- Opowiadanie: oidrin - Chwała Finnvarze!

Chwała Finnvarze!

Miks dość specyficzny, ale może nie zakalec. Albo chociaż smaczny zakalec.

III Rzesza powrót koszmaru oraz kraina wróżek.

Z racji na dowolność interpretacji haseł przyjmuję, że kraina wróżek to kraina elfów jak w mitologii celtyckiej.

 

Podziękowania dla panów betujących krara85 i morteciusa.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Chwała Finnvarze!

Siedziałem w ciemności tak długo, że straciłem rachubę czasu. Nie było w niej nic poza mną, żadnych mebli, szczurów, karaluchów, nawet innych więźniów. Pustka. Byłem w niej sam, a mimo to dokuczała mi niewyobrażalna ciasnota. Rozpiąłem przepocony kołnierzyk cywilnego ubrania. Gardło nadal miałem ściśnięte, trudno powiedzieć czy ze strachu, czy może z pragnienia. 

Wtedy zapalił światło.

Zajęło to chwilę, zanim oczy przyzwyczaiły się na nowo do czegoś innego niż aksamitny mrok. Siedział za szybą. Wielki Finnvara, wódz, przewodnik Krainy Wróżek i tak dalej, i tak dalej. Od Mgieł Zapomnienia do Wysp Nieśmiertelności ziemia drżała na dźwięk niekończącej się litanii jego tytułów, zarówno tych dziedzicznych jak i nabytych z czasem. 

– Kapitan Alun Lynch. Tak się naprawdę nazywasz?

Przytaknąłem i przyjrzałem mu się nieśmiało. W rzeczywistości był kanciasty, trochę ludzki nawet, w niczym nie przypominał postaci z malowideł. Kształt czaszki ani zarys szczęki Finnvary nie przystawały do tego, co w podręcznikach opisywano jako fizjonomię rasy panów. Zęby w uśmiechu miał jednak równe, a uszy tak szlachetnie szpiczaste, jak tylko można. Przetarłem oczy, wciąż nie wierząc w to, że się udało.

Finnvara cmoknął wyraźnie poirytowany. On też przyglądał mi się od dłuższego czasu, wyciągnięty wygodnie w fotelu, za którym wisiał kobierzec z symbolem triskela. I pewnie też osądził mój wygląd zgodnie z obowiązującymi zasadami. Powoli uniosłem zdrętwiałą rękę w pozdrowieniu, wstać już nie miałem siły. Chciałem udawać do końca, bycie podwójnym agentem weszło mi w krew. 

– Nie mamy całego dnia, więc opowiadaj – ponaglił mnie Finnvara. –Tacy jak ty mają dobre historie. 

 

*

Nie pomylił się; moja historia była dobra, choć bywają lepsze. 

Wstąpiłem do Gardy po to, żeby zniszczyć system od środka. Ale bardziej po to, żeby przypodobać się pewnej dziewczynie. Miała na imię Niamh i była mieszańcem. Nie znała się na magii i tylko jedno ucho miała lekko szpiczaste. W dodatku ciągle bawiła się w jakieś podejrzane akcje z działaczami podziemia. Nie przepadałem za tym, ale serce nie sługa. Kryłem Niamh jak mogłem i miałem wrażenie, że całkiem dobrze mi szło. Do czasu. Niestety, zdarzyło się tak, że mój oddział wysadził tajną drukarnię w stodole pewnego skompromitowanego ziemianina.

Niamh ulotniła się stamtąd, gdy reszta oddziału obrączkowała milczących niedobitków. A ja rzuciłem się za nią. Biegła przez pole i nie odwracała się za siebie. Biegła, tratując grządki mandragory czy innego tam wrzosu, całkiem nieźle jej szło jak na kogoś prawie że bez butów. Brudne stopy migały spod zadartej powyżej kolan spódnicy. Klapały o nie podeszwy trzymające się na mocno nadwyrężone słowo honoru. 

– Niamh! – darłem się za nią, ile sił w gardle. – Poczekaj na mnie! 

Potknąłem się o splot nadgorliwie kiełkujących pędów i zaryłem twarzą w ziemię; żelazisty posmak wypełnił mi usta. Plułem bluzgami i ziemią na przemian. Wypastowany na błysk nosek galowego buta utkwił w potrzasku, a galowy mundur lepił się do gliniastego podłoża. Podniosłem głowę, by przekonać się, że już jej nie dogonię. Niamh dobiegła do miejsca, gdzie zaorana ziemia przechodziła w zarośniętą łąkę. 

– Pfffoszekaj, no! – wrzasnąłem, wypluwając resztki ziemi. – Nic ci przecież nie zrobię!

Odwróciła się wreszcie. Jasne, pełne niebieskawych pasemek włosy smagały jej twarz, odsłaniały nieszpiczaste uszy. Była za daleko, bym wiedział, czy wydyma z pogardą usta, czy może się śmieje. Czułem, że na jej twarzy nie maluje się strach ani przesadna życzliwość.

– Niamh, proszę, wysłuchaj mnie! – Podniosłem się i otrzepałem z ziemi. Bardzo szanowałem mój mundur i wszystko, co sobą reprezentował. – Nie chciałem przecież…

Pokręciła głową. A ja urwałem, bo kto to widział, żeby żołnierz wielkiego Finnvarry się komuś tłumaczył. Nawet Niamh. Zwłaszcza Niamh. Uciekała przede mną wariatka jedna, a chciałem ją tylko uratować. 

– Nie rób głupstw… – wydyszałem i wyciągnąłem rękę. Zbliżyłem się do niej już powoli, bo mimo nieśmiertelności zmęczył mnie ten pościg. Niamh była o krok, dwa przede mną. Stała wśród wysokich, przetykanych polnymi kwiatami traw. Oczy miała czerwone od płaczu, policzki rumiane z wysiłku, zupełnie jakby nie urodziła się w Krainie Wróżek. Skrzywiłem się, bo nigdy nie przepadałem za tym, gdy była zbyt ludzka. 

– No, chodź do mnie. – Wyszczerzyłem się w uśmiechu swojskim jak pajda chleba z masłem. 

Nie posłuchała. Nim zdążyłem mrugnąć, nakreśliła w powietrzu znak. I błysnęło, ale nie słyszałem huku. Światło wydarło dziurę w niebie, a Niamh rozpłynęła się w nim na dobre. Zostały po niej buty z oderwanymi podeszwami. I masa problemów, z których zniszczony mundur był chyba najmniejszym.

 

*

Zdawałem raport dowódcy jak zbity pies, który skamle coraz ciszej ze strachu przed nadchodzącym kopniakiem. Niamh co prawda była już bezpieczna, ale nie tak to sobie zaplanowałem. Wydawało mi się, że major Caradog Dunn zaczyna czuć pismo nosem. Przechadzał się po pokoju przesłuchań, do którego zaciągnął mnie zanim zdążyłem się umyć i przebrać, strzygł spiczastymi uszami i czochrał krótko przystrzyżone włosy. Raz po raz zerkał w górę to na czarno–białą flagę z symbolem triskela, to na portret Najwyższego Wodza Finnvary na paradnym jednorożcu. I mełł w ustach bezgłośne przekleństwa, dopóki nie skończyłem mówić. 

– Daliście jej tak po prostu uciec, Lynch?! – Major Dunn trzasnął pięścią w stół, aż podskoczyłem. – Wytłumaczcie mi to, bo może to ja jestem kimś ograniczonym w prostocie umysłu i ducha… Jakim, do kurwy nędzy, cudem udało wam się to spaprać?!

– Ależ, majorze… – przerwałem mu, czego nikt nigdy nie powinien był robić. – Przejęliśmy przecież całą kryjówkę pół–ludzi, wzięliśmy jeńców, zniszczyliśmy matryce ulotek ruchu oporu…

Dunn wypuścił powietrze nosem, uśmiechnął się i usiadł na brzegu stołu, przy którym siedziałem. Dalej było tylko gorzej. Poprosił przez interkom panienkę Mared, swoją sekretarkę, by przygotowała nam dwa kubki naparu z pokrzywy. I poklepał mnie po ramieniu szczerząc się tak serdecznie, że cały zesztywniałem. Wszystkie te podstawy techniki przesłuchań pamiętałem z zajęć w akademii. Do Gardy nie brali przecież nikogo z ulicy.

– Alun, synku, bo mogę tak do ciebie mówić, prawda? – Równe, pozbawione kłów zęby niebezpiecznie zbliżały się do mojej twarzy. Przełknąłem głośno ślinę. – Nie myśl, że nie rozumiem, sam byłem młody i wiem, jak to jest. Wydaje ci się, że możesz być ponad naturalne podziały i bratać się z kim popadnie. Nawet, jeśli to wbrew naturze, ba, wbrew wszystkiemu, co stanowi o wyższości i celu, któremu powinien sprostać każdy o czystej, magicznej krwi… Pamiętasz, co o ludziach pisał nasz wielki wódz Finnvara?

– Że to niezdarne podistoty godne tylko służyć rasie panów? 

– I…? – Słodki jak budyń oddech kapitana grzał mi policzek.

– Ż–że… – zająknąłem się, kuląc się w sobie coraz bardziej. – Jedyną z pozytywnych cech ludzi i pół–ludzi jest gotowość do poddaństwa?

– Brawo, Alun, widać, że uważałeś w szkole! – Major klasnął w dłonie. Błysk w oku miał zimny i straszny. – Powiesz mi zatem, bo i to wiesz z pewnością, jak można jednocześnie być świadomym tych dwóch niepodważalnych prawd i… Wiem, że ta Niamh Kyd była twoją narzeczoną, staremu Caradogowi też zdarza się odrobić lekcje. Ale aresztować wszystkich spiskowców poza nią i pleść brednie o tym, jakoby to jałowe, niemagiczne dziewczę przeniosło się gdzieś samo z siebie… Przyznasz, że to kpina i to taka w niezbyt dobrym guście, co Alun?

– Ale kiedy ja…

– Dość! – Chwycił mnie za kark i podniósł z krzesła. – Od dawna mam na ciebie oko, Lynch, i widzę, co tu się kroi. Pociąga cię ułomność, a może i zasrana śmiertelność, każdy ma swoje zboczenia… Dopóki się z tym nie obnosisz, nie hańbisz nieśmiertelnej rasy. Ale to, co zrobiłeś tym razem, to sprawa dla Trybunału. I wyślę im raport, jak Wodza i Macierz kocham, wyślę listem poleconym. I rozstrzelają cię za zdradę, rodzinę wywiozą do obozu… No, chyba że wykażesz się naparstkiem oleju w głowie. 

Puścił i opadłem na krzesło. Potem sięgnął po przypominający pilnik nożyk, służył do podważania więźniom paznokci przed użyciem szczypców. Nadawał się też świetnie do obcinania nosów czy języka, zgrabnie wydłubywał oczy. Wiedziałem, bo zdarzało mi się go używać. Przyglądałem się kapitanowi wyczekująco. Miał dwukolorowe oczy, jedno piwne, drugie zielone, z obu biło szalone poczucie misji. Mój oddech przyspieszał, a nogi zadrżały.

– Znajdź tę skundloną dziewuchę i przyprowadź do mnie. I nie próbuj sztuczek, Alun, bo wiesz, co będzie. – Przeciągnął sugestywnie palcem po grdyce i klepnął mnie z rozmachem w plecy. – No, dalej, powiedz! Ku czyjej chwale zrobisz z nią porządek?

– Ku chwale Finnvary, Wodza nad Wodzami! – wyrecytowałem na jednym wdechu, unosząc rękę w geście pozdrowienia. Finnvara z obrazu mierzył mnie surowym wzrokiem podobnie jak człowieka czyszczącego jego but wciśnięty w złote strzemię.

Dunn roześmiał się w głos i zmierzwił mi pieszczotliwie włosy. Śmialiśmy się chwilę razem, a potem już tylko on sam. Nóż ze świstem przeciął powietrze i wbił się w wierzch mojej dłoni. Najpierw dyszałem głośno, nie dając po sobie poznać bólu. Po paru nieudolnych szarpnięciach, które wcale mnie nie uwolniły, przestałem wreszcie zgrywać bohatera.

– Panienko Mared – Dunn, wyraźnie rozbawiony moim wrzaskiem, zagruchał przez interkom – poproszę jednak tylko jeden napar, bo kolega się rozmyślił. 

Krew rozlewała się po blacie pełnym niepodstęplowanych raportów, a ja jęczałem coraz ciszej. 

 

*

Stałem przy wysokim stoliku, przeglądając gazetę. Za oknem kawiarni zmierzchało, zbliżała się godzina policyjna. Ostatni spacerowicze przyspieszyli kroku, nikt nie chciał by zgarnęła go łapanka Gardy. Jeden z uroków życia w dzielnicy pół– ludzi, znałem to dobrze z dzieciństwa. Naciągnięte mocno na uszy czapki ukrywały przed światem wstydliwy sekret… Żaden z nich nie miał szpiczastych uszu jak prawdziwa istota wyższa. 

Czekałem tam dobrych kilka godzin. Kelnerka po raz niewiadomo który zapytała, czy czegoś mi nie trzeba. Machnąłem w powietrzu legitymacją służbową i dała wreszcie spokój z wymuszoną uprzejmością. Cmoknąłem i zerknąłem na zegarek. Mój informator się spóźniał.

– Chwała Finnvarze! – Usłyszałem i opuściłem gazetę. – Ugryzło cię w dupę granie na dwa fronty, Alun?

Wcisnąłem zabandażowaną dłoń w kieszeń. Robin, brat Niamh, nigdy specjalnie za mną nie przepadał. Pojawiłem się w sąsiedztwie trochę za późno, żeby uznać jego władzę jako króla podwórka; odszedłem też na długo przed tym, jak zaczął się liczyć w podziemiu. No, i miałem marzenia inne niż bieganie na posyłki bandziorów robiących w kontrabandzie pomiędzy światem ludzkim a naszym. 

– Mieliśmy hasło o kasztanach i placu… – burknąłem.

– Sam jesteś kasztan. – Usadowił się na wysokim barowym stołku. – Mów lepiej, czego chcesz i co z tego będzie.

Robin poprawił postawiony kołnierz prochowca i opuścił rondo kapelusza. Miał pewną renomę i nie chciał, by widziano go z psem na łańcuchu Gardy. Dyskretnie podsunąłem mu pękatą kopertę pełną lewych dokumentów, tak na znak, że ręka rękę myje.

– O nią nie masz co pytać. – Robin zważył pakunek w ręce. – Nie mam dobrych wieści.

Tu streścił mi, co trzeba, zapijając co drugie słowo maślanką. Westchnąłem. Niamh zeszła do podziemia niedługo po moim zaprzysiężeniu, uwzięła się że rozwalimy system razem: ona od zewnątrz, ja od środka. Ale minęło trochę czasu i zaczynała mieć dość tego krycia się po cudzych kątach, szafach i piwnicach. Dość miała walki obozów i stronnictw, dość konspiracji, dość łamania szyfrów i haseł otwierających tylko co poniektóre drzwi. Postanowiła, że znajdzie sposób, by porozmawiać z samym Finnvarą. Wierzyła, że ktoś tak mądry jak on zrozumie i coś w tym wszystkim zmieni. Dalej brzmiało to już jak typowa samobójcza misja. 

– Mam nadzieję, że zdążyłeś się pożegnać. – skończył Robin jakby chciał dobitnie podkreślić, że z tak szalonych eskapad się nie wraca. Zmarszczyłem brwi i pochyliłem głowę. 

– Jeszcze nie jest za późno – powiedziałem w końcu. – Mam swoje dojścia…

– To samo mówiłeś, kiedy zabrali rodziców. Mierz zamiary na siły, Alun.

Jęk syreny zapowiadającej ciszę nocną zatrząsł szybami witryny. Zagłuszał gwizdy konstabli, ścigali dwójkę chłopców uciekających przed kontrolą dokumentów. Kiedy odwróciłem wzrok, Robin zniknął. Zostawił po sobie serwetkę z dziwnym, kanciastym symbolem. Od razu przypomniałem sobie ten, który Niamh nakreśliła w powietrzu. Zakazany znak teleportacji. 

 

*

– Odważny jesteś, nie ma co. – Finnvara pokiwał głową z uznaniem. – Ale naprawdę myślałeś, że ci się powiedzie?

Uśmiechnąłem się niezręcznie. Prawda była taka, że nie myślałem w ogóle. Plan idealny ułożył mi się w głowie po kwadransie gapienia się na serwetkę w opustoszałej kawiarni. 

Z budki telefonicznej na rogu zadzwoniłem do Dunna. Powiedziałem, że dostałem cynk od informatora i od jutra zaczynam akcję pod przykrywką. Major ryknął śmiechem w słuchawkę, jakby chciał mi przypomnieć, że ręce mam dwie, więc w razie klapy powinienem szykować się na kolejne przesłuchanie. Mimo wszystko dał mi zielone światło. Uch, Dunn, ty świnio!

Przez kilka dobrych dni nie wychodziłem z domu. Musiałem się przygotować. Przypiąłem serwetkę z symbolem do ściany i ćwiczyłem. Farba na palec wskazujący, stos papieru i do dzieła. Napociłem się nad tym jak nad wkuwaniem złotych myśli Wielkiego Wodza. W Gardzie używaliśmy nieco innej magii, więc wyszedłem z wprawy. A znaki działały w sposób pożądany tylko, jeśli odtworzyć je bezbłędnie. Poza tym nie lubiłem fuszerki. Po trzech słoikach farby i wielu ryzach papieru byłem gotów.

Reszta poszła już jak z płatka. Robin załatwił kogoś, kto nie zadawał zbędnych pytań, żeby wywieźć mnie z miasta. Wiedziałem, że znak zadziała tylko na dużej otwartej przestrzeni, takiej jak tamto pole. Magia i cywilizacja mogły współistnieć, ale rzadko współdziałać. 

Wracając do samego planu… Snułem się po przystani pół dnia zanim przyuważyłem faceta wachlującego się gazetą. Miał kapelusz naciągnięty na nieszpiczaste uszy.

– Czy mógłbym przejrzeć pańską gazetę? – zapytałem. To było nasze umówione hasło.

– Niestety to wczorajsza – odpowiedział zgodnie z ustaleniami. – Ale mogę poczęstować pana papierosem. 

– Dziękuję, palę tylko cygara. 

Kiedy płynęliśmy motorówką, dowiedziałem się, że Robin jest spalony i że odeślą go pewnie do obozu. To jest, o ile Dunn nie kazał go już rozstrzelać. Szkoda Robina, ale sam się prosił. A może to ja go w to wciągnąłem? Od dłuższego czasu męczyło mnie uczucie bycia obserwowanym. Dunn, świnia jedna… Pewnie postarał się o to, by któryś z jego przydupasów chodził za mną krok w krok.

Dopłynęliśmy do zarośniętej tatarakiem przystani. To była ta sama wioska, gdzie zaczęła się cała ta pokręcona historia i ta sama, gdzie po raz ostatni widziałem Niamh. Stanąłem na brzegu gotów to wszystko skończyć.

– No, to chwała Finnvarze! – rzuciłem na pożegnanie. 

– Oby nie na długo! – odparł przekornie przemytnik. Wiedział, że dopadnie go ścigający mnie ogon Gardy, wybrał więc szybką śmierć w akcji. Kątem oka widziałem, jak rozgryza kapsułkę, potem krzywi się, chwyta za gardło, syczy. Upadł tuż obok steru motorówki, a ja przeciąłem cumy i odepchnąłem łódkę od brzegu. Nie miałem czasu na bardziej wyrafinowane zacieranie śladów. 

Pomaszerowałem przez pole mandragory. Dłonią wciśniętą w kieszeń płaszcza kreśliłem znak, żeby nie wyjść z wprawy. Bałem się pomyłki. 

– Stój, zdrajco! Stój i nie próbuj sztuczek!

Odwróciłem się w porę, by zobaczyć, że chmara moich kolegów z Gardy biegnie od strony przystani. A z nimi Dunn wściekły najbardziej na siebie samego, że też nie przejrzał intrygi żółtodzioba. 

– Ani kroku dalej, bo rozsadzę ci łeb! – wrzasnął i już przymierzał się, by nakreślić stosowny znak. Ja jednak go ubiegłem.

I tak oto wylądowałem tutaj. 

 

*

– No, niezła historia. – Finnvara pokiwał głową i zanotował coś palcem na błyszczącej tabliczce, którą trzymał w dłoniach. – Chcesz wiedzieć, gdzie jest Niamh? I co się z tobą teraz stanie?

– Tak jest, wodzu! – Podskoczyłem z wielką chęcią zasalutowania, wyszło to dosyć niezgrabnie, bo plątały mi się nogi i ręce. Zupełnie jakby ktoś inny nimi sterował.

Finnvara założył nogę na nogę i postukał w tabliczkę. 

– Widzisz, wcale nie jestem waszym wodzem, tylko takim bardziej stwórcą. A wiadomo, że w procesie tworzenia zdarzają się błędy. I twoja dziewczyna czymś takim się okazała, jej brat zresztą też, więc… Ujmijmy to tak, że musiałem ich skasować.

– Ale co to znaczy? – zapytałem drżącym głosem. 

– No, że jej już nie ma. Ale skoro się tu przyplątełeś, mogę dodać ci punktów umiejętności, może percepcji albo siły… Zobaczę jeszcze.

Chciałem mu wygarnąć, ale głos uwiązł mi w gardle. Uderzałem pięściami w szybę, za którą siedział, nie czułem jednak najmniejszego oporu. Wreszcie Finnvara przeciągnął po tabliczce długim jak lufka do papierosa rysikiem i zobaczyłem jego prawdziwą twarz. Zniknął symbol triskela za jego plecami, błyszcząca złotem sala tronowa, równe rzędy zębów i szpiczaste uszy. Przede mną siedział człowiek, w dodatku niezbyt udany model, bo raczej gruby, nieproporcjonalny i przygarbiony. W jego wyglądzie było dosłownie wszystko, co w złotych myślach Wodza nad Wodzami, należało do cech podistot. 

– I jak ten nowy patch, Finn? Skończyłeś już symulację? – zapytał Finnvarę drugi człowiek. Był do niego bardzo podobny, też miał kraciastą koszulę kryjącą piwny brzuszek i przetłuszczone włosy spięte na karku. Różnił się od Finnvary tylko tym, że wydawał się bardziej pewny siebie.

– Jakiś taki średnio na jeża. Zamienię chyba elfy na smoki albo trolle… – Postukał palcem w tabliczkę, w ciemności nad głową rozbłysnął równy rząd błyszczących znaków. Zapiekła mnie skóra. Czułem jak ręce pokrywają się łuską, by zaraz potem zmienić się w grubokościste, ściskające maczugę łapska. Odetchnąłem z ulgą, gdy wreszcie wróciły do pierwotnej postaci. 

– Albo może daj spokój i wywal to? – Kolega Finnvary machnął ręką. – Szkoda czasu. 

– Ale czemu? Tyle nad tym siedziałem…

– Serio, stary? – Zmarszczył brwi i wykrzywił usta w pobłażliwym uśmiechu. – Elfy i naziści? To się nie mogło udać.

Finnvara, który wcale już nie wyglądał jak dumny wódz, smętnie pokiwał głową.

I zgasił światło. 

Uszczypnąłem się kilka razy, ale to nie był sen. Zostałem sam z ciemnością, pustką i mnóstwem pytań bez odpowiedzi. Od niechcenia nakreśliłem w powietrzu ten sam przeklęty znak, który mnie tu przywiódł. Błysnęło. I chyba przestałem na chwilę istnieć.

 

*

Ocknąłem się w stogu siana. Wygrzebawszy się z niego zrozumiałem, że to inny świat. Zamiast pustki było niebo przecięte tęczą, w powietrzu wyczułem, że niedawno spadł deszcz. Rozejrzałem się wokół. Wyglądało to na jakieś podkoloryzowane średniowiecze. Pole otaczały chatki z mchu i paproci obsadzone kolorowymi dywanami rabatek. Na wzgórzu zamek mieniący się srebrnozłotą poświatą, skrzydlate jednorożce pomykały po niebie. Jedyne, czym się martwiłem to mieszkańcy tego świata. Tłum wieśniaków uzbrojonych w widły to dość niepokojąca wizja. Na ich czele stał brodaty starzec z kosturem, długaśną brodą i ogólną aparycją maga.

– Chwała Finnvarze! – zawołał, a tłum zawtórował mu od razu. – Chwała Stwórcy światów za to, że przysyła nam kolejnego podróżnika!

Już miałem ujawnić tym niczego nieświadomym kmiotkom prawdziwą naturę Finnvary, ale zmieniłem zdanie. Z tłumu patrzyły na mnie znajome twarze Robina i Niamh. Bycie skasowanym wyraźnie im służyło. Uśmiechali się jak każdy w tłumie elfów, mieszańców, gnomów i innych nieznanych mi zupełnie stworów. “Może to i dobrze, że jesteśmy błędem” – pomyślałem i wyrzuciłem odznakę z triskelem w trawę.

Koniec

Komentarze

Uf było bardzo mrocznie. jednak zakończenie wlewa nieco ciepła w ten zimny wiosenny dzień. 

Cześć!

Trochę powtórzę opinię z bety, ale to jest naprawdę niezłe. Pomysł jak i wykonanie, takiej intrygi się nie spodziewałem przy pierwszym czytaniu. Finnvara się mylił. Trzecia rzesza + elfy całkiem do siebie pasują w tym przypadku. Pokazujesz ufantastycznioną wersję minionego autorytaryzmu, momentami mroczną, momentami dziwną. Ale to w końcu to kraina wróżek, rządzi się innymi prawami. Wszystko zdaje się do siebie pasować, aż tu nagle bęc!

Bohater dowiaduje się, że jest jedynie pionkiem w grze. Ale widzi i dobre strony tej sytuacji.

Przyjemny tekst, hasła konkursowe zrealizowane, jest zaskoczenie na koniec.

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie oraz oczywiście Polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Uf było bardzo mrocznie. jednak zakończenie wlewa nieco ciepła w ten zimny wiosenny dzień. 

A to się cieszę, że znalazłeś jednak coś pozytywnego. Pozdrawiam

 

Finnvara się mylił. Trzecia rzesza + elfy całkiem do siebie pasują w tym przypadku.

Hm, klasyczne elfy zawsze wydawały mi się zawsze skrzywione ten sposób, a reszta to takie inspiracje ogólnorozwojowe z lektur filmowych i książkowych. Coś jest na rzeczy, skoro się jednak klei.

 

3P dla Ciebie:

Wow, ależ kreatywnie! Dzięki i pozdrawiam również!

Hm, klasyczne elfy zawsze wydawały mi się zawsze skrzywione ten sposób, a reszta to takie inspiracje ogólnorozwojowe z lektur filmowych i książkowych. Coś jest na rzeczy, skoro się jednak klei.

 

Bardzo, bardzo mocno też to tak odbieram. Od Tolkiena po Sapkowskiego.

Ja również powtórzę opinię z bety, ale wydaje mi się, że przyjemnie czytać miłe słowa ;) Bardzo mi się podoba Twoje wykonanie i wybór haseł. Zakończenie sztos. Powodzenia w konkursie, również zgłaszam do biblioteki ;)

Od Tolkiena po Sapkowskiego.

O ile dobrze pamiętam, bo dawno nie zaglądałam, w krainie elfów u Sapkowskiego leciał jakiś nikczemny pocisk dla Ciri, która była zbyt ludzka. A tolkienowskie elfy w ogóle miały strasznie antypatyczną aurę z tą swoją nieśmiertelnością i oderwaniem od rzeczywistości.

 

Ja również powtórzę opinię z bety, ale wydaje mi się, że przyjemnie czytać miłe słowa ;)

Tu się zgodzę, ale dzięki za przyciśnięcie na becie i za polecajkę.

Ciekawa historia, plus za stworzenie ,,Elfiej Rzeszy". Ciekaw byłem, w jaki sposób i z jakiego powodu Lynch trafił przed oblicze samego Finnvara i przyznaję, że koncepcji ,,matriksowej" nie brałem pod uwagę :) To zakończenie naprawdę jest bardzo udane. No i sama idea, by wirtualny, ksenofobiczny totalitaryzm systemowo zwalczał ,,błędne" byty – fajnie to wymyśliłaś.

Polecam do biblioteki, pozdrawiam!

Wyszła zgrabna matrixowa opowiastka. Fajne. Połączyłaś Niebo z Piekłem za to duży plus, podobnie jak nawiązania do kapitana Klossa. Znam, znam. :-)

Z całością nie spięła mi się pierwsza scena, była jakby nie z tego porządku. 

To chyba pierwszy Twój tekst, przynajmniej który czytam, w którym zaryzykowałaś z poczuciem humoru – wychodzi! :-)

 

Z drobiazgów:

,całkiem nieźle jej szło jak na kogoś prawie że bez butów. Brudne stopy prześwitywały spod zadartej powyżej kolan spódnicy. Klapały o nie podeszwy trzymające się na mocno nadwyrężone słowo honoru.

Tu, chyba coś nie gra. Stopy prześwitują? Jeśli szybko biegła to mogą migać tylko pięty spod podeszew trzymających się na słowo honoru.

,Niamh była o krok, dwa przede mną. Stała wśród wysokich, przetykanych polnymi kwiatami traw.

W tym miejscu również zatrzymałam się. Bo jak to: zarył w ziemię, raczej wilgną, gliniastą i ją widział daleko na wzgórzu, a tu nagle ona staje na wyciągnięcie ręki wśród wysokiej trawy poprzetykanej kwiatami?

Nawet można byłoby to wyjaśnić, biorąc od uwagę zakończenie, lecz w pozostała część historii Aluna nie ma tego rodzaju przeskoków, więc… mnie wybiło i zastanowiło.

,Zostały po niej buty z oderwanymi podeszwami

Hmm, podeszwy się zupełnie oderwały po zaklęciu, czemu?

,wiem(+,) jak to jest.

,odszedłem też na długo przed tym(+,) jak zaczął się liczyć w podziemiu.

 

Skarżę, bo bardzo pomysłowe połączenie światów/haseł! :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

plus za stworzenie ,,Elfiej Rzeszy".

Ha, czyli jednak pasuje, bo bałam się przekombinowania. Dzięki za polecajkę.

 

podobnie jak nawiązania do kapitana Klossa. Znam, znam. :-)

No, on coś w sobie ma i to naprawdę fajnie napisany serial.

Z całością nie spięła mi się pierwsza scena, była jakby nie z tego porządku. 

To miało być takie naprowadzenie na finał, może zbyt nachalne.

To chyba pierwszy Twój tekst, przynajmniej który czytam, w którym zaryzykowałaś z poczuciem humoru – wychodzi! :-)

A to się cieszę, bo bałam się, że przestał mi wychodzić. 

Z drobiazgów:

Już poprawiam. Tylko z jednym mam problem.

Hmm, podeszwy się zupełnie oderwały po zaklęciu, czemu.

Chodziło mi o taki efekt typu porwanie przez ufo, że ona sobie maluje ten znak, nagle snop światła i energia kończy obuwnicze dzieło zniszczenia. Pomyślę, jak to zrobić bez infodumpa.

 

Skarżę, bo bardzo pomysłowe połączenie światów/haseł! :-)

Dzięki.

Cześć, oidrin,

niezły pomysł, naprawdę niezły. Już za to ogromny plus. Skojarzyło mi się z Nilfgaardem, że właśnie tak wyglądałyby elfy pod przywództwem tego imperium (albo jakby cesarzem został elf). Dobrze też poradziłaś sobie z hasłami, bo sama “kraina wróżek” niezbyt mnie zachęca, a i III Rzesza należy do moich najmniej lubianych haseł z konkursu. Spodobał mi się też pomysł na półelfy, że mają tylko jedno spiczaste ucho. Nie spotkałam się z tym do tej pory.

Niestety samo opowiadanie nie wciągnęło mnie tak jak powinno. Niby zawiera w sobie same fajne elementy, ale chyba nie zagrała sama kompozycja/poprowadzenie fabuły. Po prostu nie byłam ciekawa co dalej. 

 

Odwróciła się wreszcie. Jasne, pełne niebieskawych pasemek włosy smagały jej twarz, odsłaniały nieszpiczaste uszy.

Wcześniej było wspomniane, że dziewczyna ma jedno spiczaste ucho.

 

– Mieliśmy hasło o kasztanach i placu…– burknąłem.

Brakuje spacji po wielokropku.

 

– Mam nadzieję, że zdążyłeś się pożegnać.[-.] – skończył Robin jakby chciał dobitnie podkreślić, że z tak szalonych eskapad się nie wraca.

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nie rozpoznałam III Rzeszy. Rasizm – tak, ale nie widziałam tu nazizmu. Niemniej jednak, połączenie udane. Faktycznie, elfy jakoś dobrze pasują do totalitaryzmu.

Sama historia chyba trochę wyślizgana – miłość żołnierza i dziewczyny z wrogiego obozu… Ale niech Ci będzie.

Jedno szpiczaste ucho ciekawe, chociaż raczej mało prawdopodobne ewolucyjnie.

Babska logika rządzi!

Cześć oidrin :)

 

Jest w Twoim opowiadaniu kilka elementów, które mi się podobają, jest też kilka takich, które nieco mniej.

Budujesz na początku historię, która estetyką przywodziła mi na myśl trochę taki noir, trochę drugowojenną powieść szpiegowską, trochę w tym i estetyki filmowej, bo przecież to:

 

– Mieliśmy hasło o kasztanach i placu… – burknąłem.

Nie wzięło się znikąd ;) I to jest fajne. Ta historia wciąga. Twoje hasło to III Rzesza, więc i o uprzedzeniach musiało tutaj być, bo to się naturalnie ze sobą łączy. I ten motyw uprzedzeń istot magicznych, będących ubermenschami, uważających innych za podrasy jest zgrabnym przedłużeniem tej historii. W trakcie lektury ciekaw byłem, co zaserwujesz na koniec, jak dobrze ten motyw uprzedzeń wybrzmi i czy w ogóle do niego podejdziesz, czy zakończysz tę historię bardziej sensacyjnie i pulpowo. A Ty poszłaś jeszcze inną ścieżką :D Bo zrobiłaś z tego świata symulację, więc uprzedzenia nie wynikały z wolnej woli tych istot, ale z programu, jaki stworzył dla nich stwórca. Motyw uprzedzeń nie wybrzmiał więc wcale. Ale w sensacyjną pulpę też nie poszłaś.

Bohater zostaje skasowany. Bo był błędem stwórcy. Okazuje się jednak, że nawet dla skasowanych istot jest miejsce gdzieś poza dotychczasowym życiem. Trafia Alun do krainy gdzie nie ma Finnvara stwórcy, może nawet Finvar nie wie o tym miejscu, a tubylcy, będący zbieraniną skasowanych pomysłów i tak go wielbią. Ciekawa to myśl, którą obracam w głowie, przypatrując się jej pod różnymi kątami.

Nieco sceptycznie początkowo podszedłem do Twojego opowiadania, bo motyw matrixa niewiele się różni od motywu “to wszystko był tylko sen” i trzeba wiedzieć jak nim zagrać. I musze przyznać, że choć perfekcyjnie u Ciebie nie wyszło, to na tyle dobrze, że uznaję to opowiadanie za udane. Bo nie skończyłaś wielkim napisem “Witamy w Matriksie, łyżka nie istniała. Talerz i zupa też.”, ale pociągnęłaś całość kawałek dalej, kończąc happy endem z lekko wymuszonym uśmiechem. Ten koniec, ta myśl Aluna “Może to i dobrze, że jesteśmy błędem” w ciekawy sposób zmieniła mój odbiór Twojego tekstu.

Dobra, podsumujmy: Outta narzekał, coś tam bełkotał, ale finalnie znalazł to opowiadanie ciekawym i skłoniło go ono do pewnych przemyśleń przed czwartą rano. To musi więc być co najmniej niezły tekst. Mozna gasić światło ;)

 

Ale chwila, moment, jeszcze garść uwag:

 

Kształt czaszki ani zarys szczęki Finnvary nie przystawał do tego, co w podręcznikach opisywano jako fizjonomię rasy panów.

Piszesz o czaszce i szczęce, o dwóch rzeczach, więc one nie przystawały.

 

On też przyglądał mi się od dłuższego czasu(+,) wyciągnięty wygodnie w fotelu, za którym wisiał kobierzec z symbolem triskela.

Nie jestem pewien, czy w zaznaczonym miejscu nie powinno być przecinka.

 

W dodatku ciągle bawiła się w jakieś podejrzane akcje z działaczami podziemia i kontrabandy.

Dziwnie to brzmi, bo “bawiła się w jakieś podejrzane akcje z działaczami (…) kontrabandy” mi wychodzi. Nie można chyba być działaczem kontrabandy :-/

 

Niestety, pewnego dnia mój oddział wysadził tajną drukarnię w stodole pewnego skompromitowanego ziemianina.

Powtórzenie.

 

Biegła, tratując grządki mandragory czy innego tam wrzosu, całkiem nieźle jej szło jak na kogoś prawie że bez butów. Brudne stopy migały spod zadartej powyżej kolan spódnicy. Klapały o nie podeszwy trzymające się na mocno nadwyrężone słowo honoru. 

Co to znaczy być prawie że bez butów? To miała te buty czy nie? I jakie ona miała buty, skoro widać było jej brudne stopy? Ona miała kapcie jakieś, japonki może? Czego się te podeszwy trzymały? Czepiam się, ale dla mnie ten zapis jest nieczytelny i zatrzymałem się przy nim na chwilę.

 

Skrzywiłem się, bo nigdy nie przepadałem za tym, gdy była zbyt ludzka. 

Dziwnie brzmi. A może usunąć “za tym”?

 

Jakim(+,) do kurwy nędzy(+,) cudem udało wam się to spaprać?!

Tutaj przecinki.

 

Dunn wypuścił powietrze nosem, uśmiechnął się i usiadł na brzegu stołu, przy którym siedziałem.

Przekreślone usunąłbym, bo niczego tak naprawdę nie mówi i zaburzyło mi rytm czytania.

 

Pamiętasz, co o ludziach pisał nasz wielki wódz Finnvara?

Czy po “wódz” nie powinno być przecinka?

 

– Brawo, Alun, widać, że uważałeś w szkole! – Klasnął w dłonie major. Błysk w oku miał zimny i straszny.

Śieszna sprawa, ale odebrałem to tak, jakby to klaśnięcie wygenerowało te słowa :) Gdyby zmienić szyk? Zastanów się :) → Major klasnął w dłonie.

 

Potem sięgnął po przypominający pilnik nożyk, służył do podważania więźniom paznokci przed użyciem szczypców.

Po przecinku dodałbym “który”.

 

Mój oddech przyspieszał, a nogi zadrżały.

Tutaj mam problem, bo oddech przyspieszał, czyli robił to cały czas, to był proces. A nogi zadrżały, tak pojedynczo.

 

Przeciągnął sugestywnie palcem po grdyce i klepnął mnie z rozmachem w plecy.

Jakoś bardziej naturalnie brzmiałoby “po krtani”, ale w sumie tak też może być.

 

Za oknem kawiarni ściemniało się, zbliżała się godzina policyjna.

To się-się lekko przeszkadza.

 

– Mieliśmy hasło o kasztanach i placu… – burknąłem.

A to jest super :)

 

Robin załatwił kogoś, kto nie zadawał zbędnych pytań, żeby wywieźć mnie z miasta.

Zmieniłbym szyk → Żeby wywieźć mnie z miasta, Robin załatwił…

 

Magia i cywilizacja mogły współistnieć, ale rzadko współdziałać. 

To też fajne :)

 

To jest, o ile Dunn już nie kazał go już rozstrzelać.

O jedno już za daleko ;)

 

To była ta sama wioska, gdzie zaczęła się cała ta pokręcona historia i ta sama, gdzie po raz ostatni widziałem Niamh.

Czy te powtórzenia są celowe?

 

Wiedział, że dopadnie go ścigający mnie ogon Gardy, wybrał więc szybką śmierć w akcji. Kątem oka widziałem, jak rozgryza kapsułkę, potem krzywi się, chwyta za gardło, syczy.

To jest jedyny moment, który mnie nie przekonał. Koleś zgadza się w sumie na popełnienie samobójstwa, jeśli zgodzi się pomóc Alunowi i dobrze o tym wie. Tak średnio, bym powiedział. Inna sprawa, że piszesz, że wybrał śmierć w akcji, a on własnie nie wybrał śmierci w akcji, tylko rozgryzł pigułkę.

 

A z nimi Dunn wściekły najbardziej na siebie samego – że też nie przejrzał intrygi żółtodzioba. 

Zamiast myślnika dałbym tam przecinek. Zdecydowanie.

 

– No, że jej już nie ma. Ale skoro już tu jesteś mogę dodać ci punktów umiejętności, może percepcji albo siły… Zobaczę jeszcze.

Powtórzenie.

 

Uderzałem pięściami w szybę, za którą siedział, nie czułem jednak najmniejszego oporu.

Nie rozumiem. Skoro nie czuł oporu to nie mógł w żadną szybę uderzać, co najwyżej machał przez nia łapskami.

 

Dobra, teraz już mozna gasić światło :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Podobało mi się :)

Nie sądziłem, że połączenie tych dwóch haseł może wyjść korzystnie, jednak Tobie się udało. Jest mrocznie, jest ciężki klimat, ale rozpromieniony wątkiem miłosnym i zakończeniem, które w ogóle wita nas tęczą i gratulacjami.

Warsztatowo jest dobrze, nie potykałem się i przeczytałem całość z przyjemnością :)

Ciekawe podejście do tematu, a zwłaszcza zakończenie.

Pozdrawiam i polecam :)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Skojarzyło mi się z Nilfgaardem, że właśnie tak wyglądałyby elfy pod przywództwem tego imperium (albo jakby cesarzem został elf).

Oj, takich szczegółów to już nie pamiętam, bo od lat nie zaglądałam. Teraz tylko gram w gwinta.

 

Nie rozpoznałam III Rzeszy.

Bo to jest Elfia Rzesza, szpiczaste uszy über alles XD

 

Sama historia chyba trochę wyślizgana – miłość żołnierza i dziewczyny z wrogiego obozu…

A tam miłość, chodziło mi o taką typową kobietę w lodówce, która inspiruje właściwą akcję. 

 

Ale w sensacyjną pulpę też nie poszłaś.

Kusiło, nawet nie wiesz, jak bardzo. Ale w tym limicie nie udałoby mi się zmieścić metodycznie zaplanowanego rozlewu krwi. No, bo Elfia Rzesza zobowiązuje. 

 

Bo nie skończyłaś wielkim napisem “Witamy w Matriksie, łyżka nie istniała. Talerz i zupa też.”,

Świat bez zupy byłby zupełnie bez sensu, a gdyby nie limit byłoby też więcej o problemach rasowych. Ale chodziło mi w pewnym sensie o to, że biorą się one z tego, co ludzie widzą jako wadę w sobie podniesioną do potęgi entej, a potem jakiś szalony człowiek układa pod to prawa. Albo nawet programuje na tych zasadach świat. 

 

Inna sprawa, że piszesz, że wybrał śmierć w akcji, a on własnie nie wybrał śmierci w akcji, tylko rozgryzł pigułkę.

Chciałam się pobawić kliszami z filmów szpiegowskich. Zauważ, jak często tam się tak dzieje, że ktoś sam się usuwa, żeby nie zdradzić sekretu. Czy to trzyma się zawsze kupy? Nie. Czy robi klimat i rozwiązuje szybko coś, co stanowiłoby komplikację dalszej akcji? Tak. Limity to bicze i to dość nikczemne.

 

Skoro nie czuł oporu to nie mógł w żadną szybę uderzać, co najwyżej machał przez nia łapskami.

Bo on z pikselów był, więc nie miał jak poczuć. Pomyślę, jak to inaczej podać.

 

ciężki klimat, ale rozpromieniony wątkiem miłosnym i zakończeniem, które w ogóle wita nas tęczą i gratulacjami

Tak jak teraz na to patrzę, to mogło być więcej bajkowych stworów. Ale wtedy cała idea nazi elfów musiałaby iść do przeróbki, ech.

 

Pozdrawiam i dzięki

Zauważ, jak często tam się tak dzieje, że ktoś sam się usuwa, żeby nie zdradzić sekretu. Czy to trzyma się zawsze kupy? Nie. Czy robi klimat i rozwiązuje szybko coś, co stanowiłoby komplikację dalszej akcji? Tak.

Jasne, ja rozumiem zamysł. Tylko mi nie przeszkadza sam fakt, że on te pigułkę rozgryzł, ale zapis, że wybrał “śmierć w akcji”. Bo wybrał śmierć poza akcją. Mógł przecież jeszcze gdzieś się zasadzić, ostrzeliwać się, żeby zabrać jak najwięcej wrogów ze sobą. Mógł nawet spróbować uciec. Wtedy wybrałby śmierć w akcji, bo na rozgryzienie pigułki miałby czas, nawet gdyby go dopadli. A on się żegna z bohaterem i pewien, że mu się nie uda uciec rozgryza sobie pigułkę, bez próby ratowania skóry, albo chociaż kupienia nieco czasu Alunowi. To nie jest śmierć w akcji, to jest śmierć poza akcją, a właściwie przed nią :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

To nie jest śmierć w akcji, to jest śmierć poza akcją, a właściwie przed nią :)

Aaaaa, bo ja to cały czas widziałam z perspektywy Aluna, który ciągle jest w akcji. Pomyślę, jak to ograć, dzięki.

Mnie się Twoje elfy z Pratchettem kojarzą. U niego elfy to naprawdę wredne istoty :)

Czytałam na tolino, bez info, że to opko konkursowe i zaświtało mi, że tak jest dopiero pod koniec. Fajny pomysł na wybrnięcie z połączenia haseł, które sobie wybrałaś, bo łatwe nie było :)

Czytało się dobrze, konkluzja mi się podobała. Zawsze powtarzam, że jest mi egal, czy żyję w Matrixie, skoro żyję ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Mnie się Twoje elfy z Pratchettem kojarzą.

Muszę go sobie chyba odświeżyć, bo mało je pamiętam. XD

 

Fajny pomysł na wybrnięcie z połączenia haseł, które sobie wybrałaś, bo łatwe nie było :)

No, nie było… Miałam nawet nie pisać, ale w końcu dopadło mnie olśnienie, co z tym można zrobić.

 

Zawsze powtarzam, że jest mi egal, czy żyję w Matrixie, skoro żyję ;)

W sumie to dobre podejście. Ciekawe czy wynika z czerwonej czy z niebieskiej pigułki?

 

Ostatnio sporo marudzę, chyba do serca wziąłem sobie słowa marasa o nie popadaniu w zbytni zachwyt. Tym razem też trochę ponarzekam, ale tylko ociupinke. 

Pomysł na połączenie obydwu światów w taki właśnie sposób nasuwa się sam, więc z jednej strony jest oryginalnie (choć motywy dyskryminacji na gruncie ludzie-elfy trafiają się często), a z drugiej miałem poczucie, że to najmniejsza linia oporu. Zrekompensował to twist na koniec. Był nieoczekiwany, zaskakujący, taki całkiem z innej bajki, aż mi się wydawał z początku takim skokiem przez rekina, ale ostatnie zdania przekonały mnie i spiely wszystko ładną klamrą. 

Uważam, że tekst jest odrobinę za długi względem tego, co na koniec pokazałaś… a może przeciwnie, zbyt krótki, tylko nie wykorzystałaś wszystkich atutów. Przecież wątek romantyczny w ogóle nie doczekał się końca, a przez cały tekst wydaje się być najważniejszym elementem historii. Jeśli od początku miałaś zamiar skupić się na niedopasowaniu do świata, na przeniesieniu w wymiar alternatywny itp. to można było fabułę skonstruować wokół tego. A tak, dostaliśmy historię, w której wiemy, że dwójka bohaterów się kocha, ale nie dane nam jest zobaczyć ich uczucia. 

 że tekst jest odrobinę za długi względem tego, co na koniec pokazałaś… a może przeciwnie, zbyt krótki, tylko nie wykorzystałaś wszystkich atutów.

Hm, to trzeba było dać pojemniejszy limit, panie organizator. XP A tak na poważnie trzeba tu było dokonać pewnych wyborów, mój padł na drogę bohatera. Wątek romantyczny jest tu właściwie klasycznym motywem kobiety w lodówce, który służy za motywację i pokazanie czegoś o charakterze bohatera, ale spycha go na bok akcja. Ostatnio przeglądam sporo materiałów o archetypach w kinie i jakoś ten przypasował mi do konwencji niby noir. Nie chciałam też sztampowego happy endu, tylko czegoś co jest w miarę otwarte. A konstrukcja wokół świata alternatywnego… Być może jest zakopane zbyt głęboko, jednak wrzuciłam parę wskazówek już we wstępie. 

 

Bardzo ładnie napisane opowiadanie, ale też pozostawiło mnie z uczuciem niedosytu. Bardzo dobry twist na koniec nadrabia sporo, niemniej w środku wolałabym coś bardziej mięsistego, co sprawiłoby, że tym twistem dostaję jak obuchem po głowie, a nie że zostaje mi on zaserwowany jak znakomity deser po smacznym, ale dość zwyczajnym obiedzie, że się tak wyrażę. To ma swoje plusy, ale w gastronomii większe niż w literaturze ;)

Może to zresztą kwestia limitu, że świat nie wybrzmiał, a może troszkę przegadania w środku. W każdym razie ten świat jest intrygujący, nie da się ukryć, co po części jest powodem nieusatysfakcjonowania ;)

http://altronapoleone.home.blog

a nie że zostaje mi on zaserwowany jak znakomity deser po smacznym, ale dość zwyczajnym obiedzie, że się tak wyrażę. To ma swoje plusy, ale w gastronomii większe niż w literaturze ;)

Czyli jednak nadal nie umiem w desery. XD Ale cieszę się, że ogólne wrażenia gastronomiczne były satysfakcjonujące. 

 

Może to zresztą kwestia limitu, że świat nie wybrzmiał, a może troszkę przegadania w środku.

Hm, przyznam się, że nie jest to moja ulubiona długość tekstu, czuję się lepiej w czymś nieco dłuższym lub znacznie krótszym. Coś pewnie tam jest, ale tak na świeżo nie do końca to jeszcze widzę.

 

W każdym razie ten świat jest intrygujący, nie da się ukryć, co po części jest powodem nieusatysfakcjonowania ;)

To chociaż tyle dobrze, bo myślałam, że obsesja na temat pewnego okresu historycznego nigdy mi się już nie przyda. 

Nowa Fantastyka