- Opowiadanie: Nikolzollern - Przypadki Fredegara... cd. 3

Przypadki Fredegara... cd. 3

Kolejny fragment powieści “Przypadki Fredegara von Stettena”. Wybitnie batalistyczny kawałek.

Poprzednie i następne fragmenty

Przypadki Fredegara von Stettena

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22986

Przypadki Fredegara… cd.1 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23039

Przypadki Fredegara… cd.2 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23125

Przypadki Fredegara… cd.3 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23255

Przypadki Fredegara… cd.4 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23344

Przypadki Fredegara… cd.5 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23356

Przypadki Fredegara… cd.6 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23386

Przypadki Fredegara…cd.7 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23418

Przypadki Fredegara… cd.8 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23436

Przypadki Fredegara… cd.9 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23481

Burzyć – nie budować https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23457

Przypadki Fredegara… cd.10 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23514

Przypadki Fredegara… cd.11 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23525

Przypadki Fredegara… cd.12 https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/23555

Oceny

Przypadki Fredegara... cd. 3

Kawaleryjski korpus don Carlosa wyruszył nazajutrz drugiego dnia po przybyciu Fredegara do obozu. Liczył pięć tysięcy sześćdziesiąt czterech jeźdźców, w tym trzystu elitarnych kopijników królewskiego ordonansu, stu sześćdziesięciu zaciężnych konnych kuszników, dwustu trzydziestu jinetów (na charakterystycznych łaciatych koniach), dwa tysiące dziewięćset osiemdziesięciu ośmiu rycerzy, pięciuset siedemdziesięciu giermków oraz ośmiuset szesnastu liniowych knechtów i sierżantów. Rycerzy z ich giermkami i knechtami podzielono na sześć chorągwi po sześć szwadronów każda. Logistykę zapewniało tysiąc pięćset ciurów opiekujących się ośmiuset wozami i sześcioma setkami zwierzętami jucznymi. Zgodnie z planem ta armia miała przekroczyć granicę Austrazji, skręcić na północ i po tygodniu marszu połączyć się z zaciągniętymi tam czterdziestoma tysiącami piechoty, następnie skręcić na zachód, przecinając w ten sposób szlaki zaopatrzenia wrogiej armii oblegającej Penuelę. Austrazja nie należała do przyjaciół Gilliomaru: za ten przemarsz i możliwość zaciągów należało zapłacić oddaniem trzech spornych wysp, o które poprzednie pokolenie toczyło zażarte boje. Wycofane z wysp garnizony miały również przyłączyć się do armii don Carlosa.

Według planu pierwszego dnia marszu armia don Carlosa miała przekroczyć austrazyjską granicę i rozbić obóz zaraz za górami. Przemarsz się jednak przeciągnął, gdyż rycerze trzeciej linii, potrafiący wprawdzie walczyć, nie opanowali w dostatecznym stopniu umiejętności poruszanie się w kolumnie marszowej. Kolumna trójkami ciągle się rozpadała, robiła się to cieńsza, to grubsza, rozciągała się i rwała się z powodu powstających zakrzepów. Don Carlos zgrzytał zębami i klął rycerstwo, nie potrafiące opanować pragnienia życia towarzyskiego gwoli dyscypliny wojskowej. Przed zmierzchem wojsko znajdowało się pięć kilometrów od wyznaczonego celu, co ogólnie rzecz biorąc, nie było złym wynikiem. Miejsce w którym się znaleźli, nadawało się na postój. Była to nieduża dolinka w pobliżu tak zwanej „bramy”, pary bardzo symetrycznych klifów za którymi, po prawej widniało porośnięte kępami drzew i krzaków zbocze ostatniej większej góry masywu. Za nią górska kraina przechodziła w pogórze leżące już w Austrazji. Don Carlos opryskliwym tonem kazał rozbijać obóz, choć w duchu uważał, że przebycie trzydziestu pięciu kilometrów ze zbieraniną nienawykłych do przemarszów jeźdźców jest całkiem niezłym wynikiem.

Fredegar uwolnił się od zakurzonej zbroi, którą jeszcze należało wyczyścić, dopilnował, by przydzielony knecht zadbał o konia, i poszedł nad potok się umyć. Mięśnie bolały jak diabły, choć nawet na beztlenowcu nie zaniedbywał codziennych ćwiczeń jeździeckich. „Niektórych nic nie bierze”, – pomyślał gdy zobaczył braci – Juana i Miguela Guzmanów w towarzystwie giermka, uzbrojonych w kusze i sztylety. Juana poznał rok temu na pasowaniu.

– Chce się wam polować? Ja to z kopyt lecę.

– Owszem, teraz jest sezon na górską kapibarę. Tłuściutkie chodzą. Najlepiej się poluje tuż po zmroku. – Juan zrobił zachęcający gest dłonią. – Jesteśmy tutejsi. Znamy miejsca, chodź z nami!

– Podziwiam waszą krzepę, chłopaki, ja pas.

– Nam swoja ziemia pomaga. – Mrugnął doń Miguel i myśliwi ruszyli w teren.

Wycieczka okazała się brzemienna w skutki. Myśliwi wrócili po przeszło trzech i pół godzinach, zdyszani i bez zdobyczy. Nikomu nic nie mówiąc, popędzili prosto do namiotu don Carlosa. Obóz właśnie układał się do snu przy akompaniamencie jęków i westchnień zmordowanych rycerzy. Kusznicy nieśli wartę.

– Ani chybi znaleźli coś ciekawego – powiedział Kralle do Fredegara – zobaczysz, panie, nie pośpimy dzisiaj.

– Niech cię szlag, Hansie, nie daj Boże, żebyś miał rację!

Niestety Kralle miał rację. Wkrótce don Carlos wezwał wszystkich dowódców chorągwi i szwadronów.

Kralle wlazł z powrotem do namiotu i położył się. Minę miał ponadprzeciętnie poważną.

– Ostatnie chwile spoczynku. Jak się naradzą, to się zacznie.

– Co się zacznie? Co tu takiego może być? – Zdziwił się Stetten – Na naszym terenie, przy neutralnej granicy?

– Pewnie zasadzka.

– Czyja?

– Przeciwnika oczywiście.

– Skąd tu Tirgalczycy?

– Nie muszą to być Tirgalczycy – odparł Hans – Jacyś najemnicy. Robimy przecież zaciągi w Austrazji?

– No…

– Oni też. Chcemy przejść przez neutralne księstwo i wyjść im na tyły? Co byś zrobił na ich miejscu?

– Zaciągnęli najemników i obsadzili przejście na naszym terenie! – Zrozumiał Fredegar. – I to niedawno, dzień lub dwa wcześniej, bo ich nie wykryto. Wiedzieli o naszym przemarszu, choćby z satelitów.

– Za chwilę przekonamy się, czy dobrześmy zgadli.

– Jaki zakładasz rozwój wypadków?

– Skoro zasadzka została wykryta, albo się wycofamy, albo zaatakujemy. – Założył Kralle.

– Czemu nie oni nas?

– Prawie na pewno są mniej liczni, poza tym to najprawdopodobniej piechota strzelecka, plus jacyś halabardnicy w charakterze osłony. Mieliby szanse tylko atakując znienacka. Chcą, byśmy się na nich nadziali, więc będą cicho siedzieć, aż przekonają się, że ich wykryliśmy.

– Zatem atak czy odwrót?

– To zależy, ale obstawiam raczej atak.

– Dlaczego?

– Jeśli zmuszą nas do odwrotu, to już będzie dla nich sukces: odsiecz dla Penueli pozostanie bez jazdy uderzeniowej, co zdecydowanie zmniejszy jej wartość bojową. – Ciągnął swój wywód Kralle. – Jeśli się wycofamy, pójdą za nami, plądrując wszystko na swojej drodze, więc trzeba będzie kogoś przeciwko nim wysłać, w ten sposób zwiążą kolejne oddziały.

– Wiec atak! Mam nadzieję, że nie frontalny!

– To byłaby masakra i do tego daremna. Naszym atutem jest znajomość terenu.

Bez najmniejszego zaskoczenia Fredegar i Kralle wysłuchali instruktażu Manfreda, który właśnie wrócił z narady i zaczął zbierać swoich podkomendnych w niedużych grupach, by przekazać im wieści i rozkazy. Nie urządzono apelu, by nie zaalarmować nieprzyjaciela, który z pewnością obserwował obóz.

– Zbocze góry widocznej za „bramą” jest obsadzone przez zaciężną piechotę w liczbie około dwóch tysięcy chłopa. Uzbrojenie – długie łuki i kusze, zapewne maja też żołnierzy z bronią drzewcową. Gdyby komuś nie zechciało się akurat polować, mielibyśmy przerąbane. Jesteśmy rycerzami i nie godzi się nam zawracać przed byle jurgieltnikami. Bracia Guzman, którzy wykryli zasadzkę, poprowadzą pięciuset naszych wojowników pieszo górską ścieżką w obejście ich czujek, które następnie trzeba będzie odciąć i zlikwidować. Ścieżka wyprowadzi oddział na pozycję nad wrogim obozowiskiem. Stamtąd ruszy atak. Trzonem oddziału szturmowego będzie chorągiew don Salazara, jako najbardziej zgrana. Przyłączą się do nas jeszcze młodzi i silni wojownicy z innych chorągwi. Atakując z góry będziemy mieli przewagę pozycyjną i zaskoczenie po swojej stronie. Skoncentrowani będziemy mieli również liczebną przewagę nad rozproszonym przeciwnikiem. Musimy przetoczyć się po nim jak walec. Nie bierzemy jeńców! Zabijać trzeba wszystkich, – ciurów, markietanki – bez wyjątku – żadnych stojących wrogów na naszych tyłach! Przeciwnik również nie będzie brał jeńców. Rozpoczęty atak nie można będzie przerwać, w górę zbocza nie da się uciekać. Bądźcie tego świadomi, panowie. Teraz uzbrojenie: osłon nóg nie zakładać, by nie spowalniały marszu, tylko nakolanniki. Ale na nogi uważać, w walce z przeciwnikiem stojącym niżej, są szczególnie narażone. Zatem półzbroje. Zalecam otwarte hełmy. Po dotarciu na pozycję formujemy trzy szeregi. Pierwszy – miecze bastardowe, topory, młoty rycerskie – długa broń. Drugi – krótsze miecze, buzdygany, nadziaki – trzy kroki za pierwszym. Wspiera pierwszy, dobija powalonych wrogów. Trzeci – broń miotająca – kusze i oszczepy, ostrzeliwuje zgrupowania przeciwnika nad głowami pierwszych dwóch. Dziesięć kroków za drugim. Gdy będziemy zajmowali pozycję wyjściową, reszta armii zwinie obóz i ruszy w stronę nieprzyjaciela, tak, by w momencie rozpoczęcia ataku nie wiedział, na którym kierunku ma się skoncentrować. Pierwszą linię poprowadzi don Alonso i ja, drugą don von Pfaffenberg, trzecią don Garcia de Maldonado. Spróbujcie przespać się te kilka godzin. Wymarsz o czwartej nad ranem. Pobudka o godzinę wcześniej.

Fredegar spojrzał na Krallego z podziwem. Gość miał talent.

– Pójdziesz z kusznikami? – spytał.

– Pójdę z tobą w pierwszej linii. Z pałaszem.

– Weź moją tarczę, przyda ci się. Ja będę potrzebował obu rąk do miecza.

– Dzięki.

Pozostałe do wymarszu kilka godzin Fredegar i Kralle przespali zadziwiająco spokojnie, choć można było się spodziewać, że trema przed pierwszą bitwą nie pozwoli im zmrużyć oczu. Byli jednak zbyt zmęczeni, by się tym podniecać. Gdy ich obudzono cztery godziny później nie byli oczywiście wypoczęci, ale zdecydowanie odświeżeni. Rycerze w milczeniu, pluskali sobie w twarz przyniesioną przez ciurów wodą, wciągali buty i zakładali zbroje, pomagając sobie nawzajem. Dowódcy formowali kolumnę. Przodem poszła czterdziestoosobowa grupa zawodowych żołnierzy z królewskich jinetów, która miała obejść i zneutralizować wrogie czujki na grzbiecie masywu „bramy”. Wyruszyła ze dwadzieścia minut przed resztą. Fredegar i Kralle znaleźli się w przedniej części kolumny, co zdaniem Hansa było o tyle dobrze, że jeśli dotrą na pozycję do ataku zgodnie z założeniami don Alonsa, będą mieli trochę czasu by odsapnąć póki druga i trzecia linie ustawią się za ich plecami. W tłumie rycerzy Fredegar rozpoznał don Cristobala z wielkim toporem na ramieniu. Malarz prezentował się tak majestatycznie, że Fredegar nieco się zagapił i zahaczył łokciem nałokietnik innego rycerza.

– Ach przepraszam – powiedział tamten, a mianowicie rycerz von Apfelbaum, bo któż by inny przepraszał potrącony w przedbitewnym zamieszaniu. Miał ten swój dziwny miecz i okrągłą grawerowana tarczę przewieszona przez plecy.

– Don Eliaszu, idzie pan z nami? To ciężki marsz…

– Ćwiczyłem bieg przełajowy i dwukrotnie biegłem maraton!

– Mara… co?

– Maraton. Opowiem panu, jeśli przeżyjemy.

– Niech Bóg pana chroni! – powiedział młody rycerz i przeżegnał się.

Rycerz Eliasz też się przeżegnał, ale jakoś niezręcznie, jak ktoś, kto nie jest pewny, czy dobrze to robi.

Wyruszyli o czwartej nad ranem. W pojedynkę drogę można byłoby przebyć w dwie godziny, ale było ich ponad pięciuset. Wąska ścieżyna zmuszała do posuwania się gęsiego. Chrzęst zbroi, chrzęst żwiru i sapanie. Żadnych rozmów, wyłączone komórki. Noc była niezbyt ciemna, zamiast księżyca przyświecał gazowy gigant, następny w tym systemie solarnym. Planeta właśnie go wyprzedzała po wewnętrznej ścieżce kosmicznego stadionu, skazana przez to na wściekłe sztormy i gwałtowne wiatry.

Po trzech godzinach marszu – wspinaczki wojsko don Alonsa dotarło do grzbietu. Tam czoło kolumny spotkali wysłani przodem zwiadowcy i poprowadzili dalej przez wywalczone przejścia. Na razie plan działał. Czujki nie zaalarmowały nieprzyjaciela, ale niebawem brak rutynowych meldunków zaniepokoi dowódcę. Niebo nad przeciwległym grzbietem zaczynało jaśnieć. Słonce oświeciło już równiny, ale nie wspięło się jeszcze ponad górami. Z leżącego w dolinie obozu Gilliomarczyków od jakiegoś czasu dolatywały sygnały trąbek i rogów. Tymczasem oddział don Salazara powoli „skrapiał się” w zaroślach w jakichś stu metrach nad obozem najemników. Stamtąd też dolatywały odgłosy – wróg reagował na poruszenie w obozie don Carlosa – nie słychać było jednak trąbek i bębnów, tylko niezbyt głośne gwizdki kaprali – przeciwnik dbał o dyskrecję. Rycerze pierwszej linii korzystali z ostatniej chwili wytchnienia Fredegar rozejrzał się po bokach, znajdował się mniej więcej w połowie linii, po prawej od don Alonsa i jego przybocznych. Po drugiej stronie dowódcy Fredegar dostrzegł „kolorowych” rycerzy oraz innych najemników–zastępców. Po lewej, za Krallim stał don Cristobal, a nieco dalej – wspaniały Manfred von Laimsdorf w eleganckiej gotyckiej zbroi. Jeszcze dalej, częściowo w zaroślach stali Tepijczycy uzbrojeni w te swoje hopesze. Z tyłu uformował się drugi szereg. Fredegar obejrzał się. Za nim stał von Pfaffenberg w żebrowanej zbroi i szturmaku, spod okapu którego marsowo błyskały okulary. Rycerz Johann pozdrowił go swoim ciężkim rapierem. Patrząc na niego Fredegar poczuł wzruszenie i dumę za rycerstwo w ogóle. „Kiedy przychodzi potrzeba, wszyscy stajemy z mieczem w ręku – profesorowie, studenci, malarze, muzycy, urzędnicy…” Obok Pfaffenberga stało kilka wasali, giermków i knechtów w tym nieszczęsny Willi w szyszaku i kolczudze, opinającej jego wydatne brzuszysko. Dzierżył potężną dwuręczną maczugę i starał się utrzymać na twarzy wyraz determinacji.

Gdy trzecia linia w połowie dotarła na pozycję, w krzakach nieco poniżej coś się poruszyło, błysnęła stal. Z zarośli wyłonił się oddziałek kuszników, wysłany sprawdzić co się dzieje z czujkami. Od pierwszego szeregu Gilliomarczyków dzieliło go chyba z pięćdziesiąt metrów. To, co zobaczyli, w pierwszej chwili wprawiło ich w osłupienie. Dowódca wziął głęboki wdech, by krzyknąć „Alarm!” Don Alonso uprzedził go jednak:

-Viva Gilliomar! Avante Caballeros!

-Viva Gilliomar! – ryknęły setki gardeł i stalowy walec potoczył się w dół zbocza.

Kusznicy dali salwę i zaczęli uciekać. Rycerze wpadli do obozu najemników początkowo nie napotykając żadnego oporu: spora część żołnierzy zeszła lub schodziła na dół, by zastąpić drogę armii don Carlosa. Pozostali w górnej części obozu uciekali przed masą rycerzy, by niżej stawić im czoła w większej liczbie. Przez jakiś czas pod miecze Gilliomarczyków trafiali prawie sami opieszali ciury. Z rzadka świstał bełt z kuszy. Wyglądało na to, że dowódca przeciwnika nie panuje nad sytuacja i jest kompletnie zdezorientowany, nie wie gdzie rzucić ludzi, ani jak liczny przeciwnik atakuje jego tyły. Drzewa i krzewy nie pozwalały łucznikom strzelać nawią, a uciekający zasłaniali cele kusznikom.

Zmiana nastąpiła nagle. Gdy rycerze znaleźli się w gąszczu chaotycznie porozbijanych wśród lasu namiotów, bezładnie uciekający przeciwnik przypuścił gwałtowny kontratak. Walczyli strzelcy, nieliniowi, markietanki, walczyli kordami, mieczami, toporkami, tasakami, szpadlami, oskardami, nożami. Rzucali się zza drzew, wyskakiwali z namiotów. Czy to jakiś oficer wydał rozkaz, czy po prostu ci ludzie, w końcu żyjący z wojny, sami zrozumieli, co się święci. Wiedzieli, że najpewniej zginą, ale dadzą czas kamratom na dole, by zorganizowali jakąś sensowną obronę.

Wróg, jakiś starszy mężczyzna, (Fredegar zapamiętał jego twarz na całe życie, choć widział ją przez ułamek sekundy) wychynął zza drzewa tak blisko, że nie sposób było go dostać długim mieczem. Nóż podarł tunikę na piersi i zatrzymał się na wszytych między warstwami skóry metalowych płatach. Fredegar trzasnął napastnika nałokietnikiem w twarz, a biegnący za nim Gilliomarczyk przygwoździł powalonego sztychem miecza. Stetten w dalszym ciągu nie odczuwał szczególnej wrogości wobec nieprzyjaciela, tyle, że przestał się tym martwić. Teraz walczył o życie, tak jak ci ludzie, których zabijał. Sparował cios włóczni i na płask wbił klingę w żebra żołdaka. Miecz wszedł prawie po rękojeść i Fredegar musiał mocno zakręcić nadzianym wrogiem w lewo, by siła odśrodkowa zrzuciła go z klingi. Zanim uwolnił broń i uświadomił sobie, że ma już pierwszego trupa za sobą, został gwałtownie zaatakowany przez uzbrojoną w toporek kobietę, lecz Kralle na odlew zdzielił ją tarczą w głowę, tak mocno, że Fredegar wyraźnie usłyszał w ogólnym zgiełku trzask pękającej czaszki. Przed nosem przeleciała odrąbana ręka. Spod nogi odskoczyła, kopnięta w biegu czyjaś głowa. Metaliczny zapach krwi stał się nagle bardzo odczuwalny, by za chwile przestać być dostrzegany, jako tło wszystkich innych woni.

Pierwszy kontratak prawie nie spowolnił toczącego po zboczu walca, który wnet starł się z następna linia obrony, liczniejszą i lepiej uzbrojoną. W walce wręcz, toczonej wśród namiotów i drzew lżej uzbrojeni i ruchliwsi żołnierze byli niebezpiecznym przeciwnikiem, ale wyższa pozycja i lokalna przewaga liczebna nadal sprzyjała rycerzom Gilliomaru. Walka nabierała tempa. Z dołu ciągle nadbiegali kolejni przeciwnicy. Rycerze nie bawili się w pojedynki i przy każdej okazji atakowali w kilku jednego przeciwnika. Straty jednak stały się zauważalne. Druga linia zlała się z pierwszą, zaś trzecia jeszcze nie miała sposobności do oddania strzału. Często dochodziło do walki na krótki dystans z użyciem sztyletów, a nawet opancerzonych pięści. Fredegar dostał kolejny cios w korpus, lecz zbroja znowu zatrzymała ostrze. Młody rycerz bez zamachu, samym ruchem naprzód przejechał napastnika ostrzem miecza po szyi i został obficie zroszony krwią z rozciętej tętnicy. Uczucie było wstrętne, lecz nie było czasu go analizować. Nieopodal szarpiący się na uwięzi koń kopnął jakiegoś rycerza, rzucając go prosto na trójnóg z zawieszonym na nim kotłem wrzącej wody. Jego potępieńcze wrzaski wtopiły się w niestrojny lecz organiczny chór ryczących gardeł. Wkrótce ta linia została przełamana i ocalali najemnicy rzucili się do ucieczki.

– Wyrównać linię! – wrzasnął don Alonso. Komendę powtórzyli dowódcy szwadronów i drużyn. Przy równaniu Fredegar zauważył, że pierwsza linia została istotnie przetrzebiona. Von Apfelbaum znalazł się w pierwszym szeregu tuż obok Krallego. Wykonany przez tajemniczych Chińczyków miecz już napił się krwi, a na twarzy jego właściciela rysowało podniecenie dziwnie przemieszane z otępieniem. „Czy ja też tak wyglądam?”– zdążył pomyśleć von Stetten. Jeszcze chwila i rozgrzanych rycerzy dopadłoby zmęczenie. Don Alonso był jednak dość przytomny, by do tego nie dopuścić. – Na nich, panowie! Nie dawać im wytchnienia! Avante Gilliomar!

Walec ataku potoczył się dalej, by pięćdziesiąt metrów niżej zetrzeć się z następną linią obrony. Wśród obrońców było trochę ciężej uzbrojonych pawężników, ale większość stanowili łucznicy. Rzucanie ich do walki wręcz było jak palenie w kominku drogimi meblami – bezsensownym marnotrawstwem, lecz wrogi dowódca nie miał wyboru. Po krótkiej walce wróg rzucił się do ucieczki, choć miejsca do wycofania miał coraz mniej: bitwa toczyła się już w połowie zbocza. Rycerzy zachłysnęła euforia rychłego zwycięstwa. Gilliomarczycy ruszyli za uciekającym przeciwnikiem. Drzewa i krzaki nagle się skończyły: zbocze przecinał uskok i szerokie na kilkanaście metrów kamieniste osuwisko. Po drugiej stronie jeżył się halabardami nieprzyjacielski szyk. Za klęczącymi halabardnikami w dwie linie stali strzelcy. W centrum szyku powiewał sztandar regimentu. Gdzieś tam ich dowódca zacierał ręce. Tym razem to on pisał scenariusz.

– Nie zatrzymywać się! – krzyknął don Alonso donośnie, i nieco ciszej – bo będzie po nas.

Fredegar w biegu zatrzasnął przyłbicę. Na Gilliomarczyków spadła nawałnica strzał i bełtów. Gdyby osuwisko miało z pięćdziesiąt metrów szerokości, z łatwością stałoby się dla nich cmentarzem. Ale i tych kilkunastu starczyło, by straty wzrosły gwałtownie. Runął co czwarty. Bełt odbił się od spiczastego „psiego pyska”, strzała z łuku walnęła w naramiennik, robiąc w nim spore wgięcie. Z rumowiska tu i ówdzie sterczały skalne występy. Przez wizury hełmu Fredegar nie mógł widzieć, jak Kralle wbiegł na jeden z nich, wykorzystawszy najpierw jako osłonę, a następnie jako trampolinę, i skoczył z dwuipółmetrowej wysokości w ciżbę wrogów. Stetten zobaczył zamieszanie we wrogich szeregach i z uniesionym mieczem rzucił się w kotłowaninę, jak się okazało w samą porę, by uratować Krallego przed rozsiekaniem na kawałki. Za nim poszli inni.

Akcja Krallego spowodowała pękniecie w płytkim szyku najemników, który zaczął też rwać się w kilku innych miejscach i wkrótce batalia przerodziła się w chaotyczną rąbaninę, w której rycerze byli tym razem w wyraźnej mniejszości. Salwa skosiła ponad setkę rycerzy (w tym prawie wszystkich biednych Tepijczyków), więc pozostałych dwustu walczyło teraz z co najmniej trzykrotnie liczniejszym przeciwnikiem. Fredegar walczył teraz w dużej mierze instynktownie, wyczuwając niebezpieczeństwo i stosując rozmaite chwyty. Czuł bardziej niż rozumiał, że w każdej chwili może zginąć, i to odczucie pomagało zmagać się z rosnącym wyczerpaniem. Walczył raz jednym raz z innym przeciwnikiem, na pewno niejednokrotnie trafił wroga, a jednemu ponad wszelką wątpliwość odciął nogę nad kolanem. Raz z ledwością uniknął śmierci, nurkując pod opadającą halabardę. Mocno dostał po ramieniu okutym drzewcem, ale śmiercionośna „broda” nie rozrąbała go do połowy żeber. Widoczność spod przyłbicy była nie najlepsza, a dźwięki z zewnątrz zlewały się w dudniący huk. Niekiedy w wizurze pojawiał się Kralle, wywijający zdobyczną halabardą, czasem, o dziwo, wciąż żywy Apfelbaum, żądlący wroga swym smukłym mieczykiem. Zmęczenie rosło z każdą chwilą i nie szło zrozumieć, jak długo potrwa jeszcze ta jatka, ani do czego zmierza.

Znalazłszy się na krawędzi osuwiska, trzecia linia oddała salwę z kusz i rzuciła oszczepy. Wkrótce jednak wszystko się wymieszało i nie dało się już bezpiecznie prowadzić ostrzału. Don Garcia słyszał to, czego nie słyszeli zaangażowani w walkę wręcz, mianowicie odgłosów boju u stóp góry, gdzie główne siły don Carlosa rozpoczęły szturm. Wtenczas dobył miecza i poprowadził swych ludzi do ogólnej walki. Don Alonso z resztkami swej gwardii nacierał w kierunku sztandaru. Obydwie strony zaangażowały wszystkie swe siły, lecz nawet gdyby najemnikom udało się wybić do nogi ludzi Salazara, bitwa została już wygrana przez Gilliomarczyków, gdyż pozostawione na dole siły były zbyt szczupłe, by powstrzymać kilka tysięcy rycerzy.

Obie strony walczyły zajadle i po jakimś czasie front rozpadł się na kilka kotłujących się kłębowisk, przy czym w jednych najemnicy otaczali Gilliomarczyków, a w drugich działo się na odwrót. Don Alonso, jak zresztą i należało w przyzwoitej batalii, starł się z wrogim dowódcą i pokonał go w uczciwej walce. Sztandar regimentu znalazł się w rękach rycerzy. Ci z jurgieltników, którzy to widzieli, rzucili broń, lecz takowych było niewielu ze względu na zarośla i większość tłukła się w najlepsze aż do przybycia sił don Carlosa, prowadzonych przez Franza Joachima von Pfaffenberga, kuzyna adiunkta, mocno zaniepokojonego losem krewnego. Regiment wyginął prawie całkowicie, z wyjątkiem kilkudziesięciu, w większości rannych żołnierzy.

Dla Fredegara koniec bitwy nastąpił, gdy nagle zabrakło przeciwników. Wtedy ostrożnie podniósł przyłbicę i zobaczył nadbiegających z naprzeciwka Gilliomarczyków, wiwatujących i wymachujących bronią. Wkrótce oddziały się wymieszały, ale ludzi don Alonsa dało odróżnić bez trudu: Obficie zroszeni krwią, w pogiętych zbrojach, w otępieniu słaniali się na chwiejnych nogach. Fredegar opadł na jakiś głaz.

„To jest zwycięstwo – tak to wygląda: wyrżnęliśmy cały regiment – pomyślał z wysiłkiem – Żyję i nie jestem ranny…” Rozejrzał się za Krallim. Ten gdzieś zniknął, choć Fredegar był pewien, że dopiero co go widział w jednym kawałku i w pozycji pionowej. Zobaczył natomiast don Eliasza siedzącego na ziemi z twarzą poszarzałą prawie jak skała, o którą opierał się plecami. Żył. Jakiś rycerz opatrywał mu rękę. Fredegar chciał wstać i podejść, ale nie potrafił się zmotywować. Pomachał mu ręką. Apfelbaum odruchowo podniósł zabandażowaną prawicę, na której brakowało dłoni.

Na pole bitwy dotarli sanitariusze, wysłani śladem oddziału don Salazara. Zaczęli znosić rannych. Kiedy tych zabrano, osuwisko było nadal zasłane ciałami. Wśród poległych ziomków samotnie siedział jedyny ocalały rycerz z odległej planety. Bujał się i chyba coś śpiewał. „Z pewnością dużo nauczył się o wojnie” – z ponurą ironią pomyślał Stetten. Ktoś dał mu do ręki manierkę z wodą. Wypił duszkiem. Dostał jeszcze. Potem przynieśli jedzenie.

„Dlaczego słońce jest tak wysoko? Czemu ten cholerny dzień się nie kończy? Przecież jest już po bitwie – pomyślał – Ano, przecież jest dopiero dziesiąta rano!”

Uczestników wyprawy don Alonsa uwolniono od zbroi i broni. Ciury zabrali się do ich czyszczenia i naprawiania. Don Carlos ogłosił dzień odpoczynku dla całej armii i zarządził apel o trzynastej, podczas którego miał pasować na rycerzy ocalałych giermków z oddziału don Alonsa. Fredegar, który trochę doszedł do siebie, uznał, ze powinien poszukać Krallego, choć nie przypuszczał, że stało się z nim coś złego. Ktoś powiedział, że podobno poszedł w górę zbocza.

Na polu bitwy trwały sianokosy. Jineci, kusznicy, knechci, ciury i niektórzy rycerze zajęli się już dobytkiem poległych. Pole bitwy należało do zwycięzców również w sensie dosłownym i zbieranie łupów było rzeczą naturalną i uświęconą tradycją. Fredegar wiedział o tym jak każdy inny. Ubodło go jednak, że ci co najwięcej się napracowali, nie mieli teraz sił, by zebrać urodzaj. Poza tym, wstyd się przyznać, brzydził się nawet świeżymi trupami. Niebawem natknął się na znajomka. Był to Willi. Martwy. Klęczał, nabity na partyzanę, która rozpruła jego kolczugę pod mostkiem. Patrzył przed siebie niebieskimi oczyma. Na twarzy zastygł wyraz wymuszonej determinacji. Maczugę już ktoś zabrał, ale właściciel partyzany leżał nieopodal w zgniecionym kapalinie.

„Co za ironia – pomyślał Fredegar – ta determinacja tak trudno dawała mu się za życia, a teraz utrwaliła się na jego łagodnej twarzy jako pośmiertna maska”. Podszedł bliżej i zamknął mu oczy.

Znalazł Krallego wśród przewróconych namiotów. Zadanie ułatwiła Fredegarowi jego własna tarcza herbowa zawieszona na wbitej w ziemie halabardzie. Hans siedział na rozłożonym na ziemi namiocie obok sterty łupów i z apetytem zajadał jakąś mięsną konserwę, wydobywając ją z puszki dużym nożem i przygryzając pajdą żytniego chleba i szczypiorkiem. Na nogach miał nowe buty z cholewami. Do pobliskiego drzewa przywiązany był koń, ten sam, co kopnął rycerza na kocioł z wrzątkiem, teraz wyraźnie uspokojony.

– Tu jesteś… wiedziałem, że żyjesz i raczej jesteś cały. Ale raptem zniknąłeś.

– Nie było czasu na gadanie, trzeba było zabezpieczyć nasz majątek, póki sępy nie rozwlekli, co najlepsze – powiedział Hans, skrobiąc nożem blaszane wnętrze puszki – poza tym, jakbym usiadł, to bym nie wstał. Ledwo żyję jako i ty, panie.

– Nasz majątek, powiedziałeś?

– Ano, obowiązkiem knechta jest zadbać o majątek pana.

– Gospodarny jesteś! – rzekł Stetten z uznaniem i usiadł po drugiej stronie sterty łupów.

– Dziękuję. Znalazłem dla ciebie dwuczęściowy kirys, sprawdź czy dobry.

– Później.

– Zebrałem 23 sakiewki. Dopiero co dostali zaliczkę i od razu w pole. Nie zdążyli wydać, ani zdeponować. Powinno być przeciętnie po 70 talarów. Ile to wychodzi?

– Tysiąc sześćset dziesięć – obliczył rycerz.

– Nie bawiłem się w zdejmowanie pierścionków i takich tam. Jestem zmęczony i zachodu dużo. Ale zebrałem trochę broni: Trzy długie łuki, dwie mocne kusze z nakładaną windą, dwie halabardy i glewia dobrej roboty, kilka mieczy i tasaków. Przyda się: masz w rossheimie cienką zbrojownię.

– Masz nowe buty – zauważył Fredegar.

– No i ciuchów też nam tobół napakowałem, potem się posegreguje.

– Jak to potaszczymy?

– Koń jest.

– To … nasz?

– Owszem – kiwnął twierdząco Kralle – O! But ci się rozdarł na tych kamieniach.

Fredegar spojrzał na swoje nogi, prawy but faktycznie rozpruł się z boku o jakiś ostry kamień.

– Jaki masz numer? Czterdzieści trzy?

– Tak.

Kralle rozejrzał się po trupach, zalegających okolice.

– Tamten ma chyba dobre.

– Przecież to nasz! – żachnął się Fredegar.

– To co? Przecież nie żyje. Na co mu buty?

– To rycerz! Nie godzi się go ot tak bez butów, jak obdartusa chować.

– A kto tu mówi, żeby bez butów chować? Ściągaj swoje. Zamienimy.

Fredegar pokręcił głową, ale ściągnął buty, w końcu tu chodziło o kondycję armii, więc honor zabitego nie powinien na tym ucierpieć.

– Hansie!

– Tak, panie.

– Szukałem cię, właściwie po to, by zapytać, czy nie chciałbyś zostać rycerzem. Na apelu don Carlos będzie pasował zasłużonych w tej bitwie giermków. Ciebie też by mógł. Don Alonso poprze moją prośbę.

– Dziękuję, ale nie. Nie teraz i nie tutaj. Nie chcę osiadać w Gilliomarze. Teraz po tej wojnie długo nic nie będzie się działo. Trzeba byłoby mieszkać gdzieś w majątku, lub zostać oficerem w garnizonie. Takie coś jest dobre po czterdziestce. Wiesz, że chcę wyruszyć w świat, a teraz mam trochę kasy, by nabrać rozpędu.

– Nie spodziewałem się, że się zgodzisz, ale wypadało zapytać.

– Dziękuję. Chcesz piwa? Mam tu butlę.

Fredegar apatycznie pociągnął z glinianej butli. Nie podobała mu się myśl o schodzeniu na apel. Wokoło krzątali się sanitariusze i knechci. Ostatni głównie „zabezpieczali majątek”, a sanitariusze, zebrawszy już rannych, zaczęli znosić poległych rycerzy, przeznaczonych do transportu, uwalniając ich przy okazji od pomniejszych ciężarów doczesności. Wymiana butów odbyła się więc w najbardziej odpowiednim czasie. U Krallego zadzwoniła komórka. Fredegar lekko się zdziwił, bo jak dotąd nie widział u niego telefonu, a poza tym Kralle nie bywał jeszcze na tej planecie, więc kto miałby do niego dzwonić?

– Do psiej cholery! – warknął Kralle zirytowany – myślałem, że wydłubałem wszystkie sim–karty. Wydobył spod sterty łupów klekocący plastikiem skórzany worek wielkości piłki do koszykówki, z którego wydobywał się sygnał. Pogrzebawszy w nim chwilę wyciągnął jeden z telefonów i ku zdziwieniu Stettena odebrał:

– Halo, tu Hans Kralle, ze szczerą przykrością informuję, że właściciel tego telefonu poległ na polu chwały, więc numer jest nieaktualny.

Rozłączył się, wyjął kartę, po czym pstryknięciem posłał ją w krzaki.

– Po co odbierałeś?

– To też ludzie, może martwi się ktoś, niech lepiej wie.

Fredegar wzruszył ramionami.

 – Pomyśleć tylko – westchnął – cały regiment wyrżnęliśmy! Ponad dwa tysiące ludzi!

– To się nazywa okrucieństwem okoliczności. Nie naszym, czy ich. Zdarza się na wojnie.

– Filozoficznie prawisz.

– Ano. Gdybyśmy, mój panie, bezbronnych wyrżnęli, cywilów czy jeńców, byłoby nasze. A tak nie mieliśmy jak ich inaczej potraktować. A oni też poddać się nie mogli bez rozkazu i jasnej sytuacji. Ale okrucieństwo jest – okoliczności.

– Logicznie. Chodźmy powoli na ten apel.

 

Starcie wojsk Gilliomaru pod dowództwem don Carlosa z zagradzającymi drogę najemnikami weszło do historii jako Bitwa na Krwawym Zboczu. Została zapamiętana przede wszystkim dlatego, że odbyła się w zgoła nowym miejscu, o które w sześćdziesiątej siódmej wojnie Gilliomaru z Tirgallią/Neuosterheimem było naprawdę trudno. Don Carlos odniósł tego dnia znakomite zwycięstwo. Prawie nie spowalniając marszu rozbił i zniszczył cały pułk wcale nie tanich najemników, zdobywając sztandar i skrzynię z regimentowym skarbcem, pełnym srebrnych talarów. Własne straty było czterokrotnie niższe, przy czym najbardziej wartościowe oddziały pozostały nietknięte. Główny ciężar spadł na chorągiew de Salazara, która z pięciuset dwudziestu dziewięciu ludzi, biorących udział w akcji straciła stu osiemdziesięciu ośmiu zabitych i stu czterdziestu trzech rannych, w większości wasali trzeciego rzutu, zastępców i knechtów. Około setki Gilliomarczyków zginęło od strzał i bełtów oraz w walce na dole zbocza. Największe straty poniosła wszak kultura: Przebity kilkoma bełtami poległ don Cristóbal de Ylloa, zaś don Eliasz von Apfelbaum stracił prawą dłoń. Poza tym zginął profesor historii prawa, profesor botaniki, siedem doktorów nauk różnych i kilkanaście obiecujących doktorantów, w tym znany czytelnikowi Willi.

 

Plan kampanii nie stracił na aktualności, ale Gilliomar miał teraz pretekst, by w razie czego zakwestionować układ z Austrazją w sprawie wysp, gdyż rola władz tej ostatniej w zorganizowaniu owej perfidnej zasadzki była najwyraźniej dwuznaczna. Kto wie, czy austrazyjski książę nie przymierzał się do wzięcia udziału w rozbiorze sąsiada pospołu z Neuosterheimem.

Fredegar odwiedził Apfelbauma zanim zabrał go śmigłowiec służby medycznej. Był smutny i zamyślony, ale nie narzekał na swój los i sprawiał wrażenie człowieka, który jest o krok od zrozumienia czegoś niezmiernie ważnego. Pewien święty, którego często przytaczała matka, mówił, że przez grzech wszyscy żyją w stanie ułudy, ale jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, to jest na dobrej drodze, by uwolnić się od złudzeń na swój temat. Może właśnie Apfelbaum do tego dojrzał.

– Pomódl się za mnie, don Fredegarze – powiedział na pożegnanie.

Fredegar skinął na tę oczywistą prośbę i odnotował w pamięci, by wpisać don Eliasza do swojej książeczki wspominkowej.

– Masz pan mocną wiarę, Bóg cię wysłucha.

– Ty też masz wiarę, skoro wierzysz, że Pan wysłucha moich modlitw.

Apfelbaum uśmiechnął się blado. – zaplątałem się w swoich relacjach z Bogiem. Pozwoliłem, by do głosu w nich doszło coś innego niż one same. Jakby Bóg był dla mnie, a nie ja dla Boga. To zgubiło naszą cywilizację, najpierw wypaczyło wiarę, a potem życie…

Twarz Apfelbauma nagle się rozjaśniła jakby właśnie dokonał odkrycia. Gwałtownie obrócił się do Fredegara i zaraz skrzywił się z bólu, ale sam nie zwrócił na to uwagi:

– Wiesz, o co chodzi z tym zepsuciem? To też się stało dlatego, że od dłuższego czasu nie mieliśmy panów, których się słucha. Człowiek nie ma wtedy nawyku i nie rozumie, co to pan czy Pan z wielkiej litery i jak należy Go słuchać…

– To chyba nie takie proste…

– Pewnie że nie! Ale coś w tym jest. To dłuższy temat. Wrócimy doń, jeśli Bóg pozwoli…

– Obiecał też pan opowiedzieć o tym maratonie.

Fredegar pomógł don Eliaszowi wstać. Poszli w stronę terkocących machin. Sprzęt w imperium wyciągano tylko w razie konieczności, określonej w Kodeksie Rzeszy i czym prędzej chowano, by nie szpecił krajobrazu. Za chwilę śmigłowce odlecą, zabierając precz swoje obce, mechaniczne kształty, dźwięki i zapachy. Stetten widział niejeden film o życiu wysoko technologicznych cywilizacji przed podbojem. Widok ulic, pełnych toczących się blaszanych, samobieżnych pojazdów był niezwykle przygnębiający. Wiele wynalazków owych cywilizacji praktycznie zanikło, ale niektóre, zwłaszcza drobne, na przykład telefony komórkowe, się upowszechniły, a nawet wpłynęły na życie codzienne.

Hałaśliwe aparaty odleciały. Wiatr przyniósł odgłosy śpiewu i zapach kadzidła: kilku mnichów z pobliskiego klasztoru odprawiało ceremonię pogrzebową nad poległymi najemnikami, których grzebano na miejscu siłami zmobilizowanych chłopów z okolicznych wsi. W pogrzebie uczestniczyło niewielu Gilliomarczyków, przyszło natomiast sporo najemników– zastępców. Należeli wprawdzie do innego stanu, ale perspektywa znaleźć swój grób w cudzej ziemi, a nawet na odległej planecie, była równie aktualna. Wracając z lądowiska, Fredegar zobaczył Krallego w zadumie kroczącego przez obóz. Hans dostrzegł go chwilę później, pozdrowił z daleka, ale nie podszedł by nawiązać rozmowę. Wracał najwidoczniej z pogrzebu.

Koniec

Komentarze

Ja przepraszam, że komentuję bez czytania, ale zobaczyłam ten tytuł i siedzę i myślę. Co to jest to c.d.? Ciąg dalszy trzeci?

www.facebook.com/mika.modrzynska

Tak, trzeba zaczynać od “Przypadków” bez c.d.

Nie mam zamiaru zaczynać opowiadania, które ma błąd już w samym tytule. Chciałam Ci tylko zwrócić uwagę, że nie ma czegoś takiego jak ciąg dalszy trzeci, może być ciąg dalszy albo część trzecia.

Samo słowo ciąg dalszy zapisuje się jako cd. (a po kropkach stawia się spacje, no koleś, spójrz jak ten twój tytuł wygląda taki pozlepiany).

Źródło: https://pl.m.wiktionary.org/wiki/cd. 

www.facebook.com/mika.modrzynska

To nie zaczynaj. Jakoś to przeżyję. A za uwagę dziękuję, zastosuje się.

Bardzo krwawa i naturalistycznie opisana bitwa, aż mnie zmroziło. Szczególnie rycerz, który wpadł do wrzątku, ale też opisy innych ran, ciała Willego i rozdzielanie łupów. Bardzo prawdziwe ujęcie tematu wojny, bez ozdobników, poetyckości czy bajkowości. Robi wrażenie.

Fragment typowo batalistyczny. Myślę, że dobrze pasuje do reszty “Przypadków…”. Gdyby to było samodzielne opowiadanie, narzekałabym, że zaczyna się od wymienienia stanu wojska, ale jako rozdział powieści wydaje się w porządku.

Ten fragment szczególnie mi się spodobał, bo dobrze opisuje świat Twojej powieści:

Chrzęst zbroi, chrzęst żwiru i sapanie. Żadnych rozmów, wyłączone komórki. Noc była niezbyt ciemna, zamiast księżyca przyświecał gazowy gigant, następny w tym systemie solarnym.

Na Twoim miejscu zastanowiłabym się nad dialogami. Dwa razy natrafiłam na długi ciąg wypowiedzi bez żadnych didaskaliów (narada i rozmowa po bitwie). Pogubiłam się, kto co mówi. Może warto dodać chociaż trochę wskazówek dla czytelnika.

Dzięki za przeczytanie kolejnego fragmentu “Przypadków”. Konsekwentnie czytasz całą historię. Czy z perspektywy dalszych wydarzeń wcześniejsze fragmenty stają się bardziej zrozumiałe? Ten odcinek to dalszy ciąg poprzedniego fragmentu, bo rozdziały mam bardzo długie.

Co do dialogów, może faktycznie dodam parę didaskaliów, bo to co jest oczywiste dla mnie, bo widzę całą scenę jak w kinie, nie musi być takim dla czytelnika.

 

Lubię dłuższe historie, też zaczynałam od powieści i nadal są mi bliższe niż opowiadania. Myślę, że im bardziej Twoja opowieść się rozwija, tym staje się barwniejsza. Czy bardziej zrozumiała – niektóre wątki tak, ale nie wszystko. Sprawia mi trudność “połapanie się” w terminach historycznych.

W dialogach można się pogubić. We wcześniejszych fragmentach nie zauważyłam braku didaskaliów.

widzę całą scenę jak w kinie, nie musi być takim dla czytelnika

Myślę, że warto pisać tak, żeby czytelnik też zobaczył taką historię jak w kinie.

Staram się, ale różnie wychodzi. Niektóre fragmenty, jak ten, wymyśliłem bardzo dawno. Niektóre wymyśliłem w trakcie pisania, zapełniając luki między uprzednio wymyślonymi. Te pierwsze wychodzą bardziej sugestywne, a zarazem miewają takie niedociągnięcia, jak brak dostatecznej ilości didaskaliów, by były pisane bardzo intensywnie. Przejrzę to i dodam parę sztuk. Dodałem.

– Zbocze góry widocznej za „bramą”… – tę wypowiedź rozbiłabym przynajmniej na cztery i nad innymi wypowiedziami też bym trochę popracowała.

 

A tak poza tym, świetnie sobie radzisz z opisem walk. Jestem pod wrażeniem, szczególnie, że sama nie mam najmniejszego pojęcia, jak się do tego typu rzeczy zabrać i konsekwentnie wszelkiego typu potyczek unikam w swoich tekstach :) Pozdrawiam serdecznie. 

Byłbym wdzięczny, gdybyś zaznaczyła więcej wypowiedzi wymagających dopracowania.

Co do opisów batalistycznych, trzeba zrozumieć jak to działa, dowiedzieć się, jak się używa poszczególnych broni, do czego służą różne jednostki etc. Potem trzeba wymyślić scenariusz bitwy/potyczki, i wyobrazić to sobie. W tym celu trzeba czytać dużo opisów, obejrzeć jakieś dobre rekonstrukcje, pooglądać trochę żelastwa w muzeach. Krótko mówiąc, zainwestować w to nieco czasu. Ja to lubię, więc robię to chętnie.

Z opisami bitew pewnie masz rację, wszystko wymaga dobrego researchu…

 

Odnośnie wypowiedzi, to takie moje sugestie (ale od razu mówię, ze nie czuję się tutaj specjalistką i oczywiście mogę się mylić…) :

 

– Owszem, teraz jest sezon na górską kapibarę. Tłuściutkie chodzą. Najlepiej się poluje tuż po zmroku. Znamy miejsca, chodź! – jesteśmy tutejsi. – Jesteśmy

 

– Nam swoja ziemia pomaga – mrugnął doń Miguel i myśliwi ruszyli w teren. – pomaga. – Mrugnął

 

– Co się zacznie? Co tu takiego może być? – zdziwił się Stetten – Na naszym terenie, przy neutralnej granicy? – Zdziwił się Stetten. -

 

– Zaciągnęli najemników i obsadzili przejście na naszym terenie! – zrozumiał Fredegar – I to niedawno, dzień lub dwa wcześniej, bo ich nie wykryto. Wiedzieli o naszym przemarszu, choćby z satelitów. – Zrozumiał Fredegar. – 

 

– Skoro zasadzka została wykryta, albo się wycofamy, albo zaatakujemy – założył Kralle. – Założył

 

– Jeśli zmuszą nas do odwrotu, to już będzie dla nich sukces: odsiecz dla Penueli pozostanie bez jazdy uderzeniowej, co zdecydowanie zmniejszy jej wartość bojową – ciągnął swój wywód Kralle – Jeśli się wycofamy, pójdą za nami, plądrując wszystko na swojej drodze, więc trzeba będzie kogoś przeciwko nim wysłać, w ten sposób zwiążą kolejne oddziały. – bojową. – Ciągnął, Kralle. – 

 

– Niech Bóg pana chroni, – powiedział młody rycerz i przeżegnał się. – bez przecinka

 

-Viva Gilliomar!, Avante Caballeros!

-Viva Gilliomar! – ryknęły setki gardeł i stalowy walec potoczył się w dół zbocza.

 

– Viva Gilliomar! Avante Caballeros!

– Viva Gilliomar! – ryknęły setki gardeł i stalowy walec potoczył się w dół zbocza.

 

– Gospodarny jesteś, – rzekł Stetten z uznaniem i usiadł po drugiej stronie sterty łupów. – bez przecinka

 

– Pomódl się za mnie, don Fredegarze. – powiedział na pożegnanie. – bez kropki

 

 

Dzięki, zaraz przeglądnę to wszystko. Zresztą potem mam nadzieję, przyjdzie jeszcze Reg i wygarnie jeszcze.

O, Reg jest niesamowita :)

No, biją się, ale czytało mi się nieźle :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka