- Opowiadanie: Silva - Mechaniczny sekretarz

Mechaniczny sekretarz

Witam wszystkich użytkowników! Już kiedyś miałam przyjemność wrzucać tutaj swoje teksty, a przez ostatnie wydarzenia tak mnie naszło, by powrócić. Życzę przyjemnej lektury :)

Kieruję podziękowania do: SaraWinter, pawelek, Monique.M i nano za cenne rady podczas bety. Dziękuję!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Mechaniczny sekretarz

Ostatni z serii listów, adresowanych do mecenasa Williama Messeya, został doręczony dnia 7 grudnia 1892 roku. Nadany z niewielkiego miasteczka u podnóża Alp, zapowiadał przyjazd młodego Ludwiga, asystenta doktora Owena Harpera, którego łączyła z mecenasem zażyła przyjaźń. Młodzieniec przybył do Londynu wkrótce po Nowym Roku. Mroźnego, styczniowego poranka podjechał wynajętą dorożką wprost pod drzwi okazałej kamienicy i od razu stał się przyczyną plotek, nie jednak z powodu swego wyglądu czy zachowania, a za sprawą bagażu – pięciu pokaźnych skrzyń z metalowymi okuciami. Osobliwe pakunki bez wątpienia ważyły niemało, ponieważ po zdjęciu każdej skrzyni dorożkarz i podróżny musieli przystanąć na chwilę, by zaczerpnąć oddechu i otrzeć pot z czoła. Ciekawscy przechodnie mogli jednak popatrzeć na ładunek tylko przez chwilę, ponieważ wkrótce został przeniesiony do wnętrza budynku.

Sama kamienica należała – wiedział o tym każdy mieszkaniec Londynu – do Williama Messeya, majętnego dżentelmena po sześćdziesiątce, niegdyś wynalazcy, obecnie przewodniczącego Londyńskiego Towarzystwa Naukowego. Na starość zajął się mecenatem, finansując obiecujących, młodych naukowców. Wybudował nawet specjalną galerię, gdzie trzymał kopie wszystkich wynalazków stworzonych przez swych protegowanych. Wśród eksponatów zdarzały się także podarunki od przyjaciół i dawnych znajomych z uczelni. Z tym większym podekscytowaniem mecenas przyglądał się wniesionym do holu skrzyniom, rad, że powiększy kolekcję.

Natomiast sam gość wywarł na gospodarzu gorsze wrażenie. Ludwig, którego miał przed sobą, różnił się od Ludwiga, o którym czytał w listach. Z całą pewnością nie wyglądał na bystrego młodzieńca, którego tak wychwalał Owen, a choć nie był brzydki, było w nim coś odpychającego. Rzadkie blond włosy przesłaniające nisko sklepione czoło, opadające powieki i cienie pod oczami nadawały mu zaniedbanego, zmęczonego wyglądu. Twarz miał wychudłą, a chociaż usta ułożone były w wyrazie zobojętnienia, to w jasnych oczach krył się cień emocji, której mecenas nie potrafił nazwać. Przypisywał to patologii, w której wychowywał się ten dwudziestojednoletni młodzieniec, wyratowany z sierocińca przez doktora Harpera.

Po powitaniu, uprzejmej rozmowie o przebiegu podróży i pierwszej kawie, serwowanej przez automatycznego baristę z miedzi polichromowanej, pan Messey przeszedł do interesującego go tematu.

– Muszę przyznać, że wprost umieram z ciekawości, by w końcu zobaczyć dzieło mego przyjaciela Owena. Czy nazwał już ten wspaniały wynalazek? To właśnie ta konstrukcja, jak mniemam, jest zawartością skrzyń, które pozostawiliśmy przy wejściu?

Ludwig, sączący leniwie kawę, z cichym stukiem odstawił filiżankę na trzymany w dłoni talerzyk. Nie przypatrywał się rozmówcy; jego wzrok błądził po wystroju salonu.

– Doktor Harper nazywał go Skrybą, ale to robocza nazwa. Na etapie projektowania i budowy mówiliśmy także „mechaniczny sekretarz”.

– Wybornie – skomentował z zadowoleniem gospodarz. – Pomyśleć, że zajmuje aż pięć skrzyń! Nie spodziewałem się, że to tak skomplikowana machina.

Młody asystent skinął przytakująco głową.

– Samo spakowanie wszystkich części zajęło mi tydzień. Trzeba bardzo uważać, aby niczego nie uszkodzić. Doktor Harper niełatwo się z nim rozstał, ale wkrótce zrobimy drugiego.

– Jak to? – Mecenas wzniósł ze zdziwieniem brwi. – Chce pan powiedzieć, że ten… skryba, którego pan przywiózł, to…

– Oryginał – dokończył Ludwig. – Tak.

Pan Messey powstrzymał ochotę, by klasnąć z radości. Żadna kopia nie mogłaby równać się z oryginałem, a niestety głównie z kopii składała się jego kolekcja.

– Doprawdy nie wiem, jak odwdzięczę się za tak szczodry prezent. Choć przyznam, że mam lekkie wyrzuty na myśl, że biedny, na wpół sparaliżowany Owen został pozbawiony narzędzia do kontaktu ze światem…

– Doktor uznał, że i tak na razie nie będzie go potrzebował. Marzył o dłuższym odpoczynku od pracy, dokumentów i korespondencji – wyjaśnił Ludwig swym suchym, monotonnym głosem. – Przypuszczam, że złożenie maszyny zajmie mi podobną ilość czasu. Czy będzie pan tak dobry, by poczekać parę dni?

Mecenas chętnie się zgodził. Jeszcze przez chwilę rozmawiali o Owenie i jego pogarszającym się stanie zdrowia, po czym, po skończeniu kawy, gospodarz oprowadził młodzieńca po domu. Pokazał mu galerię, z której był tak dumny, ale szybko utwierdził się w przekonaniu, że umysł Ludwiga pozbawiony jest polotu, jakiego po nim oczekiwał. Pomocnik jego przyjaciela wydawał się zupełnie niezainteresowany eksponatami, jak gdyby oglądał je jedynie przez wzgląd na uprzejmość. Owen musiał poważnie podupaść na zdrowiu, skoro powierzył cennego mechanicznego sekretarza osobie charakteryzującej się tak wąskimi horyzontami.

Na samym końcu pan Messey zaprowadził gościa do piwnic, wypełnionych po brzegi skomplikowaną maszynerią i aparaturą. Znajdowały się tam nie tylko kotły parowe i przyczepione do nich silniki, ale także niektóre wynalazki starszego dżentelmena, wielorakie narzędzia, sterty blach, złom przeznaczony na przetopienie i piec hutniczy. Właśnie, piec – tego ranka w nim napalono i kiedy się zbliżyli, na twarzach poczuli żar. Mecenas zerknął na gościa i wówczas po raz pierwszy dostrzegł na twarzy Ludwiga ślad emocji. Trwało to tylko chwilę i później nie był pewien, czy faktycznie to zobaczył, czy tylko mu się wydawało, ale przez parę krótkich sekund Ludwig patrzył na kratę pieca szeroko otwartymi oczami, jak gdyby doznawszy niezwykłego przebłysku. Potem jednak wyraz uniesienia na jego twarzy zgasł, powracając do zwyczajowej, znudzonej ekspresji.

Wrócili na górę. Dumny pan Messey oczekiwał, że teraz gość wyrazi swój zachwyt posiadłością, jednak srodze się rozczarował. Ludwig rozejrzał się jeszcze raz po holu i zadał pytanie, którego gospodarz się nie spodziewał:

– Nie widziałem żadnej służby. Chyba nie mieszka pan sam?

Mecenas machnął lekceważąco ręką.

– Nie lubię, gdy ktoś kręci się w pobliżu, kiedy przyjmuję gości. Bez obaw, jeżeli będzie pan czegoś potrzebował, Ludwig, proszę użyć dzwonka.

– Rozumiem – odrzekł tamten i o nic więcej już nie zapytał.

Tak skończył się obchód po kamienicy pana Messeya. Przez kolejnych parę dni niewiele rozmawiali. Młodzieniec niemal cały czas przebywał w pokoju na piętrze, przerobionym na pracownię i udostępnionym dla gościa, gdzie składał Skrybę. Zgodnie z życzeniem Ludwiga mecenas mu nie przeszkadzał ani tam nie zaglądał, by zobaczyć machinę dopiero wtedy, gdy będzie ukończona.

 

*

 

Pan Messey zaczynał się niecierpliwić. Oczywiście rozumiał, że złożenie skomplikowanej maszyny wymaga czasu, jednak od chwili zjawienia się Ludwiga zaczął czuć się we własnym domu nieswojo, tak jakby do znanej melodii wdarł się cichy, obcy ton. Uważał to przeczucie za nierozsądne i zupełnie nienaukowe, tak więc nie przykładał do niego większej wagi. Mimo to sądził, że ulżyłoby mu, gdyby wreszcie zobaczył mechanicznego sekretarza w działaniu.

Pomocnik Owena niemalże nie wychodził z pokoju. Pojawiał się tylko na posiłki i nie był zbyt rozmowny, na dodatek cały czas miał zmęczony, apatyczny wyraz twarzy. Mecenas szybko wyczerpał tematy do dyskusji i przyłapywał się na tym, że tylko czeka na koniec posiłku, by – po grzecznej odmowie Ludwiga na proponowaną z uprzejmości wspólną kawę – zająć się własnymi sprawami i ciekawszymi znajomymi. Przez wzgląd na dobre maniery starał się go zagadywać i wypytywać o postęp prac, jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Ludwig stara się unikać rozmów. Natomiast czwartego dnia gościny, czy raczej nocy, stało się coś, co sprawiło, że pan Messey jeszcze mocniej zapragnął szybkiej prezentacji Skryby i wyjazdu młodego mężczyzny.

Przebudził się pośród ciemności. Rzadko mu się to zdarzało, bo jego dnie zawsze wypełniało wiele pracy, wydarzeń, spotkań towarzyskich i innych zobowiązań, szedł więc spać późno i wstawał wcześnie, a w nocy spał twardym snem. Próbował właśnie zasnąć, gdy z dołu dobiegł głuchy odgłos, jakby coś ciężkiego upadło na podłogę. Mecenas usiadł w łóżku, wpatrując się w mrok przed sobą i nasłuchując. Czy mogło mu się tylko wydawać, że za ścianą słyszał szelesty, przypominające przytłumione głosy?

Sięgnął do latarenki na nocnej szafce. Drobne pokrętło uruchamiało zmyślny mechanizm krzeszący iskry; już po chwili rozbłysła cętka złotego, ciepłego światła. Pan Messey wstał z łóżka i założył szlafrok, po czym z latarnią w dłoni zbliżył się do drzwi. Na samą myśl o tym, że w jego kamienicy mogli być włamywacze, ogarniało go oburzenie. Wyszedł na korytarz, nie dbając o zachowanie ciszy.

– Kto tutaj jest?! – zawołał, stając na szczycie schodów i wyciągając latarnię, by oświetlić ciemność przed sobą.

Na dole, na samym skraju słabej poświaty mignęło coś bladego. Starszy dżentelmen drgnął; lampa zakołysała się w jego dłoni, cienie na stopniach i poręczy zatańczyły. Jasna plamka zbliżyła się – i rozpoznał w niej twarz.

– Nie chciałem pana obudzić – rzekł Ludwig cicho.

– Ludwig? – Mecenas czuł, jak napięcie uchodzi z niego powoli. – Co pan robi o tej porze, u licha?

Młodzieniec postąpił jeszcze o krok do przodu, wynurzając się z cienia. Pan Messey uniósł brwi. Nie zdążył, co prawda, sprawdzić godziny przed opuszczeniem pokoju, ale nie wątpił, że musiał być środek nocy, a Ludwig był w pełni ubrany. Nie zajęło to jednak na dłużej jego myśli; wiedział, że jego gość ma zwyczaj pracować do późna nad Skrybą, ponieważ przed położeniem się do łóżka za każdym razem pukał do pokoju gościnnego, aby życzyć dobrej nocy, i słyszał zza drzwi metaliczne dźwięki.

– Przepraszam. – Jego nieruchoma twarz zdawałaby się martwa, gdyby nie pełgające po niej ciepłe światło latarni, od którego błyszczały ciemne oczy. – Składanie Skryby jest wyczerpujące… Chciałem… rozprostować nogi.

Mecenas pokiwał powoli głową, w duchu uznając, że ten młody człowiek miał wyjątkowo osobliwe nawyki, o których nie było choćby wzmianki w listach Owena. Mimo woli obudziła się w nim dżentelmeńska uraza, że stary przyjaciel nie ostrzegł przed dziwactwami swego pomocnika. Wtem przypomniały mu się odgłosy, jakie usłyszał niedługo po przebudzeniu.

– Rozmawiał pan z kimś, Ludwig?

– Nie. – Ludwig patrzył mecenasowi w oczy. Nawet nie mrugnął. – Być może mówiłem coś do siebie, kiedy wpadłem na krzesło. Przepraszam za hałasy. Nie będę już dłużej pana niepokoił… Wrócę do pokoju.

Miał już odejść, kiedy powstrzymał go głos gospodarza:

– Bez lampy?

Obejrzał się; pan Messey po raz pierwszy zobaczył u Ludwiga coś na kształt uśmiechu. Kąciki ust były uniesione ku górze, ale oczy, nawet mimo blasku latarni, pozostawały zimne.

– Noc jest jasna, więc nie zapalałem lampy. Dobranoc, panie Messey.

Mecenas przyglądał się, jak pomocnik Owena odwraca się ku ciemnościom i odchodzi, a gruby dywan tłumi dźwięk jego kroków. Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział i wrócił do łóżka. Gdy już się położył, pomyślał, że im szybciej ten człowiek dokończy budowę Skryby i opuści jego dom, tym lepiej.

 

*

 

W końcu nadszedł czas oficjalnej demonstracji ostatniego wynalazku Owena. W holu, na samym środku wielkiej, kolistej mozaiki, gdzie wcześniej leżały skrzynie, teraz stała machina przykryta płócienną płachtą. Za oknami było już ciemno, ale wnętrze jasno oświetlały liczne lampy. Ludwig stał obok zasłoniętego wynalazku, czekając na mecenasa, który szedł już z kieliszkami i butelką wina.

– Chciałem nadać tej prezentacji bardziej uroczystego wyrazu – wyjaśnił pan Messey, odstawiając kieliszki na stolik. – Proszę mi więc pokazać tego… sekretarza.

Pomocnik skinął głową i bez słowa chwycił za płachtę, ściągając ją na podłogę. Skryba miał wysokość siedzącego człowieka. Jego podstawę stanowiła sześciokątna skrzynia z lakierowanego drewna, z której wyrastał błyszczący metalicznie, mosiężny korpus, wyposażony w prawą rękę i głowę. Był to swoisty szkielet zbudowany z rurek, zacisków, trybików i prętów, obłożony pozbawionymi zdobień blaszkami. Jedynie głowę w całości osłaniał klosz, w który wprawiono dwie niewielkie obręcze, z wstawionymi weń szkiełkami na podobieństwo oczu.

Do drewnianego pudła przymocowany był również panel, na którym rozciągnięto papier z przymocowanej pod spodem rolki, przytrzymywany w miejscu przez metalowe klipsy. Z boku znajdowała się niewielka dźwignia. Nad powierzchnią papieru zwisała stalówka pióra trzymanego przez automat. Dłoń złożona była głównie z pręcików połączonych przegubami, ale na samym końcu każdego palca znajdowała się blaszka wygięta na kształt naparstka. Ostatni szczegół budowy stanowiła tuba z dziurkowaną przykrywką, zatknięta na rurze wystającej z boku skrzyni.

Pan Messey kiwał z aprobatą głową, obchodząc dookoła mechanicznego sekretarza i oceniając konstrukcję. Wydawała mu się dość niechlujna i mało ozdobna jak na dzieło Owena, znanego ze słabości do barokowych, ocierających się o przesyt stylizacji. Postępująca choroba niewątpliwie odcisnęła na nim piętno.

– Muszę przyznać, że to niepozorna machina – stwierdził po zakończeniu oględzin. – Jak na automat rozumiejący ludzką mowę, oczywiście. Jak to działa?

Ludwig zaczął wskazywać poszczególne elementy i objaśniać ich przeznaczenie. Mecenas przytakiwał mu niecierpliwie, bo pomocnik zaczął wyjaśnienia od detali, które nie były zbyt interesujące, takich jak rodzaj metalu wykorzystany do obudowy sekretarza czy mechanizm pompki zasysającej tusz. W końcu sam zadał pytanie o sposób, w jaki maszyna odbiera ludzki głos, ale ku swemu niezadowoleniu nie otrzymał odpowiedzi. Apatyczny młodzieniec zasłaniał się zamiarem twórcy, który wolał – póki co – zachować ten przełom, największy od czasu wynalezienia silnika parowego, w tajemnicy.

– Skryba jest inny od tych prymitywnych maszyn do pisania, jakie próbuje się teraz rozpowszechnić – rzekł Ludwig. – Doktor Harper zawsze uważał, że list napisany na takiej maszynie nie może się równać z listem odręcznym. Poza tym i tak trzeba je osobiście podpisywać. – Podniósł wzrok na gospodarza. – Zechce pan wypróbować maszynę?

Mecenas chętnie się zgodził, ciekaw obsługi automatu. W teorii było to bardzo proste – wystarczyło jedynie włożyć dłoń w dłoń Skryby, wsuwając palce w blaszane naparstki, i napisać pangram, wymawiając w trakcie pisania każdą literę. Pan Messey złożył także podpis, aby próbny list, jaki miał wyjść spod ręki mechanicznego skryby, był kompletny.

Następnie Ludwig odgiął klipsy i przesunął papier, po czym polecił gospodarzowi, aby podyktował do tuby treść, jaką mechaniczny sekretarz miał dla niego napisać. Wnętrze drewnianego pudła warknęło i zasyczało, po czym, w rytmie miarowego stukotu i syku, mosiężne ramię drgnęło, stalówka opadła na papier i metaliczna ręka zaczęła sztywno podrygiwać, kreśląc kolejne litery. Wałki zamontowane w panelu przesuwały dalej pergamin, aż mecenas wreszcie umilkł.

Młodzieniec przyłożył do papieru ciężką, metalową linijkę i sprawnie oderwał go od rolki. Strzepnął świeży, błyszczący od atramentu list, po czym podał go panu Messeyowi.

– To… niezwykłe, istotnie – wydusił mecenas, obserwując równe litery, jak gdyby napisane jego własną ręką. Także podpis był wierną kopią.

– Urządzenie nie jest doskonałe, oczywiście – rzekł sucho pomocnik. – Wciąż występują problemy z interpunkcją, jak sam pan widzi. Czasem przerwa w mówieniu pomiędzy dwoma słowami będzie zbyt krótka i Skryba tego nie wychwyci. O przecinkach, dwukropkach i całej reszcie nawet nie wspominam…

Starszy dżentelmen machnął dłonią, jak gdyby odganiał się od natrętnej muchy.

– Co też pan mówi! Nawet jeśli, to i tak… Ach, pomyśleć, że tak właśnie powstawały ostatnie listy Owena, jakie do mnie wysyłał!… bezwładne ręce, co za nieszczęście… ale, paradoksalnie, potrzeba jest matką wynalazków… – Odchrząknął, odrywając się od chaosu myśli. – Wybaczy pan, Ludwig, ale nie mogę pojąć, w jaki sposób ta maszyna rozumie moje słowa! Doprawdy, gdyby nie świadomość, że to dzieło mego serdecznego przyjaciela, podejrzewałbym tutaj…

Na moment się zawahał, co nie uszło uwadze młodego pomocnika.

– Podejrzewałby pan co? – zapytał Ludwig beznamiętnym tonem.

– Nic, nic – rzekł szybko mecenas. Mimowolnie zerknął na pudło pod mechanicznym sekretarzem. – Po prostu…

– Chyba pan nie sądzi, że ktoś może się tam ukrywać?

Głos młodzieńca nie zdradzał żadnych uczuć, wydawał się nawet jeszcze bardziej znudzony niż dotychczas. Podszedł do automatycznego skryby i, nim gospodarz zdążył coś powiedzieć, kucnął i poluzował małe zatrzaski po bokach pudła. Przednia płyta skrzyni odchyliła się na zawiasach, ukazując gęstą instalację rurek, pojemników ciśnieniowych i trybów. Ludwig nie odezwał się, jedynie posłał panu Messeyowi nieokreślone spojrzenie lekko przymrużonych oczu.

– Nie wątpiłem w geniusz Owena – rzucił mecenas pojednawczo, choć w głębi ducha poczuł się nieswojo. Asystent na powrót zatrzasnął płytę.

Dla rozluźnienia napięcia, które nagle zapanowało w salonie, pan Messey zaproponował Ludwigowi toast za najnowszy wynalazek doktora Harpera. Podeszli więc do stolika, gdzie mecenas rozlał wino do dwóch kieliszków, po czym skierowali się do gabinetu. Młody pomocnik ożywił się nieco: mówił więcej niż zazwyczaj i nawet sam skusił się na rozlanie drugiej kolejki. Panowie rozmawiali jeszcze chwilę, póki mecenas nie poczuł się bardzo zmęczony, przeprosił gościa i udał się na spoczynek. Nie uznał nagłej senności za coś osobliwego w swym wieku, a z chwilą, gdy położył głowę na poduszce łóżka, niemal od razu odpłynął w kamienny sen.

W tym czasie Ludwig powrócił do holu. Przeszedł na tył machiny i wyciągnął z kieszeni surduta śrubokręt, po czym wykręcił ukryte w narożnikach pudła śrubki. Tylna płyta nie była wyposażona w zawiasy, więc musiał ją podważyć, by odsłonić wnętrze. Znajdowała się tam osłonięta kolejnymi płytami wnęka, od drugiej strony dobrze przesłonięta skomplikowaną instalacją. Schowek można było już otworzyć niczym drzwiczki.

Z ciemnego, ciasnego wnętrza rozświetlonego małą lampką wyjrzała jaśniejąca od potu, dziecięca buzia.

– I co, Ludwig? Dobrze się spisałem? Było dobrze?

– Tak, było bardzo dobrze. Chodź, pomogę ci wyjść.

Podał chłopcu ręce, wyłuskując go z mrocznego zakamarka. Szkrab miał może około pięciu, sześciu lat, być może więcej, a jedynie drobna budowa sprawiała, że wyglądał na młodszego. Był wyraźnie podekscytowany i ledwie mógł ustać w miejscu, kiedy Ludwig wycierał mu chustką twarz.

– A tamten stary pan? Poszedł sobie? – Chłopiec rozejrzał się niepewnie po holu.

Ludwig wzruszył ramionami.

– Po tym, co mu dosypałem, nie obudzi się aż do rana.

– Na pewno? Ostatnim razem mało nas nie złapał… Zauważył cię, chociaż zgasiłeś lampę…

– Ostatnim razem nie nafaszerowałem go środkami nasennymi. – Wzruszył ramionami. – To bez znaczenia. Niedługo już nie będziesz musiał się chować i wychodzić tylko ukradkiem po nocy. Niebawem wszystko się skończy.

– To co, co teraz? – Chłopiec aż zarumienił się z podekscytowania. – Następnym razem też mam się schować w środku?

– Nie, Lukas, to był ostatni raz. Przy kolejnym pokazie maszyna niczego nie napisze. Powiem, że się zepsuła. – Starszy brat miał jak zwykle apatyczną minę i znudzony głos. – Nie będzie więcej potrzebna, mam już prawie wszystko, czego potrzebuję. Jeszcze parę dni i wracamy. W piątek odlatuje sterowiec do Innsbrucka, powinniśmy na niego zdążyć.

Mały wydał z siebie jęk zawodu.

– Ale ja chciałem zobaczyć Londyn!

– Zobaczysz kiedy indziej, Lukas.

Pokręcił głową. Podszedł do pulpitu i popatrzył na zapisaną kartkę. Krzywizny liter były doskonale odwzorowane, nawet z uwzględnieniem drobnych odchyleń od wzorca, jakie występowały w ręcznym pisaniu. Pomyślał o wszystkim, kiedy konstruował tę maszynę – jego perfekcyjne dzieło, które kupiło jemu i jego bratu przepustkę z zapchlonego sierocińca do wielkiego świata. Potrzebowało jedynie operatora, który przypisywałby ruch pióra do każdej litery – a w tej roli znakomicie sprawdzał się Lukas.

Poza talentem do automatów Ludwig świetnie radził sobie z chemią, więc przygotowanie substancji, dzięki której mógł podtruwać przybranego ojca tak, aby ten nie był w stanie ruszyć się z łóżka, nie nastręczyło mu większych problemów. Mechaniczny sekretarz posłusznie tworzył każdy list i pismo stylem bez wątpienia należącym do Owena Harpera, tak jak teraz pisał charakterem Williama Messeya, przewodniczącego Londyńskiego Towarzystwa Naukowego, znanego mecenasa i bogacza.

To był charakter pisma wart fortunę. I w końcu Ludwigowi udało się go zdobyć.

Ściągnął papier z palety, zamiast niej kładąc wcześniej przygotowany dokument.

– Pociągnij tam dźwignię – polecił bratu.

Chłopiec sięgnął ręką do środka schowka, rozległ się pojedynczy zgrzyt, po którym mechaniczny sekretarz złożył na papierze pełen zawijasów podpis Messeya. Ludwig obrzucił sfabrykowany testament krytycznym spojrzeniem, kiwnął głową z aprobatą i odłożył go na bok, aby tusz wysechł.

– To został już tylko list – mruknął do siebie.

– Ja go napiszę, ja! – zawołał od razu Lukas. Kiedy brat skinął mu przyzwalająco głową, wepchnął się na powrót do schowka, zajmując miejsce przed niewielką klawiaturą. – Co pisać?

Ludwig wpatrywał się z zamyśleniem w gładką twarz – o ile można było to tak nazwać – automatu. Gdyby miał więcej wyobraźni, pomyślałby, że jego twór odwzajemnia puste spojrzenie.

– Zacznij tak: „Zawsze byłem dumny ze swych pomysłów i wynalazków”…

Okrągłe klawisze, zamocowane na metalowych żeberkach, stukały cicho o drewnianą podstawkę, kiedy chłopiec wpisywał te słowa. Jednocześnie mechaniczne ramię sekretarza odwzorowywało je na papierze charakterem pisma mecenasa. Ludwig leniwym ruchem sięgnął dłonią do ramienia maszyny, przesuwając palcami po wytartej, lekko powygniatanej blasze.

– …„Jednak od kiedy mój geniusz twórczy mnie opuścił, życie stało się jałowe i niewarte przeżywania” – dyktował dalej monotonnym, znudzonym głosem, patrząc w szklane oczy automatu. – „Radziłem sobie z tym, jak mogłem, stanąłem jednak w końcu nad krawędzią i wiem, że pozostało mi jedynie rzucić się w przepaść”…

Mechaniczny sekretarz zgrzytał w ciszy nocy, zapisując kolejne zdania.

 

*

 

Śmierć mecenasa Williama Messeya była wystarczająco zagadkowa, by na parę tygodni poruszyć wyobraźnię londyńskich plotkarzy. Jego stypendyści, przyjaciele oraz znajomi nie mogli uwierzyć, by dystyngowany przewodniczący Londyńskiego Towarzystwa Naukowego miał popełnić samobójstwo. Starszy pan został znaleziony w sobotę rano osiemnastego lutego, przy biurku w swym gabinecie. Na blacie stała fiolka po truciźnie, a obok leżał list pożegnalny, bez wątpienia spisany jego ręką. Dodatkowym elementem, który wzbudził zainteresowanie w całej tej sprawie, były zeznania pewnych uliczników i dorożkarzy zaręczających, że w nocy z czwartku na piątek z potężnych kominów, przylepionych z tyłu kamienicy, unosiły się kłęby dymu. Śledczy wysłani do zbadania sprawy zeszli do piwnic, by zbadać hutniczy piec, nie znaleźli jednak nic poza roztopionymi, metalowymi szczątkami. W świetle listu uznano, że był to jeden z nieudanych wynalazków pana Messeya, wrzucony do pieca w rozpaczliwym szale upadłego wynalazcy.

Nieliczni przypominali sobie wizytę zagadkowego młodzieńca i jego ładunek, ale nikt nie wiedział, czy tenże jeszcze był w Londynie. Przyjaciele mecenasa zeznawali, że po raz ostatni widzieli denata nie później niż dziesiątego lutego, co potwierdzała służba. Trudno było jednak o dokładniejsze informacje, ponieważ pan Messey cenił sobie prywatność, więc służący po skończeniu swych obowiązków opuszczali od razu kamienicę i byli poinstruowani, aby nie pokazywać się gościom.

Chodziły też słuchy o cudownej maszynie przyjaciela pana Messeya, obecnie osiadłego gdzieś w Austrii, która okazała się wielkim niewypałem i bardzo rozczarowała mecenasa. Prawdziwą rewolucję wywołała jednak plotka, wedle której starszy dżentelmen miał być martwy od dłuższego czasu, także wówczas, kiedy w nocy dostrzeżono dym z kominów.

Prawnik mecenasa nie dbał o pogłoski i przystąpił do wykonywania czynności spadkowych. Zgodnie z testamentem, cały majątek miał przypaść w udziale najlepszemu przyjacielowi pana Messeya, doktorowi Owenowi Harperowi i jego rodzinie. Po krótkiej wymianie korespondencji z prawnikiem Harpera okazało się, że doktor zmarł we wrześniu zeszłego roku. Nie był żonaty, miał jednak przybranego syna, zabranego z salzburskiego sierocińca parę lat wcześniej, który wobec tych okoliczności odziedziczył spadek.

Nawet najgorętsze plotki wygasają jednak po pewnym czasie i kiedy ulicami Londynu przechadzał się, w towarzystwie młodszego brata, jasnowłosy, dobrze ubrany młodzian o znudzonej i apatycznej twarzy, żaden z przechodniów nie kojarzył ich już z tą sprawą.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie może nie powalające, ale całkiem przyzwoite. Wariacja motywu “młody człowiek przyjeżdża do starego mistrza”.

Od momentu, kiedy mowa o podpisie, wielu rzeczy można się domyślić. Ale cóż, natenczas można było nie pomyśleć o niebezpieczeństwach z tym związanych… Zwłaszcza w gronie dżentelmenów.

Wykonanie w porządku.

Babska logika rządzi!

Wstawię fragment z bety: “Bardzo przyjemna lektura. Płynnie się czyta. Piszesz obrazowo, ale bez nadmiernego rozwlekania. Ładnie wplatasz potrzebne czytelnikowi informacje. Ciekawa intryga. Rzeczywiście prosta, ale mnie to nie przeszkadza.” Klikam :)

Finkla, ciekawe spostrzeżenie z tym motywem. Dzięki za klika :) Monique.M – dzięki jeszcze raz <3

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony moim zdaniem, bardzo ładnie piszesz, lekko. Przyjemnie płynąłem przez tekst. Do tego ciekawy pomysł z tajemniczą maszyną i dziwnym asystentem, to mnie zaintrygowało. 

Podobało mi się jak ładnie zapowiedziałaś cały zamysł z piecem, który potem został wykorzystany przez Ludwiga w wiadomych celach. 

Czułem, że tekst jest spokojny, powoli się rozwija, budujesz napięcie i na końcu będzie z przytupem. Tekst płynął spokojnie, a ja zachodziłem o głowę: czy ten Ludwig to jakiś dziwny rodzaj wampira. Poruszał się bez lampy, “Jego nieruchoma twarz zdawałaby się martwa”, a może jego znudzenie dziełami mecenasa wynikało z jego długiego wieku i tego, że dużo w życiu widział? Szedłem dalej. Ciekawa maszyna: zaczynałem myśleć, może ten cały twórca został np. jakoś zamieniony w tę maszynę, bo ewidentnie czułem niepokój, tak jak zresztą pan mecenas. Myślałem, że ta maszyna kryje w sobie jakąś przerażającą prawdę. No i doszedłem do końca i trochę czar prysł. Zakończenie oczywiście jest całkiem sensowne, spójne, ale mi brakowało czegoś takiego co bym zapamiętał na dłużej, co by wywołało we mnie większe emocje. 

Jeszcze kilka słów o kreacji bohaterów. Brakowało mi u nich pokazania ich motywacji. Nie wiem czy taki był zamysł, ale tutaj Ludwig wydaje mi się po prostu chciwym socjopatą, który zabija ludzi. Nie wiem, czy ma jakiś powód do tego co robi, czy po prostu bardzo chce być bogaty. No bo czemu on właściwie jest, jaki jest? No i jak zawsze, to wszystko to tylko subiektywna opinia :)

Całkiem nieźle się czytało.

Napisane płynnie i bez zbędnych udziwnień. Może niektóre fragmenty lekko przegadane, bo dodajesz sporo szczegółów. Ale rozumiem, że części czytelników podoba się taka powolna narracja.

Sama historia jest w porządku – widać konkretną konstrukcję i pomysł. Chociaż trochę łatwo poszło Ludwigowi. Być może zrobiłoby się ciekawiej, gdyby po drodze dołożyć mu jakieś ciekawe utrudnienia?

Podsumowując – fajny tekst, który mimo wszystko mógłby zyskać na skróceniu. Cały pomysł według mnie dałoby się przedstawić nawet w postaci szorta. Ale jako ćwiczenie literackie i próba spokojnego snucia opowieści – wyszło jak najbardziej OK.

Londyńskiego Towarzystwa Naukowego <– rozumiem, że to historia alternatywna, ale sugerowałbym użycie realnej nazwy (The Royal Society of London…) żeby pogłębić immersję 

 

Młodzieniec niemal cały czas przebywał w pokoju na piętrze, przerobionym na pracownię i udostępnionym dla gościa, składając Skrybę. <– nie brzmi dobrze, może lepiej: "… gdzie składał Skrybę"? 

 

ubrał szlafrok <- jestem zdania, że ubrać można się w coś, a szlafrok da się co najwyżej włożyć 

 

W holu, gdzie wcześniej leżały skrzynie, teraz stała machina przykryta płócienną płachtą, na samym środku wielkiej, kolistej mozaiki. <– dziwny szyk zdania, lepiej brzmiałoby: W hoku, na samym środku wielkiej, kolistej mozaiki, gdzie wcześniej… 

 

Bardzo przyjemny tekst, napisany stylem pasującym do opowiadanej historii. Wstęp mnie zaintrygował, dalej miałem przeczucie, że już wiem, gdzie zmierza historia – pomyliłem się. W głowie miałem kilka twistów, wszystkie dziwaczne i fantastyczne, a okazało się, że w historii zwyciężył realizm. OK, takiej maszyny nie ma, ale jej działanie jest dość realne. To nie zarzut, to plus tekstu. Sama fabuła płynęła niespiesznie i mnie to bardzo opowiadało. Trafiło się kilka zgrzytów, ale i kilka pięknych zdań. 

Zgłaszam do biblioteki. 

Patryk Mikulski – hej, dzięki za wizytę i komentarz! Fajnie, że nieźle się czytało i ogólnie zaciekawiło.

Tekst płynął spokojnie, a ja zachodziłem o głowę: czy ten Ludwig to jakiś dziwny rodzaj wampira. Poruszał się bez lampy, “Jego nieruchoma twarz zdawałaby się martwa”, a może jego znudzenie dziełami mecenasa wynikało z jego długiego wieku i tego, że dużo w życiu widział? Szedłem dalej. Ciekawa maszyna: zaczynałem myśleć, może ten cały twórca został np. jakoś zamieniony w tę maszynę, bo ewidentnie czułem niepokój, tak jak zresztą pan mecenas.

To trochę zabawnie wyszło, bo mecenas również oczekiwał czegoś wspaniałego i fantastycznego, a… no cóż, skończyło się tak, jak skończyło ;) Może w jakimś przyszłym tekście będzie więcej “fajerwerków”.

Nie wiem czy taki był zamysł, ale tutaj Ludwig wydaje mi się po prostu chciwym socjopatą, który zabija ludzi.

Zasadniczo nie chcę narzucać czytelnikom interpretacji charakterów postaci. Myślę, że przedstawiona kreacja jest wystarczająco spójna. Jeśli odczytujesz Ludwiga jako chciwego socjopatę, mi to odpowiada. :)

 

Perrux, również dziękuję za przeczytanie i opinię. Miło, że wpadłeś!

 

Gekikara – dzięki za zgłoszenie! I dziękuję również za łapankę, zgadzam się z sugestiami i wprowadzę je do tekstu. Tylko jeszcze nad tym Towarzystwem się zastanowię. A z tym ubieraniem – mój zwyczajowy błąd, dzięki za zwrócenie uwagi. Szczególnie cieszy mnie uwaga o stylu pasującym do historii, bo właśnie taki efekt starałam się osiągnąć. No i fajnie, że rozwiązanie fabuły przypadło do gustu. :)

Cześć, Silvo. :-)

Co mamy, naturalnie fantasy. Co jest, do licha, że wszyscy piszą tylko fantasy? Naprawdę, z dużą ulgą zatrzymałam wzrok na tagach: steam, alt, wynalazek. Dla mnie oznaczają, że opko nie będzie o niczym. Uff, i w dodatku – chyba, nie będzie za bardzo przegadane, bo znaków jedynie 24k z ogonkiem.

 

Składne opowiadanie: jest fabuła, jest lekko wiktoriański klimat, jest dwóch bohaterów i troszkę napięcia. Na plus też poprawność zapisu. Fajne! :-)

 

Do rzeczy niekoniecznie udanych zaliczyłabym:

1/ Budowanie napięcia głownie przez nieapetyczną aparycję młodzieńca. Kiedy po raz kolejny czytałam o tej wyróżniającej go cesze, dziwiłam się, że znowu to samo, a asystent Owena nie był przecież kobietą i raczej zaniedbanie, mrukliwość czy dziwactwa winny zaniepokoić Masseya, a nie miejsce na skali ładny– nieładny z podkrążonymi oczami, w końcu będąc mecenasem znał on i innych wynalazców. Zaniedbania, mrukliwości, czy dziwactw nie przedstawiasz. W ogóle, postać Masseya i jego naiwności, wzbudziła moją nieufność, bo o ile jego odczucia jeszcze kupowałam, to zachowania już nie. Za chwilę podam kilka przykładów.

2/ Postać Ludwiga jest bezbarwna i prawie niema. Dlaczego silniej nie wprowadziłaś go do gry? Ich interakcja zdecydowanie wzmocniłaby tekst oraz może uwiarygodniła domniemany charakter asystenta doktora Owena Harpera.

3/ Steam, trochę go tutaj mało, prócz lekkiego zaznaczenia epoki oraz sformułowania „kotły parowe z przyczepionymi do nich silnikami”. Hmm, to nie jest tak, że do kotła „przyczepia” się jakiś silnik. Nie.

4/ Miejscami trochę za dużo słów, w tym niektóre ogólne, ciut niezgrabne, bo tak naprawdę niewiele mówią, prócz powielania, np. „nędzny sierociniec”. Jeśli już budujesz powód takiego, a nie innego działania bohatera nie zamykaj tego zdawkowym określeniem, bowiem nie wiem, jako czytelnik, co mam sobie wyobrazić.

 

Przykłady:

Z całą pewnością nie wyglądał na bystrego młodzieńca, którego tak wychwalał Owen, a choć nie był brzydki, było w nim coś odpychającego. Rzadkie blond włosy przesłaniające nisko sklepione czoło, opadające powieki i cienie pod oczami nadawały mu zaniedbanego, zmęczonego wyglądu. Twarz miał wychudłą, a chociaż usta ułożone były w wyrazie zobojętnienia

Ludwig swym suchym, monotonnym głosem

Wyboldowane do usunięcia, chyba?

ponowne złożenie maszyny zajmie mi podobną ilość czasu. Czy będzie pan tak dobry, by poczekać parę dni?

Złożenie? przedtem rozkładał na części.

Drugie wyboldowane – dziwne, przecież to jasne, że musi zająć przynajmniej tyle samo czasu i dlaczego prosi?

gospodarz zaprosił młodzieńca na obchód po domostwie.

Zatrzymało mnie, przecież logiczne, że do galerii, aby pochwalić się kolekcją. Messey nie jest ochmistrzynią/gospodynią, która pokazywałaby miejsca pracy, dom nowej pracownicy, ani narzeczonym, który pokazywałby oblubienicy jej przyszłe królestwo.

przez parę krótkich sekund Ludwig patrzył na kratę pieca szeroko otwartymi oczami, jak gdyby doznawszy niezwykłego przebłysku. Potem jednak wyraz uniesienia na jego twarzy zgasł, powracając do zwyczajowej, znudzonej ekspresji.

To mnie zainteresowało, skąd ten błysk, jednak nie dajesz wyjaśnienia, czyli ozdobnik.

Wyboldowane usunęłabym, zdaje mi się niepotrzebna niezwykłość, to czytelnik ma się zdziwić.

Sięgnął do lampki na nocnej szafce. Drobne pokrętło uruchamiało zmyślny mechanizm krzeszący iskry; już po chwili latarnia rozbłysła cętką złotego, ciepłego światła.

Lampka i latarnia, dalej też używasz zamiennie tych słów, natomiast niekoniecznie są tym samym. W pierwszym momencie pomyślałam, że dwoma różnymi przedmiotami.

Do drewnianego pudła przymocowany był również panel, na którym rozciągnięto papier z przymocowanej pod spodem rolki, przytrzymywany w miejscu przez metalowe klipsy. Z boku znajdowała się niewielka dźwignia. Nad powierzchnią papieru zwisała stalówka pióra trzymanego przez automat. Dłoń złożona była głównie z pręcików połączonych przegubami, ale na samym końcu każdego palca znajdowała się blaszka wygięta na kształt naparstka. Ostatni szczegół budowy stanowiła tuba z dziurkowaną przykrywką, zatknięta na rurze wystającej z boku skrzyni.

Chyba opisałabym bez ozdobników – te wyboldowane.

Drugie wyboldowane – niezgrabne. 

dość niechlujna i mało ozdobna jak na dzieło Owena, znanego ze słabości do barokowych, ocierających się o przesyt stylizacji

Niejasne, zbyt ogólne.

 

Podsumowując. Skarżę się do biblio za plusy, i że nie fantasy oraz dodatkowo za potoczystość – gładkość pisania oraz zamkniętą opowieść z klimatem.

 

pozdrawiam serdecznie :-)

piątkowa asylum w niedzielny wieczór

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, bardzo mi miło, że się spodobało – i że nie cierpiałaś za bardzo z powodu kolejnego fantasy na dyżurze ;) Dziękuję za wyczerpujący komentarz i zgłoszenie! Ale coś więcej odpiszę już nie dziś, bo późno, no i muszę sobie przemyśleć uwagi :)

:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dobrze się czytało, porządnie napisane. Sam pomysł i oparta na nim fabuła też na plus. Lubię spokojną, niespieszną narrację, a u Ciebie wyszła ona wyjątkowo dobrze.

Ode mnie ostatni biblioteczny kliczek :)

katia72, wielkie dzięki za kliczka! Cieszę się, że się podobało :D

 

Asylum, no to zaczynam:

Do rzeczy niekoniecznie udanych zaliczyłabym:

1/ Budowanie napięcia głownie przez nieapetyczną aparycję młodzieńca. Kiedy po raz kolejny czytałam o tej wyróżniającej go cesze, dziwiłam się, że znowu to samo

Ogólnie mam tendencję do powtarzania informacji raz już w tekście przedstawionych, staram się z tym ogarnąć. W zamyśle mecenasa niepokoiła apatyczność i brak energii, bo czytając peany w listach od “przyjaciela” spodziewał się kogoś energicznego, bystrego, ogólnie sprawiającego dobre wrażenie. A zobaczył kogoś, że tak pozwolę to sobie ująć, “przymulonego”. ;)

W ogóle, postać Masseya i jego naiwności, wzbudziła moją nieufność, bo o ile jego odczucia jeszcze kupowałam, to zachowania już nie. Za chwilę podam kilka przykładów.

Nie wiem, czy czegoś nie przeoczyłam, ale chyba tych przykładów nie było?

Jeśli chodzi o resztę wspomnianych mankamentów – miałam konkretną wizję i najwidoczniej realizacja trochę zawiodła. Zwłaszcza jeśli chodzi o Ludwiga, może sposób przedstawienia tej postaci był trochę zbyt… zachowawczy? W każdym razie dziękuję za uwagi, wezmę je sobie do serca na przyszłość.

Złożenie? przedtem rozkładał na części.

No tak, bo przywiózł maszynę w częściach, więc na miejscu musiał ją złożyć. Chyba, że chodziło o coś innego?

Drugie wyboldowane – dziwne, przecież to jasne, że musi zająć przynajmniej tyle samo czasu i dlaczego prosi?

Bo taki uprzejmy jest. :D

Zatrzymało mnie, przecież logiczne, że do galerii, aby pochwalić się kolekcją. Messey nie jest ochmistrzynią/gospodynią, która pokazywałaby miejsca pracy, dom nowej pracownicy, ani narzeczonym, który pokazywałby oblubienicy jej przyszłe królestwo.

Ale jest gospodarzem, a gość nocował, więc pokazywał mu dom, w którym tenże miał mieszkać przez parę dni. A piwnice były elementem chwalenia się, bo w końcu tam znajdowała się pracownia. Hm, nie wydaje mi się to jakieś nie na miejscu, przynajmniej na tę chwilę. Ale tekst o narzeczonym i oblubienicy mnie urzekł <3

To mnie zainteresowało, skąd ten błysk, jednak nie dajesz wyjaśnienia, czyli ozdobnik.

Wytłumaczę się: przebłysk wziął się stąd, że właśnie wtedy Ludwig wpadł na pomysł, jak się pozbyć “narzędzia zbrodni”. W domyśle: planował coś innego albo zamierzał improwizować, a tu znalazł się idealny wręcz sposób.

W kwestiach językowych – postaram się poprawić w najbliższym czasie. Dzięki jeszcze raz!

Jestem w pełni usatysfakcjonowany lekturą. Od samego początku pachniało mi dobrą, klasyczną literaturą i opowiadanie to, jak dobre perfumy, pachniało tak do samego końca. Końca, który wprawdzie nie zaskakuje, ale trzyma poziom. 

Co więcej? Może to, że w pewnym momencie byłem przekonany, że Ludwig okaże się robotem. Ładny, nienachalny twist z bratem.

Bardzo dobry tekst. yes

 

Edit:

Chciałem klikać, ale już nie ma czego. laugh

fizyk111, miód na moje serce <3 Dziękuję!

JW zamyśle mecenasa niepokoiła apatyczność i brak energii, bo czytając peany w listach od “przyjaciela” spodziewał się kogoś energicznego, bystrego, ogólnie sprawiającego dobre wrażenie. A zobaczył kogoś, że tak pozwolę to sobie ująć, “przymulonego”. ;)

O:o, w takim razie dla mnie nie wybrzmiało, bo zamysł jest akuratny. :-) Dlaczego? Przeciwstawiasz bystrości, powierzchowność Ludwiga (opis), może dlatego.

 

Jeśli chodzi o zachowania, to przykładów było kilka,, lecz jak to ze mną jest – niejasno napisałam. Wyobraziłam sobie starszego dżentelmena (mecenasa) należącego do jakiegoś brytyjskiego Towarzystwa Naukowego, pasjonata wynalazków. I teraz zachowania:

*miast się skupiać na energii i umyśle przybysza (jak napisałaś), dżentelmen kontempluje urodę młodzieńca. Rozumiałabym nawet, że zwrócił uwagę na schludność, nawet modę, bo Anglik, ale na wymęczoną twarz podobną do innych pasjonatów.

*oprowadzanie po domostwie,

Pokazanie miejsca do pracy, gdzie asystent mógłby złożyć skrybę i galerii – oczywiste, ale już sypialnia i miejsce posiłków pewnie oddałby gospodyni, ale ok – to asystent jego przyjaciela, jednak “domostwa” – zupełnie nie rozumiem (dodatkowo zatrzymało mnie słowo– domostwo),

*brak interakcji z Ludwigiem w trakcie jego pobytu. Dziwił się, a nie próbował zagadywać, nie sprawdzał postępu prac, nie rozmawiał przy posiłkach, a przecież chyba jeden – dwa były w tym czasie. Najpierw taki gościnny, a potem przestał się interesować, składając wszystko na karb dziwaczności asystenta.

*interesował się bardziej wyglądem maszyny, a nie jej działaniem. Jakiś taki mało ciekawy szczegółów technicznych i rozmów ten Massey, i poza tym właśnie grzeczność niejako wymagałaby wymuszenia interakcji, a nie ma nawet próby, oprócz początku. Z kolei zdziwiło mnie (w tym kontekście) przyjście z kieliszkiem na prezentację skryby i nie zaproponowanie tego samego Ludwigowi (stało się to dopiero po fakcie).

No tak, bo przywiózł maszynę w częściach, więc na miejscu musiał ją złożyć. Chyba, że chodziło o coś innego

Tak, niezrozumiale napisałam, chodziło o zestawienie “ponowne złożenie”, było przecież pierwszym, bo wcześniejsze “rozłożenie”.  Samo słowo – “ponownie”.

 

Silvo, sama popełniam podobne błędy oraz wiele innych, uczę się i nie mam na to czasu i tak dookoła. Do dyżurów podchodzę chyba zbyt poważnie i chyba, ciągle jeszcze, nie potrafię tego wyważyć. C’est la vie. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo dobrze napisane, płynnie i obrazowo. Ciekawie rozegrałaś to z młodszym bratem w środku maszyny. Mimo to, z jakiegoś powodu, mam pewien niedosyt, chociaż z drugiej strony sama nie wiem, czego bym jeszcze tutaj chciała :D Pozdrawiam cieplutko! 

Noooo… Całkiem dobre opowiadanie. Choć spokojnie można by było skrócić je o jakąś jedną trzecią, zachowując przy tym tyle samo treści. Z drugiej strony zastanawiam się czy to wydłużenie nie było celowe, trochę dla oddania angielskiego spokoju, trochę dla ilustrowania apatyczności konstruktora, trochę dla kierowania myśli czytelnika w stronę innych podejrzeń odnośnie tego, jak się skończy opowieść… Tylko no właśnie – czy faktycznie to wydłużenie było celowe, czy tak wyszło?

Sama intryga choć prosta, to jednak ciekawie opisana. Ogólnie dobry tekst.

Przydałoby się dzielenie tych długich akapitów na krótsze

Na końcu różnica wieku między postaciami była kilka lat, podczas gdy wcześniej wydawało się, że jednak jest wieksza.

 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Asylum, teraz rzeczywiście lepiej rozumiem, co miałaś na myśli. Mi to trzeba łopatologicznie pisać ;)

No tak, bo przywiózł maszynę w częściach, więc na miejscu musiał ją złożyć. Chyba, że chodziło o coś innego

Tak, niezrozumiale napisałam, chodziło o zestawienie “ponowne złożenie”, było przecież pierwszym, bo wcześniejsze “rozłożenie”. Samo słowo – “ponownie”.

Z tym “ponownie” miałam na myśli, że pierwsze złożenie miało miejsce, kiedy po prostu stworzył Skrybę. Rzeczywiście to spory przeskok, wykreślę to.

Ogólnie widzę, że chyba trochę za dużo skrótów myślowych zastosowałam. Tak jak z tym zagadywaniem – uznawałam, że po prostu jakoś tam zdawkowo rozmawiali w międzyczasie, choć nie bardzo było o czym (bo i Ludwig nie był rozmowny i nawet ktoś tak towarzyski jak mecenas miał z nim problem). Co do oglądania maszyny przez mecenasa – tu nie jestem przekonana, bo było zdanie o tym, jak to czekał na jakieś techniczne wyjaśnienia, a potem domagał się ich od Ludwiga. Może za mało to zaznaczyłam. Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej nie wiem, co o tym myśleć. Może potrzebuję trochę czasu na to ;) A w tym fragmencie z oprowadzaniem może po prostu przeszkadza słowo “domostwo”?

Z kolei zdziwiło mnie (w ty kontekście) przyjście z kieliszkiem na prezentację skryby i nie zaproponowanie tego samego Ludwigowi (stało się to dopiero po fakcie)

Bo mecenas nie jest tak uprzejmy jak Ludwig. :D A tak poważniej, to może chciał mu bardzo subtelnie dać znać, że nie jest mile widziany. Szczerze mówiąc, nie zwróciłam na to zupełnie uwagi, zmienię to troszkę.

Dzięki za uwagi!

 

CharliseEileen, dziękuję za komentarz! Fajnie, że zajrzałaś.

 

Dziękuję, wilku! Bardzo mi miło, że uznajesz opko za dobre. Na etapie bety tekst został celowo wydłużony i to akurat o ówczesną 1/3, więc… pogratulować przeczucia :) Porównując z tamtą wersją, myślę, że wyszło to opowiadaniu na dobre, nawet jeśli wydaje się teraz ciut przydługie.

Przydałoby się dzielenie tych długich akapitów na krótsze

Być może, styl był trochę eksperymentalny i celowo starałam się pisać dłuższe akapity.

Na końcu różnica wieku między postaciami była kilka lat, podczas gdy wcześniej wydawało się, że jednak jest wieksza.

Ups. Już poprawiam, dzięki za zwrócenie uwagi.

 

Anet, dzięki za wizytę :)

Cieszę się, Silvo, że teraz jaśniejsze. :-) Ćwiczę zrozumiałość, a to trudna sztuka. wink Łykam to, co pomiędzy podając końcówki. W takim razie spróbuj bez skrótów, choć pewnie trzeba będzie wyważać i kombinować jak to zrobić, aby było w punkt. 

pozdrowienia i dzięki za respons :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To i owo poprawiłam, w tym to nieszczęsne domostwo ;)

Wiwat, mam na myśli „domostwo”. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hejka! 

Wciągające to opowiadanie.

Podobało mi się, że historia tak powoli się rozkręca. Miałem przez to czas na własne domysły z zastosowaniem maszyny – no i nie trafiłem. 

Początek kojarzył mi się jak wstęp z opowiadań Lovecrafta. A może to kilkukrotnie użycie słowa “osobliwy”, wywołało to wrażenie ;p

Intryga wyszła bardzo na plus, więc fabularnie bez zarzutów. 

Kolejny plus to taka mroczniejsza atmosfera:

→ (chociażby scenka przebudzenia starszego pana). 

A takiego klimatu jestem wielki zwolennikiem :D 

No i na koniec mogę tylko podpisać się pod pozostałymi – super napisane. 

Pozdrawiam serdecznie! 

NearDeath, dzięki! Cieszę się, że tak się spodobało :D te "osobliwości" sobie potem jeszcze sprawdzę. Twórczość Lovecrafta zresztą bardzo lubię, fajnie, że wyszło trochę mrocznie.

Opowiadanie dobrze się czytało. Historia płynie powoli, odsłaniając czytelnikowi kolejne wydarzenia. Interesujący pomysł na postać Ludwiga, bohater łatwo zapada w pamięć i jest charakterystyczny. Podobał mi się też pomysł z bratem. Ogólnie, satysfakcjonująca lektura.

Dziękuję, ANDO :) Miło mi, że się podobało.

Muszę przyznać, że przeczytałam wcześniej, ale napisanie komentarza musiałam na chwilę odłożyć. I to absolutnie nie dlatego, że mi się nie podobało – wprost przeciwnie :) Potrzebowałam jednak chwili, by ułożyć myśli w jakimś porządku (wybacz długi komentarz).

Zacznę od tego, że przyjemnie i płynnie się czytało, a historia była ciekawa. Podczas czytania mam zwyczaj szukania wskazówek i robię to bardziej odruchowo niż świadomie, próbując rozgryźć historię. I nawet jeżeli mi się nie uda (np. nie przewidzę zakończenia), to zwykle cieszy mnie sam proces. Ale właśnie z tego względu musiałam poczekać z komentarzem (oczywiście przeczytałam też inne).

Na przykład to:

"przez parę krótkich sekund Ludwig patrzył na kratę pieca szeroko otwartymi oczami, jak gdyby doznawszy niezwykłego przebłysku. Potem jednak wyraz uniesienia na jego twarzy zgasł, powracając do zwyczajowej, znudzonej ekspresji."

od razu przykuło moją uwagę :) Moja pierwsza myśl – "Aha, czyli zrozumiał, że do czegoś później będzie mógł go użyć. Ciekawe do czego". Naprawdę bardzo miły akcent. I było ich znacznie więcej, co tylko nakręcało mnie (i po komentarzach widzę, że nie tylko mnie) do poszukiwania odpowiedzi. W tekście ciągle dawałaś wskazówki, jakieś fragmenty wypowiedzi czy opisy postaci, które wskazywały na to lub na tamto. Choć muszę przyznać, że niektóre z nich mogły trochę zaciemniać końcowy obraz. Jednak skojarzyło mi się to z czytaniem kryminału, gdzie detektyw w gąszczu zbędnych, nic nieznaczących informacji musi odkryć tę prawdziwą. Osobiście uwielbiam tego rodzaju teksty – także za to, że po przeczytaniu drugi raz, niektóre rzeczy stają się wręcz oczywiste i dziwię się, że nie zauważyłam tego wcześniej. Tu nie do końca tak miałam, ale absolutnie nie umniejsza to tekstowi.

Natomiast historia, która przedstawiłaś (w tym także jej zakończenie), była ciekawa – dwóch braci, specyficzny sposób na życie i osiągnięcie tego, czego potrzebują. Przy czym w mojej głowie powstało tyle możliwych rozwiązań, że trudno byłoby je chyba policzyć. I to nie tak, że któreś z nich jest lepsze od twojego… po prostu twój tekst, w taki sposób zadziałał mi na wyobraźnię, że chciałam znaleźć rozwiązanie a okruchy, które rzucałaś, dawały wiele tropów i możliwych rozwiązań. Z drugie strony całkiem możliwe, że zwyczajnie na interpretuje rzeczywistość – co mi się często zdarza :)

kasjopejatales, wielkie dzięki za tak obszerny komentarz! <3 Miło mi, że opowiadanie się spodobało. Mam nadzieję, że jeśli w przyszłości będę pisać podobny tekst (ze wskazówkami po drodze), uda mi się to zrobić lepiej.

Osobiście uwielbiam tego rodzaju teksty – także za to, że po przeczytaniu drugi raz, niektóre rzeczy stają się wręcz oczywiste i dziwię się, że nie zauważyłam tego wcześniej. Tu nie do końca tak miałam, ale absolutnie nie umniejsza to tekstowi.

O właśnie, takie wrażenie byłoby idealne, gdyby udało mi się osiągnąć :)

Cieszę się, że tekst pobudził wyobraźnię, to w sumie dobrze, że tak skłonił do zgadywania zakończenia.

Bardzo przyzwoite opowiadanie. Trzymasz blisko tajemnicę sekretarza, ujawniasz ją w odpowiednim momencie. Samej scenie trochę brakuje jakiegoś napięcia – w sensie Lukas po prostu wychodzi, bracia na głos tłumaczą plan. Nie ma w tym ryzyka, jest zwykły infodump. Jednak mimo to opowiadanie trzyma dobry poziom :)

Język porządny, buduje fajny klimat już od początku.

Tak więc jestem ukontentowany obejrzanym koncertem fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Uff, kamień z serca :) dzięki za wizytę i komentarz!

Ładne. Porządnie napisane. Z ciekawym, skąpo przedstawionym Ludwigiem, który swoją osobą i zachowaniem tworzy taki lekki klimat osobliwości przechodzącej w tajemniczość, może wymieszaną też nieco z niepokojem. A może raczej współtworzy, bo fajnie czuć też taką aurę dziewiętnastowiecznego Londynu, która, choć może nie narzuca się czytelnikowi jakoś mocno, to jednak jest bez wątpienia zauważalna. I to na tyle, na ile, moim zdaniem, było to potrzebne.

Opowiadanie budowane na kilku w miarę typowych elementach. Niedopowiedziany, a przez to nieco tajemniczy bohater, wspomniany nastrój lekkiej tajemniczości trącącej niepokojem. Motyw chłopaka z sierocińca połączony z morderstwem. Niby wszystko to typowe, ale dobrane rozsądnie, wobec czego całość składa się na naprawdę przyjemną lekturę.

Motyw mechanicznego sekretarza fajny. Na pewno jeden z ciekawszych elementów opowiadania, nawet jeśli na końcu okazuje się on jedynie narzędziem do walki o “lepsze życie”.

Tempo opowiadania jest niespieszne, ale nie miałem tu raczej poczucia przegadania. Zrzuciłbym to na karb charakterystycznego stylu, w którym jest ten tekst napisany.

Jeśli o coś miałbym marudzić, to chyba o brak takiego jednego elementu, który mógłby ten tekst jakoś mocniej wyróżnić. Sprawić, że zapadnie głębiej w pamięć. Bo tutaj trochę trudno jest znaleźć dla pamięci jakiś punkt zaczepienia. Ludwig jest tajemniczy, ale jego zachowanie i pobudki są raczej typowe.

Z kolei mechaniczny sekretarz, który chyba najprędzej mógł taki element stanowić, w rzeczywistości, jak pisałem, jest raczej narzędziem, co prawda fajnie dobranym do pomysłu na tekst, ale jednak pozbawionym jakiejś wartości poznawczej, jaką dostarczają nieraz takie fantastyczne pomysły w opowiadaniach.

Ów brak nie miał jednak jakoś mocno determinującego wpływu na wrażenia z lektury. Bo tutaj jestem zupełnie kontent.

Chyba wszystko.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ooo, bardzo mi miło było czytać Twój wnikliwy komentarz, CM :) Cieszy mnie, że lektura była przyjemna i mam nadzieję, że następnym razem uda mi się bardziej zapaść w pamięć. Wielkie dzięki za wizytę i opinię!

W końcu jestem :)

Przyjemna lektura, przywodząca na myśl klasyczne opowieści grozy. Podoba mi się tempo w jakim utrzymane jest opowiadanie – niespiesznie rozwijasz fabułę. Kiedy na scenie pojawia się mechaniczny sekretarz, poświęcasz sporo miejsca i uwagi, by dokładnie go opisać. No i słusznie, bo ten opis wyszedł Ci bardzo dobrze :)

No i w końcu jesteś, adamie :D Dzięki za miłe słowa! Pisząc ten opis teraz, pewnie sporo bym pozmieniała, ale i tak fajnie, że przypadł Ci do gustu :)

Podobało mi się. Tekst wciąga od początku i rozwija się bardzo ładnie, by zakończyć się satysfakcjonującym (dla czytelnika, niestety nie dla głównego bohatera :)) finałem. Całość przemyślana i ładnie napisana, z niezłym klimatem.

Dzięki, zygfrydzie :)

Nowa Fantastyka