- Opowiadanie: CM - Upiór

Upiór

Średniowieczna Walia...

Niekonwencjonalny zapis dialogów wynika z eksperymentalnej formy opowiadania. Nie bijcie! :)

I doceńcie, że nie wiersz. :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Upiór

I

 

…a teraz powoli, bezszelestnie, krok po kroku. Wystarczy tylko znaleźć skrzynię i…

ŁUP!

 

II

 

SZERYF CROWD – William, William… Co tobie strzeliło do głowy, żeby napadać starego Owensa? Nie wstyd ci? Łupić cherlawego seniora!

WILLIAM – Ładny mi senior! Jak się zamachnął krzesłem, to do tej pory w uszach mi dzwoni.

SZERYF CROWD – Co to w ogóle za pomysł, żeby kraść fundusze dla biednych?!

WILLIAM – Ja jestem biedny! Należało mi się!

SZERYF CROWD – Tyle lat życia porządnego oszusta. Ani cię złapać, ani coś dowieść. Ja miałem spokój, ty miałeś spokój… A teraz? Gdzie ty masz rozum?!

WILLIAM – Ostatniej nocy został brutalnie pobity przez głód.

Przy użyciu tępego narzędzia w postaci głupoty…

WILLIAM – Dobrze się bawisz?

Coraz lepiej…

SZERYF CROWD – Co ty tam mruczysz?

WILLIAM – Nic, nic… To przez ten cios. Stary Owens ma jednak krzepę!

SZERYF CROWD – To nie krzepa, tylko strach! Był przerażony!

WILLIAM – Ja zaś zostałem uderzony. Z nas dwóch i tak więc skończył lepiej. Jestem jednak skłonny wybaczyć mu ten bestialski atak i zapomnieć o całej sprawie. To ja już pójdę…

SZERYF CROWD – Czy ty mnie masz za barana?!

WILLIAM – Gdzież bym śmiał!

To się chyba nazywa: taktyczne zarządzanie szczerością…

WILLIAM – Siedź cicho!

SZERYF CROWD – Stary Owens wspomógł więcej osób, niż masz kudłów na głowie. Ludzie żądają najsroższych kar. A niechbym tylko spróbował cię wypuścić…

WILLIAM – Co wtedy?

SZERYF CROWD – Domyśl się! Słowo-klucz do tej zagadki to „samosąd”.

WILLIAM – Szeryfie… Tyle lat udawania, że nie wiemy o swoim istnieniu i teraz chce pan tak brutalnie zakończyć naszą współpracę?

SZERYF CROWD – A co ja mogę? Sam przecież wiesz, że… Chociaż… Czekajże chwilę! O upiorze znad rzeki słyszał?

WILLIAM – Miałem ostatnio trochę bardziej palące problemy.

SZERYF CROWD – Już ja znam te twoje problemy. Pojęcie pracy królewicz kojarzy?

WILLIAM – Wyłącznie jako formę tortur.

SZERYF CROWD – Było tak: mieliśmy tu grupę druidów celtyckich…

WILLIAM – Druidów?!

SZERYF CROWD – Zwali się tak tylko, przebierańce jedne. Dwudziesta woda po kartoflach, nic więcej. Warzyli coś w kotłach, słali jakieś modły. Idioci, jednym słowem, ale, że niegroźni, to się ich nie ruszało. Razu jednego, uważasz, drzemię sobie spokojnie, aż tu nagle: pierdut! Kocioł im wywaliło! Wybuch, proszę ciebie, potężny, wzbiła się jakaś fioletowa chmura, zaraz ją zniosło nad rzekę, przybrała jakiś dziwny kształt i tak tam sobie wisi. Ani to, rozumiesz, dźgnąć, ani nakłaść po pysku, a kto płynie przez rzekę, ten przepada bez śladu. Sprawa jest poważna, bo ludzie trzęsą portkami, a liczba sztywniaków przedstawia mój urząd w niekorzystnym świetle.

WILLIAM – I ja mam się z tym upiorem rozprawić?

SZERYF CROWD – Zaraz rozprawić. Popłyniesz, sprawdzisz, co za diabeł i wrócisz.

WILLIAM – Jak popłynę, kiedy ludzie planują samosąd?

SZERYF CROWD – Oj, to się powie, żeś zbłądził. Miałeś trudne chwile. Że niby Bóg cię opuścił, ale pojąłeś swoje plugastwa i chcesz odkupić winy. Wypluskasz się trochę, dostaniesz nowe łachy, może jeszcze jakiś miecz do ozdoby i będzie śmiałek, jak ta lala.

WILLIAM – Ale dlaczego ja?! Skoro druidzi nabroili, to niech teraz sprzątają!

SZERYF CROWD – Kiedy oni po tym wybuchu… z lekka się przysmażyli. Zresztą, i tak nie masz wyboru.

WILLIAM – Jak przepłynę rzekę?

SZERYF CROWD – Wpław.

WILLIAM – Jak?!

SZERYF CROWD – Co się głupio pytasz? Wiadomo, że weźmiesz łódź. Milę stąd stoi samotna chałupa. Stary to cinkciarz, więc uważaj przy opłacie. A spróbuj o niej zapomnieć, to już cię synalek urządzi jak trzeba. Sakiewkę na drogę, oczywiście, dostaniesz. To chyba wszystko… Udanej podróży!

Szeryf zarechotał rubasznie.

 

III

 

Nad rzekę wyruszył krótko przed zmrokiem. Crowd upierał się, co prawda, by zaczekał do rana, ale William ani myślał słuchać jego sugestii. Był zdeterminowany, by wyruszyć możliwie szybko. Szedł teraz, w niewielkim deszczu, zerkając raz po raz na znikające domostwa i nienawidził tego miasta, które obwiniał o wszystkie swoje nieszczęścia. O walkę, jaką toczył każdego dnia. O ryzyko, które nie przyniosło mu nic. Które pchnęło go teraz w tę podróż. Bezsensowną i samobójczą.

Żeby tak raz coś dostał za darmo!

 

WILLIAM – Już bardziej ponurego wprowadzenia nie było?

Mam jeszcze świetny fragment o śmiertelnych zagrożeniach…

WILLIAM – Nawet nie waż się go przytaczać!

 

Droga nad przystań nie wymagała wiele uwagi. William pruł na ślepo wzdłuż rzeki, wciąż jeszcze wściekły, że tak łatwo ściągnął na siebie kłopoty. Należy przy tym zaznaczyć, iż włóczęga ów nie był bynajmniej typem skończonego idioty. Oznaczałoby to bowiem, że jego głupota miała jakieś mierzalne granice.

Mówiąc zaś zupełnie już uczciwie, większość jego problemów kreował raczej przesadny optymizm. Tryb „głupota źródłem wrażeń” włączał się nagle, wraz z nadejściem genialnego pomysłu, który, wprowadzony w życie, okazywał się ideą najwyżej brawurową, wpędzając go finalnie w kolejną kabałę. Inna rzecz, że sztuka wyciągania wniosków omijała Williama wyjątkowo szerokim łukiem.

 

WILLIAM – To może weźmiesz z niej przykład?

 

Deszcz wzbierał na sile. William natychmiast przyspieszył kroku, wypatrując z nadzieją jakiegoś schronienia. Okolica robiła na nim wrażenie jakby żywcem wyjętej z koszmaru włóczęgi. Niewielki akwen. Dorodne zarośla. Ścieżki wydeptane pomiędzy chaszczami. I nawet cienia śladu obecności człowieka. Tylko on. Pomylony wędrowiec w sercu martwego pustkowia.

Nieopodal rosło samotne drzewo. William ruszył w jego kierunku, zmykając tchórzliwie przed wstrętną kąpielą. Czasu w zapasie miał całkiem sporo. Płynąć zamierzał dopiero po zmroku. I nie, nie był ostatnim szaleńcem. Raczej namiastką ekonomisty. Jak każdy włóczęga z solidnym stażem, za nic miał system wnoszenia opłaty. Preferował raczej darmową dzierżawę, najlepiej z wyłączną wiedzą dzierżawcy. Sakiewka, nie deszcz – powtarzał uparcie. – Drugi raz z nieba na pewno nie spadnie.

Nie mając akurat nic do roboty, William przysiadł leniwie pod drzewem, wygrzebując drobinki ziemi i piasku, wpadające złośliwie w zmoczone obuwie. Crowd, należało uczciwie to przyznać, faktycznie odmienił wygląd włóczęgi. Długie włosy ściął mu na krótko. Szpetny zarost przepadł bez śladu. Rany opatrzył możliwie dokładnie. Nawet brudne, znoszone przez lata łachy zastąpił odzieniem człowieka z klasą. W jednej chwili przeskoczył William kilka szczebli drabiny społecznej. Budzący wzgardę brudny łachmyta stał się naraz młodym paniczem.

 

WILLIAM – Znam co najmniej setkę określeń odpowiedniejszych niż BRUDNY ŁACHMYTA!

Naprawdę? Coś takiego! A ja nie znalazłem nawet jednego…

 

Deszcz z wolna ustawał. William spoglądał na starą chałupę, czekając sygnału do dalszej podróży. Zapadał zmrok. Niedługo później u cinkciarza było już ciemno. Posnęli, znaczy. Pasibrzuchy wstrętne!

Ruszył nad przystań. Szedł pewnym, acz nieszczególnie szybkim krokiem. Nie skradał się. Takie zabawy dobre były dla amatorów. Jeśli tamci już spali – szeptał rozsądek – z łóżek nie wyrwą ich byle szelesty. Co innego, gdyby wywinął orła. Ale będąc takim niezgułą w ogóle nie brałby się do tej roboty.

Spojrzał na łodzie. Większe miał szanse zostania topielcem, niż dotarcia do celu w szczęściu i zdrowiu. No, ale co można…

Wskoczył na pierwszą z nich. Była wąska. Stosunkowo niewielka. Siedzenie twarde jak diabli. Ale wygód nie należało oczekiwać i William wiedział to już wcześniej. Korzystał z oferty „najtańsze w mieście”, która komfort klienta miała głęboko w nosie.

Sięgnął po miecz. Lina, nie bez walki, ustąpiła naciskom ostrza i łódź, rozkołysana, odbiła leniwie od brzegu. Nikt nie wychodził. William przysiadł niezdarnie na łajbie, próbując jednocześnie pochwycić wiosła. Miecz, przezornie, zostawił pod ręką. Bo to wiadomo, co może się zdarzyć?

Wiosła nie chciały się zgrać. Jedno bezustannie pruło powietrze, drugie nurkowało głębiej niż powinno. Cherlawe mięśnie harowały ciężko, tocząc zmagania z oporem wody. William, mimo wszystko, czuł się bardzo dobrze. Przepełniony, jak gdyby, powagą chwili. Płynął niby ostatnia nadzieja, gotów ratować świat przed zagładą. Drżyjcie zatem upiory wszelakie, mieszczanie niechaj z ulgą odetchną. Oto i nadszedł moment rozliczeń, gdy zło karząca ręka dosięgnie. Płynie już bowiem mąż sprawiedliwy, z nim zaś nadciąga śmierć i pożoga…

 

WILLIAM – Przepraszam, co ty robisz?

Tworzę atmosferę podniosłości i…

WILLIAM – Normalny jesteś?! Przestań się wygłupiać i opowiadaj jak człowiek!

Buc!…

 

Poczynał sobie coraz sprawniej. Wiosła złapały jako taki rytm. William cieszył się z tego jak dzieciak, który naraz pojął sztukę liczenia na palcach. Było w tym jednak coś osobliwego. Płynąć tak, w pełnym mroku. „Wydzierżawioną” łodzią. Zupełnie jak te ostatnie męty, do których nieraz go porównywano. Być może właśnie stawał się jednym z nich?

Zmierzał wprost ku mgle. Nie był to jeszcze ów sławetny upiór. Crowd wspominał coś o fioletowej barwie. Odczuwał jednak pewien niepokój. Wzmagał się wiatr. Z nieba znów siąpił lekki deszcz. Jego mięśnie coraz trudniej znosiły razy, jakimi karciła je targana podmuchami woda. Opór jej rósł. Łódź rozkołysała się, nad czym William tylko pozornie potrafił panować. Płynął teraz wolniej. Tempem rodzinnej wycieczki. Ciało narzuciło mu limit na poziomie żółwiej przeprawy i William ani myślał testować tych granic. I bez tego dyszał już ciężko jak stary parowóz.

 

WILLIAM – Nie ta epoka!

Co, nie ta epoka?…

WILLIAM – Parowóz to jeszcze nie ta epoka.

To może ciężko jak lokomotywa?…

WILLIAM – Próbuj dalej.

Jak maratończyk?…

WILLIAM – A słyszałeś ty o średniowiecznych maratończykach?!

Do diabła z taką historią! Też mi się trafił bohater! Nie mogłeś ty się urodzić trochę później? Albo, jeszcze lepiej, wcale?…

WILLIAM – Mnie też narrator szczególnie nie urzekł.

Płynął zatem tempem rodzinnej wycieczki, dysząc przy tym ciężko jak zmęczony pies.

WILLIAM – Aleś się postarał!

O co ci chodzi? W średniowieczu aż roiło się od psów. Chyba…

WILLIAM – Kreatywność na poziomie snopa siana. I to tego gorszego gatunku.

Jeszcze jedno słowo, a cofnę cię przed chałupę cinkciarza. A jak tu wrócisz, dopiszę fragment o burzy i gradobiciu!…

WILLIAM – Frustrat!

 

Zatrzymał się. Wstał. To znaczy, próbował wstać. Gdy tylko się uniósł, zmęczenie zaraz ściągnęło go w dół. Jęknął. Bolały go wszystkie mięśnie. Zwłaszcza te, których istnienia nawet się nie domyślał. Całe ciało pracowało na każdy cal pokonanej rzeki i teraz, jak gdyby, wysyłało mu sygnał: widzisz, ośle? Porwałeś się z motyką na słońce. Spojrzał na siebie. Mokra od potu koszula lepiła się do ciała. W umorusanych spodniach wyglądał jak błotny utopiec. Wystarczyło ledwie pół dnia, by znów z młodego panicza stał się zwykłym obdartusem. Niedługo trwał zatem powrót do korzeni.

 

WILLIAM – Znalazł się kronikarz! Może tak skupisz się na swoich korzeniach, narratorze tanich romansideł.

 

Wrócił do wioseł. Mgła nabierała z wolna bladoróżowej barwy. Znaczy, wpływał na „terytorium” upiora. Zastanawiał się, czy wolno mu już wracać na brzeg. Brał udział w prawdopodobnie najbardziej pomylonej akcji w dziejach całej Walii. Płyń i sprawdź… czy nie zginiesz. Ten Crowd miał jednak bujną wyobraźnię. Niepewny dalszy posunięć, począł szukać możliwych rozwiązań problemu zaginionych. Pierwsze, o czym pomyślał, to że nie było żadnego upiora. Gdyby nad rzeką unosił się pył, gaz, czy jakakolwiek inna substancja. Dość, że płynąc w takich oparach ulegałoby się zatruciu. Tyle że wtedy powinien natrafić na martwe ciała. Niechby nawet i puste łodzie. Owszem, mogły znajdować się dalej. Czy jednak warto było ryzykować ich poszukiwania? W kwestii szafowania życiem William zaliczał się raczej do skąpców.

Bezpieczniej jednak przyjąć, że nad rzeką zwyczajnie straszy. Wówczas rzekomy upiór mógłby stanowić osobliwe zjawisko fizyczne. Nie wiedział, co prawda, w jaki konkretnie sposób owo zjawisko mogłoby się rodzić. Nie wiedział jednak tak, jak nie pojmuje się powstawania tęczy czy śniegu, co przecież w żaden sposób nie przeczy ich faktycznemu istnieniu. Ale jeżeli zjawisko, to naturalne, czy tworzone celowo. A gdyby celowo, to jaką do diabła metodą mogło pozbawiać życia?

Nic już mu się nie zgadzało.

Trzeba go będzie sprowokować. Zmusić do jakiejś reakcji, lub przekonać się, że nie jest do niej zdolny. Plotki, a może całe legendy głosiły, że upiór zabijał jak wściekła kostucha. Tymczasem to malowane straszydło, teraz wiedział już doskonale, wisiało jedynie nad rzeką niby fioletowa mgiełka, ani zdolna, jak się zdawało, do jakiejkolwiek reakcji. Takie widmo nie mogło chyba pozbawić życia? Na pewno nie! Upiór znaczył tyle, co duch. Nie zabije, bo nie może nawet dotknąć. Dla Williama było to jasne jak słońce.

Ci ludzie jednak jakoś ginęli!

Myśl ta powracała do niego jak wyrzut. Płynął dalej, teraz już pewien, że nie wróci tak długo, aż nie znajdzie odpowiedzi. Barwa mgły wciąż ulegała przemianie. Teraz był to już wściekły fiolet. Gęstniała. Uczucie było takie, jakby płynęło się przez zawieszoną nieruchomo nad rzeką, śnieżną zamieć. W pewnej chwili zmuszony był już William opędzać się od tworzących ją, chropowatych kryształków, które tłukły bez litości jego zakazaną facjatę. Wyglądało na to, że upiór faktycznie stanowił formę unoszącego się pyłu? Chmury? Drobin lodowych?

 

WILLIAM – Co, niełatwo opowiadać o czymś, co nie ma prawa bytu?

Na pewno łatwiej, niż płynąć na spotkanie z tym „czymś”. Zwłaszcza, że zaraz cię zaatakuje…

WILLIAM – A skąd taka pewność?

Tak mam tu napisane…

WILLIAM – Jasny…

 

To był moment. Naraz potężny podmuch przemknął tuż ponad łodzią. William poczuł, jak przenikliwy chłód przeszywa jego wątłe ciało. Tymczasem wiatr cały ten piekielny impet skierował w fioletowy pył, który wystrzelił nagle ku górze, kłębiąc się niby barwna chmura, wysoko nad głową włóczęgi.

William nie pojął z tego nic. Zrazu myślał, że to tylko mu się zdaje. Że, być może, majaczy. Wiatr tymczasem, uformowawszy z chmury jakiś przedziwny wir, cisnął nim zaraz całą dostępną sobie siłą, bezpośrednio w stronę łodzi. William skulił się odruchowo, czując na sobie dziesiątki razów wymierzanych przez drobne kryształki. Dawno już nikt go tak nie sprał. Upiór zaś, zakończywszy atak, zaczął powtarzać całą sekwencję ruchów. I znów. Wściekły podmuch. Wir. I kolejna salwa lodowych kryształków, po której William nieomal wypadł do wody. Uczepiwszy się łodzi, potrzebował już tylko chwili, by pojąć, do czego zmierzała sytuacja na rzece.

Chce mnie bydlę utopić! – syknął.

Pomyślał wtedy, że tak samo musiało być i z tamtymi. Że tonęli, atakowani przez wir. Nie mogli odpłynąć. Mroźny wiatr zamieniał ich mięśnie w bryły lodu. Wystarczyło właściwie wypchnąć ofiarę do wody, by ta nieomylnie poszła na dno. Podobnie zresztą jak William w najbliższej przyszłości.

 

WILLIAM – Powalający optymizm!

 

Kolejny atak. Tąpnęło potężnie. Chlusnęło wodą. Łódź podskoczyła, zawisając na moment nieruchomo nad rzeką. William z trudem utrzymał się na powierzchni, w ostatniej chwili ratując również i miecz. Wiosła, niestety, uciekły. Dziwna rzecz, ale zupełnie się tym nie przejął. Ogarniał go jakiś czarny fatalizm. Przeświadczenie, że wszystko dzieje się już poza nim.

 

WILLIAM – Fatalizm. Właśnie to słowo krążyło po mojej głowie.

Nie będę wiecznie szukał synonimów, tylko dlatego, że główny bohater jest skończonym osłem…

WILLIAM – A…

I nie pytaj, czym jest synonim!…

 

Rezygnacja płynnie przerodziła się w złość. William poczuł w sobie naraz jakąś olbrzymią determinację. Chęć walki. Kolejny lodowaty podmuch przyjął możliwie godnie. Naprężając mięśnie, nieomal zderzył się z wirem, nie okazując żadnych oznak cierpienia. Ból jednak odczuł. Nie było już kryształków, ale spore lodowe grudy. Wyglądało, że z każdym atakiem wir zamarzał od środka. Jedna z nich grzmotnęła Williama tak, że odkrył położenie piątej klepki. To bydlę! – syknął ponownie i wtedy (a wściekał się później, że dopiero wtedy) w jednej chwili zrozumiał wszystko. Wir zachowywał się jak… zwierzę. Napierał, wiedziony jakimś ślepym instynktem. Wolą przetrwania. Nie od razu przecież rzucił się na Williama. Dopiero, gdy ten począł wymachiwać rękami…

Podobnie zresztą musiało być i z innymi. Był to odruch zupełnie bezwolny. Wymuszony. Taki, jaki wywołać może kręcący się wokół głowy rój pszczół czy much. Upiór miał go zaś za zagrożenie. Próbę ataku. I bronił się, niczym zlęknione zwierzę. Bezmyślnie. Zaciekle. Rzeczywistość kpiła z włóczęgi o tyle, że William, z czym się dotąd nie zetknął, był w tym boju intelektualnie górą. Walczył przecież z jakimś lotnym tumanem. Debilem, o upośledzonym instynkcie, nie posiadającym, poza nim, absolutnie nic. William tymczasem miał po swojej stronie nie tylko broń, ale również wzrok, świadomość, a być może nawet i rozum. Nie starczało to jednak na owego bezmózga, syna przypadku i głupoty, który nic nie robiąc sobie z kolejnych niepowodzeń, dalej usiłował posłać włóczęgę na dno.

William bronił się dzielnie. Niezmordowany, przyjmował na siebie uderzenia coraz większych lodowych grud, nie szczędzących nawet jego pustej, acz zaskakująco twardej makówki. Ani myślał się poddać. Znosił kolejne ataki, prezentując wolę przetrwania godną najdzikszych karaluchów.

 

WILLIAM – Te swoje mądrości możesz zachować dla siebie!

Eee, nie…

 

Przez moment rozważał, czy nie położyć się nieruchomo na łodzi i w ten osobliwy sposób próbować oszukać wir. Upiór był przecież ślepcem. Bezruch musiał dla niego znaczyć tyle, co śmierć. Tylko jak w takiej pozycji wrócić na brzeg? I co, jeśli tamten ponowi jednak atak?

Nie mając lepszego pomysłu, William, swoim zwyczajem, „przykleił się” do łodzi, czekając nerwowo kolejnej szarży. Wtedy też stała się rzecz niepojęta. Wir, przypuściwszy następny szturm, w pewnej chwili… zwyczajnie runął do rzeki, zamieniony w ogromną lodową bryłę. Chlusnęło potężnie, podbiło łajbę, William ratował się, zwinnie jak kocur. Wyglądało, że upiór zwyczajnie zamarzł. Napierając bezmyślnie, z coraz większą agresją, ten lodowaty kretyn unicestwił się sam. W ten sposób William (jakże bohatersko!) ocalił miasto przed strasznym upiorem.

 

WILLIAM – Niech „pan złośliwy” raczy przyjąć do wiadomości, że na końcu zawsze liczy się efekt! A fakty są takie, że pokonałem upiora!

Ale ty wiesz, że ta bryła się w końcu roztopi?…

WILLIAM – To już problem Crowda. Ja swoje zrobiłem. Teraz zaś ruszam pospiesznie na brzeg, cieszyć się mianem zbawcy motłochu.

Pod warunkiem, że znajdziesz wiosła…

WILLIAM – Jasny gwint!

 

Rozglądał się na wszystkie strony, panicznie wyglądając swojej zguby. Ani śladu. Znikły, czy jak? Wspomniał sobie, że wir kilkukrotnie znosił przecież łajbę. Wiosła musiały być już więc daleko poza jego zasięgiem.

Niechby je wszyscy diabli!

Już bez większej nadziei rozejrzał się raz jeszcze. W oddali dostrzegł nadpływającą łódź. Dziwnie znajomą. Głupi ma zawsze szczęście – pomyślał.

 

WILLIAM – Wcale tak nie myślałem!

 

Dwie, widoczne na pokładzie sylwetki, choć zetknął się z nimi po raz pierwszy, rozpoznał włóczęga bez większych problemów. Cinkciarz i syn! Płynęli odebrać swoją własność.

William, mimo wszystko, był wcale kontent. Lepszy w końcu taki ratunek niż żaden. Nawet jeśli przyjdzie mu jednak zapłacić za „dzierżawioną” łódź. W najbardziej znanej włóczęgom walucie…

 

WILLIAM – To znaczy?

Guzy, rozcięcia, siniaki…

WILLIAM – Diabli! I co teraz?

Jak to, co? Spójrz za siebie…

WILLIAM – Ale wtedy…

ŁUP!

Koniec

Komentarze

Niekonwencjonalny zapis dialogów wynika z eksperymentalnej formy opowiadania.

Rozumiem, że eksperyment, ale zachęcająco to nie wygląda. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W jednym z opowiadań Anonim stosował już taki zapis dialogów i nikt nie zgłaszał jakichś większych zastrzeżeń. Jedna z osób nazwała to nawet fuzją opowiadania i sztuki teatralnej, dlatego Anonim pozwolił sobie na powielenie tego motywu. Inna rzecz, że konwencjonalny zapis dialogów w tym opowiadaniu naprawdę jest niemożliwy do zastosowania.

Anonim próbował. :(

Anonimie, wszak rozumiem, że to eksperyment – podzieliłam się tylko pierwszym wrażeniem. Nie jestem uprzedzona do eksperymentów. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane. Doceniam… że to nie jest wiersz.

W jednym z opowiadań Anonim stosował już taki zapis dialogów i nikt nie zgłaszał jakichś większych zastrzeżeń. Jedna z osób nazwała to nawet fuzją opowiadania i sztuki teatralnej, dlatego Anonim pozwolił sobie na powielenie tego motywu.

No i znamy już autora. :D

Również doceniam, że to nie wiersz. Zaciekawiło, lekko zmęczyło, ale niestety nie rozśmieszyło.

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Anonimie, w odróżnieniu od przedpiśców mi się podobało i rozśmieszało. 

Opowiadanie bawi przez barwną postać Wiliama, który potrafi z siebie żartować i mocno stoi na nogach. Wymiana zdań pomiędzy nim i przebiegłym szeryfem ze starej Walii oraz wymiana kąśliwych uwag z twórcą zawiera wiele humoru. Trafiła kosa na kamień. Charakterny oszust z tego Williama. 

Napisane dla mnie bardzo potoczyście:)

Klikam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Doceniam, że to nie wiersz i doceniam także to, iż nie jest to dramat, a w pierwszej chwili tak właśnie pomyślałam i aż się przestraszyłam, że teraz kolejne anonimy będą nas zasypywać dramatami właśnie. ;-)

Ku mojemu lekkiemu zdumieniu, podobało mi się. :D Sama historia może nie jest jakoś specjalnie barwna, ale dialogi bohatera z narratorem – rewelacja. I chyba właśnie o to Ci chodziło. Uśmiechnęło mi się w kilku miejscach. I generalnie zadowolona z lektury byłam, tym bardziej, że wcześniej nie zdarzyło mi się czytać czegoś podobnego.

Klik.

Forma ciekawa, treść trochę mniej.

Tekst ma swoje momenty. Rozmówki bohatera z narratorem mogą bawić, postać szeryfa te przypadła mi do gustu. Bloki narracji męczyły mnie jednak, długie i przegadane. Nie zaszkodziłoby im małe strzyżenie. 

Nie pomaga też ani pretekstowa fabuła, ani zasadniczo bierna postawa Williama, który po prostu płynie, płynie i zbiera po mordzie do skutku, przez co lektura zwyczajnie mi się dłużyła, a finał nijak tego nie wynagrodził. 

Fajny pomysł, ale trochę zbyt mało tu konkretów, by uciągnąć tak długi tekst.

 

Z technikaliów (w tekście mignęło mi więcej niedoróbek, ale nie notowałem na bieżąco, więc tylko to, co zapamiętałem):

W jednej chwili przeskoczył William o dobrych kilka szczebli społecznych.

Raczej szczebli drabiny społecznej.

William przysiadł niezdarnie na łajbie, próbując jednocześnie wyłapać wiosła.

Wyłapać wiosła?

Łódź rozkołysała się, nad czym William tylko pozornie próbował panować.

Udawał, że próbuje panować nad kołysaniem?

Przybywam się kajać.

Peterze, AQQ, dziękuję wam za poświęcony czas. Za rozczarowanie tym tekstem wypada jedynie przeprosić. 

Asylum, Irko, dziękuję za kliki i pozytywny odbiór. Dzięki wam, nie wpadam tutaj jak na własną stypę.

None, również dziękuję za poświęcony czas. Wypunktowałeś to, z czym (po cichu) się liczyłem, bo zbyt wielkie nadzieje na pozytywny odbiór oparłem na jednym elemencie. Na pewno nie jest to poziom opowiadania, którego bym od siebie oczekiwał. A przy okazji dobra lekcja na przyszłość: nie masz tyle czasu, by stworzyć tekst na odpowiednim poziomie, to zwyczajnie odpuść, zamiast pisać na siłę.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za odwiedziny.

Wcześniejsza obawa, co do sposobu podania Upiora, ustąpiła po przeczytaniu kilkunastu początkowych zdań. I choć treści w tej historii niewiele, to przynajmniej widać, Anonimie, że starałeś się, aby było zabawnie. I parę razy się udało, i pewnie mogłoby być jeszcze weselej, gdyby narrator nie usiłował błyszczeć cały czas.

 

Wa­ży­li coś w ko­tłach, słali ja­kieś modły. ―> Domyślam się, że w kotłach były specjalne wagi, wykorzystywane przez druidów do wznoszenia i słania dobrze wyważonych modłów.

Winno być: Wa­rzy­li coś w ko­tłach, słali ja­kieś modły.

 

przy­spie­szył kroku, pa­trząc z na­dzie­ją ja­kie­goś schro­nie­nia. ―> …przy­spie­szył kroku, wypatrując z na­dzie­ją ja­kie­goś schro­nie­nia.

 

Mokra od potu ko­szu­la le­pi­ła się do jego ciała. ―> Zbędny zaimek. Wiliam był sam, więc czy koszula mogła lepić się do innego ciała?

 

Nie­dłu­go zajął mu po­wrót do ko­rze­ni. ―> Nie­dłu­go trwał po­wrót do ko­rze­ni. Lub: Niewiele czasu zajął mu po­wrót do ko­rze­ni.

 

jakby pły­nę­ło się przez jakąś za­wie­szo­ną… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, fajnie, że Twoje obawy się nie potwierdziły i udało się jakoś przebrnąć przez tekst. Cieszę się, że dostrzegłaś w tym tekście parę zabawnych elementów. Opowiadanie nie wyszło do końca tak, jak powinno (delikatnie rzecz ujmując). Wiele elementów można tu było wykonać lepiej, więc całe moje nadzieje mogą się już opierać właściwie na tym, że czytający przebrną przez “Upiora” bez większego bólu. Z nadgorliwością narratora masz pełną rację. Mając świadomość pretekstowej fabuły próbowałem to jakoś “kompensować” humorem. Prościej i rozsądniej było skrócić długość tekstu o połowę. Myślę, że skorzystaliby na tym wszyscy. Ze mną na czele.

Szczególnie dziękuję za łapankę, podaną w takiej formie, że właściwie przyszedłem na gotowe, mogąc od razu wprowadzić wszystkie zmiany.

Za ten paskudny ortograf kajam się mocno. Tak uparcie polowałem na literówki w tekście, a na końcu zostaje taki babol. :(

 

Ano fajnie, Anonimie, pewnie że fajnie – potwierdzające się obawy nie są przecież niczym miłym. No i cieszę się, że łapankę uznałeś za przyjazną sobie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozbawiłeś mnie smiley. Przypomina mi to inny, fajny tekst napisany również na konkurs (jeśli w komentarzu piszesz o tym samym, to będę miała choć jednego odgadniętego autora smiley).

Płynnie się czyta, potrafisz bawić się słowem, humor jest jaki lubię, dlatego daję klika.

 

Powodzenia w konkursie smiley

Monique, cieszę się, że rozbawiłem. Opowiadanie, jak widać, nie ma większych ambicji niż wywołanie uśmiechu, więc jeśli się to udało, znaczy tekst spełnił swoją rolę. Pozytywny odbiór cieszy o tyle, że (jak pewnie widać w powyższych komentarzach) mam do siebie mnóstwo żalu o wykonanie tego opowiadania, więc każde dobre słowo jest dla mnie na wagę złota. I podnosi na duchu zarazem. :)

Dziękuję za klika. :)

Przeczytawszy.

Finkla

lozanf@fantastyka.pl

Anonim wita niezmordowanych Finklów. :)

Oj, nieco już są zmordowani tymi zaległościami wiszącymi nad łbem… ;-)

Babska logika rządzi!

Jest zabawnie i ciekawie. Historia to typowa komedia, więc ciężko mi coś większego napisać poza faktem, że śmiechło i to nie raz :)

Problemem z początku był zapis. Nie wiem, czy nie lepszy byłby zapis jak w dramatach czy sztukach teatralnych – ludzie są z nim bardziej obyci, a nic by ujął z całej prezentacji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finklo, będzie lepiej! Za chwilę skończy się konkurs, to chociaż z tej strony przestaną Cię zasypywać robotą. :) 

I jakże atrakcyjna wydaje się w takich momentach pospolita, znienawidzona powszechnie nuda. :-)

 

NWM, dziękuję za klika i komentarz. Fajnie, że rozbawiło, bo tekst nie oferuje w sumie nic więcej. Z tym zapisem faktycznie będę musiał na przyszłość pomyśleć. To był taki wariant typu: mniejsze zło. Optymalnego poszukuję. :)

Nuda. To musi być ciekawe zjawisko.

Babska logika rządzi!

Dobre, bo oryginalne formą.

Salw śmiechu nie wywołało (ale to się ostatnio nie zdarza zbyt często), ale uśmiech był. Kilka inteligentnych żartów się znalazło, i w ogóle napisane sprawnie i wprawnie :-)

Ciekawa sprawa:

WILLIAM – Parowóz to jeszcze nie ta epoka.

To może ciężko jak lokomotywa?…

Rozumiem, że humor i absurd i to jest okej, ale gdyby chcieć zrobić z tego pełnoprawne dłuższe opowiadanie, to William powinien raczej spytać "co to, u licha, jest parowóz, a narrator sam się palnąć w łeb, że no tak, epoka nie ta. Ale że fun rządzi się swoimi prawami, to nie jest to zarzut do tego opka. No i upiór całkiem fajny.

Początkowo, forma dialogów odpychała mnie od czytania tego opka, a tu już po pierwszych zdaniach okazało się, że to jest fajne. No i rzeczywiście forma zapisu dialogów pasuje do przyjętej konwencji. I jak się miałem okazję przekonać, wcale nie przeszkadzało w odbiorze – bo czytało się dobrze.

Jestem kontent.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Fajnie, że jesteś kontent, bo jak już wspominałem powyżej, opowiadanie nie wyszło do końca tak, jak powinno i każdy znaleziony w tekście pozytyw jest dla mnie na wagę złota.

Rozumiem, że humor i absurd i to jest okej, ale gdyby chcieć zrobić z tego pełnoprawne dłuższe opowiadanie, to William powinien raczej spytać "co to, u licha, jest parowóz, a narrator sam się palnąć w łeb, że no tak, epoka nie ta.

To był taki fragment zostawiony “na słowo honoru”. Przede wszystkim, jeśli William kwestionuje parowóz, to narrator nie powinien już wypalać z lokomotywą. :) 

Napisałem to w taki sposób, bo ten narrator miał być tutaj takim złośliwym, niezbyt zaangażowanym chałturnikiem, który opowie historię po najmniejszej linii oporu. Gdy więc William kwestionuje parowóz, narrator rzuca cokolwiek, byle tylko ten bohater, pisząc kolokwialnie, się od niego odchrzanił. Z kolei z Williama próbowałem zrobić kogoś pomiędzy bohaterem, a aktorem odgrywającym postać tego bohatera. To znaczy, z jednej strony w opowiadaniu jest średniowiecznym włóczęgą, z drugiej, wychodząc, jak gdyby, poza to opowiadanie, by podjąć dialog z narratorem, nie odczuwa już potrzeby odgrywania swojej roli.

To jest akurat taki element, który (jeśli będę się jeszcze tym eksperymentem bawił) pewnie będzie jakoś ewoluował.

Podziękował za odwiedziny i obszerny komentarz. 

Nie podoba mi się ten eksperyment z dialogami, ale sympatyczne opowiadanie :)

Znam tylko pięć liter ;)

Forma mnie z początku irytowała, ale potem do niej przywykłam. I nawet mi się całkiem podobało, choć bez jakichś nadmiernych zachwytów, bo przede wszystkim fabuła nieco za bardzo pretekstowa. Ale czytało się przyjemnie i jakkolwiek pewnie w pamięci na bardzo długo nie zostanie, i tak jest w wyższych strefach tego konkursu. Gdyby jeszcze brakowało głosów do biblioteki, kliknęłabym, co nie zdarzało mi się w tym funie zbyt często ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wyszło i śmiesznie, i oryginalnie. Zapis przywiódł na myśl dramat, początkowo trochę ciężko się czytało, ale potem uznałam go jednak za zaletę, a nie wadę. Powodzenia w konkursie :)

Anet, dziękuję za odwiedziny.

Miałem obawy, że będziesz się męczyć przy tym tekście, bo pamiętałem, że już ostatnim razem trochę się nacierpiałaś przez ten eksperyment. Chętnie bym Ci obiecał, że porzucę ten pomysł… ale nie chcę kłamać. :)

Bardzo mnie korci, żeby w przyszłości podjąć jeszcze jedną próbę i napisać to w końcu tak, jak należy.

 

Drakaino, również dziękuję za wizytę.

Twój komentarz cieszy mnie szczególnie, bo byłem pewien… że zrównasz to opowiadanie z ziemią. :)

Zapis dialogów dziwny, fabuła mocno zdawkowa, spora część bloków narracji prowadzi właściwie tylko do wymiany zdań między bohaterem, a narratorem. Jeśli jednak przebrnęłaś bez bólu i nawet trochę się spodobało, to naprawdę bardzo się cieszę, bo jak już pisałem powyżej, ten tekst to w zasadzie półprodukt. Nie tak on powinien wyglądać.

Szczególnie zaś ucieszyła mnie informacja o potencjalnym kliknięciu. Z tej części Loży, którą miałem przyjemność gościć pod swoimi opowiadaniami, chyba tylko jeszcze od Ciebie nie udało mi się “wyciągnąć” klika, więc nie będę nawet ukrywał, że bardzo na niego polowałem. :-)

 

Katiu, Tobie także dziękuję za wizytę.

Jeśli wyszło śmiesznie, to bardzo się cieszę. Ja, niestety, za bardzo w tym konkursie skupiłem się na humorze, inne elementy (z fabułą na czele) traktując po macoszemu, więc każda wizyta pod moim opowiadaniem budzi pewną obawę, że będę musiał świecić oczami. 

Z zapisem, jeśli faktycznie wrócę kiedyś do tego pomysłu, na pewno będę kombinował. Mnie samemu źle się na niego patrzy, więc nawet, jeśli można się do niego przyzwyczaić, to jednak będę tu szukał bardziej “konwencjonalnych” rozwiązań. 

Podziękował za pozytywną opinię.

Eksperymentuj do woli, nie cierpię aż tak bardzo ;)))))

Znam tylko pięć liter ;)

Anonimie, ależ ja lubię zabawy i eksperymenty z formą, jeśli są sensowne i coś wnoszą do tekstu. Lubię też, jeśli autorzy mają świadomość formy, a nie tylko treści. W sumie to bardzo nie przepadam za tekstami, w których chodzi jedynie o fabułę ubraną w nijaką, bezbarwną formę, byle pchać akcję do przodu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Całkiem przyjemne, czytało się dobrze, no i mnie w sumie przypadł do gustu fakt, że z bohatera jest żaden, jak by to powiedzieć, bohater i że ostatecznie w swej głupocie to upiór załatwia się sam. W końcu jaki wiedźmin, takie bestie…

Tak jak ninedin, spodobał mi się fakt, że bohater nie “rumakuje” za bardzo i wychodzi zwycięsko z potyczki… chociaż czy on na pewno wychodzi zwycięsko? :D Więc – w ogóle wychodzi z potyczki raczej dzięki fartowi i pewnej dozie sprytu. Jednak całość fabuły nie była dla mnie do końca zrozumiała, była raczej pretekstowa, a akcja pędziła i brakowało jej solidniejszego umotywowania.

Forma zapisów dialogów nie przeszkadzała mi w ogóle, a sam pomysł na przepychanki między bohaterem a narratorem uważam za bardzo dobry jako źródło humoru i na dodatek fajnie wykonany – to właśnie w tych momentach pojawiały się uśmiechy. Podobało się :)

Anet, to: “aż tak bardzo” było bardzo wymowne. :-)

 

Drakaino, dla mnie to bardzo dobra informacja, bo takie eksperymenty świetnie się sprawdzają do maskowania braków warsztatowych. :)

Inna rzecz, że jednak (przynajmniej w moim odczuciu) tekst wypadłby dużo lepiej, gdyby sam eksperyment uzupełniał fabułę, zamiast ją zastępować. :)

 

Ninedin, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Taki bohater, nie będący w gruncie rzeczy bohaterem jest o tyle wdzięczny, że mniej przewidywalny dla czytelnika, więc i przyjaźniejszy autorowi, bo dający możliwość wykazania się pomysłowością. Poza tym, taki klasyczny bohater wydał mi się męczący. Jeśli eksperymentować z formą, to nie po to, żeby przy bohaterze iść w sztampę. 

 

Nir, powitawszy.

chociaż czy on na pewno wychodzi zwycięsko?

Zwycięzców się nie sądzi! XD

Fabuła tego opowiadania, niestety, pojechała na urlop. Żeby napisać ten tekst tak, jakbym go sobie wyobrażał, potrzebowałem jeszcze minimum dwóch miesięcy, dlatego to, co tutaj wrzucam, jest tak naprawdę formą zgniłego kompromisu między chęciami, a możliwościami czasowymi. Mam nadzieję, że kiedyś w końcu uda mi się poskładać ten pomysł zgodnie z moim wyobrażeniem. 

Jeśli mimo fabuły tekst się podobał, to mogę się tylko cieszyć.

Również dziękuję za przeczytanie i podzielenie się opinią.

Powodzenia w sprincie na sto metrów komentarzy. :)

 

Podobało mi się. :)

Historyjka lekka, ciekawa. Wtrącenie Williama w narrację i przekomarzanki z narratorem zabawne. Wyobraziłam sobie makietę tego mini-świata, i Narratora, który patrzy na ten świat z góry. I miny Williama reagującego na to, co słyszy. Fajne :)

Ej, to Ty sugerowałeś, że cierpiałam, przecież napisałam, że sympatyczne ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, czułem że ta perfidna prowokacja z mojej strony nie pozostanie bez odzewu. ;-)

 

Saro, dziękuję za odwiedziny. I ja nieraz wyobrażałem sobie Williama gapiącego się z naburmuszoną miną w niebo i wymachującego bezradnie pięścią w odpowiedzi na kolejne zgryźliwości narratora. Nawet jeśli tekst nie wyszedł idealnie, to i tak chyba ciężko mi wskazać drugi, którego pisanie sprawia tyle frajdy. :)

Wiesz, bo ja lubię mieć ostatnie zdanie (nawet jeśli ma brzmieć “masz rację” ;))

Znam tylko pięć liter ;)

Bardzo fajny pomysł z zapisem dialogów. Podobała mi się dyskusja pomiędzy bohaterem a narratorem. Plus za to. trochę humorystycznie ale niezbyt śmiesznie.

Tomaszu, pięknie Ci dziękuję za odwiedziny, poświęcony czas i opinię. Mocno śmieszne chyba być nie mogło, bo też i cały humor w zasadzie opierał się na tych przekomarzaniach narratora z bohaterem. Jeśli ta dyskusja, jak i zapis dialogów przypadły Ci do gustu, to bardzo się z tego cieszę, bo też jest to dla mnie sygnał, że mogę się bawić w podobny sposób w przyszłości bez większej szkody dla czytelnika.

Jeszcze raz dziękuję za komentarz. 

Hmmm. Najśmieszniejszym elementem wydają mi się przekomarzanki między protagonistą a narratorem. To jest fajne, misie.

Fantastyka niby jest. Ale wir stanowi element niewiele bardziej istotny od tła, rekwizyt. Ot, ma być niebezpiecznie, więc jest. Dzięki temu bohater wpada w tarapaty.

Fabuła daje radę, ale nie gra tu pierwszych skrzypiec.

Nie nazwałabym postaci głębokimi, to raczej szkice i schematy niż pełnowymiarowe twory.

Burzenie czwartej ściany i forma w miarę oryginalne, za to plusik.

Gorzej z warsztatem. Niby nie jest źle, ale trafił się problem z pisownią łączną/rozdzielną, literówka, jakieś powtórzenie, uciekające podmioty…

Babska logika rządzi!

Dzień dobry, Finklo. Dawno nie dziękowałem za komentarz jurorski. :)

Zapis dialogów nie bolał?

Fabuła daje radę, ale nie gra tu pierwszych skrzypiec.

Cholera, a już chciałem się chwalić, że stworzyłem awangardowe opowiadanie bez fabuły. :)

Gorzej z warsztatem. Niby nie jest źle, ale trafił się problem z pisownią łączną/rozdzielną, literówka, jakieś powtórzenie, uciekające podmioty…

Nie ma Tarniny, nie ma warsztatu. XD

A tak poważnie, to jak na tekst“klejony” naprędce z jakichś starych zapisów, notatek, powycinanych naprędce fragmentów, to i tak cud, że to wszystko złożone w całość jako tako się trzyma i przynajmniej udaje w miarę pełnoprawne opowiadanie.

Ponoć do trzech razy sztuka, więc jak starczy zapału i chęci, to może to kiedyś w końcu napiszę opowiadanie w tej formie, jak trzeba.

Prawie Arnubis tradycyjnie dziękuje za komentarz jurorski. Akurat przy tym tekście każda opinia była dla mnie szczególnie istotna, bo opowiadanie do “normalnych” nie należy, więc i odbiór (nawet jeśli to już druga próba) był zagadką.

 

Nie, nie bolał. Widzisz, bolą w oczy głównie niezamierzone błędy. Wszystko można, co nie można, byle wolno i z ostrożna. Tak sobie wymyśliłeś, takiej formy dialogów potrzebowałeś do tekstu i koniec dyskusji.

Ej, albo stań na własnych nogach, albo za każdym razem wymieniaj Tarninę jako współautorkę. ;-p

Babska logika rządzi!

Zaraz współautorkę. Toż to zwykła korekta. XD

No, jeśli taka niezastąpiona, za cały warsztat odpowiada, to już nie zwykła… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka