kwestia sporna. Zestawiasz Tomasza z fanatyzmem i wydaje Ci się, że to prosta sprawa – racja jest po stronie Tomasza. A widzisz, w moim zakończeniu chodzi o to, że być może Tomasz od początku nieświadomie pracował na rzecz Ciemnej strony. 

Raz jeszcze dzięki za wizytę, ciekawe przemyślenia i uwagi. To, że się z nimi nie zgadzam, nie umniejsza ich wartości dla autora,

 

Witaj, Finklo

 

Nie wyjaśniasz nawet, co stało się z bohaterami – kto przeżył, kto zachował wolność. Mogłabym przeżyć, że coś tam pozostawiasz do rozstrzygnięcia w sobie, w Czesiu, po której stronie leży racja, ale IMO wątki są niedomknięte (oprócz Salvatora ;-) ). 

 

– ale jak to? Manewa uciekła, mam nadzieję, że jej się udało ukryć gdzieś w północnej Szwecji. Thiele – schowana w klasztorze w Świnoujściu. Ksiądz suspendowany. Antykwariusz żyje. Tomasz być może. Salwatore na pewno nie żyje ;) A tak serio, czy zawsze trzeba wszystko wyjaśniać? Miałem napisać co spotkało później profesorki? A gdzie niepewność i tajemnica? Zwłaszcza w opowiadaniu, w którym wszystko ma być względne? Jak w życiu? Towarzyszymy cały czas Tomaszowi. Skąd on miałby wiedzieć, czy jego akcja ratowania obu kobiet zakończy się ostatecznie sukcesem? Pozostaje tylko wierzyć…

 

Pierwsze zdanie. Przyznaję, że wróciłam do niego po przeczytaniu komentarzy. Jest genialne. Nie dosyć, że nawiązuje do wiadomej sytuacji, to jeszcze skojarzyło mi się z książką Deschnera.

– Tak, pierwsze zdanie tez jest ważne w kontekście tej opowieści. Wiadomo, do czego nawiązuje, ale z Deschnerem nie skojarzyłem, przyznam szczerze, chociaż jakieś części jego “Kryminalnej…” chyba niegdyś czytałem. Mogłabyś mnie naprowadzić?

 

Czym jest wsuwka spodni?

– oczywiście to moja pomroczność jasna i powinno być szlufka. I to zdaje się szlufka u spodni.

 

Dzięki wielkie za wizytę i konkretny komentarz!

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras,

 

absolutnie nie chciałem Cię urazić ani tym bardziej posądzić o jakikolwiek plagiat. Bardzo daleki jestem od tego typu pomówień i na pewno nie chciałem, żebyś tak mój komentarz odebrał. Być może wyraziłem się nieco “na skróty”.

Dla mnie po prostu to opowiadanie zszyte jest z bardzo sztampowych, wyświechtanych już motywów. Nie znalazłem tu nic, na co nie natknąłbym się gdzieś indziej. Być może winienem był podać więcej przykładów, niż samego Browna, ale akurat on nasunął mi się jako pierwszy. Równie dobrze mógłbym określić to opko jako mariaż Browna ze wskazanym przez Ciebie Ludlumem (tego drugiego zresztą swego czasu bardzo lubiłem).

Oczywiście zgodzę się, że nikt nie ma patentu na takiego bohatera, jak Twój, czy na organizację, jak Twoja, podobnie jak na szereg innych elementów. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Natomiast można skonstruować z nich coś kreatywnego i chociaż w miarę świeżego, można też powielić to, co już każdy doskonale zna. W moim odczuciu Twoje opko reprezentuje ten drugi wariant.

Mam nadzieję, że tym razem celniej wyraziłem swoją opinię i – choć wciąż negatywny – mój odbiór Twojego tekstu nie jest dla Ciebie przykry.

Zerknij też do “Ciszy w La Silla”, którą skomentowałem tuż po przeczytaniu tego tekstu. Tam moja opinia jest więcej niż pozytywna :)

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej, fmduval.

 

To pewnie ta skrótowość.

Ale… Skoro to “opowiadanie zszyte jest z bardzo sztampowych, wyświechtanych już motywów” i “Natomiast można skonstruować z nich coś kreatywnego i chociaż w miarę świeżego, można też powielić to, co już każdy doskonale zna”, to z ciekawością dowiem się, w jakich to utworach spotkałeś się wcześniej z naukowcami sięgającymi do zjawisk kwantowych, uznawanymi za wiedźmy, które ściga organizacja wysługująca się byłym żołnierzem GROM, który zamiast porwać swój cel, razem z nim uwalnia drugi cel owej organizacji z podziemnych lochów, po czym ukrywa jeden z tych celi u księdza, z którym przeprowadzał nieudane egzorcyzmy gdzieś w Ekwadorze, po czym ucieka przez Polskę stopem, by w finale zostać postrzelonym i stwierdzić, że prawdopodobnie został na początku historii opętany przez jakiegoś demona i być może wszystko, co robił w słusznej sprawie, było robione w niesłusznej sprawie. A wszystko to w ramach stwierdzenia, że badanie zjawisk kwantowych itp. to podglądanie boskich zjawisk przez (być może) jakieś wiedźmy. A po drodze ów bohater nie zakochuje się w nikim i nie ma żadnego romansu, wypuszcza uwolnione ofiary niepewny ich przyszłości, sam ginie, najprawdopodobniej nie wiedząc, czy uczynił słusznie. itd.

Ps. Czytałem Twoją opinię o “Ciszy…”, ale ona przecież nie ma nic wspólnego z opinią o powyższym opowiadaniu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No tak, wątek przytomnej profesorki też jest domknięty. Ale druga – została w zawieszeniu. Jeśli Antykwariusz wiedział, że Tomasz zrobił tam sobie dłuższy przystanek, to znajdzie kobietę, jeszcze zanim biedaczka odzyska przytomność. A dzwoniący telefon sugeruje, że wiedział. Acz nadzieję można mieć.

W rezultacie nie wiem, czy protagonista osiągnął swój cel.

Deschner. Tytuł, jeśli dobrze pamiętam, to “I znów zapiał kur“ – krytyczna analiza historii kościoła.

Babska logika rządzi!

Hej, Finkla!

 

Jeśli Antykwariusz wiedział, że Tomasz zrobił tam sobie dłuższy przystanek, to znajdzie kobietę, jeszcze zanim biedaczka odzyska przytomność. A dzwoniący telefon sugeruje, że wiedział. Acz nadzieję można mieć.

– i właśnie o to chodziło. Tomasz nie ma pewności i czytelnik też nie. To przecież bardziej życiowe niż wyjaśnienie wszystkiego od A do Z, snucue story, że Thiele żyła sobie długo i szczęśliwie jako siostra zakonna, albo że ją PF dorwało itp.. Pozostaje niepewność i nadzieja, że w rękach księdza Thiele ocaleje.

A postać księdza jest ważna. Kościół nie jest do cna zły, nie bawie sie w takie czarno-białe schematy, a dobrymi ludźmi mogą być i prosty ksiądz z prawdziwym powołaniem, i nawrócony łotr. Ksiądz l się zrehabilituje, łotr spróbuje odkupić grzechy, ale jeśli Tomasz był rzeczywiście opętany, to cała perspektywa musi się zmienić itd. Mnie taka względność i niepewność wydarzeń mnionych i przyszłych się podoba. Telefon dzwoni, ale nie wiemy, tak jak Tomasz, czy to pomyłka czy Antykwariusz. I o to chodziło. W życiu pełno jest takich niedopowiedzeń i wątpliwości.

 

W rezultacie nie wiem, czy protagonista osiągnął swój cel.

– tak jak w wielu fabułach nie wiemy czy np. bohater przeżył, bo pokazali, że zginął, ale potem autor/reżyser puszcza oko do czytelnika, dając mu nadzieję… Kto ba przykład pomazał pomnik Czarta Tunnera? Całe moje opowiadanie jest o niepewności i względności, wierze itp. Czytelnik niech sobie wybierzekto dzwonił, bo Tomasz wszystko analizował pod koniec i mu wyszło, że powinno być dobrze…

 

Deschner. Tytuł, jeśli dobrze pamiętam, to “I znów zapiał kur“ – krytyczna analiza historii kościoła.

 

– czyli moje pierwsze zdanie traci na genialności, bo tego tytułu Deschnera nie znam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie!

 

Już na wstępie duży plus, bo uwielbiam motywy chrześcijańskie i biblijne, okraszone akcją i intrygami.

Opowiadanie przywiodło mi na myśl Komornika Gołkowskiego. Jasne, te dwa uniwersa są bardzo różne, ale w obu mamy do czynienia z samotnym agentem Niebios, który na jakimś etapie swojej podróży postanawia zbuntować się przeciwko przełożonym dla większego dobra.

Motywy Tomasza są interesujące, a zwłaszcza, że nie mamy pewności, czy działa według własnego sumienia, czy został opętany. W końcu mogło chodzić o uratowanie dwóch żyć, albo otworzenie bram piekieł i zrobienie Dooma in real life.

Jest klimat. Czuć go, wylewa się przez ekran, ale nie zalewa czytelnika. Ładnie otacza tekst, wprowadzając człowieka w depresyjny klimat jesiennej polski, czy ogólnie w moralne rozterki protagonisty.

 

Fajna lektura. ^^

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

mr.maras,

 

Twoja prośba (nawiasem mówiąc wyrażona w dość kpiarskim tonie) o wskazanie innych utworów, w których występują podane przez Ciebie elementy Twojego opowiadania (jak rozumiem łącznie) oparta jest na błędzie logicznym, jako że sam określiłem Twój tekst jako “zszyty z motywów”, co nie implikuje jednoczesności ich występowania w jednym utworze literackim, lecz także w szerszej ich gamie. 

Moja impresja tyczy się co do zasady samego szkieletu, na którym rozpiąłeś opowiadanie. Postrzegam go jako klasycznego akcyjniaka. Mamy potężną organizację (tu inklinacje religijne kierują w stronę świetnie znanego Opus Dei/Templariuszy, przybranie Twojej organizacji w nieco inne piórka nie wyzwala jej od jarzma bardzo silnych skojarzeń), mamy super-żołnierza (w tego typu tekstach wymiennie występuje tajny agent), żołnierz ten co do zasady ślepo wykonuje polecenia (dla pieniędzy/z przyczyn patriotycznych/z przyczyn “zaprogramowania go” – np. Bourne), następuje turning point – coś się bohaterowi nie podoba/przenika do niego światełko człowieczeństwa/sprawa staje się na jakimś poziomie osobista – po którym bohater sprzeniewierza się organizacji, potem standardowo kogoś ratuje, organizacja go ściga, on z uratowaną osobą próbuje nawiać, w finale udaje mu się bądź ginie. Nihil novi.

Mając na uwadze powyższe, nie uważam, że Twoje opowiadanie jest szczególnie nowatorskie. Przeciwnie, postrzegam je jako odtwórcze na praktycznie każdym etapie rozwoju fabuły. Odmienności występujące w Twoim tekście mi tego wrażenia nie skompensowały, czytaj – było ich za mało, były za słabe. Szczególnie chybione wydają mi się podnoszone przez Ciebie przykłady, które – w mojej ocenie – są jedynie kosmetyczne. Co za różnica, czy bohater służył w GROM-ie, SAS-ie, Specnazie czy Sealsach? Co za różnica, czy ratuje daną osobę z podziemnych lochów, Guantanamo, Alcatraz czy z tajnego laboratorium na Syberii? Oczywiście, podane przykłady mogłyby mieć karkołomne znaczenie dla fabuły. Lecz w Twoim opowiadaniu nie grają, według mnie, żadnej – poza wskazaną kosmetyką – roli.

Przy czym nie trać z pola widzenia, że mój pierwszy komentarz nie był jednoznacznie negatywny. Doceniłem np. aspekt fizyki kwantowej. Wymieniłem również inne pozytywy.

Pamiętaj też, że ta ocena jest tylko i wyłącznie opisem moich wrażeń po lekturze. Nie chcę jej narzucić Tobie ani innym czytelnikom. Natomiast nie ulegnie ona raczej zmianie pod wpływem Twojej interwencji.

 

Ps. Czytałem Twoją opinię o “Ciszy…”, ale ona przecież nie ma nic wspólnego z opinią o powyższym opowiadaniu.

Masz rację. Wspólny im jest jedynie autor, któremu chciałem dać znać, że nie zniechęcił mnie tym opowiadaniem do lektury (a nawet doceniania) jego innych utworów :)

 

Do miłego zobaczenia pod kolejnym Twoim lub moim opowiadaniem.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Witaj, BarbarianCataphract

 

Opowiadanie przywiodło mi na myśl Komornika Gołkowskiego. Jasne, te dwa uniwersa są bardzo różne, ale w obu mamy do czynienia z samotnym agentem Niebios, który na jakimś etapie swojej podróży postanawia zbuntować się przeciwko przełożonym dla większego dobra.

Niestety nie czytałem, ale dostrzegam pewne podobieństwo w tym co opisałeś.

Motywy Tomasza są interesujące, a zwłaszcza, że nie mamy pewności, czy działa według własnego sumienia, czy został opętany. W końcu mogło chodzić o uratowanie dwóch żyć, albo otworzenie bram piekieł i zrobienie Dooma in real life.

Dokładnie o tają dwuznaczność mi chodziło.

 

 

Jest klimat. Fajna lektura.

 

Cieszę się, że nie uważasz czasu spędzonego przy moim opowiadaniu za stracony.

 

Dzięki wielkie za wizytę, lekturę, mile słowa i opinię. Do zobaczenia pod Twoimi tekstami.

 

 

Hej, msduval!

 

Oczywiście nie mam zamiaru wpływać na Twoją ocenę tekstu, bo pierwsze wrażenie ma się jedno, własne i subiektywne po lekturze, odbiór też jeden, i to jest naturalne. Ale tak jak czytelnik ma prawo do swoich opinii, tak autor ma prawo bronić swojego "dzieła". A dyskusja pod tekstem to zawsze coś pożądanego ;).

Mówisz o kosmetyce oraz znanych elementach i ja się zgadzam z tym stwierdzeniem. Ale mówisz też o błędzie logicznym i szerszym kontekście, a ja odpowiem, że jest jeszcze szerszy kontekst. A mianowicie zabawa konwencją. Twoim zdaniem za dużo tu jest elementów znanych, a za mało dodanych.

A ja odpowiadam, że właśnie zamierzyłem sobie akcję z bohaterem akcji i do tego organizację związaną z wiarą, które to elementy osadzam w nietypowej moim zdaniem sytuacji. Bo moje "Opus Dei" walczy z wiedzmami, które są naukowcami od mechaniki kwantowej, a bohater jest super żołnierzem, ale też jest prawdopodobnie opętany przez demona, A turning point? Niewiele z tego zostaje, gdy okazuje się, że owszem Tomasz się niby nawrócił i chce ratować ofiary, ale najpewniej sam jest ofiarą, którą zrobiono w bambuko i służy niewłaściwej stronie. I nawet umierając nie ma pojęcia o co chodzi. Mnie to bawiło – wziąć znane elementy i nimi potrząsnąć, udziwnić, przyprawić czary mechaniką kwantową a sensacyjną fabułę podkręcić silami nadnaturalnymi i to w swojskich, częściowo polskich realiach. Ale najważniejsze w tym opowiadaniu są dwie rzeczy – pomysł na wiedzmy, profesorki od mechaniki kwantowej i wykład Antykwariusza. No i jeszcze może twist w finale. Reszta to zabawa konwencją, mruganie do czytelnika.

Bo jeden, gdy zobaczy Czerwonego Kapturka z bohaterką kobietą z czerwonych beretów i wilkołakiem, powie, że to uszyte z kalk i wtórne, inny pomyśli, że to świadomy i ciekawy chwyt i granie znanym motywem. A to też kosmetyka w sumie.

No właśnie, kosmetyka. Czasem te kosmetyczne zmiany też robią robotę. Mnie bawiło np. wrzucenie Polaka z GROMu w środek walki Dobra ze Złem na taką skalę itd. Ty tego nie kupujesz, w porządku. Wszystkim nigdy nie dogodzisz i nie przypasujesz.

Dziękuję za rozwinięcie Twojego stanowiska i ciekawą dyskusję. Też pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo fajnie piszesz, widać, że sporo pracowałeś nad warsztatem. Opisy są bardzo obrazowe i przede wszystkim doceniam użyte obcosłowia. Nie będę prześwietlał całego tekstu pod kątem technicznym, odnoszę się jedynie do pierwszej jego części. Resztę wolę przeczytać bez zobowiązań.

 

 

“Tomasz przetarł zmęczone oczy i ponownie skupił wzrok na ciężkim stole ustawionym pośrodku szopy.”

 

Mała uwaga i pewnie częsty błąd/ niebłąd. W mojej ocenie stół nie powinien być ciężki, chyba że podmiot go podnosi. Jeśli patrzy, to stół powinien być wielki, potężny itp. czyli związany ze zmysłem wzroku.

“Drugie dno spozierało na nich oczami czarnymi i podkrążonymi jak ślepia surykatki. Szydziło z nich zachrypniętym głosem, którego nie powstydziłby się Joe Cocker. Nawet gdyby związana kobieta ostro pociągała burbona i paliła dwie paczki gitanesów dziennie, nie uzyskałaby takiego efektu”.

 

W mojej ocenie ostatnie zdanie do wywalenia. Jest to powtórzenie, które niepotrzebnie wydłuża akapit i do tego jest jeszcze mało zgrabne. Jako czytelnik wiem już o jej zachrypniętym głosie po zdaniu poprzednim.

 

“Jedynie krąg z soli egzorcyzmowanej usypany był prawidłowo i jak dotąd nie został przerwany”

 

Tutaj też przydałoby się skrócić. Wystarczy J. k. z s. e. jak dotąd nie został przerwany.

 

“Z takim wsparciem duchowym niewiele zdziałają, jeśli w chacie zjawi się poważniejszy gracz drużyny przeciwnej”

Dlaczego unikasz słowa demon, zły duch. W tym zdaniu o wiele lepiej zostawić po prostu poważniejszego przeciwnika, a w następnym już nazwać go po imieniu.

 

“jak plama oleju potraktowana ludwikiem.”

 

Czasami niepotrzebnie udziwniasz porównania. Tutaj aż się prosi jak plama oleju na rozgrzanej blasze. Zresztą ta plama oleju jest bardzo fajną metaforą, tylko ludwik jakiś taki niedorobiony. Podobnie miałem z twarzą albinosa, która o wiele lepiej brzmi, jak zostania po prostu twarzą albinosa bez zbędnych udziwnień.

 

 

Ogólnie nie rozumiem argumentu w kom. o wtórności. Jakbyś miał na tym opowiadaniu zarabiać kasę, to można się doczepić o coś takiego. Ale jak piszemy amatorsko na portal kosztem prywatnego czasu, to nie można wymagać, że będzie w tekście odkrywana Ameryka, a nowy Tolkien będzie poganiał nowego Lema. Zresztą cała literatura jest tak naprawdę w większym lub mniejszym stopniu wtórna.

Jedyne, co bym chętnie w twoim opowiadaniu zobaczył, to stylizację egzorcystów na takich ala gangsterów, wręcz funkcjonariuszy mafijnych z całą sensacyjną naleciałością – wtedy tekst zyskałby na oryginalności. Aż się prosi, żeby był tam pościg i strzelanina. W tej Ameryce Południowej doszło do konfliktu interesów Watykanu z miejscową mafią. Chociaż byłoby to w tle całego egzorcyzmu, a jakże lepszy smak.

 

Witaj, Zeppelinie!

 

Bardzo fajnie piszesz, widać, że sporo pracowałeś nad warsztatem. 

 

Wszyscy tutaj jesteśmy amatorami i nieustannie pracujemy nad warsztatem. Ja wręcz uważam się za rzemieślnika (ok, raczej czeladnika) i warsztat stawiam zaraz za jakimkolwiek oryginalnym pomysłem w tekście. Wiele pracy przede mną.

 

”Tomasz przetarł zmęczone oczy i ponownie skupił wzrok na ciężkim stole ustawionym pośrodku szopy.”

 

Mała uwaga i pewnie częsty błąd/ niebłąd. W mojej ocenie stół nie powinien być ciężki, chyba że podmiot go podnosi. Jeśli patrzy, to stół powinien być wielki, potężny itp. czyli związany ze zmysłem wzroku.

 

Narrator towarzyszy Tomaszowi, ale wie pewnie nieco więcej na temat otoczenia niż bohater. Stół jest ciężki, bo do byle stolika nie byłoby sensu przywiązywać kogokolwiek. To był masywny, ciężki stół i Tomasz nie oceniał tutaj jego wagi, tylko narrator przekazywał tę informację czytelnikowi.

 

„Drugie dno spozierało na nich oczami czarnymi i podkrążonymi jak ślepia surykatki. Szydziło z nich zachrypniętym głosem, którego nie powstydziłby się Joe Cocker. Nawet gdyby związana kobieta ostro pociągała burbona i paliła dwie paczki gitanesów dziennie, nie uzyskałaby takiego efektu”.

 

W mojej ocenie ostatnie zdanie do wywalenia. Jest to powtórzenie, które niepotrzebnie wydłuża akapit i do tego jest jeszcze mało zgrabne. Jako czytelnik wiem już o jej zachrypniętym głosie po zdaniu poprzednim.

 

Ten “barwny” opis ma być dosadny i przesadzony. Pełnię tej chrypy oddaje wyłącznie burbon plus paczka gitanesów ;)

 

“Jedynie krąg z soli egzorcyzmowanej usypany był prawidłowo i jak dotąd nie został przerwany”

 

Tutaj też przydałoby się skrócić. Wystarczy J. k. z s. e. jak dotąd nie został przerwany.

 

Ale dlaczego chciałbyś wszystko skracać? To nie jest powtórzenie informacja tylko kolejna informacja – krąg został usypany prawidłowo, reszta egzorcyzmów szła już mniej prawidłowo. Poza tym fakt, że został usypany prawidłowo, implikuje domysł, że dzięki temu opętana, póki co, jeszcze trzymana jest w ryzach mimo innych baboli popełnionych przez egzorcystów.

 

“Z takim wsparciem duchowym niewiele zdziałają, jeśli w chacie zjawi się poważniejszy gracz drużyny przeciwnej”

 

Dlaczego unikasz słowa demon, zły duch. W tym zdaniu o wiele lepiej zostawić po prostu poważniejszego przeciwnika, a w następnym już nazwać go po imieniu.

 

Bo słowo demon (czy zły duch) jest zbyt bezpośrednie i oklepane? Bo niejako wchodzimy tutaj w punkt widzenia Tomasza, który wyraża się po swojemu?

 

“jak plama oleju potraktowana ludwikiem.”

 

Czasami niepotrzebnie udziwniasz porównania. Tutaj aż się prosi jak plama oleju na rozgrzanej blasze. Zresztą ta plama oleju jest bardzo fajną metaforą, tylko ludwik jakiś taki niedorobiony. 

 

Byc może udziwniam, ale mi się to porównanie podoba. Wybacz Zeppelinie, ale nie rozumiem jak i dlaczego Twoim zdaniem tutaj się prosi “na rozgrzanej blasze”? To Twoja opcja, moją jest ludwik. Nawet jeśli uważasz, że ludwik jest niedorobiony ;)

 

Podobnie miałem z twarzą albinosa, która o wiele lepiej brzmi, jak zostania po prostu twarzą albinosa bez zbędnych udziwnień.

 

To nie są udziwnienia. Blada twarz księdza była upstrzona kroplami krwi zabitej kobiety. Sama twarz albinosa nie oddaje tego obrazu. Jest po prostu biała, bez kropek krwi.

 

Ogólnie nie rozumiem argumentu w kom. o wtórności. Jakbyś miał na tym opowiadaniu zarabiać kasę, to można się doczepić o coś takiego. Ale jak piszemy amatorsko na portal kosztem prywatnego czasu, to nie można wymagać, że będzie w tekście odkrywana Ameryka, a nowy Tolkien będzie poganiał nowego Lema. Zresztą cała literatura jest tak naprawdę w większym lub mniejszym stopniu wtórna.

 

Oczywiście masz rację i zarazem nie masz racji :). Nie jestem w stanie odkryć Ameryki i nie startuję nawet do poziomu cienia cienia odbicia cienia Lema czy Tolkiena, ale oryginalność to coś, do czego wszyscy chyba dążymy. Ten tekst, pisany przez amatora, jak słusznie zauważyłeś, nie miał być wtórny. Jeśli jest, to nad tym ubolewam. I nie tłumaczy mnie i nie usprawiedliwia tej wtórności fakt, że pisany był na jakiś konkurs czy portal, a nie dla kasy.

 

Jedyne, co bym chętnie w twoim opowiadaniu zobaczył, to stylizację egzorcystów na takich ala gangsterów, wręcz funkcjonariuszy mafijnych z całą sensacyjną naleciałością – wtedy tekst zyskałby na oryginalności. Aż się prosi, żeby był tam pościg i strzelanina. W tej Ameryce Południowej doszło do konfliktu interesów Watykanu z miejscową mafią. Chociaż byłoby to w tle całego egzorcyzmu, a jakże lepszy smak.

Cóż, pozostaje mi jedynie zaproponować, żebyś napisał opowiadanie, zawierające wszystkie elementy, które chętne byś przeczytał. Obawiam się, że opowieść o egzorcystach stylizowanych na gangsterów czy funkcjonariuszy mafijnych to niestety zupełnie inna opowieść od mojej :). Może i byłaby wówczas oryginalniejsza w Twoich oczach, ale byłaby wtedy już inną opowieścią od tej, którą chciałem opowiedzieć.

