- Opowiadanie: belhaj - Peregrynacje Pyteasza z Massali

Peregrynacje Pyteasza z Massali

Dawno nie wrzucałem żadnego opowiadania na portal, ale kiedy dowiedziałem się o tym konkursie pomysł na poniższy tekst sam wpadł mi do głowy. Pyteasz z Massali jest autentyczną postacią, był jednym z pierwszych starożytnych podróżników i odkrywców. 

Mam nadzieję, że tekst się spodoba i czekam na wasze opinie :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Peregrynacje Pyteasza z Massali

Za­pu­ścił się dalej niż któ­ry­kol­wiek z na­szych przod­ków

Da­le­ko poza gra­ni­cę, z któ­rej można jesz­cze wró­cić

No­szo­ny po­tęż­ny­mi prą­da­mi dry­fo­wał przez nie­na­zwa­ne wody

Ku świa­tom, któ­rych nikt nigdy nie wi­dział

Don­gu­ra­le­sko – Daleko

 

 

Po­ra­nek był po­chmur­ny, od stro­ny morza wiał nie­przy­jem­ny, wy­wo­łu­ją­cy dresz­cze wiatr, a także padał drob­ny, kłu­ją­cy ni­czym igły deszcz. Py­te­asz otu­lił się szczel­niej płasz­czem, aby roz­grzać stare kości. Kuś­ty­ka­jąc, ru­szył w stro­nę przy­sta­ni, grzę­znąc co chwi­lę w mo­krym pia­chu. Mo­zol­nie po­ru­szał się przed sie­bie, prze­kli­na­jąc w my­ślach sta­rość, która do­pa­dła go nie­spo­dzia­nie jak spa­da­ją­cy na ofia­rę orzeł.

W końcu do­tarł na po­most, po­czuł pod sto­pa­mi twar­de deski. Wiatr przy­brał jesz­cze na sile, męż­czy­zna mu­siał chwi­lę za­cze­kać, nim ru­szył dalej. Ro­zej­rzał się i do­strzegł cel swej wę­drów­ki. Artemis, diera, okręt, na któ­rym Py­te­asz od­kry­wał nie­na­zwa­ne lądy, do­tarł do miejsc nie­zna­nych wcze­śniej ba­da­czom i geo­gra­fom. Nie­gdyś wzbu­dza­ją­cy po­dziw wy­ko­na­niem, wiel­ko­ścią i no­wo­cze­sny­mi roz­wią­za­nia­mi, teraz przed­sta­wiał sobą obraz nędzy. Lata bez­czyn­ne­go cumowania w por­cie od­bi­ły na nim swoje pięt­no. Ster był po­ła­ma­ny, po­dob­nie jak górujący kiedyś nad podkładem maszt. Z żagla zostały jedynie nędzne strzępy. Burty prze­gni­ły, połamały się od sztormów, czę­ścio­wo były prze­żar­te przez ro­bac­two. Smukła sylwetka diery, teraz była wykoślawiona jak u staruszka. Wy­rzeź­bio­na na dzio­bie syl­wet­ka Artemidy, patronki wyprawy, wy­glą­da­ła jak wła­sna ka­ry­ka­tu­ra.

Py­te­asz ostroż­nie po­sta­wił nogę na tra­pie łą­czą­cym po­most z dierą. Wszedł na po­kład i zachwiał się. Aby nie upaść, chwycił się burty. Deski były popękane, pełne drzazg i dziur. W pokładzie ziała potężna wyrwa, aż dziw, że okręt, choć nabrał wody, nie zatonął. Mężczyzna ominął ją i wszedł na pod­wyż­sze­nie tuż za ste­rem, gdzie pod­czas rejsu spę­dzał naj­wię­cej czasu. Usiadł cięż­ko na jed­nej z po­zo­sta­wio­nym na okrę­cie skrzyń i prze­tarł za­łza­wio­ne oczy. Nie mógł sobie wy­ba­czyć, że do­pu­ścił do tego, że diera znaj­do­wa­ła się w tak opła­ka­nym sta­nie.

Wiatr ustał, deszcz prze­stał padać. Zza chmur nie­śmia­ło za­czę­ło wy­glą­dać słoń­ce. Py­te­asz roz­piął płaszcz, roz­pro­sto­wał bo­lą­ce nogi i za­czął wspo­mi­nać po­dróż swo­je­go życia. Wy­pra­wę, która przy­nio­sła mu sławę i do­pro­wa­dzi­ła do zguby.

 

***

 

Wyruszyli z Massali tuż przed świtem, gdy miasto jeszcze spało, zmęczone wieczorną zabawą. Mieszkańcy polis wyprawili ucztę pożegnalną na cześć rozpoczynających podróż marynarzy. Do późnych godzin nocnych pito, tańczono, kochano się i wznoszono modły o pomyślność wyprawy.

Pyteasz był wstrzemięźliwy wczorajszej nocy, więc w przeciwieństwie do wioślarzy i większości załogi od rana tryskał energią i entuzjazmem. Długo przygotowywał się do tej wyprawy, podporządkował jej kilka ostatnich lat życia. Miał nadzieję, że zadbał o każdy szczegół i nic go nie zaskoczy.

Nie mógł wiedzieć, jak bardzo się mylił.

 

***

 

Pierwszą przeszkodą było pokonanie kartagińskiej blokady w rejonie Słupów Heraklesa. Wrogie okręty patrolowały ten obszar, starając się nie dopuścić, by jakikolwiek okręt wydostał się z basenu Morza Śródziemnego na otwarte wody oceanu. Dodatkowo podsycali plotki o piratach, morskich potworach i okropieństwach czających się na podróżnych zapuszczających się poza rejon znanego świata.

Po wypłynięciu z Massali Pyteasz skierował okręt wzdłuż wybrzeża Iberii, jednak już drugiego dnia podróży został zauważony przez kartagińską galerę. Szybka ucieczka pozwoliła uniknąć walki, jednak od tej pory postanowiono pływać jedynie nocami, aby zminimalizować ryzyko wykrycia. Znacznie utrudniało i wydłużyło to podróż, jednak bezpieczeństwo wyprawy zostało zachowane. Bez problemów minęli Abderę, fenicką kolonię położoną najbliżej Massali. Następnie kontynuowali rejs wzdłuż wybrzeża. Dopiero mając przed sobą Malakę, jedną z największych na iberyjskim wybrzeżu faktorii handlowych i spory port, odbili na pełne morze. Tam meandrowali, często zmieniając kurs, kilkukrotnie widząc na horyzoncie kartagińskie okręty.

Dopływając do Słupów Heraklesa Pyteasz ściskał w dłoni podarowany mu przez kapłankę Ateny amulet, a także nakazał złożenie ofiary dla Posejdona. Zabrane na pokład specjalnie na tą okazję kozy, skończyły w morzu z poderżniętymi gardłami. Ich krew spływając do morskiej toni miała zapewnić pomoc wszechwładnego boga uczestnikom wyprawy.

Modlitwy zostały wysłuchane. Następnego dnia rozpętał się sztorm. Fale kilkukrotnie przewyższały dorosłego mężczyznę, pieniły się i uderzały z zatrważającą siłą w burty Artemisa. Pyteasz, mimo lęku, nakazał załodze żeglować dalej. Nawet sam zasiadł wśród wioślarzy, wspomagając ich w pokonaniu żywiołu. Choć wokół kotłowało się i przelewało, diera śmiało parła do przodu. Wpływali w cieśninę, w oddali majaczyły już spowite mglistymi oparami Słupy Heraklesa. Światła portu w Tingis odbijały się od morskiej tafli połyskliwą łuną. Jednak kartagińczykom nie w głowach było gonienie za przepływającym tuż obok nich greckim statkiem. Pyteasz, wiosłując wraz z załogą, zdołał dostrzec jak jeden z okrętów, który nie zdążył zawinąć do przystani przed sztormem, został rozbity w drzazgi uderzając w skalisty brzeg. Marynarze, widząc, to zdwoili wysiłki. Diera kołysała się i skrzypiała, raz po raz atakowana olbrzymimi falami. Mięśnie paliły, brakowało oddechu, jednak nikt nie przestawał wiosłować.

W końcu przepłynęli przez cieśninę, zostawili za sobą Słupy Heraklesa, morze Śródziemne, Kartaginę, Massalię i Grecję. Znaleźli się na oceanie, na którym do tej pory dane było żeglować tylko nielicznym. Sztorm zelżał, choć oddalając się od Tingisu, Pyteasz dostrzegł, że port ciągle atakowany jest wysokimi falami. 

Zginęło trzech marynarzy. Dwóch wypadło za burtę, a trzeciego znaleziono przy jednym z wioseł, sinego na twarzy i trzymającego się za klatkę piersiową. Ciało złożono w morzu.

 

***

 

Kilka następnych dni spędzono na naprawach diery. Wiele wioseł zostało połamanych, uszkodzony był również maszt, a żagiel wymagał łatania. Uzupełniono również zapasy żywności, zarzucając sieci, a złowione ryby, głównie dorodne dorsze i śledzie, solono i składowano w spiżarni.

