- Opowiadanie: Crucis - Bogowie słońca

Bogowie słońca

Przede wszystkim chciałbym ogromnie podziękować black_cape za betę, bez której to opowiadanie wyglądałoby zdecydowanie gorzej. Nieocenione były wszystkie uwagi, poprawki, pomysły. Bardzo dziękuję!

Co do samego opowiadania: Starałem się połączyć tutaj motywy plemiennych rytuałów i naukowych badań, oczywiście każda historia jest przedstawiona osobno. Nie będę się szczególnie tutaj rozpisywał. Proszę o opinię, uwagi, komentarze i życzę miłej lektury! :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bogowie słońca

Rozszalałe światło słońca oślepiło wychodzącego z namiotu Tomakina. Mężczyzna zmrużył oczy i powoli rejestrował kolejne obiekty wyłaniające się z nieznośnej światłości.

Pierwszą ciemną plamą był wychudzony pies, który błądził niedaleko w poszukiwaniu jedzenia.

Kolejna plama była duża i zaraz rozpoznał ją jako namiot, przed którym siedział ciemnoskóry starzec o siwych włosach. W drżącej dłoni trzymał wyschnięty owoc i oderwawszy mały kawałek, z właściwą dla wieku ociężałością włożył go do ust. Żuł długo i dokładnie.

Wzrok powoli przyzwyczajał się do światła. Tomakin dostrzegał już ludzi krzątających się w oddali. Niewielka grupa kobiet wracała z dzbanami wody. Mężczyźni chowali się w cieniu namiotów i jasnych drzew o surowym wyglądzie.

Oczy w końcu przywykły. Nad namiotami w wiosce górował jeden masywny kształt – Czarna Arka przy głównym placu. Obiekt budzący we wszystkich członkach plemienia jakiś nabożny niepokój. Mężczyzna ostrożnym krokiem, osłaniając twarz przed światłem, ruszył przed siebie, ostatecznie opuszczając kojącą ciemność.

Słońce w zenicie zdawało się karać świat za wszystkie występki przeciwko boskim prawom. Jednemu z członków plemienia wymierzyło najwyższą karę – leżał w pełnym słońcu, nie ruszając się, a pusty wzrok wbił głęboko w niebo. Niedługo później, kiedy minie piekielne południe, zwłoki zostaną sprzątnięte i najbliższej nocy wrzucone do kanionu.

Tomakin niespiesznie poszedł w stronę głównego placu wioski, chowając się w cieniu, kiedy tylko mógł. Celem jego wędrówki był namiot szamana o imieniu Popé, z którym miał dziś porozmawiać. Coś wewnątrz niego aż podskakiwało z radości na tę myśl. Mężczyzna, odkąd tylko pamiętał, był zafascynowany owym starcem. Całe to rozmawianie z duchami, bycie bliżej bogów i wszystkie inne nieziemskie sprawy. A przede wszystkim jedna z największych tajemnic wioski – Czarna Arka, o której, chodziły słuchy, Popé wiedział coś więcej. Człowiek ów, znany ze swej mądrości, był dla Tomakina największym autorytetem w wiosce. Zresztą nie tylko dla niego.

Przystanął na chwilę i spojrzał na zachód. Gdzieś daleko nad horyzontem kłębił się ogromny dym. Nocą był czerwonawy, czasem pomarańczowy. Starsi ludzie w wiosce mówili, że to piekielne bramy się uchylają i niebawem ogień, dym i złe moce ogarną świat. Wszyscy oczekiwali kataklizmu.

– Hej, dokąd idziesz? Przecież jest południe – rozbrzmiał głos zza drzewa.

Mężczyzna odwrócił głowę i ujrzał twarz kobiety. Siedziała oparta plecami o pień. Nie zauważył jej z początku, ale zaraz rozpoznał w niej Lindę – starszą od niego o parę lat matkę kilkorga dzieci.

– Na plac – odpowiedział. – Muszę porozmawiać z Popé.

– Bierzesz jutro udział w obchodach?

– Tak – powiedział bez większych emocji, czując, jak słońce nieznośnie pali go w dłoń, którą wystawił z cienia. – Zostałem wybrany na pomocnika przy obrzędzie.

– Oby nic ci się nie stało. – Linda nieco ożywiła się na tę wiadomość. Od razu uciekła wzrokiem gdzieś w piach, jak zwykle, kiedy zaczynała czuć niepokój. – Sam wiesz. Zresztą to mi się w ogóle nie podoba. Po tym, jak Koze zginął… – Dalej świdrowała grunt pod stopami. – Kiedy wpadł do kanionu. Wszyscy mówili, że ty zostaniesz następnym asystentem…

– Sam tego chciałem i to od małego, przecież wiesz. Nic mi nie będzie. Mam jeszcze wiele siły.

– Mam taką nadzieję – powiedziała po chwili, skacząc oczami to na twarz mężczyzny, to z powrotem na ziemię. – Pamiętasz Mikchę?

– Był chory, dlatego umarł.

– A Etnę?

– Od dziecka była dziwna. – Zaczynał być zirytowany tą rozmową. Puste gadanie nie mogło zmienić zupełnie niczego. – Nikt nie był zaskoczony, że popadła w obłęd.

– Ale, Tomakin, wiesz, że i tak będę się martwiła…

– Spokojnie – przerwał jej, przywdziewając lekki uśmiech – wierzę, że Bogowie Słońca będą łaskawi.

 

* * *

 

– Daleko jeszcze? – spytał Nadir.

– Kawałek – odpowiedział Zenit. – Dwa lata świetlne z hakiem.

– Może już jutro będziemy na miejscu – stwierdził pierwszy.

– DR-045, gwiazda ciągu głównego, trzy planety skaliste i dwa gazowe olbrzymy.

– Dalej nie mogli nas wysłać? Cholerne rubieże. W takie miejsca przecież nikt się nie zapuszcza.

– Niczyja to wina, że akurat ta gwiazda jest tak daleko. Kazali lecieć, to trzeba lecieć.

– Trzecia planeta znajduje się w ekosferze, czy tak?

– Tak, w zasadzie na skraju. Trochę tam ciepło.

– Ślady inteligentnego życia?

– Brak.

– Sprawdzamy?

– Nie ma sensu, i tak jest tam za gorąco. Zresztą, gdybyśmy tak każdą mieli sprawdzać…

– Ale może powinniśmy.

– Może tak – powiedział Zenit nieco obojętnym tonem – ale wiesz, jak jest. Góra w życiu nie da nam tyle czasu. Zresztą nie mamy aż takiego doświadczenia naukowego, żeby powierzano nam przedsięwzięcia tego kalibru. Jednak cywilizacje to poważna sprawa.

Kokpit skrzył się milionem kolorowych przycisków, przypominając rozgwieżdżoną sferę niebieską, trwającą niezmiennie za przednią szybą statku.

– O! – zakrzyknął Zenit. – W końcu łapiemy zasięg! Nadir, podkręć muzykę!

Drugi mężczyzna bez zawahania sięgnął w gąszcz przycisków i po chwili wewnątrz statku rozległa się głośna, rytmiczna muzyka. Zaczęli kiwać głowami, spoglądając po sobie, uśmiechając się.

– Tak można pracować! – dodał. – Zaraz skoczę zrobić coś do jedzenia. Masz jakieś preferencje?

– Byle nie z pomidorami. – Nadir rozłożył się wygodnie w fotelu. Nogi założył na pulpit, a dłonie splótł na karku. – I dużą szklankę soku jabłoranowego, wiesz tego z Gai 4. A zresztą, weź cały dzbanek! Nie po to zrobiliśmy po drodze zapas, żeby teraz oszczędzać!

 

* * *

 

Namiot szamana znajdował się tuż przy głównym placu i Arce. Ciemny, pobłyskujący lekko materiał, z którego była zrobiona, sprawiał wrażenie solidnego. Po bokach od korpusu odchodziły dwa ciemne płaty, przypominające nieco złożone skrzydła. Najważniejszy jednak był kanciasty rysunek na głównym korpusie. Przedstawiał Bogów Słońca, którzy według legendy podarowali ludziom tę Arkę, by mogli modlić się do niej, a kiedyś – gdy nadejdzie kres dziejów – odlecieć nią do boskich krain.

Tomakin przypatrywał się przez jakiś czas czarnemu cielsku Arki. Przywodziła na myśl zwierzę szykujące się do ataku. Trudno było nie odczuwać napięcia w jej obecności. Obiekt fascynował go od zawsze. Raz nawet próbował wypytać Popé o ów niesamowity twór, ale ten jedynie zmarszczył brwi i powiedział, że taka wiedza jest zarezerwowana dla szamanów. Droga do tajemnicy miała więc określoną ścieżkę.

Żołądek podskoczył Tomakinowi do gardła, gdy usłyszał, jak Arka syknęła przeciągle niby ogromny wąż. Rozwarła paszczę, a z jej wnętrza wyszedł Popé, skąpany w zimnym świetle bijącym z wnętrza świętego obiektu. Po ziemi rozlał się podmuch chłodnego powietrza.

– Tomakin – przywitał go szaman, zachowując niewzruszony wyraz twarzy. – W końcu jesteś.

– Chciałeś mnie widzieć – odpowiedział i wykonał lekki ukłon.

– Chodź. – Ogromne szczęki poczęły się zamykać, kiedy tylko Popé dotknął stopami wysuszonego gruntu.

Tomakin poszedł za szamanem, który, odsłoniwszy brunatną płachtę stojącego niedaleko namiotu, zanurkował w ciemność wewnątrz.

Kilka much beztrosko korzystało z osłony przed słonecznym żarem, bzycząc nieznośnie. Tomakinowi zaschło w gardle od tej całej podróży. W powietrzu unosił się ciężki, ziołowy zapach, od którego mężczyzna doznał lekkiego zawrotu głowy. Popé usadowił się pod przeciwległą do wejścia ścianą.

– Chodź, usiądź – zaprosił go szaman i wskazał ręką miejsce.

Mężczyzna siadł, a Popé bez dłuższego wstępu zaczął mówić.

– Dzisiaj o północy rozpoczniemy modły do Bogów Słońca – zaczął nieco ochrypłym głosem Popé. W jego oczach Tomakin dostrzegał dziwny niepokój, jakiś cień szaleństwa albo mistyczne natchnienie. Trudno było stwierdzić. – Tegoroczna susza wyjątkowo doświadczyła nasze plemię. A do tego gdzieś w oddali pojawił się dym i ogień. To zły omen. Tylko modły do najpotężniejszych bóstw mogą nam teraz pomóc. Nie ma innego wyjścia.

– Tylko dlaczego zaczynać akurat o północy? Czy Bogowie Słońca nie udają się wtedy na spoczynek?

– Tak. – Szaman uśmiechnął się lekko. – To część planu. Szeptać będziemy Bogom modlitwy przez sen, a kiedy wstaną, będą bardziej skorzy nas wysłuchać.

– Twoja mądrość nie zna granic, czcigodny! – Za każdym razem słowa Popé poruszały w nim jakąś religijną strunę. Czuł, że może mu zaufać.

– Użyjemy Świętego Kaktusa, by porozumieć się z Bogami.

– Wszyscy…? – dopytał Tomakin.

– Wszyscy biorący udział w obrzędzie.

Coś przekręciło mu się w trzewiach. Święty Kaktus spożywany był tylko raz do roku z okazji innej uroczystości i to tylko przez szamana i jego asystentów. Nigdy nie słyszał, żeby korzystano z niego w celu wspomożenia zwykłej modlitwy, nawet w tak palącym przypadku. Te słowa postawiły modlitwę do Bogów Słońca w zupełnie innym świetle.

– Czy to na pewno bezpieczne? – spytał Tomakin.

– Będziemy ostrożni – oddalił pytanie. – Jeśli będziecie dokładnie podążać za moimi instrukcjami podczas modłów, to nic takiego nie powinno się stać. Pod żadnym pozorem nie możemy rozzłościć Bogów. Inaczej zostaniemy skazani na spłonięcie w promieniach wściekłego słońca.

– Ile osób jeszcze spożyje…? – Tomakin, nie dokończywszy zdania, przełknął ślinę i przypomniał sobie o suchości w gardle.

– Oprócz ciebie trzech członków plemienia – odparł. – Modły potrwają do południa następnego dnia. Ponadto – dodał – po tym wszystkim mam zamiar wyłonić kandydata na kolejnego szamana w wiosce. Staraj się, a może, być może, twoja ciekawość zostanie zaspokojona. Rozumiesz, o czym mówię?

– Rozumiem – powiedział Tomakin, otępiały od mieszanki uczuć nadziei, radości i strachu.

 

* * *

 

– Pam, pam, ra-pa-pa-pam! – Nadir nucił do rytmu i machał dłońmi, jak gdyby trzymał w nich pałeczki perkusyjne. – Jasna cholera, Zenit! Czemu już nie robią takiej muzyki?

– Komercja – skwitował krótko. – Przynajmniej jeszcze można ich usłyszeć w radiu.

Przez kilka dobrych minut słuchali muzyki. W końcu Zenit zauważył za oknem coraz bardziej jaśniejący jasnobrązowy punkt.

– Coś dużego jest niedaleko. To trójka?

– Co? – Pytanie przerwało Nadirowi znęcanie się nad wyimaginowanym werblem. – Nie, Radio Kwazar.

– Planeta, kretynie. Sprawdź radar.

– Ach! – Odwrócił się w stronę jednego z wielu holograficznych ekranów. – Na to wygląda. Trzecia od gwiazdy.

Zenit wbił wzrok w planetę i utonął w myślach. Kiedy podlecieli trochę bliżej, zaczął zauważać niebieskie i brązowo-zielone plamy. Oceany i kontynenty. Dziesiątki razy widział coś podobnego, ale wrażenie, jakie odczuwał, pozostawało takie samo.

– Robimy asystę grawitacyjną? Oszczędzimy trochę paliwa. – Nadir wyrwał kolegę z zamyślenia.

– Dobry pomysł. Pomóc ci?

– Nie trzeba. – Machnął ręką. – W mig się uwinę.

Przeleciało kilka piosenek.

– Myślisz, że kiedyś powołają grupy badawcze poszukujące mało rozwiniętych cywilizacji? – zapytał Nadir, zauważywszy, że Zenit wpatruje się od dłuższego czasu w planetę.

– Może – odparł. – Pytanie tylko, pod jakim kątem górze by się to opłaciło.

– Cóż, wymiana handlowa raczej nie wchodzi w grę, zasoby naturalne można wydobyć z asteroid i niezamieszkałych planet.

– Masz rację – przyznał Zenit – ale chyba nawet nie o nawiązywanie kontaktu tutaj chodzi. Lepiej jest wiedzieć o takich rzeczach, mieć jakąś bazę danych albo coś.

– Bardzo to byłoby szlachetne, światłe i dojrzałe. – Nadir wbił wzrok w sufit. – Jak na cywilizację wieloplanetarną, oczywiście. Tylko kwestie finansowe…

– Tak, kwestie finansowe – powtórzył po koledze. – Nie wynikłoby z tego nic, oprócz niepożądanej odpowiedzialności.

– Ha, ha! Trafne słowa!

Nadir milczał przez chwilę, zbierając myśli.

– Zresztą w ogóle tego nie rozumiem – ciągnął dalej. – To znaczy, że po Katastrofie nie powołano zespołów poszukujących ludzi, którzy rozpełzli się po galaktyce. Przecież w przestrzeń kosmiczną poleciały wtedy setki, jeśli nie tysiące statków! Równie dobrze możemy mijać takie przytułki ludzkości przy okazji rutynowych badań.

– Poleciały tysiące, znaleziono dwa, a w każdym z nich tylko trupy. Tych paręset lat chyba nie wystarczy, żeby cywilizacja się podniosła. Wyobrażasz sobie zresztą, jaki to musiał być chaos.

– Aż dreszcz człowieka przechodzi! Chociaż z drugiej strony tamte dwa odkrycia sporo pchnęły do przodu badanie Katastrofy. W ogóle pchnęły nas, jako gatunek, w kierunku dawnej świetności.

– Trudno się kłócić. – Nadir świdrował wzrokiem sufit. – Chociaż… Całkiem możliwe, że dlatego badamy jądra gwiazd. Może od tej strony góra chce rozwikłać zagadkę Katastrofy. Masowa awaria Sfer Dysona miała w niej duży udział. Może to po prostu przynosi bardziej wymierne efekty niż poszukiwanie po galaktyce zaginionych statków?

– Racja – przyznał Zenit. – Ale gdyby znaleźć taki statek… Cholera, może cała zagadka rozwiązałaby się ot tak!

– Taa… Można pomarzyć.

Muzyka dalej grała. Nadir wrócił do tłuczenia w niewidzialny werbel, a Zenit zaczął przygotowywać sprzęt niezbędny do badań. Asysta grawitacyjna została zakończona sukcesem. Pomknęli prosto w stronę żarzącej się jasno gwiazdy. Bębny perkusyjne strzelały z radia, gitara i bas dopełniały dzieła, a słowa wokalisty płynęły, niesione falami radiowymi z jakiegoś dalekiego zakątka galaktyki. Aż Zenitowi i Nadirowi przypomniały się czasy, kiedy jeszcze w szkole chadzali razem na koncerty. A cóż to były za koncerty! Dzikie, niesamowite przedstawienia, gdy czuło się, że w zasadzie wszystko jest możliwe.

 

* * *

 

W ciemności dudniły bębny. Niskie, poruszające trzewia dźwięki, sprawiające, że ciało samo zaczynało pląsać i podskakiwać. W centrum tego wszystkiego płonęło wielkie ognisko. Uderzenia przeplatały się z rytmicznie wypowiadanymi słowami. Każda sylaba miała właściwe sobie miejsce. Najpierw szaman wypowiadał frazę, potem wszyscy wokół ją powtarzali. Zaklęcie wzmocnione krzykiem dziesiątek gardeł, złączone w błagalną prośbę o łaskę.

Jeden z głosów należał do Tomakina, który stał w środku kręgu, obok szamana. Cienie zmieszane z odblaskami ognia tańczyły na zmęczonych, ale pełnych nadziei twarzach. Oczy skrzyły się dziwnym blaskiem. W religijnym uniesieniu wszyscy czuli bliskość boskiej rzeczywistości. Każdy miał wrażenie, że jego głos do kogoś docierał.

Fraza toczyła się kołem. Po stu powtórzeniach następowała zmiana zaklęcia i cykl wracał do początku. Kolejne sto powtórzeń mieszaniny słów i bębnienia, wrzasków i uderzeń.

Refleks płomieni tańczył na czarnym materiale Arki, majaczącej gdzieś na granicy ciemności. Co jakiś czas, kiedy Tomakin akurat spoglądał na zachód, widział skłębiony ogromny dym, spowity czerwonawą łuną. Odnosił wrażenie, że te skłębione tumany zbliżyły się nieco od czasu ostatniej nocy.

Dziesięć zaklęć później wszystko, oprócz jednego, dudniącego ciężkim basem bębna, ucichło. Powietrze wibrowało w rytm „tam, Tam, tam, Tam”, z początku powolny, później coraz szybszy i głośniejszy.

Popé śpiewał sam, skupiając się na członkach plemienia, których wyznaczył do pomocy w odprawianiu rytuału. Wykonał nad każdym kilka enigmatycznych gestów, okadził z osobna dymem z długiej fajki i podał niewielką miseczkę pierwszemu z czwórki wybranych. Dym i rytualne gesty powróciły jeszcze raz. Drugi dostał swoją porcję cieczy, znów wszystko się powtórzyło i przyszedł czas na Tomakina.

Wziął do ręki miskę, ledwie zdążył powąchać i wypił od razu całą zawartość naczynia. Lepiej było nie okazywać niepewności, nie tylko przed Popé, ale też przed pozostałymi członkami plemienia. Jego odwaga miała promieniować na wszystkich. Oczywiście mężczyzna doskonale wiedział, co pije. Wywar ze Świętego Kaktusa działał dopiero po pewnym czasie, ale jego serce już mocno waliło w piersi. Tomakin nie okłamywał siebie, że nie odczuwał wobec t e g o strachu. Zwłaszcza że do dziś był najwyżej obserwatorem rytuału z ową miksturą. Teraz miał przekonać się na własnej skórze o jej działaniu.

Przełknął gorzką ciecz, wszystko powtórzyło się według schematu i czwarta osoba dostała swoją porcję w akompaniamencie rytmicznie wybrzmiewających uderzeń.

Szaman odprawił rytuał z Kaktusem. Tym razem przypadła jego kolej. Uniósł miskę wysoko nad głowę, jak gdyby chciał pokazać ją niebiosom. Tomakin widział jedynie ciemny zarys jego sylwetki na tle płonącego ogniska, którego żar nieznośnie przypominał słońce.

Bęben zadudnił ostatnim „TAM, TAM, TAM, TAM”. Popé szybkim ruchem wychylił zawartość naczynia, a zewsząd wybuchły z pełną wściekłością wrzaski, dudnienia mniejszych bębnów. Wrócili do pierwszego zaklęcia. Cykl zatoczył koło.

 

* * *

 

Tarcza DR-045 zajmowała już znaczną część przedniego panelu widokowego, pokrytego teraz filtrem. Gwiazda była jasna, ale nie raziła. Wyglądała po prostu jak przez ciemną szybkę. Rozróżnić można było czarne plamy i łuki plazmy na tle sfery niebieskiej.

Zenit i Nadir za każdym razem czuli respekt do gwiazd. Ten ogrom nijak miał się do wesoło migających punktów na nocnym niebie. W pobliżu tak wielkiego i groźnego obiektu w każdym drżała jakaś głęboka, pierwotna nuta, która kategorycznie zabraniała przebywania w podobnych miejscach. Obowiązki zawodowe kazały jednak za każdym razem ów wewnętrzny głos ignorować.

– Tarcza elektromagnetyczna?

– Jest. Przygotowałeś aparaturę?

– Wystarczy nacisnąć guzik.

– Widzisz? – Nadir wskazał palcem w kierunku gwiazdy. – Tam jest ciemna plama.

– Przez nią wlecimy? – Zenit wystukał kilka komend na głównym panelu. Ekran wyświetlił kilka bladobłękitnych linijek tekstu. – Plama typu Hki, powinna być bezpieczna.

– Tak, te są względnie niegroźne. Mamy tarczę, więc nie powinno się stać nic złego, ale wiesz…

– Przy wlatywaniu do środka gwiazdy ostrożności nigdy za wiele. – Obaj mieli teraz w głowach fragmenty z przepisów BHP przy badaniu gwiazd.

Zadanie nie było aż tak skomplikowane. Wystarczyło wlecieć, wykonać kilka operacji na jądrze i zebrać dane. Tylko szybka, miejscowa destabilizacja cyklu protonowego, złapanie tego, co się dzieje w okresie przejściowym między cyklem stabilnym i niestabilnym, a potem już tylko wrócić, zdać raport, odpocząć.

– Co mogłoby pójść nie tak? – podsumował Zenit, mimo że słowa “destabilizacja” i “jądro” w bliskiej odległości od siebie wywoływały w nim niepokój. – Satelity lokalizujące są już prawie na orbicie. Możemy lecieć. A w drodze powrotnej może przenocujemy na Gai 4? Zawsze to dobrze zrelaksować się po pracy.

– Mądrego to aż miło posłuchać – Nadir wyszczerzył się niespokojny. – Szkoda tylko, że nie można posłać tam sondy zamiast ludzi, nie? – Szturchnął Zenita łokciem i posłał kolejny niewesoły uśmiech. – Niby nikomu nigdy się nic nie stało przy badaniach…

– Niby tak – odparł Zenit. – Zresztą ostatnio przy testach potwierdzono, że tarcza wytrzymuje temperatury o wiele wyższe, niż te panujące wewnątrz gwiazd – dodał, próbując pocieszyć w równym stopniu kolegę, co samego siebie. – A, że odcina jakąkolwiek łączność, to swoją drogą. 

– Wspominałeś mi o tym kilka dni standardowych temu. – Nadir zawiesił głos na niepokojąco długą chwilę. – To lecimy?

– Lećmy.

I pomknęli w stronę żarzącej się gwiazdy, a w głowach mieli: korona, chromosfera, fotosfera, strefa konwektywna, strefa promienista, jądro… Rósł przed nimi bezbrzeżny, poruszający się niemal niedostrzegalnym ruchem ocean ognia. Korona, chromosfera, fotosfera, strefa konwektywna, strefa promienista, jądro…

 

* * *

 

Rzeczywistość nabrała intensywności.

Wpływ Świętego Kaktusa poczuł dopiero w momencie, kiedy po zakończeniu kolejnego cyklu wypił następną miskę płynu. Serce waliło mu prawie jak jeden z bębnów, na których grali jego współplemieńcy. Wewnętrzne rozedrganie, wyobcowanie ze świata i samego siebie. Tłuczenie zaczęło go drażnić, było strasznie intensywne, gęste, aż nie do wytrzymania. Rytm usunął się gdzieś na drugi plan, sama natarczywość dźwięku atakowała jego uszy. Śpiew, który wyrywał się z dziesiątek gardeł, również nie pomagał. Miał poczucie, jak gdyby wszystko zmieniło miejsce, wyszło z właściwej dla siebie pozycji. Każdy zmysł, to, co działo się w nim i poza nim, nabrało wymiaru dziwności.

Świat zmiękł i stwardniał jednocześnie, kolory ściemniały i pojaśniały, a kształty naprzemiennie sprawiały wrażenie ostrych i obłych.

Minęło nieco czasu, zanim wszystko wróciło na swoje miejsce. Świat z powrotem trafił na właściwy tor, lecz zdecydowanie nie był taki sam jak wcześniej. Teraz asystent szamana w pewien sposób rozumiał każdą rzecz, która go wcześniej drażniła. Tomakin dostąpił swego rodzaju objawienia, a przynajmniej tak sobie to tłumaczył. Modlitewne zawodzenia splotły się w jedno, a mężczyzna nie miał już własnego głosu, nie miał własnych oczu ani uszu i w żaden sposób mu to nie przeszkadzało. Tańczył i wyśpiewywał modły dalej, mimo że pot zalewał mu oczy, a w piersi brakowało tchu.

Dźwięk już nie tyle poruszał w nim jakąś wewnętrzną strunę – teraz przenikał go na wskroś, penetrował najgłębszą płaszczyznę istnienia. Głos modlitwy i dudnienia zdawał się unosić w stronę nieba, które jeszcze nigdy nie sprawiało wrażenia aż tak ogromnego. Słowa leciały w przestrzeń.

Ogień składał się z miliona małych płomieni, gasnących dosłownie w chwili narodzin, lecz nieustannie powstających na nowo. Ogień o kolorze na tyle wściekłym, że mógłby zaimponować samym Bogom.

Cykle trwały, a Tomakin pił kolejne porcje napoju.

W pewnym momencie poczuł, że nie wytrzyma dłużej wciąż narastającej intensywności świata. Coś pękło.

Postrzeganie złamało się na dwie części. Widział jednocześnie dwa światy – ziemski i boski. W pierwszym odprawiał modły, w drugim czuł obecność potężnych istot, które jawiły się w różnych formach – od drapieżnych zwierząt po ogromne rośliny. Nie potrafił z nimi rozmawiać. Z jego gardła w boskim wymiarze nie chciało przejść ani jedno słowo. Jego gardło w świecie materialnym wciąż powtarzało słowa modlitwy. Mógł tylko obserwować.

Wzeszło słońce i – cykl za cyklem – zbliżało się do południa.

Tańczył i śpiewał dalej.

Poczuł, że powoli wraca z boskiej krainy. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że na ziemię sprowadził go widok leżącego tuż obok ciała. Okrążył ognisko, zerkając to na tłum, to w niebo, w stronę słońca.

Ciało należało do mężczyzny w średnim wieku.

Żył.

Oddychał szybko, pierś unosiła się i opadała rytmicznie, a szeroko otwarte oczy łapały światło nieubłaganie zbliżającego się do zenitu słońca.

Kolejne okrążenie przyniosło kolejne leżące ciało. Był to Popé. Dlatego Tomakin wracał z krainy bogów – szaman nie podawał im już więcej Kaktusa. Nie był pewien, czy mężczyzna oddychał.

Dalej śpiewał, tańczył.

Ognisko wygasło.

Aż nastał moment, kiedy wszystko ucichło – południe.

Wszyscy członkowie plemienia wbijali wzrok w niebo, patrząc przez palce na słońce, wyczekując znaku. Ludzie dyszeli ciężko po wyczerpującym rytuale. Niektórzy osuwali się na ziemię, mdleli, inni już od dawna leżeli bezwładnie. Między wyczerpanymi ludźmi siedziała Linda i dwoje z jej dzieci. Tomakin złapał jej wzrok, który wyrażał jednocześnie troskę i radość, że ani jemu, ani jej nic się nie stało przez ten szalony rytuał. Oboje wbili wzrok w niebo.

Nagle mężczyzna poczuł na sobie czyjś świdrujący wzrok. Spojrzał na szamana, który z obłędem w oczach wpatrywał się w jego stronę. Nie, jednak patrzył na Arkę, przed którą Tomakin stał. Popé z trudem wyciągnął rękę i zaczął wymawiać dziwne słowa, jak “zgroza”, “tajemnica”, “ratunek”, ale wszystko to było równie niezrozumiałe, co wcześniejsza podróż do boskich krain.

Mężczyzna odwrócił się najpierw w stronę Arki, potem, mrużąc oczy, gdzieś w okolice słońca, próbując jakkolwiek to wszystko połączyć i czekając na znak.

W nieskończoność ciągnęła się ta chwila, kiedy Bogowie Słońca milczeli.

Lecz przemówili.

Tomakin osłonił oczy dłonią, ale potężny błysk wdarł się między palce, oślepił go, a potem pochłonął w całości. Poczuł efemeryczny żar.

A na końcu była światłość.

 

* * *

 

– JASNA CHOLERA! LEĆ, LEĆ, LEĆ! LEĆŻE SZYBCIEJ!!! – Zenit przekrzykiwał ryk uciśnionej tarczy elektromagnetycznej.

– NIE MOGĘ!!!

– ZGINIEMY!!!

– TRZYMAJ SIĘ!!!

Statek skręcił gwałtownie w swego rodzaju tunel o mniejszej gęstości, w którym mógł lecieć szybciej.

– NAPĘD! WŁĄCZ NADŚWIETLNY!!!

– STOPIŁOBY NAS!!! TARCZA PÓJDZIE!

– A TAK NIE STOPI!? WŁĄCZAJ, DO CHOLERY!!!

– CZEKAJ, JESZCZE PARĘDZIESIĄT TYSIĘCY KILOMETRÓW!!!

Gnali wewnątrz gwiazdy z całą mocą silników. Tarcza elektromagnetyczna powoli przestawała działać pod wpływem szalejącego inferno. Temperatura wewnątrz rosła szybko. Z komfortowych dwudziestu dwóch stopni Celsjusza wzrosła do trzydziestu pięciu i wcale nie była to wina szwankującej klimatyzacji. Pot wystąpił na czołach Zenita i Nadira i nie tylko z powodu temperatury.

Czterdzieści pięć stopni.

– ZARAZ NAS USMAŻY!!!

– JESZCZE CHWILA!

Dziewięćdziesiąt stopni.

– TERAZ!!! – wyrwało się niemal jednocześnie z ich gardeł.

Nawet nie poczuli, kiedy statek przyspieszył do nadświetlnej, co było zasługą generatora pola antyinercjalnego – jednego z cudów techniki znacznie zwiększającego komfort gwiezdnych podróży, niwelującego niemal do zera działanie sił bezwładności.

Pięćdziesiąt pięć stopni.

Lecieli tak chwilę, aż mapa nie pokazała, że znajdują się w odległości jednej dziesiątej roku świetlnego od gwiazdy DR-045. Wyłączyli silniki nadświetlne.

Przez pewien czas nie odzywali się do siebie. Jedynie dyszeli i patrzyli przez przedni ekran na czarne niebo przecięte ramieniem galaktyki, a strużki potu ciekły im po czołach i szyjach.

Trzydzieści dziewięć stopni.

W końcu spojrzeli po sobie.

– Co tam się, do jasnej cholery, stało? – spytał w końcu zdyszany Nadir.

– Wygląda na to, że zdestabilizowaliśmy jądro gwiazdy – odpowiedział Zenit. – Ni stąd, ni zowąd zaczęło syntezować, coraz cięższe pierwiastki, żelazo i…

– I wybuchła supernowa – dokończył tamten. – Ale dlaczego!? Przecież nigdy nic podobnego się nie wydarzyło!

– A myślisz, że wiem!?

Znów zamilkli.

Dwadzieścia siedem stopni.

– Będzie to trzeba uwzględnić w raporcie – stwierdził Zenit.

– Chyba – odparł z ironią Nadir.

– Zresztą sami ściągną odczyty ze wskaźników – powiedział po chwili pierwszy i znów zamilkł. – Może to, co się stało, posłuży do jakiegoś nowego odkrycia naukowego? Może poznamy dzięki temu jakieś nowe mechanizmy rządzące gwiazdami?

– Może. – Nadir milczał przez jakiś czas, zbierając słowa. – Wielu wielkich ryzykowało swoim życiem, by popchnąć naukę do przodu.

– Już ci się na żarty zbiera?

– A może udało nam się wytworzyć czarną dziurę? Jak myślisz? Bylibyśmy pierwszymi ludźmi, którzy stworzyli czarną dziurę – mówił Nadir, na wpół żartując, na wpół trzęsąc się ze strachu.

– Chyba nie chcę tego teraz sprawdzać. Lećmy do domu. Musimy jeszcze zdać raport.

I polecieli, przez chwilę na normalnych silnikach, przygotowując statek do skoku w nadświetlną.

– Też czasem masz wrażenie, że jakiś bóg, bogowie, albo jasna cholera wie co, nad nami czuwa? – spytał Nadir. Zenit nie odpowiedział.

Termometr pokazał dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza.

– Chyba pójdę na urlop – rzucił jeszcze pod nosem Nadir, zanim statek, niby szpilka, wbił się w nieskończoną ciemność wszechświata.

Koniec

Komentarze

Spoko, pare ciezkich zdan po drodze. Opowiadanie spojne i milo sie czytalo.

Ciekawy pomysł na powiązanie wpływu rytualnych obrzędów ze zjawiskami kosmicznymi i odkryciami zaawansowanej cywilizacji. Mam jednak wrażenie, że tekst byłby przystępniejszy gdybyś podał go w bardziej skoncentrowanej formie. :) 

Odczułem pewien zgrzyt w dialogach między załogantami statku: z jednej strony wypowiadają się bardzo nonszalancko, prosto, traktują swoją pracę niemal z lekceważeniem, by w pewnym momencie zupełnie zmienić sposób rozmowy, chyba tylko po to, by opisać uniwersum. 

Dzięki za komentarze pawelek, Gekikara!

Co do zmiany w dialogu między badaczami gwiazdy: pomyślałem, że ta zmiana jest uzasadniona poprzez zetknięcie owych osób z czymś takim jak gwiazda. Wydaje mi się, że taki widok, obcowanie z takim obiektem musi wywołać pewne uczucia, które mają swoje odzwierciedlenie, chociażby w wypowiadanych słowach, w sposobie myślenia. Niemniej rozumiem o co Ci chodzi, Gekikara i wezmę to sobie do serca. :)

Szaman, zaklęcia, statek kosmiczny nie bardzo dla mnie współgrają. Bardziej lubię historię z rysem fantastycznym, takim do przyjęcia, zdarzającą się w realu.

pozdrawiam

Neurolog1#, literatura sf zazwyczaj przedstawia to, co w realu zazwyczaj nie ma prawa bytu. Tutaj postanowiłem połączyć trochę dwa, pozornie dalekie od siebie światy. Chociaż rozumiem, że można za takimi rozwiązaniami nie przepadać. ;)

Dzięki za lekturę i również pozdrawiam!

Obawiam się, Crucisie, że nie zrozumiałam opowiadania. Nie udało mi się pojąć, jaka była zależność między opisanym rytuałem, a podróżą Nadira i Zenita. :(

 

Męż­czyź­ni cho­wa­li się w cie­niu na­mio­tów i su­ro­wych drzew o ja­snej korze. ―> Na czym polega surowość drzew?

 

O! – za­krzyk­nął Zenit – W końcu ła­pie­my za­sięg! ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

Męż­czy­zna siadł, a Popé bez więk­sze­go wstę­pu za­czął mówić. ―> Męż­czy­zna siadł, a Popé bez dłuższego wstę­pu za­czął mówić.

 

– Oprócz cie­bie trzech człon­ków ple­mie­nia. – od­parł. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Może to po pro­stu przy­no­si wy­mier­niej­sze efek­ty… ―> Może to po pro­stu przy­no­si bardziej wymierne efek­ty

 

Po­wie­trze wi­bro­wa­ło w rytm „tam, Tam, tam, Tam… ―> Dlaczego wielkie litery?

 

ale jego serce już mocno wa­li­ło w pier­siach. ―> …ale jego serce już mocno wa­li­ło w pier­si.

Chyba że Tomakin miał więcej niż jedną pierś.

 

w akom­pa­nia­men­cie tłu­ką­ce­go coraz gło­śniej bębna. ―> Obawiam się, że bęben nie tłucze, to bęben jest zazwyczaj tłuczony.

 

A w dro­dze po­wot­nej może prze­no­cu­je­my na Gai 4? ―> Literówka.

 

na któ­rych grali jego wpsół­ple­mień­cy. ―> Literówka.

 

pot za­le­wał mu oczy, a w pier­siach bra­ko­wa­ło tchu. ―> …pot za­le­wał mu oczy, a w pier­si bra­ko­wa­ło tchu.

 

zda­wał się uno­sić ku górze… ―> Masło maślane – czy coś może unosić się ku dołowi?

 

a struż­ki potu cie­kły im po czo­łach i szyi. ―> Po wielu czołach i jednej szyi?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, bardzo dziękuję za wprawne oko i wychwycenie błędów, chociaż co do jednej uwagi, mam pytanie:

 

Powietrze wibrowało w rytm „tam, Tam, tam, Tam… ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Przez użycie wielkiej litery chciałem tutaj oddać fonetyczny aspekt muzyki etnicznej – naprzemienne uderzenia głośniejsze i cichsze. Jeśli taki zapis jest błędny, to jak w inny sposób można by to ugryźć?

 

Co do niezrozumiałości, pozwól, że się nieco wytłumaczę. Głównym punktem tego opowiadania w założeniu był rytuał do Bogów Słońca i jednoczesne zniszczenie gwiazdy przez Zenita i Nadira. Szaman w rozmowie z Tomakinem zakładał dwie możliwości: albo Bogowie zlitują się nad ludźmi i ześlą deszcz, albo doprowadzą ich do zagłady. Spełnia się oczywiście druga opcja, gdyż planeta Tomakina jest dokładnie tą, którą mijają Zenit i Nadir, więc cały glob zostaje pochłonięty w wybuchu supernowej.

Tego typu wizja modlitwy, która ma jakiś efekt i do dosyć apokaliptyczny w ostatecznym rozrachunku, wywołuje u mnie jakieś egzystencjalne ciarki na plecach. ;) A dokładniej mówiąc fakt, że nie wiadomo tak na dobrą sprawę nic o działaniach żadnych Bogów. Czy Zenit i Nadir mieli być narzędziem w rękach bytów nadprzyrodzonych, mieli unicestwić plemię Tomakina, nawet o tym nie wiedząc? Czy to po prostu ponury chichot zimnego i obojętnego wszechświata?

Próbowałem zawrzeć tutaj tego typ treść, chociaż nie wiem na ile wywiązałem się z tego zadania. Mam nadzieję, że to nieco rozjaśnia sprawę.

 

Jeszcze raz dziękuję za łapankę, wprowadzę poprawki w najbliższej wolnej chwili!

Crucisie, dziękuję za wyjaśnienia i przyjmuję je do wiadomości, ale ponieważ nie wierzę w żadnych bogów, nie wierzę też w sprawczą moc najgorętszych modlitw.

No i cieszę się, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gorzej, kiedy mylnie zaczynamy interpretować pewne zjawiska jako owa sprawcza moc najgorętszych modlitw. Tomakin, być może w ostatnich chwilach swojego życia tak właśnie zintepretował wybuch na niebie, a to był jedynie wypadek przy eksperymencie. :D

Hmmm. Tekst mnie nie przekonał.

Bohaterowie przemawiają infodumpami – nie mówią do siebie, bo już to wiedzą, tylko do czytelnika. A to sprawia, że dialogi wyglądają sztucznie.

Przeszkadzało mi, że Zenit i Nadir używali ziemskich jednostek, chociaż ludźmi nie są (no, chyba że to jakaś pętla czasowa, ale nic na to nie wskazuje. Ale że ci od szamana wcale nie mieszkają w Ameryce Południowej).

Nie kumam, w jaki sposób doszło do wybuchu supernowej. OK, zdestabilizowali jądro, zaczęło wytwarzać cięższe pierwiastki. I? To nie jest tak, że do supernowej dochodzi, kiedy wyczerpie się paliwko?

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki za komentarz i przyjmuję krytykę. :) Próbowałem przełożyć niektóre realia na świat odległej w czasie wizji, chociaż widzę, że być może nie tędy droga, a być może nie do końca w taki sposób.

Co do supernowej – synteza żelaza jest ostatnim etapem życia gwiazdy. Kończenie się paliwa polega na niemożliwości syntezy cięższych pierwiastków niż żelazo w jądrze – wtedy gwiazda zaczyna się zapadać. Jedyne, na co mogę się powołać to licentia poetica, bo nie mam pojęcia, co dokładnie stałoby się z gwiazdą, która faktycznie, ni stąd, ni zowąd zaczęłaby tworzyć w swoim jądrze coś, co jest końcowym efektem cyklu, ale wydaje mi się, że nic dobrego.

Tak czy inaczej, dzięki za lekturę, będę miał Twoje uwagi w głowie! :)

Nie znam się. Ale coś tam słyszałam. Do syntezy żelaza, niklu itp. potrzeba składników. To raczej nie jest tak, że weźmiesz 26 wodorów albo 13 helów i załatwione. To już chyba bardziej prawdopodobne, że ni z tego ni z owego rafineria zacznie produkować lekarstwo na raka. Albo chociaż na koronawirusa. ;-)

Ale nawet jeśli… Synteza dopiero się zaczęła, więc wygląda na to, że do supernowej jeszcze daleko.

Babska logika rządzi!

Myślałem raczej o reakcji łańcuchowej, której etapy zawierają wszystko, co dzieje się między syntezą wodoru w hel aż do żelaza i doprowadzają do niespodziewanego przyspieszenia cyklu życiowego gwiazdy, ale rozumiem ten zarzut. Będę bardziej ostrożny na przyszłość. :)

Hmm, nie wiem, czy tak łatwo da się wywołać wybuch supernowej.

Trochę mam niedosyt. Gdzieś Ci się tam pojawiło sporo wątków (katastrofa, czarna arka), które nie zostały rozwiązane. Jeśli głównym motywem opka miała być “odpowiedź” na modły ludu Tomakina, to te wątki były w gruncie rzeczy niepotrzebne.

Ale poza tym, przyzwoicie napisane, z interesującym pomysłem na fabułę :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irka_Luz, fajnie, że udało ci się przebrnąć całość bez większych zgrzytów. :)

Nowa Fantastyka