 

Serdecznie dziękuję za wizytę i wszystkie uwagi i sugestie, Zeppelinie oraz rozbudowany komentarz. Na pewno przemyślę to i owo.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, „Anomalia” jest kapitalna. :-) Połknęłam w kilka godzin, nie mogąc się od niej oderwać. Jest jednocześnie francuska i amerykańska; literacka i ścisła; zabawna i poważna. A na domiar złego wciąga. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki za opinię i polecankę. Może się skuszę, chociaż stos wstydu (książkowy) rośnie i rośnie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja zaczynam odpuszczać stosiki i kolejkę. ;-) W każdym razie jest naprawdę przemyślane, konstrukcyjnie i jednocześnie luz, co bardzo lubię.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja mam rosnący stolik książek, które koniecznie chcę przeczytać. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć,

 

Po drodze jak zawsze zerknął na ścianę vis a vis portierni, gdzie w szklanej gablocie wisiała reprodukcja „Dziesięciu tysięcy męczenników” Jacopo Pontormo.

Nie Jacopa? 

 

W komentarzach przewijało się porównanie do Browna, więc nie będę oryginalna – też miałam takie skojarzenia. I podczas czytania Twojego opka miałam ten sam problem, co podczas czytania Browna – nie sklejało się mi się logicznie, ale…

 

później weszło zakończenie, które całość trochę uzasadniło.

 

Jest otwarte, ale idę w tę interpretację, że to był jeszcze większy spisek – wtedy wydarzenia w środkowej części nabierają większego sensu. W przeciwnym razie nie łapię nie tyle współpracy z Manewą, co samego zachowania Tomasza – jeśli organizacja jest tak potężna, że wytropiła go w kilkanaście godzin, to jak mógł wierzyć, że podrzucenie jednej babki księdzu i wyrzucenie drugiej pośrodku zupełnie obcego miasta i zakazanie jej kontaktów z bliskimi, ją uratuje? 

 

Mimo tego zgrzytu czytało się dobrze, było kilka bardzo fajnych fragmentów – początek, rudzik, koniec – więc całość na plus

 

Pozdrawiam

OG

Witam dyżurną OldGuard.

 

Przyznam szczerze, że jestem rozczarowany odbiorem tego tekstu. Oczywiście nie reakcją czytelników tylko samym tekstem. Pomijając odpadnięcie w konkursie FS, wydawało mi się naiwnie, że napisałem dosyć fajne opowiadanie, z ciekawym pomysłem na "kwantowe wiedźmy" i dobrym twistem w finale, a okazuje się, że jest ledwie średnie, a jedyne co widzą czytelnicy, to amatorska podróbka Browna, bo jest w nim jakaś tajna organizacja przykościelna.

Dobra to nauka dla autora, który zaczyna się tak poważnie rozmijać z czytelnikiem w percepcji "dzieła". Każdy zimny prysznic hartuje. I chyba czas na kolejny dłuższy oddech od publikacji na portalu. 

 

Dzięki za wizytę, lekturę i wszystkie uwagi i spostrzeżenia. No i fajnie, że ogólnie na plus.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wiesz mr.maras,

 

czyjś sufit jest podłogą kogoś innego. Widzę tekst piórkowicza, zwłaszcza wielokrotnego, i oczekuję fajerwerków (może błąd poznawczy). Sława ma swoje minusy ;)

 

A tak serio, to moje utyskiwania nie zmieniają faktu, że jest to porządne opko. Po prostu, nie wszystko kupiłam, ale mimo tego czytało się dobrze – wspomniana sława i piórka nie wzięły się chyba znikąd ;)

 

 

 

 

Serio nie czaję, o jakiej to "sławie" wspominasz. Ale jak czytało się dobrze, to spoko.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo dobrze się czytało misiowi i chętnie by poczytał więcej, może dalszy ciąg. Dobrze napisane. Gwiazdki.

Dziękuję, za odwiedziny, lekturę i komentarz oraz „gwiezdną szóstkę”, Koala75. 

Fajnie, że misiowi się dobrze czytało i poczytałby więcej. Może kiedyś jeszcze zajrzę sprawdzić, co słychać u Tomasza, ale mam teraz inne teksty na tapecie, a ten mnie zwyczajnie rozczarował odbiorem wśród czytelników.

Pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć!

 

Niezła historia z machinacjami kościoła w tle. Wszystko pokazujesz zgrabnie i nie pozwalasz się nudzić. Opis egzorcyzmów bardzo filmowy i mainstreamowy, nie za wiele ma wspólnego z tym, jak to wygląda (przynajmniej jeżeli mówimy o katolickiej wersji egzorcyzmów). Dziwi także przywiązanie bohatera do słów egzorcyzmowaniej, choć w pewnym stopniu tłumaczysz to w końcówce (co wyszło akurat bardzo zgrabnie).

Antykwariusz wypada przekonująco, a cała kabalistyczno-kwantowa gadka tworzy przyjemny, niejednoznaczny klimat całości. Trochę gorzej z bohaterem, o którego motywacji wiemy niewiele. Pokazujesz ciekawość świata i sprawną improwizację, ale jakoś nie załapałem dlaczego jest tam, gdzie jest. Ludzie po służbach specjalnych zazwyczaj kierują swoim życiem, a on stwarza pozory zagubionego (niezbyt wierzy w to, co robi – cała sytuacja na początku). Znowu, końcówka rzuca na to inne światło, ale trochę zabrakło pełniejszego obrazu.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej, Krar85.

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz (i piątaka) oraz ciekawe spostrzeżenia. Fajnie, że wrażenia ogólne masz chyba raczej pozytywne.

 

Trochę gorzej z bohaterem, o którego motywacji wiemy niewiele. Pokazujesz ciekawość świata i sprawną improwizację, ale jakoś nie załapałem dlaczego jest tam, gdzie jest. Ludzie po służbach specjalnych zazwyczaj kierują swoim życiem, a on stwarza pozory zagubionego (niezbyt wierzy w to, co robi – cała sytuacja na początku). Znowu, końcówka rzuca na to inne światło, ale trochę zabrakło pełniejszego obrazu.

– zakładam, że Tomaszem mogły kierować pobudki czysto materialne (może wcześniej kierowały również ideologiczne, ale chyba jego zapał wygasł już jakiś czas temu). Zostawiam to domysłom czytelnika, nie na wszystko (w tym karierę i życiorys bohatera) jest miejsce w opowiadaniu. Pewnie jak Polak, to katolik, a z odpowiednim przygotowaniem zawodowym i doświadczeniem z GROMu, mógł jakoś trafić do podobnej organizacji. 

 

Pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć, Marasie!

 

Przywiązana do mebla kobieta z ludu Keczua drwiła z nich od kilkunastu godzin. Wyginała brzuch i wiła się na blacie, wydając z siebie krótkie, gardłowe okrzyki.

Nie miał pojęcia czy to jeszcze któryś z dialektów keczua,

raz dużą, a raz małą literą

To Schrodinger, ten od kota,

Schrödinger

 

Podczas lektury wciąż się zastanawiałem, dlaczego Manewa tak łatwo mu zaufała. W końcówce pokazujesz, że wiesz o tych wątpliwościach, a ja oczywiście teraz zachodzę w głowę. Ciekawie pomyślane ;) choć chyba nie do końca mnie przekonujące.

Druga rzecz, która mnie nieco uwiera, to za mało wyjaśnione motywacje Tomasza. Ruch jest z tych, gdzie nie ma odwrotu, a on nie waha się ani chwili i po prostu robi to co…. chce autor?

Zastanawiam się, na ile powyższe rzeczy są spowodowane limitem.

Poza tym to naprawdę ciekawa opowieść sensacyjna. Sprawnie napisana, trzymająca w napięciu, nieco przywodząca mi na myśl Kod Leonarda da Vinci Browna, a z drugiej strony Black Out Elsberga (choć pewnie są lepsze powieści do porównania). Dołożyłeś do tego jeszcze otoczkę naukową i wyszło ciekawie.

Klikać już nie ma co.

 

Pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć,

 

tekst jest bardzo sprawnie napisany i czytalo się go świetnie. Scena po scenie, wszystko ładnie się zazębia, globalny spisek nakreslony delikatnie, ale zrozumiale, podobało mi się również to, jak powrócił w fabule ksiądz spod Swinoujścia, a informacje o miejscu zamieszkania zostały wykorzystane przez bohatera.

Sam bohater to taki rasowy badass, mrukliwy, ale twardy, nieustępliwie dążący do celu, nawet pomimo walki, która ma nikłe szanse powodzenia.

Końcówka jest świetna, to pytanie o opętanie, jednocześnie o granice wolnej woli – będącej iluzją? Naginanej przez złego ducha a może także przez boga (Boga)?

 

To czego mi zabrało, lub być może nie zrozumiałem, a IMHO ma kluczowe znaczenie dla tekstu, to podejście do wiary Tomasza. Czy on wierzy, czy głos boga (Boga) zamienił się nieuchwytnie w głos demona, a może nigdy takiego głosu nie słyszał, może był tylko wyrachowanym zabójcą? Mogłoby to być spiritus movens całej historii i wg mnie tutaj jest nieco zmarnowanego potencjału. Ciekawszą walką niż ta z Legionem mogłaby być walka o duszę Tomasza.

 

I jeszcze dwa drobiazgi – z tekstu, moim skromnym zdaniem, miejscami przebija infodumpowość, np. w trakcie rozmowy Tomasza z Antykwariuszem. Drugi “zarzut”, bardziej subiektywny, to mało emocji – ani porwane kobiety, ani ksiądz czy jego siostra, ani tym bardziej Tomasz nie okazują, jak wartkie wydarzenia na nich wpływają. O ile w przypadku głównego bohater ma to sens (bo jest przecież badassem), o tyle pozostałe postacie powinny, wg mnie, być bardziej “ludzkie”. Emocje z drugiej strony są świetnym przykuwaczem uwagi czytelnika i budują konflikty, które mogą świetnie się przysłużyć do wykreowania głównego bohatera. Bo jaki jest Tomasz, za co można go lubić, albo nienawidzieć? Nie wiem.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, Krokusie!

(wybacz, przeklejałem odpowiedź i mi za pierwszym razem ucięło pierwszą część skierowaną do Ciebie)

 

Podczas lektury wciąż się zastanawiałem, dlaczego Manewa tak łatwo mu zaufała. W końcówce pokazujesz, że wiesz o tych wątpliwościach, a ja oczywiście teraz zachodzę w głowę. Ciekawie pomyślane ;) choć chyba nie do końca mnie przekonujące.

– no nie poradzę nic niestety ;). Albo się da czytelnika przekonać, albo nie da. Zależy od czytelnika i wielu innych czynników.

 

Druga rzecz, która mnie nieco uwiera, to za mało wyjaśnione motywacje Tomasza. Ruch jest z tych, gdzie nie ma odwrotu, a on nie waha się ani chwili i po prostu robi to co…. chce autor?

– Nie. Po prostu (nie)opisując jego “przemianę”, wyszedłem z założenia, że z jego działania wynika jasno owa zmiana. Przelało mu się, osiągnął punkt krytyczny, powiedział NIE, gdy wymagano od niego porwania kobiet, które jego zdaniem były niewinne. Oczywiście można tam pobiadolić jak to jemu się przelewa, jak się waha, jakie ma rozterki egzystencjonalne, jak mu żyły nabrzmiewają na skroniach gdy podejmuje decyzję, ale myślałem o rozrywkowym tekście w konwencji sensacyjnej fikcji z możliwymi elementami nadprzyrodzonymi.

 

Zastanawiam się, na ile powyższe rzeczy są spowodowane limitem.

 

– limit zawsze wrogiem ;)

 

Poza tym to naprawdę ciekawa opowieść sensacyjna. Sprawnie napisana, trzymająca w napięciu, nieco przywodząca mi na myśl Kod Leonarda da Vinci Browna, a z drugiej strony Black Out Elsberga (choć pewnie są lepsze powieści do porównania). Dołożyłeś do tego jeszcze otoczkę naukową i wyszło ciekawie.

– Elsberga nie znam, Browna (zaraz rzucę czymś w ekran ;)) znam z jednej książki i nie był mi żadną inspiracją. Jak ciekawie to fajnie.

Dziękuję za lekturę, uwagi i fajny komentarz.

 

 

Witam dyżurnego, BasementKeya.

 

tekst jest bardzo sprawnie napisany i czytało się go świetnie. Scena po scenie, wszystko ładnie się zazębia, globalny spisek nakreslony delikatnie, ale zrozumiale, podobało mi się również to, jak powrócił w fabule ksiądz spod Swinoujścia, a informacje o miejscu zamieszkania zostały wykorzystane przez bohatera.

– dzięki. 

 

Końcówka jest świetna, to pytanie o opętanie, jednocześnie o granice wolnej woli – będącej iluzją? Naginanej przez złego ducha a może także przez boga (Boga)?

– fajnie, że to odczytałeś zgodnie z intencjami autora. Kilku czytelników miało do niego żal o taką koncówkę ;)

 

To czego mi zabrało, lub być może nie zrozumiałem, a IMHO ma kluczowe znaczenie dla tekstu, to podejście do wiary Tomasza. Czy on wierzy, czy głos boga (Boga) zamienił się nieuchwytnie w głos demona, a może nigdy takiego głosu nie słyszał, może był tylko wyrachowanym zabójcą? Mogłoby to być spiritus movens całej historii i wg mnie tutaj jest nieco zmarnowanego potencjału. Ciekawszą walką niż ta z Legionem mogłaby być walka o duszę Tomasza.

– założyłem sobie konwencję bardziej sensacyjną i dylematy religijne Tomasza mnie nie interesowały. Raczej sceptyk, któremu się przelało i postanowił zagrać po swojemu bez względu na cenę.

 

I jeszcze dwa drobiazgi – z tekstu, moim skromnym zdaniem, miejscami przebija infodumpowość, np. w trakcie rozmowy Tomasza z Antykwariuszem. 

 

– ta rozmowa miała być clou programu. Ludziska jak dotąd raczej chwalili ten fragment opowiadania.

 

Drugi “zarzut”, bardziej subiektywny, to mało emocji – ani porwane kobiety, ani ksiądz czy jego siostra, ani tym bardziej Tomasz nie okazują, jak wartkie wydarzenia na nich wpływają. 

– hmm, miałem wrażenie, że opisy roztrzęsionego księdza, wcześniej zbierającego precjoza z podłogi albo robiącego wielkie oczy czy zagubionej kobiety, która drży, zaciska pięści, rozgląda bezradnie, wstrzymuje spazmy itd. to wystarczający wkład emocjonalny. Ale widocznie jak nie wyją, nie ryczą, nie wrzeszczą i np. nie rzucają się z pięściami, to znaczy, że jest za mało emocji… ;). Poza tym postawa, zachowanie i działania Manewej mają być dwuznaczne.

 

Bo jaki jest Tomasz, za co można go lubić, albo nienawidzieć? Nie wiem.

– ja lubię Tomasza za to, że powiedział NIE, zaczął działać i w sumie chyba zginął za sprawę, na dodatek nie wiedząc do końca czy uczynił słusznie, czy zwyczajnie dał sobą manipulować. I za dystans do wszystkiego.

 

Dzięki za wizytę, ciekawy komentarz i interesujące uwagi i spostrzeżenia, BK.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, byłbym zapomniał. Kiedy wyjdzie Twój zbiór s-f, daj proszę znać na priv, chętnie zakupię.

Che mi sento di morir

Dzięki, BasementKey. Daleka droga do celu, ale właśnie dlatego próbuję się teraz wyrwać z netów, portalu i social mediów, i skupić na tym projekcie (oczywiście w ramach prokrastynacji pisząc na boku powieść i kilka opowiadań ni s-f dla odskoczni). 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka