- Opowiadanie: adam_c4 - Przemiana duchowa błądzącego elfa

Przemiana duchowa błądzącego elfa

Wiem, że opowiadania biorące udział w konkursie miały nie być tworzone dla ,,beki".

Niniejsza historia, choć pełna czarnego i absurdalnego humoru, jest w gruncie rzeczy dość gorzka. Przynajmniej ja tak ją odbieram.

Uwaga! Sypią się wulgaryzmy.

 

Głęboki ukłon dla Silvy za liczne sugestie dotyczące tekstu. 

Co złego, to ja. 

 

Zapraszam do lektury! 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przemiana duchowa błądzącego elfa

 Timothy Avista wpadł do swojej przyczepy i zatrzasnął za sobą drzwi. Był wściekły i głodny, ale nie miał ochoty ani się uspokajać, ani jeść, choć na stole, pod metalowym kloszem, czekał już na niego obiad. Najchętniej rozniósłby coś w drobny mak, jak za dawnych czasów, jak przy kręceniu swojego pierwszego filmu. Zamierzył się nawet na stojącą przy łóżku lampkę, ale zdrowy rozsądek wziął górę; opadł na krzesło i, szepcząc przekleństwa, schował twarz w dłoni.

Rozległy się trzy ciche puknięcia.

Nastroszył długie, elfie uszy. Kto, do ciężkiej cholery, będzie mu teraz…

– Panie reżyserze! – Kolejne trzy puknięcia. – To ja! Mogę zabrać chwilkę?

Nawet przez zamknięte drzwi słychać było, że krasnolud przesycony jest żalem. Pewnie chce go przeprosić, powiedzieć, że rozczarował się samym sobą, coś w tym guście. Trudno, skoro już tu przylazł, można spróbować coś z tego wycisnąć. Raczej nie było czego wyciskać, ale co tam.

– Wejdź, Aleksie.

Klamka opadła, drzwi zaczęły powolutku się otwierać. ,,No, rusz dupę, chłopie!" – chciał krzyknąć, ale wiedział, że nie może sobie na to pozwolić. Zamiast tego uśmiechnął się i zmrużył oczy; sprawiał teraz wrażenie skupionego i umiarkowanie zafrasowanego. W sam raz do mobilizowania wrażliwców.

– Chodź, chodź! Siadaj, proszę!

Krasnolud zbliżył się do stolika i usiadł naprzeciwko. W pełnym makijażu, za to bez peruki, wyglądał komicznie. Gdyby przyszedł z opadającymi na ramiona, złocistymi lokami, byłoby jeszcze gorzej.

– Słucham cię!

Tim nie pojmował, czemu tacy osobnicy pchali się do showbiznesu. Stworzeni byli do wydeptywania skrzypiących desek teatrów, wcielając się w postacie z otaczanych kultem dramatów. To gwarantowało im ten rodzaj nieśmiertelności, którego tak naprawdę pragnęli. Tymczasem, zwabieni blaskiem wielkiej sławy i pieniędzy, na których w istocie wcale im nie zależało, podpisywali cyrografy z wytwórniami, by trafić na filmowe afisze, a stamtąd – prosto do trumien. To nie był fach dla wrażliwców. Dla artystów – może, ale pod warunkiem, że ich piękne dusze przypadkowo opinała twarda skóra.

– Dałem ciała, co? – Alex nie śmiał mu spojrzeć w twarz. Szykował się na przyjęcie krytyki.

Usiłowali nakręcić tę scenę przez dwie godziny. Banalną scenę, jakich w filmie były setki; brygada krasnoludów wychodziła na szychtę do kopalni i wtedy Nieśmiałek, opuszczając kilof, wyrywał się z szeregu i pytał Śnieżka: ,,A będziesz tu, kiedy wrócimy?”. Na to tamten odpowiadał: ,,Mój drogi, gdzie indziej miałbym być?”. Wtedy krasnolud zarzucał kilof z powrotem na ramię i obiecywał: ,,Wykopię ci dzisiaj piękny brylant, Śnieżku!”. Cięcie.

W trakcie kilkudziesięciu dubli Nieśmiałek, to znaczy Alex, psuł ujęcie na rozmaitych etapach jego realizacji. A to nie mógł wydusić z siebie słowa. A to się zająknął. A to niezgrabnie machnął kilofem. W jednym podejściu nawet się przewrócił.

O tak, dał ciała jak jasna cholera.

– Ależ skąd, chłopie! – odparł Tim. – Wcale nie dałeś ciała.

– Cholera… Wiesz, ja próbuję…

– Słuchaj, Alex! – Tim nachylił się ku niemu, oparłszy łokcie na blacie. – Obaj jesteśmy profesjonalistami, prawda? – Kiwał dłońmi w przód i w tył, w rytm wypowiadanych słów. – Zadowalamy się tylko tym, co najlepsze. Żadnej taryfy ulgowej. Wiem, że równy z ciebie gość. W innym miejscu i czasie moglibyśmy się nawet zakumplować. Ale teraz nie pora na to. Nie pora też na gadanie. Spróbuj zebrać się w sobie, stary! Wierzę w ciebie! Dasz radę!

Alex poderwał się z siedzenia i zapewnił, że tak właśnie będzie. Wybiegł z przyczepy. Reżyser westchnął i pokręcił głową. Z tą sceną pewnie wkrótce sobie poradzą, ale potem przyjdą następne…

Tim już sięgał po klosz, kiedy znów rozległo się pukanie. Tym razem szybkie, niedbałe. Od razu je rozpoznał.

Nie czekając na zaproszenie, do środka wparował Freddy.

– No nie! – krzyknął elf. – Dacie mi w końcu w spokoju zjeść?!

Goblin, obojętny na tę nieuprzejmą reakcję, wgramolił się na krzesło.

– Czego chciał tamten? Kajał się?

– Ta.

– To przyzwoity chłopak.

– I pierdoła.

– Ano.

– Nie będę się tym teraz wnerwiał – zapowiedział surowo Tim – bo właśnie mam zamiar zjeść mój stek! A jeśli kukurydza znów będzie zmieszana z marchewką, to słowo daję, że wywalę to kucharzowi na łeb!

Okazało się, że wszystko jest ułożone tak, jak trzeba; stek z jednorożca, podlany sosem własnym, otaczały ziemniaczki zapiekane w ziołach. Obok ułożono trzy równe kupki gotowanej marchewki, kukurydzy i groszku.

– Obyśmy się jak najszybciej wynieśli z tego lasu – powiedział Freddy.

Tim zirytował się, bo zbyt dobrze znał ten ton.

– A co? – warknął, spychając widelcem marchewkę na kukurydzę. – Coś nie tak z tutejszą energią? Drzewa płaczą, leśne duszki się gonią?

Freddy posłał mu jadowite spojrzenie.

– Możesz sobie kpić, ale nie ma z czego.

Odkąd goblin nawrócił się na religię druidów, bywał upierdliwy. Wyłapywał z powietrza niekorzystne ,,prądy” i przestrzegał przed ich szkodliwym wpływem – to jeszcze było do zniesienia – ale kiedy wprost zwalał winę za nieudany dzień pracy na jakieś zaburzenia aury czy inne zabobony, Tim tracił cierpliwość.

Mięso było wyborne, po kilku kęsach elf poczuł się lepiej. Na tyle, by zagadnąć pojednawczo:

– Spokojnie, góra dwa tygodnie i mamy to z głowy. Ale później nie będzie łatwiej.

Freddy w zamyśleniu pokiwał głową. Tylko dwóch aktorów było starymi wyjadaczami. Postacie Śnieżka i Mędrka stanowiły dwa filary, na których miał się opierać film: wcielali się w nich Samuel Wood i Tommy Gardy. Profesjonaliści, w dodatku znani i lubiani, mający gwarantować sukces tego dzieła. Póki co współpraca z nimi układała się nieźle, Tim miał nadzieję, że tak zostanie. Problem stanowiła reszta obsady, dobrana według przedziwnego, nieodgadnionego dla reżysera klucza.

– To jednak nie powinno tak wyglądać – skonstatował elf. – Reżyser musi mieć wpływ na dobór aktorów.

Asystent westchnął i przewrócił oczami.

– Wiem, wiem. Sam się o to prosiłem – przyznał Tim.

Prosił się, a pewnie. Kiedy najbardziej ekscentryczny producent w branży filmowej – Manfred Gold – ogłosił, że chce zrealizować remake baśni, reżyserzy zaczęli walić drzwiami i oknami. Tim aplikował bez większego przekonania i okazało się, że wyprzedził kilkudziesięciu konkurentów. Sam nie rozumiał przyczyn swego sukcesu, dopatrywał się ich nawet w fakcie, że należeli z Goldem do tej samej rasy. Freddy uważał, że było wprost przeciwnie – to mogło działać wyłącznie na jego niekorzyść. Kiedy zadzwonił do swego asystenta, by przekazać mu świetną wiadomość, ten rzekł:

– Wiesz, że Gold ma hopla na punkcie poprawności politycznej. Pokręcony liberał, z gatunku tych, co się tym szczycą. Módl się, żeby nikt nie zarzucił mu rasizmu, bo gotów w panice zwolnić cię z dnia na dzień.

– Modlitwy zostawiam tobie. 

Nic nie wskazywało na to, by Tim miał spaść z reżyserskiego krzesełka, ale było to krzesełko mało wygodne – nie miał żadnego wpływu na dobór aktorów czy członków ekipy filmowej. Wszelkie sugestie dotyczące scenariusza też mógł sobie głęboko wcisnąć. Gold poinformował go o tym osobiście, sięgając, rzecz jasna, po słowa gładziutkie, jak jego świeżo ogolona facjata.

Przed rozpoczęciem zdjęć producent zaprosił go do siebie na kolację. Gold nie należał do młodzików, ale rozpierała go energia godna sześćdziesięciolatka. Poklepując pobratymca po plecach, roztaczał wizje sukcesu. Wplatał w rozmowę strzępki przemyśleń na temat swej ulubionej utopii; pragnął powszechnego szczęścia i równych szans dla wszystkich, bez względu na rasę i pochodzenie. A Tim po cichu zauważał wszystkie złote klamki, kamery porozmieszczane w każdym kącie pałacu, czy stuletnie, ozdobne sztućce, którymi przyszło mu się rozprawiać z jakąś cholerną rybą, do której podano kieliszek białego wina, wart pewnie miesięcznej pensji orka – kamerdynera, który im usługiwał.

Nieźle, jak na liberała.

,,Sprzedałem się” – ta myśl nieoczekiwanie wpadła mu do głowy po kolacji u Golda. Natychmiast wyśmiał samego siebie; było to spostrzeżenie godne studenta pierwszego roku filmówki, który jeszcze nie rozumie, że bez ,,sprzedania się” będzie do końca życia reprezentantem tak zwanej ,,alternatywy”, za co kiedyś dostanie może pamiątkowy dyplom na Festiwalu Kina Ambitnego organizowanym przez gminę Gnomie Cyce Górne.

– Dobra, do roboty! – Tim wypił duszkiem szklankę wody i wstał. – Oby ten osioł zagrał przyzwoicie, bo go wybatożę…

Ruszył ścieżką ku chatce. Na planie byli już wszyscy. Królewicz – Wood i Mędrek – Gardy od początku trzymali się blisko siebie, co było naturalne z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że wcielali się w kluczowe dla historii postacie (to Mędrek, jako najstarszy i najbystrzejszy z krasnoludów, wchodził w najwięcej interakcji z Królewiczem; był pośrednikiem między nim a grupą). Drugim powodem był zbliżony prestiż obu aktorów.

Elf wcisnął się na swoje krzesełko w kącie izby.

– Jak tam, panowie? Gotowi?

Tak, byli gotowi. Ustawili się tak, jak przed godziną, kiedy rozdrażniony reżyser ogłosił, że dalsze zmagania nie mają sensu i będą kontynuować zdjęcia po obiedzie.

– Kamera… akcja!

Tim wziął oddech i trzymał go w płucach przez dobrą minutę, podczas której Alex stanął na wysokości zadania i sprawnie zagrał swoją kwestię.

– Cięcie! Dobra robota!

Wcielający się w Nieśmiałka aktor pękał z dumy. Cholera, chyba jednak do niego dotarłem – winszował sobie w duchu elf.

Kiedy operator Kurtz powiedział: ,,Tim, rzuć na to okiem”, elf domyślił się, że nie wróży to niczego dobrego. Słusznie.

Spojrzał na mały ekran umieszczony na obudowie kamery. Odtwarzała się tam nakręcona przed momentem scena.

– Co? – zapytał, nie dostrzegłszy problemu.

Wtedy Kurtz wskazał palcem na Wesołka. Zamiast lekko się uśmiechać, jak pozostałe krasnoludy, ten rechotał w najlepsze, zasłaniając usta dłonią.

– A może… – zaczął Tim, ale urwał. Nie było żadnego ,,może”.

– No chujowo to wygląda – stwierdził bez ogródek operator. Miał rację.

– Ja pierdolę… – Elf złapał się za głowę. Nie był przesądny, jak Freddy. Wierzył jednak, że w tych przypadkach, kiedy w końcu ,,wygniotło” się jakąś scenę, a potem lądowała ona w koszu przez jakiś drobny błąd, dziwnym zrządzeniem losu nie dało się jej nakręcić jeszcze bardzo długo.

Podniósł wzrok znad monitora. Ekipa techniczna, królewicz, krasnoludy – wszyscy przyglądali mu się z wyczekiwaniem. Wszyscy z wyjątkiem Wesołka, który patrzył w sufit i chichotał.

– EJ! – wrzasnął. – Co ty odpierdalasz?!

Wesołek w mig zorientował się, że chodzi o niego, bo zamilkł i przeniósł zalęknione spojrzenie na reżysera.

Ten aktor, jakiś anonimowy John, od początku mu się nie podobał. Sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości, całe szczęście, że przez cały film miał wypowiedzieć raptem trzy kwestie. Dotychczas wypełniał wszystkich polecenia, a tu proszę – tylko czekał na okazję, by coś spieprzyć.

– Z czego się, kurwa, cieszysz?! Z tego, że będziemy się tu gnieść przez resztę dnia?! Co?!

Reżyser nie przestawał wrzeszczeć. Darłby się tak i darł, machając rękami jak opętany, gdyby Freddy, którego nieobecności dotąd nie zauważył, skądś się nie przyplątał i nie zaczął go szturchać w kolano.

– CO?! – wrzasnął na asystenta. Ten wręczył mu złożoną na pół kartkę. Nic nie powiedział, ale posłał reżyserowi bardzo wymowne spojrzenie. Chodziło o coś pilnego.

– Piętnaście minut przerwy!

Wyszedł z chatki i rozłożył kartkę. Wydrukowany mail. Nadawcą był producent Gold. Przebiegł wzrokiem po tekście. Następnie przeczytał go po raz pierwszy, drugi, trzeci…

Potem tylko wbijał wzrok w nagłówek, gdzie jak byk stał tytuł wiadomości, brzmiący jak wyrok: ,,Zmiana w fabule. Moje przemyślenia”.

– Przecież on nie może tego zrobić – wydusił z siebie elf.

– A właśnie, że może – stwierdził Freddy. – I właśnie to zrobił.

– Przecież to… katastrofa.

Sprytny goblin, który niejednokrotnie dowiódł, że potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji, teraz milczał.

Reżyser przechylił się przez próg chatki i krzyknął:

– Uwaga, wszyscy! Z przyczyn technicznych zawieszamy na dzisiaj zdjęcia.

Odpowiedział mu zbiorowy pomruk zdziwienia zmieszanego z niezadowoleniem. Wood już otwierał usta, by wyrazić co dokładnie o tym sądzi, ale elf nie dał mu na to szansy; zwyczajnie ruszył ku swojej przyczepie. Freddy dreptał przy nim bez słowa.

Pojazd stał na uboczu, przy niewielkiej polance. Reżyser cenił sobie prywatność.

– Gdzie masz tę wiadomość?

– Dałem ci ją.

– Ach, no tak. – Tim wydobył z kieszeni papierową kulkę.

Sięgając po telefon, próbował dostrzec w wyłupiastych oczach asystenta iskierkę nadziei.

– Cholera, może się rozmyśli.

Spojrzenie goblina było puste.

 

***

 

Rozmowa trwała niecałe pięć minut. Gold musiał się streszczać, bo miał umówiony masaż. Zdążył jednak potwierdzić ich najgorsze obawy – tytułując reżysera ,,przyjacielem” dał mu do zrozumienia, że modyfikacja scenariusza nie podlega dyskusji i by jak najszybciej poinformował o niej aktorów.

– To koniec – szepnął Tim, odkładając telefon na stół. – Koniec tego projektu, koniec wszystkiego.

W mailu producent Gold poinformował ich, że niezbędne będzie przebudowanie paru scen i nakręcenie kilku innych. Niewiele roboty dla wielkiego efektu.

A tym wielkim efektem miało być wplecenie w historię wątku subtelnej fascynacji rodzącej się między Królewiczem a Mędrkiem. Sceny pełne powłóczystych spojrzeń, aksamitnie szeptanych słów i zwiewnych dotyków (tak ujął to Gold) miały nie pozostawiać wątpliwości, że między przyjaciółmi rodzi się uczucie o niekoniecznie platonicznym charakterze.

– Może Wood i Gardy na to przystaną? – podsunął Tim. – Przecież kasa nie śmierdzi!

– Tim – westchnął goblin – kasa nie śmierdzi, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale oni nie wezmą w tym udziału.

– Do cholery! – obruszył się elf. – Wciągają rajtuzy i robią z siebie laleczki, a to im niby będzie przeszkadzać?!

Goblin westchnął po raz kolejny. Tim zadrżał. Nie cierpiał tego odgłosu, który asystent wydawał za każdym razem, kiedy miał zamiar sprowadzić go na ziemię.

– Przecież wiesz, że to dwie różne sprawy, operujesz stereotypami. Wcielanie się w postać klasycznie kobiecą to jedno. Sugerowanie przy tym, że jest się homo – drugie. Nie, nie zgodzą się. Wiesz, jak jest. Taki Wood czy Gardy pierwszy pobiegnie na czoło parady równości, żeby potem się tym pochwalić w mediach, proszę bardzo. Ale jeden z drugim nigdy nie zaryzykuje, żeby przylgnęła do niego gej-łatka. Kto jak kto, ale ty najlepiej zdajesz sobie sprawę z hipokryzji naszego zacnego środowiska…

Teraz to elf głośno westchnął.

Po długiej dominacji trendu, który polegał na przepisywaniu kultowych historii w duchu feminizmu, przyszła inna moda; tym razem to mężczyźni wskakiwali na miejsca kobiet, ale ta pozornie dyskryminująca płeć piękną podmiana była w istocie kolejnym dla niej hołdem. Tworzone na jedno kopyto fabuły pozwalały męskim protagonistom każdorazowo odkrywać w sobie żeńskie pierwiastki, co pomagało im w przezwyciężaniu wszelkiego rodzaju zła, z jakim musieli się zmagać.

Część środowisk feministycznych uważała, że zniewieściali mężczyźni, w swym przerysowaniu, są szyderstwem wymierzonym w kobiety i kobiecość. Pewien dziennikarz wysunął propozycję, by w ramach eksperymentu nakręcić dzieło, w którym kobietom przypisze się cechy kobiece, a mężczyznom – męskie. Pod naporem krytyki musiał opublikować na łamach prasy list z przeprosinami dla wszystkich, którzy poczuli się urażeni jego niedelikatnością.

– Prawda jest taka – przyznał Tim, stukając palcem o blat stołu – że jestem w dupie, kolego.

Po raz kolejny tego dnia spojrzał koledze głęboko w oczy.

– Co? – zapytał Freddy.

– Jak to: ,,co?” – krzyknął Tim. – Nie masz na ten temat nic do powiedzenia? Nie pocieszysz mnie jakoś?!

– Stary… znam twoją sytuację. Czego oczekujesz? Tekstów typu: ,,jakoś to będzie?”. Może i będzie. A może nie, skąd mam wiedzieć? Masz kłopoty.

Miał. I to wielkie. Po nakręceniu kilku filmów, które nie odniosły komercyjnego sukcesu, Timothy zaangażował się w realizację trylogii szpiegowsko – sensacyjnej pod tytułem ,,Elfia straż”. Została ona entuzjastycznie przyjęta tak przez krytykę, jak przez widzów. Zgodnym chórem twierdzili, że każdy z trzech filmów trzyma rzadki jak na dzisiejsze kino poziom. Spod ręki uzdolnionego reżysera wyszła rozrywka emocjonalnie poruszająca, ale i niegłupia.

A przy okazji – szalenie dochodowa.

Poświęcił temu projektowi dziesięć lat. Dziesięć pięknych lat, stanowiących mieszanką pracy na planie, wypraw na festiwale filmowe, odbierania nagród, zbierania pochwał, udzielania wywiadów oraz ucieczek na krótkie wakacje, podczas których zażywał wszelkich znanych sobie rozkoszy.

A potem odebrał ostatnią nagrodę, zaliczył ostatnie zasłużone wakacje i… poczuł się pusty. Natychmiast posypały się propozycje angażu do kolejnych produkcji, ale z jakichś przyczyn, w odgadnięciu których musiałby mu pomóc psychoanalityk, a szczerze nimi gardził, nie miał ochoty wracać na plan. Brakowało mu czegoś, co bardzo pragnął znaleźć, w sobie lub w świecie, ale sam nie wiedział czym to coś jest, ani gdzie rozpocząć poszukiwania. Pustka stawała się coraz większa, na przekór panicznych próbom jej zasypania. Imał się różnych zajęć, w końcu skłonił się ku jednej z ulubionych rozrywek bogatych ludzi kina – zaczął swą fortunę inwestować w rozmaite przedsięwzięcia na czym, podobnie jak wielu jego kolegów puszczających pieniądze w obieg, zupełnie się nie znał. Dużo wtedy pił, lekko stąpał po ziemi.

Środki włożone w nieruchomości i akcje nie chciały się mnożyć, co nawet mu nie przeszkadzało. Potem jednak wybuchł kryzys, który bardzo niefortunnie zbiegł się z nowym nawykiem reżysera – wydawaniem kasy bez opamiętania.

Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie; znalazł się w tarapatach, groziła mu licytacja jego rezydencji. Na to nie mógł sobie pozwolić. Zbyt mocno kochał swój bajecznie piękny kawałek miejsca na ziemi.

Potrzebował pożyczki. Banki w czasach kryzysu nie były skore rozdawać kredytów pod liche zabezpieczenie, jakim były zyski z nienakręconych jeszcze filmów. Kiedy brukowce rozpisywały się o jego problemach, pewna szemrana spółka wyciągnęła do niego dłoń. Sięgnął po nią, choć wiedział, że zaproponowano mu pożyczkę na lichwiarskich warunkach. Wiedział również, że zobowiązanie musi spłacić, bo w przeciwnym razie straci nie tylko resztki majątku.

Angaż do ,,Królewicza Śnieżka i siedmiu krasnoludów” trafił mu się jak ślepej kurze ziarno. Pieniądze, które zaproponował Gold, były więcej niż przyzwoite. Miał szansę nie tylko spłacić zaciągnięty u mafii dług, ale i odbić się od dna.

Tymczasem projekt prawdopodobnie weźmie w łeb, a on zostanie ze skromną, gwarantowaną przez kontrakt sumą na otarcie łez. Starczy w sam raz na posrebrzaną urnę.

Jego pesymizm brał się z faktu, że Manfred Gold, choć sprawiał wrażenie poczciwca z sercem na dłoni, był w istocie kapryśnym egocentrykiem, gotowym przekreślić każde swoje przedsięwzięcie w imię jakiegoś widzimisię.

Kto wie, czy mieszanie w scenariuszu nie było świadomym sabotażem.

– Freddy! – W głos Tima nieoczekiwanie wstąpiła moc. – Zorganizuj mi kilka butelek jakiegoś dobrego wina. Już!

– Co? Jesteśmy w głuszy, chłopie. Mogę posłać po alkohol do miasta, ale to przecież potrwa!

– Nie, nie. Jedź do tej wioski…

– Co ja tam kupię? Berbeluchę w plastiku?

– Rusz głową! – Reżyser aż poderwał się z krzesła. – Przecież mają tam wójta albo sołtysa! Pewnie trzyma w domu jakiś dobry trunek! Jeśli mu powiesz, kim jesteś, to sam ci go wciśnie! Będzie miał materiał na anegdotę, w sam raz do powtarzania wnukom, kochankom, kogo on tam ma! No! JAZDA! – Tim zaczął klaskać nad uchem asystenta. Goblin wybiegł z przyczepy, wcale nie zachowując dla siebie tego, co myśli o swoim szefie i jego pomyśle.

Tim kazał swojemu kucharzowi przygotować na szybko kilka dań; chciał zaserwować je w formie bufetu. Potem skrzyknął technicznych, aby rozstawili na polance stoły. Freddy skierował swe kroki do najbardziej okazałego domu w pobliskiej wsi. Zastał tam wójta, który średnio znał się na sztuce filmowej i zaszczyt poratowania znanego reżysera bynajmniej go nie pociągał. W przeciwieństwie do denarów, których znaczną ilość wymienił na litrową flaszkę czegoś, co zwał tajemniczo ,,Łzami Bogini”.

– ,,Łzy Bogini”? – Tim zważył w dłoniach pozbawioną etykiety, wypełnioną mętną cieczą butelkę. – Podobnie nazywał się jabol, który pijałem w liceum.

– On się chyba tak właśnie nazywał – zauważył asystent. – Ale poza nazwą nie ma chyba z tym trunkiem nic wspólnego.

Tim rozejrzał się ukradkiem i pociągnął łyk. Wybuchnął kaszlem i zataczając się, mało nie rozlał cennej zawartości.

– Co za… ku..res..tw…

– Mniemam, że mocne – rzekł Freddy, zabierając mu ,,Łzy”. – A tak poza tym?

– Tak poza tym – wychrypiał elf – to nie ma nic poza tym.

– Idę to rozcieńczyć. I tak nie starczyłoby dla wszystkich. Jak powiesz, że to coś drogiego i ekskluzywnego, to im posmakuje.

– Leć. Wkrótce powinny wjechać przekąski.

– Jesteś pewien, że właśnie w ten sposób…?

– Słuchaj: naszą jedyną szansą jest to, że Śnieżek i Mę… tfu! Wood i Gardy poczują presję pozostałych i z głupia się zgodzą. Co mamy do stracenia?

– Niech będzie. – Goblin pomknął z flaszką bimbru do swojej przyczepy.

Tak naprawdę Tim wcale nie był przekonany, że działa słusznie. Podejmował decyzje impulsywnie, zdając się na instynkt, który czasami sromotnie go zawodził.

Kucharz dobrze się spisał; dania przyrządzone z mięsa jednorożca prezentowały się smakowicie. Freddy rozcieńczał alkohol aż do momentu, kiedy zaczął smakować jak zwykła wódka. Po tych zabiegach trochę plątał mu się język, ale poza tym był zwarty i gotowy, by służyć swemu szefowi wsparciem.

Tim zaprosił wszystkich członków obsady na spotkanie o siedemnastej. Całe szczęście, że Brunhilda Levy, wiekowa diva kina, mająca się wcielić w rolę złej macochy, miała przybyć na plan dopiero jutro. Jej obecność wcale by nie pomogła, aktorka cieszyła się opinią zmanierowanej kapłanki chaosu.

Punktualnie o siedemnastej usłyszeli zbliżające się głosy. Wood i Gardy szli na przedzie, rozmawiając. Pozostała szóstka krasnoludów podążała w ślad za nimi.

– Panowie! Świetnie, że jesteście! – Reżyser rozłożył ramiona w geście powitania.

Próbował wysondować nastawienie pary najważniejszych aktorów, ocenić ich nastoje. Zdawali się, przede wszystkim, zaciekawieni.

Bardziej obawiał się Wooda. Ludzie, którzy osiągnęli sukces, bywali na swoim punkcie przewrażliwieni. Duma z własnych osiągnięć niemal zawsze kroczyła u nich w parze z chęcią umniejszania osiągnięciom innych, zwłaszcza jeśli porównywali się z nie-ludźmi. Musiał to być ich sposób na radzenie sobie z własną krótkowiecznością. Nawet najpłodniejszy, najgenialniejszy ludzki pisarz bądź reżyser nie dał rady, w ciągu swego śmiesznie krótkiego życia, osiągnąć choćby części tego, co średnio pracowity elf czy krasnolud.

Kiedyś ten wniosek bardzo Tima przygnębił. Znalazł w sobie współczucie dla rasy szybko umierających frustratów.

A kiedy nie miał czasu i ochoty na porzucanie czarno – białej optyki, zwyczajnie myślał o ludziach jak o zadufanych w sobie kutasach.

– Proszę, przyjaciele! Częstujcie się. Żadne to cuda, ale zawsze coś…

– Co świętujemy? – W głosie Gardy’ego nie dostrzegł ironii. Zaciekawienie wciąż było w nim szczerze.

– Dzisiaj mija drugi dzień pracy na planie, prawda? Mogliśmy coś takiego zrobić wczoraj, żeby uczcić pierwszy… No nic! – Klasnął dłońmi. – Może na początek się napijemy? Co wy na to, panowie?

Twarze większości aktorów raptownie stężały.

– Ja na to – zaczął ostrożnie Wood – dwa lata, trzy miesiące, dzień i dwie godziny.

– Aha… – Tim wiedział, że coś jest nie tak, ale nic poza tym. – To… jakiś szyfr?

– Tak. – Aktor przewrócił oczami. – Można tak to nazwać.

– Gratuluję, Samuelu! – Freddy wyszedł krok przed swego szefa, co w ich niewerbalnym języku oznaczało, że chlebodawca powinien w tym momencie oddać mu inicjatywę i przygryźć swój długi jęzor. – Chyba nie będę zbyt śmiały, jeśli powiem, że życie w trzeźwości to niełatwe zadanie?

– Nie – wychrypiał Wood, spoglądając z ukosa na butelkę z rozcieńczonym bimbrem.

– Rozumiem. – Tim ukłonił się sztywno. – W związku z tym odpuszczamy sobie na dziś alkohol.

– Och, nie kłopoczcie się! – Wood wbił w niego zimne spojrzenie. – Wcale nie będzie mi to przeszkadzać.

Zapadła gorzka, doprawiona zażenowaniem cisza.

– Komu szaszłyczka? – zapiszczał goblin.

– Ja dziękuję, nie jem mięsa – rzekł Gardy. – Ale proszę bardzo, możecie jeść przy mnie.

Tim miał tego dość.

– Panowie, fatygowałem was tutaj na ten skromny poczęstunek, ponieważ chciałem przekazać wam pewną wieść. Dostałem wskazówki od pana Golda…

Nie tylko dwójka głównych aktorów wyraźnie nadstawiła w tym momencie uszu; reszta krasnoludów również zamieniła się w słuch.

– Posłuchajcie, proszę! – Dopiero teraz do niego dotarło, że nie wydrukował wiadomości po raz drugi. Bez mrugnięcia okiem wyciągnął z kieszeni pogniecioną kulkę i starannie ją wygładził.

A potem chrząknął i, skoro nie mógł zrobić nic innego, odczytał treść maila.

Nie zdążył nawet złożyć wymiętej kartki na pół, kiedy Wood oświadczył spokojnie:

 – Mój rzecznik wyda stosowne oświadczenie w moim imieniu. Tymczasem kończymy naszą współpracę. Dziękuję, panie Avista.

– Ale… – sapnął elf.

– To samo tyczy się mnie, drogi panie! – prychnął Gardy. W odróżnieniu od człowieka nie silił się na obojętny ton.

Para aktorów jak jeden mąż odwróciła się i ruszyła z powrotem ku swoim przyczepom.

– Ale…

Elf rzucił paniczne spojrzenie na resztę obsady, która miała, w jego wyobrażeniu, odwieść gwiazdorów od kategorycznych decyzji. Szóstka krasnoludów zbiła się w ciasną grupkę, niczym owieczki przyprowadzone na rzeź.

Wesołek stawał właśnie na palcach, próbując dosięgnąć flaszki z bimbrem.

– Ej! – wrzasnął elf. – Zostaw to!

Aktor po raz drugi tego dnia wzdrygnął się jak skarcony szczeniak. A potem zaczął chichotać.

– Tak ci do śmiechu?! – syknął Tim. – Tak ci do śmiechu?!

Ruszył w jego stronę. Krasnoludami zawładnął instynkt stadny; zaczęli uciekać.

– Won! Bardzo dobrze! Zejść mi z oczu!

Freddy usiadł na ziemi, ściskając flaszkę bimbru. Odkręcił ją i pociągnął dwa łyki.

– Ja ich, kurwa, urządzę… – Rozjuszony reżyser zaczął krążyć po polanie. – Wiem! Ściągniemy tu prawdziwą wiedźmę, mam do jednej numer… Rzucimy na sukinsynów urok! Zagrają, co trzeba i jak trzeba! Tak!

– Tim – odezwał się cicho Freddy – czy ciebie pojebało? Przecież to jest z automatu kryminał. Dla nas obu.

– No i co?! – wrzasnął.

Asystent westchnął i wypił jeszcze łyk.

– Chodźmy stąd – warknął elf. – Jak mamy się nawalić, to w przyczepie.

Wzięli tyle przekąsek, ile zdołali unieść i poszli się upodlić.

 

***

 

Upadlanie szło im całkiem nieźle.

– Pierrrrdolisz! – ryknął po raz czwarty Tim, trzęsąc się ze śmiechu.

– Nie! – Powtórzył goblin, ocierając rękawem łzy. – Serio! Wziął ich z psychiatryka!

Biesiadowali już od kilku godzin, zbliżali się do dna drugiej butelki. Trunek kopał, aż miło.

Freddy wyznał mu, że tego popołudnia popytał, gdzie trzeba i dowiedział się, że niemal połowa obsady – trzech krasnoludów – to pensjonariusze wariatkowa.

– Ale jak Gold ich stamtąd wyciągnął?!

– Nie wiem! Czy to ważne?! W każdym razie Gburek ma przewlekłą depresję, Śpioszek jakąś nerwicę, przez którą stale przysypia, a ten cały Wesołek… sam widzisz! Żółte papiery!

Jeszcze dzisiejszego ranka reżyser przyjąłby te rewelacje z ciężkim sercem. Teraz tylko go bawiły.

Śmiech w końcu ucichł.

– A więc to tyle – podjął elf. Wypowiadając te słowa czuł żal, który jednak w następnej sekundzie pierzchnął; jego miejsce zajęło coś na kształt ulgi. Tak łatwo będzie mu pożegnać się z życiem?

– E tam, przesadzasz. – Dla pijanego Freddy’ego szklanka zawsze była do połowy pełna. – Przeż… jakoś będzie, nie? Co ci zrobią? Wsadzą w betonowe buty?

– Niewykluczone.

– Oj tam. Jakoś… – Głowa kompana opadła. – Się to wszystko… nawróci… odwróci.

Nagła światłość, błyskawica.

A potem potężny huk.

Pomysł począł się i narodził w sekundzie.

– Freddy! Już wiem! Wiem, co zrobimy!

– Co? – Goblin wyrwał się z płytkiej drzemki.

– Stary! – Elf porwał go w ramiona. – Jesteś geniuszem!

– E! Odstaw mnie!

Tak zrobił. A wziął głęboki oddech i rzekł:

– Słuchaj, mam plan, ale potrzebuję twojej pomocy. Masz o nic nie pytać i robić, co ci każę, choćby wydawało ci się to głupie albo szalone, dobra?!

Freddy powoli pokiwał głową.

– Na początek leć do siebie i przynieś mi trochę cukru–pudru.

Asystent wzdrygnął się.

– No co? Przecież wiem, że bierzesz. Nie powiem, że przymykam na to oko, bo nawet mi to nie przeszkadza. Zakładam, że masz towar dobrej jakości. Będzie mi potrzebny. 

– A… ta druga rzecz?

– Połóż się spać wcześnie. Obudzisz się o czwartej i tutaj przyjdziesz. Przyczepa będzie otwarta. Na biurku zostawię ci instrukcje.

– Jakie instrukcje?

– Błagam, żadnych pytań, Freddy. Żadnych! A teraz leć!

Pobiegł więc w pachnącą lasem noc. Tim już sięgał po laptopa, ale rozmyślił się. Wyciągnął z szafki arkusz papieru i długopis. Będzie tworzył jak przed dziesięcioleciami, na pierwszym roku studiów, kiedy nie było go stać na wymyślną elektronikę. Kiedy wierzył, że zawojuje świat dzięki unikatowym kombinacjom, w które zdoła ułożyć czterdzieści liter alfabetu.

Wzruszyłby się, gdyby miał na to czas.

A potem usiadł i zaczął pisać.

 

***

 

Uroczysta premiera filmu dokumentalnego ,,Przemiana duchowa błądzącego elfa” odbyła się w stołecznym kinie ,,Era”.

Uczestniczyły w niej tłumy celebrytów, związanych z branżą filmową i nie tylko. Przy szerokim czerwonym dywanie, obstawionym przez szpaler reporterów, zatrzymywały się kolejne limuzyny. Gwiazdy, zalewane światłem lamp błyskowych, niespiesznie sunęły ku wejściu.

Kiedy przybył Frederick Shorty, wrzask gawiedzi sięgnął nieba. Goblin krążył po dywanie, posyłając na lewo i prawo całusy. Zakręcił kilka piruetów. Tak, dla wszystkich było jasne, że jest naćpany po uszy. Towarzyszyła mu jakaś anonimowa hobbitka. 

W ciągu minionego roku jego życie diametralnie się zmieniło. Powszechnie sądzono, że otworzyły się przed nim wrota kariery. Sam Freddy nie potrafił odnaleźć się w nowym rozdziale swojego życia. Prawdę mówiąc, nawet nie próbował. Codziennie był na haju.

W końcu nadjechała TA limuzyna. Drzwi wozu otwarły się i świat utonął w blasku fleszy, z którego wypłynął ON.

Timothy Avista szedł prosto ku wejściu do najświętszego gmachu rozrywki. W ślad za nim dreptała olśniewająca Tracy Maxwell – elfia modelka, która drugi rok z rzędu dzierżyła tytuł najseksowniejszej istoty kontynentu.

Tuż przed seansem miał wygłosić mowę. Przypuszczano, że będzie ona długa i podniosła, że wykorzysta tę sytuację, by podsumować wszystko to, co w ostatnim czasie sprzedał prasie i telewizji w dziesiątkach wywiadów. Tymczasem wszedł na ustawione pod ekranem podium, poluzował krawat i rzekł:

– Dobry wieczór. Bawcie się dobrze. Dziękuję.

Z początku nieśmiałe, brawa rychło przemieniły się w istną kanonadę.

Dwugodzinny seans wyzwolił niemało emocji. Publiczność wzdychała, śmiała się, roniła łzy. Tymczasem w loży honorowej Tim drzemał, złożywszy głowę na kolanach Tracy. Modelka oniemiała. Poza tym trudno jej było śledzić wydarzenia na ekranie, bo siedzący za nią Freddy non-stop nawijał jakieś niestworzone historie, przymykając się tylko na dwie krótkie chwile, potrzebne na wciągnięcie kresek z dekoltu szczerze tym uradowanej partnerki.

Kiedy zapaliły się światła i publiczność znów oddała się owacjom, tym razem na stojąco, Tim ocknął się. Pomachał wiwatującym.

– Brawo! Brawo! Jebał was cyklop! – krzyczał, korzystając z tego, że i tak nikt go nie usłyszy, a ci, którzy zdołają odczytać słowa z jego ust, nie dadzą wiary samym sobie. Freddy płakał ze śmiechu.

Uroczysty bankiet odbył się w Pałacu Centaurów. Liczni goście musieli przez dwie godziny trzymać jako – taki poziom. Potem dziennikarze mieli zostać wyproszeni z sali balowej, co pozwalało na porzucenie wszelkiej krępacji (od początku imprezy nie krępował się tylko Freddy; przydybany przez agresywnego reportera, który zapytał go, czy religia nie zabrania nadużywania narkotyków, odparł: ,,Och, w druidzkich księgach nie ma słowa o waleniu koksu. Piszą sporo o unikaniu wina i tego się trzymam. Nie lubię wina”).

Tamtej pamiętnej nocy Freddy istotnie dostarczył swemu szefowi kilka działek cukru–pudru, o które prosił. Nad ranem, wedle rozkazu, zakradł się do jego przyczepy. Znalazł na stole plik gęsto zapisanych kartek. Była to szczegółowa instrukcja.

Tim obiecał, że wróci na plan za trzy dni, cały i zdrowy. W tym czasie zadaniem Freddy’ego było rozkręcić aferę z powodu jego nieobecności. Musiał dopilnować, by aktorzy i ekipa, którzy w obliczu klęski projektu najchętniej od razu zmyliby się do domu, zostali zaangażowani w poszukiwanie reżysera. A Freddy, najpierw nakłaniając ich do pomocy, a potem towarzysząc im w poszukiwaniach, miał stale nosić przy sobie ukrytą kamerę.

Elf faktycznie odnalazł się po trzech dniach. Wybiegł spomiędzy drzew przy swojej przyczepie, dokładnie o tej porze, o której miał to zrobić. Freddy tak wszystko zaaranżował, by na polance przebywało wówczas jak najwięcej świadków. Rzucili się ku reżyserowi, który, w poszarpanych i ubłoconych ciuchach, zdołał jedynie wysapać, by dano mu pić. Potem zemdlał, czy raczej bardzo udanie odegrał utratę przytomności.

Dzień po ,,zaginięciu” Freddy poinformował Golda o tym, że projekt stanął, ponieważ reżyser przepadł. Dał producentowi do zrozumienia – zgodnie z tym, co nakazano mu w instrukcji – że Timothy bardzo źle przyjął decyzję o wpleceniu w historię nieoczekiwanego miłosnego wątku. Miał krzyczeć, że to się nie godzi z jego wartościami i urządzić na planie prawdziwą awanturę. A następnego ranka już go nie było.

Po wyłonieniu się z lasu Tim przespał dziesięć godzin. Pierwsze, o co poprosił po otwarciu oczu, to by połączyć go z Goldem.

– Panie Gold… – załkał do słuchawki – tak bardzo, bardzo przepraszam!

A potem, wzbijając się na wyżyny swego niemałego aktorskiego talentu, opowiedział producentowi o tym, co go spotkało…

Grubo po północy, kiedy impreza w pałacu trwała w najlepsze i nikogo nie dziwił widok turlających się po podłodze gwiazd, Tracy Maxwell doszła do wniosku, że ma jednak swoją godność i nie może pozwolić tak się traktować: ten cały Avista, który dla kaprysu zaprosił ją na premierę, nie poświęcał jej krzty uwagi, tylko cały czas chlał ze swoim pomagierem i naszpikowaną sylikonem hobbitką. W jakim ją to stawiało świetle?!

– Timothy! – rzuciła ostro do swego partnera, kiedy ten pląsał po stole, wożąc Freddiego na barana. – Timothy!

Elf strząsnął goblina z pleców. Freddy runął na blat, a potem stoczył się na podłogę. Natychmiast wstał i wykonał głęboki ukłon.

– Śliczna panno… – wybełkotał. – Panno Tracy! Ja przepraszam! Pani może myśleć, że jest coś prer…wer…syjnego w tym, że goblin prowadza się z hobbitką, co…? – Spojrzał na nią wyzywająco. Nie odezwała się, zupełnie zbita z tropu. Pytanie okazało się retoryczne:

– I masz, kurwa, rację! – zarechotał Freddy, klepiąc w pośladki włochatą partnerkę z olbrzymimi, sztucznymi piersiami. Tracy bała się, że szampan podejdzie jej do gardła.

– Co chcesz, cukiereczku? – Elfi celebryta wreszcie skupił na niej uwagę. Wyglądał jak karykatura samego siebie, odwrócenie wizerunku, do którego przyzwyczaił opinię publiczną. Z przekrwionymi oczami, dzikim uśmiechem i plamami rozsianymi po twarzy tam, gdzie starł się makijaż, mógł uchodzić za szaleńca, nie za bohatera.

– Jedźmy już. Jedźmy do mnie. – Tracy chciała mieć jak najszybciej z głowy to, na co bez słów się zgodziła, przyjmując jego zaproszenie.

– Tracy, moja ty słodka – wychrypiał – wiesz, że wybrałem właśnie ciebie, żeby… – Sięgnął do kieszeni i wydobył z niej ulotkę reklamową swojego filmu. Chrząknął i zaczął z wysiłkiem czytać: – Ta historia wydarzyła się naprawdę! Podczas realizacji swojego najnowszego filmu wzięty reżyser Timothy Avista wpadł w furię, kiedy dowiedział się, że musi zawrzeć w nim wątek homoseksualnej miłości! Wtedy zdarzyło się to, co sam nazywa cudem – nocą wezwał go do siebie bóg lasu i pozwolił przejść wewnętrzną przemianę! Ten film dokumentalny, zawierający pełne świadectwo Timothy’ego oraz jego wiernego asystenta – Fredericka – przybliży nam tę wzruszającą, nieprawdopodobną historię nawrócenia… – Tim po raz kolejny zarechotał. Potem cisnął ulotkę na ziemię.

– Popatrz dokoła, skarbie! – Elf zatoczył ramieniem szerokie koło. – Całe to towarzystwo. Pierdoleni hipokryci. Widzisz tamtych, o tam? Tak zwani konserwatyści, psia ich mać! Jak strasznie się martwili, że będziemy promować kochających inaczej! Że wartości rodzinne… A patrz na tamtego! Zaraz łbem wpadnie na tacę z pudrem! Łgarze! A ja z nich największy!

Tracy zaschło w ustach, nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę.

– Chciałabym… – pisnęła.

– Czy ty nic nie rozumiesz?! – wrzasnął Tim, zbliżając się elfki. – To wszystko ściema! Nie było żadnego objawienia! Nie było żadnej przemiany!

Zaczęły się ku nim zwracać głowy, ale mało prawdopodobne, by ktoś brał słowa reżysera jako przyznanie się do oszustwa; prościej było wysnuć wniosek, że zetknięcie z oczyszczającym absolutem było dla niego tak wielkim przeżyciem, że teraz, w pijackim widzie, umniejsza jego rangę, bo tylko w ten sposób zwykły śmiertelnik może sobie poradzić z podobnym doświadczeniem.

– Popatrz na Freddy’ego. – Chwycił partnerkę za ramię i zwrócił ją ku goblinowi, który nosił na rękach piszczącą hobbitkę. – In-stru…mentalnie posłużyłem się jego wiarą. Uprzednio zmuszając do kręcenia tamtych błaznów, żeby potem wszystko pociąć, zmanipulować… I wiesz co? Dobiłem w tym skurczybyku resztki pokracznej wiary, które starał się pielęgnować. Freddy! – krzyknął przez salę. – Przepraszam cię, ty mały sukinsynu! – Potem zbłądził wzrokiem w kąt pomieszczenia i aż się wzdrygnął.

– Wood! Wood, szmaciarzu! Królewiczu, twoja mać! Może opowiesz nam wszystkim jak rwałeś się do grania homosia, co?! Słyszysz mnie, zasrańcu?!

Samuel Wood, nie oglądając się na bluzgającego reżysera, pospiesznie wyszedł na korytarz wraz z towarzyszącą mu grupką. Nawet na chwilkę nie przerwali konwersacji.

– Teraz struga wielkiego bohatera… ech, co ja gadam. Sam go tak wystrugałem. Rozumiesz? – Spojrzał coraz bardziej skołowanej Tracy głęboko w oczy. – Freddy wszystko kręcił z przyczajenia. Jak mnie nie było. A potem to zmontowaliśmy. Tak, że wyglądało jakby szukali… zagubionego homofoba. Sprawnym montażem można zrobić wszystko. A Gold, wiesz, producent, łyknął historyjkę o moim objawieniu, bo też wierzy w tę całą religię lasu, rozumiesz? – Ścisnął jej dłonie i uniósł je do ust. Tak bardzo pragnął, by pojęła, o czym mówi.

– Jedźmy do mnie – powtórzyła z naciskiem.

– Ech, Tracy… – Opuścił ramiona i spojrzał ku sufitowi. – Z jakichś przyczyn to właśnie ty od zawsze byłaś dla mnie symbolem tego, co zepsute! Nie zrozum mnie źle, tyłek masz pierwsza klasa…

Nie spodziewał się policzka, który dosłownie ściął go z nóg. Długowłosa piękność ruszyła w stronę wyjścia.

– Panie reżyserze! – Już był przy nim jakiś młody człowiek, którego nie znał. – Nic panu nie jest?

– Jak masz na imię, synu?

– Ja? – Młodzieniec cały pokraśniał. – Jestem Torg!

– Drogi Torgu – sapnął – mam prośbę. Rzuć to w cholerę, dobrze? Masz jeszcze szansę. Wyjedź z tego zakłamanego kurwidołka i nigdy nie wracaj. Ratuj życie.

Młodzieniec aż otwarł usta z wrażenia. Szukał odpowiednich słów, po które mógłby sięgnąć, kiedy Avista zerwał się na nogi i łupnął go w plecy.

– Żartowałem! Skołuj mi tu prędko trochę dobrej whisky, bo zaschło mi w gardle! Ej, wszyscy! – wlazł na stół i okręcił się dokoła. – Obyśmy pozdychali!

Wszyscy zgodnie za to wypili. Impreza toczyła się dalej.

Koniec

Komentarze

Jeśli masz za sobą lekturę tekstu, chcę byś wiedział(a), że opowiadanie jest przejaskrawioną szyderą wymierzoną w zakłamane środowisko tamtejszego Hollywood.

Na wszelki wypadek zaznaczam, że kpię wyłącznie z tych, którzy zasługują na wykpienie.

 

Idea z(a)miany odeszła tutaj na drugi albo i trzeci plan, ale cóż – jednak się pojawia, więc podpinam się pod konkurs :)

Każda szydera z Hollywood jest dobra. :-)

Cóż, to mi wygląda na czystą prawdę.

Daleko odszedłeś od bajki. To już nie tylko zamiana, to inne czasy, inny setting. Właściwie opowieść o kręceniu filmu na podstawie bajki… Ale niech się tym Ninedin martwi.

Pisałabym “cukier puder”. W ostateczności “cukier-puder”, bez spacji.

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję Ci za wizytę i za klika!

Niestandardowy setting może się wybroni. Gorzej, że nie skupiłem się na baśni, a potraktowałem ją jako pretekst do opowiedzenia o czym innym. Zobaczymy :) 

 No! W końcu odkopałam się z obowiązków i znalazłam chwilę, żeby przeczytać twój tekst. I muszę powiedzieć, że to jest bardzo fajne opowiadanie luźno nawiązujące do baśni. W niewymuszony sposób przedstawiasz głównego bohatera, jego zachowanie i myśli. Postaci poboczne też są barwne i mimo że się na nich nie skupiasz, to piszesz wystarczająco dużo, abym mogła sobie je jako tako wyobrazić. Podobnie plastycznie przedstawiłeś realia świata, w sumie nie wiele pisząc o nim samym – ot fragment tu, opis tam. A przekleństw wcale nie było tak dużo (składam reklamację), za to fajnie je wykorzystałeś (scena oklasków po filmie – cudna ;)

I tylko jedna rzecz mi trochę niepodeszła – scena balangi po filmie. Absolutnie nie mam nic do samej sceny (jest dobra), tylko przeszkadzała mi rozmowa elfa z modelką, gdzie tłumaczysz, co tak naprawdę się stało w tym lesie… pisząc o tym też parę linijek wcześniej. Jasne – oba fragmenty przedstawione są inaczej: jeden opisuje sytuację (nie wyjaśniając wszystkiego), a drugi jest pijackim bełkotem rozżalonego elfa (taka jakby spowiedź po pijaku), ale jakoś tak mi to zgrzytnęło pod koniec. Chyba wolałabym zostawić trochę niedopowiedzeń, ale to tylko moje zdanie :)

Potem zemdlał, czy raczej bardzo udanie odegrał akt tracenie przytomności.

Tracenia?

Cześć, kasjopejatales, cieszę się, że znalazłaś czas na wizytę. Dzięki za klika!

Co do wulgaryzmów – przyznam, że przy edycji trochę ich wyrzuciłem, nie chciałem przesadzić :)

W ostatniej scenie faktycznie wyłożyłem wszystko, nie zostawiając miejsca na niedopowiedzenia. Obawiałem się, że czytelnik mógłby poczuć się zniecierpliwiony tym, że istota twistu nie została dobrze naświetlona. Stąd postać niespecjalnie lotnej elfki, której można wszystko wyłożyć krok po kroku :)

Potknięcie z ,,traceniem” poprawiłem.

Pozdrawiam!

 

W ostatniej scenie faktycznie wyłożyłem wszystko, nie zostawiając miejsca na niedopowiedzenia. Obawiałem się, że czytelnik mógłby poczuć się zniecierpliwiony tym, że istota twistu nie została dobrze naświetlona. Stąd postać niespecjalnie lotnej elfki, której można wszystko wyłożyć krok po kroku :)

Nie no, sama scena z elfką mi się podobała – była naturalna i niewymuszona. Zgrzytnęło mi raczej to, że widziałam wyjaśnienie w dwóch miejscach. Rozumiem jednak chęć wyjaśnienia niedopowiedzeń. Sama często obawiam się, że czytający nie wszystko wyłapie sam. Dlatego, często wbrew sobie, dodaje więcej wyjaśnień, niż bym naprawdę chciała. Może trochę jeszcze brakuje mi umiejętności, aby to zrobić, ale z drugiej strony wiem, że zwyczajnie nie da się wszystkich zadowolić. Jeden powie, że zbyt dużo wyjaśniam inny, że za mało – i jest to często kwestia uznaniowa. Jak tutaj :)

To chyba nie o tyle kwestia umiejętności, co decyzji autora ile i jak pragnie pokazać. Wydaje mi się, że trzeba bardzo uważać na to, aby nie zostawić czytelnika z poczuciem, że coś mu umknęło. Z drugiej strony zbyt wiele wyjaśnień to też niedobrze. Najlepiej byłoby znaleźć jakiś złoty środek, no ale – czy taki istnieje :)?

Czytałam z uwagą, bo pewnie niedługo też przycupnę gdzieś na konkursowym wątku, żeby wam w dwójkę smutno nie było. wink

 

Co do samej zamiany, rzeczywiście jej niewiele, ale to chyba nie przeszkadzało mi specjalnie w lekturze. Świat, który stworzyłeś to satyra na tradycyjne motywy fantasy i show-biznes, co jest dla mnie siłą tego tekstu. Fabuła jest jednak nieco nierówna, bo z jednej strony dwa razy powtarza się motyw psikusa, który Avista zrobił kolegom z planu tylko dwóch perspektyw. Z drugiej nie jest to tak do końca jasne, co tam miało miejsce, bo w pierwszym fragmencie są strategiczne niedopowiedzenia, w drugim bełkot wstawionego bohatera. Można to jednak podciągnąć pod chęć postmodernistycznego poprowadzenia akcji, więc to bardziej spostrzeżenie niż zarzut. Nie przemówiły do mnie jednak wcale heteronormatywne żarty, na których oparta była główna intryga, ale to już taka uwaga z cyklu rzecz gustu. 

 

I tak słowem podsumowania – chętnie bym przeczytała coś więcej osadzonego w tym świecie.smiley

Oidrin, bardzo dziękuję za wizytę i komentarz!

 

Nie przemówiły do mnie jednak wcale heteronormatywne żarty, na których oparta była główna intryga

Chciałbym zaznaczyć, że posłużyłem się tym motywem, by uwypuklić hipokryzję tamtejszych filmowych ,,elit”.

Producent Gold, który na siłę wplata rzeczone motywy do swojego filmu, jest w gruncie rzeczy krótkowzrocznym egocentrykiem. Mając niby na względzie dobro krzywdzonych, nie waha się zaangażować do filmu osoby chore psychicznie.

Główni aktorzy, choć bardzo ,,poprawni”, wyraźnie wzbraniają się przed wzięciem udziału w projekcie, który mógłby przypiąć im łatki homoseksualistów. Teoretycznie nie powinni mieć z tym problemu.

 

Z drugiej nie jest to tak do końca jasne, co tam miało miejsce, bo w pierwszym fragmencie są strategiczne niedopowiedzenia, w drugim bełkot wstawionego bohatera. 

Projekt stanął, ponieważ aktorzy wcielający się w Śnieżka i Mędrka nie zgodzili się zagrać homoseksualnego wątku. Wówczas Tim wpadł na pomysł stworzenia ,,na gorąco” kłamliwego dzieła ,,dokumentalnego”.

Założenia były takie: Avista zniknął z planu, a Freddy kręcił z ukrycia na prędko zorganizowaną akcję poszukiwawczą. Uprzednio goblin poinformował producenta, że Tim miał bardzo źle zareagować na konieczność tworzenia filmu z wątkami gejowskimi. Gdy Tim w końcu się ,,odnalazł”, nakłamał, że doświadczył objawienia, które miało wyleczyć go z rzekomej homofobii – słusznie przypuszczał, że Gold, choćby po to, by nie stracić swej postępowej twarzy, zgodzi się na stworzenie dokumentu opowiadającego o tym, jak błądzący (w sensie dosłownym i przenośnym) elf odnajduje się.

 

Pozdrawiam i zapraszam do skromnego grona konkursowiczów :)

Główni aktorzy, choć bardzo ,,poprawni”, wyraźnie wzbraniają się przed wzięciem udziału w projekcie, który mógłby przypiąć im łatki homoseksualistów. Teoretycznie nie powinni mieć z tym problemu.

Wiadomo, że to też jakiś element parodystyczny mainstreamu, ale jak są jakieś kwestie okołogenderowe, to zawsze sobie lubię pogadać.smiley A przy tym bajkowym konkursie to powinno być jakieś pole do dyskusji, więc śledzę każdy tekst.

Swoją drogą edit do poprzedniego komentarza – Avista przypomina mi trochę głównego bohatera z BoJack Horseman, wydaje mi się, czy to było zamierzone? 

Swoją drogą edit do poprzedniego komentarza – Avista przypomina mi trochę głównego bohatera z BoJack Horseman, wydaje mi się, czy to było zamierzone? 

Obejrzałem raptem jeden odcinek (premierowy) i serial jakoś mnie nie porwał. Planuję drugie podejście :)

Świadomie nie czerpałem stamtąd inspiracji :)

Jeżeli lubisz takie satyryczne motywy – przerysowanie i niewybredne w słowach, ale gorzko prawdziwe żarty, można temu dać drugą szansę. Chociaż chyba trochę zależy od wersji językowej, a nie mam pojęcia, czy i jak wyszedł polski dubbing.

tak przy okazji – polecę, bo coś mało masz klikówwink

 

 

Jeżeli lubisz takie satyryczne motywy – przerysowanie i niewybredne w słowach, ale gorzko prawdziwe żarty, można temu dać drugą szansę.

Spróbuję. Choć pierwszy w kolejce jest drugi sezon ,,Rozczarowanych” :)

 

tak przy okazji – polecę, bo coś mało masz klikówwink

Bardzo dziękuję, miło mi.

No to i ja się tutaj jeszcze raz odezwę ;)

Tekst czytało mi się przyjemnie, bardzo spodobał mi się pomysł – dosłowne kręcenie bajki na nowo, ze zmienioną obsadą. Co prawda, sama baśń dość się rozmyła, jednak jako samodzielna całość tekst się broni. Mamy charakterystycznych bohaterów, wyraźnie zarysowaną problematykę i porządne wykonanie. Dobra lektura.

No, mam nadzieję, że to wystarczy do polecajki ;)

Cześć, Silva! Dziękuję za wizytę i za klika! Dzięki Twojej pracy mój tekst dużo zyskał, po raz kolejny dziękuję Ci za betę! Pozdrawiam! 

Mówiłam, że przyjdę, to jestem.

 schował twarz w dłonie.

Idiom: schował twarz w dłoniach.

 Pukanie ponowiło się.

To nie brzmi dobrze, jest bliskie aliteracji.

 głos krasnoluda przesycony jest żalem. Pewnie chce go przeprosić

Głos?

 rozczarował się samym sobą

Brzmi jak z listu samobójczego…

 drzwi poczęły powolutku się otwierać.

"Poczęły" rodzi dwa problemy: pierwszy to aliteracja, ale drugi to śmieszność inherentna w zestawieniu poczęcia z drzwiami. Ponadto: "się" jako krótkie i akcentowane, lepiej dawać z przodu.

 No rusz

No, rusz.

 uśmiechnął się delikatnie

To znaczy?

 zbliżył się do stolika i usiadł naprzeciwko

Skoro musiał się aż zbliżać, to pomieszczenie musi być duże – a przecież to przyczepa. Zwracaj uwagę na takie drobiazgi, bo wychodzi, że nie widzisz tego miejsca. A skoro Ty go nie widzisz, jak ja mam zobaczyć?

 przyszedł w opadających na ramiona, złocistych lokach

Nie chodzi się we włosach, tylko z (jakimiś) włosami.

 – Słucham cię!

Wypowiedzi Tima w tym fragmencie są mocno wysilone, ale to może być celowe, żeby pokazać, że facet jest o krok od wybuchu. Zgadłam?

 potrafił pojąć

Aliteracja.

 Stworzeni byli do tego, by po kres dni wydeptywać

Sztucznie przedłużasz: Stworzeni byli, aby po kres swoich dni wydeptywać… Albo lepiej: Stworzeni byli do wydeptywania po kres swoich dni…

 rodzaj nieśmiertelności, której

Związek zgody: ten rodzaj, którego.

 piękne dusze przypadkowo opinała twarda skóra.

Hmm.

Alex nie śmiał spojrzeć mu w twarz

Nie śmiał mu spojrzeć w twarz.

 Biła od niego gotowość na przyjęcie krytyki.

Niby tekst już jest długi, ale to wygląda na skrót.

 Ależ mój drogi

Przed wołaczem przecinek: Ależ, mój drogi.

 na rozmaitych etapach jego realizacji

Na różnych etapach realizacji.

 Kiwał dłońmi w przód i w tył

Ale samymi dłońmi?

Spróbuj zebrać się w sobie, stary! Wierzę w ciebie! Dasz radę!

Mnie by to raczej zdołowało, niż zmotywowało…

 Pokrzepiony, wybiegł z przyczepy

Coś tu fonetycznie nie gra.

obojętny na tę obcesową

Aliteracja.

 swój stek

Anglicyzm.

 Okazało się, że wszystko było ułożone

Jest ułożone (c.t.).

 Obyśmy jak najszybciej wynieśli się z tego lasu

Obyśmy się jak najszybciej wynieśli z tego lasu.

ton – musiało chodzić o jakiś zabobon

Rym.

 Odkąd goblin odkrył

Aliteracja.

 pracy na jakieś zaburzenia mocy

Rym.

 nastrój elfa uległ poprawie

W jaki dokładnie ton celujesz?

 mamy to z głowy. Ale później nie będzie łatwiej.

Nie jest to stuprocentowo jasne.

 na których opierać miał się film

Nienaturalny szyk: na których miał się opierać film.

 wcielali się w nich kolejno Samuel Wood i Tommy Gardy

Właśnie powiedziałeś, że raz się w nich wcielał Wood, a raz Gardy. Myślę, że chodziło Ci o "odpowiednio", ale w ogóle możesz tu sobie darować przysłówek.

 mający – oprócz niebotycznie wysokiego budżetu – gwarantować sukces tego dzieła

Dlaczego aktorzy mają gwarantować wysoki budżet?

 przedziwnego, nieodgadnionego dla reżysera, klucza.

Nie robiłabym tego wtrąceniem. Pierwszy przecinek i tak musi być, bo rozdziela określenia.

 uniósł oczy ku górze

Jak unieść coś w dół? Istnieje idiom: uniósł oczy ku niebu, ale "unieść ku górze" to masło maślane.

 Sam nie rozumiał przyczyn swego sukcesu, dopatrywał się ich nawet w fakcie, że należeli z Goldem do tej samej rasy.

To jest nienaturalne, wręcz telewizyjne. Może reżyser mógłby tak myśleć, ale…

 czynnik działać mógł

Czynnik mógł działać. Nie wiem, czy tak jest faktycznie, ale ja to widzę tak, że "mógł" jest tu czasownikiem jakby głównym (bezpośrednio się łączy z podmiotem), a "działać" – orzecznikiem.

 nie zarzucił mu rzekomego rasizmu

Masło maślane.

 Poklepując swego pobratymcę po plecach

Aliteracje, zaimkoza: Klepiąc pobratymca po plecach.

 odnotowywał wszystkie złote klamki

W zasadzie odnotowuje się fakty, nie przedmioty.

 stuletnie, zdobne sztućce

Stuletnie ozdobne sztućce. "Zdobne" muszą być w coś, np. w grawerunki.

przyszło mu rozprawiać się

Się rozprawiać, patrz wyżej. W zdaniu są trzy "które" – nie da się ich wyrzucić?

kieliszek białego wina, wart pewnie miesięcznej pensji

Wart tyle, ile wynosiła miesięczna pensja. Ale to ciągle źle brzmi, tyle, że teraz jest frazeologicznie poprawne – nie musisz przy tym zostawać.

 Festiwalu Kina Ambitnego organizowanego

Festiwalu organizowanym. Uważaj na te związki zgody – tak, jak jest wychodzi, że gmina organizuje kino.

 Drugim powodem był zbliżony prestiż obu aktorów.

Mało naturalne i nie przekonuje mnie. Gdzie jest napisane, że trzeba być równym "prestiżem", żeby się z kimś zadawać?

 Ustawili się jak przed godziną

Ustawili się tak, jak przed godziną.

 rozsierdzony reżyser ogłosił

Czy "rozsierdzony" na pewno pasuje do "ogłosił"? Bo mnie się tak nie wydaje.

 pół minuty, podczas której

Którego – podmiotem jest "pół", nie "minuty".

 Kurtz rzekł do niego

Znowu wchodzisz na dziwnie wysoki ton – dlaczego? Zwłaszcza w zestawieniu z kolokwialnym "rzuć na to okiem".

 na mały ekran umieszczony na obudowie kamery, gdzie odtwarzała się świeżo nakręcona scena

Skróciłabym to.

 nie dostrzegając problemu.

Nie dostrzegłszy (imiesłów współczesny, jak sama nazwa wskazuje, mówi o czynności mającej miejsce jednocześnie z główną), ale ta fraza jest zbędna, to wynika z kontekstu.

 Nie był przesądny, tak jak Freddy

Nie był przesądny, jak Freddy.

 błahy błąd

Aliteracja.

 jeszcze przez bardzo długo

Jeszcze bardzo długo, albo jeszcze przez długi czas. Wybierz sobie.

 wyczekująco

Lepiej: z wyczekiwaniem.

 Wesołek w mig zorientował się, że chodzi o niego, bo zamilkł i przeniósł zalęknione spojrzenie na reżysera.

Nie bardzo mnie to przekonuje. Chyba, żeby Wesołek miał być uszkodzony psychicznie?

słuchał się wszystkich poleceń

Słuchał wszystkich poleceń, albo wypełniał wszystkie polecenia.

 zaczął szturchać go w kolano

Krótkie akcentowane: zaczął go szturchać w kolano.

 wrzasnął na asystenta. Ten bez słowa przekazał mu złożoną na pół kartkę. Nic nie powiedział, ale posłał mu bardzo wymowne spojrzenie.

Sztucznie przedłużone: Asystent wręczył mu złożoną na pół kartkę. Nic nie powiedział, ale posłał reżyserowi bardzo wymowne spojrzenie.

 Był to wydruk wiadomości przesłanej mailem. Nadawcą był producent Gold.

Przedłużasz.

 Pobieżnie przebiegł wzrokiem po tekście.

Przebiegł tekst wzrokiem. Kropka. “Pobieżnie” pochodzi od biegania.

wydusił elf

Wydusił z siebie. Wydusić bez dodatków można tylko okoliczne przepiórki.

 by konkretniej wyrazić to, co o tym sądzi

Przedłużone. Całe zdanie bym skróciła.

 Stacjonował na uboczu

Nie był przecież wojskiem?

zmiętą, papierową kulkę

Nie kulka jest zmięta, tylko papier jest zmięty w kulkę. La petite difference.

oczami, kiedy będzie rozmawiał (…) dostrzec w wyłupiastych oczach

Powtórzenie.

 Spojrzenie goblina było puste.

Czyli?

 modyfikacja scenariusza jest musem

"Mus" nie łączy się w ten sposób. W ogóle przebudowałabym to zdanie, może: zmiana scenariusza nie podlega dyskusji?

 raptem będzie przeszkadzać?!

Mmm, chyba nie.

 na co Tim aż zadrżał

Uprość: aż Tim zadrżał. Albo: aż Tim się wzdrygnął.

 potem pochwalić się

Aliteracja, wstaw "się" w środek, to ją trochę złamiesz.

gej-łatka

Chłopie, chcesz być polskim pisarzem, tak? Polskim jak bociany, jak Zakopane, Syrenka i schabowy z kapustą, tak? W takim razie proszę Cię uprzejmie, NIE UŻYWAJ TEJ OBRZYDLIWEJ ROSYJSKIEJ MANIERY sklejania słów na gumę do żucia. Nie bez mocnego uzasadnienia, którego tu nie masz. I nie, nic mnie nie obchodzi, że w telewizji tak robią. Całą telewizję należałoby bić i patrzeć, czy równo puchnie, bo znęcają się tam nad językiem w sposób bezprzykładny.

hipokryzji naszego zacnego środowiska

To też brzmi cokolwiek telewizyjnie.

 Po długiej dominacji trendu…

Cały ten i następny akapit są dość telewizyjne, może to i zasadne, skoro bohater jest z branży. Ale zaznaczam.

 szerokiej, pogmatwanej dyskusji

Dyskusja może mieć szeroki oddźwięk, ale szeroka być nie może.

 tak przez krytykę, jak i przez widzów

"I" zbędne.

emocjonalnie angażująca

Anglicyzm.

 lat, będących mieszanką pracy na planie, wypraw na festiwale filmowe, odbierania nagród, zbierania pochwał, udzielania wywiadów, rozdawania autografów oraz ucieczek na krótkie wakacje

"Będących" zawsze lepiej unikać. W ogóle zdanie da się skrócić.

 zaliczył ostatnie, zasłużone wakacje

Ten przecinek nie jest obojętny dla sensu. Jesteś go pewien?

 przyczyn, w odgadnięciu których musiałby mu pomóc psychoanalityk, a szczerze nimi gardził

Gardził analitykami, czy przyczynami?

 Pustka stawała się coraz większa, na przekór panicznych prób jej zasypania.

Na przekór komu, czemu? próbom.

 Począł imać się różnych zajęć,

Imał się różnych zajęć, po prostu. "Począł" nie gra w tonie i nic zupełnie nie wnosi.

 skłonił się ku jednej z ulubionych rozrywek

Nie.

 inwestować w rozmaite przedsięwzięcia o czym, podobnie jak wielu jego kolegów puszczających pieniądze w obieg, nie miał pojęcia

Rym, ale co ważniejsze – wychodzi na to, że facet inwestował, nie wiedząc, że inwestuje.

 gruchnął kryzys

Kryzysy gruchają?

 sytuacji, w której groziła mu licytacja jego rezydencji

Rymy.

 Zbyt mocno kochał swój bajecznie piękny kawałek miejsca na ziemi.

Jak z pisma kobiecego, weź.

choć świadom był tego, że

Nie mógł wiedzieć, jak normalni ludzie? Serio, w jaki ton celujesz?

 gdyż w przeciwnym razie stracić może nie tylko resztki majątku.

Tu na przykład jest wysoki do śmieszności.

 poczciwca trzymającego serce na dłoni

Poczciwca z sercem na dłoni. Nie przerabiaj idiomów, one są jakby całymi słowami, to wytrąca z zawieszenia niewiary.

myśląc o wyrafinowanym sposobie, w jaki zarżnął ten projekt

Nienaturalne.

 W głos Tima wstąpiła moc, której sam się nie spodziewał

?

 Przecież mają tam wójta albo sołtysa! Pewnie trzyma w domu jakiś dobry trunek!

Teraz już wiemy, że to kraina fantasy…

 Jeśli mu powiesz kim jesteś

Jeśli mu powiesz, kim jesteś.

 aż ten zmuszony był wybiec z przyczepy, wcale nie zachowując dla siebie tego, co myśli

Przedłużone, nienaturalne.

 Tymczasem Tim

Aliteracja.

 poczęli ustawiać na polance

Jeju, poczynają, poczynają, a nic się z tego nie rodzi. Ech.

 błyskawicznie przyrządzić kilka dań ze swoich zapasów i zaserwować

Wydumane to. I – z czyich zapasów?

 Freddy faktycznie skierował kroki

Skierował swe kroki. I nie było dotąd mowy o najbardziej okazałym domu.

 poczują na sobie presję

"Na sobie" wytnij.

 flaszką bimbru

Jabol i bimber – to nie to samo. Po reakcji Tima wnoszę, że mają do czynienia z tym drugim.

 nie był przekonany, czy działa słusznie

Nie był przekonany, że. Nie był pewien, czy.

 przekąski przyrządzone

Aliteracja.

Po tych zabiegach

W sumie może być, ale…

 wysłał do wszystkich członków obsady wiadomość, by o siedemnastej spotkali się na polance

Skróć: zaprosił wszystkich członków obsady na spotkanie o siedemnastej na polance.

 wcielić się

Się wcielić.

 Jej obecność wcale by nie pomogła, cieszyła się opinią zmanierowanej kapłanki chaosu.

Obecność się cieszyła? Ponadto – brniesz w abstrakcję. Bardzo daleko.

 w powitalnym geście

W geście powitania.

Zdawali się być

"Być" jest tu zbędne, może spokojnie zostać w domyśle.

umniejszania innym

Nie znam takiego frazeologizmu.

 Musiał być to

Musiał to być, albo: to musiał być.

 Wtedy ten wniosek bardzo go przygnębił.

Kiedy?

 W głosie Gardy’ego nie poznał ironii.

Co sugeruje, że tam była. Nie dostrzegł, nie usłyszał, tak.

 Twarze większości aktorów raptownie zastygły.

Twarze większości aktorów stężały. Nie lepiej? Uważaj, jakie słowa stawiasz obok siebie i czy ich pola semantyczne ładnie się układają.

 Można tak to nazwać.

Można to tak nazwać.

 języku komunikacji

Masło maślane z maślanką. Języku i tyle.

 wlepił w niego zimne spojrzenie

O, widzisz. Czy zimne może się lepić?

fatygowałem was tutaj na ten skromny poczęstunek, ponieważ chciałem przekazać wam pewną wieść

Tu rozwlekłość jest zasadna, bo Tim usiłuje coś powiedzieć, nie mówiąc tego. Ale czy to jest celowe, czy wyszło przypadkiem?

 krążąca dotychczas po orbicie wydarzeń

Czyli wydarzenia były w środku, a oni biegali wokół. Metafory muszą się trzymać kupy.

 rozprasował

Miał bowiem w ręku żelazko.

 chrząknął i nie miał innego wyboru jak odczytać

Chrząknął i, skoro nie mógł zrobić nic innego, odczytał.

 która przy ponownej lekturze brzmiała jeszcze gorzej.

To źle brzmi.

 To samo tyczy się mnie

To też nie najlepiej. Spróbuj to powiedzieć, i to jeszcze tonem oburzenia. I jak?

 obojętny ton

Czepiam się, wiem. Ale czy ton może być obojętny?

 odwieść gwiazdorów od podejmowania kategorycznych decyzji

"Podejmowania" zbędne.

sięgnąć flaszki z bimbrem

Dosięgnąć flaszki.

 Zagrają co trzeba

Zagrają, co trzeba.

 kiedy już zeszła z niego para.

Sugerujesz tu dłuższy proces, ale go nie pokazałeś. Przez to mam wrażenie, że w tekście jest dziura, chociaż wiem, że nie ma. Irytujące.

 Wzięli ze sobą tyle

"Ze sobą" zbędne.

 Ponownie odparł

To źle brzmi. Może: powtórzył?

 zbliżali się do dna drugiej butelki ,,Łez”

Rozcieńczonych "Łez" chyba?

 popytał gdzie trzeba

Popytał, gdzie trzeba.

 penitencjariusze wariatkowa

Nope. Pensjonariusze.

 Śpioszek jakąś nerwicę, przez którą stale przysypia

To nie nerwica, a narkolepsja, do your research.

 Teraz wyłącznie go one bawiły.

Okropnie nienaturalne. Teraz tylko go bawiły.

 Wypowiadając te słowa czuł żal, ale szybko przeobraził się on w coś dużo lżejszego, zbliżonego do ulgi.

Trudno się parsuje.

 optymistycznym Freddiem

Anglicyzm. Freddie mógł się stać tylko optymistą.

 Głowa kompana do kieliszka opadła.

Źle się parsuje.

 Pomysł począł się i narodził w sekundzie.

No, nareszcie coś się rodzi.

 wyskoczył z płytkiej drzemki

Wyskakuje się z rowu, ale z drzemki – w żadnym wypadku.

 potem postukał się palcem po

Aliteracja.

 robić co ci każę

Robić, co ci każę.

 Pobiegł więc, w pachnącą lasem noc.

Zbędny przecinek.

 kulkowy długopis

 nie stać go było

Nie było go stać.

 unikatowym kombinacjom, w jakie zdoła

W które.

 szerokim, czerwonym dywanie

Bez przecinka, "czerwony dywan" jest tak mocno związany, że działa jak rzeczownik, który "szeroki" określa.

otoczonym przez szpaler

Szpaler nie otacza.

 zalewane krzykiem tłumu i światłem lamp błyskowych

Co to za synestezja?

hobbiciej partnerki

Czyli partnerki jakiegoś hobbita. Albo to anglicyzm i miało być: partnerki – hobbitki.

tanecznym krokiem krążył po dywanie

Hmm.

Choć powszechnie sądzono, że otwarły się przed nim wrota kariery, członkowie jego kościoła, kiedy o nim wspominano, tylko ze smutkiem kiwali głowami.

Mało konkretne. I jedno nie wyklucza drugiego.

On sam miał trudność z tym, by emocjonalnie i intelektualnie ustosunkować się do wydarzeń z ostatnich kilkunastu miesięcy.

Jak wyżej.

otwarły się

Otworzyły się.

 niesiony szumem tłumu

Jak szum może nieść?

 pod ekranem podium, poluzował krawat i poprawiwszy

Cztery "po" w jednym zdaniu.

 Z początku nieśmiałe brawa rychło przemieniły się

Potrzeba przecinka: Z początku nieśmiałe, brawa rychło przemieniły się. Przestaw to sobie, to zobaczysz, dlaczego: Brawa, z początku nieśmiałe, rychło…

 nawet ci, co bili w łapy najmocniej, byli zaskoczeni.

Czemu "nawet"? Dlaczego mieliby nie być zaskoczeni?

zupełnie tym zaskoczonej

"Tym" zbędne.

i tak trudno było

I tak było trudno.

jako że siedzący za nią Freddy non-stop nawijał jakieś niestworzone historie

"Jako że" i "nawijał" pasują do siebie jak Chardonnay i pajda ze smalcem.

 potrzebne mu na

"Mu" zbędne.

 pogrążyła się w owacjach

Nie można się pogrążyć w owacjach.

 Pomachał wiwatującym na jego cześć.

"Pomachał wiwatującym" wystarczy.

 nie dadzą wiary samym sobie

No, nie wiem.

co równoznaczne było z porzuceniem wszelkiej krępacji

Znowu mieszasz tony.

ponownie poszedł

Aliteracja.

dopiąć tego

Dopiąć można swego, albo celu: https://sjp.pwn.pl/korpus/szukaj/dopiąć.html

którego stan wskazywał na to, że miał za sobą ciężką przeprawę

Wystarczy, że to pokażesz.

 odegrał akt utraty przytomności

Odegrał utratę przytomności.

 Dzień po ,,zaginięciu” Freddy niezwłocznie poinformował

"Niezwłocznie" znaczy "od razu". Czyli nie dzień po.

 nieoczekiwanego, miłosnego wątku

Bez przecinka, "miłosny wątek" to całość.

 niemałego, aktorskiego talentu

Jak wyżej.

 nie może pozwolić na takie traktowanie

Traktowanie kogo?

 nie poświęcał jej grama uwagi

Od kiedy uwagę się waży?

 powożąc Freddiego na barana

Nie.

 Pytanie okazało się być retoryczne:

"Być" zbędne, jako się rzekło.

 uchodzić mógł

Mógł uchodzić.

 podczas realizacji swojego najnowszego filmu, wzięty reżyser

Bez przecinka.

 że promować będziemy

Że będziemy promować.

 A ja z nich ten największy!

"Ten" zbędny.

 To wszystko ściema! Nie było żadnego objawienia! Nie było żadnej przemiany!

I taki cynik myśli, że ktokolwiek mu serio uwierzył? Ktokolwiek z tych, co "się liczą"?

 umniejsza jego randze

Umniejsza jego rangę.

 może poradzić sobie

Sobie poradzić.

 jak rwałeś się

Wymów to głośno. I jak?

 nie przerwali toczonej konwersacji.

Nie przerwali konwersacji.

 zagubionego homofoba

Którego, jak rozumiem, szuka się w jakiś specjalny sposób?

 

Sporo można by tu przystrzyc, przede wszystkim zaimków, "być" i tym podobnych podpórek.

Tim używa dużo wykrzykników – wiesz, że to oznaka niestabilnego umysłu?

 Jeśli masz za sobą lekturę tekstu, chcę byś wiedział(a), że opowiadanie jest przejaskrawioną szyderą wymierzoną w zakłamane środowisko tamtejszego Hollywood.

Przejaskrawioną, tak. Ale czy szyderą? Bo ja, szczerze mówiąc, nie widzę tu nic śmiesznego, ani nawet specjalnie bulwersującego. Banda durni, którzy chcą być oszukiwani, durni, którzy chcą oszukiwać, i dureń, który dał na to wszystko pieniądze. Nie widzę subtelności, metafory, nic literackiego właściwie poza przebłyskami światotwórstwa w stylu ostatniego Pixaru. Bardziej dziennikarstwo, niż literatura. Nie bardzo to do mnie przemawia.

 Daleko odszedłeś od bajki. To już nie tylko zamiana, to inne czasy, inny setting.

Bardzo daleko. Ledwo ją widać na horyzoncie. Przeróbka, to to nie jest, i tyle.

 Obawiałem się, że czytelnik mógłby poczuć się zniecierpliwiony tym, że istota twistu nie została dobrze naświetlona. Stąd postać niespecjalnie lotnej elfki, której można wszystko wyłożyć krok po kroku :)

A nie lepiej by było pokazać tę istotę? Tak, jasne, łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Ale mimo wszystko, wyłożyłeś kawę na ławę, pozbywając się literackiej alchemii, tak, że teraz pozostaje tylko wyjść z kina.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cześć! Jakiś czas temu wpadłem na taki durny pomysł, że będę pisał opinie do tekstów z tego konkursu w formie bajek, więc niestety obaj musimy się przemęczyć, bo wypada być konsekwentnym. ;-)

Za czterema górami i rzeką wyschniętą żył sobie CM, kreatura przebrzydła, co latał nad biednymi tekstami i zrzędził bez końca. Jako że znużony był długą podróży, przybywszy nad tekst kolejny nic nie powiedział, a tylko postawił przed bajką maszynę-biadolinę, co miała dwie wajchy: czerwoną i zieloną.

Najpierw pociągnął za czerwoną, a wtedy odezwał się głos złowrogi:

Za dużo wulgaryzmów! Pasują do baśni jak nutella do schabowego. Wolałoby się coś subtelniejszego. Jakąś zabawę słowem, której zaczątki Autor przez tekst przemyca. Bo wulgarność tekstowi nie pomaga. Dociąża jak gdyby tę baśń, która mogła być nieco “lżejsza” – obśmiewać rzeczywistość przy pomocy nieco innych środków.

Można też, jak się zdaje, skrócić nieco tekst bez szkody dla odbioru i wydźwięku.

Gdy maszyna zamilkła, pociągnął CM za wajchę zieloną. Wtedy z kolei rozległ się głos cieplejszy:

Baśń bez wątpienia ma swoje momenty. I zapominać o tym nie wolno! Miewa ładne akcenty humorystyczne, a choć ciężkawa, poprzez swą baśniowość próbuje jednak obśmiać i obnażyć tematy poważniejsze i cokolwiek wykpienia warte. Czyta się przy tym wcale, wcale nieźle, a to przy tej długości tekstu zdaje się być nad wyraz ważne.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam Cię, Tarnino! Dziękuję za gruntowne prześwietlenie tekstu. Wykonałaś dla mnie ciężką pracę, jestem Ci za nią bardzo wdzięczny!

Pozwól, że odniosę się do niektórych uwag:

 

 rozczarował się samym sobą

 

Brzmi jak z listu samobójczego…

Tak, to przerysowane, ale narrator przyjął tutaj punkt widzenia Tima, który spodziewał się (raczej niesłusznie) takiej reakcji.

 

 zbliżył się do stolika i usiadł naprzeciwko

 

Skoro musiał się aż zbliżać, to pomieszczenie musi być duże – a przecież to przyczepa. Zwracaj uwagę na takie drobiazgi, bo wychodzi, że nie widzisz tego miejsca. A skoro Ty go nie widzisz, jak ja mam zobaczyć?

Zastanawiałem się nad tym ,,zbliżaniem” i postanowiłem je zostawić. Krasnolud musiał wykonać z pięć-sześć kroków.

 

Wypowiedzi Tima w tym fragmencie są mocno wysilone, ale to może być celowe, żeby pokazać, że facet jest o krok od wybuchu. Zgadłam?

Tak, zdecydowanie tak.

 Kiwał dłońmi w przód i w tył

 

Ale samymi dłońmi?

Wyobrażam to sobie tak, że wspiera łokcie na blacie, przedramiona trzyma nieruchomo, a gestykuluje samymi dłońmi.

Spróbuj zebrać się w sobie, stary! Wierzę w ciebie! Dasz radę!

 

Mnie by to raczej zdołowało, niż zmotywowało…

Mnie też. Tim potraktował aktora na odwal się. Aż dziwne, że udało mu się zrealizować kilka dużych projektów. Wychodzi na to, że przerwa w wykonywaniu zawodu nie wpłynęła na niego korzystnie.

W zdaniu są trzy "które" – nie da się ich wyrzucić?

Rzuciło mi się to w oczy, ale pomyślałem, że skoro to wyliczanka, to nie będą wadziły. Sam nie wiem.

Mało naturalne i nie przekonuje mnie. Gdzie jest napisane, że trzeba być równym "prestiżem", żeby się z kimś zadawać?

Myślę, że to dosyć naturalne, by starzy wyjadacze, którym przypadły główne role, trzymali się na planie razem. Zwłaszcza, że w tamtym momencie resztę obsady stanowili naturszczycy.

Nie bardzo mnie to przekonuje. Chyba, żeby Wesołek miał być uszkodzony psychicznie?

Ano

Chłopie, chcesz być polskim pisarzem, tak? Polskim jak bociany, jak Zakopane, Syrenka i schabowy z kapustą, tak? W takim razie proszę Cię uprzejmie, NIE UŻYWAJ TEJ OBRZYDLIWEJ ROSYJSKIEJ MANIERY sklejania słów na gumę do żucia. Nie bez mocnego uzasadnienia, którego tu nie masz. I nie, nic mnie nie obchodzi, że w telewizji tak robią. Całą telewizję należałoby bić i patrzeć, czy równo puchnie, bo znęcają się tam nad językiem w sposób bezprzykładny.

Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że określenia użył Freddy. Przyznaję, że nie wiedziałem, czego się dopuszczam, ale nie mam zwyczaju tworzenia podobnych zbitków. Tutaj jakoś mi pasował.  

Cały ten i następny akapit są dość telewizyjne, może to i zasadne, skoro bohater jest z branży. Ale zaznaczam.

Tak, na takim brzmieniu mi zależało.

 Zbyt mocno kochał swój bajecznie piękny kawałek miejsca na ziemi.

 

Jak z pisma kobiecego, weź.

Hmm, zważywszy na to, że tamten fragment dotyczy problemów gwiazdy filmowej, o których rozpisywały się tabloidy…

Przecież mają tam wójta albo sołtysa! Pewnie trzyma w domu jakiś dobry trunek!

 

Teraz już wiemy, że to kraina fantasy…

Czy ja wiem? Przedstawiony w opowiadaniu świat przypomina dzisiejsze Stany Zjednoczone, a tam (nie tylko ,,tam"– nawet u nas) przedstawiciele lokalnych samorządów są raczej zaradnymi, niebiednymi ludźmi, którzy mogą mieć w domach dobra luksusowe.

Tu rozwlekłość jest zasadna, bo Tim usiłuje coś powiedzieć, nie mówiąc tego. Ale czy to jest celowe, czy wyszło przypadkiem?

Celowe.

To nie nerwica, a narkolepsja, do your research.

Nie miałem na myśli narkolepsji, ale silną (naprawdę silną) nerwicę, której objawem jest nadmierna senność. 

jak rwałeś się

 

Wymów to głośno. I jak?

Hmmm… słowa na siebie wpadają, język odrobinę się plącze… jakoś mi to pasuje do wykrzykiwanych po pijaku oskarżeń.

Tim używa dużo wykrzykników – wiesz, że to oznaka niestabilnego umysłu?

O, tak. To bardzo niestabilny umysł.

Banda durni, którzy chcą być oszukiwani, durni, którzy chcą oszukiwać, i dureń, który dał na to wszystko pieniądze.

To w większości durnie, albo… bardzo przebiegli, inteligentni cynicy.

A nie lepiej by było pokazać tę istotę?

Pewnie tak, ale wówczas musiałbym zupełnie inaczej poprowadzić fabułę, nie mówiąc o tym, że raczej nie zmieściłbym się w limicie… ale możliwe, że tekstowi wyszłoby to na dobre.

Cześć, CM! Taka forma komentarza bardzo mi się podoba, cieszę się, że nie ominął on mojego tekstu :) Wielkie dzięki, pozdrawiam!

 

(CM… heart)

 Witam Cię, Tarnino! Dziękuję za gruntowne prześwietlenie tekstu. Wykonałaś dla mnie ciężką pracę, jestem Ci za nią bardzo wdzięczny!

Ależ, ależ.

 Tak, to przerysowane, ale narrator przyjął tutaj punkt widzenia Tima, który spodziewał się (raczej niesłusznie) takiej reakcji.

To znaczy, spodziewał się po aktorze?

 Zastanawiałem się nad tym ,,zbliżaniem” i postanowiłem je zostawić. Krasnolud musiał wykonać z pięć-sześć kroków.

Dobra, przyjmijmy, że to duża przyczepa deluxe ;)

 Wyobrażam to sobie tak, że wspiera łokcie na blacie, przedramiona trzyma nieruchomo, a gestykuluje samymi dłońmi.

Hmm. Dobra, ale nie jest to naturalny ruch.

 Mnie też. Tim potraktował aktora na odwal się.

Znaczy, tak ma być. Dobra.

 Rzuciło mi się to w oczy, ale pomyślałem, że skoro to wyliczanka, to nie będą wadziły.

Wyliczanka, ale nie do końca tych samych rzeczy.

 Myślę, że to dosyć naturalne, by starzy wyjadacze, którym przypadły główne role, trzymali się na planie razem. Zwłaszcza, że w tamtym momencie resztę obsady stanowili naturszczycy.

Ale to nie tyle prestiż, co doświadczenie w zawodzie. I pewnie znali się już przedtem, a reszty obsady – nie.

 Ano

Widzisz, że wpadłam na coś, co Ty ukryłeś ;)

 Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że określenia użył Freddy.

No, właśnie. Gdybyś wcześniej pokazał Freddy'ego z tej strony, przełknęłabym to paskudztwo jako należące do kreacji postaci. Byłoby zasadne. A tak?

 Tak, na takim brzmieniu mi zależało.

To OK.

 Hmm, zważywszy na to, że tamten fragment dotyczy problemów gwiazdy filmowej, o których rozpisywały się tabloidy…

Niby prawda, ale czy on musi myśleć tak, jak piszą tabloidy?

 Czy ja wiem? Przedstawiony w opowiadaniu świat przypomina dzisiejsze Stany Zjednoczone

Dżołk. Mam spaczone poczucie humoru.

 Celowe.

To się chwali.

 Nie miałem na myśli narkolepsji, ale silną (naprawdę silną) nerwicę, której objawem jest nadmierna senność.

Dobra, sprawdziłam, i okazuje się, że faktycznie jest coś takiego (człowiek uczy się całe życie i głupi umiera). Czyli wychodzi na Twoje, z zastrzeżeniem, że niespecjaliście nerwica kojarzy się raczej z bezsennością.

 Hmmm… słowa na siebie wpadają, język odrobinę się plącze… jakoś mi to pasuje do wykiwanych po pijaku oskarżeń.

A, więc to było celowe? Nie dam głowy za ten środek do celu, ale zobaczymy, co inni powiedzą.

 O, tak. To bardzo niestabilny umysł.

Jesteś więc konsekwentny w budowie postaci (to nie żart, jesteś).

 To w większości durnie, albo… bardzo przebiegli, inteligentni cynicy.

Horseshoe effect, all I'm saying.

 Pewnie tak, ale wówczas musiałbym zupełnie inaczej poprowadzić fabułę, nie mówiąc o tym, że raczej nie zmieściłbym się w limicie… ale możliwe, że tekstowi wyszłoby to na dobre.

Oj, mogłoby. Podtrzymuję moją wcześniejszą opinię – to nie baśń, a publicystyka, na którą narzucono kusy szaliczek fantasy.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

 Tak, to przerysowane, ale narrator przyjął tutaj punkt widzenia Tima, który spodziewał się (raczej niesłusznie) takiej reakcji.

 

To znaczy, spodziewał się po aktorze?

No tak. 

Krasnolud musiał wykonać z pięć-sześć kroków.

 

Dobra, przyjmijmy, że to duża przyczepa deluxe ;)

No i to krasnoludzie kroki :)

 Czy ja wiem? Przedstawiony w opowiadaniu świat przypomina dzisiejsze Stany Zjednoczone

 

Dżołk. Mam spaczone poczucie humoru.

A nawet przeszło mi przez myśl, że pisałaś to z przymrużeniem oka.

Nie widzę subtelności, metafory, nic literackiego właściwie poza przebłyskami światotwórstwa w stylu ostatniego Pixaru.

Podtrzymuję moją wcześniejszą opinię – to nie baśń, a publicystyka, na którą narzucono kusy szaliczek fantasy.

Subtelności może i w nim mało, ale jakąś tam metaforę starałem się wrzucić. Weźmy postać Timothy’ego, który dla mnie uosabia sporo cech, za które kochamy i nie cierpimy tzw. ,,filmowego światka”. Chciałem stworzyć postać psychologicznie wiarygodną, ale i niejednoznaczną; budzącą współczucie (jakie można żywić względem każdego, kto wpakował się w duże kłopoty), podziw (uzdolniony rzemieślnik z artystycznym zacięciem), niechęć (furiat, narcyz, manipulator), a nawet pogardę (oparcie swojego dzieła na kłamliwym ,,objawieniu”, przez co Freddy, widząc jak instrumentalnie potraktowano jego wiarę – i nie zgłaszając przy tym sprzeciwu – nie miał innego wyjścia, jak zwyczajnie się jej wyprzeć).

 

Trochę mnie zmartwiła Twoja opinia, ale oczywiście ją szanuję. No i jestem Ci wdzięczny za to, że się nią ze mną podzieliłaś. 

A za wszelkie poprawki, których zdecydowaną większość naniosłem, nisko się kłaniam i jeszcze raz bardzo dziękuję!

Hmm. Czy postać uosabiająca jakieś cechy jest metaforą? Niekoniecznie. Ale to materiał na dłuższą dyskusję, a ja zaraz wychodzę.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hmm. Czy postać uosabiająca jakieś cechy jest metaforą? Niekoniecznie.

Faktycznie, to nie do końca tak.

 

 

Nowa Fantastyka