- Opowiadanie: adam_c4 - Azor

Azor

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Azor

 

Piotrek maszeruje raźno w stronę placu zabaw. Raptem przystaje, wzbijając kłęby kurzu w suche, lipcowe powietrze. Zwija drobne dłonie w pięści i zamaszystym gestem przeciera oczy. Robi to dwukrotnie, choć nie wierzy, by miało to wpłynąć na jego zdolność widzenia. Podpatrzył ten gest w jakiejś kreskówce i bardzo mu się spodobał. Od tamtej pory zdarzyło mu się kilkukrotnie go powtórzyć, raz na szkolnej stołówce, gdy zobaczył co znów im przyrządzono na obiad. Rozbawił wtedy Karolinę z równoległej klasy. Lubił od czasu do czasu przypominać sobie tamto zdarzenie i szczerą radość, jaka towarzyszyła małemu triumfowi kiełkującej samczości.

– Nie trzyj, nie trzyj, dobrze widzisz.

To mówi! Co teraz? Podejść, czy stać w miejscu? Odezwać się, czy poczekać aż powie coś jeszcze?

– Chodź tutaj. – Krótkie zdanie rozwiewa wszelkie wątpliwości.

Podchodzi. Opada go osobliwe, przynoszące komfort poczucie, że choć powinien się bać, daleko mu do strachu.

Stwór jest niewielki, sięga Piotrkowi mniej więcej po brodę. Stoi na dwóch psich łapach, pozostałe dwie trzyma spuszczone wzdłuż kosmatego ciała. Cały jest pokryty sierścią, wystający zza pleców ogon bardzo mu pasuje. Zupełnie nie na miejscu są za to sine ludzkie usta, zwłaszcza w zestawieniu z drobnymi, czarnymi oczami oraz identycznego koloru, okrągłym, nosem.

– Jak masz na imię? – pyta stwór.

– Piotrek – odpowiada chłopiec. Spogląda w parę przenikliwych oczu i decyduje się zadać pytanie. – Kim jesteś?

– Mogę być twoim przyjacielem.

Ta odpowiedź podoba się chłopcu.

– A ty jak masz na imię?

Stwór uśmiecha się. Zęby też ma psie. To akurat jest nieco przerażające.

– Możesz nadać mi imię.

– Azor! – Wypala bez zastanowienia Piotrek. Natychmiast dociera do niego, że nie tylko palnął głupstwo, ale też nieświadomie obraził nowego przyjaciela. To imię jakie nadaje się psom, a przecież fakt, że istota potrafi mówić, dowodzi tego że bliżej jej do ludzi.

– Super!

– Szedłem właśnie na plac zabaw – informuje chłopiec, a podbudowany entuzjastyczną reakcją na zaproponowane imię, postanawia zasugerować: – Skoro jesteś moim przyjacielem, to pójdziesz ze mną, co?

– Pewnie. A gdzie to?

– Za kościołem, niedaleko.

Ruszają razem. Piotrkowi plączą się nogi, co chwila zbacza to ku środkowi jezdni, to ku ogrodzeniom mijanych domów; wzrok ma wbity w idącego kilka kroków przed nim Azora. W głowie kiełkuje mu moc pytań, których nie ośmiela się zadać.

Mijają kościół i oto ukazuje im się ogrodzenie placu zabaw. W rogu stoją dwie huśtawki, piaskownica i drewniany domek z drabinką i zjeżdżalnią. Niewiele, ale podobno w te wakacje mają wstawić coś jeszcze. Nie wiadomo tylko co: jedni mówią, że karuzelę, inni że jakieś nudne przyrządy do ćwiczeń. Zbliżają się do furtki i Piotrek dostrzega Seweryna, łażącego po wnętrzu domku. Wzdycha ciężko. Nie przepada za nim. Jego obecność da się znieść tylko wtedy, gdy jest bardzo nudno, a i wtedy nie przychodzi to z łatwością. Seweryn zawsze ma pod ręką jakąś denerwującą przechwałkę albo bzdurny pomysł na zabawę, który trzeba bezwarunkowo akceptować. W przeciwnym razie oświadcza, że woli bawić się sam, nawet jeśli zabawa ta nie ma najmniejszego sensu w pojedynkę. Piotrek miał nadzieję, że porobią coś w spokoju z Azorem, a tu nic z tego. Czasami żałuje, że nie potrafi tak, jak najgorszy chłopak w jego klasie, po prostu kogoś odepchnąć i kazać mu spadać.

– Cześć! – Kolega wita go już z daleka i w jednej chwili chłopiec zdaje sobie sprawę z tego, że zmierzają ku nieuchronnej katastrofie. Gdy Seweryn zobaczy Azora, natychmiast pobiegnie powiedzieć o tym mamie, ona zrobi raban i zadzwoni na policję. Piotrek przeczuwał, że niezwykłość jego kompana jest wystarczającym powodem do tego, aby napytać sobie kłopotów z prawem.

Nie wie jak wykręcić się z tej sytuacji, więc nie robi nic. Staje pod domkiem i czeka na histeryczną reakcję jak na wykonanie wyroku.

– Patrz, co zrobiłem!

Nielubiany rówieśnik podbiega do niego i wskazuje palcem na piaskownicę. Nie zwraca najmniejszej uwagi na stojącego tuż obok Azora. Piotrka wypełnia cudowna świadomość: tylko on go widzi! Aż drży na myśl o jeszcze nieokreślonych, ale jakże licznych możliwościach wykorzystania tego faktu! Azor uśmiecha się zza gęstej sierści, widać bawi go ta sytuacja.

– No, popatrz co zrobiłem!

Spogląda w żądanym kierunku. Piasek w piaskownicy jest koszmarnie rozkopany. Mokry budulec z dna był potrzebny do postawienia wysokiej, obłej konstrukcji.

– Co to?

– Nie widzisz? Zamek!

Faktycznie, budowlę opasa płytki rów będący pewnie fosą, a sterczące tu i ówdzie piaskowe stożki uchodzić mają za baszty. 

– Popierdolony ten twój zamek.

Opadnięcie szczęki, motyw także obecny w kreskówkach, jest równie zabawny co przecieranie oczu, tyle że w odróżnieniu od niego przychodzi Piotrkowi zupełnie naturalnie. Nie trzeba niczego udawać. Odwraca się w stronę Azora, jak gdyby dzięki temu miał uzyskać pewność, że się nie przesłyszał. Kudłata istota stoi niewzruszona i taksuje wzrokiem obiekt swej brutalnej krytyki.

W międzyczasie Seweryn zaczyna tracić cierpliwość. Podejrzewa, że kolega milczy, aby się z nim podroczyć. Przez moment ma ochotę się obrazić, ale wtedy przypomina sobie jak bardzo nudziło mu się po tym jak wyszedł z piaskownicy. Postanawia nie reagować gwałtownie.

– Pobawimy się w chowanego?

Piotrkowi jest wszystko jedno. Przystaje na propozycję skinieniem głowy.

– Ja się chowam pierwszy. Liczysz do dwudziestu, ale musisz się odwrócić w stronę tamtego pola i zatkać uszy! – Seweryn, jak zazwyczaj, wypluwa z siebie szereg niepodlegających dyskusji nakazów i reguł. Piotrek słucha go piąte przez dziesiąte. Wie, że gdy zrobi coś nieprawidłowo zostanie prędko upomniany. W końcu staje jak należy, z palcami posłusznie wetkniętymi w uszy. Nie pamięta do ilu ma liczyć, to i tak nie ma znaczenia. Tak jak sensu nie ma zabawa w chowanego na placu zabaw. Wszak jedyną kryjówką jest tutaj domek. Ale nie o samo szukanie tu chodzi, a o to, co stanie się potem: gdy Piotrek znajdzie Seweryna, ten natychmiast wdroży w zabawę jakąś nową regułę, albo zgoła zmieni jej charakter; na przykład powie, że, będzie znaleziony dopiero wtedy, kiedy złapie się go za rękę, przez co zabawa w chowanego staje się zabawą w berka.

– Zamek, zamek… a w fosie nie ma wody.

Nie zdołałby zaprotestować nawet, gdyby chciał. Azor, podparłszy się pod boki, wypina dumnie biodra. Z malutkiego, kudłatego koniuszka wytryskuje zaskakująco mocny żółty strumień. Żuchwa ponownie opada, gdy Piotrek śledzi wędrującą strużkę moczu, zostawiającą ślad na fosie, ścianie zamku, pokracznych basztach.

– Ej!

Słyszy za sobą pospieszne kroki, nie pamięta kiedy odetkał sobie uszy. Azor wycofuje się i siada na trawie. Znowu się uśmiecha. Seweryn staje obok niego i przez chwilę tylko dyszy. Mija dobra chwila, nim daje wiarę temu, co widzi. Podnosi głowę, wyjąc.

– Ty świnio! – Łzy obficie toczą się po zaróżowionych policzkach. – Jesteś świnia! Świnia!

Odwraca się i puszcza biegiem, zawodząc.

Azor wybucha śmiechem przypominającym krótkie szczeknięcia.

– Ale zabawa! Aż bym cię ugryzł z radości!

Doskakuje do Piotrka, który raptownie się odsuwa, mało przy tym nie upadając.

– Tylko żartuję! – zapewnia. – Pokażesz mi swój pokój?

Propozycja spotyka się z gorącą akceptacją. Po numerze z zamkiem lepiej nie zostawać na placu zabaw, obrażony kolega mieszka niedaleko i gotów jest wrócić tutaj z rodzicami. Ruszają więc w stronę domu, krocząc podobnie jak poprzednio: kudłata istota przodem, niespełna dziewięcioletni chłopiec kilka kroków za nią. Zatrzymują się przed bramą. Zaczyna się robić naprawdę ciepło. Niebo jest bezchmurne, wściekle żółte słońce stoi wysoko na niebie. 

– Jest dopiero trzynasta! – Piotrek pasjami sprawdza godzinę odkąd dostał piękny zegarek Casio na urodziny. – W domu miałem być na obiad, to jeszcze godzina. Może się w coś pobawimy?

– Pewnie. – Azor odważnie rusza przez podwórko. Z impetem otwiera drzwi do ganku i z niego kieruje się prosto w stronę pokoju Piotrka.

– To ty? – krzyczy mama z kuchni.

– Tak!

– Czemu już wróciłeś?

– Skłam. – Pojedyncze słowo nie brzmi w ustach Azora jak prośba czy propozycja, lecz rozkaz.

– Nikogo nie było. Trochę nudno.

Mama tego nie komentuje, nie dopytuje.

Azor siada na łóżku, a Piotrek ochoczo przystępuje do prezentacji ulubionych zabawek. Czyni to żywiołowo, ale bardzo skrupulatnie. Pokazując figurkę Action-mana dba o to, aby wspomnieć o każdej funkcji i ruchomym elemencie. Samochodziki rozdziela na nowe i stare, grupuje na te z napędem i bez napędu. Plastikowe i gumowe dinozaury też dzieli na grupy, ale na roślino i mięsożerne, oprócz tego nadmienia które istniały naprawdę, a które to ledwie wymysły tych, co wymyślają zabawki.

– Obiad!

– To już? – dziwi się głośno chłopiec. – Czy… – Chce zaproponować nowemu przyjacielowi, aby ten towarzyszył mu przy posiłku. Przecież mama go nie zobaczy. Ale czy na pewno? Czy może mieć zupełną pewność, że tylko on widzi Azora? Chciałby go o to zapytać, ale z jakiegoś powodu się wstrzymuje.

– Idź, ja tutaj posiedzę.

– No… dobra. Zaraz wracam.

Takie rozwiązanie jest mu na rękę. Wbiega do kuchni i wskakuje na krzesło.

– Powoli – strofuje go mama i stawia na stole parujący talerz. Piotrek nie czuje głodu, ale jest zdeterminowany żeby zjeść wszystko, po to by móc bez żadnych spowalniających go upomnień wrócić do pokoju. Dostaje do rąk nóż i widelec, ale nie ma zamiaru korzystać z obu sztućców. Przygląda się matce. Wygląda jakby gdzieś się spieszyła, a wąska bruzda rozdziela jej czoło na dwie części. Pewnie jest w lesie z jakimś projektem. Albo rozmawiała z tatą. Nie, to jakiś projekt, bo czym prędzej zalewa patelnię wodą i ślizgając się na parkiecie pospiesznie wraca do pracowni.

Gorący sos parzy Piotrkowi usta. Wypluwa z sykiem kęs smażonego kurczaka. Czym prędzej rozdrabnia mięso widelcem na małe kawałki, nadziewa jeden z nich na widelec i zaczyna nań dmuchać.

– Jakim cudem można tak hałasować przy jedzeniu!? – Krzyk mamy pokonuje odległość między kuchnią a pracownią i w mig zawiązuje mu usta w supeł. Faktycznie, robi spory raban. Zaczyna wachlować talerz dłonią.

Ręka zatrzymuje się w miejscu, gdy do pomieszczenia wbiega Azor.

– Co tu robisz?! – syczy chłopiec. – Miałeś na mnie czekać!

– Nudziłem się. – Kudłata istota nie kłopocze się szeptaniem, odpowiedź brzmi jak salwa armatnia. Ale spokojnie. Jest niewidzialny, więc i pewnie… niesłyszalny.

– Nalej mi soku.

– Co?!

– Nalej mi soku! – Chłopiec wie, że nie jest to prośba, a kolejne żądanie.

Ulega mu niechętnie. W leniwym tempie napełnia szklankę pomarańczowym płynem, równocześnie zmuszając mózg do intensywnej pracy. Azor jest niewidzialny. I nikt go nie słyszy. Ale przecież obsikał zamek z piasku i to Seweryn już zobaczył. A kiedy będzie pił sok? Gdyby akurat przyszła mama, to czy zobaczy unoszącą się w powietrzu szklankę? Czy to możliwe? Co wtedy?

Przypuszcza, że Azor wcale nie ma ochoty się napić, a tylko sprawić mu kłopot. Nie podoba mu się mina nowego przyjaciela. Jakby coś knuł.

– Co to? – pyta, przymykając psie oczy.

– Sok.

– Pomarańczowy. Fe.

Piotrek próbuje zapobiec katastrofie. Widząc, że łapa sunie po blacie stołu pada na kolana, ale nic z tego; nie ma szans na złapanie mknącej ku podłodze szklanki. Szkło eksploduje z hukiem pękającego na pół nieba.

Szybkie kroki zwiastują kłopoty.

Słucha tyrady jednym uchem. Rzuca mamie jakieś niewyraźne, łatwe do zignorowania, przeprosiny. Na próżno rozgląda się po kuchni i przylegającym do niej salonie. Azor zniknął. Mama sięga po zmiotkę i szufelkę, nie przestając mówić. Dlaczego jest taki nieuważny? Dlaczego wiecznie się spieszy? Kto to widział, być takim narwanym?

Gdy bałagan zostaje uprzątnięty, mama wraca do pracowni a Piotrek kończy obiad, po czym zasiada przed telewizorem. Włącza kanał z kreskówkami i oddaje się rozrywce. Od czasu do czasu zastanawia się przelotnie nad tym gdzie podział się Azor. W gruncie rzeczy cieszy się z jego zniknięcia.

Później słyszy dochodzący z pracowni śpiew. Chyba praca nad projektem idzie dobrze.

– Za dziesięć minut kąpiel – mówi mama. – Boże, czy ty cały dzień ślęczałeś przed telewizorem?

Piotrek chce gorąco zaprzeczyć, ale wtedy dociera do niego, że zaczął oglądać kreskówki tuż po obiedzie, a zaraz będzie się kąpać. Nie mówi nic.

Kiedy przychodzi pora by zanurzyć stopę w prawie gorącej wodzie, nachodzą go wątpliwości. Już od dawna kąpie się sam, z czego jest na swój sposób dumy. Teraz spogląda jednak w stronę drzwi, tęskniąc do towarzystwa najbliższej osoby. W końcu się przełamuje; ponieważ nie jest w stanie poznać przyczyn dziwnego niepokoju, postanawia go zignorować. Wchodzi do wody i prędko się kładzie, zostawiając na wierzchu samą głowę. Sądzi, że dzięki temu poczuje się bezpieczniej, jednak jest wprost przeciwnie. Nie widzę dna – myśli na moment przed tym jak iskra niepokoju wybucha płomieniem czystego strachu.

Spomiędzy nóg, przyciśniętych do gładkich ścian wanny, z pluskiem wyłania się jakiś obiekt. Z początku widać tylko kaskadę spienionej wody. Piotrek wrzeszczy i zaczyna wierzgać.

– Co tam się dzieje? – Krzyk dobiega gdzieś z daleka. Spanikowany chłopiec dziękuje okolicznościom umieszczającym mamę nie pod drzwiami łazienki, skąd mogłaby natychmiast wejść do środka, a gdzieś dalej, przypuszczalnie w kuchni.

– Skłam.

– To nic – odpowiada – Szampon wpadł mi do wody.

Podkuliwszy nogi pod siebie, z rękami wspartymi na krawędzi wanny, patrzy na pokrytego pianą Azora. Gęste futro, mokre i oklapnięte, lepi się do drobnego ciała. Teraz Piotrek odkrywa w nim podobieństwo do obdartego z piór ptaka, zastanawia się czy jego domniemany przyjaciel przeszedł jakąś fizyczną przemianę, czy jest to tylko kwestia mokrej sierści.

– Ale się wydarłeś. – Woda wypływa spomiędzy pulchnych warg, na co Piotrek ma ochotę znowu wrzasnąć. Azor pomaga zdusić w zarodku ten zamiar.

– Ciiii! Nie hałasuj tak!

– Dlaczego… po co tutaj… – Pytanie nie może wytoczyć się z ust.

– A co? – Prowokacyjny błysk w oku zwiastuje nowe kłopoty. – Nie nudzi ci się tu samemu? To co? Zapasy w wannie?!

– Nie!

Kudłate ciało podnosi się i napręża. Już, już ma rzucić się na Piotrka, gdy pełną napięcia atmosferę przecina odgłos naciskanej klamki. Piotrek zwraca się w stronę drzwi na krótką chwilę, która wystarcza Azorowi na to, by znów rozpłynąć się w powietrzu.

Mama nawet nie komentuje tego, że Piotrek jeszcze nie umył włosów. Bez słowa sięga po butelkę szamponu. Wyciska na dłoń niewielką porcję i rozprowadza ją po głowie syna, marząc o tym aby położyć go do łóżka i samej móc wejść do wanny.

Ma do siebie duży żal; musi wprowadzić limit na te głupkowate kreskówki oraz, siłą rzeczy, poświęcać małemu więcej czasu. Bezwzględnie. Jasne… tylko jak to zrobić? W bezpośredniej reakcji na wywołane tą myślą poczucie winy obdarza Piotrka czułym spojrzeniem. Pewnie dlatego, że patrzy na niego w sposób mający wychwycić najdrobniejsze oznaki rodzicielskiej niedbałości, dostrzega, że z małym istotnie jest coś nie tak.

– Synku, dobrze się czujesz?

Nie odpowiada od razu, zajęty zdmuchiwaniem piany z dłoni. Na ogół pełen energii, nawet o późnej porze, jest apatyczny i bez reszty pogrążony gdzieś we własnym świecie, co nieczęsto mu się zdarza.

– Chyba tak – mówi w końcu.

Gdy już po założeniu piżamy wychodzi z łazienki, czuje dojmujące ssanie w żołądku.

– Mamo! A co z kolacją?!

Przybierające kształt monet oczy dowodzą tego, że palnął jakieś głupstwo, choć nie ma pojęcia jakie.

– Przecież… a kanapki?

– Jakie kanapki?

– Na kolację zjadłeś kanapki.

Piotrek wytęża umysł. Na próżno. Nic takiego nie pamięta.

– No nie, dość tych głupich kreskówek! – pada wyrok, a w ślad za nim niecierpiące sprzeciwu wyjaśnienie zagadkowej niepamięci: – Ślęczysz przed ekranem i wpychasz jedzenie do buzi nawet o tym nie myśląc! Co musi się wtedy dziać w twojej głowie?! A w żołądku?! Wiesz jaki to ma wpływ na trawienie…?!

Głodny i skołowany, Piotrek wchodzi do łóżka i nakrywa się kołdrą. Chce mu się płakać, uważa, że przez cały dzień spotykają go same straszne i niemiłe rzeczy. Już od samego rana… na moment wraca do chwil sprzed południa, zanim spotkał Azora…

Drży, gdy dostrzega pełznący po ścianie cień, który wcale nie jest cieniem. Włochate pajęcze nogi, zbyt liczne aby dało się je szybko porachować, suną w stronę sufitu. Na przemian zatrzymują się i ruszają dalej, jak niespiesznie wygrywające rytm, gigantyczne palce. Zbiegają się ku czarnej kuli, nie większej niż piłka do koszykówki. Kula ma znajome oczy i usta, wyzierające zza sierści. Najdziwniejsze jest to, że zwisają z niej cztery łapy; wyglądają na niezdatne do użycia, pozbawione kości. Pod wpływem ruchu podskakują i kiwają się na boki.

– Piotrek! Piotrek! – Mama szarpie go za ramię.

– Co…?

– Popatrz na mnie! Co się z tobą dzieje? Boli cię coś?

– Nie… – zaprzecza i ostrożnie rozgląda się po pokoju. Po pająku nie ma śladu.

– Powiedz mi… popatrz na mnie, to ważne! Powiedz, czy stałeś dzisiaj długo na słońcu?

– Co? Nie, niedługo. – Niecierpliwe westchnięcie, stanowiące komentarz do jego słów, daje do zrozumienia, że musi pokusić się o bardziej szczegółowe wyjaśnienia: – Na placu zabaw byłem tylko chwilę, nawet nie zrobiło mi się ciepło w głowę. Po drodze był cień… cały czas. A wcześniej… – urywa w pół zdania, zdjęty strachem, że mógłby się wygadać o tym, co było wcześniej. Nie mówi już nic, a mamie takie wyjaśnienie wystarcza.

– Nie masz temperatury. – Delikatna, chłodna dłoń dotyka czoła. – Ale zachowujesz się dziwnie. Pamiętaj: jutro rano żadnej telewizji!

Kategoryczny zakaz nie spotyka się z jękiem niezadowolenia, co również martwi kobietę. Złośliwy głosik pod czaszką po raz kolejny przypomina jej, że nie pierwszy raz pozwoliła przesiedzieć małemu przed ekranem cały dzień. Wystający spod kołdry owal twarzy, tak uderzająco podobny do twarzy byłego męża, jest pomnikiem zdezorientowania. Chce zadać synowi jeszcze kilka pytań, ale odpuszcza, w przekonaniu że nie przyniosą one zadowalających odpowiedzi. Podejmuje decyzję jawiącą jej się jako najlepszy kompromis między tym jak powinna zachować się wzorowa matka, do której sporo jej brakuje, a matka obojętna, za którą się nie uważa. Poczeka do rana. Ale będzie do niego zaglądać.

– Śpij dobrze. – Z ręką na kontakcie obserwuje Piotrka, starając się wychwycić najmniejszy ruch czy gest, mogący jakoś ją uspokoić. Na marne.

Gdy gaśnie światło, zapada mrok tak absolutny, że chłopiec dobrą chwilę nie może uwierzyć, że wciąż jest w swoim pokoju a nie w jakiejś głębokiej piwnicy. Wrażenie to opuszcza go, gdy spośród ciemności udaje mu się wyłuskać zarys mebli i stojących na nich zabawek. Cieszy się, że noc jest bezwietrzna. Nie ma nic gorszego niż wiatr wyjący na poddaszu. Łatwo pomylić go z płaczem. Płaczem jakiegoś olbrzyma, albo… albo…

Coś ociera mu się o policzek. Tak delikatnie, że bierze to za złudzenie. Spogląda na sufit.

Twarz Azora wiruje, wygląda jak wprawiony w ruch spodek. Piotrek traci oddech, kiedy raptem opada, zatrzymując się ledwie kilka centymetrów przed jego nosem. Pajęcze nogi kładą się na łóżku z niebywałą delikatnością. Wspierają się na poduszce, przygważdżając kołdrę i skrytego pod nią chłopca do miękkiego materaca.

– Jutro – syczy Azor.

– Co, jutro?

– Jutro też tam pójdziesz.

– Gdzie…?

Nacisk pajęczych nóg wzmaga się, kołdra zgniata gardło. Chłopiec kaszle.

– Wiem! Wiem, gdzie! Przestań – jęczy z trudem.

– Dobrze… – Szept łaskocze policzek, stawia włosy na karku. – Jutro. Z samego rana.

Piotrek zamyka oczy. Boi się je otwierać, wie że ujrzy przed sobą Azora, a nie ma na to ochoty. Na pewno nie będzie mógł zasnąć, przed nim długa, pełna strachu noc. Gdy w końcu odmyka powieki, wydaje mu się, że śni. To niemożliwe, a jednak: noc się skończyła. Światło słoneczne przelewa się przez okna, napełniając wnętrze radosną, letnią aurą.

Chłopiec zrywa kołdrę i prędko się ubiera. Na myśl o śniadaniu nie może powstrzymać cieknącej śliny.

– O, wstałeś! – Mama odwraca się od kuchenki z patelnią w ręce. – Właśnie miałam cię budzić. Naleśniki?

– Tak!

Pochłania cztery naleśniki z dżemem w zawrotnym tempie i ma ochotę na więcej, ale powstrzymuje się; wczorajsza troska mamy pozostała w nim pod postacią niemiłego, gniotącego wyrzutu sumienia. Nie chce przydawać jej nowych zmartwień, a wie, że nadmierny apetyt bywa równie niepokojący co jego brak. Dlatego nie prosi o dokładkę, a mama oczywiście nawet o nią nie pyta, przekonana, że Piotrek będzie syty do obiadu.

– Dzisiaj kończę projekt – oznajmia. Długie włosy spięte w kucyk kołyszą się w rytmie otwierania szafek. – Dlatego chcę…

– Pójdę na plac zabaw.

– Dobrze. Tylko pamiętaj: uważaj na drodze…

– Będę uważał na drodze. I na słońce. Żeby mi za bardzo nie przygrzało.

Zadowolenie rozświetla ładną, piegowatą twarz, co łagodzi nieco nieprzyjemne wrażenie pozostałe po wczorajszym dniu. Piotrek, niespodziewanie podniesiony na duchu, myśli czy lepiej nie zostać dzisiaj w domu. Schowa się w pokoju, poczeka do wieczora…

Nie. Pojedyncze słowo, powiedziane sobie w myślach, brzmi głucho i złowieszczo jak kamień ciśnięty do pustej studni. Nie może sobie na to pozwolić. Ma coś do zrobienia. Nie rozumie dlaczego, wie tylko, że nie ma wyboru.

Już po chwili maszeruje poboczem drogi, niosąc mała butelkę wody mineralnej wręczoną mu przez mamę. Nie ma jeszcze dziesiątej, a jest już bardzo ciepło, niemal gorąco. Droga ciągnie się pod górkę i gdyby nie zalegający na poboczu cień, spacer byłby prawdziwym utrapieniem.

Wydaje mu się, że rozgrywa to sprytnie: kroczy nie rozglądając się na boki, nuci sobie pod nosem. Przelotnie, jakby od niechcenia, sprawdza, czy nikt za nim nie idzie ani czy od dołu nie nadjeżdża samochód. Przechodzi na drugą stronę drogi i popycha dłonią pordzewiałą furtkę. Skrzypi, ale cicho. Z coraz prędzej bijącym sercem wchodzi na zapuszczone podwórko i kuca w błagającej o skoszenie trawie. Wierci go w nosie, ale powstrzymuje kichnięcie. Analizuje sytuację: nawet gdyby ktoś właśnie przejeżdżał albo przechodził drogą, nie ma szans go zauważyć zza metalowych, brązowordzawych przęseł starego ogrodzenia. Jedyne niebezpieczeństwo stanowi dom sąsiadów; przez okno na piętrze dałoby się go zobaczyć.

Chłopca nachodzą wątpliwości. Nie może pojąć dlaczego wczoraj nie dały o sobie znać choćby symbolicznie. Wie, że i tak się nie wycofa, a skoro jest pewien tego, co się wydarzy, chce mieć to jak najszybciej z głowy. Wstaje z kucek.

,,Ależ ten dom jest brzydki” – powiedziała mama przed rokiem, gdy przeprowadzili się na wieś i poszli na pierwszy spacer. Piotrek aż się zatrzymał i stanął na palcach, żeby lepiej widzieć. Faktycznie, widok nie był zbyt miły, choć zdaniem chłopca to nie sam budynek a zapuszczone podwórko i odrażające ogrodzenie stanowiły o jego szpetocie. Gdyby umieścić go gdzie indziej, sprawiałby zupełnie inne wrażenie. Takich domów jak ten nigdzie się nie widywało, pewnie dlatego, że był bardzo stary. Niski i szeroki, z czymś w rodzaju niewielkiej werandy prowadzącej do drzwi wejściowych. Po obu stronach, niby oczy, wyrastały potrójne okna wyzierające spośród zmurszałych, obłażących z farby desek. Dach wyglądał tak, jakby banda chuliganów obrzuciła go kamieniami.

Pod nieznośnym ciężarem wciąż pustego okna, z którego w każdej chwili ktoś może się wyłonić, brnie przez wysoką trawę. Idzie na tyły domu. Chce biec, ale powstrzymuje się. Tylko ostatnie kilka kroków pokonuje szybkim susem; dopada do drzwi i naciska klamkę. Błyskawicznie lustruje tylne podwórko; kilka nieruchomych drzew, dużo śmieci, jeszcze więcej nieskoszonej trawy. Bezpiecznie.

Łapczywie wciąga powietrze do płuc. Choć panujący w środku zapach jest gęsty i nieprzyjemny, Piotrkowi wcale to nie przeszkadza, a wręcz pomaga, ponieważ dyskomfort jaki sprawia oddychanie stanowi punkt styczny z poprzednim dniem, gdy wkroczył do tego obcego miejsca bez cienia niepokoju. Skąd wziął na to odwagę? Czy możliwe, że Azor… nie, nie. Przecież spotkał go później.

,,Już tu byłem… już tu byłem… nie ma się czego bać…”

W środku panuje półmrok, stawia kroki z rozwagą. Z zawalonego gratami przedsionka przechodzi wprost na korytarz. Pokrywa go nieokreślonego koloru dywan. Ściany są ciemne i bardzo wysokie. Wiszą na nich obrazki.

Wchodzi do pokoju i rozgląda się. Przez zieloną firankę, szczelnie zasłaniającą okno, wszystko wygląda jak zanurzone w wodzie. Pomieszczenie jest w pełni umeblowane, tchnie kurzem i starością. Od wczoraj nic się nie zmieniło, to chyba źle. Chłopiec denerwuje się coraz bardziej, raptem opada go przeczucie, że sąsiedzi z domu obok wiedzą, po prostu wiedzą, że on tu jest. Gdyby przyłapano go na podwórku, jeszcze mógłby coś wymyślić, jakoś się wykręcić… a teraz? Z tym co tutaj zastał? Czy ktoś może go o coś oskarżyć…? A jeśli pomyślą, że to on…?!

Biegnie do wyjścia, lecz zaraz zawraca. Nie wolno mu. Obiecując, że tu przyjdzie, równocześnie zgodził się na to, że zrobi to, co wczoraj. Azor tego nie powiedział, ale tego oczekiwał, to jasne.

W końcu wypada na podwórze, nie kłopocząc się tym, żeby nie trzaskać drzwiami. Upada na trawę i syci się świeżym powietrzem. Czarne linie i kropki tańczą mu przed oczami i choć leży na ziemi, ma wrażenie jakby zaraz miał się przewrócić.

– Jak było?

Stoi nad nim Azor. Wygląda dokładnie tak samo jak wczoraj, gdy spotkał go w drodze na plac zabaw.

– Okropnie. Nie chcę tam wracać.

– Nie będziesz musiał. Wziąłeś ze sobą?

– Tak… wziąłem.

Azor raptownie łączy ze sobą łapy. Był to chyba odpowiednik klaśnięcia dłońmi.

– Zuch chłopiec!

– Chcę wracać do domu.

– Co? Myślałem, że pójdziemy na plac zabaw…

– Nie chcę! – Chłopiec, bliski płaczu, kręci głową. – Po tym, co wczoraj zrobiłeś…

– Och, bardzo przepraszam! – oburza się Azor. – A czego się po mnie spodziewałeś? No, powiedz! Jak mnie nazwałeś?

– Co?

– Jak dałeś mi na imię!

– No… przecież wiesz…

– Więc jestem dla ciebie jakimś kundlem?! – Stwór rzuca się na ziemię, po czym wygina plecy w łuk. Teraz nie przypomina już psa, ale nim jest. – Jestem brudnym kundlem?!

Krople śliny spływają spomiędzy krzywych, wyszczerzonych kłów. Zmarszczony nos i nastroszona sierść mrożą krew w żyłach. Piotrek chce uciekać, ale wie, że gdy tylko poderwie się na nogi, Azor natychmiast się na niego rzuci. Dlatego leży w trawie i czeka, aż warczenie ucichnie.

Nie trwa to długo. Już po chwili Azor chowa kły, siada na zadzie i zaczyna wylizywać sobie tylną łapę.

– A tak w ogóle, to on nie żyje.

Piotrek wstaje z ziemi i otrzepuje pokrytą zielonymi plamami koszulkę.

– Kto?

Azor przewraca oczami i kręci głową.

– Kto!? Kto!? Dobrze wiesz, kto!

– Myślę, że spał.

– O, tak. Smacznie sobie spał. Z takim językiem na wierzchu!

Azor staje na tylnych łapach; znów przypominał bardziej człowieka. Wysuwa na wierzch język. Biały i napuchnięty, sięga niemal ziemi.

– Błeeee…! Haki… hęzyk… Haki… hęzyk…

Piotrek odwraca się na pięcie i zaczyn biec.

 

***

 

– Nareszcie…

Alina przywiera plecami do oparcia obrotowego krzesła. Wspiera kark na zagłówku i odpycha się nogami od podłogi, odchylając siedzisko do tyłu. Zamyka oczy i rozkoszuje się chwilą. W czasie pracy nie pozwala sobie nawet na krótkie chwile relaksu. Czasami przerywa ślęczenie przed komputerem, żeby rozruszać mięśnie karku czy rozprostować nogi, ale traktuje te czynności jako uciążliwość, taki drobny haracz, który musi ofiarować własnemu ciału, aby to jej potem nie dręczyło. Nie ma fizycznych warunków do pracy za biurkiem, o czym już niejednokrotnie boleśnie się przekonała. Nawet dzisiaj, choć starała się przestrzegać biurowego BHP, ból zdołał jakoś wpełznąć w lewe przedramię. Na całe szczęście, zupełnie ignorowany, dość szybko się znudził i odszedł niezauważony.

Nie spodziewała się, że będzie z tym tyle roboty. Z początku klientka była bardzo konkretna. Do momentu pierwszej poprawki. Sugestia dotycząca umiejscowienia kuchennej wyspy, entuzjastycznie podchwycona przez Alinę – w końcu klient ma zawsze rację – otwarła prawdziwą otchłań pełną nowych pomysłów i modyfikacji, w najgorszym wypadku wymagających zaprojektowania całego pomieszczenia od nowa. Trzeba było zagryźć zęby i zmieniać kolejne elementy kuchni, jadalni, salonu… najważniejsze, że klientka, rzucająca nowymi pomysłami jak w transie, nieustannie zwracała uwagę na to, że swoimi fanaberiami przydaje Ali masę pracy. Projektantka odpowiadała na to jakimiś grzecznościowymi komunałami, których istotę stanowiło skryte za wielosłowiem zapewnienie, że dodatkowy wysiłek nie wpłynie na uzgodnioną cenę zlecenia. Z doświadczenia wiedziała, że taka postawa robi spore wrażenie. Wiedziała również, że ludzie uwielbiają chwalić się udanymi transakcjami i dobrymi targami. A ,,fuchy” otrzymywane z polecenia stanowiły dobre trzy czwarte wszystkich zleceń. Musi dbać o renomę, nawet gdyby wysiłek miał od czasu do czasu okazać się nieproporcjonalny do zarobionych pieniędzy.

W ślad za rozlewającym się po całym ciele rozluźnieniu, poczuła ucisk w brzuchu; była głodna. Nie jadła od… cholera, w ogóle dzisiaj nie jadła. Która godzina? Prawie dwunasta. Powinna żywić się regularnie. No i więcej gotować, odpuścić to cholerne, przetworzone żarcie. Gdyby tylko znalazła czas… i chęci, nie ma się co oszukiwać. Starała się być ze sobą szczera i nie mogła zaprzeczyć, że życie na skróty, oprócz oczywistej wygody, przynosiło jej również niedookreśloną, ale bardzo realną, satysfakcję. Wrażenia zupełnie odwrotne towarzyszyło jej wówczas, gdy skrupulatnie parała się czynnościami, które zaliczała do przepastnej kategorii obowiązków dorosłego człowieka. Podejrzewała, że nie świadczy to o niej najlepiej.

Tego rodzaju rozważania natychmiast kierunkowały ją ku Piotrkowi. On był najważniejszy. Wierzyła w to silnie i zawsze znajdowała w sobie gotowość by głosić to wszem i wobec, nie zrażając się sceptycznymi reakcjami otoczenia na to cokolwiek staromodne i, być może, nadto krótkowzroczne podejście do macierzyństwa.

Ale Piotrek ma tylko ją; samotną, lekko zagubioną kobietę, fundującą mu nazbyt szeroki wachlarz doświadczeń będących pokłosiem niełatwych decyzji. Świadomość, że Piotrek przebrnął przez burzliwy okres rozpadu małżeństwa swoich rodziców tak, jakby w ogóle go on nie dotyczył, był przyczyną równie wielkiej ulgi, co niepokoju. Owszem, w ciągu kilkutygodniowej kampanii wzajemnych oskarżeń i kłótni starali się jak mogli, aby w nic go nie angażować. Czy udało im się osiągnąć ten, być może ostatni, wspólny cel? Dzieci dostrzegają dużo więcej niż rodzice by sobie życzyli, a Piotrek, jako bystry chłopiec, nie mógł stanowić odstępstwa od normy. Tymczasem nic nie świadczyło o szkodach spowodowanych tym, co z dziecięcej perspektywy zwykło nazywać się ,,końcem świata”. Rozstanie rodziców nie spowodowało żadnego nocnego moczenia, kłopotów w nauce, problemów z zachowaniem. Nawet gdyby założyć że tamte kilka tygodni przeszło dla Piotrka niezauważone, to wyprowadzka na wieś i związana z nią reorganizacja życia, sama w sobie ogromnie stresująca, stanowiła dobitne, codzienne, przypomnienie tego, że jego rodzina przestała istnieć. Chłopiec pozostawał niewzruszony. Alina, wyczekując wybuchu bomby z opóźniony zapłonem, rozważała wizytę u psychologa dziecięcego, ale na myśl o tym, że specjalista zapewniłby ją, że względem syna nie ma powodów do niepokoju, natomiast jeśli chodzi o nią… o nie. Na to nie jest gotowa. Niewykluczone jednak, że bez względu na to co może usłyszeć, taka wizyta okaże się niezbędna. Wczorajsze zachowanie Piotrka mogło wskazywać na to, że w końcu prawda o tym, jak skomplikowało się jego życie, zaczynała doń docierać. Lub, czego Alina obawiała się dużo bardziej, że ta prawda dotarła do niego dawno temu, tylko dotychczas postanowił tego nie okazywać.

Czy wczorajsze zachowanie Piotrka wskazywało na to, że na wierzch wychodzi to, co do tej pory tłamsił? To lepiej, czy gorzej? Nie była pewna. W nocy zaglądała do niego dwa razy, spał jak kamień. Rano był spokojny. Zaraz wróci na obiad, może powinna zasugerować… nie, nie zasugerować. Otwarcie porozmawiać z nim o tym, co zaszło między nią a Radkiem. W zasadzie… czemu jeszcze tego nie zrobiła? Taką rozmowę powinni przeprowadzić w trójkę – ta myśl sprawia, że Alina mimowolnie zaciska pięści. Nie. To byłoby sztuczne, pozbawione wartości. Poza tym, w kwestii kontaktów z byłym mężem, nie ręczył za siebie. Ryzyko tego, że w pewnym momencie oświadczy spokojnym, mentorskim tonem, że siedzący obok niej tatuś postanowił spierdolić to, co budowali przez tyle lat, bo jest zwyczajnym egoistą, ocenia jako stosunkowo wysokie. Porozmawia z Piotrkiem sama. Boi się tego, ale jest to rodzaj strachu, który lubi; towarzyszący rzeczom równie trudnym, co ważnym. Podniesiona na duchu, postanawia na obiad usmażyć omlet. Ale najpierw musi coś przegryźć…

Podskakuje, gdy słyszała trzask frontowych drzwi. W pierwszej chwili myśli, że to listonosz, ale szybki tupot dobiegający z korytarza wskazuje na to, że Piotrek wrócił do domu.

– Piotruś?! – woła, zaniepokojona. Odpowiada jej cisza. Pełna najgorszych obaw rusza pędem do pokoju syna. Nigdy nie zachowuje się w ten sposób, gdy wraca z dworu. W pierwszej kolejności szuka mamy, zamieniają wtedy przynajmniej kilka słów.

Pewna tego, że stało się coś złego, otwiera drzwi aby przekonać się, że obawy są słuszne.

Jej syn, oczko w głowie, największa nadzieja i, pal licho te wszystkie porozumiewawcze spojrzenia i rzucane ukradkiem uśmieszki, największe życiowe osiągnięcie, klęczy na łóżku. Trzyma przed sobą dłonie w geście mima wspierającego się na niewidzialnej ścianie i rozgląda się na boki.

Z licznych ran na twarzy spływają strumyczki krwi.

Alina rzuca się w stronę łóżka z zamiarem porwania Piotrka w ramiona. Potężna chęć objęcia rannego dziecka napotyka równie silny i pierwotny przymus nagłego zatrzymania się, gdy zauważa, że na łóżku leży pęknięta butelka i że drobna dłoń opada, aby chwycić ją i podnieść.

– Kochanie… – szepcze kobieta. Ocenia głębokość ran rozsianych po twarzy. Liczne, ale niezbyt głębokie. Spogląda na wymierzony w nią kawałek szkła. Dobre trzy czwarte butelki poszło w drobny mak, w drżącej dłoni ostał się ledwie ogryzek.

– Nie podchodź, bo pożałujesz. – Groźba w ustach chłopca, który jeszcze rok temu wierzył w Świętego Mikołaja, brzmi na tyle srogo, że Alina jej się podporządkowuje. W panicznym odruchu rozgląda się po pokoju, szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji.

Wtedy je dostrzega.

Elementy wspomnień i wrażeń z poprzedniego dnia łączą się ze sobą same niby czarodziejska układanka. Powstały obraz jest spójny i nie pozostawia żadnych wątpliwości. Teraz, gdy Alina ma go już przed oczami, nie może pojąc dlaczego nie dostrzegła go wcześniej. Kusi ją, aby natychmiast rozpocząć samobiczowanie, ale skutecznie się tej pokusie opiera; będzie miała na to masę czasu. Teraz trzeba działać.

– Piotruś… – zaczyna ostrożnie. – Słyszysz mnie? To ja, mama.

Dłoń lekko opada. Kobieta natychmiast to wykorzystuje: unieruchamia delikatnie dziecięcy nadgarstek, gotowa w każdej chwili ścisnąć go najmocniej jak potrafi. Na szczęście nie ma takiej potrzeby – butelka bezgłośnie ląduje na pościeli.

– Posłuchaj mnie uważnie. – Siada na łóżku i spogląda dziecku w oczy. Powstrzymuje chęć rozpłakania się, gdy dostrzega ziejącą z nich pustkę. – Powiedz mamie, gdzie to znalazłeś.

Nie pada żadna odpowiedź. Pokrwawiona twarz jest teraz rozluźniona, spokojna. Cholera, co ja wyprawiam? – gani się w myślach Alina. Muszę natychmiast wezwać pogotowie.

– Poczekaj tu! Proszę cię, nie ruszaj się stąd!

Zabiera ze sobą szklanego tulipana i pędzi do pracowni po telefon.

Mama wybiega z pokoju, co sprawia że Piotrek na poważnie żegna się z życiem. Azor ma teraz potężne łapy goryla i to nimi zmusił przed chwilą chłopca do rzucenia groźby; wpił grube paluchy w policzki i wprawił szczękę w ruch. Ucisk znika na krótką chwilę potrzebną na przesunięcie łap niżej. Rozpoczyna się szamotanina.

– Powiedz mi… – szepcze stwór do ucha – co widzisz, jak odpływasz? Co widzisz…?

Chłopiec walczy o oddech i zaczyna na oślep walić łokciami, próbując zrzucić z siebie napastnika. Nie robi to na nim żadnego wrażenia, nie wzburza nawet spokojnego rytmu szeptanych do ucha słów.

– Jesteś dużo słabszy od niego! – Wiadomo, kogo Azor ma na myśli. – Przecież tamten to był już prawie dorosły gość, jak mnie w pewnej chwili złapał i rzucił… ale od początku nie miał szans. Trzymałem go właśnie tak jak ciebie… – kosmate łapy zaciskają się jeszcze mocniej. – Jak sobie leżał spokojnie, zacząłem mu śpiewać… chcesz posłuchać?

Ależ ze mnie durna, cholerna idiotka – taką wiązanką podsumowuje się Alina, gdy wbiega z powrotem do pokoju i zastaje Piotrka leżącego na łóżku, twarzą do dołu.

Z kipiącą w żyłach adrenaliną stuka palcem w ekran telefonu, przerzucając rozmowę na tryb głośny. Następnie przypada do swojego dziecka i odwraca je na plecy.

– Pogotowie ratunkowe, słucham? – upiorny głos dyspozytorki rozlewa się po pokoju, uświadamiając Alinie co właśnie się dzieje. Nie może wydusić ani słowa.

– Pogotowie ratunkowe! Halo!

A więc tak to się skończy? Jej dziecko umrze jej teraz na rękach? Naprawdę?

Wtedy, w jednej, cudownie pięknej chwil, Piotrek otwiera oczy, wyrzuca dłonie w górę i głośno wciąga powietrze. Alina wydaje a z siebie okrzyk ulgi i radości.

– Halo! Halo! – Dyspozytorka, co zrozumiałe, jest już mocno zaniepokojona.

– Dzień dobry! Bardzo proszę natychmiast przysłać karetkę…

Piotrek nie jest do końca świadom tego, co dzieje się wokół niego. Wie tylko jedno: Azor mu nie zagraża, gdy jest przy nim mama. Czuje się bezpiecznie i błogo, pragnie leżeć tak w nieskończoność.

– Nie wiem, proszę pani! – Unoszący się w powietrzu głos jest rozmyty, podobnie jak krążąca w tę i z powrotem sylwetka mamy. – Nie wiem, gdzie to znalazł! Nie, nie wiem też co to może być! Proszę mnie zrozumieć… co? Myślę, że wczoraj po raz pierwszy. Nie, nie powiedział, jest półprzytomny. Tak, oddycha, cały czas go monitoruję. Małe, białe tabletki, nie mam pojęcia…! Dobrze! dziękuję, będę próbować…

– Piotrusiu, kochanie… – Słowa, choć wypowiedziane ciszej, słyszy dużo wyraźniej, w końcu są adresowane do niego. Mama nachyla się nad nim, otacza ją piękne światło. – Proszę, powiedz mi gdzie to znalazłeś.

– W brzydkim domu – mówi posłusznie.

– Gdzie? Proszę, postaraj się mówić…

– W brzydkim domu! – powtarza głośniej.

– O Boże, kochanie, dlaczego tam… ?– Głos zawisa w powietrzu. Mama wydaje odgłos, jakby powstrzymywała ziewnięcie i pociągała nosem równocześnie. – Ile ich wziąłeś?

– Dzisiaj dwie. Ale Azor próbował potem dać mi trzecią, przewróciłem się…

– Kto?

– Mamo… – Piotrek, znajduje się w świecie, do którego ból i troski nie wchodzą nieproszone. Dlatego z ciężkim sercem zdobywa się na wyznanie: – Wydaje mi się, że tamten pan nie żył. Azor go udusił.

– Jaki pan? Kochanie, o czym mówisz? Halo? Tak? Dzięki Bogu! Tak, jest przytomny, choć mocno zamroczony. Mówi coś bez sensu.

Bez sensu? To nie podoba się Piotrkowi.

– Nie mów tak! – Podniósł się na rękach. – Ja mówię prawdę! Tylko Azor każe mi ciągle kłamać! Tamten pan leżał na łóżku, wyglądał jakby spał, ale cały czas miał język na wierzchu!

Piotrek żałuje swojego małego napadu złości, ponieważ już w jego trakcie zaczyna słabiej widzieć. Teraz nie dostrzega już prawie niczego, wszystko zlewa się w jedno, jak wtedy gdy patrzy się przez łzy. Mruganie nie pomaga. Myśli, żeby je przetrzeć, ale przecież wiadomo, że to nie ma sensu.

– Niech pani wyśle również radiowóz, możliwe że… w sąsiedztwie ktoś umarł i mój syn odkrył ciało. Tak, oczywiście, wiem. Diękuję.

Mniej więcej wtedy, gdy sygnał karetki już ucichł a Piotrek jeszcze nie poczuł nieprzyjemnego zapachu szpitala, Azor pokazał mu się po raz ostatni. Chłopiec wciąż słabo widział, ale pół-ludzka, pół-psia twarz była bardzo, bardzo wyraźna.

– No i co, skarżypyto?

– Idź sobie. Nie lubię cię.

– Maminsynek. Będę na ciebie czekał.

– Gdzie?

– Dobrze wiesz, gdzie.

– Nigdy nie przyjdę, nigdy, nigdy!

– Och, to się okaże. To się okaże.

Zostawiwszy go z groźbą, mającą towarzyszyć mu już zawsze, Azor rozpłynął się w powietrzu.

Koniec

Komentarze

Uwaga, mogą być spoilery!

 

Choć czytałam z przyjemnością, bo znalazłam tu niezłą historie z godnym horroru gęstniejącym klimatem, ciekawymi i wiarygodnymi postaciami, odpowiednią dozą tajemnicy i sytuacjami wywołującymi dreszcze emocji, że o tytułowym Azorze nie wspomnę, to obawiam się, że chyba nie wszystko pojęłam.

Początkowo myślałam, że Piotrek, wzorem wielu dzieci, wymyślił sobie przyjaciela i aż do śniadania następnego dnia wszystko było OK. Natomiast kiedy rano chłopiec wyszedł z domu i zamiast, jak myślałam, udać się na plac zabaw, nagle zakradł się do „brzydkiego domu”, zaczęłam się gubić i tak po prawdzie nie bardzo potrafię dociec, co tam zaszło. Z późniejszych wydarzeń wynika, że był w rzeczonym miejscu już wcześniej, ale i tak pozostają niejasności.

A może coś uszło mojej uwadze… Może czegoś nie dostrzegłam…

 

– Chodź tutaj – krót­kie zda­nie roz­wie­wa wszel­kie wąt­pli­wo­ści. ―> – Chodź tutaj.Krót­kie zda­nie roz­wie­wa wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

tylko wtedy, gdy jest bar­dzo nudno, a i wtedy bywa nie­ła­two. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Fak­tycz­nie, bu­dow­lę opasa płyt­ki tunel… ―> Tunel może być długi, ale nie wydaje mi się, aby mógł być płytki. Podejrzewam, że w tym przypadku chodzi nie o tunel, a o rów.

Proponuję: Fak­tycz­nie, bu­dow­lę opasuje płyt­ki rów

 

Dolna żu­chwa po­now­nie opada… ―> Nie ma żuchwy górnej, więc wystarczy: Żu­chwa po­now­nie opada

 

ale na ro­śli­no– i mię­so­żer­ne… ―> …ale na ro­śli­no- i mię­so­żer­ne

W tego typu konstrukcjach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Chciał­by go o to za­py­tać, ale z ja­kie­goś po­wo­du się kry­gu­je. ―> Nie przypuszczam, aby Piotrek krygował się. Raczej: Chciał­by go o to za­py­tać, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie ma odwagi/ krępuje się.

Za SJP PWN: krygować się «przesadnie okazywać swoją skromność i dobre wychowanie, wdzięcząc się i zachowując nienaturalnie»

 

Nie widzę dna, myśli na mo­ment przed tym jak iskra nie­po­ko­ju wy­bu­cha pło­mie­niem czy­ste­go stra­chu. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

po­do­bień­stwo do ob­ra­ne­go z piór ptaka… ―> Raczej: …po­do­bień­stwo do pozbawionego piór ptaka

 

Pew­nie dla­te­go, że patrz na niego… ―> Literówka.

 

wczo­raj­sza tro­ska mamy po­zo­stał w nim… ―> Literówka.

 

zza me­ta­lo­wych, brą­zo­wo – rdza­wych przę­seł… ―> …zza me­ta­lo­wych, brą­zo­wordza­wych przę­seł

 

Po­kry­wa go nie­do­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru dywan. ―> Po­kry­wa go nie­­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru dywan.

 

-Pio­trek wsta­je z ziemi… ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Cho­le­ra, co ja wy­pra­wiam?, gani się… ―> Po pytajniku nie stawia się przecinka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – Dziękuję za poświęcenie czasu na lekturę mojego opowiadania, również za wychwycenie rozmaitych potknięć, baboli i literówek.

 

Co do wątpliwości dotyczących fabuły:

 

SPOILERY

Azor jest ,,widziadłem", które objawiło się Piotrkowi po tym, jak chłopiec spróbował narkotyków znalezionych w opuszczonym domu. W ostatniej scenie matka odkrywa, że chłopiec przyniósł ze sobą do domu dziwne tabletki. Przyznaje się zresztą do ich zażycia. Matka wyrzuca sobie, że zbagatelizowała dziwne zachowanie syna z poprzedniego dnia – choć bardziej naturalnym było jej zakładać, że zachowanie Tomka wynika z innych przyczyn.

Tuż przed rozpoczęciem się akcji opowiadania, Tomek musiał zakraść się do domu i spróbować dziwnych tabletek, które znalazł w pokoju przy… zwłokach kogoś, kto prawdopodobnie również się nimi raczył.

 

Dzięki raz jeszcze :) 

 

Adamie, że Azor był skutkiem zażycia przez Piotrka jakichś tabletek domyśliłam się, ale dopiero pod koniec opowiadania, kiedy zorientowałam się, że chłopiec ponownie odwiedza „brzydki dom”. Wcześniej niczego nie sygnalizowałeś, stąd moje niezrozumienie.

Dziękuję za wyjaśnienia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej:) Fajna historia chociaż rzeczywiście trochę ciężko wychwycić, że Piotrek zażył tabletki pochodzące od nieżyjącego właściciela domu. W sumie tak sobie myślę czy może nie lepiej by było aby właściciel jednak żył i celowo częstował chłopca dragami? To jest tylko moja subiektywna sugestia bo w sumie jego postać mogłaby uzupełniać Azora np. poprzez tworzenie pozornego kontrastu. 

Maria Lilith, spóźnione, ale szczere, podziękowania za odwiedziny :)

W moim zamyśle, w opuszczonym domu, Piotrek natknął się nie na właściciela, a raczej jakiegoś miejscowego nastolatka, który znalazł sobie ustronne miejsce do eksperymentów.

Twoja sugestia brzmi ciekawie, myślę, że gdyby takie rozwiązanie przyszło mi do głowy i potrafiłbym je sprawnie poprowadzić, historia mogłaby na tym zyskać.

Dzięki jeszcze raz :)  

Trochę chaotyczna ta historia, ale ujdzie. Ja też za późno załapałam, że chłopak coś łyknął.

Chłopczyk dosyć duży, chodzi do szkoły od dłuższego czasu, sam wychodzi na plac zabaw… I jeszcze nie wyrósł z wkładania do buzi wszystkiego, co napotka?

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo! Bardzo mi miło, że odwiedziłaś moje opowiadanie i dałaś mu klika. Dzięki! Przyznaję, że tekst ma swoje lata i gdybym pisał go dzisiaj, pewnie wyszłoby mu to na dobre :)

 

Chłopczyk dosyć duży, chodzi do szkoły od dłuższego czasu, sam wychodzi na plac zabaw… I jeszcze nie wyrósł z wkładania do buzi wszystkiego, co napotka?

Mam wrażenie, że Piotrek z premedytacją sięgnął po coś, w czym rozpoznał zakazany owoc.

Nowa Fantastyka