- Opowiadanie: adam_c4 - Do niczego nie doszło, ale czuć było napięcie, takie napięcie w powietrzu

Do niczego nie doszło, ale czuć było napięcie, takie napięcie w powietrzu

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Do niczego nie doszło, ale czuć było napięcie, takie napięcie w powietrzu

Kiedy było już po wszyst­kim, Kon­rad wró­cił na rynek i za­stał ojca do­kład­nie tam, gdzie przed pół­go­dzi­ną się roz­dzie­li­li. Z da­le­ka było widać, że sta­ru­szek jest znie­cier­pli­wio­ny; krzy­żu­jąc ręce na pier­si, prze­stę­po­wał z nogi na nogę i bez więk­sze­go sensu rzu­cał spoj­rze­nia na boki. Za­uwa­żyw­szy syna, ru­szył ku niemu sprę­ży­stym kro­kiem.

– I jak?!

Od­po­wiedź mogła być tylko jedna.

– W po­rząd­ku.

Oj­ciec za­pro­po­no­wał, żeby usie­dli w ogród­ku jed­nej z re­stau­ra­cji. Kiedy do­sta­li karty, rzu­cił za­wa­diac­ko: ,,co bie­rze­my?”, su­ge­ru­jąc, że wy­pa­da­ło­by za­mó­wić coś do picia. Nie­ko­niecz­nie oran­ża­dę. Kon­rad, czu­jąc, że po­ziom jego za­że­no­wa­nia osią­ga nowe szczy­ty, zi­gno­ro­wał czy­tel­ną su­ge­stię i oznaj­mił, że na­pi­je się coli. Ro­dzic, nie oka­zu­jąc roz­cza­ro­wa­nia, po­pro­sił o piwo. Kiedy kel­ner przy­niósł oszro­nio­ne bu­tel­ki, ob­da­rzył ich prze­cią­głym spoj­rze­niem, które chło­pak do­brze znał, i które spra­wia­ło, że od­ru­cho­wo za­ci­skał wargi.

Są­czy­li na­po­je w mil­cze­niu. Oj­ciec ode­zwał się do­pie­ro po kilku mi­nu­tach:

– No ale nie garb się – rzu­cił, zli­zu­jąc pian­kę z wąsów. – To jak było?

Gu­staw nie da za wy­gra­ną – po­my­ślał Kon­rad, pro­stu­jąc plecy. Nigdy nie zwró­cił­by się do ojca po imie­niu, ale cza­sem, w przy­pły­wie iry­ta­cji, na­zy­wał go w my­ślach tak, jakby ten był jego kum­plem, a nie ro­dzi­cem. Wziął głę­bo­ki wdech.

– Było w po­rząd­ku – za­czął. – Spo­tka­łem ją tam, gdzie miała być, na ławce. Po­szli­śmy do ta­kiej ka­mie­ni­cy i od­gar­ną­łem jej te… włosy z szyi.

Prze­rwał, się­gnął po szklan­kę i wypił do dna. Czuł, że palą go uszy.

– Wgry­złem się – kon­ty­nu­ował. – Wsze­dłem czy­sto, pre­cy­zyj­nie. Ssa­łem przez dwie mi­nu­ty, nie szar­pa­ła się, ani nic.

Uszy pło­nę­ły mu żywym ogniem, a gar­dło zdą­ży­ło wy­schnąć na wiór. W tam­tej chwi­li sie­dem­na­sto­la­tek od­dał­by bar­dzo wiele, aby zna­leźć się gdzie in­dziej.

Oj­ciec roz­parł się na krze­śle i za­plótł dło­nie z tyłu głowy.

– Ech, pięk­ny wie­czór – wes­tchnął. – Sier­pień w pełni. Pięk­ny to mie­siąc. Taki sto­no­wa­ny, szla­chet­ny. Jakże od­mien­ny od dzi­kie­go czerw­ca i nie­okieł­zna­ne­go lipca.

Kon­rad za­ci­snął pię­ści. Nie miał ocho­ty na wy­kwi­ty pseu­do­po­etyc­kie­go unie­sie­nia, w które jego sta­ru­szek wpa­dał za­wsze, ile­kroć koń­czył pierw­sze piwo. Miał słabą głowę – po dwóch ku­flach prze­ko­ny­wał wszyst­kich, że jest sa­mo­rod­nym, po­etyc­kim ge­niu­szem, a po trzech po­ry­wał się na wier­szo­wa­ne im­pro­wi­za­cje, aby – nie­sku­tecz­nie – tego do­wieść. Po czte­rech już tylko beł­ko­tał.

– Nic dziw­ne­go, że wła­śnie dzi­siaj wspo­mi­nam pe­wien ma­gicz­ny wie­czór… – Gu­staw przy­mknął oczy, wkra­cza­jąc do świa­ta wspo­mnień. – Moja ini­cja­cja. Ech, synek, ty też kie­dyś bę­dziesz sobie tak wspo­mi­nał.

Tak, Gu­staw, z pew­no­ścią! – po­my­ślał Kon­rad, trzę­sąc się ze zło­ści. – Będę wspo­mi­nał tę dzi­siej­szą farsę. To, jak wy­ssa­łem krew z dziew­czy­ny, którą mi za­ła­twi­łeś, bo oczy­wi­stym było, że sam nie dam rady żad­nej upo­lo­wać. Tak, będę sie­dział przy piwku i wspo­mi­nał, jak sie­dem­na­sto­let­nia, nie­roz­pra­wi­czo­na wer­sja mnie, spo­tka­ła ślicz­ne, opła­co­ne przez cie­bie dziew­czę, które było poza moim za­się­giem tak bar­dzo, że nie śmia­łem go potem przy­wo­ły­wać w fan­ta­zjach do wia­do­mych celów. Wspo­mnę sobie upo­ka­rza­ją­cy prze­bieg całej tej szop­ki, a potem, po raz dzie­się­cio­ty­sięcz­ny, za­sta­no­wię się nad tym, co pchnę­ło tę cudną, czar­no­wło­są isto­tę do tego, aby dać się dziab­nąć nie­wy­da­rzo­ne­mu na­sto­lat­ko­wi-krwio­pij­cy. Bo prze­cież ofia­ro­wa­ne jej za­dość­uczy­nie­nie, choć­by nie wiem jak szczo­dre, mu­sia­ło być ni­czym w ze­sta­wie­niu z wiecz­nym po­tę­pie­niem, klą­twą wam­pi­ry­zmu.

Kon­rad, od­da­ny po­nu­rym my­ślom, jed­nym uchem re­je­stro­wał po­wta­rza­ną po raz ko­lej­ny le­gen­dę.

– …zmierz­cha­ło, a dziew­czę­ta cho­dzi­ły pa­ra­mi, albo po kilka sztuk. Pięk­ne łanie po­gru­po­wa­ne w… grupy. Ale nagle wy­pa­trzy­łem ją, praw­dzi­wą Afro­dy­tę. Wy­da­je mi się, że ona wie­dzia­ła, że za nią idę, tak, mu­sia­ła to wie­dzieć, synek, mu­sia­ła. Skrę­ci­ła w ulicz­kę i chyba nawet się obej­rza­ła przez ramię, czy cią­gle ją śle­dzę. A ja pod­bie­głem szyb­ciut­ko, myk-myk, i już je­stem przy niej, i łapię ją za ra­mio­na i do­ci­skam do ścia­ny i cyk – wpi­jam się od przo­du, wiesz, to nie jest czę­ste, tak od przo­du.

Kon­rad, nie kry­gu­jąc się, przy­ło­żył roz­grza­ne czoło do blatu sto­li­ka.

– Krzyk­nę­ła tylko raz, ci­chut­ko, kiedy ją ugry­złem. A potem, kiedy się od niej od­su­ną­łem, cały czas ści­ska­jąc te drob­ne, roz­trzę­sio­ne ra­mio­na, ona tak na mnie spoj­rza­ła, że mówię ci! Do ni­cze­go nie do­szło, ale czuć było na­pię­cie, takie na­pię­cie w po­wie­trzu. No i tak ją tam zo­sta­wi­łem.

Cie­ka­we, czy kie­dy­kol­wiek za­sta­na­wia­łeś się nad tym, co było z nią potem, po­my­ślał na­sto­la­tek. Jak po­to­czy­ło się życie dziew­czy­ny, z ,,którą do ni­cze­go nie do­szło”. Czy, za­ka­żo­na przez cie­bie wam­pi­ry­zmem, po­pa­dła w de­pre­sję? Może stra­ci­ła pracę, bli­scy się od niej od­wró­ci­li, rzu­cił ją chło­pak? Nie, Gu­staw, to nie mogło przyjść ci do głowy. Dla cie­bie rów­nie za­sad­nym by­ło­by roz­trzą­sa­nie tego, czy ry­bi­ki cu­kro­we żyją w sta­dach, albo czy ośmior­ni­ce mają osiem nóg, czy też osiem rąk.

– Chodź­my już. – Padła pro­po­zy­cja. Oj­ciec otwo­rzył usta, jakby chciał za­pro­te­sto­wać, ale osta­tecz­nie kiw­nął głową. Do­koń­czył piwo. Na widok żół­ta­wych kłów, do­ty­ka­ją­cych brze­gu kufla, chło­pak po­czuł dresz­cze.

 

***

 

Kon­rad miał ,,wraż­li­wą duszę” – tak wła­śnie ujęła to pani wy­cho­waw­czy­ni, kiedy ów wraż­li­wiec roz­po­czy­nał naukę w Pierw­szej Nie­pu­blicz­nej Szko­le Pod­sta­wo­wej imie­nia Le­sta­ta Sto­ke­ra. Gu­staw bły­ska­wicz­nie pod­chwy­cił tę opi­nię i z lu­bo­ścią po­wta­rzał ją ro­dzi­nie i zna­jo­mym, przed­sta­wia­jąc wraż­li­wość jako oczy­wi­stą za­le­tę. Kon­rad po­my­ślał wów­czas, że oj­ciec jest zbyt krót­ko­wzrocz­ny i za­ko­cha­ny w sobie, by do­pu­ścić do sie­bie ewen­tu­al­ność, że jego wła­sne dziec­ko to płacz­li­wa ciapa, czego na­uczy­ciel­ka nie śmia­ła po­wie­dzieć wprost.

Wraż­li­wość Kon­ra­da rosła z wie­kiem. Na­sto­la­tek czę­sto bywał zmę­czo­ny i chęt­nie prze­sy­piał drę­czą­ce go na jawie zmar­twie­nia i zgry­zo­ty. W dzień ini­cja­cji tylko cudem zwlókł się z łóżka, a wró­ciw­szy póź­nym wie­czo­rem do swego po­ko­ju, rzu­cił się w po­ściel i za­snął tak szyb­ko, że nie zdą­ży­ła na­wie­dzić go żadna przy­kra myśl.

Sen miał ka­mien­ny, dla­te­go nie obu­dzi­ło go skrzy­pie­nie za­wia­sów, choć okno da­cho­we znaj­do­wa­ło się tuż nad jego łóż­kiem. Ock­nął się do­pie­ro wtedy, kiedy coś opa­dło na ma­te­rac. Gwał­tow­nie usiadł i mru­ga­jąc, ro­zej­rzał się do­ko­ła. W bla­dym świe­tle księ­ży­ca do­strzegł ma­ja­czą­cy przed nim kształt. Otwo­rzył usta do krzy­ku, ale nie zdo­łał wydać z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku.

Jedna dłoń za­tka­ła mu usta, druga owi­nę­ła się wokół karku. Prze­sa­dą by­ło­by na­pi­sać, że dotyk chłod­nych, smu­kłych pal­ców uspo­ko­ił Kon­ra­da, ale fakt, że naj­wi­docz­niej były to palce ko­bie­ty – na co wska­zy­wał też ich roz­miar – po­zwo­li­ły na utrzy­ma­nie pa­ni­ki w ry­zach; w ciągu ułam­ka se­kun­dy osza­co­wał, że nie­wie­ści in­truz nie pra­gnie go uka­tru­pić. A to już coś.

– Nie drzyj się – padła ko­men­da.

Roz­po­znał ten głos. To ona. Ewa. Umysł znów do­ko­nał bły­ska­wicz­nej ana­li­zy, wy­cią­ga­jąc na­stę­pu­ją­cy wnio­sek: ,,Ta kon­kret­na ko­bie­ta pew­nie chce cię zabić”.

Za­czął więc krzy­czeć i wierz­gać, ale nie mógł wy­swo­bo­dzić się z uści­sku. Sza­mo­ta­ni­na trwa­ła dobrą mi­nu­tę. W końcu ska­pi­tu­lo­wał.

– Nie zro­bię ci krzyw­dy. – Usły­szał za­pew­nie­nie. – Gdy­bym chcia­ła, już byś nie żył. Chcę po­ga­dać.

Dobry Boże, cóż za pięk­ny, de­li­kat­ny głos! Nawet gdyby treść za­pew­nień oka­za­ła się od­wrot­na, gdyby dziew­czy­na wła­śnie oznaj­mi­ła mu, że za­mie­rza prze­szyć go osiką i spa­lić, a jego pro­chy roz­sy­pać na wie­trze, przy­stał­by na to, ba, wręcz pro­sił­by…

– Bę­dziesz cicho? – Nagła zmia­na tonu otrzeź­wi­ła na­sto­lat­ka. Po­ki­wał głową. Ewa po­lu­zo­wa­ła uścisk i roz­ka­za­ła:

– Zapal świa­tło.

Chło­pak się­gnął do sto­ją­cej na biur­ku lamp­ki.

Nocą, w bla­sku ża­rów­ki, wy­glą­da­ła jesz­cze pięk­niej. Urody nie uj­mo­wa­ła jej nawet tru­pia bla­dość skóry, która to cecha wy­glą­du od­strę­cza­ła Kon­ra­da, choć po­śród wam­pi­rów ucho­dzi­ła za po­cią­ga­ją­cą.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział, cho­wa­jąc twarz w dło­nie.

– Daj spo­kój, ile razy masz za­miar mnie prze­pra­szać?

– Bez końca.

Ewa prych­nę­ła i po­krę­ci­ła głową. Miała prawo się iry­to­wać – były to chyba dzie­sią­te prze­pro­si­ny, które młody wam­pir skie­ro­wał pod jej ad­re­sem.

To wła­śnie ,,prze­pra­szam” było pierw­szy sło­wem, które wy­po­wie­dział, kiedy spo­tka­li się rap­tem kilka go­dzin wcze­śniej.

– Prze­pra­szam, ty je­steś Ewa? – Upew­nił się, choć spra­wa była oczy­wi­sta. Jego ,,zdo­bycz” miała być czar­no­wło­sa, szczu­pła i wła­śnie o tej go­dzi­nie sie­dzieć na tej wła­śnie ławce.

Od­po­wie­dzia­ła mu zim­nym spoj­rze­niem. Po­czuł się głu­pio, więc bez więk­sze­go sensu prze­pro­sił ją po raz drugi. A potem za­po­mniał ję­zy­ka w gębie. Bo co miał po­wie­dzieć? Nie prze­my­ślał sobie tego za­wcza­su, ży­wiąc na­iw­ną na­dzie­ję, że wszyst­ko po­to­czy się na­tu­ral­nie. Ale w tej sy­tu­acji nic nie było na­tu­ral­ne.

– To gdzie mam cię ugryźć? – wy­pa­lił w końcu.

Ewa, nie mru­gnąw­szy okiem, od­rze­kła:

– Chyba w szyję, co?

Nie był pe­wien, czy stroi sobie z niego żarty, czy na­praw­dę opacz­nie zro­zu­mia­ła py­ta­nie.

– No tak, bo gdzie in­dziej? – Usi­ło­wał wy­brnąć.

Nic nie mó­wiąc, pod­nio­sła się z ławki i ru­szy­ła wąską ulicz­ką w stro­nę rynku. Kon­rad po­truch­tał za nią. Kiedy ze swadą we­szła do jed­nej z ka­mie­nic, gło­śno prze­łknął ślinę. A więc tam to się od­bę­dzie…

Wszedł na po­grą­żo­ną w mroku klat­kę scho­do­wą. W in­nych oko­licz­no­ściach ucie­szył­by się z pa­nu­ją­ce­go tam, przy­jem­ne­go chło­du i za­pa­chu sta­re­go drew­na. Teraz jed­nak, spo­glą­da­jąc na bie­gną­ce ku górze stop­nie, po­czuł się przy­tło­czo­ny.

– No więc? – Ewa, wspar­ta o ścia­nę, po­chy­la­ła ku niemu ra­mio­na. Wy­glą­da­ła na znie­cier­pli­wio­ną.

Na­sto­la­tek sta­nął przed nią i uniósł roz­trzę­sio­ne dło­nie na wy­so­kość oczu. Nie­raz wy­obra­żał sobie tę chwi­lę, za­gry­za­jąc przy tym zęby i ocie­ra­jąc pot z czoła. Fakt, że jego ró­wie­śni­cy wi­dzie­li w ini­cja­cji coś eks­cy­tu­ją­ce­go, a nie prze­ra­ża­ją­ce­go, do­dat­ko­wo go ob­cią­żał i spra­wiał, że z ca­łe­go serca pra­gnął jej unik­nąć. Jaki jed­nak miał wybór?

– Teraz cię ugry­zę – oznaj­mił.

– Tak, taki jest plan. – Iro­nia w gło­sie Ewy była le­d­wie wy­czu­wal­na, choć w tej sy­tu­acji mo­gła­by szy­dzić z niego bez opa­mię­ta­nia. Kon­rad wziął to za dobrą mo­ne­tę.

Chwy­cił ją za ra­mio­na i do­pie­ro wtedy zdał sobie spra­wę z tego, że ręce ma całe mokre od potu.

– Prze­pra­szam – rzu­cił od­ru­cho­wo, na co ,,ofia­ra” tylko prze­wró­ci­ła ocza­mi.

Przy­su­nął się do niej bar­ka­mi, rów­no­cze­śnie dba­jąc o to, by bio­dra trzy­mać jak naj­da­lej. Wy­krę­cił szyję, za­nu­rza­jąc twarz w pach­ną­cych wło­sach. Ko­smy­ki ła­sko­ta­ły go w nos, wcho­dzi­ły mię­dzy zęby.

– Po­cze­kaj. Po­cze­kaj! Nie tak! – De­li­kat­nie, choć sta­now­czo, od­su­nę­ła go od sie­bie i wpraw­nym ru­chem od­gar­nę­ła włosy, eks­po­nu­jąc szyję. – Nie mu­sisz na mnie wła­zić, stój tam, gdzie sto­isz. Po­chyl się. Nie tak! O, wła­śnie, tak. I teraz. Tylko ostroż­nie.

Pierw­sze ugry­zie­nia ćwi­czył już w przed­szko­lu, za­chę­ca­ny przez tatę. Ale tamte nie­win­ne próby, po­dej­mo­wa­ne na go­to­wa­nej pier­si kur­cza­ka albo ka­wał­ku szyn­ki, nijak nie miały się do ,,praw­dzi­we­go” gry­zie­nia, o czym można było prze­czy­tać w każ­dym pi­sem­ku dla na­sto­let­nie­go wam­pi­ra. Tego zwy­czaj­nie nie dało się wy­uczyć ,,na sucho”. Trze­ba było ,,dzia­łać spon­ta­nicz­nie i zdać się na in­stynkt”. Dobre sobie!

– Ała! AŁA!

Kon­rad od­sko­czył od Ewy jak opa­rzo­ny. Był prze­ko­na­ny, że jego zęby wciąż znaj­du­ją się dobre pięć cen­ty­me­trów od szyi, jed­nak dwie czer­wo­ne krop­ki na po­wierzch­ni dziew­czę­cej skóry i me­ta­licz­ny po­smak w ustach do­wo­dzi­ły, że się mylił.

– Prze­pra…

Ewa ujęła jego twarz w dło­nie. Na­stęp­nie płyn­nym ru­chem, jakby głowa wam­pi­ra była na­rzę­dziem, któ­rym pró­bu­je się po­słu­żyć, usta­wi­ła ją pod od­po­wied­nim kątem.

– Sze­rzej!

Po­słusz­nie roz­warł usta. Wtedy dziew­czy­na przy­cią­gnę­ła go do sie­bie. Za­plą­tał się we wła­sne nogi, ale w ostat­niej chwi­li zdą­żył oprzeć się o ścia­nę.

– Ała! Nie za­ci­skaj szczę­ki! Luź­niej! Ssij!

Po chwi­li spę­dzo­nej w tym prze­dziw­nym klin­czu dziew­czy­na rze­kła:

– Wy­star­czy. Teraz de­li­kat­nie wy­cią­gnij. Ej! De­li­kat­nie!

– Pfe­pła­fam – mruk­nął Kon­rad, wy­chla­pu­jąc przy oka­zji sporą por­cję krwi na bluz­kę swej ,,ofia­ry”.

Ewa się­gnę­ła po chu­s­tecz­kę. Za­miast dwóch ele­ganc­kich na­kłuć o mi­li­me­tro­wej śred­ni­cy, jej szyję ,,zdo­bił" szyb­ko po­więk­sza­ją­cy się krwiak. Kon­rad bez słowa wy­biegł z bu­dyn­ku.

Teraz, w bla­dym świe­tle lamp­ki, przyj­rzał się ranie, którą zadał. Ewa, śle­dząc jego spoj­rze­nie, rzu­ci­ła:

– Nie boli.

– Pew­nie. Nie­dłu­go nie bę­dzie śladu – wes­tchnął Kon­rad. – Co nie zmie­nia faktu, że je­steś prze­klę­ta już na za­wsze.

Dziew­czy­na okrę­ci­ła sobie ko­smyk wokół palca i przez dobrą chwi­lę wpa­try­wa­ła się w pust­kę.

– Muszę ci zadać ważne py­ta­nie – rze­kła po chwi­li. – Czemu cię to ob­cho­dzi?

­­– Co?

– Czemu cię to ob­cho­dzi? – po­wtó­rzy­ła, wsta­jąc z łóżka. – Czemu za­le­ży ci na mojej wy­go­dzie? Na moim losie? Czemu w kółko mnie prze­pra­szasz? Czemu nie masz w dupie tego, co teraz ze mną bę­dzie? Co?

Kon­rad gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wał. Po­czuł, że za­le­wa go gniew.

– Czemu?! – wrza­snął. – Czemu?! Miał­bym mieć w dupie to, że ska­za­łem cię na wiecz­ne po­tę­pie­nie?! Że w imię ja­kiejś kre­tyń­skiej tra­dy­cji znisz­czy­łem ci życie?! Co?! Tak to wi­dzisz?!

Ewa, przy­kła­da­jąc palec do warg i spo­glą­da­jąc z nie­po­ko­jem w stro­nę drzwi, do­sko­czy­ła do Kon­ra­da.

– To na­praw­dę takie dziw­ne? – wy­rzu­cił z sie­bie, już spo­koj­nie, chło­pak.

– Tak – przy­zna­ła Ewa. – To bar­dzo dziw­ne. Je­steś inny.

– No – mruk­nął w od­po­wie­dzi. Jakoś nie po­tra­fił do­ce­nić tego kom­ple­men­tu; na prze­strze­ni lat jego in­ność kosz­to­wa­ła go zbyt wiele cier­pień.

– Zu­peł­nie inny od wszyst­kich wam­pi­rów – kon­ty­nu­owa­ła Ewa. – Zu­peł­nie inny od wła­sne­go ojca.

Kon­rad znów się na­piął i już na­brał po­wie­trza w płuca, ale tym razem Ewa, ła­piąc go za ramię, zdo­ła­ła po­skro­mić wy­buch. Chło­pak wes­tchnął, opadł na łóżko i wy­szep­tał:

– Czego ty w ogóle ode mnie chcesz?

Ewa od­wró­ci­ła spoj­rze­nie. Długo mil­cza­ła. W końcu za­czę­ła ostroż­nie:

– Mo­że­my się umó­wić, że teraz będę gadać przez ja­kieś dwie mi­nu­ty, a ty mnie wy­słu­chasz? Że mi nie prze­rwiesz, ani… nie wpad­niesz w szał?

Chło­pak, pełen złych prze­czuć, ostroż­nie ski­nął głową.

– Je­stem córką ko­bie­ty, którą twój oj­ciec uką­sił jako młody chło­pak – wy­szep­ta­ła Ewa, przy­my­ka­jąc oczy. – Tą, z którą prze­szedł ini­cja­cję. Choć wy­rzą­dził jej tak wiel­ką krzyw­dę, z ja­kichś prze­dziw­nych po­wo­dów do tej pory utrzy­mu­ją ze sobą kon­takt. Co jakiś czas się spo­ty­ka­ją i jedzą ko­la­cję, pod­czas któ­rej twój oj­ciec prze­ka­zu­je mojej matce spore sumy pie­nię­dzy. Od kil­ku­na­stu lat jest jego utrzy­man­ką, choć, o ile mi wia­do­mo, nie sy­pia­ją ze sobą. To chore, wiem. Wiem też, że oj­ciec nigdy ci o tym nie po­wie­dział…

 Kon­rad za­czął się trząść. Dziew­czy­na, ści­snąw­szy go odro­bi­nę moc­niej, kon­ty­nu­owa­ła:

– Twój oj­ciec wy­znał mojej matce, że po­trze­bu­je kogoś dla cie­bie. Wie­dział, że mo­żesz mieć pro­blem z ini­cja­cją. Matka, kiedy tylko to usły­sza­ła, za­pro­po­no­wa­ła mi…

– Dla­cze­go? – krzyk­nął Kon­rad.

– Cicho! – syk­nę­ła Ewa. – Obie­ca­łeś! Dla­cze­go pod­sta­wi­ła wam­pi­ro­wi wła­sną córkę? Bo ja wiem? Ta ko­bie­ta dawno temu po­stra­da­ła zmy­sły, w czym spora za­słu­ga two­je­go ojca, nie­ste­ty.

Z oczu Kon­ra­da pły­nę­ły go­rą­ce łzy. Miał wra­że­nie, że bu­zu­ją­ca w nim wście­kłość zaraz go roz­sa­dzi. Czuł się zdra­dzo­ny i oszu­ka­ny, choć tak na­praw­dę nie miał ku temu więk­szych po­wo­dów. Po pierw­sze: prze­cież oj­ciec nie mu­siał spo­wia­dać mu się z tego, z kim się spo­ty­ka. Po dru­gie: tamta ko­bie­ta wcale nie mu­sia­ła na­strę­czać im wła­snej córki, a ta, nawet przez nią bła­ga­na, nie mu­sia­ła się go­dzić. Po trze­cie: gdyby oj­ciec nie opła­cił mu dziew­czy­ny, on sam nigdy by jej nie zdo­był, przez co obaj na­ra­zi­li­by się na śmiesz­ność, a to skut­ko­wa­ło­by ostra­cy­zmem, cią­gną­cym za sobą sze­reg mało przy­jem­nych kon­se­kwen­cji. Tak więc cały ten gniew można było w grun­cie rze­czy na­zwać bez­za­sad­nym, a to roz­wście­cza­ło Kon­ra­da jesz­cze bar­dziej.

– Już koń­czę! – obie­ca­ła Ewa. – Zaraz stąd pój­dzie­my, wy­bie­rze­my się na spa­cer, i bę­dziesz mógł się wście­kać do woli, ale naj­pierw muszę wie­dzieć jedno: czy ze­chcesz mi pomóc? Jest szan­sa na to, żeby to za­trzy­mać. Żeby prze­rwać tę waszą okrop­ną tra­dy­cję, która łamie życie ty­siąc­om dziew­czyn. Takim jak ja, czy moja matka. Wiem, że wy­ma­gam od cie­bie de­kla­ra­cji w ciem­no…

– Tak – prze­rwał jej Kon­rad.