Kiedy wreszcie ukończono naprawy, Pyteasz dał znak do wznowienia podróży. Nakazał nie zbliżać się do brzegów, w celu ominięcia Gadiru, ostatniej znanej kartagińskiej kolonii. Kilka razy na horyzoncie mignęły im żagle wrogich okrętów, jednak obyło się bez potyczek. Pewnego dnia w pobliżu okrętu pojawiło się niewidziane nigdy wcześniej przez marynarzy stworzenie. Ogromna ryba, przewyższająca wielkością dierę, pływała tuż pod morską taflą, w niewielkiej odległości od statku. Jakby pragnęła, żeby ją podziwiać. Nawet kilka razy wyrzuciła z siebie strumień wody, wyglądający niczym fontanna. Marynarze przestraszyli się i odetchnęli z ulgą, kiedy morski stwór zniknął w końcu w głębinach. Pyteasz, choć nie dał tego po sobie poznać, również czuł podskórny lęk przed monstrualnych rozmiarów rybą. Wiedział, że bez najmniejszych problemów mogłaby zmiażdżyć dierę, a ich wszystkich posłać na dno.

Wiele mil dalejkiedy Pyteasz był pewien, że zostawili za sobą kartagińskie terytoria, Artemis zbliżył się do wybrzeża. Płynęli wzdłuż niego, chłonąc widoki, brzeg pełen był klifów, urwisk i malowniczych zatoczek, oraz obserwując rozpalane na nabrzeżach ogniska. Wiedzieli, że na tych terenach mieszkają Celtowie, barbarzyńskie plemiona. Kupcy z Massali, w tym Pyteasz pływali rzeką Rodan i handlowali z okolicznymi plemionami Wolków i Allobrogów. Na pokładzie Artemisa, przebywał nawet jeden z Allobrogów, mężczyzna imieniem Orgewist, który kilka lat temu osiedlił się w Massali. Miał służyć za tłumacza, gdyż Pyteasz zamierzał przybić do brzegu, aby uzupełnić zapasy i dać załodze czas na odpoczynek.

Ogniska, które rozświetlały nabrzeże, według słów Orgewista, służyły jako ostrzeżenie przed zbliżającym się okrętem. W końcu po kilku kolejnych dniach żeglugi ujrzeli port, a także rozciągające się za nim sporych rozmiarów miasto. Gdy tylko tubylcy dostrzegli nadpływającą dierę, morze zaroiło się od wypełnionych wojownikami łódek i barek. Marynarze chwycili za zgromadzoną na pokładzie broń, jednak Pyteasz nakazał jej odłożenie. Kiedy Celtowie dopłynęli do Artemisa, z bojowymi okrzykami na ustach, przemówił Orgewist.

– Przybywamy w pokoju. Pragniemy tylko zaznać odpoczynku, uzupełnić zapasy oraz trochę pohandlować.

Barbarzyńcy zdziwieni brzmieniem swojej mowy płynącej z ust obcego przybysza, porzucili wojenne zamiary i odeskortowali dierę do portu. Tam marynarze zostali przyjęci przez Gantoryksa, wodza zamieszkującego te tereny plemienia Wenetów. Powitano ich w mieście Gwened, a następnie zaproszono na ucztę, do wielkiego drewnianego budynku służącego za miejsce spotkań. Okazało się, że tubylcy byli bardzo przyjaźni i otwarci, a Gantoryks wręcz zafascynowany miejscem, z którego pochodzi Pyteasz i jego załoga. Rozmawiali za pośrednictwem Orgewista, opowiadając wzajemnie historie swych ludów. Okazało się, że Wenetowie zamieszkują pobliski obszar zwany Armoryką i są jednym z najpotężniejszych celtyckich plemion. Choć na pierwszy rzut oka, patrząc na wykonane głównie z drzewa i gliny budynki, nic nie świadczyło o ich potędze, rychło okazało się, że Gwened jest prężnie działającym portem. Przypływali tu kupcy z całego wybrzeża, a także handlowano z położonym na północy lądem zwanym Brytanią. Do tego kwitło rybołówstwo, a także garbarstwo i obróbka drewna. 

Pyteasz, jak przystało na kupca, którym był, nim zainteresował się żeglarstwem i astronomią, również dobił targu z Gantoryksem. W zamian za wino, oliwę, sól oraz zwój fenickiego, purpurowego sukna, który wódź Wenetów od razu podarował małżonce, otrzymał futra, dziczyznę oraz kilka worków jęczmiennego chleba. A co najważniejsze członkowie wyprawy dostali od tubylców nowe wiosła, które miały zastąpić te zniszczone podczas sztormu przy Słupach Heraklesa.

Pewnego wieczora, Pyteasz przechadzając się wzdłuż miejskich murów zaobserwował przedziwne zjawisko. Otóż poziom wody podniósł się znacząco, zalewając pewne partie portu i miejscami podchodząc prawie pod palisadę. Zagadnięty na ten temat Gantoryks, odpowiedział, że to bogini księżyca oddziałuje na morze. Kiedy księżyc jest widoczny w całości na niebie, morze wchodzi w głąb lądu, a kiedy bogini chowa księżyc za nieboskłonem, woda się cofa. Pyteasz czym prędzej zapisał to w swym periplusie i postanowił obserwować zjawisko podczas dalszej podróży.

Załoga została w Gwened jeszcze kilka dni. Zregenerowała siły, dokonała potrzebnych napraw diery, których nie można było zrobić na morzu. Aż w końcu odpoczynek dobiegł końca, Pyteasz podziękował za gościnę i nakazał kontynuowanie rejsu.

W kierunku Brytanii.

 

***

 

Diera opuściła Armorykę i gościnne plemię Wenetów i Pyteasz skierował się na północ. Wody były spokojne, słońce przyjemnie przygrzewało, dodając wioślarzom animuszu. Czwartego dnia po opuszczeniu portu w Gwened, Pyteasz dostrzegł na horyzoncie nieznany wcześniej ląd. Gantoryks opowiedział mu o zamieszkujących go ludach, trudniących się głównie uprawą ziemi, hodowlą bydła, a także wydobywaniem cyny.

Nim dotarli do brzegów, zaczęło zmierzchać. Wpłynęli do niewielkiej zatoki, prawie zewsząd otoczonej urwistymi klifami i przycumowali na niewielkim, nadającym się do zatrzymania kawałku nadbrzeża. Zabezpieczywszy okręt załoga zeszła na ląd i rozbiła obóz na kamienistej plaży. Rozpalono ogniska i zjedzono część podarowanej przez Wenetów dziczyzny. Kilku marynarzy próbowało spożywać również wino, jednak szybko zostali skarceni przez Pyteasza. Rozstawiono straże, nie widząc czy mieszkańcy Brytanii, lub jak nazywał tą krainę Orgewist Belerionu, będą równie przyjaźni co mieszkańcy Gwened.

Nocny atak nie nastąpił. Jednak o poranku strażnicy dostrzegli ruch na górujących nad plażą wzgórzach. Pyteasz nakazał zwinąć obóz, gotowy do natychmiastowej ewakuacji na dierę. Zaczął padać deszcz, a wraz z nim na brzegu pojawiło się kilkunastu ubranych w futra i skóry wojowników. Wyglądali groźnie, jednak wyglądało na to, że nie mają złych zamiarów, a jedynie chcieli sprawdzić, kim są nieznani przybysze, którzy zawitali do ich krainy.

I tym razem Orgewist okazał się nieocenionym tłumaczem. Języki celtyckich plemion różniły się między sobą, jednak mężczyźni nie mieli większych problemów z porozumieniem się. Orgewist wytłumaczył, że są Grekami, podróżnikami przybywającymi dalekiej z Massali. Na znak pokoju i dobrych zamiarów podarowano tubylcom kilka amfor z winem, a także oliwą. Ci przyjęli podarki, w zamian oferując gościnę. Nie zaprosili jednak całej załogi jak Wenetowie, tylko kilku członków wyprawy. Pyteasz wybrał pięciu marynarzy oraz oczywiście Orgewista, a resztę zostawił na brzegu, nakazując, aby byli gotowi do ucieczki, gdyby coś poszło nie tak i tubylcy zmienili swe zamiary.

 Szli głównie wąskimi ścieżkami prowadzącymi przez pełne pagórków i lasów tereny. W pewnej chwili wyszli na otwartą przestrzeń, na której znajdowało się kilkanaście ustawionych w okręgu skalnych bloków. Pyteasz widywał już takie rzeczy u Allobrogów, jednak ich budowle były o wiele mniejsze i skromniejsze. Było to miejsce kultu, traktowane przez celtyckie plemiona jak świątynia. Ustawione koncentrycznie menhiry były wielkości dwóch rosłych mężczyzn. Robiły wrażenie, biorąc pod uwagę, że stworzone zostały przez tak prymitywny lud, jednak Pyteasz widział akropole w Atenach, Koryncie i Argos. Celtycki kromlech wyglądał przy nich jak robak przy lwie. Jednak kiedy przechodzili tuż obok kręgu, żeglarz poczuł bijącą od niego moc. Ciarki przeszły po całym jego ciele i natychmiast przyspieszył kroku.

Osada, do której zostali poprowadzeni, znajdowała się kilka godzin drogi od wybrzeża. Była to niewielka wioska, licząca zaledwie kilkanaście chałup, zbudowanych głównie z drewna i trzciny. Dokoła na pastwiskach pasło się bydło oraz owce. Nieco dalej położona była kopalnia, jak dowiedział się Orgewist, wydobywano w niej cynę. A tuż obok niej znajdowały się liczne warsztaty oraz odlewnia. 

Wódz tubylców czekał na nich przy okrągłym budynku, służącym najprawdopodobniej za miejsce spotkań i rad plemiennych. Był to siwowłosy starzec o bujnej brodzie, powolnych ruchach lecz wciąż wnikliwym i czujnym spojrzeniu. Zwał się Blyth. Przyjął podarowane amfory z winem i oliwą, w zamian wręczając Pyteaszowi kilka cynowych naczyń. Wspomniał, że nie są pierwszymi przybyszami z dalekich krain, którzy zawitali do Brytanii za jego życia. Żeglarz wiedział, że wcześniej mogli dotrzeć tu Kartagińczycy, wiedział również, że Weneci prowadzą z tutejszymi plemionami handel wymienny, szczególnie ceniąc sobie wydobywaną w tych stronach cynę.

Podziękowali za dary, a wódz zapytał, jaki jest cel ich wyprawy. Orgewist odpowiedział, że pragną dotrzeć jak najdalej na północ, na kraniec świata, gdzie nigdy nie stanął jeszcze żaden człowiek. Blyth przestrzegł, że dalej na północny-zachód znajduje się niebezpieczny ląd, na który lepiej się nie zapuszczać. Zamieszkany przez dzikie plemiona rozsmakowane w ludzkim mięsie. Opowiadał, że żyją tam stworzenia potrafiące zmieniać kształty i przybierać różne postaci. A także olbrzymie stwory oddechem mogące przewrócić drzewo, wróżki mamiące mężczyzn na głębokie bagna oraz ptaki wielkości człowieka, o ostrych dziobach i pazurach długości miecza. Na koniec dodał, że im dalej na północ, tym jeszcze gorzej. Przestrzegał przed lodowym morzem, a także mieszkającymi tam przedwiecznymi bogami.

– Byłem tam i nigdy nie wrócę. To nie są już krainy człowieka – rzekł Blyth, zaciskając dłonie na poręczy swego siedziska.

Pyteasz przeląkł się, jednak wiedział, że opowieści mogą być wyolbrzymione. Nie po to też tak długo przygotowywał się do wyprawy, żeby teraz odpuścić i zawrócić do Massali.

Na koniec wódz przestrzegł przybyszy przed czymś jeszcze. Powiedział, że w normalnych warunkach udzielił by im schronienia i noclegu, jednak prowadzili wojnę z agresywnym sąsiadami. Blyth i jego współplemieńcy szykowali się do opuszczenia tych ziem i migracji w inne, bezpieczniejsze regiony.

Słysząc to Pyteasz, podziękował za dary i czym prędzej ruszył z powrotem na wybrzeże. Obawiał się, że pozostawiona na plaży załoga mogła okazać się łatwym celem ataku.

Miał rację. Dotarli do swych współtowarzyszy tuż przed zmierzchem. Na okolicznych wzgórzach dostrzegli zbliżających się napastników. Szybko załadowali się na okręt, w pośpiechu pozostawiając na brzegu część zaopatrzenia. Kiedy diera odpływała napędzana siłą mięśni kilkudziesięciu wioślarzy, plaża zaroiła się od wymalowanych w wojenne wzory wojowników.

Na okręt posypał się grad włóczni, strzał oraz kamieni. Na szczęście pociski nie wyrządziły większych szkód, odbijając się od burty lub niknąc w morskich falach. Tubylcy musieli zadowolić się przekleństwami i bojowymi okrzykami posyłanymi za odpływającym okrętem.

 

***

 

Całą noc padał deszcz, a poranek powitał ich gęstą jak mleko mgłą. Pyteasz postanowił się nie zatrzymywać i Artemis płynął dalej, pomimo nikłej widoczności. Podróż mijała spokojnie, przynajmniej przez pierwsze dwa dni. Trzeciego dnia ujrzeli na zachodzie zarys lądu, było to najprawdopodobniej miejsce, o którym wspominał Blyth.

Widoki ciągle przesłaniała mgła, jednak Pyteasz dostrzegł kilka ognisk płonących na odległych zdawałoby się brzegach. Podczas rejsu słyszeli niepokojące odgłosy. Pohukiwania, skrzek, skowyt, przeciągłe wycie. Dźwięki w żaden sposób nie mogące pochodzić od człowieka.

Załoga była cała w nerwach. Wioślarze zdwoili wysiłki, aby jak najszybciej opuścić niegościnne wody. Mgła zdawała się przylepiać do skóry i dostawać do płuc wraz z oddechem. Marynarze mimowolnie odwracali się za siebie i rozglądali nerwowo, mając wrażenie, jakby byli ciągle obserwowani.

Kiedy zapadł zmrok, sytuacja tylko się pogorszyła. Zapalono pochodnie, jednak dawały one jedynie nikłe światło. Diera płynęła więc po omacku, a Pyteasz miał tylko nadzieję, że nie trafią na mieliznę lub nie rozbiją się o skały.

Trudno opisać, co działo się tej feralnej nocy. Zdawało się, że tuż obok nich, na wyciągnięcie ręki, coś czyha. Dyszy na karki, czając się i wyczekując odpowiedniego momentu, by zatopić okręt wraz z załogą. Marynarze czuli nieprzyjemny, rybi swąd. Co jakiś czas w pobliżu diery słychać było przeciągłe wycie i skrzeczenie. Wywołujące dreszcze i nakazujące mocniej zacisnąć dłonie na pochodni lub klindze miecza. Kilka razy nocną ciszę przerwał pełen przerażenia okrzyk, który urywał się równie nagle jak rozpoczął.

Dopiero rano, po nocy zdającej się trwać wieczność okazało się, że z okrętu zginęło siedmiu marynarzy. Nikt nie wiedział, co się z nimi stało, choć jeden z członków załogi przysięgał, że widział olbrzymią łapę, która chwyciła stojącego obok kompana. Coś porwało również żagiel, wyglądający teraz jak poszarpany kawał płótna.

Po tych wydarzeniach morale wśród załogi wyraźnie spadło. Kilku marynarzy zdradzało wręcz objawy szaleństwa. Nie odzywali się do nikogo, w oczach mieli pustkę. Siedzieli tylko oparci o burtę, kołysząc się w przód i w tył, śliniąc oraz patrząc w dal. Inny całkowicie osiwiał, oczy zaszły mu bielmem, a skóra stała się jaśniejsza i złuszczona.

Na szczęście mgła się rozwiała, załoga zostawiła nieprzyjazne wody za sobą. Jednak Pyteasz nakazał postój dopiero kilka godzin później, kiedy złowroga wyspa zniknęła za horyzontem. Serce unormowało swe bicie, a dłonie przestały się trząść.

 

***

 

Zrobiło się o wiele chłodniej, wiał nieprzyjemny, mroźny wiatr. Morze stało się bardziej niespokojne, a jego barwa ciemniejsza. Marynarze połatali żagiel, choć wyglądał teraz jak wielokolorowy perski dywan, jaki Pyteasz widział kiedyś na targowisku w Atenach.

Morale marynarzy, nadszarpnięte wcześniejszymi wydarzeniami, spadło jeszcze bardziej. Tryskający wcześniej energią i entuzjazmem mężczyźni w ciągu kilku ostatnich dni zmienili się w grupę mrukliwych, wystraszonych ludzi. Pyteasz, nie zastanawiając się długo, wydał marynarzom podarowane przez plemię Gantoryksa i Blytha futra, a także nakazał otwarcie kilkunastu amfor wina. Na specjalnie do tego przystosowanym miejscu rozpalono ognisko, aby rozgrzać ciała i poprawić humory.

Im dalej na północ płynęli, tym było zimniej. Do tego dni były coraz dłuższe, a nocami na nieboskłonie pojawiały się przedziwne, zielone rozbłyski. Orgewist, dotychczas wyglądający na nieustraszonego, siedział skulony pod podkładem, opowiadając, że wkraczają w domenę wielkich, przedwiecznych bogów, którzy dają w ten sposób znaki, aby nie zbliżać się do ich krainy. Nazywał to miejsce Ultima Cthule, a opowieści o niej, choć znane od wielu pokoleń, przekazywane były tylko po zmroku i w ten sposób, aby nie dotarły do postronnych uszu.

Pyteasz początkowo bagatelizował lęki Orgewista. Jednak wraz z każdą kolejną przebytą milą przekonywał się, że kraina, do której trafili, nie jest przyjazna ludziom. A wręcz robi wszystko, aby nie wpuścić okrętu na swe tereny.

 

***

 

Najpierw na morzu pojawiły się niewielkie, obijające się o burty kawałki kry. Następnie coraz większe lodowe odłamki, a potem olbrzymie czapy, przewyższające wielkością dierę. Załoga musiała uważać, aby je omijać i nie rozbić się na ich ostrych brzegach. Pyteasz czuwał przy sterze, w skupieniu sterując Artemisem. Okręt płynął bardzo wolno, meandrując wśród lodowych kawałów, a na horyzoncie pomimo słabej widoczności można było dostrzec zarysy lądu.

– To Ultima Cthule – rzekł spanikowany Orgewist, szczękając zębami, nie wiadomo czy ze strachu, czy z powodu panującego zimna.

Czyżby udało się dotrzeć na kraniec świata, pomyślał Pyteasz i zawołał, aby wioślarze zdwoili wysiłki. Chłonął ten moment, czując rozpierającą go dumę, że będzie pierwszym z greckich żeglarzy, który dotarł do tego miejsca. Jednak manewrowanie wśród kry okazało się czasochłonne, a temperatura spadała coraz bardziej. Słońce zasłaniały gęste, obłoki, więc mimo że ciemność zapadała tylko na kilka godzin marynarzom doskwierał ciągły chłód.

W końcu okazało się, że dalszy rejs jest niemożliwy. Dierze groziło utknięcie wśród lodów lub rozbicie się, o którąś z coraz większych czap. Nieznany ląd zdawał się być na wyciągnięcie ręki, a zarazem bardzo daleko. Pyteasz nie poddawał się jednak. Zebrał grupę kilku najbardziej wytrzymałych marynarzy i przesiedli się na łódkę, która łatwiej mogła przedostać się przez nieprzyjazne wody.

Zabrali ze sobą niewielkie zapasy, a także grube skóry, pochodnie i broń. Nie wiedzieli, jakie niebezpieczeństwa mogą na nich czekać.

 

***

 

Udało im się dotrzeć do lądu, choć wszystko wokół było skute lodem. Dokoła piętrzyły się wysokie szczyty o poszarpanych graniach, które powodowały, że czuli się niezwykle mali. Jakby trafili do świata gigantów. Odnaleźli przejście między górami i ruszyli przed siebie. Poruszali się z trudem. Grzęźli w śniegu, ślizgali się na lodowych czapach, dotkliwy chłód wdzierał się pod ubrania, odbierając siły witalne. Mimo to parli na przód, wiedząc, że są już bardzo blisko celu. Dotarcia tam, gdzie jeszcze nigdy nie dotarł żaden człowiek. Wędrówka trwała dość długo, Pyteasz z kompanami stracił poczucie czasu. Po prostu brnęli przed siebie, krok za krokiem, ignorując wszechogarniające zimno oraz ból nóg i mięśni.

W końcu dotarli do olbrzymiej kotliny, a to, co tam ujrzeli, mieli zapamiętać do końca życia. W niecce wznosiło się miasto, choć raczej nie mogło być zamieszkane przez ludzi. Wysokie iglice sięgały okalających okolice wierzchołków. Dokoła nich fruwały kształty o nietoperzowych skrzydłach. Zamiast budynków wznosiły się wielokątne kopuły wśród których można było rozpoznać przedziwnie wyglądające postaci. Sylwetki wyglądały jak skrzyżowanie ryby z człowiekiem. Ciała ryboludzi były szarozielone, pokryte łuskami, a głowy przypominały rybie pyski z wielkimi, wyłupiastymi oczami.

Centralny punkt miasta stanowiła wyżłobiona w lodowej skale brama. Pokryta była licznymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi nieznane zwierzęta i stwory o fantazyjnych kształtach.

Pyteasz wraz z towarzyszami stali oniemiali wobec ogromu miasta oraz obecności jego mieszkańców. Nie wiedzieli, czy są jeszcze w ludzkim świecie, czy trafili do krainy nieznanych bogów. Mężczyźni byli przerażeni, drżeli ze strachu potęgowanego bijącym zewsząd chłodem.

Nagle w mieście coś zaczęło się dziać. Ryboludzie zebrali się w grupy i rozpoczęli marsz w kierunku lodowej bramy, która zdawała się powoli otwierać.

 

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn

 

W głowach marynarzy rozległy się przedziwne dźwięki, nie układające się w słowa w żadnym znanym im języku. Zdawały się wdzierać bezpośrednio w umysł, wywołując dreszcze i nieprzyjemne mrowienie na całym ciele.

 

Cthulhu fhtagn

 

Pyteasz miał pewność, że to ryboludzie wznoszą modły do swego bóstwa. Istoty wychodziły z wielu miejsc miasta, zbierając się przed otwierającą się coraz szerzej bramą.

 

Cthulhu fhtagn

 

Jeden z marynarzy zaczął powtarzać rozbrzmiewające w głowie słowa i ruszył w dół kotliny. W stronę obcego miasta. Kompani starali się go powstrzymać, jednak widząc błędny wzrok oraz dłoń zaciskającą się na rękojeści sztyletu, odsunęli się przestraszeni.

 

Cthulhu fhtagn

 

Z bramy wyłoniła się pełna zielonych wypustek macka wielkości diery, którą tu przypłynęli. Pyteasz postanowił nie czekać, na to co wypełznie z czeluści i wydał rozkaz powrotu na okręt. Marynarzom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Rzucili się do ucieczki, nie oglądając się za siebie.

 

Cthulhu fhtagn

 

Pojawiło się jeszcze więcej macek, dźwięki w głowie były coraz głośniejsze. Pyteasz po raz ostatni spojrzał na obce miasto i nieznane stworzenie wyłaniające się z bramy. Ujrzał wpatrujące się w niego oczy. Kilkanaście par oczu. Przyzywały go do siebie, obiecując poznanie tajemnic, o jakich mu się nawet nie śniło. Mamiąc podróżami do krain, położonych poza granicami ludzkiej percepcji. Obiecując moc, władzę i sławę, o jakiej mógł tylko marzyć. Pyteasz odrzucił od siebie te myśli i biegiem popędził za swymi towarzyszami. Zanim dotarli do okrętu w głowie ciągle dudniły mu słowa w obcym języku:

 

Cthulhu fhtagn

 

***

 

Marynarze wiosłowali co sił. Pyteasz siedział przy sterze, meandrując między lodowymi odłamkami. Kawałki kry co chwilę odbijały się od burty okrętu, a każde uderzenie mogło zwiastować powstanie wyrwy, grożącej zatopieniem okrętu. Po podkładzie diery niosły się zagrzewające do wiosłowania okrzyki oraz modlitwy wznoszone do Posejdona, boga mórz, a także innych bóstw z greckiego panteonu.

Okręt parł na przód, z każdym ruchem wiosła oddalając się od złowrogiej krainy. Jedynym, który nie pomagał w ucieczce, był Orgewist. Mężczyzna siedział na burcie i patrzył w stronę tajemniczego lądu, jego oczy lśniły jak u szaleńca, a usta były otwarte w niemym podziwie. Pyteasz również zerknął za plecy, a dłonie trzymające ster na chwilę zesztywniały ze strachu.

Po niebie przechodziły rozbłyski, jakie obserwowali już wcześniej. Tym razem nie były jednak zielone, lecz czerwono-żółte. Dawało to wrażenie jakby niebo płonęło. W bijącym od zjawiska świetle dało się dostrzec olbrzymią postać. Stwór unosił się nad lądem, stojąc na olbrzymich mackopodobnych odnóżach sięgających ponad górskie szczyty. Tułów i łeb stworzenia skryty był poza zasięgiem ludzkiego wzroku. Nie sposób było ocenić jego wielkości. 

Nagle Orgewist wstał i bez słowa rzucił się do lodowatej wody. Zniknął wśród odłamków kry, w granatowych odmętach odległego morza. Stwór wydał z siebie mrożący krew w żyłach ryk. Aż po morskiej tafli przeszła spora fala. Słysząc ten dźwięk wiosłujący marynarze zdwoili wysiłki i choć wydawało się to nierealne, diera zaczęła płynąć jeszcze szybciej.

Uciekali, byle dalej od tego miejsca. Byle dalej od Ultima Cthule.

 

***

 

Nawet teraz, wiele lat później, na wspomnienie tamtych wydarzeń Pyteaszem wstrząsały dreszcze. Dopiero sobie uświadomił, że zrobiło się już ciemno. Przesiedział na dierze prawie cały dzień. Poczuł, że od długiego bezruchu zdrętwiały mu nogi, bolał go także kręgosłup oraz kark. Pyteasz pogrążył się we wspomnieniach, a stare ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa.

Kiedy opuścili niegościnne północne wody, pobłądzili. Wyczerpani ucieczką trafili na wyspę, której mieszkańcy okazali się przyjaźni i udzielili im gościny. Wyspa ta, a raczej jej plaże były bogate w bursztyn. Marynarze byli świadkami jak tubylcy wydobywają go łopatami z przymorskich piasków. Pyteasz wraz z załogą odpoczął tam kilka dni, a następnie wymienili resztkę oliwy i wina na worki bursztynu. W greckich polis mogli za nie dostać krocie, a tutejsi mieszkańcy pozbywali się go za bezcen.

Powrotna droga do Massali zajęła im przeszło dwa miesiące. W końcu po wielu tygodniach trudu i znoju powrócili do rodzinnego miasta. Początkowo traktowani byli jak bohaterowie, marynarze opowiadali o swoich przygodach, lądach, które widzieli i krainach, jakie odwiedzili. Pyteasz spisał swoje doświadczenia w dziele, które nazwał O oceanie. Po tym, jak ujawnił swoje doświadczenia z pływami morskimi, które widzieli na wybrzeżu Armoryki, a także opisał zdarzenia na Ultima Cthule, spadła na niego fala krytyki ze strony greckich mędrców, uczonych i filozofów. Pyteasz z nieustraszonego podróżnika stał się wyrzutkiem, traktowanym jak szaleniec, który koloryzuje swoją opowieść dla zdobycia sławy i poklasku. Stawał się coraz bardziej odizolowany, aż w końcu wyjechał z Massali i zamieszkał w pobliskich górach. Prowadząc pustelnicze życie i rozmyślając o tym, czy to co widział i przeżył podczas wyprawy, było prawdą czy jedynie wytworem jego wyobraźni.

Ciągle tęsknił jednak do morskiego bezmiaru, szumu fal, żeglowania, a także do swego okrętu. Diery, którą zaraz po wyprawie porzucił w massalskim porcie. Okrętu, który nie zawiódł go podczas wyprawy mimo przeciwności losu i licznych niebezpieczeństw.

Pyteasz wstał, syknął z bólu, łapiąc się za kolano. Zakręciło mu się w głowie. Czuł się słaby i schorowany, a rześkie morskie powietrze zamiast orzeźwiać jak za dawnych lat, odebrało mu resztkę sił. Muszę zrobić to, po co przyszedłem, pomyślał starzec, zbierając w sobie siły. Sięgnął po baryłkę ze smołą, którą przyniósł ze sobą i zaczął rozlewać ciemną substancję po okręcie. Następnie wyjął pochodnię, krzemień i jął rozniecać ogień.

Kiedy pochodnia zapłonęła po raz ostatni przeszedł się po dierze, starając się ignorować coraz bardziej dokuczliwy ból w kolanie. Pogładził burty okrętu, obszedł złamany maszt i przystanął przy sterze.

– Żegnaj, Artemis – powiedział, wziął głęboki oddech i rzucił pochodnię prosto w kałużę smoły. 

Koniec

Komentarze

Przeczytane.

Prekursorów często uznawano za szaleńców i to chyba nigdy się nie zmieni.

Przesłanie daje do myślenia. Wszystko przemija : młodość, siła, zdrowie, sława – to jest ulotne. Pozostają tylko wspomnienia, ale tego nikt człowiekowi nie zabierze. 

Styl bardzo podobny jak w ‘’ Piratach Północy ‘’ D. Domagalskiego.

Jedyny malutki minusik to fakt, że fantastyka wkradła się pod koniec opowiadania, ale to tylko moje skromne zdanie.

Opowiadanie przeczytałem z przyjemnością!

Pozdrawiam.

Miency, dzięki za odwiedziny, przeczytanie i dobre słowo. 

To prawda fantastyka pojawia się dopiero później, ale za to w dość sporej dawce :) A wspomnianych przez Ciebie Piratów północy, nie znam. Czyżby jakaś rzecz o wikingach?

Czasy wikingów przeminęły. Akcja dzieje się na Morzu Bałtyckim i Północnym. Hanza, wojska duńskie, szwedzkie, zakon krzyżacki i najemnicy ;) Jeśli lubisz ( a po Twoim opowiadaniu wnioskuję, że owszem ) takie klimaty, to polecam. 

 

Ogólnie lubię fantastykę historyczną, więc jak mi kiedyś wpadnie ten tytuł w łapy to sprawdzę :)

Znużyła mnie ta historia.

Szkoda, Belhaju, że pozostałeś przy dość suchych opisach wyprawy, bo w ogóle nie udało mi się poczuć, że w niej uczestniczę. Po lekturze pozostało tylko wrażenie, że wysłuchałam czyjegoś opowiadania, a gawędziarz, niestety, do wytrawnych nie należał.

Choć wiem, że potrzebna Ci była fantastyka, to pomysł spotkania Pyteasza z Cthulhu uważam za dość ryzykowny. No ale cóż, skoro tak ro sobie wymyśliłeś…

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Mo­dli­twy zo­sta­ły wy­słu­cha­ne. Na­stęp­ne­go dnia roz­pę­tał się sztorm. ―> Skoro tuż po modlitwach rozpętał się sztorm, to czy modlitwy na pewno zostały wysłuchane?

 

uszko­dzo­ny był rów­nież maszt, a ża­giel wy­ma­gał ła­ta­nia. Uzu­peł­nio­no rów­nież za­pa­sy… ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Uzu­peł­nio­no też za­pa­sy

 

pa­trząc na wy­ko­na­ne głów­nie z drze­wa i gliny bu­dyn­ki… ―> Raczej: …pa­trząc na budynki wy­ko­na­ne głów­nie z dre­wna i gliny

 

zwój fe­nic­kie­go, pur­pu­ro­we­go sukna, który wódź We­ne­tów… ―> Piszesz o suknie, a ono jest rodzaju nijakiego, więc: …zwój fe­nic­kie­go, pur­pu­ro­we­go sukna, które wódź We­ne­tów

 

Kilku ma­ry­na­rzy pró­bo­wa­ło spo­ży­wać rów­nież wino… ―> Raczej: Kilku ma­ry­na­rzy pró­bo­wa­ło  rów­nież pić wino

 

nie wi­dząc czy miesz­kań­cy Bry­ta­nii… ―> Chyba miało być: …nie wi­edząc czy miesz­kań­cy Bry­ta­nii

 

lub jak na­zy­wał kra­inę… ―> …lub jak na­zy­wał kra­inę

 

będą rów­nie przy­jaź­ni co miesz­kań­cy Gwe­ned. ―> …będą rów­nie przy­jaź­ni, jak miesz­kań­cy Gwe­ned.

 

Wy­glą­da­li groź­nie, jed­nak wy­glą­da­ło na to… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

wróż­ki ma­mią­ce męż­czyzn na głę­bo­kie bagna… ―> Chyba miało być: …wróż­ki wabią­ce męż­czyzn na głę­bo­kie bagna

Można mamić kogoś czymś, ale nie można mamić na coś.

 

w nor­mal­nych wa­run­kach udzie­lił by im schro­nie­nia… ―> …w nor­mal­nych wa­run­kach udzie­liłby im schro­nie­nia

 

przez pierw­sze dwa dni. Trze­cie­go dnia uj­rze­li… ―> Czy to konieczne powtórzenie?

 

Ma­ry­na­rze czuli nie­przy­jem­ny, rybi swąd. ―> Swąd, mam wrażenie, bardziej kojarzy się z wonią spalenizny.

Proponuję: Ma­ry­na­rze czuli nie­przy­jem­ny, rybi odór/ smród/ fetor.

 

Co jakiś czas w po­bli­żu diery sły­chać było prze­cią­głe wycie i skrze­cze­nie. Wy­wo­łu­ją­ce dresz­cze i na­ka­zu­ją­ce moc­niej za­ci­snąć dło­nie na po­chod­ni lub klin­dze mie­cza. ―> Czy dłonie na pewno zaciska się klindze miecza?

Proponuję: Co jakiś czas w po­bli­żu diery sły­chać było prze­cią­głe wycie i skrze­cze­nie, wy­wo­łu­ją­ce dresz­cze i na­ka­zu­ją­ce moc­niej za­ci­snąć dło­nie na po­chod­ni lub rękojeści mie­cza.

 

Na­zy­wał to miej­sce Ul­ti­ma Cthu­le, a opo­wie­ści o niej… ―> Piszesz o miejscu, więc: Na­zy­wał to miej­sce Ul­ti­ma Cthu­le, a opo­wie­ści o nim

 

nie jest przy­ja­zna lu­dziom. A wręcz robi wszyst­ko… ―> …nie jest przy­ja­zna lu­dziom, a wręcz robi wszyst­ko

 

Mimo to parli na przód… ―> Mimo to parli naprzód

 

dźwię­ki, nie ukła­da­ją­ce się w słowa… ―> …dźwię­ki, nieukła­da­ją­ce się w słowa

 

burty okrę­tu, a każde ude­rze­nie mogło zwia­sto­wać po­wsta­nie wyrwy, gro­żą­cej za­to­pie­niem okrę­tu. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Okręt parł na przód, z każ­dym ru­chem wio­sła od­da­la­jąc się… ―> Jednego wiosła?

Okręt parł naprzód, z każ­dym ru­chem wio­seł od­da­la­jąc się

 

Nagle Or­ge­wist wstał i bez słowa rzu­cił się do lo­do­wa­tej wody. Znik­nął wśród odłam­ków kry, w gra­na­to­wych od­mę­tach od­le­głe­go morza. ―> Skoro stało się to tu i teraz, to o jakim odległym morzu jest mowa?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za przeczytanie, reg. Szkoda, że nie podeszło. Owszem pomysł połączenia wyprawy Pyteasza z mitologią Cthulu był dość niekonwencjonalny, ale jakoś mi pasował. Opisywana przez Pyteasza Ultima Thule jakoś od razu skojarzyła mi się z Wielkim Przedwiecznym, więc pomysł sam ułożył się w głowie. Co do suchej narracji, to właśnie taką formę pisania sobie założyłem, to w sumie taka forma eksperymentalna bo zazwyczaj preferuję standardową narrację. Wskazane błędy postaram się zaraz ogarnąć.

Belhaju, gdybym wiedziała, że to eksperyment i że tak sobie to pisanie całkiem świadomie umyśliłeś, pewnie przyłożyłabym do tekstu inną miarkę, ale cóż… wrażenie, jakie było, takie pozostało, ale pocieszające jest to, że to na pewno nie jest Twoje ostatnie słowo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ostatnie na pewno nie, wręcz przeciwnie :)

I tak trzymaj! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Mnie opowiadanie przypomina w swej formie dziennik pokładowy, tym bardziej że Pyteasz to żeglarz. Czasem oszczędny w słowach, jakby kapitanowi brakowało czasu albo słów do opisania przygody, a czasem wręcz przeciwnie: jakby poczuł się oszołomiony i podekscytowany nowymi i niesamowitymi przeżyciami. Swoją drogą przy takim imieniu sądziłam, że to wymyślona postać. Dobrze że zaznaczyłeś to w przedmowie. W sumie spory plus za połączenie faktów z wymyślonym wątkiem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wicked, czekam na opinię po zakończeniu konkursu :)

Dzięki za przeczytanie, bemik :) Postacie autentyczne stanowią najlepszą inspirację. Fajnie, że się podobało i dzięki za klika :)

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, czekam na opinię po zakończeniu konkursu :)

Połączenie starożytności i Lovecrafta? OK, to jest jakiś pomysł.

Początek nieszczególnie mnie wciągnął, dopiero od Cthulu zaczęło się robić ciekawie.

Tak źle potraktowali Pyteasza? A łobuzy. Czy to nie starożytni Grecy zaludniali morza trytonami, opowiadali o cyklopach i pięknych czarodzejkach?

Pyteasz rozpiął płaszcz,

Czy w starożytności zapinano płaszcze? No, jakieś tam spinki podobne do agrafek mieli, ale do płaszczy?

Zabrane na pokład specjalnie na tą okazję kozy,

Tę okazję.

Babska logika rządzi!

Ode mnie kolejny kliczek. Opowiadanie ma swój urok, historia morza łącząca w sobie losy Pyteasza i bóstwa ze świata Lovecrat – intersujące. Tekst, przynajmniej w moim odczuciu, daje ado myślenia.

Powodzenia w konkursie :)

Finklo, dzięki za przeczytanie, opinię i klika :) To jak potraktowano Pyteasza to moja licentia poetica, choć wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. W starożytności jego poglądy musiały budzić kontrowersję. Ogólnie zachęcam do zapoznania się z jego historią (tą prawdziwą) bo nawet nie wiedziałem, że ktoś taki istniał, a wyprzedzał swe czasy o całe wieki.

Katia, również dzięki za komentarz i klika :)

Fajnie, że się podobało i skłoniło do myślenia. O to przecież głównie w pisaniu chodzi :)

Mam mieszane uczucia. Może dlatego, że wciagneło, że byłem ciekaw cóż tam wymyślisz u celu wyprawy. A tam Cthulhu, trochę meh… Ale, jest ciekawie, wciągająco i z klimatem. Temu ostatniemu przydałby się jeszcze jakiś zabieg stylizacyjny. W mojej opinii mogłaby to być narracja pierwszoosobowa. Pyteasz albo jakiś jego dzielny zalogant mógłby to opowiedzieć jako świadek wydarzeń. Tak sobie gdybam, jako kompletny amator. Podsumowując: przyjemna lektura z lekkim zawodem pod koniec (Cthulhu). Tak, widziałem komentarz Finkli wyzej:P

Łosiot, dzięki za przeczytanie i komentarz. Cóż, szkoda, że Cthulhu w finale ci nie podszedł. Wiem, że rozwiązanie to jest dość nieoczekiwane. Starożytna grecka wyprawa i Wielki Przedwieczny :) Ale po cóż innego jest fantastyka żeby przedstawiać właśnie takie niekonwencjonalne połączenia. 

Belhaju nie przejmowałbym się, bo to tylko i wyłącznie kwestia gustu, moje "lubię – nie lubię". Popelniłeś kawał dobrego tekściwa I jakieśtam Łosioty niech się gonią!

Wiadomo, że każda opinia jest subiektywna i indywidualna, po prostu starałem się wytłumaczyć jaki był punkt wyjścia całego pomysłu. Czyli połączeni dwóch zupełnie odmiennych konwencji :)

No tak… Mieć ambiwalentne uczucia to nie jest fajne…

Morze i statki? Lubię!

Starożytność? Lubię!

Lovecrafta? Lubię!

Ale… Zacznę od plusów: Ultima Cthule – świetny pomysł. Uśmiech na całą japkę. Jak i wplątanie Cthulhu między Greków. Sporo smaczków – research porządny (generalnie, ale o tym potem). Sama historia – tu już gorzej. Jakaś taka beznamiętna.

No i nieubłaganie przechodzę do czepialstwa. A że tak wymienioną wyżej trójcę lubię, to i czepialstwo mi się włączyło chyba ponadnormatywne. Sorry Belhaju!

No to – z Abdulem Alhazredem w drogę:

– “na jednej z pozostawionym na okręcie skrzyń” – pozostawionych; 

– “wydostał się z basenu Morza Śródziemnego na otwarte wody oceanu” – Grecy raczej używali nazwy “Nasze Morze” (bądź pokrewnych); Śródziemne to już późne nazewnictwo; i prawie na pewno nie znali pojęcia “ocean” – dla nich to było inne morze po prostu;

– “Szybka ucieczka pozwoliła uniknąć walki” – wolna może też by pozwoliła ;)?;

– “Tam meandrowali, często zmieniając kurs” – statki nie meandrują, a lawirują;

– “Światła portu w Tingis odbijały się od morskiej tafli” – ale sztorm był? to jak się coś może odbijać we wzburzonych falach? abstrahując od tego, że to nie dzisiejsze czasy – parę kaganków to nie światła portu;

– “Na pokładzie Artemisa” – ale Artemis jest rodzaju żeńskiego?;

– “ustawionych w okręgu skalnych bloków” – a nie “w okrąg”? bo to brzmi jak “w kole”;

– “dalej na północny-zachód” – bez kreski;

– “Załoga była cała w nerwach” – nieładny kolokwializm;

– “Dyszy na karki” – a nie w karki?;

– “mocniej zacisnąć dłonie na pochodni lub klindze miecza” – prawdziwi masochiści ;); wszak klinga to ostrze – rany sobie zadawali?;

– “choć jeden z członków załogi przysięgał, że widział olbrzymią łapę, która chwyciła stojącego obok kompana” – no ten gość mnie rozwalił; widzi, że coś złego dzieje się z jego współtowarzyszem, ale zamiast krzyknąć, wydrzeć się: “Antek, jesteś tu?” czeka do rana, bo a nuż mu się przywidziało;

– “nakazał otwarcie kilkunastu amfor wina” – płyną już dość długo, coś tam handlowali, a tu kilkanaście amfor zostało?? kontenerowcem płynęli?;

– “każdą kolejną przebytą milą” – mila? a to skąd? Grecy zdaje się używali “stadionów”?;

– “wiedząc, że są już bardzo blisko celu” – a skąd wiedzieli, że w ogóle do jakiegoś celu zmierzają? wszak to była wyprawa badawcza, nie?;

– “oraz ból nóg i mięśni” – bo w nogach mięśni brak :P;

– “na to co wypełznie z czeluści” – skąd się ta czeluść tam pojawiła, jak gość się przez bramę przeciskał?

Czy Massala to Marsylia? Tak mi się zdaje. Bo ja znam tylko pisownię Massalia, ale może są różne wersje?

Starożytni niemal nigdy nie pływali nocą. Raz, że g… widać i można sobie kuku zrobić na jakichś skałach, dwa – wszelkie pochodnie siejące iskrami były morderstwem dla niesłychanie łatwopalnych pojazdów.

 

Czyli – świetny pomysł, ale potykałem się na szczególikach niestety…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za przeczytanie, Staruch. No, faktycznie niedociągnięć jest sporo, dzięki za ich wskazanie. To jest minus w pisaniu o starożytności, że zawsze przerabiamy je na modłę teraźniejszości ;) Jeśli chodzi o pływanie nocą, to przyznam szczerze, że musiałem wymyślić jakiś sposób na obejście kartaginskiej blokady Cieśniny Gibraltarskiej. Gdzieś znalazłem info, że aby ją ominąć Pyteasz musiał płynąć nocą (inna to taka, że ominął blokadę płynąc rzekami i wypływając w Zatoce Baskijskiej). Po prostu bardziej pasowało mi to fabularnie.

Tekst z pomysłem. Miks Cthulhu i starożytnych greków to ciekawa inspiracja. Szkoda jednak, że pojawia się to dopiero pod koniec, gdy już trochę powolny styl zaczął nużyć – jednak po ujawnieniu przez Ciebie tej karty, wszystko stało się jasne. Podoba mi się też mocne osadzenie w świecie, sowite wymienianie plemion i kolejnych etapów podróży.

Tak więc koncert fajerwerków na plus, choć definitywnie nie dla każdego.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhere dzięki za przeczytanie i klika :) Nie chciałem zdradzać głównego motywu od razu, no i przyznam, że postawiłem na leniwie rozwijającą się narrację, bardziej w formie opowieści niż pełnoprawnej fabuły. Wiem, że niektórych może to znużyć, ale nie chciałem też na każdym kroku stawiać przed Pyteaszem i jego załogą fantastycznych przeciwności losu. Wręcz przeciwnie fantastyka miała wkraść się dopiero pod koniec opowieści.

Podobał mi się miks starożytnych Greków z podrabianą mitologią. Nie przeszkadzało mi, że fantastyka pojawiła się dopiero pod koniec. Jednak, o ile lubię gawędziarskie opowieści, to Twoja wydawała mi się nieco monotonna. I właściwie nie wiem dlaczego, bo podróż może nie obfitowała w fantastyczne przeciwności losu, ale coś się w jej trakcie jednak działo. Może po prostu zabrakło mi emocji. W Twoim opku bardziej liczą się miejsca, które załoga odwiedziła w trakcie rejscu, niż uczucia.

Irka, dzięki za opinię :)

Masz sporo racji, emocje występują tylko w pierwszym i ostatnim fragmencie opowiadania, gdy opowiadam samą historię Pyteasza. Rejs przedstawiłem bardziej w formie opowieści. Taki miałem zamysł, choć na pewno tekst zyskałby na większej dawce emocjonalnej.

Z jednej strony tekst czyta się dość ciężko, z drugiej jednak ma swoje plusy:

– Sięgnąłeś po starożytność, ale choć wykorzystałeś greckie postacie i grecką kulturę, to akcja nie dzieje się bezpośrednio w Grecji lub Rzymie. Samo to na plus.

– Udało Ci się wymieszać powyższe z czymś więcej. Tzn. jasne, o Ultima Thule pisali Grecy, ale miejsce to wystepowało w mitach ludów Skandynawskich oraz ugrofińskich.

– Mimo nieprzyjaznego stylu udało Ci się stworzyć pewien klimat. Czytając tekst miałem trochę w głowie – i to już na początku, zanim zaczęły się wątki tajemnicy – kolorystykę jak z “Ulissesa 31” (film animowany, niby puszczany jako kreskówka, ale paleta barw dość mroczna).

– Tak, czuć starożytnosć.

 

Plusem jest także to, że motyw podróży jest tu bardzo wyraźny. Co prawda opowiadanie samo w sobie nie rzuciło mnie na kolana, ale jednak zauwazyłem, że w części konkursowych tekstów pojazd-lub-podróż  jest tłem, a nie centrum. Tu środek lokomocji może i nie jest bardzo kluczowy, ale podróż już owszem.

 

Z potknięć: “Wyglądali groźnie, jednak wyglądało na to”.

Rzuciło się tez w oczy, że zaraz po zdaniu o olbrzymach pada stwierdzenie o wyolbrzymianiu.

 

Często budujesz też dość długie akapity, co nie ułatwia czytania.

 

Ponarzekałbym tez na nadmierną opisowość, ale to chyba dość indywidualny odbiór – bo inni narzekają na nadmierne skracanie opisów :-)

 

Na początku zastanawiałem się czy Ultima Cthule jest celowo przekręconą nazwą, ale potem w opowiadaniu pojawiła się odpowiedź.

 

Cóż, jak wspomniałem, było opornie, ale przyznam, że pomysł dość trudny w realizacji. Gdyby rozpisać go w zbyt lekkim stylu, utraciłby to pozostające w tle wrażenie czegoś z czasów starożytnej Grecji. Niby nie porwało, a jednak widać, że z prostego pomysłu uzyskałeś nastrój.

 

Edit: nie wiem czy to celowe, ale połączenie “lądowego” Ultima Thule z osadą z późniejsza bursztynami wydaje się pasowac do tego, z jakimi miejscami w późniejszych czasach kojarzono to miejsce.

Dzięki za przeczytanie i komentarz wilku :)

Właśnie taki miałem zamysł, żeby podróż uczynić centralnym punktem opowieści. Co do Ultima Thule to właśnie Pyteasz opisał je jako pierwszy i tak naprawdę do teraz nie wiadomo dokąd dotarł (osobiście stawiam na Islandię). Zresztą według badaczy dopłynął nawet do Morza Bałtyckiego – stąd wspomniany bursztyn, który występował często na tych terenach. Jednak w tekście tylko o tym wspomniałem, chciałem żeby kulminacją opowiadania były wydarzenia na Ultima Cthule :)

Przyznam rację, że pomysł był dość trudny w realizacji, gdybym chciał to zrobić w bardziej fabularyzowanej formie raczej nie zmieściłbym się w konkursowym limicie znaków :) Co do nadmiernej opisowości, to w takiej formie było to jedyne wyjście. Budowanie historii poprzez opisywanie kolejnych wydarzeń, oczywiści zdaje sobie sprawę, że można by je bardziej podrasować i wygładzić.

Sympatyczne :)

Dzięki za przeczytanie, Anet :)

Od samego początku, nie czytało mi się płynnie, chociaż akcję rozwijałeś ciekawie. Po pierwszych zdaniach miałem nadzieję na fajerwerki, akcję, bitwy, abordaże, pojedynki – a niestety dostałem wlokące się sprawozdanie księgowego.

 

Nadużywasz strony biernej, czyżby złe nawyki z pisania publikacji naukowych?

Modlitwy zostały wysłuchane

Ciało złożono

dni spędzono

ukończono naprawy

 

Przykro mi, ale muszę tu wyraźnie wyartykułować moje odczucie – ten tekst jest po prostu nudny, nic się nie dzieje a i głębi przemyśleń dostrzec nie potrafię.

 

I znowu strona bierna:

Powitano ich

zaproszono na ucztę

Okazało się,

rychło okazało się,

a także handlowano

Do tego kwitło

To przykłady tylko z jednego akapitu – nie pozwala to niestety cieszyć się tym tekstem.

 

Diera opuściła Armorykę gościnne plemię Wenetów Pyteasz skierował się na północ.

(diera opuściła – diera skierowała się, albo Pyteasz skierował dierę)

Tutaj sprawdziłem ile jeszcze tekstu pozostało – dużo, skończę go jutro.

 

I jeszcze takie łapanki:

odkrywał nienazwane lądy, dotarł 

jakaś niekonsekwencja, albo odkrył-dotarł,  albo odkrywał-docierał.

Nie mógł wiedzieć, jak bardzo się mylił. – trochę to sztampowe.

by jakikolwiek okręt wydostał się z basenu Morza Śródziemnego na otwarte wody oceanu – 

te nazwy odrobinę zalatują współczesnością – a to przecież czasy Kartaginy.

Fizyku, jak pisałem już wcześniej leniwa narracja była celowa. Mam nadzieję, że tekst nie odrzucił cię na tyle, że nie zdołasz go dokończyć. W późniejszych fragmentach dzieje się o wiele więcej i mama nadzieję, że bardziej przypadną do gustu :)

Tekst mnie nie odrzucił belhaju, po prostu brakło mi wczoraj czasu. Czytam więc dalej. Tak jak obiecałeś, akcja z każdym akapitem zdaje się przyspieszać, czyta się więc lepiej, chociaż ciągle przeszkadza nadmierne używanie strony biernej.

Tekst niewątpliwie ma walory poznawcze, bardzo dobrze że w przedmowie zaznaczyłeś, że Pyteasz jest postacią autentyczną. Fajnie prowadzisz przez starożytny świat, aż do starożytnej baśni. Język i forma tego opowiadania niestety nie trafia w moją estetykę. Jest też trochę mowy potocznej, która mi się nie podoba i trochę potknięć – przykłady poniżej:

Kilku marynarzy próbowało spożywać również wino

Załoga była cała w nerwach.

Dyszy na karki,

Rozstawiono straże, nie widząc

miało być chyba „nie wiedząc”

 

Wyglądali groźnie, jednak wyglądało na to 

 powtórzenia

 

wróżki mamiące mężczyzn na głębokie bagna

mamić, znaczy chyba co innego niż miałeś na myśli.

 

Powiem szczerze, że bardzo chciałem doklikać bibliotekę, ale niestety pomimo ciekawego pomysłu, realizacja nie przypadła mi do gustu.

 

Cóż, potrafię zrozumieć czemu tekst nie przypadł do gustu, choć cieszę się, że dostrzegasz również pozytywne strony. 

Ninedin, czekam na jurorski komentarz po zakończeniu ko konkursu :)

Fabuła: Zasadnicza część historii jest przedstawiona w formie wspomnień, które spina ładna klamra kompozycyjna. Swoiste "coup de grace" zadane ulubionemu statkowi przez głównego bohatera było takim emocjonalnym, mocnym podsumowaniem tekstu. Mam jednak wrażenie, że właśnie zasadnicza część utworu – mimo że tematycznie jest marynistyczna – jest dosyć "sucha", skompresowana. W pewnym stopniu wpisuje się to w narracje stylizowaną na kronikę, jednak według mnie chyba lepiej byłoby skupić się na jednej lub dwóch przygodach, a włożyć w nie więcej detali, więcej relacji pomiędzy postaciami, więcej napięcia. W obecnym kształcie jest to trochę nazbyt pospieszne, informacje o odwiedzanych krainach są trochę jakby wyjęte z podręcznika, bohaterowie szybko przeskakują od problemu do problemu, co sprawia, że odczucie wagi tych problemów nieco spada.

Oryginalność: Historia opiera się w dużym stopniu na rzeczywistej postaci, a gdy wreszcie pojawia się zasadniczy wątek fantastyczny… Cóż, trzeba przyznać, że jest dość zaskakujący, ciekawe skojarzenie słów. Rzucenie starożytnych Greków na spotkanie z lovecraftowskim Wielkim Przedwiecznym jest intrygującym pomysłem, ale mam wrażenie, że można by nadać mu nieco bardziej zindywidualizowanego sznytu – tu było dość standardowo: kultyści, rybio-zielona sceneria, macki, ktoś oszalał, komuś cudem udało się przeżyć. Szkoda, że nie zostało przedstawione szerzej, w jaki sposób to zdarzenie wpłynęło na Pyteasza – poza tym, że stał się wyrzutkiem i miał trochę przyprawiających o dreszcze wspomnień.

Styl: Jeżeli chodzi o sposób przekazywania informacji, to można przyrównać go do lodu – przejrzysty, chłodny, można po nim sunąć z dużą szybkością. Syntetycznie całość wypada w porządku, jednak analitycznie, przy zatrzymywaniu się przy niektórych zdaniach, wypada to trochę gorzej. Chociażby: "Wyglądali groźnie, jednak wyglądało na to, że nie mają złych zamiarów, a jedynie chcieli sprawdzić, kim są nieznani przybysze, którzy zawitali do ich krainy." – dość niezgrabne powtórzenie, plus całość jest złożona jak samochód po crash-teście. "Serce unormowało swe bicie, a dłonie przestały się trząść." – to "unormowanie" nie bardzo pasuje do przyjętej stylistyki.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Cześć, Belhaju:)

Ciekawa podróż, w dodatku w tamtych czasach. Zdecydowanie najsilniejszą stroną tekstu jest szczegółowy opis podróży, miejsca-przystanki wyprawy. Wiele można się z nich dowiedzieć, a ja to bardzo lubię. Oglądać kolejne porty, ich mieszkańców, a wierzę Ci na słowo, że tak było, czułam risercz i znajomość przez autora tamtych czasów, a dodatkowo wszystko, co jest związane z polis bardzo mnie przyciąga. Pyteasz jest obywatelem jednego z takich państw-miast.

Minusem dla mnie jest kronikarski styl opowieści. Nie stałby się takim dla mnie, gdyby nie prolog. Pyteasz wspomina, a pamięć jest bardziej żywa, nie tak sucha. Ten kontrast mnie zdziwił i chyba wolałabym, aby znalazł strzępy dziennika, bądź skąpe zapiski z wyprawy, ale i wtedy one przywołałyby żywe, mocne wspomnienia. Kiedy czasami zwracasz się może do czytelnika, może do niewidzialnego świadka, towarzysza (np. tutaj „Trudno opisać, co działo się tej feralnej nocy”), aż prosiłoby się o czyjąś jeszcze obecność, adresata.

 

Hmm, diera to galera z podwójnymi rzędami wioseł. No i miała już żagiel, choć zdawało mi się, że stało się to sporo później. Jednak nie, bardzo ciekawe! Odważny ten Pyteasz:)

 

Kilka zdań do rozważenia:

,Usiadł ciężko na jednej z pozostawionym na okręcie skrzyń

,podróżnikami przybywającymi dalekiej z Massali.

,w normalnych warunkach udzielił by im schronienia

Chyba razem

,Kiedy zapadł zmrok, sytuacja tylko się pogorszyła. Zapalono pochodnie, jednak dawały one jedynie nikłe światło. Diera płynęła więc po omacku, a Pyteasz miał tylko nadzieję, że nie trafią na mieliznę lub nie rozbiją się o skały.

Chyba oszczędniej używałabym „tylko, więc”.

 

Za pomysł, styl eksperymentalny i morze informacji z przyjemnością zwrócę się o klik:)

Pzd srd :),

a

PS. Trochę Odyseusz plątał mi się pod koniec w głowie :)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wicked, dzięki za wyczerpującą opinię. W sumie ten sam zarzut pojawia się i u Asylum, więc odniosę się od razu do kronikarskiego stylu. Jak pisałem już w jakimś wcześniejszym komentarzu, postanowiłem trochę poeksperymentować ze stylem. Teraz po opiniach czytelników wiem, że eksperyment się nie udał. Historia pokazałem w zbyt kronikarski sposób, narrację należało bardziej podrasować.

Asylum, również dzięki za przeczytanie, komentarz i klika :)

Przyznam, że nad riserczem musiałem trochę posiedzieć, tym bardziej, że zbyt wiele informacji o wyprawie Pyteasza się nie zachowało. A jego historia jest ciekawa dlatego warto ją zgłębić, tym bardziej, że w historii starożytnej jest dość zapomnianą postacią. Odyseusz jest bardziej znany, może dlatego chodził Ci po głowie :)

A co do okrętu, to gdzieś wyczytałem, że statek Pyteasza był o wiele lepiej wyposażony niż Santa Maria Krzysztofa Kolumba. Jednak biorąc pod uwagę rozwój technologiczny na przestrzeni wieków, trochę ciężko mi w to uwierzyć. Niemniej starożytne cywilizacje skrywają wiele tajemnic.

Wracam z jurorskim komentarzem

 

… i z przeprosinami, bo jestem fatalną jurorką dla tego akurat tekstu. W tym, co wykładam, mieści się m.in. historia geografii starożytnej. W tym – Pyteasz.

Z tym się wiąże jeden z moich głównych zarzutów do tego tekstu. To się czyta jak dziewiętnastowieczny opis podróży cywilizowanych białych dżentelmenów po bezdrożach dzikiej Afryki i wszystko mnie w tym opisie – zarówno ta “dziewistnastowieczność” perspektywy, jak i, w sumie, brak wykorzystania specyfiki czasów, w których to się dzieje – męczyło jako czytelniczkę, nie tylko mającą pecha być specjalistką od epoki. Przy czym nie chodzi o to, że research nie taki – raczej o to, że tekst byłby lepszy, gdyby egzotyczność, z naszego punktu widzenia, tamtych realiów była lepiej ograna.

Drugi zarzut dotyczy stylu, ale nie będę się powtarzać, bo inni już ci to powiedzieli. Docenię natomiast pomysł na Cthule, jest znakomity i godny pozazdroszczenia.  

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – nie za bardzo dostrzegam.

Mamy tu fantastyczną podróż konkretnym środkiem transportu, który już jednak nie wykazuje żadnych cech fantastycznych. Napisane ciekawie, północna kraina i jej mieszkańcy zaskakują. Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego połączenia. Podobało mi się, jak się zagęszczał klimat i narastała powoli groza. Co mniej mi podeszło, to sam sposób pokazania podróży. Akcja nie dzieje się bezpośrednio, ale jest opowiadana, włącznie ze streszczaniem dialogów. Mogę się jedynie domyślać, że sporą część winy ponosi limit, jednak chyba chętniej widziałabym tę opowieść napisaną ciut inaczej. Mniej jako taką suchą relację, a mocniej nacechowaną emocjami.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ninedin, dzięki za komentarza :) Za ten nieszczęsny styl już mi się oberwało. W sumie dla mnie to dobra wiadomość, że jesteś specjalistką od starożytności. Jeśli znalazłabyś czas i chęć mogłabyś podpowiedzieć jakieś ciekawostki dotyczące podróży Pyteasza lub ludów, które odwiedza. Ogólnie noszę się z zamiarem przeredagowania powyższego tekstu, bo myślę, że pomysł na to zasługuje. 

Śniąca, również dzięki za komentarz i przeczytanie :) Kolejny raz powtarza się zarzut o stylu opisania podróży. I przyznaję rację. To był eksperyment i nie udał się na całej linii.

Belhaju, moim zdaniem pomysł zasługuje!:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka