- Opowiadanie: fanthomas - Nienawidzialność

Nienawidzialność

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Łosiot, Finkla

Oceny

Nienawidzialność

Od dzieciństwa interesowały mnie rzeczy niewytłumaczalne i tajemnicze. Mój dziadek miał solidną kolekcję starych ksiąg o wyjątkowo plugawych tytułach. Samo spojrzenie na okładki wystarczyło by stwierdzić, że czytelnik skręca w bardzo mroczne rejony. Nie były to co prawda tak ohydne rzeczy jak bluźniercze czasopisma, które przeglądał w ukryciu mój brat, oddając się rozpustnym czynnościom, ale i tak historie, które przeczytałem w tych woluminach, wyglądających na pochodzące z dawnych czasów, a może nawet sprzed eonów, naprawdę mocno wryły mi się w pamięć i sprawiły, że zacząłem bać się różnych  zupełnie normalnych rzeczy. Kiedyś dostałem do zjedzenia mackę ośmiornicy i cały czas miałem wrażenie, że część dziwacznej istoty wprost z głębin mórz wciąż się rusza, jakby napędzana nieznaną siłą lub stanowiąca oddzielny od reszty ciała byt. Widziałem te same długie węgorzowate odnóża wspinające się czasami nocą do mojego łóżka. Zdawały się wychodzić spod podłogi, może nawet gdzieś z głębin Ziemi. Z czasem wyuczyłem się techniki odstraszania złych myśli i strachów urojonych. Wystarczyło tylko bardzo mocno się skupić i wyrecytować odpowiednią formułkę. Wtedy całe nagromadzenie złej energii odpływało. Wreszcie doszedłem do takiej perfekcji w przeganianiu upiorów, że wystarczyły mi dwa słowa i wszystko wracało do normy.

 

Pyk-pyk.

 

*****

 

Nikt nie wiedział, skąd wzięła się Nienazwana Groza. Mogła przybyć z wody, gdyż pierwsze oznaki zbiorowej paniki zostały zaobserwowane na jednej z plaż, a kilka jachtów zatonęło nagle bez konkretnej przyczyny. Strach pojawił się znienacka, nikt nic nie widział, uciekali, nie wiedząc przed czym. Czasem wystarczy jeden kamyczek by wywołać lawinę, ale trudno było stwierdzić, kto stanowił punkt zapalny. Atmosfera grozy zaległa nad plażą i doprowadziła do wybuchu niekontrolowanego szaleństwa. Piloci przelatujący nad tamtą okolicą wspominali o zawirowaniach i turbulencjach, jakich doświadczali. Wypytałem kilka osób biorących udział w feralnych wydarzeniach i wszyscy zdawali się być w rozsypce. Następnego dnia na plaży znaleziono sporo martwych ptaków. Nie wiadomo, czy zdechły w wyniku skrajnego przerażenia, złego powietrza, czy z innej przyczyny. Nie byłem w stanie stwierdzić tego organoleptycznie. Zapewne zwolennicy teorii pustej ziemi powiedzieliby, że Nienazwana Groza wypełzła spod ziemi, na skutek pęknięcia powstałego w wyniku ruchów tektonicznych. Któż zna prawdę? A może po prostu kosmos był jej domem, aż do momentu, gdy znalazła lepszy?

 

Podążając śladem Nienazwanej Grozy dotarłem do wsi Skarlałe Małe, gdzie rzekomo ktoś widział strach o wielkich oczach. Dostrzegł go zapewne szóstym zmysłem i trzecim okiem, gdyż kompletnie nie potrafił opisać jak owe coś wyglądało. W końcu stwierdził, że jednak nic nie zobaczył, tylko poczuł obecność jakiejś potworności. Niestety nijak mnie to nie przybliżało do określenia istoty problemu. Musiałem  mieć tylko nadzieję, że uda mi się w końcu zidentyfikować, a może także zutylizować zagrożenie.

 

Skarlałe Małe było typowym zadupiem, gdzie ciągle widziało się tylko krowy i pola, a zabudowania i ludzie stanowili prawdziwy ewenement. Jedynie centrum stanowiło miłą odmianę, gdyż znajdowały się tam w niedalekiej odległości sklepik i kościół. Niestety ten drugi był zamknięty do odwołania, co było z jednej strony dziwne, gdyż akurat miejsca kultu cieszyły się dość dużym zainteresowaniem, zwłaszcza w co mniejszych wsiach, z drugiej jednak jak na tak małą populację może rzeczywiście interes się nie opłacał. Za to pod sklepem zebrało się znacznie więcej ludzi, którzy byli nawet całkiem skłonni do wymiany zdań. Dowiedziałem się od nich jednak wyjątkowo niewiele na temat Nienazwanej Grozy, gdyż potrzebowali oni więcej konkretów, a ja niestety nie potrafiłem dokładnie opisać sedna tajemniczego zjawiska, a samo stwierdzenie o złym powietrzu i uczuciu strachu pojawiającym się znikąd najwyraźniej im nie wystarczyło.

 

Na temat zamkniętego kościoła nie powiedzieli zbyt dużo. Podobno miejscowemu księdzu nieco zmieniły się zapatrywania na kilka spraw i został wysłany na urlop zdrowotny, a w międzyczasie nikogo nie wyznaczono na zastępstwo. Zresztą nie było to konieczne, gdyż lokalna sekta wchłonęła wszystkie niewinne dusze, pozostawiając tylko takich wyrzutków jak oni, nie mających dachu nad głową, ani żadnych oszczędności, które mogliby oddać na rzecz dobra nowej wspólnoty wyznaniowej. Potem zagłębili się w rozmowy na temat obecnej polityki rządu i tym podobnych filozoficznych rozważań, więc opuściłem szemrane towarzystwo, zażywające rozkoszy ziemskich w postaci płynnego alkoholu.

 

W monopolowym, stanowiącym idealne miejsce do uzyskania napoju bogów, znalazłem sklepikarkę, która zaczęła drżeć na mój widok.

 

– Coś nie tak? – zapytałem.

 

– Przestraszył mnie pan.

 

– Naprawdę?

 

Wcale nie miałem zamiaru płoszyć niewieściego serca i doprowadzać go do palpitacji, dlatego zapytałem od razu:

 

– Zrobiłem coś nie tak?

 

– Bałam się, że to znowu on wrócił.

 

– Kto taki?

 

– No ten, co był tu przed chwilą. Naprawdę straszny typ. Mówił takie okropne rzeczy, groził mi…

 

– Powinna pani zgłosić to na policję.

 

– Nie mogę. On powiedział, że mnie znajdzie i zrobi krzywdę.

 

– Jeśli tak mówił, to na pewno i tak to zrobi. Proszę mi wierzyć. Tacy nigdy nie odpuszczają, dopóki ich ofiary wciąż oddychają. Policja to jedyne wyjście.

 

– Ale…

 

– Kiedyś byłem psychologiem. Znaczy takim domowym, z książek się wiele nauczyłem, potem pomagałem ludziom w trudnych sytuacjach, więc wiem, że pani się właśnie w takiej znalazła.

 

– Proszę tak nie mówić.

 

– Tamten groźny mężczyzna to jeden z tych, co piją pod sklepem?

 

– Nie, to był obcy. Pewnie przyjechał, żeby zostać członkiem sekty. Źle mu z oczu patrzyło.

 

– Dawno temu stąd odszedł?

 

– Ale on wcale nie poszedł.

 

– Jak to?

 

– Jest na zapleczu. Grzebie w śmietniku. Słyszę go jak dyszy.

 

Faktycznie, gdy zamilkłem i wsłuchałem się w dźwięki przyrody, do moich uszu doleciał odgłos szarpania i mlaskania, bardziej jednak pasujący do dzikiego zwierzęcia, niż człowieka.

 

– Pójdę to sprawdzić – powiedziałem, choć ludzkich potworów bałem się czasem nie mniej niż tych nienazwanych. Gdy dotarłem w pobliże śmietnika, dźwięk zamiast przybierać na sile stopniowo słabnął, aż w końcu zanikł zupełnie, jakbym odbił w złą stronę i zamiast przybliżyć, oddalił się zupełnie od źródła odgłosów. Śmietnik rzeczywiście był rozkopany, coś przed chwilą jeszcze w nim buszowało, ale teraz najwyraźniej uciekło, spłoszone moimi krokami. Nie bardzo wierzyłem, żeby robił to normalny człowiek, zwłaszcza mlaskając jakby karmił się tymi odpadkami. Co prawda nie takich psycholi spotykałem na swojej drodze, więc możliwe, iż kolejny wariat przeciął właśnie moją życiową ścieżkę.

W oddali ujrzałem urokliwy widok. Staw otoczony drzewami z przygiętymi ku ziemi konarami, obsypany złotym listowiem. Zbliżyłem się do niego, słysząc coraz głośniejsze odgłosy pluskania. Niczego jednak nie dostrzegłem, widocznie jakieś rybie mutanty żyły w głębinach. Gdyby nagle ze stawu wychynęły macki, zamknąłbym oczy i wypowiedział magiczną formułkę. To zawsze pomagało. Coś się tam kryło, ale najwyraźniej było zbyt wstydliwe by ujawniać swoją obecność.

Udałem się kawałek dalej, zagłębiając w las i zupełnie zapominając o sklepikarce i buszującym w śmieciach. Drzewa zaczęły skrzypieć i szeleścić resztkami liści na powitanie, ocierać się o siebie gałęziami jakby porozumiewały się w roślinnej odmianie alfabetu Morse’a. Widocznie nie podobała się im obecność intruza w ich królestwie. Nagle przypomniały mi się legendy o wysokiej postaci  z waginą zamiast twarzy, które babcia opowiadała mi przed snem. Podobno istota napadała na niewinne dziewice, zagubione w leśnych ostępach. Na szczęście o prawiczkach nie wspominano.

Po niedługim czasie dotarłem do jakiejś chaty, w zasadzie rudery. W środku paliło się światło, ale dość wątłe. Pomyślałem, że może znajduje się tam ktoś żywy, w miarę normalny i nie należący do żadnej sekty. Niestety praktycznie w każdym punkcie się pomyliłem. Co prawda staruszka, która otworzyła mi drzwi, nim nawet zdążyłem zapukać, czy nawet zastanowić się, czy chcę to zrobić, wyglądała na w gruncie rzeczy żywą, choć jej trupio blada cera i wybałuszone oczy sugerowały co najmniej stan przedagonalny.

 

– Nocny gość – powiedziała.  –  A pana dobrego co tu sprowadza?

 

– Właściwie….

 

– Odwiedzić chciał starszą panią? Biedną, schorowaną…  Niech pan wejdzie. Na zewnątrz słota.

– Nie jest tak źle.

 

Wtedy właśnie gdzieś w oddali zagrzmiało. A może to było coś innego niż zwykły grzmot?

 

– Burza idzie – stwierdziła kobieta. – Zimno, mokro, paskudnie, a u mnie ciepełko. Chyba się pan nie boi takiej bidulki jak ja?

 

– W zasadzie to nie, ale… ale… ale… No to wejdę.

 

Widocznie babcia miała naprawdę dużo uroku osobistego, skrytego pod grubą warstwą zmarszczek i brudu, gdyż mój szósty zmysł nie zaalarmował mnie w żaden sposób. Na stole czekała już filiżanka z gorącym napitkiem, jakby staruszka wiedziała, że będzie mieć gości. Poza świecznikiem, oświetlającym tylko fragment pokoju, nie było innych źródeł światła i cała reszta domu tonęła w ciemnościach.

 

– Proszę się napić. Pewnie pan zmarzł.

 

– Niespecjalnie.

 

– A u mnie tak cieplutko. I herbata jest.

 

Mruknąłem coś w odpowiedzi i nachyliłem się nad gęstym płynem o barwie kiszonej kapusty, by zweryfikować najpierw zapach.

 

– Dobra herbatka, nieprawdaż?

 

– Jeszcze nie zwilżyłem ust.

 

– Proszę to zrobić.

 

– Nie wiem, czy mam ochotę.

 

– Nalegam.

 

Napój wyglądał na nieprzyzwoicie niesmaczny. W zasadzie, gdy  do nosa doleciał jego zapach, zwątpiłem, że to w ogóle herbata. Zgniły szlam był bardziej prawdopodobny.

 

– Czy widziała pani ostatnio…?  – zacząłem, by odwrócić kota ogonem.

 

– Coś niepokojącego? Coś dziwnego? Coś tak przerażającego, że ze strachu zmoczyłabym się w kalesony?

 

– No… Mniej więcej.

 

– Proszę się napić, to powiem.

 

Musnąłem wargami ohydny napitek, a gdy tylko dotknął on mojego języka, przywarł do niego smakiem psich odchodów i nie chciał za nic w świecie się odczepić. Siłą woli zmusiłem się  jednak do uśmiechu i kilku cichych pochwał jakbym kosztował delicji i delikatesów w jednym.

 

– To jak z tymi dziwnymi wydarzeniami? – zapytałem.

 

– Nic nie widziałam. Niestety. A może to dobrze? Pewnie bym zawału dostała. Tak to żyję sobie spokojnie. Pan chyba nietutejszy? Z daleka pan przybył?

 

– Tak. Powiedzmy, że mam ochotę tam jak najszybciej wrócić.

– Nie podoba się panu okolica?

– Umiarkowanie.

– Szkoda. Prawie nic nie wypiłeś. No dalej, do dna!

 

– Ja…. W zasadzie muszę już iść. Powinna pani się wyspać. Nie będę przeszkadzał.

 

– No ale jak to tak? Przyjść w gości i nawet herbaty nie wypić? O nie, nie. Cały dzień spałam. Teraz potrzebuję innego rodzaju wrażeń. Jesteś mi w stanie coś takiego zaoferować?

 

– Nie sądzę.

 

– Och, ty szarlatanie! Teraz dopiero czuję. Jesteś prawiczkiem!

 

– Eee…

 

– No to nie będę miała z ciebie pożytku. Hmm… Z drugiej strony mawiają, że krew dziewicy dobrze działa na cerę. Co byś powiedział, gdybym cię z niej lekko osuszyła? Tak powiedzmy, do ostatniej kropli.

 

Zerwałem się z krzesła. W kącie pomieszczenia coś leżało, wcześniej zupełnie nie zwróciłem uwagi. Dopiero, gdy mój nagły ruch, widocznie przebudził to z letargu, wychynęło na światło dzienne, ukazując się w swojej całej potwornej krasie. Było to stworzenie wyglądające na człowieka, ale tam gdzie powinny być nos i usta wyrastał zwierzęcy pysk.  

 

Staruszka zakrzyknęła radośnie, jakby dobrała nagle młodzieńczej werwy:

 

– Bierz go!

 

Nie czekałem, tylko od razu rzuciłem się do ucieczki. Otworzenie drzwi zabrało mi cenne sekundy, a cudowne pyk-pyk tym razem nie zadziałało. Groza przybrała wyjątkowo realne kształty, czułem, że jest coraz silniejsza i moje medytacyjne sztuczki nie zawsze dadzą jej radę. Musiałem liczyć na swoje mięśnie i zwinność. Biegłem i biegłem, aż stwierdziłem, że nikt mnie nie goni. Za wcześnie było jednak otwierać szampana, gdyż powoli podążali za mną. Słyszałem niedaleko dźwięk dzwonków i warczenie dzikiego zwierza. Zdałem sobie sprawę, że kondycja już nie ta. Dostałem bolesnej kolki i przez kilka minut nie mogłem się pozbierać. Wystarczyło by staruszka z pieskiem zdążyła się zbliżyć. Przywarłem do ziemi. Okutany w łachmany stwór węszył. Pewnie cuchnąłem potem i strachem, bo istota zatrzymała się i wycharczała:

 

– Czuję mięso. Jest w pobliżu. Tam.

 

– No to bierz go!

 

Znów musiałem uciekać,  nie było sensu się ukrywać. Miałem nadzieję, że nędzarz o psich cechach nie będzie w stanie poruszać się nazbyt szybko, ale znów się pomyliłem. Wybiegł spomiędzy krzaków i od razu podążył moim śladem. Biegł przygarbiony, na dwóch nogach, pomagając sobie rękami, czy też łapami, gdyż były naprawdę kudłate. Niestety nie należałem do atletów. Powziąłem decyzję o jak najszybszej konieczności rozpoczęcia diety i regularnych ćwiczeniach, gdyż w moim zawodzie takie rzeczy jednak się przydawały. Powinienem też dopakować by budzić postrach wśród psychopatów i dresiarzy. Wiedziałem, że meta tego wyścigu jest wciąż daleko i nie dobiegnę do niej pierwszy, więc gdy tylko zobaczyłem wystarczająco grupy  drąg odłamany z drzewa, pochwyciłem go i nie celując zbytnio rąbnąłem nadbiegającego napastnika w głowę. Zatoczył się, przewrócił i cicho zaskomlał. Zyskałem kilka cennych sekund, a może i minut, lecz wiedziałem, ze bestia wcale nie spocznie i będzie mnie śledzić aż do samego końca. Przypieprzyłem mu więc jeszcze kilka razy, wkładając w to całą siłę. Gdy przyjął pozycję zdechłego psa, oddaliłem się, gdyż wiedziałem, że jego pani również należy do niebezpiecznych i niezrównoważonych osobników, a prawdopodobnie wciąż krążyła gdzieś w pobliżu.

Biegłem przez mroczny las. Zapadła już noc. Była wyjątkowo dziwna. Gwiazdy rozlały się po niebie i migotały niczym stroboskopy, natomiast księżyc wyglądał jak wielki sutek. Leśne zwierzęta zapewne przypatrywały się z niepokojem mojej nocnej eskapadzie. Stanąłem w obliczu naprawdę sporego zagrożenia i jedynie moja wewnętrzna wola przetrwania oraz zahartowany niczym żelazny pręt hart ducha stanowiły liczący się kontrargument wobec przerażających niebezpieczeństw, które jeszcze szykowała dla mnie Nienazwana Groza.

 

Na razie jednak dziwność otoczenia nie stanowiła dla mnie istotnego przeszkody w dążeniu do celu. Paprocie mieniły się kolorami tęczy, grzyby wyrastały kapeluszami do dołu, a zwierzęta miały znacznie bardziej żarłoczne oblicza niż powinny mieć zwyczajne zajączki, czy wiewiórki, a do tego na widok dzienny wyszły nawet  takie cuda jak jelenie, którym zamiast poroża wyrastały z głowy coś wyglądającego jak długie ludzkie palce.

 

W końcu dotarłem do drogi, zdyszany, zmęczony do granic możliwości. Po obu jej stronach znajdowały się słupy, sterczały niczym ogromne zapałki wbite w ziemię, a na nich wisiały ludzkie szczątki.

 

Wystarczyło na chwilę zamknąć oczy, dać odpocząć umysłowi. Świat czasami za dużo wymagał, stawał się zagmatwany, niezrozumiały, rzeczywistość się załamywała i widać było rzeczy naprawdę potworne. Obrazy, które przeniknęły z innego wymiaru, bardziej mrocznego niż ten nasz. Zazwyczaj wystarczyła chwila skupienia i wszystko wracało do normy.

Pyk-pyk.

Było jednak coraz gorzej. Znalazłem się w samym epicentrum grozy, której nie dawało się tak łatwo pokonać. Nawet silny umysł mógł ulec wypaczeniu. Nienazwana pokazywała mi rzeczy naprawdę przerażające i okropne. Zwymiotowałem, widząc bestialstwo ludzkie i zwierzęce, jakby kolaż całego brudu zgromadzonego na świecie, zebrany w jednym miejscu i chluśnięty prosto w moją twarz. Czułem smród krwi, gnicia i własnych rzygowin. Głowa spuchła mi od potwornych dźwięków, świat wirował w surrealnym tańcu.

Aż w końcu wszystko ustało. Wytrwałem. Ciemność zaczęła gęstnieć i maleć, aż w końcu skupiła się w jednym punkcie i objawiła jako piękna kobieta. Jej powab i czar wpłynął na mnie tak silnie, iż nie mogłem oprzeć się pokusie by zbliżyć do niej. Była jakby zaprzeczeniem i odwrotnością tego ohydztwa, które jeszcze chwilę wcześniej rozsadzało mi czaszkę. Poczułem miłość, bijącą od niej i pomyślałem, że to głupie, iż tyle ludzi na plaży i w innych miejscach uciekało właśnie przed nią. Czyżby bali się pokochać? Jednak im bardziej się zbliżałem, tym bardziej twarz kobiety szarzała i pokrywała się siecią zmarszczek. Byłem już tuż tuż, gdy odkryłem prawdę. Groza przyoblekła się w miłość i mnie oszukała. Mój umysł nie był na to gotowy. Przetrwałem tyle potwornych rzeczy i wpadłem w pułapkę z własnej głupoty. Starucha z chatki stała na wprost mnie. Nie mogłem uciec. Pociągnęła mnie w ciemność.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Heeeej.

 

Jest dziwnie. Podobają mi się te na poły humorystyczne wstawki, maszkara z waginą zamiast twarzy, księżyc jak sutek, koleżka o twarzy psa, który pod wpływem ciosu drągiem w pysk przybiera pozę “zdechłego psa”. Uśmiechnąłem się kilka razy pod wąsem, szepcząc jednocześnie: wtf?. Lovecraft pewnie się przewraca w grobie ;)

Z drugiej strony za dużo tu dla mnie chaosu, historia jest nieuporządkowana, bohaterowie ledwo muśnięci i pełni sprzeczności.

Językowo również tekst pozostawia dużo do życzenia, jest trochę literówek, występują dziwne odstępy między wypowiedziami postaci.

Minusy, niestety, przeważają dla mnie nad plusami.

Exit light

Dobrze że jakieś plusy w ogóle są. Piszę głównie krótkie teksty dlatego też trochę mnie ten limit uwierał i przypuszczałem że w paru miejscach mogą puścić szwy

Tekst pozostawił mnie nieporuszonego.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zapis, pod wieloma względami uciążliwy. Mnogość błędów sprawiła, że lektura byłą trudniejsza, niż mogłaby być. Ponowna, uważna lektura tekstu przed publikacją pozwoliłaby powyłapywać choć najgorsze z nich.

Druga rzecz – humor. Zauważalny, choć boków nie zerwałem. Znalazło się kilka ciekawszych gagów, ogólnie jednak całość trochę wysilona – szczególnie odczułem to podczas dialogu ze starowinką.

Fabuła niczego nie urywa. Sporo tu wody, niewiele wydarzeń. Dopiero pod koniec, od wizyty w chatce, tak naprawdę zaczyna się cokolwiek dziać. Sposób prowadzenia iście fabuły lovecraftowski – czyli opowieść jest niemal pretekstowa. U ciebie trochę mniej niż u Amerykanina, ale też nie ma tu nic, co porwałoby, zainteresowało. Niestety, luk w wydarzeniach nie wypełnia nic szczególnie interesującego – rolę tę mógłby pełnić humor, ale jak już wspomniałem, nie całkiem pełni, nie ma tu też interesującej mitologii. Słowem, opowiadanie nieco nudzi. Nie do końca kupiła mnie też końcówka, ciężka i mroczna jak na tak na tak lekki tekst, a przy tym niestety sztampowa.

Bohater to w zasadzie wydmuszka. Pozostali to nawet nie to, raczej sylwetki z dykty wstawione do opowiadania jako sztuczny tłok. Nie ma się nad czym rozwodzić.

 

Przeczytałem, raz czy drugi kiwając głową, gdy trafiłem na bardziej udany gag. Poza tym tekst nie wzbudził we mnie żadnych pozytywnych odczuć. Nie jest to fatalne opowiadanie, ale brakuje mu też do dobrego.

Przeczytałem, komentarz zostawię po konkursie.

Od początku zauważyłam wyraźne nawiązania do H.P.L. – macki ośmiornicy. A jakże! Zastanawiałam się, czy tekst przygotowałeś z przymrużeniem oka, na śmieszno, czy może jednak miał za zadanie trochę przestraszyć czytelnika.

Uważam, że dobre są dialogi, realistyczne, momentami trzymające w napięciu. Sceneria (szczególnie ten monopolowy przy kościele) też w porządku. Nie pyk-ła mi niestety fabuła. Może, gdyby humor został mocniej zaznaczony… Nie rozumiem do końca motywacji bohatera, po jakiego grzyba on włazi w miejsca, które zapowiadają się niebezpiecznie? Po co chce szukać/utylizować nienazwaną grozę? Idzie tam z naiwnej ciekawości, a może to członek ekipy Scooby-Doo i bada kolejną sprawę?

Chłopak trafia na samotną ruderę w lesie i uznaje, że tam powinien trafić na kogoś normalniejszego, zaskakujące rozumowanie, haha.

Interesującym tropem był potwór-wagina oraz zainteresowanie staruszki bohaterem, który miał pozostać prawiczkiem. Wątek warty rozwinięcia.

a może to członek ekipy Scooby-Doo i bada kolejną sprawę?

To byłby świetny motyw, połączyć HPL i Scooby-Doo :D Może ktoś się podejmie? 

 

 

Edit: wcięło mi Gifa, więc musiałem podmienić.

Exit light

BasementKey a ty bierzesz udział w konkursie lovecraftowym?

Coś tam skrobię, opowiadanie wisi na becie obecnie.

Exit light

Najpierw przeczytałem to: 

Nagle przypomniały mi się legendy o wysokiej postaci z waginą zamiast twarzy, które babcia opowiadała mi przed snem.

Potem to: 

Interesującym tropem był potwór-wagina (…). Wątek warty rozwinięcia.

A teraz wyglądam tak:

Cześć, Fanthomasie! Bardzo specyficzny dobór weirdowych elementów i sporo nawiązań do oryginału. Właściwie to w zakończeniu miałam trochę wrażenie, że inspirowałeś się Freudem. XD Pomysł zdecydowanie na tak, ale wymaga doszlifowania koncepcyjnego – może zrezygnowanie z niektórych elementów byłoby tutaj drogą do celu? Duży plus za sporą dawkę humoru. Pozdrawiam.

Cześć!

Jestem skonfudnowany. Miał być horror, nastawiłem się i mocniej podciągnąłem spodnie, ale w trakcie mało co się ze śmiechu nie posikałem. Przykłady poniżej:

Podążając śladem Nienazwanej Grozy dotarłem do wsi Skarlałe Małe, gdzie rzekomo ktoś widział strach o wielkich oczach.

Jeden żarcik, myślę sobie.

Skarlałe Małe było typowym zadupiem, gdzie ciągle widziało się tylko krowy i pola, a zabudowania i ludzie stanowili prawdziwy ewenement.

Kolejny

– Kiedyś byłem psychologiem. Znaczy takim domowym, z książek

No tu już śmiałem się na głos…

Nagle przypomniały mi się legendy o wysokiej postaci  z waginą zamiast twarzy, które babcia opowiadała mi przed snem.

Tu już się długo śmiałem na głos, weird thing…

Mruknąłem coś w odpowiedzi i nachyliłem się nad gęstym płynem o barwie kiszonej kapusty, by zweryfikować najpierw zapach.

Żona zainteresowała się, czemu się tak śmieję.

 

Jako lekki weird tale to wyszło to zacnie. Zdecydowanie dodał bym taga humor. Natomiast horroru czy grozy zbytnio tu nie widzę. Początek sugeruje horror, ale buldożer żartu szybko wyjeżdża zza krzaka i równa wszystko z ziemią. Znika dopiero tuż przed zakończeniem, które jak dla mnie niezbyt pasuje do całości.

Nie zrozumiałem też, o czym to jest. Kim jest bohater, po co robi to co robi. Jego poczynania są też trochę chaotyczne.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć. Bardzo fajny tekst. Troche parodia, troche copypasta, lubię takie jazdy. Klimat loevcraftowski jest, w dodatku fajnie wykrzywiony. Chwilami styl, który ogólnie jest dość udany, jest dla mnie lekko przekombinowany, typu: Na razie jednak dziwność otoczenia nie stanowiła dla mnie istotnego przeszkody w dążeniu do celu.

Fajne, z jajem, w klimacie.

Pozdrawiam. 

Dzięki wszystkim. Od początku chciałem napisać coś bardziej zabawnego niż poważnego w tym klimacie, bo stylu Lovecrafta jakoś nie potrafię skopiować, a historie o Cthulhu już są tak wyeksploatowane ostatnio, że też nie chciałem w tę stronę uderzać.

Przeczytane ;) Komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

OK, jest jakiś pomysł. HPL na wesoło, to oryginalne podejście.

Fabuła dość chaotyczna. Nie wiedziałam, po co bohater właściwie ładował się w to zadupie.

Stylizacja nierówna – początek lovecraftowy, a potem wyskakują zadupia, psychole, dresiarze itd. Wydaje mi się, że gdybyś całość pociągnął napuszonym stylem oryginału, wyszłoby jeszcze śmieszniej. No, przynajmniej mnie by bawił “młodzieniec przyodziany w niestosowny do sytuacji sportowy strój” zamiast dresiarza.

Babska logika rządzi!

Postawiłeś na tell, nie show, przy weird to oczywiście może być usprawiedliwione, jednak przy owym tell nie poczułam twojego stylu, tylko starania, by było weirdowo. Opowiadanie nie jest dobrze skomponowane, tzn. mamy albo bloki tekstu, albo ciągi wypowiedzi praktycznie bez didaskaliów. Nie podobał mi się też język, no bo albo stylizujemy na grozę, na filozofowanie, na sięganie do mroku, albo rzucamy żarciki i słowa typu: zadupie. Albo też, ok, mieszamy konwencje, ale tak, by nie zgrzytały, a więc – panując nad tym.

Napisałeś, że nie potrafisz skopiować stylu HPL, ale tu nie o kopiowanie stylu chodzi, a widać, że zgromadziłeś różne kopie, które nie są "twoją" pisaniną, nie pokazałeś tutaj siebie, a przynajmniej ja nie odczułam autentyczności historii. Ale ćwiczenie czyni mistrza, trzeba próbować dalej ;)

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Nowa Fantastyka