Ewa wy­cią­gnę­ła do niego dłoń. Uści­snął ją, a potem oba wam­pi­ry wy­sko­czy­ły przez okno w cie­płą, sierp­nio­wą noc.

 

***  

 

Mniej wię­cej wtedy, kiedy Kon­rad wy­niósł się z domu, Gu­staw do­szedł do wnio­sku, że odro­bi­nę scha­miał i na­le­ży coś z tym zro­bić.

Jakoś nigdy nie przy­szło mu do głowy, że to nie­god­ne pijać bi­zo­na. Że to piwo dla pleb­su, a on, po­to­mek kar­pac­kich wam­pi­rów, po­wi­nien ra­czyć się zgoła in­ny­mi trun­ka­mi. Kiedy zdał sobie z tego spra­wę, po­mknął do od­po­wied­nie­go skle­pu i po­pro­sił o naj­droż­sze wino. Sprze­daw­ca-cwa­nia­czek nie chciał tak zwy­czaj­nie podać trun­ku, tylko za­sy­pał go masą idio­tycz­nych pytań. Kraj po­cho­dze­nia? Rocz­nik? Bu­kiet…? NAJ­DROŻ­SZE! Cza­isz, knyp­ku?

Al­ko­hol z naj­wyż­szej półki sma­ko­wał okrop­nie, ale Gu­staw za­kła­dał, że to kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia, że jego pod­nie­bie­nie, przy­tę­pio­ne tanim bro­wa­rem, musi wy­szla­chet­nieć, otwo­rzyć się na nie­oczy­wi­ste nuty sma­ko­we, drze­mią­ce w ru­bi­no­wej go­ry­czy.

W dniu, w któ­rym Kon­rad miał udzie­lić wie­czor­ne­go wy­wia­du, Gu­staw nie mógł zna­leźć sobie miej­sca. Cho­dził po domu w szla­fro­ku, zaj­mu­jąc się roz­ma­ity­mi, spon­ta­nicz­nie po­dej­mo­wa­ny­mi czyn­no­ścia­mi. Przej­rzał stare fo­to­gra­fie, zin­wen­ta­ry­zo­wał ro­dzin­ne pre­cjo­za, ochrza­nił po­ko­jów­kę. Kiedy do­cho­dzi­ła dzie­więt­na­sta, się­gnął po opróż­nio­ną do po­ło­wy bu­tel­kę naj­droż­sze­go-w-skle­pie-wi­na i na­peł­nił kie­li­szek po brze­gi. Wypił dusz­kiem, za­ty­ka­jąc nos. Nalał sobie drugą lamp­kę i ostroż­nie po­sma­ko­wał. Okrop­ne. Wstrzy­mu­jąc od­dech, wlał w sie­bie ko­lej­ną por­cję i opadł na fotel.

Co on naj­lep­sze­go wy­ra­bia – po­my­ślał, ła­piąc się za głowę. – Sza­lo­ny gów­niarz, jak on może, jak on może…?

Usły­szaw­szy do­cho­dzą­ce z ko­ry­ta­rza kroki, otarł łzę i po­de­rwał się na równe nogi. Na­stęp­stwem tych zde­cy­do­wa­nych ru­chów była go­to­wość. Go­to­wość na to, aby zmie­rzyć się z całym tym am­ba­ra­sem. On niby ma kulić ogon jak bez­dom­ny kun­del? ON?! Hra­bia Gu­staw Pa­lo­vnik?! Nie­do­cze­ka­nie!

Ru­szył do gar­de­ro­by, po dro­dze wpa­da­jąc na po­ko­jów­kę.

– Co się Kry­sty­na tak skra­da?! Niech mi Kry­sty­na czym prę­dzej za­mó­wi ta­ry­fę!

Po­mknął do gar­de­ro­by. Z gąsz­czu nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­nych gar­ni­tu­rów wy­do­był ten naj­szy­kow­niej­szy.

Pięt­na­ście minut póź­niej, od­święt­nie wy­stro­jo­ny, z fu­la­rem pod brodą, zszedł do cze­ka­ją­cej na pod­jeź­dzie tak­sów­ki i kazał się za­wieźć pod ,,Kro­plów­kę”.

Piąt­ko­wy wie­czór, lokal pełen po brze­gi. Kiedy tylko po­ja­wił się na progu, na­tych­miast go za­uwa­żo­no. Z uśmie­chem na ustach kła­niał się zna­jo­mym. W sku­pie­niu wy­pa­try­wał nie­wer­bal­nych oznak lek­ce­wa­że­nia lub po­gar­dy, lecz ni­cze­go nie do­strzegł.

Po­spól­stwo – my­ślał z od­ra­zą, prze­ci­ska­jąc się do baru. – Co po­my­śle­li­by sobie ich przod­ko­wie, wi­dząc po­tom­ków stło­czo­nych w tej za­dy­mio­nej pod­rzęd­nym ty­to­niem mor­dow­ni, żło­pią­cych par­szy­we piwo? Cie­ka­we, kiedy ostat­ni raz mieli w ustach wino. Banda cha­mów.

Usiadł na ostat­nim wol­nym krze­śle. Kel­ner od razu pod­su­nął mu kufel bi­zo­na. Chciał za­pro­te­sto­wać, ale ugryzł się w język; tutaj nie ser­wo­wa­no wina, co naj­wy­żej pod­rzęd­ną łychę, a sie­dzieć tak bez trun­ku nie było sensu. Zer­k­nął na wi­szą­cy pod su­fi­tem te­le­wi­zor. Wła­śnie koń­czy­ła się pro­gno­za po­go­dy, więc naj­da­lej za dzie­sięć minut roz­pocz­nie się pro­wa­dzo­na na żywo ,,Roz­mo­wa dnia”.

Igno­ro­wa­ny przez to­wa­rzy­stwo, sku­pił się na swoim piwie. A więc to tak – po­my­ślał. – Nikt nie da mi do zro­zu­mie­nia, co o mnie sądzi, ale też nie za­ga­da, bo wów­czas nie by­ło­by spo­so­bu, aby nie po­ru­szyć draż­li­we­go te­ma­tu. Niby dla­cze­go draż­li­we­go? Za co mam się wsty­dzić?! Prze­cież…

Pa­nu­ją­cy w lo­ka­lu gwar rap­tow­nie ucichł, co ode­rwa­ło męż­czy­znę od roz­my­ślań. Bar­man pod­krę­cił re­gu­la­tor te­le­wi­zo­ra, z któ­re­go uma­lo­wa­na dzien­ni­kar­ka po­sy­ła­ła wła­śnie mi­lio­nom wi­dzów sztucz­ny uśmiech.

– Dobry wie­czór, pań­stwu! Dzi­siaj w stu­diu dwój­ka gości…

Gu­staw ro­zej­rzał się do­ko­ła i spo­strzegł, że wiele oczu wy­mie­rzo­nych jest pro­sto w niego. Przy­szła mu do głowy sza­lo­na myśl, aby sal­wo­wać się uciecz­ką, ale na­tych­miast ją po­rzu­cił. Tym­cza­sem dzien­ni­kar­ka przed­sta­wi­ła gości i od­da­ła głos tej małej wy­wło­ce, która nie za­sy­pia­ła gru­szek w po­pie­le, tylko od razu przy­stą­pi­ła do ple­ce­nia swo­ich bzdur, które sprze­daj­ne media od ty­go­dni po­wta­rza­ły z upo­rem god­nym lep­szej spra­wy.

– …aby prze­rwać tę obrzy­dli­wą tra­dy­cję, która od zbyt dawna do­pro­wa­dza do licz­nych tra­ge­dii! – grzmia­ła Ewa. Miała na sobie czar­ną suk­nię, która kon­tra­sto­wa­ła z jej kar­na­cją. – Elita bawi się w naj­lep­sze, ła­miąc życie nie­win­nym…

– Panie Kon­ra­dzie! – Dzien­ni­kar­ka bez­ce­re­mo­nial­nie we­szła w słowo dziew­czy­nie, na co tamta zmarsz­czy­ła nos, wy­ra­ża­jąc nie­za­do­wo­le­nie. Gu­staw do­brze znał ten grymas, jej matka ro­bi­ła tak samo.

– Tak? – rzu­cił chło­pak, po­chy­la­jąc się ku dzien­ni­kar­ce. Gu­sta­wa zauważył, że jego syn sie­dzi swo­bod­nie, z nogą za­ło­żo­ną na nogę, nie zdra­dza­jąc naj­mniej­szych oznak zde­ner­wo­wa­nia. Miał na sobie czar­ny golf z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi, a na nosie oku­la­ry, choć z jego wzro­kiem było wszyst­ko w po­rząd­ku. Naj­wi­docz­niej od­pu­ścił sobie fry­zje­ra, przy­dłu­gie włosy za­cze­sał do tyłu. Dodał sobie po­wa­gi, wy­glą­dał na star­sze­go o kilka lat.

– Ta mała, pod­stęp­na, fał­szy­wa… – wy­sy­czał Gu­staw, ścią­ga­jąc na sie­bie ko­lej­ne spoj­rze­nia.

– Zadam panu trud­ne py­ta­nie – za­po­wie­dzia­ła dzien­ni­kar­ka. – Czy nie jest panu wstyd?

– Słu­cham? – Kon­rad po­krę­cił głową i skrzy­żo­wał ręce na klat­ce pier­sio­wej, co można było od­czy­tać jako sy­gnał świad­czą­cy o tym, że udało się zbić go z tropu. Gu­staw miał jed­nak pew­ność, że jego sy­na­lek, wzmoc­nio­ny obec­no­ścią małej se­kut­ni­cy, ode­prze każdy atak tej pożal się Boże dzien­ni­kar­ki, która – o czym Gu­staw wie­dział z pew­nych źró­deł – obie­ca­ła spe­cjal­nie się przy­ło­żyć i zro­bić wszyst­ko, aby skom­pro­mi­to­wać ma­ło­la­tów. Po­wo­dze­nia. Póki co wy­strze­li­ła parę śle­pa­ków, a tamci wła­śnie ła­do­wa­li ar­ma­tę.

– Wy­wo­dzi się pan z dy­na­stii Pa­lo­vni­ków – rze­kła z pre­ten­sją w gło­sie ko­bie­ta. – Na­tu­ral­nym jest, że spo­czy­wa na panu ar­cy­trud­ne za­da­nie kon­ty­nu­owa­nia jej tra­dy­cji. Tym­cza­sem staje pan w po­przek uświę­co­ne­go zwy­cza­ju. Wię­cej nawet – krwio­pij­stwo na­zy­wa pan zbrod­nią! Dla­te­go pytam, czy nie czuje pan wsty­du. Choć­by przed wła­snym ojcem.

Na krót­ką chwi­lę wszyst­kie pary oczu spo­czę­ły na Gu­sta­wie. Nie­któ­re spoj­rze­nia już tam zo­sta­ły, ale zde­cy­do­wa­na więk­szość po­mknę­ła z po­wro­tem w stro­nę szkla­ne­go ekra­nu.

– Wstyd, pani re­dak­tor – za­czął ostroż­nie chło­pak – czuję w związ­ku ze sta­ty­sty­ka­mi, które od paru ty­go­dni ja i moja to­wa­rzysz­ka przy­ta­cza­my. Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć i pół pro­cen­ta uką­szo­nych ko­biet zgod­nie przy­zna­je, że ugry­zie­nie było naj­więk­szą tra­ge­dią, jaka spo­tka­ła je w życiu. Osiem­dzie­siąt pro­cent do­świad­cza potem trud­no­ści w życiu pry­wat­nym, nieco ponad po­ło­wa traci pracę, dzie­sięć pro­cent po­dej­mu­je próby… 

– A czy nie uważa pan…

– …sa­mo­bój­cze! – Kon­rad nie po­zwo­lił sobie prze­rwać. – Wiele z nich koń­czy się, nie­ste­ty, tra­gicz­nie. Za to jest mi wstyd.

– A czy nie uważa pan, że w dzi­siej­szych cza­sach ten pro­blem do­ty­czy nie­wiel­kie­go od­set­ka ko­biet? Wszak wam­pi­ry raczą się dzi­siaj sztucz­ną krwią, a od­stęp­stwa od tej re­gu­ły czy­nią nie­mal wy­łącz­nie w ra­mach ry­tu­ału, który wpro­wa­dza je w do­ro­słość. Poza tym, jak wy­ni­ka z wielu badań, lwia część tych ko­biet sama pro­wo­ku­je wam­pi­ry do ataku…

– Fakt, że wtór­ny wam­pi­ryzm do­ty­ka w dzi­siej­szych cza­sach mniej­sze­go od­set­ka ko­biet niż daw­niej, nie ozna­cza, że mo­że­my po­trak­to­wać je jako mało zna­czą­cą sta­ty­sty­kę! – Kon­rad wy­po­wie­dział to przy­dłu­gie zda­nie bły­ska­wicz­nie i bez na­my­słu, co wska­zy­wa­ło na to, że mu­siał je przy­go­to­wać za­wcza­su. – Jasne, że jesz­cze sto lat temu nie­szczę­sne ko­bie­ty, wy­ko­rzy­sta­ne i po­rzu­co­ne przez krwio­pij­ców, pa­da­ły ofia­rą sa­mo­są­dów. Tak, jakby ich winą było to, że zna­la­zły się w złym miej­scu o złym cza­sie, co też zdaje się pani su­ge­ro­wać.

– Nie, ja wy­raź­nie…

– To dość że­nu­ją­ce, przy­zna­ję. To pani po­win­na się wsty­dzić.

– Nie! Panie Kon­ra­dzie! Pro­te­stu­ję!

– Za­mknij się! – wrza­snął Kon­rad.

Wszy­scy w barze, słu­cha­ją­cy do­tych­czas w mil­cze­niu, wy­da­li z sie­bie pełne nie­do­wie­rza­nia wes­tchnię­cie. Gu­staw zła­pał się za głowę.

– Nie, panie Kon­ra­dzie! – pi­snę­ła dzien­ni­kar­ka. – Nie bę­dzie­my roz­ma­wiać w ten spo­sób!

– Pa­trz­cie! – Kon­rad po­de­rwał się na równe nogi i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. W miej­scu gór­nych kłów ziały czar­ne dziu­ry.

Tym razem w lo­ka­lu pod­niósł się wrzask prze­ra­że­nia. Gu­sta­wo­wi wy­da­wa­ło się, że coś łapie go za kark i pró­bu­je ścią­gnąć na pod­ło­gę. Znał to uczu­cie – wie­dział, że zaraz ze­mdle­je.

Ktoś ujął go pod ramię i otrzeź­wił de­li­kat­nym po­licz­kiem. Jak przez mgłę do­cie­ra­ły do niego słowa tam­tej bez­względ­nej gów­nia­ry:

– …gest Kon­ra­da Pa­lo­vni­ka! Spi­ło­wał zęby w wyrazie so­li­dar­ność z ofia­ra­mi wam­pi­rzych ata­ków! Po­wo­ła­ny przez nas ruch spo­łecz­ny ,,ko­niec jatki” ma już po­par­cie dy­na­stii Rice’ów i Kin­gów! Zbie­ra­my pie­nią­dze dla ofiar, a już wkrót­ce za­koń­czy­my to sza­leń­stwo…

Nagle roz­po­czął się blok re­kla­mo­wy, ty­ra­da Ewy zo­sta­ła prze­rwa­na.

Gu­staw dźwi­gnął się z wy­so­kie­go krze­sła i ro­zej­rzał po barze.

– No co?! – krzyk­nął. – Słu­cham! Kto ma coś do po­wie­dze­nia?!

Od­po­wie­dzia­ła mu cisza.

– Źle wy­cho­wa­łem gów­nia­rza, co?! – krzyk­nął. – No, dalej! Po­wiedz­cie to! Prze­szyj­cie mnie osiką!

– Gu­staw, to nie takie pro­ste – ode­zwał się Ry­siek, jego dobry kum­pel. – Klap­nij sobie, napij się.

– Czego?! – wrza­snął, ła­piąc pusty kufel. – Tych szczyn?!

– Ej, ostroż­nie! – upo­mniał go bar­man, wi­dząc, że Gu­staw za­czy­na wy­wi­jać szkłem w tę i z po­wro­tem.

– Jak ci nie wstyd tego sprze­da­wać?! Jak wam nie wstyd tego pić?!

Teraz ode­zwa­ło się wię­cej gło­sów:

– Chło­pie, daj spo­kój!

– Sia­daj, Gu­staw.

– Je­steś wście­kły, kto by nie był?

– Spójrz­cie na sie­bie! – Pi­ja­ny wam­pir okrę­cił się wokół wła­snej osi, mie­rząc pal­cem w ze­bra­ny do­ko­ła tłu­mek. – Wy ła­chu­dry! Ka­na­po­wi krwio­pij­cy, zdraj­cy tra­dy­cji!

– Wiesz co, Gu­staw? – rzu­cił ktoś. – Chcesz nas po­uczać, a po­wi­nie­neś za­cząć od sie­bie.

– Co?!

– Nikt nie twier­dzi, że źle wy­cho­wa­łeś Kon­ra­da. – To mówił Wła­dek, ko­lej­ny bli­ski ko­le­ga. – Kon­rad jest dobry chło­pak, jesz­cze się ogar­nie. Tamta dia­bli­ca go omo­ta­ła.

Ta kon­sta­ta­cja spo­tka­ła się ze zbio­ro­wym po­mru­kiem apro­ba­ty.

– Ale ty przy­ło­ży­łeś do tego rękę. Co ty wy­czy­niasz przez te wszyst­kie lata? Wi­du­jesz się na boku z tą całą Te­re­ską. Szaj­ba ci od­bi­ła na jej punk­cie i tyle.

– To moja spra­wa! – Gu­staw chciał do­sko­czyć do Wład­ka, ale za­gro­dzo­no mu drogę. – Moja!

– No, może i twoja – kon­ty­nu­ował Wła­dek. – Ale nie mo­głeś jej zwy­czaj­nie wziąć do sie­bie na nie­wol­ni­cę, czy co? Tak ją zwo­dzisz la­ta­mi, sam nie wiem po co, to teraz masz – na wła­snej pier­si wy­ho­do­wa­ła żmiję, która nas kąsa.

Po­now­nie wszy­scy się z tym zgo­dzi­li. To bar­dzo nie spodo­ba­ło się Gu­sta­wo­wi.

– Chamy! Łaj­da­ki! – grzmiał. – Nie macie po­ję­cia, jak to wtedy było! Wzią­łem ją w ra­mio­na, uką­si­łem od przo­du, i ona tak na mnie spoj­rza­ła! Cudna gwiaz­da za­ran­na wie­czo­ro­wą porą! Do ni­cze­go nie do­szło, ale…

– …czuć było na­pię­cie, takie na­pię­cie w po­wie­trzu! – do­koń­czy­li wszy­scy chó­rem, a potem wy­bu­chli grom­kim śmie­chem, dając upust po­wścią­ga­ne­mu od lat roz­ba­wie­niu. W barze na­zy­wa­no po­kąt­nie Gu­sta­wa ,,ro­man­ty­kiem” albo ,,lo­we­la­sem”, na co za­słu­żył sobie tym, że po pi­ja­ku nie­ustan­nie wspo­mi­nał swój pierw­szy i je­dy­ny raz. Miał re­no­mę nie­szko­dli­we­go dzi­wa­ka, który za­ko­chał się na zabój w przy­pad­ko­wej ofie­rze.

Gu­staw rąb­nął pię­ścią naj­bliż­szą, ro­ze­śmia­ną gębę, roz­pę­tu­jąc bi­ja­ty­kę, która trwa­ła aż do przy­jaz­du po­li­cji. Zawinięto parę wam­pi­rów, w tym wa­lecz­ne­go ro­man­ty­ka. Noc spę­dził na dołku.

Kiedy rano go pusz­czo­no, za­dzwo­nił po tak­sów­kę. Szo­fe­rem oka­zał się młody chło­pak.

– Jak masz na imię, chłop­cze? – za­gad­nął Gu­staw.

Tam­ten nie od­po­wie­dział, nawet nie za­szczy­cił go spoj­rze­niem. Oto po­kło­sie wczo­raj­sze­go wy­wia­du.

– Chcia­łem cię za­py­tać, bez­i­mien­ny chłop­cze, czy byłeś kie­dyś za­ko­cha­ny.

Kie­row­ca przyj­rzał mu się w lu­ster­ku, ale po­zo­stał niemy.

– Zmia­na pla­nów. Za­wieź mnie do ga­le­rii – roz­ka­zał pa­sa­żer. – My­ślisz, że pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy z bry­lan­tem to kicz? W sa­lo­nie pew­nie wci­sną mi naj­droż­szy. A tam, nie­waż­ne. Już się za­my­kam.

Cho­ler­ny gów­niarz – po­my­ślał Gu­staw, krę­cąc głową. – Cho­ler­ny gów­niarz…

Koniec

Komentarze

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć!

Pozwolisz, że zacznę od uwag krytycznych. 

Ojciec zaproponował, żeby usiedli w ogródku jednej z restauracji. Kiedy dostali karty, rzucił zawadiacko: ,,co bierzemy?”, sugerując, że wypadałoby zamówić coś do picia. Niekoniecznie oranżadę. Konrad, czując, że poziom jego zażenowania osiąga nowe szczyty, zignorował czytelną sugestię i oznajmił, że napije się coli. Rodzic, nie okazując rozczarowania, poprosił o piwo.

Osobiście nie przepadam za takim streszczaniem dialogów. Jeszcze rozumiem, kiedy np. streszcza się czyjąś opowieść, z której czytelnik potrzebuje znać tylko kilka najważniejszych informacji, ale w powyższym przypadku wychodzi taki dziwny, trochę niezgrabny zapychacz. Ale może to tylko moja fanaberia.

 

Mam parę problemów logicznych z tym tekstem.

Pomysł na społeczność wampirów, chociaż nie nowy, rozegrany sympatycznie, ale…

Jak zrozumiałam, skoro Twoje wampiry są abstynentami dopóki nie osiągną dorosłości, i w najgorszym razie grozi im ostracyzm i wyśmiewanie, to oznacza, że wcale tej krwi do egzystencji nie potrzebują? Jeśli tak, to po co w ogóle ją piją? Czy nie byłoby dla nich łatwiej i bezpieczniej jednak przerzucić się na zwierzęcą?

Podobnie zastanawia mnie kwestia dobrowolności kąsania. Bo z jednej strony piszesz, że Ewa mogła odmówić, a z drugiej przedstawiasz sprawę tak, jakby te wampiry jednak zmuszały swoje ofiary przemocą i nie dawały im żadnego wyboru. To jak to w końcu z nimi jest?

Ja wiem, że tekst ma charakter humorystycznie-pastiszowy, ale jednak te wątpliwości nie chciały się ode mnie w trakcie lektury odkleić.

Powołany przez nas ruch społeczny ,,koniec jatki

Zdaje się, że to powinno być wielkimi literami.

 

Rozumiem, że wampiry miały służyć jako metafora gwałtów i/lub molestowania – a przynajmniej retoryka zastosowana podczas wywiadu z Konradem to właśnie sugeruje. Jeśli taki był Twój zamysł, to mnie opko nie przekonuje. Raz, że to jednak trochę słaby temat do heheszkowania – a tekst ma charakter zdecydowanie heheszkowy – a dwa: w wykonaniu zabrakło konsekwencji, bo z jednej strony zdajesz się podejmować próbę analizy skomplikowanej kwestii społecznej, przedstawionej w krzywym zwierciadle, a z drugiej, no właśnie, nie wykraczasz poza żarty i humoreskę. I tu się wszystko rozjeżdża, tekst staje okrakiem między komentarzem społecznym a lekkim czytadełkiem na leniwe popołudnie, i nie wiadomo, w którą stronę ruszyć.

Nie jestem też do końca pewna, kto w tej historii odgrywa rolę księżniczki. Ewa czy Konrad? Z jednej strony Ewa, jako ofiara, nadawałaby się do tej roli, ale z drugiej to własnie ona jest postacią aktywną i wykopuje Konrada poza jego strefę komfortu, a więc można by uznać, że to ona ratuje go przed życiem w społeczeństwie, które go mierzi. Konrad z kolei, niby “wrażliwiec i ciapa”, staje się dla niej środkiem do celu i, mocno naciąganym, “rycerzem na białym koniu”. Trudno zatem stwierdzić, do kogo należy rola księżniczki w opałach.

 

Ponarzekawszy, przejdźmy do plusów. Napisane przyjemnie, było parę zdań, które mi się spodobały (”Piękne łanie pogrupowane w… grupy.” <3), albo powtarzająca się kwestia z tytułu i jej rozegranie na końcu. Jako rzekłam wcześniej: miła lektura na popołudnie. Postaci może trochę nazbyt sztampowe, ale sympatyczne, ze szczególnym uwzględnieniem Konrada.

Pozdrówka!

Księżniczkom w szczególnych opałach poświęciłeś opowiadanie, Adamie.

Nie przepadam za wampirami, ale mogę powiedzieć, że historię Konrada i Gustawa przeczytałam bez najmniejszej przykrości, a nawet z pewnym zadowoleniem, albowiem sprawę krwiopijców potraktowałeś nietuzinkowo, nie powielając stereotypów. ;)

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

i bez więk­sze­go sensu rzu­cał spoj­rze­niem na boki. → …i bez więk­sze­go sensu rzu­cał spoj­rze­nia na boki.

 

wy­kwi­ty pseu­do–po­etyc­kie­go unie­sie­nia… → …wy­kwi­ty pseu­dopo­etyc­kie­go unie­sie­nia

 

Tak, Gu­staw, z pew­no­ścią! – po­my­ślał Kon­rad, trzę­sąc się ze zło­ści. Będę wspo­mi­nał… → Zbędna półpauza po didaskaliach. Gdybyś myśli zapisał kursywą, byłoby, moim zdaniem, o wiele czytelniej.

Proponuję: Tak, Gu­staw, z pew­no­ścią! – po­my­ślał Kon­rad, trzę­sąc się ze zło­ści. Będę wspo­mi­nał

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

dać się dziab­nąć nie­wy­da­rzo­ne­mu na­sto­lat­ko­wi–krwio­pij­cy. → …dać się dziab­nąć nie­wy­da­rzo­ne­mu na­sto­lat­ko­wi-krwio­pij­cy.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

ale w ostat­niej chwi­li zdą­żył po­de­przeć się ścia­ny. → O ścianę można się oprzeć, ale nie można podeprzeć się ściany.

Proponuję: …ale w ostat­niej chwi­li zdą­żył oprzeć się o ścianę.

 

Sprze­daw­ca–cwa­nia­czek nie chciał… → Sprze­daw­ca-cwa­nia­czek nie chciał… 

 

bu­tel­kę naj­droż­sze­go–w–skle­pie–wina… → …bu­tel­kę naj­droż­sze­go-w-skle­pie-wina

 

Z gąsz­czu nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­nych gar­ni­tu­rów wy­do­był ten naj­oka­zal­szy. → Czy garnitur może być okazały?

Proponuję: Z gąsz­czu nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­nych gar­ni­tu­rów wy­do­był ten najwytworniejszy/ najszykowniejszy.

 

od­święt­nie wy­stro­jo­ny, z fu­la­rem pod szyją… → …od­święt­nie wy­stro­jo­ny, z fu­la­rem na szyi… Lub: …od­święt­nie wy­stro­jo­ny, z fu­la­rem pod brodą

Gdyby Gustaw nosił fular zawiązany pod szyją, to musiałby go mieć chyba na piersi.

 

– Dobry wie­czór, Pań­stwu!– Dobry wie­czór pań­stwu!

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

na co tamta zmarsz­czy­ła nos, wy­ra­ża­jąc nie­za­do­wo­le­nie. Gu­staw do­brze znał ten gest, jej matka ro­bi­ła tak samo. → Gesty wykonuje się dłońmi/ rękami, nie nosem.

Proponuję: Gu­staw do­brze znał ten grymas, jej matka ro­bi­ła tak samo.

 

Póki co wy­strze­li­ła salwę śle­pa­ków… → Czy jedna osoba może wystrzelić salwę?

 

Kon­rad wy­po­wie­dział to przy­dłu­gie zda­nie bły­ska­wicz­nie i bez na­my­słu, co wska­zy­wa­ło na to, że mu­siał przy­go­to­wać za­wcza­su.Zdanie jest rodzaju nijakiego, wiec: Kon­rad wy­po­wie­dział to przy­dłu­gie zda­nie bły­ska­wicz­nie i bez na­my­słu, co wska­zy­wa­ło, że mu­siał je przy­go­to­wać za­wcza­su.

 

Spi­ło­wał zęby w ge­ście so­li­dar­ność z ofia­ra­mi wam­pi­rzych ata­ków!Spi­ło­wał zęby w wyrazie so­li­dar­ność z ofia­ra­mi wam­pi­rzych ata­ków!

 

Za­wi­nię­to parę wam­pi­rów… → W co zawinięto?

A może miało być: Z­wi­nię­to parę wam­pi­rów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się nietypowe podejście do wampirów – rozrośnięty klan europejski, z tradycjami, a do tego bardzo rzadko pijący krew. Wyszło nieortodoksyjnie, trochę zabawnie.

Imiona dziadowskie – to celowo?

Fajne nazwy pubów i innych instytucji.

Też nie jestem pewna, kto tu jest księżniczką.

Co się potem dzieje z kobietami-wampirami? Podstępnie atakują młodzieńców? Z kim stary wampir spłodził młodego, skoro najwyraźniej nie stworzył go przez ugryzienie?

Babska logika rządzi!

Cześć, Adamie!

 

Mam niestety podobne wrażenia jak Gravel. Tekst w parodystycznym tonie, a jednocześnie poruszający ważkie problemy społeczne. To mi nie zagrało. I choć uważam, że wyśmiać można wszystko i wszyskich, to tu ten humor mi nie podjechał. ;-) 

Sama fabuła czy bohaterowie nie zostali przesadnie rozbudowani. Postać ojca dość wkurzająca, postać syna również (choć z innych powodów). 

Napisane za to bardzo dobrze. I mimo że historia nie wciągała, to czytało się nienajgorzej. ;-)

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie! 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witajcie wszyscy!

 

Alicello, dziękuję za lekturę.

 

gravel, dziękuję za wizytę i obszerny komentarz. Chętnie się do niego odniosę.

Osobiście nie przepadam za takim streszczaniem dialogów. Jeszcze rozumiem, kiedy np. streszcza się czyjąś opowieść, z której czytelnik potrzebuje znać tylko kilka najważniejszych informacji, ale w powyższym przypadku wychodzi taki dziwny, trochę niezgrabny zapychacz. Ale może to tylko moja fanaberia.

Przyznam, że chciałem tutaj bohaterów jak najszybciej usadzić przy stoliku, ale może faktycznie użycie zwykłego dialogu byłoby lepszym wyjściem :)

Jak zrozumiałam, skoro Twoje wampiry są abstynentami dopóki nie osiągną dorosłości, i w najgorszym razie grozi im ostracyzm i wyśmiewanie, to oznacza, że wcale tej krwi do egzystencji nie potrzebują? Jeśli tak, to po co w ogóle ją piją? Czy nie byłoby dla nich łatwiej i bezpieczniej jednak przerzucić się na zwierzęcą?

Słuszna uwaga – picie krwi ,,niewampirów" nie jest podyktowane koniecznością, jednak wampiry decydują się na to w imię wiekowej tradycji. Moją intencją było wyszydzenie tych ,,dzisiejszych" wampirów oraz ich ślepego przywiązania do starych rytuałów.

Podobnie zastanawia mnie kwestia dobrowolności kąsania. Bo z jednej strony piszesz, że Ewa mogła odmówić, a z drugiej przedstawiasz sprawę tak, jakby te wampiry jednak zmuszały swoje ofiary przemocą i nie dawały im żadnego wyboru. To jak to w końcu z nimi jest?

Tutaj sprawa jest trochę zawiła – matka Ewy i ojciec Konrada poznali się, kiedy mężczyzna ją ugryzł. Choć skomplikował jej tym samym życie, to wiemy, że pozostali ze sobą w kontakcie. Ewa twierdzi, że facet utrzymuje jej matkę. Nie chciałem zgłębiać tej relacji, ale widać, że mamy tu – z jednej strony – do czynienia z uzależnieniem ofiary od kata, z drugiej zaś ze szczerym, choć okazywanym w kulawy sposób, uczuciem. Kiedy ojciec zwierza się matce, że jego syn samodzielnie nie upoluje ofiary, ta proponuje im własną córkę, która w odpowiednim miejscu podstawi się do ugryzienia. Dlaczego Ewa się na to zgodziła? Trudno orzec. Może miała fatalistyczne poczucie, że jej los nie będzie lepszy od losu jej matki? A może od początku przypuszczała, że po tym, jak stanie się wampirem, uda jej się omotać Konrada i z jego pomocą powołać ruch, który doprowadzi do zakończenia zbrodniczych praktyk krwiopijców?

Rozumiem, że wampiry miały służyć jako metafora gwałtów i/lub molestowania – a przynajmniej retoryka zastosowana podczas wywiadu z Konradem to właśnie sugeruje.

W tym opowiadaniu chciałem ukazać wampiryzm od mrocznej strony – zupełnie odrzeć go z romantycznego nimbu, ukazać, że w konfrontacji wampira z ofiarą dochodzi do fizycznej dominacji silniejszego nad słabszym, przez co skojarzenia z przemocą seksualną są nieuniknione. Zresztą łącząc te dwie kwestie bynajmniej nie odkrywam Ameryki. Tak czy inaczej moją intencją nie było zajmowanie stanowiska w sprawach społecznych, choć, jak sądzę, można by to opowiadanie potraktować jako komentarz dotyczący tzw. ,,kultury gwałtu". Ale to nie tak. Chodziło mi – tylko i aż – o to, aby przedstawić upiorną rzeczywistość, w której wampirza elita dopuszcza się przemocy względem niewinnych, a ponieważ posiada duży majątek i wpływy, również w mediach, może czuć się bezkarna.

Raz, że to jednak trochę słaby temat do heheszkowania – a tekst ma charakter zdecydowanie heheszkowy – a dwa: w wykonaniu zabrakło konsekwencji, bo z jednej strony zdajesz się podejmować próbę analizy skomplikowanej kwestii społecznej, przedstawionej w krzywym zwierciadle, a z drugiej, no właśnie, nie wykraczasz poza żarty i humoreskę.I tu się wszystko rozjeżdża, tekst staje okrakiem między komentarzem społecznym a lekkim czytadełkiem na leniwe popołudnie, i nie wiadomo, w którą stronę ruszyć.

Przyznaję bez bicia, że pociąga mnie konwencja, w której tematy jak najbardziej serio okraszone są humorem, lub na odwrót – tekst ,,na jaja" przełamany zostaje jakimś poważnym motywem. Ale – co chcę mocno zaznaczyć – to wcale nie oznacza, że pragnę obśmiać, czy w jakiś inny sposób wyszydzić owe tematy ,,serio".

To opowiadanie opiera się na dwóch mocno komediowych postaciach – Konradzie i Gustawie. Wydaje mi się jednak, że tekst nie jest wyłącznie humoreską, zwłaszcza że nawet te dwie postacie są w gruncie rzeczy tragiczne – jest wyobcowany, nieśmiały siedemnastolatek, który jako jedyny dostrzega krzywdę, którą wyrządzają jego ziomkowie, i którą sam również – z racji na własną słabość i bierność – wyrządza. Z kolei Gustaw, schamiały pseud-szlachcic, jest rozdarty między trwaniem przy tradycji, a zakazanym uczuciem żywiony względem kobiety, którą tak naprawdę powinien był jedynie wykorzystać i porzucić.

Nie jestem też do końca pewna, kto w tej historii odgrywa rolę księżniczki. Ewa czy Konrad? Z jednej strony Ewa, jako ofiara, nadawałaby się do tej roli, ale z drugiej to własnie ona jest postacią aktywną i wykopuje Konrada poza jego strefę komfortu, a więc można by uznać, że to ona ratuje go przed życiem w społeczeństwie, które go mierzi.

Tak, to Konrad jest ,,księżniczką", choć, od biedy, Ewa też mogłaby za nią uchodzić :)

 

Reg, cieszę się, że tekst czytałaś z zadowoleniem :) Dziękuję za łapankę, postaram się jak najprędzej wyplenić wszystkie babole.

 

Finklo, dziękuję za wizytę i za klika. Cieszę się, że moje podejście do tematu Cię przekonało.

Imiona dziadowskie – to celowo?

Tak :)

Co się potem dzieje z kobietami-wampirami? Podstępnie atakują młodzieńców? Z kim stary wampir spłodził młodego, skoro najwyraźniej nie stworzył go przez ugryzienie?

Myślę, że kobiety-wampiry są w tej społeczności deprecjonowane. Nie sądzę, aby wampirzyce z urodzenia, poza jakimiś ,,godnymi potępienia” wyjątkami, ruszały na łowy. Za to kobiety, które stają się wampirzycami przez ugryzienie, skazane są na tragiczny los, o którym Konrad wspomina w trakcie wywiadu.

A skąd wziął się Konrad? Zastanawiałem się, czy nie napisać paru słów o jego matce (zmarłej lub tylko nieobecnej w jego życiu), ale ostatecznie postanowiłem nie zgłębiać tego tematu

 

Filipie,

(…) I choć uważam, że wyśmiać można wszystko i wszyskich, to tu ten humor mi nie podjechał. ;-)

Trudno, może następnym razem :)

Napisane za to bardzo dobrze. I mimo że historia nie wciągała, to czytało się nienajgorzej. ;-)

To mnie cieszy :)

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

Dzięki!

 

Krokusie, dzięki za wizytę.

 

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za lekturę. Pozdrawiam!

Przyznaję bez bicia, że pociąga mnie konwencja, w której tematy jak najbardziej serio okraszone są humorem, lub na odwrót – tekst ,,na jaja" przełamany zostaje jakimś poważnym motywem. Ale – co chcę mocno zaznaczyć – to wcale nie oznacza, że pragnę obśmiać, czy w jakiś inny sposób wyszydzić owe tematy ,,serio".

Rozumiem. Co więcej, uważam, że dobrze napisana satyra jest jednym z najlepszych narzędzi do ukazywania “zgniłych mechanizmów rządzących światem” (nie pamiętam, czyje to słowa, ale na pewno nie moje, więc daję cudzysłów xD), co udowodnił nieraz np. Pratchett. Nie wiem, co mi nie zagrało w Twoim tekście. Może niewłaściwe rozłożenie akcentów i skupienie się głównie na humorze, a może majacząca gdzieś w tle, może nawet niekoniecznie zamierzona sugestia, że Gustaw, opresor i – jak sam zauważyłeś w odpowiedzi na mój komentarz – kat, jest w stanie uzyskać przebaczenie za wyrządzone krzywdy, a wystarczy do tego, żeby wreszcie oficjalnie uznał swoją relację z matką Ewy. To jest Twoje uniwersum i Twoje postaci, więc ich los zależy od Ciebie, ale, mówiąc szczerze, jestem wyczulona na tego typu “sygnały podprogowe” i to chyba podświadomie wpływa na moją ocenę Twojego opowiadania.

Na koniec zaznaczę jeszcze, że nie oczekuję od nikogo wybielania rzeczywistości i mam nadzieję, że nie odczytasz tego komentarza jako zarzutu pod adresem wymyślonej przez Ciebie historii. Uważam, że powinno się pisać o tematach trudnych bez upiększania, tak samo jak czasami warto zagłębić się w psychikę “krzywdzącego”, a nie tylko ofiary. Po prostu w tym konkretnym przypadku coś mi zgrzyta.

Mnie się też, podobnie jak poprzednikom (FilipWij, Gravel) wydaje, że to skojarzenie / alegoria “wampiryczna inicjacja = gwałt” wyszła dość słabo. Absolutnie się zgadzam, że w konwencji lekko humorystycznej można pokazać wszystko – mnie wbiło w ziemię swego czasu to, jak Terry Pratchett ograł kwestię niewolnictwa i odbierania, dosłownie, głosu zniewolonym w “Na glinianych nogach” – ale to wymaga bardzo dużego wyczucia, a tu chwilami go brakuje; nie twierdzę, że nie masz potencjału, żeby ten poziom wyczucia osiągnąć, ale to jeszcze nie ten moment. 

Natomiast pomysł na społeczność wampirzą masz fajny i tekst generalnie ma fabularno-światotwórczy potencjał. Postaciom owszem, przydałoby się IMHO pewne podkręcenie, żeby przeszły z kategorii “niezłe” do “naprawdę dobre”, no ale wyjściowo jest naprawdę OK.

Podsumowując: literacko niezły tekst, konceptem mnie jednak nie przekonał.

Z początku czytało się lekko i przyjemnie – postacie, chociaż odrobinę sztampowe, zyskały moją sympatię, ale gdy zacząłeś pisać z perspektywy ojca pogubiłem się i do tej pory nie rozumiem o co do końca chodziło. Przerobienie wypowiedzi o molestowaniu na wypowiedzi o wampiryźmie wypadają jakoś tak dziwnie. Nie chcę tu też grać oburzonego, ale może lepiej byłoby to drugi raz przemyśleć.

Jak wspomniałem wyżej początek tekstu był naprawdę niezły, wciągnął, szczególnie dzięki kreacjom postaci: Konrad niby taki ciamajdowaty, ale jednocześnie zadziorny, Gustaw, czyli “twój stary” wampir także wzbudził ciekawość i po prostu śmieszył, dziewczynie nie wiadomo o co chodziło, ale dało się odczuć, że faktycznie ma charakter. Czekałem z niecierpliwością, aż to się wszystko rozwiążę, niestety rozwiązanie rozczarowało. Dużo jest tu różnych tropów i informacji, których nie rozwijasz. Może celem było właśnie uniknięcie ekspozycji, lecz koniec końców historia jest niejasna, nie wybrzmiewa moim zdaniem.

Cześć wszystkim!

 

gravel,

Nie wiem, co mi nie zagrało w Twoim tekście. Może niewłaściwe rozłożenie akcentów i skupienie się głównie na humorze, a może majacząca gdzieś w tle, może nawet niekoniecznie zamierzona sugestia, że Gustaw, opresor i – jak sam zauważyłeś w odpowiedzi na mój komentarz – kat, jest w stanie uzyskać przebaczenie za wyrządzone krzywdy, a wystarczy do tego, żeby wreszcie oficjalnie uznał swoją relację z matką Ewy.

Moim zdaniem Gustaw srogo przejedzie się na założeniu, że jego oświadczyny zostaną przyjęte. Gdyby wyskoczył z tym pierścionkiem przed wywiadem, to pewnie tak – matka Ewy z radością przystałaby na jego propozycję. A teraz? Kiedy jej córka udowodniła, że opór względem owych ,,zgniłych mechanizmów" jest możliwy? Ani do niego, ani do innych wampirów (tych, które oglądały wywiad w barze) nie dociera chyba, że oto dokonuje się rewolucja, która odmieni ich życie już na zawsze.

Na koniec zaznaczę jeszcze, że nie oczekuję od nikogo wybielania rzeczywistości i mam nadzieję, że nie odczytasz tego komentarza jako zarzutu pod adresem wymyślonej przez Ciebie historii. Uważam, że powinno się pisać o tematach trudnych bez upiększania, tak samo jak czasami warto zagłębić się w psychikę “krzywdzącego”, a nie tylko ofiary. Po prostu w tym konkretnym przypadku coś mi zgrzyta.

Jasna sprawa, rozumiem :) Dziękuję i pozdrawiam!

 

ninedin,

(…)ale to wymaga bardzo dużego wyczucia, a tu chwilami go brakuje; nie twierdzę, że nie masz potencjału, żeby ten poziom wyczucia osiągnąć, ale to jeszcze nie ten moment.

Rozumiem. Bardzo dziękuję za wizytę i podzielenie się opinią, pozdrawiam!

 

mcraptorkingu,

Przerobienie wypowiedzi o molestowaniu na wypowiedzi o wampiryźmie wypadają jakoś tak dziwnie. Nie chcę tu też grać oburzonego, ale może lepiej byłoby to drugi raz przemyśleć.

Wydaje mi się, że sposób postrzegania wampiryzmu, jako formy nadużyć o charakterze seksualnym, jest dość częsty i powracający w różnych dziełach popkultury. Ale przyjmuję Twój punkt widzenia, może zabrakło wyczucia, o czym wspomina też ninedin.

Czekałem z niecierpliwością, aż to się wszystko rozwiążę, niestety rozwiązanie rozczarowało.

Trudno. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej :)

Dziękuję za wizytę, pozdrawiam.

Cześć :)

A mnie się podobało :) Fajne postaci, może trochę przerysowane, ale pasują do klimatu opowiadania. No i nie sposób pomylić ich ze sobą. Sam pomysł też ciekawy. Humor moim zdaniem wyszedł naprawdę dobrze, z jednej strony jest zabawnie, z drugiej – nie przeszkodziło to w przejmowaniu się losami postaci. Jednym zdaniem – dobrze się czytało :)

Powodzenia!

Hej, hej

Czuję się, jakbym wysiadł z przejażdżki kolejką górską.

Na pewno ładnie napisane. Nigdzie się nie potknąłem, lekki styl i jasny. Postacie nieco szablonowe, ale umotywowane, więc jest dobrze. Gustaw to taki “Polak-cebulak”, na dodatek wampir – pomysł fajny i nieźle wykorzystany. Humor w porządku, ale w niewielkich ilościach.

Oczywiście, najwięcej kontrowersji przyniosły odwołania do gwałtu. Nie wiem, czy specjalnie pisałeś tekst, by wzburzyć gniazdo os, ale jak widać po komentarzach odniosłeś taki efekt ;) Z jednej strony było zabawnie, z drugiej już mniej i stąd moje pierwsze zdanie w komentarzu. Były momenty, że chciałem uznać tekst za dobry, w innych wręcz przeciwnie. Szczerze mówiąc, dalej nie wiem, co o nim sądzić.

Scena w barze na koniec świetna.

Pozdrawiam

Witaj, Oluto!

Miło mi, że tekst dobrze Ci się czytało :) Bardzo dziękuję za biblioteczne zgłoszenie, pozdrawiam!

 

Cześć, Zanais!

Czuję się, jakbym wysiadł z przejażdżki kolejką górską.

O, z takiej deklaracji nie potrafię się nie cieszyć :)

Oczywiście, najwięcej kontrowersji przyniosły odwołania do gwałtu. Nie wiem, czy specjalnie pisałeś tekst, by wzburzyć gniazdo os, ale jak widać po komentarzach odniosłeś taki efekt ;)

O ile nigdy nie jestem pewien tego, jak mój tekst zostanie przyjęty, tak muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że skojarzenie wampiryzmu z nadużyciami seksualnymi będzie czymś kontrowersyjnym. Może jednak diabeł tkwi w szczegółach i odmienne rozłożenie akcentów sprawiłoby, że tekst byłby mniej ciężkostrawny? Może.

Były momenty, że chciałem uznać tekst za dobry, w innych wręcz przeciwnie. Szczerze mówiąc, dalej nie wiem, co o nim sądzić.

Mam nadzieję, że dzięki temu przynajmniej na jakiś czas zostanie w pamięci ;)

Dziękuję Ci za lekturę i podzielenie się opinią, pozdrawiam!

Bardzo dobrze mi się czytało, ciekawie skonstruowane postacie, fajny język. Komentarz społeczny.

A teraz przyjrzyjmy się konstrukcji. Opowiadanie ma dwie części, które od siebie odstają. Pierwsza buduje napięcie, opisuje z punktu widzenia syna konflikt, który narasta. Jest okej.

Druga, z punktu widzenia ojca, ma charakter opisu wydarzeń: sceny w barze, studio, taksówce. Zero napięcia, migawki z życia i inny styl pisania.

Z punktu widzenia czytelnika (nie bohaterów) pierwsza część z konfliktem nie otrzymuje rozwiązania, a początkowe napięcie i niepokój, które trzymają czytelnika przy tekście, gdzieś urywają się i znikają.

Ta niespójność jest na minus.

Uwaga językowa:

ze swadą weszła do jednej z kamienic

ze swadą raczej się nie wchodzi, wyrażenie ze swadą opisuje w pierwszym rzędzie sposób mówienia, a więc można kłócić się ze swadą, wygłaszać tyrady etc.

 

Zgłoszę do biblioteki, powodzenia w konkursie!

Witaj, chalbarczyk!

 

Miło słyszeć, że tekst bardzo dobrze się czytało.

Dziękuję za wszelkie uwagi, na pewno wezmę je pod rozwagę. Dziękuję za zgłoszenie, pozdrawiam!

Mam podobnie jak Zanais – z jednej strony doceniam przyjemne wykonanie i aspekt czysto humorystyczny, bo moim zdaniem wszystko ładnie tu zagrało ;) Z drugiej to powiązanie wampirów z gwałtami po prostu mnie bolało, powodowało spory dyskomfort. Nie chodzi o samo skojarzenie krwiopijców z seksualnością, ale o sposób, w jaki to ograłeś. Odniosłem wrażenie, że balans między humorem a powagą wyszedł przez to jakoś dziwnie, wręcz niezdarnie.

Cześć, morteciusie! Dziękuję za lekturę i podzielenie się opinią. Pozdrawiam!

Tytuł świetny, z jajem, obiecuje dobrą zabawę i zachęca.

Za to pierwszy akapit wręcz przeciwnie:

Kiedy było już po wszystkim, Konrad wrócił na rynek i zastał ojca dokładnie tam, gdzie przed półgodziną się rozdzielili. Z daleka było widać, że staruszek jest zniecierpliwiony; krzyżując ręce na piersi, przestępował z nogi na nogę i bez większego sensu rzucał spojrzenia na boki. Zauważywszy syna, ruszył ku niemu sprężystym krokiem.

Jest tu bytoza i powtórzenie, do tego zdania ciężkawe, złożone, z imiesłowami. Ten pierwszy akapit powinien być najlepszy i najbardziej wymuskany w całym opowiadaniu, bo to od niego zależy, czy czytelnik przeczyta resztę.

Kiedy dostali karty, rzucił zawadiacko: ,,co bierzemy?”, sugerując, że wypadałoby zamówić coś do picia. Niekoniecznie oranżadę. Konrad, czując, że poziom jego zażenowania osiąga nowe szczyty, zignorował czytelną sugestię i oznajmił, że napije się coli. Rodzic, nie okazując rozczarowania, poprosił o piwo. Kiedy kelner przyniósł oszronione butelki, obdarzył ich przeciągłym spojrzeniem, które chłopak dobrze znał, i które sprawiało, że odruchowo zaciskał wargi.

Zdecydowanie nadużywasz imiesłowów i zdań podrzędnie złożonych okolicznikowych (“kiedy”). Staraj się pisać prościej, swobodniej, nie na potrzeby komplikować życia sobie i czytelnikom.

Przerwał, sięgnął po szklankę i wypił do dna. Czuł, że palą go uszy.

– Wgryzłem się – kontynuował. – Wszedłem czysto, precyzyjnie. Ssałem przez dwie minuty, nie szarpała się, ani nic.

Ciekawy zwrot akcji :)

Bo przecież ofiarowane jej zadośćuczynienie, choćby nie wiem jak szczodre, musiało być niczym w zestawieniu z wiecznym potępieniem, klątwą wampiryzmu.

To ostatnie chyba bym pominął. Kontekst jest wystarczający, by sobie pozwolić na niedopowiedzenie.

Skręciła w uliczkę i chyba nawet się obejrzała przez ramię, czy ciągle ją śledzę.

Nieładne zdanie. Warto przeredagować.

 

Po pierwsze: przecież ojciec nie musiał spowiadać mu się z tego, z kim się spotyka. Po drugie: tamta kobieta wcale nie musiała nastręczać im własnej córki, a ta, nawet przez nią błagana, nie musiała się godzić. Po trzecie: gdyby ojciec nie opłacił mu dziewczyny, on sam nigdy by jej nie zdobył, przez co obaj naraziliby się na śmieszność, a to skutkowałoby ostracyzmem, ciągnącym za sobą szereg mało przyjemnych konsekwencji. Tak więc cały ten gniew można było w gruncie rzeczy nazwać bezzasadnym, a to rozwścieczało Konrada jeszcze bardziej.

Nieatrakcyjna forma tych tłumaczeń. Zbyt poukładane to, jak w pracy naukowej. Lepiej byłoby te wyjaśnienia przemycić pod postacią pojedynczych zdań, niedomówień i gestów.

Ruszył do garderoby, po drodze wpadając na pokojówkę.

– Co się Krystyna tak skrada?! Niech mi Krystyna czym prędzej zamówi taryfę!

Pomknął do garderoby.

Dziennikarka bezceremonialnie weszła w słowo dziewczynie, na co tamta zmarszczyła nos, wyrażając niezadowolenie.

Zbędna ta końcówka, pokazałeś pięknie zmarszczenie nosa i to w zupełności wystarczy, nie trzeba tłumaczyć tego gestu. Kontekst jest jasny.

Gustawa zauważył, że jego syn siedzi swobodnie, z nogą założoną na nogę, nie zdradzając najmniejszych oznak zdenerwowania.

To samo co wyżej. Pokazujesz gest, z kontekstu wynika jasno, co ten gest oznacza, wszystko jest jak trzeba. Dalsze wyjaśnienia są zbędne.

– Słucham? – Konrad pokręcił głową i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, co można było odczytać jako sygnał świadczący o tym, że udało się zbić go z tropu.

To samo.

– A czy nie uważa pan, że w dzisiejszych czasach ten problem dotyczy niewielkiego odsetka kobiet? Wszak wampiry raczą się dzisiaj sztuczną krwią,

 

Technicznie ten tekst nieco kuleje, ale fabularnie mi się podoba. Taka fajna historia, nieco romantyczna, nieco komiczna, z przesłaniem i drugim dnem. Jak już jurorzy ocenią, polecam nieco dopieścić, bo pomysł bardzo fajny a potencjał duży.

Pozwolę sobie dodać kolejnego klika.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Witaj, Chrościsko! Lwią część baboli zazwyczaj wskazują mi betujący. Jak idę na skróty i nie betuję, to potem czytelnicy zbierają sobie rozmaite kwiatki, jak choćby powtórzenia, których nie potrafię dostrzec :) Tym bardziej dziękuję za wszystkie sugestie, po zakończeniu konkursu popracuję nad tekstem.

 Taka fajna historia, nieco romantyczna, nieco komiczna, z przesłaniem i drugim dnem.

O, cieszy mnie ta opinia.

 

Dzięki za klika, pozdrawiam! 

Cześć!

 

Tag wampiry nieco mnie zniechęcał, ale ciekawość zwyciężyła. I bardzo się z tego cieszę, bo niezmiernie przypadło mi do gustu Twoje podejście do tematu. Zabrałeś się do krwiopijców od ciekawej strony i przedstawiłeś potencjalny problem w sposób charakterystyczny dla nowoczesnej kultury masowej. Zastanawiam się, czy jest to bardziej fantastyka czy alegoria, póki co nie mam odpowiedzi, ale to nie zmienia faktu, że całość bardzo mi się podobała.

Romantyczny Gustaw, który lubił piwo, wrażliwy Konrad, który w nowej roli stał się lwem, opłacona dziennikarka, podstawiona ofiara, pragnąca walczyć o prawa pokrzywdzonych. Świetna mieszanka i nieco humorystyczny obraz wykorzystania mediów do budowy wizerunku / szerzeniu świadomości.

Podsumowując, bardzo ciekawe opowiadanie, choć fantastyka jest w nim tylko elementem pobocznym, nie do końca niezbędnym, ale celnie wykorzystanym.

 

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Polecam do biblioteki i Powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Opowiadanie zdecydowanie przypadło mi do gustu. Czytało się lekko, przyjemnie, postacie bawiły (szczególnie Konrad). Bardzo dobrze zostały też ukazane relacje ojca z synem ( myślę, że w wielu rodzinach tak to może wyglądać). Scena w barze, gdzie ojciec oskarża wszystkich wokół też została umiejętnie napisana. Ciekawe było również zakończenie – Gustaw zmienił swoje podejście do życia pod wpływem Konrada, czyli idealizm wygrał. 

Pozdrawiam!

Hej, Krarze!

Fajnie, że tag Cię nie odstraszył :)

(…)choć fantastyka jest w nim tylko elementem pobocznym, nie do końca niezbędnym

Też mam takie wrażenie :)

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Dziękuję za lekturę, spostrzeżenia dotyczące fabuły i polecenie do biblioteki. Pozdrawiam!

 

Hej, Lu­pu­s90Gno!

Opowiadanie zdecydowanie przypadło mi do gustu.

Cieszę się :)

Ciekawe było również zakończenie – Gustaw zmienił swoje podejście do życia pod wpływem Konrada, czyli idealizm wygrał. 

Zgadza się. Szkoda tylko, że wywiad, który nakłonił go do postawienia wszystkiego na jedną kartę, równocześnie – jak myślę – zupełnie zmieni otaczającą go rzeczywistość. Może okazać się, że kobieta, której w końcu pragnie się oświadczyć, postanowi się od niego odciąć.

Dziękuję za lekturę i komentarz, pozdrawiam!

Cześć!

Napiszę trochę o tym, co mi się podobało. Później trochę o tym, co podobało się mniej. I tak w tej mieszaninie pochwał i malkontenctwa dopłyniemy sobie do końca komentarza. ;)

Sam pomysł z wampirami w opowiadaniu to pewnie żadna nowość, ale już połączenie wampirów z tematem konkursu brzmi jak najbardziej zachęcająco, więc nie będę ukrywał, że tym zachęciłeś mnie do lektury.

Na pewno trzeba zauważyć, że dużo czasu poświęcasz tu na kreację postaci. To w pewnym stopniu zdaje egzamin, bo po lekturze jestem w stanie scharakteryzować i Gustawa i Konrada, a chociaż obie postaci mają w sobie jednak dość sporo elementów raczej typowych, to i jednak zadbałeś o to, by ta konstrukcja charakterologiczna pasowała do fabuły. Przy okazji obie postaci mogą budzić w czytelniku jakieś emocje, więc to też na plus. Z kolei trochę na minus, że jednak tej typowości, zwłaszcza w przypadku Konrada, jest sporo. Nieśmiałość, nieporadność jako takie cechy wiodące to jest dość znane i częste w literaturze. Chciałoby się lekkiego przełamania. Jakichś dwóch, trzech odmiennych cech, najlepiej z wykorzystaniem faktu, że chodzi o wampiry.

Fabuła może i nie jest jakoś zaskakująca, ale za to ma ręce i nogi, raczej jeśli chodzi o bieg zdarzeń i motywacje postaci się nie gubiłem. W dodatku, jak wspominałem, fabuła jest jednak fajnie powiązana z konstrukcją bohaterów, więc niezależnie od tego, że mamy tu dość sporo tych elementów, które nazwałem wcześniej typowymi, to jednak konstrukcyjnie tekst przypadł mi do gustu.

Trochę gorzej z wyjaśnieniami.

Tak, jak rozumiem z grubsza motywację Konrada, czy nawet Ewy, tak sam pomysł na wampiry, ich społeczność – przede wszystkim jeśli chodzi o jej funkcjonowanie i problematykę budzi jednak trochę wątpliwości. Tak, jak konstrukcja opowiadania generalnie nie skłaniała mnie do czepów, tak już konstrukcja owej społeczności skłania do pytań, momentami lekkiego sceptycyzmu. O tych wątpliwościach było już w komentarzach poprzedników, ja nie będę więc powtarzał. Zdiagnozuję tylko oś problemu w przypadku czytelnika CM-a (trochę karkołomne mi wyszło to zdanie, ale trudno ;)). Dla mnie problemem nie były nawet same wątpliwości, ale fakt, że w tekście nie poświęciłeś odpowiednio dużo miejsca, by je rozwiać. Dlatego też pisałem, że poświęcenie sporej ilości miejsca na ekspozycję bohaterów zdaje egzamin “w pewnym stopniu”. Bo jednak trochę tu brakło miejsca, by szerzej wyłożyć ten, nazwijmy to, schemat funkcjonowania wampirzej społeczności. A to z kolei prowadzi do tego, że pewne wątpliwości (w żaden sposób nie wyjaśnione w tekście) wprowadzają lekki dysonans.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam jurora!

 

Cześć, CM!

Z kolei trochę na minus, że jednak tej typowości, zwłaszcza w przypadku Konrada, jest sporo. Nieśmiałość, nieporadność jako takie cechy wiodące to jest dość znane i częste w literaturze.

Zgadzam się, Konrad to taki encyklopedyczny przykład, ,,zahukanego" nastolatka.

Dla mnie problemem nie były nawet same wątpliwości, ale fakt, że w tekście nie poświęciłeś odpowiednio dużo miejsca, by je rozwiać. Dlatego też pisałem, że poświęcenie sporej ilości miejsca na ekspozycję bohaterów zdaje egzamin “w pewnym stopniu”. Bo jednak trochę tu brakło miejsca, by szerzej wyłożyć ten, nazwijmy to, schemat funkcjonowania wampirzej społeczności. A to z kolei prowadzi do tego, że pewne wątpliwości (w żaden sposób nie wyjaśnione w tekście) wprowadzają lekki dysonans.

 

Rozumiem. O ile funkcjonowanie tej społeczności jakoś tam sobie obmyśliłem, tak nie wiem, jak dużo z tego udało mi się ,,sprzedać" w tekście. O, pozwolę sobie wykorzystać Twój komentarz jako pretekst do tego, żeby opisać, jak to przedstawiało się w mojej głowie, przy okazji sprawdzając, ile z tego udało mi się przemycić do tekstu:

 

Wampiry to społeczność, której członkowie mogą pochwalić się imponującym rodowodem – są krwiopijcami od pokoleń. Owszem, wampirem można stać się przez ugryzienie, ale nie oznacza to automatycznego przystąpienia do tej społeczności – ci, którzy zostali wampirami w ten sposób, są tak naprawdę pogardzani zarówno przez ludzi, jak i przez ,,rodzone" wampiry.

Krwiopijcy są z reguły majętni (dziedziczone od pokoleń fortuny), ale ich dawna świetność przebrzmiała – schamieli i zgnuśnieli. Niektórzy z nich, tak jak Gustaw, w jakiś sposób ,,poczuwają" się do tego zaprzepaszczonego dziedzictwa.

Najbardziej kontrowersyjnie wypada pewnie kwestia samych napaści na kobiety, który to zwyczaj jest ,,inicjacją" dla młodych wampirów. Przed wiekami krwiopijstwo było dla wampirów czymś niezbędnym, ale w czasach nowoczesnych, dzięki sztucznej krwi, wampiry nie potrzebują stałego dostępu do ofiar.

Tak więc mogłyby zarzucić ten proceder, jednak z jakichś przyczyn tego nie robią. Czy boją się, że tym samym zaprzepaszczą resztę swojego dziedzictwa? Trudno stwierdzić. W każdym razie opinia publiczna, dzięki medialnej propagandzie, patrzy na te praktyki przez palce, niejako usprawiedliwiając agresorów poprzez deprecjonowanie ofiar.

 

Faktycznie chyba zbyt wiele pozostawiłem w domyśle.

Zauważyłem, że miewam opory przed zdradzaniem zbyt wielu informacji w tekście – łatwo mi popaść w wodolejstwo. Muszę popracować na kwestią sprzedawania informacji ,,mimochodem" :)

 

Bardzo Ci dziękuję za lekturę i komentarz, pozdrawiam! 

Czytało się nieźle, fajny pomysł na wampiry, uśmiechnęło mi się parę razy. A jednocześnie mm pewien problem z tym tekstem. Nie do końca rozumiem, czy uczestniczące w tej inicjacji kobiety robią to dobrowolnie, czy też są zmuszane. Jeśli się na to godzą, czy znają konsekwencje? Mam wrażenie, że o ile całkiem nieźle udało Ci się przedstawić społeczność wampirów, tak społeczność ludzka pozostaje dla mnie zagadką. Ludzie się na to godzą? Dlaczego?

W przypadku Ewy mam wrażenie, że to już było stręczycielstwo, mamuśka po prostu sprzedała córkę. I tu mi się rodzi kolejne pytanie: Do jakiego problemu społecznego się odnosisz, bo mam przeczucie, że jakiś tu chyba jest. I z jednej strony – inicjacja ma charakter mocno seksualny, ale jednocześnie nie mam wrażenia, że za tym stoi gwałt, bo ten jest jednak społecznie nieakceptowalny. Jeśli to przesłanie tu było, to trochę się rozmyło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czytało się bardzo przyjemnie i w przeciwiestwie do reszty komentujących jestem średnio-domyślnym użytkownikiem, więc metaforę wampiryzm-gwałt zauważyłem dopiero podczas wywiadu, kiedy dosłownie uderzyła mnie po głowie. Raczej rozpatrywałbym przewodni problem jako społeczne przyzwolenie na przestępstwa w imię tradycji. Odarcie wampirów z tajemniczej i romantycznej otoczki podziałało orzeźwiająco.

 

Kolejnym plusem opowiadania są główni bohaterowie. Nie da się ich lubić, ale nie przeszkadzało mi to w doczytaniu tekstu do samego końca. Zarówno Konrad jak i Gustaw to postacie z krwi i kości. Pierwszy jest skrajnie ciapowaty, a pierwsze spotkanie z Ewą było tak niezręczne, że podczas czytania czułem na karku gęsią skórkę z dyskomfortu. Nawet późniejsza przemiana nie była w stanie zatrzeć tego wrażenia. Gustaw jako wampiryczny boomer budzi politowanie jeszcze na długo przed sceną w “Kroplówce” (swoją drogą fajna nazwa). 

Cześć, Irko!

 

A jednocześnie mm pewien problem z tym tekstem. Nie do końca rozumiem, czy uczestniczące w tej inicjacji kobiety robią to dobrowolnie, czy też są zmuszane. Jeśli się na to godzą, czy znają konsekwencje?

Zwyczajowo wygląda to tak, że wampiry po prostu napadają samotne kobiety i wbrew ich woli wysysają z nich krew. Ale Konrad był w innej sytuacji – ponieważ jest nastolatkiem ,,ciapowatym" i sam nie zdołałby upolować żadnej ofiary, jego ojciec mu taką ,,funduje". Czy Ewa znała konsekwencje? Z pewnością. Czemu się na to zgodziła? Cóż, może wiedziała to i owo o Konradzie i liczyła na to, że uda jej się nakłonić go do wystąpienia przeciwko haniebnej tradycji, co też się stało.

Ludzie się na to godzą? Dlaczego?

W czasie wywiadu telewizyjnego zostaje wspomniane, że ta tradycja rokrocznie łamie życie tysiącom kobiet. Można więc zakładać, że liczba ofiar wampirzych ataków to maksymalnie dziesięć tysięcy rocznie. Myślę, że wielu ludzi to bulwersuje (choćby Ewę), ale zważywszy na to, że wampiry są grupą finansowo uprzywilejowaną, stać ich na to, by intensywnie wybielać się w środkach masowego przekazu (w mediach dominuje śpiewka, że ofiary są ,,same sobie winne", że kiedyś napaści były codziennością, a teraz zdarzają się nieporównywalnie rzadziej, więc to nic wielkiego, itp.).

W przypadku Ewy mam wrażenie, że to już było stręczycielstwo, mamuśka po prostu sprzedała córkę.

Tak, to prawda. Trudno powiedzieć, czy jest to spowodowane wyrachowaniem (nie sądzę), czy fatalistycznym przekonaniem rodzica, że los dziecka nie może być lepszy od jego własnego – być może w ten sposób matka Ewy radzi sobie z traumą i wieloletnim uwikłaniem w relację ze swoim katem.

I tu mi się rodzi kolejne pytanie: Do jakiego problemu społecznego się odnosisz, bo mam przeczucie, że jakiś tu chyba jest.

Pisząc to opowiadanie, zakładałem, że może być odczytane jako odniesienie do tzw. ,,kultury gwałtu". Ale myślę, że chciałem ukazać parę innych rzeczy – to, jak silne może być uzależnienie ofiary od kata (stręczenie własnego dziecka, na co zwróciłaś uwagę), to, że kat, który tak naprawdę skrzywdził i krzywdzi swoją ofiarę, może tak naprawdę ją kochać (relacja Gustawa i Teresy), to, że bunt młodego pokolenia wobec starego porządku może mieć nieoczekiwane skutki (decyzja Gustawa o tym, aby się oświadczyć), to, że zło nie musi być ,,cool i sexy", ani nawet banalne, ale zwyczajnie obciachowe i wprawiające w zażenowanie (bo takie są dzisiejsze wampiry).

I z jednej strony – inicjacja ma charakter mocno seksualny, ale jednocześnie nie mam wrażenia, że za tym stoi gwałt, bo ten jest jednak społecznie nieakceptowalny.

No tak, nie chodzi o faktyczną przemoc seksualną, ale fizyczną dominację nad ofiarą, która jednak z gwałtem może się kojarzyć (zwłaszcza że świadomie podbijałem te skojarzenia).

 

Dziękuję za lekturę i wszystkie uwagi, pozdrawiam!

 

Cześć, Fladrif!

Raczej rozpatrywałbym przewodni problem jako społeczne przyzwolenie na przestępstwa w imię tradycji.

Relacje wampirów i nie-wampirów poukładały się w taki przedziwny sposób, że te tysiące ofiar rocznie jakoś ,,rozchodzą się po kościach". Z jednej strony to milczące przyzwolenie wydaje się czymś nienaturalnym – bo przecież poczynania wampirów wołają o pomstę do nieba – lecz z drugiej wydaje mi się, że taki stan rzeczy, jaki nakreśliłem, nie jest nieprawdopodobny.

a pierwsze spotkanie z Ewą było tak niezręczne, że podczas czytania czułem na karku gęsią skórkę z dyskomfortu. 

O, to mnie cieszy, bo chciałem, żeby podczas tej sceny aż zęby bolały :)

Gustaw jako wampiryczny boomer budzi politowanie jeszcze na długo przed sceną w “Kroplówce” (swoją drogą fajna nazwa).

Również miałem nadzieję na to, że czytelnicy już od pierwszych słów będą czuli zażenowanie jego zachowaniem :)

 

Dziękuję i pozdrawiam! 

Nietypowe wampiry. Zabawne. Problem mniej zabawny, ale czyta się lekko, bo tak napisane.

Witaj, Koalo! Dziękuję za lekturę, pozdrawiam!

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

Przepłynąłem tu przez całkiem przemyślany tekst, ale rozmył mi się w nim przekaz z zastosowanym humorem i wykorzystanymi stereotypami. Ale może po kolei.

Każdy z bohaterów jest jakoś zarysowany, ale użyłeś stereotypów: incel Konrad, aktywistka Ewa i… no właśnie Gustaw mi w tym wszystkim nie pasuje. Niby stary hrabia, gość dysponujący wielkim majątkiem, a zachowuje się jak nowobogacki. Niemniej jednak każdemu poświęciłeś kilka słów, każdy jest „jakiś” i za to plus.

Z fabułą mam trochę problem, bo niby wszystkie wydarzenia się kleją, jedno do drugiego, to z kolei poruszony temat różnych, starych zwyczajów, które są powszechnie akceptowane, a jednak sprawiają problem osobom przez nie dotkniętym (np. spontaniczne pocałowanie dziewczyny na ulicy – takie to romantyczne, czysta radość, i w kulturze często przedstawiane tak, że ucałowana rumieni się, albo wręcz rzuca na szyję całującego). To ważne, żeby o tym mówić, ale klimat w jakim to zrobiłeś odleciał zupełnie od powagi sytuacji i przez to jestem ostatecznie trochę rozdarty przy ocenie tego tekstu.

Temat konkursowy ujęty dość oryginalnie, ale też z dystansem. Zrozumiałem, że mamy „księżniczkę zbiorową” w postaci wszystkich młodych dziewczyn, które padają ofiarami wampirów, ale… czy nie za daleko odleciałeś? ;) Księżniczką może być też matka Ewy, bo w końcu będzie miała jasno postawioną sytuację życiową. Ale nie wiem, czy życzyłbym jej takiego męża jak Gustaw. To może być dość zawiłe.

Technicznie jest bardzo dobrze, nie złapałem się na żadne literówki, czy przecinki. Trochę mi tylko zgrzytnął opis rozmowy ze sprzedawcą w sklepie, gdy Gustaw kupował najdroższe wino. W formie zwykłego dialogu, wyszłoby chyba lepiej i bardziej zrozumiale.

Ogólnie przez ok. połowę opowiadania bawiłem się całkiem dobrze, ale potem tekst zszedł w stronę dość sprzeczną z formą i ostatecznie nieco się w tym poplątałem. Ale ogólnie lekturę uznaję za udaną.

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Adam_c4! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

Początek opowiadania jest taki, że kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Ubrałeś motyw wampirzej inicjacji w tematykę erotyczną i to mało subtelnie. Humor zawarty w tekście mnie nie rozbawił, bo aluzje są zbyt dosadne. Kulminacyjnym elementem historii jest wywiad, ale trudno się nim przejąć, bo akcja do tego momentu nagle przeskoczyła. Dużo miejsca poświęcasz na wstęp i opis pierwszego ugryzienia, ale nie opisujesz niczego, co wydarzyło się między rozmową z Ewą a wywiadem.

O losie ukąszonych kobiet czytelnik dowiaduje się z drugiej ręki, i nie widać tego jak bardzo są pokrzywdzone, o tej niesprawiedliwości tylko informujesz. Postać Ewy jest za mało wyraźna i właściwie nie było szansy się z nią zżyć, i przejąć jej losem.

Właściwie nie do końca zrozumiałam logikę tego świata, los wampirzyc jest trochę mglisty, i nie wiem dlaczego po przemianie nie były włączane w wampirzą społeczność i w takim razie skąd się wziął Konrad, skoro Gustaw był jego ojcem.

Przemiana Konrada też mnie nie przekonuje – dziewczyna mu nagadała, w wyniku czego się rozpłakał i postanowił walczyć w słusznej sprawie, choć jego osobowość do takiego zachowania nie pasuje. W trakcie wywiadu pokazujesz go jako kompletnie odmienionego, ale zabrakło tej drogi do przemiany.

Motyw konkursowy trudno mi tu odnaleźć, chyba jedyne wyjaśnienie to uznanie wampirzyc za księżniczki, a Konrada i Ewę za ratujących, ale nie do końca mnie to przekonuje.

 

Wyróżnienie Alicelli

Zrobiłeś coś, co wydawałoby się niemożliwie, czyli pokazałeś wampiry w nowy sposób. Udało Ci się dodać coś świeżego do bardzo popularnego tematu, który zdawał się już wyeksploatowany.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 Twoje opowiadanie, Adamie, sprawiło mi niemało kłopotów. Po pierwsze dlatego, że nadałeś mu tytuł tak długi, że nijak nie chciał mi się zmieścić w jurorską tabelkę w excelu i zapragnąłem obciąć Ci za to punkty (:D). Po drugie, ważniejsze, skończyłem lekturę i zupełnie nie wiedziałem, co o Twojej pracy konkursowej sądzić. Wróciłem do niej następnego dnia, przeczytałem ponownie – jak się okazało, wcale nie musiałem, bo dobrze pamiętałem, o czym był tekst.

Zaprezentowany świat – proszę o wybaczenie – przywodzi mi trochę na myśl twórczość Stephenie Meyer. Mamy wampiryczne dynastie (vide rodzina Volturi w „Zmierzchu”), sztuczną krew, bogate tradycje, do tego pomysłowe, ale troszkę zahaczające o tandetę nazwy miejsc (jak na przykład „Kroplówka”) , całościowo więc w mojej opinii przyjęta stylistyka ociera się o kicz. Sam fakt występowania w opowiadaniu wampirów, jak podejrzewam, potrafi odwieść potencjalnych czytelników od lektury, bo temat wyklepano dokładnie i z każdej strony. I tak oto urządzona scena wraz ze wszystkimi postawionymi na niej aktorami służy Ci jako punkt wyjścia do opowiedzenia o sprawach znacznie poważniejszych. Takie połączenie zbiło mnie z tropu, Twoje księżniczki skonfundowały, ale po dłuższej refleksji stwierdziłem, że jeśli czegoś oczekiwałem od konkursu, to właśnie takich pomysłów, jak Twoje. Pewnie rację mają czytelnicy, którzy piszą, że można byłoby temat potraktować subtelniej, albo inaczej rozłożyć akcenty, ale ja kupuję opko takie, jakie jest. Nie można odmówić mu zdolności do wywoływania w odbiorcy emocji. Chociaż piszesz o wampirach, zdołałeś zaprezentować coś nowego i świeżego. Muszę też wyznać, że ze wszystkich przeczytanych do tej pory opowiadań (piszę komentarze na bieżąco), Twojemu właśnie dałem najwięcej punktów w kategorii „ujęcie tematu konkursowego”.

Kolejnym elementem, jaki doceniłem, okazała się złożoność bohaterów. Nie powiem, żebym ich polubił, ale też nie taki był Twój cel. Konrad i Gustaw jawią się jako postacie momentami żenujące, śmieszne, wręcz karykaturalne i groteskowe (zwłaszcza ojciec), ale bezbłędnie autentyczne i nietrudno zrozumieć ich zachowanie. Jedyną rysą na tym polu jest Ewa, której motywacji nie do końca ogarnąłem, ale mimo to nie wydaje się bezpłciowa.

Technicznie jest troszkę gorzej, podczas lektury rzucały mi się w oczy powtórzenia, jakaś zbłąkana literówka, ale nie odebrało mi to satysfakcji z lektury.

Dobra robota, boski Ra usatysfakcjonowany. Dzięki za udział w konkursie, miłego dzionka :)

Witajcie!

 

Krokusie,

Temat konkursowy ujęty dość oryginalnie, ale też z dystansem. Zrozumiałem, że mamy „księżniczkę zbiorową” w postaci wszystkich młodych dziewczyn, które padają ofiarami wampirów, ale… czy nie za daleko odleciałeś? ;) Księżniczką może być też matka Ewy, bo w końcu będzie miała jasno postawioną sytuację życiową. Ale nie wiem, czy życzyłbym jej takiego męża jak Gustaw. To może być dość zawiłe.

Pisząc tekst, zakładałem, że ,,księżniczką” jest Konrad, ale w zasadzie może być nią też matka Ewy (choć trudno orzec, czy jej los się poprawi), sama Ewa, ale i Gustaw, który dzięki protestowi młodego pokolenia porzuca konwenanse i podejmuje decyzję o tym, aby się oświadczyć (inna rzecz, że te oświadczyny pewnie nie zostaną przyjęte).

Ogólnie przez ok. połowę opowiadania bawiłem się całkiem dobrze, ale potem tekst zszedł w stronę dość sprzeczną z formą i ostatecznie nieco się w tym poplątałem. Ale ogólnie lekturę uznaję za udaną.

 

Cieszę się, że mimo mankamentów lekturę udajesz za udaną :) Dziękuję Ci za jurorski komentarz, pozdrawiam!

 

Alicello,

Właściwie nie do końca zrozumiałam logikę tego świata, los wampirzyc jest trochę mglisty, i nie wiem dlaczego po przemianie nie były włączane w wampirzą społeczność i w takim razie skąd się wziął Konrad, skoro Gustaw był jego ojcem.

Myślę, że do głosu dochodzi lekceważenie, a wręcz pogarda żywiona względem ofiar. Zdaję sobie sprawę z tego, że przynajmniej część przemienionych kobiet – zważywszy na to, że ich życie legło w gruzach – zgodziłoby się dołączyć do wampirzej społeczności (w myśl zasady – ,,jaki mam wybór?”). Praktyka wygląda jednak tak, że ofiarom odbiera się nawet prawo do tego, a sam fakt utrzymywania z nimi kontaktu jest czymś źle widzianym, wstydliwym (czego dowodzi przypadek Gustawa).

 

Przyjmuję Twoje zastrzeżenia, dziękuję Ci za to, że się nimi ze mną podzieliłaś. Pozdrawiam!

 

AmonieRa,

Po pierwsze dlatego, że nadałeś mu tytuł tak długi, że nijak nie chciał mi się zmieścić w jurorską tabelkę w excelu i zapragnąłem obciąć Ci za to punkty (:D).

Wiedziałem, że będą z tym przydługim tytułem problemy :<

Zaprezentowany świat – proszę o wybaczenie – przywodzi mi trochę na myśl twórczość Stephenie Meyer. Mamy wampiryczne dynastie (vide rodzina Volturi w „Zmierzchu”), sztuczną krew, bogate tradycje, do tego pomysłowe, ale troszkę zahaczające o tandetę nazwy miejsc (jak na przykład „Kroplówka”) , całościowo więc w mojej opinii przyjęta stylistyka ociera się o kicz.

O, przyznam, że nie czytałem osławionego cyklu Meyer, ale w moim zamyśle wampirza społeczność miała być właśnie obciachowa – chciałem przez to podkreślić, jak bardzo wampiry zdegenerowały się na przestrzeni pokoleń.

Pewnie rację mają czytelnicy, którzy piszą, że można byłoby temat potraktować subtelniej, albo inaczej rozłożyć akcenty, ale ja kupuję opko takie, jakie jest. Nie można odmówić mu zdolności do wywoływania w odbiorcy emocji.

To mnie bardzo cieszy!

Kolejnym elementem, jaki doceniłem, okazała się złożoność bohaterów. Nie powiem, żebym ich polubił, ale też nie taki był Twój cel. Konrad i Gustaw jawią się jako postacie momentami żenujące, śmieszne, wręcz karykaturalne i groteskowe (zwłaszcza ojciec), ale bezbłędnie autentyczne i nietrudno zrozumieć ich zachowanie. Jedyną rysą na tym polu jest Ewa, której motywacji nie do końca ogarnąłem, ale mimo to nie wydaje się bezpłciowa.

Faktycznie – postać Ewy jest najsłabiej wyeksponowana.

Technicznie jest troszkę gorzej, podczas lektury rzucały mi się w oczy powtórzenia, jakaś zbłąkana literówka, ale nie odebrało mi to satysfakcji z lektury.

Cieszę się, że te mankamenty nie odebrały Ci przyjemności z lektury :)

 

Dziękuję Ci za komentarz, pozdrawiam!

Nowa Fantastyka