- Opowiadanie: grzelulukas - Złodziej czasu

Złodziej czasu

Cześć,

 

Zachęcam do lektury, komentowania i poszukiwania easter eggów.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Złodziej czasu

*** 

– Wyobraźcie sobie, że każdego miesiąca z dowolnego konta bankowego absolutnie przypadkowej osoby znika jeden grosz. Ten jeden grosz omija cały zawiły system bankowych transakcji po prostu się gubi. Czy ktokolwiek w natłoku zakupów, przelewów i spraw codziennych zorientuje się, że ubył mu z konta jeden grosz? Pamiętajcie, zniknięcie oznacza jednocześnie odłożenie tego grosza na waszych kontach – powiedziałem.

– Wyobraźcie sobie teraz, że to nie jeden grosz, a jeden złoty – mówiłem dalej – każdego dnia, z nieograniczonej i trudnej do określenia liczby kont. – W ich oczach pojawiły się kurwiki, zawsze się pojawiały w tym samym momencie. Tony złotówek przelewały się w ich źrenicach niczym monety w jednorękim bandycie.

– Zgodzicie się jednak, że wcześniej czy później ktoś by się zorientował? Najpierw jedna osoba, potem druga – rozkręcałem się – bank przyjmujący reklamacje połączyłby te wszystkie zgłoszenia. Byłaby niezła awantura, i chociaż nikt ostatecznie nie potrafiłby zrozumieć, co się stało, wszyscy staliby się bardziej wyczuleni. Powstałyby nowe zabezpieczenia, nowe alerty dla osób nadzorujących transakcje i tak dalej, i tak dalej. Ale to oczywiście tylko przykład. Wyobraźcie sobie teraz – zacząłem przechodzić do meritum – wyobraźcie sobie, że mówimy o czasie. Czasie, który jest niepoliczalny, którego kradzież jest absolutnie niemożliwa do namierzenia – powiedziałem z pewnością w głosie.

– Jak niepoliczalny? – odezwał się niemal natychmiast jeden z mężczyzn, zerkając na swój markowy pozłacany zegarek.

– Jest dziesiąta dwadzieścia pięć, nie może być inaczej – powiedział stanowczo.

– U mnie jest dziesiąta dwadzieścia trzy – zacząłem – u niego pewnie dziesiąta dwadzieścia sześć. – Wskazałem dłonią na innego mężczyznę. – Za oceanem pewnie piąta dwadzieścia pięć rano, a w Tokio około dziewiętnasta. Zegarki to tylko pomoce, swojego rodzaju drogowskazy pozwalające się nam odnaleźć w naszym zabieganym świecie. Pomagają się jedynie zorientować w otaczającej nas rzeczywistości, w danym układzie odniesienia. Nic więcej. Sam czas to coś więcej. I chociaż teraz, dla każdego z nas, dokładnie w tym miejscu czas płynie tak samo. To gdy tylko się rozejdziemy, ,wpadniemy w niewidoczne tunele, których liczba jest niemal nieskończona i które pozwolą nam wykorzystać to, o czym za chwilę powiem. – Nie mogłem przesadzać z naukowymi wyjaśnieniami, do nich trzeba językiem korzyści, jak przy sprzedaży ubezpieczeń. 

– Kontynuując. – Spojrzałem wymownie na mężczyznę, który mi przerwał. – Wyobraźcie sobie, że zabierzemy jedną sekundę dziennie tysiącom ludzi i damy wam, a może nie sekundę, a minutę? Czy ktokolwiek się zorientuje, że zniknęła mu jedna minuta z tysiąca czterystu czterdziestu minut w całej dobie? – Zrobiłem pauzę, skanując wzrokiem moich gości. Sama kradzież czasu to coś naprawdę bardzo poważnego. W zasadzie to nie była kradzież, to było coś zdecydowanie bardziej pojebanego. Co oczywiste, dla moich potencjalnych klientów jakakolwiek próba usprawiedliwiania, czy tłumaczenia moralnych aspektów tego działania nie miała absolutnie sensu, ale tylko dlatego, że dla tych ludzi to było coś normalnego. Korporacje wyssały z nich ostatnie pokłady empatii, liczyły się tylko cyferki na kontach i w bilansach spółek. Zresztą, gdyby było inaczej, nie było by tu ich. Pośrednio korzystałem z tego wszystkiego. 

– To pytanie retoryczne – kontynuowałem – powiem więcej, gdybyśmy zabrali godzinę, również nikt by się nie zorientował. Nawet jeśli ktoś stwierdziłby, że coś tu nie gra, nikt nie byłby w stanie potwierdzić i zrozumieć co się dzieje. Idźmy jednak dalej. Dostajecie każdej doby dodatkową godzinę, dwie, trzy, cztery, a może więcej. Doskonale wiecie, że to byłoby wybawieniem dla waszych biznesowych, zagonionych egzystencji. Wy wiecie, jak ważny jest czas, jego wykorzystywanie, jaką daje przewagę szybki samochód, lot samolotem z biletem VIP bez kolejki, bez czekania. Po co wymyślono concorde'a? – Nie przerywałem swojego monologu. – Wy to wiecie, ale miliardy ludzi mają to w dupie, miliardy ludzi marnują czas na kompletnie bezużyteczne czynności. Dla nich concorde to wymysł nadętych i bogatych snobów. Dla nich bilet lotniczy VIP to jakaś totalna bzdura i abstrakcja w jednym. Dla was to czas. Bo czy nie chodzi wyłącznie o to, żeby móc być na lotnisku najpóźniej, jak to tylko możliwe? Daję wam coś po stokroć lepszego, niż concorde, niż bilety VIP niż pierdolona amfetamina. – Przerwałem, żeby to zdanie miało czas rozbrzmieć w ich głowach.

– Będziecie mogli się wyspać, przygotować do spotkania, być o siódmej rano na porannej odprawie pełni energii, gotowi na przedstawienie swoich pomysłów, ciągle wypoczęci, pełni werwy, a w weekend mający czas na ryby czy golfa. Czy to nie genialne? – Tu zrobiłem znowu pauzę, tym razem trochę dłuższą. Moi goście wpatrywali się we mnie jak zahipnotyzowani przez kilkanaście długich sekund. W ciemnym pomieszczeniu panowała cisza, w głębi tej ciszy, gdzieś pod odgłosami oddechów tykały obracające się mechanizmy ich drogich zegarków.

– Która jest godzina? – skierowałem pytanie do mężczyzny z pozłacanym zegarkiem. Widziałem, jak spogląda na nadgarstek lewej ręki, mimo słabego światła dostrzegłem, co się dzieje z jego oczami.

– 10.25 – odpowiedział, unosząc niezwykle powoli wzrok w moją stronę. Miałem ich, a na pewno jego.

 

***

 

Leżeliśmy z klientem w jasnej niezwykle nowoczesnej sali operacyjnej w prywatnej klinice w Wiedniu. Myśli, jak i lampy operacyjne zaczynały wirować, obracać się niczym karuzela. To był znak, odpływałem. Mój klient również. Za dziesięć godzin będzie po wszystkim. Po chwili, trwającej pozornie kilka sekund, byliśmy już razem, siedziałem ze swoim klientem w jego biurze.

– To, co? Teraz dziesięć godzin razem, tak? – zapytał idealnie ogolony facet z pozłacanym zegarkiem na ręce. Nie odpowiedziałem, nie mogłem, to był element tego wcześniej przygotowanego rytuału. Musiał spędzić ze mną dziesięć godzin, przez te dziesięć godzin musiał mi pokazać wszystkich tych, z którymi będzie spotykał się na co dzień. To wszyscy oni będą jego nieświadomymi dawcami czasu.

– Chodź – powiedział po chwili. Wyszliśmy z jego biura i skierowaliśmy się w głąb przeszklonego biurowca będącego siedzibą jego firmy. Przechodziliśmy schludnymi korytarzami, zaglądając do biur. W każdym pomieszczeniu pracownicy na widok swojego szefa wstawali niemal na baczność, witając się z delikatnym uśmiechem. Uśmiechy te były zazwyczaj skropione lekkim przerażeniem, co mnie nie zdziwiło. Chociaż, co ciekawe, zdarzały się osoby zachowujące się niezwykle naturalnie i swobodnie. Mój klient przy nich, też był jakby trochę inny. Przedstawiał mnie niemal każdemu. Wcześniej wymyśliliśmy dla mnie zabawne niemieckie imię i nazwisko. Witałem się z każdym uściskiem dłoni i skinieniem głowy, w milczeniu. Byłem Niemcem, który chciał zawrzeć intratny kontrakt. Mało oryginalne, ale wystarczające. Przechodziliśmy kolejne piętra i pomieszczenia. Miałem wrażenie, że spirala biur i pomieszczeń z wypolerowanymi podłogami się nie kończy. Uścisków dłoni były dziesiątki, z każdym z nich oczy mojego klienta jakby się zmieniały. Widziałem podobne zjawisko już kilka razy, w tym przypadku było to jednak jakby intensywniejsze. Nieistotne, najważniejsze, że każdy uścisk dłoni wydłużał mu dobę. Nagle, jakby wszystko zadrżało, spojrzałem odruchowo na mojego klienta. Nie zareagował. Nikt nie zareagował. Po chwili, kolejny wstrząs i kolejny, każdy był silniejszy od poprzedniego. Wszystko zaczęło drżeć, poruszać się. Ściany gipsowe zaczęły pękać, szyby w oknach rozpadały się trzaskiem, meble wylatywały z pomieszczeń niczym kamienie z proc dzieciaków bawiących się na podwórkach. Dokumenty, komputery, monitory, wszystko to bezwładnie obijało się o siebie. Ciemność. Ciemność, która została przerwana znajomym wirowaniem, wirowaniem lampy operacyjnej. Oprócz lampy była też jakaś twarz. Postacie kłębiły się wokół mojego klienta. To było oczywiste, coś poszło nie tak. Z każdymi minutami czułem się lepiej, ale, jak to po narkozie, byłem cholernie słaby i niemal nieprzytomny, nie kontaktowałem. W końcu znalazłem się w jakiejś innej sali, w uszach piszczało. Zostałem sam, na długo, w tym czasie powoli dochodziłem do siebie na szpitalnym łóżku. Za oknem wyraźnie się już ściemniło. Okropnie zaschło mi w gardle, na szczęście na szafce obok łóżka stała szklanka z wodą, czekając na ten moment. W momencie, kiedy drżącą ręką sięgałem po nią, do pokoju wpadło dwóch mężczyzn w lekarskich kitlach.

– Jak się pan czuje? – zapytał jeden z nich, zapamiętałem jego fikuśną brodę. Odpowiedziałem kiwnięciem głowy, że jest ok. Nie miałem sił mówić, tak mi się wtedy wydawało. 

– Co się wydarzyło?! – zapytał drugi, niemal krzycząc. Facet był wyraźnie bardziej zdenerwowany od tego brodatego, Nie potrafiłem się odezwać, nie umiałem. Mężczyźni spojrzeli na siebie.

– Powiedz coś do diabła! – Tym razem poddenerwowany mężczyzna krzyknął. Chciałem im opowiedzieć co się wydarzyło, co zarejestrowałem. Nie byłem jednak w stanie tego zrobić, nie byłem w stanie otworzyć ust. Coś było nie tak. Serce zabiło szybciej, poczułem uderzenie gorąca. Mięśnie twarzy nie odpowiadały, były sparaliżowane. Mężczyźni ponownie spojrzeli na siebie i bez słowa wyszli z pomieszczenia. Stanęli przed salą, w szczelinie pomiędzy podłogą, a drzwiami było widać ich migoczące cienie. Przez drzwi docierały odgłosy ich rozmowy, przytłumione i zmodulowane przez metalową płytę, ale słyszalne.

– Trzeba się go pozbyć. Nie interesuje mnie, jak – powiedział jeden.

– Bzdura – odpowiedział drugi męski głos – nie ma mowy, odcinamy się całkowicie i po sprawie.

Zawirowało mi w głowie. Głosy ucichły, a cienie w szczelinie zniknęły. Jedyne, co mi teraz przychodzi na myśl, to ucieczka. Podniosłem się z trudem z łóżka. Rozejrzałem się po sali, szukając wzrokiem swoich ubrań, nigdzie ich jednak nie było. W sali panował porządek. Poza szafką i łóżkiem nie było tu w zasadzie nic więcej. Wykładzina błyszczała od polimeru, w powietrzu unosił się zapach środków czyszczących. Wstałem, zakręciło mi się w głowie, nogi były jak z waty. Skierowałem się w stronę drzwi, do których przystawiłem ucho. Głucha cisza. Otworzyłem je, powoli i ostrożnie wyszedłem na długi korytarz. Bez namysłu skierowałem się w stronę oznaczenia wyjścia ewakuacyjnego.

Zbiegłem…

 

***

 

– Oj Karol, Karol – powiedział psychiatra, odrywając wzrok od ręcznie napisanego opowiadania. – Wszyscy myśleliśmy, że już jest lepiej, że mamy progres, że damy ci więcej swobody. A tu znowu to samo. Przecież widoczna była poprawa, co się tym razem stało? – zapytał lekarz, dobrze wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi. 

Po kilku sekundach ciszy psychiatra napisał na kartkach opowiadania liczbę dwanaście. Pióro było bardzo drogie, pozłacane, zdobione, na korpusie widoczny był wygrawerowany napis z okazji trzydziestolecia pracy w zawodzie. Lekarz odłożył rękopis do skórzanej, ręcznie robionej teczki z wyszytymi inicjałami. W teczce znajdowały się inne, dokładnie takie same opowiadania. Psychiatra tym razem przeczytał tylko kilka stron z całości. Wystarczyło, że poprzednie jedenaście opowiadań było takich samych, co do słowa, co do przecinka. To też. W tym opowiadaniu absolutnie nic się nie zmieniło. Było to oczywiście, na swój sposób, niezwykłe, dla tego lekarza to jednak nie miało znaczenia. Wskazówka minutowa zegara ściennego ociężale przeskoczyła o kolejny ząbek mechanizmu, pokazując za dziesięć dwunasta.

– Prawie dwunasta – powiedział lekarz – wolno ten czas dziś leci. No, ale na dziś i tak wystarczy. Chcę, żebyś wiedział, że moja opinia jest w dalszym ciągu negatywna. Taką informację podam biegłym – powiedział psychiatra, wyraźnie stawiając kropkę po ostatnim słowie.

Pacjent wpatrywał się bez słowa w zegar ścienny. Lekarz wstał, niemal jak na zawołanie w pomieszczeniu pojawiło się dwóch pielęgniarzy, którzy mieli wyprowadzić pacjenta. Nagle pacjent zaczął się wyrywać, szamotać, mruczeć, nie mogąc przecież wypowiedzieć żadnego słowa. Lekarz odwrócił się w progu drzwi. Pielęgniarzom udało się uspokoić pacjenta, który wpatrywał się to w skórzaną teczkę z opowiadaniami, to w oczy lekarza.

– A, więc jednak. – Psychiatra zrozumiał, kiwnięciem głowy poprosił o wyjście pielęgniarzy. Usiadł, wyciągnął opowiadanie oznaczone dwunastką i zaczął czytać od miejsca w którym skończył.

 

***

 

Zbiegłem po schodach, kilka pięter w dół. W końcu dostrzegłem drzwi oznaczone cyfrą 0. Nieznacznie je uchyliwszy, zobaczyłem główny hol kliniki, kilka osób spokojnie siedziało, wpatrując się swoje smartfony. Chyba nie miałem wyjścia, powoli uchyliłem drzwi, moim planem była ucieczka głównym wejściem. Nikt przecież nie zareaguje, ludzie na takie rzeczy po prostu nie reagują. Potem się zobaczy. Kiedy tylko znalazłem się na korytarzu, jeden z ochroniarzy położył ciężką rękę na moim ramieniu. Tak, jakby tam czekał na mnie.

– Was machst du hier? – powiedział oschle, nic nie zrozumiałem.

Kolejne kilkanaście minut spędziłem w tym samym holu, przez który chciałem uciec. Ochroniarz w tym czasie zadzwonił do kogoś, stojąc cały czas przy mnie. W końcu po drugiej stronie przeszklonej recepcji, pojawiło się dwóch mężczyzn. Trudno było dostrzec ich twarze. Rozmawiali ze sobą, w końcu przywołali ochroniarza, który przyprowadził mnie do dwóch mężczyzn. Jednym z nich był facet, który pytał mnie wcześniej o samopoczucie. Drugi, stojący tyłem ubrany był w czarny garnitur. Facet w czarnym garniturze bez słowa, nie patrząc na mnie, odszedł, nawet się nie odwrócił. Wiem już, czemu. Chwilę wcześniej dostrzegłem u tego faceta coś, co do tej pory mi umykało. Pióro, które schował do kieszeni marynarki. Dobrze wiesz, jakie pióro, pozłacane, z grawerunkiem, to samo, które miałeś miesiąc temu i które być może dzisiaj również masz przy sobie. To cały czas byłeś ty, skurwysynu…

 

***

 

Lekarz odłożył spokojnie kartkę, kolejne strony zapisane były pytaniami i wyjaśnieniami. Psychiatra spojrzał spokojnie na swojego pacjenta, a w zasadzie więźnia. 

– Tak, to cały czas byłem ja – powiedział – musieliśmy coś z tobą zrobić po śmierci starego. Musieliśmy to wszystko zatuszować. Najlepszym rozwiązaniem była, jak to mawiali naziści, twoja ewakuacja. Nie wszyscy jednak chcieli się zgodzić, nie chcieli mieć krwi na rękach. Zaproponowałem więc to rozwiązanie, choroba psychiczna i szpital pod moją pełną kontrolą. Czy to lepsze niż śmierć? Ty wiesz najlepiej. – Lekarz wstał, obrócił się tyłem do swojego pacjenta i mówił dalej.

– Chociaż oficjalnie masz urojenia i jesteś w stanie psychotycznym, ostatecznie chyba nie będziemy mieli wyjścia. Trzeba ci będzie pomóc w ewakuacji, chociaż muszę przyznać, że z naukowego punktu widzenia jesteś ciekawym obiektem, no cóż. – Lekarz zrobił pauzę. – Zastanawia mnie tylko jedno, po co to pisałeś? – Psychiatra odwrócił głowę, patrząc wprost na swojego pacjenta.

Po wypowiedzeniu przez lekarza ostatniego słowa, do pomieszczenia weszło ponownie dwóch pielęgniarzy. Tym razem w towarzystwie mężczyzny, znajomego brodatego mężczyzny.

– A, więc tak – powiedział zrezygnowanym głosem lekarz przeskakując wzrokiem po każdej postaci.

– Tak, właśnie tak. On jest bardziej potrzebny niż ty, zdecydowanie bardziej. Szkoda, że tak późno to do nas dotarło. Poza tym, spaliłeś cały plan – powiedział znajomy brodaty mężczyzna napełniając strzykawkę ze stali nierdzewnej silnym lekiem zwiotczającym mięśnie.

Lekarz nie oponował, był zrezygnowany. Igła przebiła skórę. Brodacz, trzymając kciuk prawej dłoni na chropowatej powierzchni tłoczka strzykawki, spojrzał na pacjenta. Kciuk poruszył się. Niemy pacjent spojrzał z uśmiechem na zegar ścienny, wskazówka minutowa ociężale przeskoczyła o kolejny ząbek mechanizmu, pokazując za dziewięć dwunastą.

Koniec

Komentarze

Przykro mi, Grzelulukasie, ale nie udało mi się pojąć Twojej teorii o kradzeniu czasu. A kiedy okazało się, że zamiast relacji wykładowca – słuchacze, mam do czynienia z pacjentem i lekarzem, straciłam zainteresowanie opowiadaniem i doczytałam je wyłącznie z obowiązku. Nie przepadam za historiami, w których fantastyka jest zastępowana chorobą psychiczną.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

że to nie jeden grosz a jedna zło­tów­ka… –> …że to nie jeden grosz a jeden zło­ty

W Polsce jednostka monetarną jest złoty, nie złotówka.

 

– Jest 10.25, nie może być ina­czej – po­wie­dział sta­now­czo. –> – Jest dziesiąta dwadzieścia pięć, nie może być ina­czej – po­wie­dział sta­now­czo.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach. Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części tekstu.

 

tu­ne­le, któ­rych licz­ba jest jest nie­mal… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

dla nich trze­ba ję­zy­kiem ko­rzy­ści… –> …do nich trze­ba ję­zy­kiem ko­rzy­ści

 

Po co wy­my­ślo­no Con­cor­de'a? –> Po co wy­my­ślo­no con­cor­de'a?

Nazwy samolotów piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części tekstu.

 

Daję Wam coś po sto­kroć lep­sze­go… –> Daję wam coś po sto­kroć lep­sze­go

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Le­że­li­śmy z klien­tem w ja­snej nie­zwy­kle no­wo­cze­snej sali ope­ra­cyj­nej w pry­wat­nej kli­ni­ce w Wied­niu. Była to nie­zwy­kle no­wo­cze­sna kli­ni­ka… –> Po co dublujesz informację?

 

Prze­cho­dzi­li­śmy schlud­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi wcho­dząc do każ­de­go z biur. W każ­dym po­miesz­cze­niu, pra­cow­ni­cy na widok swo­je­go szefa wsta­wa­li nie­mal na bacz­ność, wi­ta­jąc się z de­li­kat­nym uśmie­chem na twa­rzy. Uśmie­chy te… –> Czy to celowe powtórzenia?

Czy uśmiech można mieć w innym miejscu, nie na twarzy?

 

Mój klient przy nich, też był jakby tro­chę inny. Klient przed­sta­wiał… –> Powtórzenie.

 

Ciem­ność. Ciem­ność, która zo­sta­ła prze­rwa­na zna­jo­mym wi­ro­wa­niem, wi­ro­wa­niem lampy ope­ra­cyj­nej. Oprócz lampy… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Otwar­łem je wy­cho­dząc po­wo­li i ostroż­nie na długi ko­ry­tarz. –> Czy dobrze rozumiem, że bohater najpierw zaczął wychodzić na korytarz, a potem otwarł drzwi?

 

Prze­cież wi­docz­na była po­pra­wa, co się tym razem stało? – za­py­tał kłam­li­wie le­karz… –> Na czym polega kłamliwość pytania?

 

Pióro było bar­dzo dro­gie, po­zła­ca­ne, zdo­bio­ne, na trzon­ku wi­docz­ny był gra­wer z oka­zji… –> Pióro było bar­dzo dro­gie, po­zła­ca­ne, ozdo­bio­ne gra­werunkiem z oka­zji

Obawiam się, że wieczne pióro nie ma trzonka.

Poznaj znaczenie słowa grawer.

 

że po­przed­nie je­de­na­ście opo­wia­dań było takie same… –> …że po­przed­nie je­de­na­ście opo­wia­dań było takich samych

 

po­ka­zu­jąc za dzie­sięć dwu­na­sta. –> …po­ka­zu­jąc za dzie­sięć dwu­na­stą.

 

Zbie­głem po scho­dach, kilka pię­ter w dół. –> Masło maślane. Czy można zbiec po schodach w górę?

 

Ochro­niarz w tym cza­sie wy­ko­nał kilka te­le­fo­nów… –> Czy to znaczy, że ochroniarz produkował telefony?

 

Do­brze wiesz jakie pióro, po­zła­ca­ne, z gra­we­rem, to samo… –> Do­brze wiesz jakie pióro, po­zła­ca­ne, z gra­we­runkiem, to samo

 

Le­karz zro­bił kil­ku­se­kun­do­wą pauzę. – Za­sta­na­wia mnie tylko jedno, po co to pi­sa­łeś? – Le­karz od­wró­cił głowę pa­trząc wprost na swo­je­go pa­cjen­ta.

Kilka se­kund po wy­po­wie­dze­niu przez le­ka­rza ostat­nie­go słowa… –> Powtórzenia.

 

Le­karz nie opo­no­wał, by zre­zy­gno­wa­ny. –> Literówka.

 

po­ka­zu­jąc za dzie­więć dwu­na­sta. –> …po­ka­zu­jąc za dzie­więć dwu­na­stą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za komentarz. Część z wymienionych błędów (ta mniejsza część) to zwyczajne niedopatrzenia, natomiast większość no cóż… Tym bardziej wielkie dzięki za analizę.

 

Przy okazji pytanie, w dialogach/rozmyślaniach dopuszczamy ew. błędy, patrz jedna złotówka/jeden złoty?

 

Bardziej mnie jednak martwi to co napisałaś na początku odnośnie zastąpienia chorobą psychiczną fantastyki. Moja intencja była zupełnie inna, wychodzi na to, że słabo to opisałem.

 

 

Bardzo proszę, Grzelulukasie. I cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne.  

Tak, w dialogach dopuszcza się potocyzmy, wyrażenia gwarowe, zwroty niepoprawne, czy też charakterystyczne dla jakiegoś środowiska, ale w tym przypadku byłam przekonana, że mam do czynienia z wykładem, więc spodziewałam się, że będzie poprowadzony fachowo. Jeśli złotówka była celowa, niech zostanie.

 

…wy­cho­dzi na to, że słabo to opi­sa­łem.

Niekoniecznie, nie wykluczam, że to ja słabo czytałam i słabo rzecz pojęłam. Poczekaj na komentarze innych użytkowników.

 

 

Grzelulukasie, z komentarza wnoszę, że jesteś mężczyzną, ale w profilu stoi wyraźnie, że jesteś kobietą. A jak jest naprawdę? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ta złotówka to akurat przykład, w tekście nie była celowa.

 

Wszędzie te błędy, nawet w profilu. Chop jak to u nas godają ;)

No, teraz wszystko jasne. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, hej.

konta bankowego, absolutnie przypadkowej osoby

Tu nie może być przecinka, bo to jest konto osoby, a nie osobne konto.

cały zawiły bankowy system transakcyjny

Może raczej: cały zawiły system bankowych transakcji.

zniknięcie, oznacza

Bez przecinka między podmiotem, a orzeczeniem.

zacząłem niemal jak zawsze.

Hem? Skonfundowałeś mnie.

nie jeden grosz a jeden złoty

Nie jeden grosz, a jeden złoty.

wypadające monety w jednorękim bandycie

Monety wypadają z maszyny. Po prostu skasowałabym "wypadające".

zrozumieć co się stało,

Zrozumieć, co się stało.

i tak dalej i tak dalej

I tak dalej, i tak dalej.

totalnie niepoliczalny

Totalnie?

ze złożonymi dłońmi, z pewnością w głosie.

Hmm.

pozwalające odnaleźć się nam

Szyk: pozwalające nam się odnaleźć.

to gdy tylko się rozejdziemy wpadniemy

To, gdy tylko się rozejdziemy, wpadniemy.

to o czym

To, o czym. Trochę dużo tych "to".

Nie mogłem przesadzać z próbą fizycznego wyjaśnienia tego zjawiska

Potknęłam się.

weźmiemy jedną sekundę dziennie tysiącom ludzi

Zabierzemy. Uważaj na kolokacje.

nie sekundę a minutę

Nie sekundę, a minutę.

Co oczywiste, dla moich potencjalnych klientów jakakolwiek próba usprawiedliwiania, czy tłumaczenia moralnych aspektów tego działania nie miała absolutnie sensu, ale tylko dlatego, że dla tych ludzi to było coś normalnego

Żargon?

Zresztą gdyby

Zresztą, gdyby.

powiedziałem, kontynuując

Kontynuowanie i mówienie to ta sama czynność, nie widzę sensu dzielenia jej na dwa czasowniki.

zrozumieć co się dzieje

Zrozumieć, co się dzieje.

wiecie jak

Wiecie, jak.

najpóźniej jak

Najpóźniej, jak.

lepszego niż concorde, niż bilety VIP niż

Lepszego, niż concorde, niż bilety VIP, niż…

Przerwałem pozwalając rozbrzmieć ostatnim słowom w ich głowach.

Szyk, ale w ogóle skróciłabym: Przerwałem, żeby to zdanie miało czas rozbrzmieć w ich głowach.

Moich kilku gości wpatrywało się we mnie jak zahipnotyzowani

Związek zgody: wpatrywali się jak zahipnotyzowani.

Widziałem jak

Widziałem, jak.

dostrzegłem co

Dostrzegłem, co.

Myśli jak i lampy operacyjne

Hmm. Trzeba dać co najmniej przecinek po "myślach".

Po chwili trwającej pozornie kilka sekund, byliśmy

Albo bez przecinka, albo wtrącenie: Po chwili, trwającej pozornie kilka sekund, byliśmy.

To co

To, co.

korytarzami zaglądając

Korytarzami, zaglądając.

W każdym pomieszczeniu, pracownicy

Bez przecinka.

Uśmiechy te, były

Tu też.

Chociaż, co ciekawe zdarzały się

Wtrącenie: Chociaż, co ciekawe, zdarzały się. Uważaj na "się" – ich liczba mieści się w dopuszczalnych granicach, ale uważaj.

Mój klient przy nich, też

Bez przecinka. One mają swoją logikę.

w tym przypadku było to jednak jakby intensywniejsze

Troszkę niezręcznie, ale ujdzie.

Nagle, jakby wszystko zadrżało, spojrzałem

Przecinki psują treść. Spojrzał tak, jakby wszystko zadrżało? Podzieliłabym na drugim przecinku, a pierwszy wycięła.

Po chwili, kolejny wstrząs

Bez przecinka.

w sumie to

To bym wycięła, fragment jest oniryczny, wizyjny, lepiej go nie rozwadniać.

Duży popłoch połączony z dźwiękami głośnej wymiany zdań, wszystko to oscylowało wokół mojego klienta.

Nienaturalne.

ale jak to po narkozie

Ale, jak to po narkozie.

sięgałem po nią do pokoju

Sięgałem po nią, do pokoju.

poddenerwowany mężczyzna

Trochę słabe określenie na gościa, który się zapluwa przy mówieniu.

opluwając mnie przy tym mimowolnie kropelkami

Po co zaznaczasz, że "mimowolnie"?

opowiedzieć co

Opowiedzieć, co.

Przeszył mnie lęk.

Za bardzo mnie o tym zapewniasz. Pokaż.

drzwiami, w szczelinie pomiędzy podłogą, a drzwiami

Powtórzenie.

zmodulowane przez metalową przestrzeń

Przestrzeń nie jest z materii, a i to modulowanie nie wygląda mi prawidłowo.

nie interesuje mnie jak

Nie interesuje mnie, jak.

Jedyne co mi teraz przychodzi na myśl to ucieczka

Jedyne, co mi teraz przychodziło na myśl, to ucieczka.

oderwałem wenflon

Wyrwałem. (Zły pomysł, tak w ogóle.)

koszulę, która w zasadzie była kawałkiem cienkiej szmaty z otworem na głowę

Hmm.

nigdzie ich jednak nie dostrzegłem

Co Wy wszyscy z tym dostrzeganiem? W większości kontekstów jest zbyt ą-ę.

niezwykle sterylnie

Hmm. Pokaż mi to. I powtarzasz "było".

Skierowałem się w stronę drzwi, do których przystawiłem ucho.

Trochę mętne.

Otwarłem je

Otworzyłem.

które było chyba uniwersalne dla całego świata.

A co to ma do rzeczy?

psychiatra odrywając

Psychiatra, odrywając.

zapytał kłamliwie

Jak chcesz pytać "kłamliwie"? Kłamstwo to celowe mówienie nieprawdy, a pytania nie mają wartości logicznej.

Po kilku sekundach ciszy, psychiatra

Bez przecinka.

swoim piórem

Zbędne wtrącenie, i tak zaraz opiszesz to pióro.

odłożył opowiadanie

W zasadzie odkłada się raczej rękopis.

Psychiatra tym razem przeczytał tylko kilka stron z całości, zwyczajnie nie chciało mu się czytać wszystkiego.

Zdublowana informacja.

oczywiście na swój sposób, niezwykłe

Albo: oczywiście, na swój sposób, niezwykłe; albo bez przecinków.

No ale, na dziś

No, ale na dziś.

informację zostawię dla biegłych

Raczej: podam biegłym.

psychiatra wyraźnie stawiając

Psychiatra, wyraźnie stawiając.

mieli zamiar wyprowadzić

"Zamiar" zbędny, to ich praca.

odwrócił się, będąc już w progu drzwi

"Będąc" zbędne – anglicyzm.

Pacjent wpatrywał się to w skórzaną teczkę z opowiadaniami, to w oczy lekarza.

Szamocąc się?

A więc jednak.

A, więc jednak.

od miejsca na którym skończył.

W którym.

Delikatnie je uchylając dostrzegłem

Nieznacznie je uchyliwszy, zobaczyłem. Wtedy nie powtórzy się "dostrzegłem", którego nadużywasz.

Jak tylko znalazłem się na korytarzu jeden z ochroniarzy

Kiedy tylko znalazłem się na korytarzu, jeden z ochroniarzy. Rym.

Tak jakby

Tak, jakby.

wykonał kilka telefonów

Lutownicą? Jeju, ludzie, nie kalkujcie angielskiego "make a phone call", to brzmi okropnie.

Drugi, stojący tyłem ubrany był

Drugi, stojący tyłem, ubrany był. Znaczy, wszedł tyłem?

który łapiąc mnie pod ramię przyprowadził

Znowu – te czynności nie mogą być jednoczesne.

przyprowadził mnie w kierunku

W kierunku można poprowadzić, przyprowadzić można do.

bez słowa, nie patrząc nawet na mnie odszedł

Bez słowa, nie patrząc nawet na mnie, odszedł. Powtarzasz "nawet".

Wiem już czemu

Wiem już, czemu.

wiesz jakie

Wiesz, jakie.

ty skurwysynu…

Przecinek przed wołaczem.

była jak to mawiali

Była, jak to mawiali.

szpital pod pełną moją kontrolą

Szyk: szpital pod moją pełną kontrolą.

jesteś w stanie psychozy

W stanie psychotycznym, jak już.

ewakuacji, (…) obserwacji,

Rym.

odwrócił głowę patrząc

Odwrócił głowę, patrząc.

Kilka sekund po wypowiedzeniu przez lekarza ostatniego słowa,

Niezgrabne.

A więc tak

A, więc tak.

zrezygnowanym głosem lekarz przeskakując wzrokiem po każdej postaci.

Bardzo źle to brzmi.

Poza tym, spaliłeś cały plan

Bez przecinka.

Został pochłonięty przez korporację

???

Brodacz trzymając

Brodacz, trzymając – bo wtrącenie.

 

Po mocnym początku, który w pierwszej chwili chciałam klikać – nieporządek. Uzasadniony, choć ciut przesadny. A potem nagły zwrot (i to, niestety, mój "ulubiony", czyli bohater jest wariatem). A potem jednak nie jest wariatem, ale to nie ma znaczenia, bo lecimy spiralą w dół. Wygląda to tak, jakbyś miał w głowie fajną scenę otwierającą, ale żadnego pomysłu na to, co będzie dalej i co było przedtem. Szkoda. Narobiłeś mi apetytu. Miałam nadzieję na Szarych Panów z Momo albo coś takiego. Sama chciałam napisać o czasie jako zasobie naturalnym i oczywiście muszę teraz poczekać.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dziękuję za poświęcony czas i analizę, sporo pracy przede mną ;)

Początek kojarzy mi się z filmem “Osaczeni” i metodą bohaterów na zyskanie godziny ;)

Jednak potem zaczyna się dziwny chaos w tekście. Bohater to wariuje, to robi się normalny. Akcja pędzi, a ja wypadłem z pociągu fabuły i nie do końca skumałem, czy to wszystko jest realne, czy nie.

Do tego wykonanie chrzęści, co niestety potrafi utrudnić czytanie w tym wypadku.

Podsumowując: był pomysł na scenę początkową, ale potem reszta tekstu poleciała w nieznane. I, co gorsza, gdzieś mnie zgubiła po drodze.

Chwytaj przydatne linki. Pomogą w szlifowaniu kolejnych tekstów:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka