- Opowiadanie: adam_c4 - Bullshit!

Bullshit!

Moje pierwsze podejście do bizarro. Przystępując do pisania tekstu, starałem się znaleźć jakąś żelazną definicję tego gatunku, ale taka chyba nie istnieje. Ma być dziwacznie i absurdalnie, to podstawa, ale czy koniecznie historia musi epatować wulgarnością (nawiązywać do tematyki seksualno – wydalniczej?). Niekoniecznie.

Ale moja nawiązuje! Życzę przyjemnej – mimo wszystko – lektury.  

 

Hasło: wyjazd dezintegracyjny

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Użytkownicy III, Finkla

Oceny

Bullshit!

Po śniadaniu poszli do strefy wellness. Całą piątką. Mike, mimo osiemdziesięciu kilogramów nadwagi, odważył się rozebrać do samych slipek. Poczłapał w kąt basenu, aby jak najmniej rzucać się w oczy. Paul, dla odmiany, próbował skupić na sobie uwagę wszystkich; w czepku i czarnych goglach przepływał basen w tę i z powrotem. Jego styl był jakąś dziwną wariacją żabki i delfina. Tak przynajmniej ocenił to Max, który postanowił towarzyszyć Mike’owi. We dwóch obserwowali starszego kolegę.

– Pół-człowiek, pół-ryba, pół-emeryt – rzucił Max, na co Mike uśmiechnął się półgębkiem. Powinien chyba poczuć ulgę, wynikającą z faktu, że to nie on stanowi obiekt kpin. Zamiast tego pomyślał sobie, że skoro dbający o siebie, przystojny facet jest po cichu wyśmiewany, to z niego musiano szydzić bez opamiętania.

Mike spojrzał ukradkiem na Sandrę i Monikę, które snuły pogawędkę w jacuzzi. To ich obecność, oczywiście, krępowała go najbardziej. Ale co tam, miał powód, żeby chodzić z podniesionym czołem (choćby w samych gaciach); był drugim najlepszym sprzedawcą w firmie. Tuż za Moniką, która, gratulując mu drugiego miejsca, pocałowała go w policzek.

,,Nieważne, czy o mnie plotkują” – pomyślał, śledząc popisy Paula. ,,Żadne z nich nie potrafi tego, co ja. Gdybym miał wygląd Moniki, pewnie osiągnąłbym wynik o dwadzieścia procent lepszy od niej…”.

Sandra, ustępująca Monice pod względem urody i intelektu, była piąta. Max czwarty, Paul trzeci – ci dwaj szli łeb w łeb do samego końca. Młodzik został wypchnięty z podium na ostatniej prostej i brązowy medal przypadł dwukrotnie starszemu weteranowi.

W dowód uznania firma zafundowała ,,wyborowej piątce” weekend w Spa. W mailu od działu HR napisano, że powinni się tutaj ,,zrelaksować i zacisnąć łączące ich więzi”. Wszystkich (z wyjątkiem Sandry) uderzyła skryta w tym zaleceniu ironia; każdy sprzedawca wiedział, że może polegać wyłącznie na sobie. Choć praktyki polegające na cichym podkradaniu klientów nie wchodziły w grę na tak wysokim szczeblu – tym parały się pomniejsze szczurki – żaden z ,,wyborowych” nie zawahałby się przed sięgnięciem po sztylet, gdyby okoliczności do popełnienia skrytobójstwa były sprzyjające.

Tak czy siak, nikt z pierwszej piątki nie patrzył darowanemu koniowi w zęby. W końcu było to jedno z najlepszych Spa w kraju. Obawę budziła tylko zapowiedź ,,gry integracyjnej”, w której mieli brać udział dzisiejszego popołudnia. Monika próbowała dowiedzieć się czegoś na recepcji, ale usłyszała jedynie, że wspomniana atrakcja ma być ,,niespodzianką” i że ,,na pewno nie będą zawiedzeni”.

Kiedy już nacieszyli się wodą, poszli do swoich pokoi, by nieco odpocząć przed obiadem. Mike zaległ na łóżku i po raz kolejny obiecał sobie, że od poniedziałku wchodzi na dietę olejkową doktora Brokedicka. Max, przeklinając głupiego dziada, który zgarnął mu laury sprzed nosa, kopał poduszkę w różne kąty pokoju, aż w końcu stłukł lampę. Paul robił pompki, aż pociemniało mu w oczach, Sandra nakładała staranny makijaż, a Monika zasiadła przed komputerem, aby dopiąć dwa zamówienia.

W pół do drugiej spotkali się na korytarzu wiodącym do restauracji. Po wykwintnym śniadaniu, które spożyli na tarasie, mieli wysokie oczekiwania.

Stoły uginały się od jedzenia. Okazało się, że zaserwowano rozmaite dania z wołowiny: kotlety, sznycle, potrawki, gulasze. Na ścianie zawieszono tablicę z szarym konturem byka. Czarne kreski rozdzielały go na poszczególne, jadalne partie, które to partie opisano pochyłą czcionką z wymyślnymi zawijasami: Rostbef, goleń, szponder…

– Przepraszam! – Monika zwróciła się do kelnera. – Czy serwujecie państwo dania wegetariańskie?

Mężczyzna z przylizanymi włosami położył dłoń w białej rękawiczce na piersi, ukłonił się i rzekł:

– Absolutnie nie.

Kobieta otwarła usta, aby zaprotestować, ale koniec końców nie powiedziała nic. Wrzuciła na talerz kilka opiekanych ziemniaków, dołożyła bukiet surówek i z naburmuszoną miną zasiadła za dużym, okrągłym stołem. Reszta ekipy rzuciła się na mięsne specjały.

– Ech, Mona, nie wiesz, co tracisz – powiedział chwilę później Max, nabijając na widelec smażoną polędwiczkę. Koleżanka spiorunowała go wzrokiem.

Do obiadu podano kilka rodzajów wina. Czym prędzej przystąpili do degustacji – prędko osuszyli dwie butelki czerwonego trunku, który świetnie komponował się z mięsem.

Towarzystwo jadło, piło i gadało o pierdołach, przekrzykując się i chichocząc. Przy trzecim kieliszku nawet wściekła wegetarianka poczuła się dobrze. Nagle zjawił się kelner z przylizanymi włosami.

– Przepraszam – rzekł – ale muszę państwa prosić o przerwanie posiłku.

– Dlaczego?! – obruszył się Mike.

– Bardzo proszę. Pójdą państwo za mną.

Z wyraźnym ociąganiem, wszyscy podnieśli się z krzeseł.

– Gra integracyjna – rzucił Paul, na co reszta jęknęła.

Myśleli, że kelner zaprowadzi ich do windy, ale nie – skręcił na klatkę schodową. Mike modlił się w duchu, aby nie musieli wchodzić zbyt wysoko.

Wspięli się o piętro wyżej i ruszyli długim korytarzem. Przewodnik stanął przed wejściem do jednego z pomieszczeń i wykonał zapraszający gest.

Znaleźli się w niewielkim, pustym pokoju. Pozbawiony mebli i okien, przypominał opróżniony składzik. Uwagę wszystkich przykuła wystająca z sufitu rura o sporej, półmetrowej średnicy.

– Życzę dobrej zabawy. – Kelner ukłonił się i zamknął drzwi. Uwadze wszystkich nie umknął fakt, że były one zaskakująco masywne.

Paul szarpnął klamkę.

– Zamknięte – rzekł zrezygnowany.

Sprzedawcy wydali z siebie wystudiowany jęk, mówiąc: ,,O Boże, na co komu ta błazenada, nie możemy spędzić czasu jak dorośli, szanujący swój czas, ludzie?!”.

Wszyscy podskoczyli, kiedy rozległ się opętańczy śmiech. Musiał dochodzić z niewidocznych głośników, a brzmiał tak, jakby ktoś umierał z radości na dnie suchej studni.

– Witajcie! – powitał ich gruby, przetworzony komputerowo głos. – Pora zacząć zabawę!

Mężczyźni wymienili spojrzenia, mówiące: ,,serio?”, Monika wyraziła zażenowanie, przykładając dłoń do oczu, zaś Sandra wyglądała na przestraszoną.

– Jestem Kowboj! – kontynuował niewidzialny gospodarz – i zadam wam pierwsze pytanko na rozgrzewkę! Uwaga! Niech każde z was się zastanowi i powie, ile razy skłamało w zeszłym tygodniu.

Sandra wystraszyła się jeszcze bardziej, z kolei pozostała czwórka wyglądała teraz na wkurzoną.

– Co to ma być?! – krzyknął Paul. – Jakieś pseudo-psychologiczne fiu-bździu, mające nas niby integrować? Przecież to jakaś żenada!

Reszta chóralnie zgodziła się z jego słowami.

– Daję wam jeszcze piętnaście sekund – ogłosił nieznajomy, który przedstawił się jako Kowboj.

– Bo co?! – krzyknął Max, rozglądając się dokoła, usiłując dostrzec kamerę. Nie było wątpliwości, że są podglądani.

– Bo stanie się coś niemiłego – odpowiedział Kowboj.

– Coś niemiłego stanie się tobie, kiedy stąd wyjdziemy! – krzyknęła Monika. – Co to za kretyńska farsa? Ja sobie nie życzę brać w tym udziału! Proszę nas stąd wypuścić!

Zapadła cisza, którą szybko przerwało odległe buczenie.

– Agregat? – zastanawiał się głośno Mike.

– Tak – przyznał Paul. – Albo jakiś silnik…

Buczenie narastało, aż w końcu utonęło w koszmarnym chlupocie.

Z rury rzygnęła gęsta, brązowa ciecz. Odór, który błyskawicznie wypełnił pomieszczenie, nie pozostawiał wątpliwości, że pokój zalewa płynne gówno. Kaskady łajna uderzały o posadzkę, rozchlapując je po całym pomieszczeniu. Piątka przerażonych więźniów odsunęła się pod ścianę, jednak na marne – wszyscy zostali opryskani.

Obrzydliwy potok ustał po kilkunastu sekundach. Monika i Paul wymiotowali, Sandra szarpała klamkę, wrzeszcząc, Mike usiadł na mokrej posadzce, trzymając się za serce, a Max stał jak wryty, nie wierząc w to, co właśnie się stało. Znów rozległ się opętańczy rechot.

– Nie żartuję! – krzyknął Kowboj. – Macie odpowiadać na moje pytania!

– Kim jesteś?! – odkrzyknął Paul, ocierając usta. – Czego od nas chcesz?!

– Kim jestem? Jestem kimś, kto ma do was parę pytań i chce poznać odpowiedzi. Pamiętajcie o dwóch rzeczach: po pierwsze, będę wiedział, kiedy skłamiecie. Po drugie: jeśli skłamiecie zbyt wiele razy, utopicie się w byczmy gównie. Rozumiemy się?

– To jakiś koszmar! – załkała Sandra.

Paul pochylił się nad Mikiem, który uspokoił go, że to nic poważnego – tak reaguje na silny stres.

– No dobra! – Monika chwyciła się pod boki. – Zadasz nam pytania, my odpowiemy zgodnie z prawdą. Wtedy nas wypuścisz? Czy jesteś świrem, który i tak zamierza nas pozabijać?

– Jak śmiesz! – obruszył się Kowboj. – Umowa to umowa! Ja, w przeciwieństwie do was, szanuję prawdę!

– Jak to? – zdziwił się Max.

– Dość tego! – Wrzask sprawił, że niewidzialne głośniki aż zatrzeszczały. – Macie robić, co każę! Zapytam po raz kolejny: ile razy skłamaliście w zeszłym tygodniu?

– Ja dwa razy – przyznał Paul.

– Ja też – powtórzył Max.

– Ja musiałam… – Monika westchnęła, przymykając powiek. – Ja… myślę, że osiemnaście razy. Tak, osiemnaście.

Pozostali, nawet dyszący na podłodze Mike, zrobili na te słowa wielkie oczy.

– Ja ani razu! – załkała Sandra. – Ja nie kłamię!

Teraz pozostała czwórka przewróciła oczami.

– Trzy razy – sapnął Mike.

Zapanowała cisza. Nie na długo: przerwał ją ostry, pulsujący dźwięk, przywodzące na myśl syrenę alarmową. Kowboj skandował do rytmu:

– Bull-shit! Bull-shit! Bull-shit…!

W tym hałasie nawet nie usłyszeli szumu agregatu. Z rury znów trysnęło gówno.

Potok płynął przez dobre pół minuty. Kiedy już każdy z pięciu sprzedawców zwymiotował wszystko, co miał do zwymiotowania, z głośników wydobyła się przestroga:

– Nie radzę kłamać.

– Moment! – krzyknął Max. – Skąd niby wiesz, że kłamaliśmy? Siedzisz nam w głowach, czy jak?

– Mniej więcej – odpowiedział Kowboj. – Pora na drugie pytanie. Lepiej dobrze się zastanówcie, bo jesteście już umoczeni po łydki. Nie możecie sobie  pozwolić na ściemnianie. Pytanie brzmi: kto z waszej piątki myślał o miętoszeniu czyich cycuszków?

Sprzedawcy spojrzeli po sobie.

– Że co? – zapytał Mike.

– Nie rozumiem! – krzyknęła Sandra.

– Wiecie, o co mi chodzi! – Zdenerwował się Kowboj. Monika uniosła dłonie w uspokajającym geście i powiedziała:

– Chodzi o specyficzną, skupioną na piersiach, fantazję erotyczną, tak? Z tego mamy się wyspowiadać?

Brak komentarza potwierdzał jej przypuszczenie. Max chrząknął, wbił spojrzenie w podłogę i rzekł:

– To nie tak, że to była fantazja… Absolutnie nie! Ale tak się zastanawiałem kiedyś, tak hipotetycznie, dla porównania z kobiecymi… jakie są w dotyku cycki Mike’a.

– Że jak? – zapytał Paul. Tylko on był w stanie cokolwiek z siebie wydusić.

– To tylko ciekawość! Taka ciekawość! – Max wodził spojrzeniem od jednej osoby do drugiej, szukając oznak wiary w swoje zapewnienia. Na marne.

– Brawa za szczerość! – odezwał się Kowboj. – Widzicie? Opłaca się mówić prawdę!

À propos! – krzyknęła Monika. – Powiesz nam w końcu, kim jesteś i dlaczego nas torturujesz?

– Nie muszę tego robić – padła odpowiedź. – Ale powiem, czemu nie. Jestem hodowcą bydła i biznesmenem. Tak się składa, że ten hotel należy do mnie. Czystym przypadkiem dowiedziałem się, że Zawiasex International urządza wypad integracyjny dla piątki swoich najlepszych sprzedawców. Kolejny przypadek: od dawna mam z wami, skurczybyki, na pieńku!

– Jak to? – zapytał Mike.

– A tak to! Kiedyś zamówiłem u was kilkaset zawiasów do bram. Wiecie, standardowa renowacja zagród na farmach. Daliście mi gwarancję na dwadzieścia cztery miesiące. Co stało się dwudziestego piątego miesiąca? Pieprzone zawiasy się rozpadły!

– Ależ proszę pana! – zapiszczała Sandra. – Proszę zwrócić uwagę, że Zawiasex International jako jedyna firma oferuje tak długi okres…

– Cicho! – Krzyk przerwał rutynową formułkę.  – Wcisnęliście mi gówno i teraz mam okazję odpłacić wam się tym samym.

– MY wcisnęliśmy? – wściekła się Monika. – Nie sądzę, aby to któreś z nas…

– Bez dyskusji! – Kowboj nie miał zamiaru słuchać usprawiedliwień. – Następne pytanie! Uwaga: które z was marzyło o fiku-miku z pigmejem!?

– Och! – Monika załamała ręce i zgięła się w pół. Szlochała dobrą chwilę, a potem podniosła twarz mokrą od łez i wykrzyczała: – To ja! Miewam tę fantazję regularnie, to silniejsze ode mnie! Wiem, że jestem zboczona, ale cóż na to poradzę?!

Pochlipała jeszcze chwilkę, po czym, ku powszechnemu zdziwieniu, uśmiechnęła się.

– Widzicie!? – krzyknęła. – Ten palant ściemnia! W żaden sposób nie podgląda naszych myśli! Przecież to oczywiste!

– No właśnie! – pochwycił Max. – Ja od początku wiedziałem. No i sami widzicie, że… e… z tymi cycami Mike’a to nieprawda!

– Panie Kowboju! – kontynuowała Monika, rozglądając się dokoła. – Skończ te kretyńskie gierki i natychmiast nas wypuść! Kto wie, może nawet nie złożymy skargi, jeśli jakoś nam to pan wynagrodzi. A tak poza tym, to co jest z tobą, gościu, nie tak? Miętoszenie cyców i fikoły z pigmejem? Co ty? Zatrzymałeś się w rozwoju na etapie gimnazjum?!

Ta uwaga dotknęła Kowboja.

– Gimnazjum?! – krzyknął.  – Taaaak?! Ciekawe, jak wybrniecie z tego, zakichane wykształciuchy! Kolejne pytanie, z innej beczki: kto rano chodzi na dwóch nogach, potem na czterech, a potem… trzech nogach…

– To nie tak! – jęknął Paul.

– Aleś błysnął! – zarechotał Mike.

– No nie wiem… – Monika przyłożyła palec wskazujący do brody, udając, że się nad czymś zastanawia. – Jakiś pojebany zwierz, któremu odpadają nogi?

– Dość tego! – Ton głosu wskazywał na to, że Kowboj wpadł w histerię. – Nie będziecie mnie obrażać!

Szum agregatu mógł oznaczać tylko jedno. Ku rozpaczy więźniów, z rury chlusnęło gówno. Tym razem lało się długo. Obrzydliwa ciecz w końcu sięgnęła wszystkim, mniej więcej, do pasa

– Ty pieprzony świrze! Wypuść nas!

– Przestań!

– Pójdziesz siedzieć!

Głośne skargi nie wywołały żadnej reakcji. Ta pojawiła się po dłuższej chwili:

– No i co ja mam z wami zrobić? – Monika zauważyła, że nie było to pytanie retoryczne. W tamtej chwili dotarło do niej, że nie mają wielkich szans na przeżycie.

– Drogi panie Kowboju – rzekła przymilnym tonem. – Myślę, że to zaszło trochę za daleko. Ale wciąż nie jest za późno, żeby się wycofać. Jesteśmy sprzedawcami, proszę mi wierzyć, że niejedno w życiu widzieliśmy. Proszę nas wypuścić, a obiecuję, że wszyscy zapomnimy o tej przykrej sprawie…

– Mów za siebie! – załkała Sandra. – Ja tego nigdy nie zapomnę! Nigdy!

– Przymknij się, idiotko! – zganiła ją szeptem koleżanka.

Znów zaszumiał agregat.

– Dlaczego?! – krzyknął Mike.

– To nie ja! To samo! Ja nic… – Dało się słyszeć, że Kowboj wali ręką w jakieś przyciski. Piątka sprzedawców, bez większego sensu, zaczęła wzywać pomocy.

Kiedy gówno sięgnęło Sandrze po talię, ujęła Monikę za rękę i wykrzyczała:

– Nigdy cię nie lubiłam! Jesteś podstępną szmatą!

– Nawzajem! – Padła riposta. – Ty nie jesteś podstępna, za to głupia jak but i prymitywna jak skurwysyn!

– A ty zboczona! – pisnęła Sandra! – Widzisz? Ten twój pigmej już by się tu utopił!

– Mój pigmej?!

W międzyczasie Mike próbował odepchnąć od siebie Maksa, który chwycił go oburącz za obwisłe piersi.

– Tak jak myślałem! Mięciutkie jak puch!

– Ja też zawsze o tym marzyłem – przyznał Paul.

Gówno lało się i lało. Jeszcze minuta, góra dwie, i nastąpi koniec…

 

 

– Ratunku!

Fernando wyrwał się ze snu, krzycząc. Wierzgnął, zrzucając kołdrę z siebie i z Matyldy.

– Fern! Co jest?! – Żona położyła mu łapę na ramieniu.

– Koszmar! Straszny koszmar, dobry Boże…

– Ciii, spokojnie. Co ci się śniło?!

Fernando usiadł na łóżku i wbił spojrzenie w ścianę.

– To było tak abstrakcyjne i popieprzone, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Muszę to chyba spisać. Chodziło o to, że ludzie… którzy sprzedawali zawiasy… zostali gdzieś uwięzieni i zalewało ich gówno. Ja pierniczę, nie do wiary.

– Ludzie? Ludzie sprzedawali zawiasy? – dopytywała Matylda.

-Tak!

Samiec wstał z łóżka i zaczął się ubierać.

– Jesteś przemęczony – zawyrokowała żona.

– Tak, pewnie tak. – Mąż posłał jej całusa i wyszedł z sypialni. Koszmar obudził go kwadrans przed budzikiem.

Po zakończeniu porannej toalety zrobił sobie kanapki i wyciągnął z lodówki butelkę mleka. Wyjrzał przez okno – pogoda była cudowna. Słonko grzało, ani jednej chmurki na niebie. Postanowił zjeść śniadanie w drodze do pracy. Pogwizdując wesoło, wyszedł z domu i ruszył chodnikiem w stronę fabryki.

Kiedy wgryzł się w kanapkę, powróciło do niego wspomnienie koszmaru. Z odrazą spojrzał na kromki chleba, pośród których ułożył ser i ludziowinę.

Odłożył nadgryzioną kanapkę do teczki i pociągnął łyk mleka. Smakowało cudownie, Matylda udoiła je wczoraj wieczorem. Ech, gdzie te lubieżne czasy, kiedy żona wrzucała koronkowe ciuchy i kazała mu się ,,wypompować do cna”? Musieli potem wycierać ściany…

Fernando Torro, powszechnie szanowany byk, minął bramę zakładu przetwórstwa mięsnego, w którym piastował funkcję dyrektora do spraw jakości.

,,To by było czyste szaleństwo, gdybym to właśnie ja przeszedł na wegetarianizm” – pomyślał.

Ale nie takie szaleństwa widział już ten świat.

Koniec

Komentarze

Witaj, Adamie!

 

Mam chyba tylko jedną niezręczność w tekście:

Z rury znów trysnęło się gówno.

Czy to się jest tutaj potrzebne?

 

Ma być dziwacznie i absurdalnie, to podstawa, ale czy koniecznie tekst musi epatować wulgarnością (nawiązywać do tematyki seksualno – wydalniczej?). Niekoniecznie.

Bizarro, jak sie okazuje, to szeroki temat i każdy ma do tego inne podejście. U mnie obyło się seksualnością i elementami wydalniczymi, jednak zachowałem wulgarność i skrajną dziwność. Każde opowiadanie w tym konkursie wydaje się inne, co mi się bardzo podoba ;)

 

Teraz moja ogólna ocena: fajne i ciekawe podejście do Twojego hasła konkursowego(które może wpisz w opisie, by było widać o co chodzi), choć nie obyło się bez tematyki wydalniczej ;)

Sprzedawcy wydali mi się takimi typowymi przedstawicielami firm garnkowych czy supernowoczesnych materacy do spania, co naciągają starszych ludzi. Zalanie ich gównem (którzy sami bez cienia żenady sprzedają) wydało mi się śmiesznym, ale i dosyć satysfakcjonującym pomysłem. Moim zdanie wyszło dobrze, czytało się przyjemnie i z humorem ;)

Końcówka trochę mnie wystraszyła, bo pomyślałem, że to wszystko jest tylko snem – i było – jednak Ty wtrąciłeś tutaj twist z bykami, więc moim zdaniem wyszedłeś obronną ręką.

Pozdrawiam i trzymam kciuki w konkursie!

 

P.S

Fajny tytuł, pasuje do treści, a do tego zgłoszę do biblioteki ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć!

 

Jak najbardziej fajne opowiadanie. Jest ciekawe, tylko, że szkoda, że to był sen, ja czekałem na jakieś inne zakończenie. Humor też przypadł mi do gustu. Super motyw z rurą z której leciało gówno :)))

 

Pozdrawiam!!!

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

cześć adamie:-)

ciekawa realizacja hasła konkursowego:-) wyszło Ci coś w rodzaju escape room połączonego z big brotherem? tak mi się skojarzyło. Absurd jest, fekalia są, wyszło naprawdę dobrze. Pigmeje mnie szczerze rozbawiły i ta scena z cycuszkami Mike’a na końcu. Podoba mi się tytuł, pasuje idealnie!:-)

Bardzo fajne zakończenie, przewrotne i absurdalne zarazem. No i uwielbiam Fernando autorstwa Munro Leafa!heart 

polecam do biblioteki i pozdrawiam

powodzenia w konkursie

Spośród tekstów na konkurs bizarro ten spodobał mi się chyba najbardziej :) Najmniej jest tu wulgarności i czystego absurdu, a zarazem najbardziej zaskakuje – końcówka wygrała wszystko ;D Cudna kpina z wyścigu szczurów, z korpolife, fajnie zaznaczyłeś rywalizację pomiędzy uczestnikami wyjazdu (dez)integracyjnego. Uważam, że zręcznie odniosłeś się do konkursowego hasła i lektura sprawiła mi dużo radochy. 

Z większych zgrzytów wyłapałem jedynie:

 

Po dokonaniu porannej toalety zrobił sobie kanapki

Czy poranną toaletę można dokonać? Może po prostu po zakończeniu porannej toalety? 

Cześć, Danielu!

Czy to się jest tutaj potrzebne?

Ups, jakaś pozostałość.

Końcówka trochę mnie wystraszyła, bo pomyślałem, że to wszystko jest tylko snem – i było – jednak Ty wtrąciłeś tutaj twist z bykami, więc moim zdaniem wyszedłeś obronną ręką.

O, przyznam, że właśnie na tym mi zależało – z jednej strony czytelnik myśli sobie, że to tani chwyt z tym snem, ale wziąwszy pod uwagę to, kto śni, zmienia postać rzeczy :)

 

Cieszę się, że tekst dobrze się czytało. Dziękuję za wizytę i zgłoszenie do biblioteki! Pozdrawiam!

 

Witaj, Dawidzie!

Jest ciekawe, tylko, że szkoda, że to był sen, ja czekałem na jakieś inne zakończenie.

No tak, jest to szyte nieco grubymi nićmi, ale biorąc pod uwagę absurdalność całego opowiadania, skusiłem się na to rozwiązanie :)

 

Dzięki za wizytę, pozdrawiam!

 

Cześć, Olciatko :)

wyszło Ci coś w rodzaju escape room połączonego z big brotherem?

Heh, coś w tym jest, nawet nie patrzyłem na to w ten sposób ;)

 

Cieszę się, że groteskowy humor i końcówka przypadł Ci do gustu. Dziękuję za lekturę i polecajkę. Pozdrawiam!

 

Cześć, AmonRa!

Spośród tekstów na konkurs bizarro ten spodobał mi się chyba najbardziej :)

To miłe :) 

końcówka wygrała wszystko ;D

Uff, cieszę się, bo to był jednak dość ryzykowny zabieg :)

Z większych zgrzytów wyłapałem jedynie:

 

Po dokonaniu porannej toalety zrobił sobie kanapki

 

Fakt, poprawię.

Dziękuję za wizytę, pozdrawiam! 

 

Cześć, Adamie.

 

Ja niestety nie podzielę zachwytów przedpiśców. Opowiadanie zaintrygowało, bo już w momencie, w którym bohaterowie zmierzają do pokoiku za kelnerem, nastawiałem się na rozgrywkę jak z “Piły” albo “The circle”. Miałem jednak nadzieję na jakąś rozgrywkę psychologiczną, doprawioną spektakularnymi śmierciami kolejnych uczestników. A tutaj dostałem jeden pokoik i zalewanie ludzi gównem, panikę kolejnych osób, jakieś pseudo wychodzenie z szafy, seksualne fantazje z pigmejem i spuentowanie całości, że to był sen. Chociaż, muszę przyznać, że rozczarowałem się potężnie, kiedy Fern się obudził, jednak nieco zatarłeś złe wrażenie twistem ze zwierzętami. Musze przyznać, że taki zabieg współgra z wcześniejszymi motywami wegetariańskimi i wydźwięk całości też wegetarianizmem zalatuje.

Jednak nawet ten ciekawy twist, spychający rozczarowanie, że to sen, nie jest w stanie podbić mojej oceny opowiadania, bo ta główna część z ludzkimi bohaterami nie dorównała moim oczekiwaniom. Oczywiście to jest najprawdopodobniej moja wina, bo się sam nastawiłem na coś mocniejszego. Z drugiej jednak strony Ty również mnie nastawiłeś na coś mocniejszego i wybranym hasłem i przyjętą konwencją. Powiedzmy więc, że winę za mój nie najlepszy odbiór podzielimy między nas obydwóch ;)

 

Kilka uwag do przemyślenia:

 

Uwagę wszystkich przykuła wystająca z sufitu rura o sporej, półmetrowej średnicy.

Wywaliłbym, bo to niczego konkretnego nie mówi, a kolejne słowo już o średnicy mówi konkretnie.

 

– Nie muszę tego robić – padła odpowiedź. – Ale powiem, czemu nie. Jestem hodowcą bydła i biznesmenem. Tak się składa, że ten hotel należy do mnie. Czystym przypadkiem dowiedziałem się, że Zawiasex International urządza wypad integracyjny dla piątki swoich najlepszych sprzedawców. Kolejny przypadek: od dawna mam z wami, skurczybyki, na pieńku!

Strasznie to infodumpowe i w stylu komiksowych złoczyńców, zakochanych w sobie i swoich planach, wyjawiających bohaterom w monologu co stoi za ich działaniami.

 

– Och! – Monika załamała ręce i zgięła się w pół. Szlochała dobrą chwilę, a potem podniosła twarz mokrą od łez i wykrzyczała: – To ja! Miewam tę fantazję regularnie, to silniejsze ode mnie! Wiem, że jestem zboczona, ale cóż na to poradzę?!

Nienaturalne to jest jak jasna cholera. Rozdygotana dziewczyna, unurzana w gównie, ze świadomością, że za chwilę może umrzeć z powodu działań jakiegoś psychola, wypowiada słowa “ale cóż na to poradzę”. Nie kupuję tego. Gdyby wrzasnęła coś w stylu “Jestem zboczona, i co z tego, kurwa!?” z pretensją, to IMHO wypadłoby bardziej naturalnie.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Pomimo motywów fekalnych, czytało się przyjemnie. Całość skojarzyła mi się natomiast nie tylko z escape roomami, ale też z cyklem horrorów “Piła”. Tutaj Jigsawa zastąpił Kowboj, który chciał ukarać swoje ofiary za złe postępowanie i zakłamanie.

Przyjemnie się czytało.

Mało prawdopodobne, żeby nawet wyjątkowo uczciwy człowiek zełgał tylko dwa razy w tygodniu. “Pięknie dzisiaj wyglądasz, kochanie”, “Tak, zrobię to do jutra”, “Skarbie, oczywiście, że święty mikołaj istnieje” i pozamiatane…

Interesujące wykorzystanie hasła.

I bardzo mi się podobała interpretacja bullshitu.

Babska logika rządzi!

Witaj, OS!

Chociaż, muszę przyznać, że rozczarowałem się potężnie, kiedy Fern się obudził, jednak nieco zatarłeś złe wrażenie twistem ze zwierzętami. Musze przyznać, że taki zabieg współgra z wcześniejszymi motywami wegetariańskimi i wydźwięk całości też wegetarianizmem zalatuje.

Wegetariański motyw ,,sam" mi się tutaj nastręczył. Siadając do tekstu, nie miałem zamiaru go wplatać.

Wywaliłbym, bo to niczego konkretnego nie mówi, a kolejne słowo już o średnicy mówi konkretnie.

Racja.

Strasznie to infodumpowe i w stylu komiksowych złoczyńców, zakochanych w sobie i swoich planach, wyjawiających bohaterom w monologu co stoi za ich działaniami.

O, ale właśnie na tym mi zależało :) Żeby Kowboj wypadł w takim stylu – komiksowego, fajtłapowego złoczyńcy, który obowiązkowo zdradza w szczegółach swoją niecną intrygę tym, przeciwko którym ją wymierzył :)

Nienaturalne to jest jak jasna cholera. Rozdygotana dziewczyna, unurzana w gównie, ze świadomością, że za chwilę może umrzeć z powodu działań jakiegoś psychola, wypowiada słowa “ale cóż na to poradzę”.

Gdybym pisał tekst w poważniejszej konwencji, z pewnością zdecydowałbym się na coś w tym stylu. Chciałem, żeby sposób, w który Monika tutaj postępuje, pokazywał jej beznamiętność i opanowanie – nawet w tej sytuacji zachowała zimną krew i w sposób niemal teatralny zagrała skruszoną niewiastę o lubieżnych myślach.

Powiedzmy więc, że winę za mój nie najlepszy odbiór podzielimy między nas obydwóch ;)

Dil :) Mam nadzieję, że w przyszłości rezultatem podobnej współpracy będzie Twój zachwyt :D

 

Dziękuję za komentarz, pozdrawiam!

 

Cześć, fanthomasie! Cieszę się, że lektura była przyjemna. Faktycznie, skojarzenia z Piłą same się nasuwają :)

Pozdrawiam!

 

Cześć, Finklo!

Mało prawdopodobne, żeby nawet wyjątkowo uczciwy człowiek zełgał tylko dwa razy w tygodniu.

Racja :)

I bardzo mi się podobała interpretacja bullshitu.

Miło słyszeć :) Dziękuję za wizytę i za klika! Pozdrawiam!

Cześć, Adam!

Mam problem z twoim opowiadaniem. Z jednej strony super się czytało, bardzo szybko dobrnęłam do końca i byłam szczerze zaintrygowana, jak się skończy. No ale zakończenie takie sobie – niby całkiem dobre, sama nie wiem, jak inaczej można by to poprowadzić, lecz czułam niedosyt. Po prostu ;) Ale w sumie może i dobrze, że nikt nikogo nie topił w kupie.

Zgadzałam się z Outtą w sprawie kilku szczegółów, ale skoro taka miała być konwencja, to ok. Mimo to uważam, że postać głównego złola mocno przeciętna. Niby Kowboj przez duże K, ale jakiś taki szczyl.

Podoba mi się początek stylizowany na jakby wyciągnięty ze środka powieści. Mimo tego zabiegu nie czułam się zagubiona.

 

-Tak!

Brak spacji.

 

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dil :) Mam nadzieję, że w przyszłości rezultatem podobnej współpracy będzie Twój zachwyt :D

No to czekam na coś, co mnie zachwyci :)

Known some call is air am

Cześć, Lano! Dziękuję za wizytę. Szkoda, że lektura pozostawiła niedosyt, niemniej cieszę się, że czytało się super :) No i że nie przekombinowałem z tym początkiem.

Dziękuję i pozdrawiam!

 

Outta,

No to czekam na coś, co mnie zachwyci :)

Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się coś takiego opublikować :) Pozdrawiam!

Hej :)

Nie wiem do końca, co napisać o opowiadaniu. Jest napisane bez zarzutów, właściwie nie mam się do czego przyczepić, ale mimo to nie porwało. Chociaż, myślę, że to raczej wina mojego gustu niż opowiadania, bo to jest całkiem dobre.

Pomysł jest ciekawy, bohaterowie charakterystyczni. Mimo, że opowiadanie jest naprawdę krótkie, to o każdej postaci można coś powiedzieć. A, i, co już było wspomniane, bardzo spodobała mi się gra słów dotycząca bullshit :D

Powodzenia :)

Witaj, Oluto! Szkoda że opowiadanie nie porwało, ale cieszę się, że doceniasz grę słów ;) Dziękuję za wizytę, pozdrawiam! 

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dobrze się czytało :)

Fajnie :) Dzięki, Anet!

Taka jestem trochę niepewna, co myśleć. Bo z jednej strony korpoparodie są zgrane do bólu, horror na korpozjazdach też, dosłowność rozumienia hasła też była łatwa do zgadnięcia. Z drugiej, piętrowość fabuły (bohaterom wydaje się, że są na zwykłym wyjeździe, a trafiają do jakiegoś koszmaru/horroru, który jest dosłownym koszmarem złola, w rzeczywistości bohatera) nadrabia tę sztampowość, a zakończenie jest bardzo udane.

utopicie się w byczmy gównie.

Się literki poprzestawiały :)

 

Satyra na korpo nieco przewidywalna, ale czytało się dobrze. Potem, gdy okazało się, że to sen, poczułam się rozczarowana, ale na koniec zagrałeś jeszcze ostatnią kartą i nie mogłam się nie roześmiać. Kanapka z serem i ludziowiną Ci się też udała :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka