- Opowiadanie: wybranietz - Rozjaśnienie słońca

Rozjaśnienie słońca

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Rozjaśnienie słońca

Wody Nilu cofały się, pozostawiając na polach grubą warstwę żywego mułu. Nadchodził czas, by przygotować ziemię pod zasiew. Senmut wyruszył na pole wcześnie rano, w złudnej nadziei, że wykona większość pracy zanim słońce stanie w zenicie, a Meszir zatrzyma się na popas.

Mężczyzna marzył o siodle, takim, jakie widział u królewskich dostojników i bogatych kupców, ale Kipa wciąż nie wyplotła z papirusu nic, co choćby przypominało je kształtem i Senmut zaczynał podejrzewać, że jego żona nawet nie próbuje.

Siedział więc okrakiem na twardym, czarnym pancerzu. Stopy zahaczył o krawędzie, palcami wczepił się we wgłębienia w skorupie. Meszir powoli szedł przed siebie, drepcząc i drapiąc ziemię trzema parami odnóży i ryjkiem. Mężczyzna rozglądał się, lekko znudzony, osłaniając oczy przed słońcem. Z konopnych lin przywiązanych do czułków korzystał rzadko, tylko nieznacznie korygując kierunek marszu.

Meszir był posłusznym skarabeuszem.

Kątem oka Senmut widział nieprzyjemne błyski, migoczące na odległych wodach Nilu, z drugiej strony zaś pustynia, rozciągająca się tuż za polami, wydawała się atakować oczy piaskiem i ostrymi kryształami światła. Chociaż starannie obrysował je kholem, zaczynały go piec, podrażnione.

Skarabeusz zwalniał coraz bardziej, aż w końcu stanął nieruchomo. Senmut z westchnieniem zeskoczył z jego grzbietu. Owad zgiął przednie odnóża, rozsunął pokrywy pancerza na boki i wystawił do słońca cienkie, przeźroczyste skrzydła oraz jasny, pręgowany odwłok, który dziś wydawał się oślepiająco biały. Mężczyzna usiadł w cieniu, rzucanym przez skarabeusza i zamknął zmęczone oczy.

–  Śpisz? – Usłyszał znajomy głos.

–  Nie, nie śpię. Odpoczywam. – Senmut otworzył oczy.

–  Najlepiej odpoczywać w trakcie zabawy – odpowiedział wesoło Totmes, siadając naprzeciw niego. Zaczął rysować na ziemi planszę do gry. –  Czasem mam dość tych przerw na popas – dodał po chwili, ziewając.

–  Kiedy byśmy grali, gdyby nie one?

–  No racja, Kipa nie pozwala ci na takie rozrywki – zarechotał mężczyzna.

Senmut machnął tylko ręką. Bez słowa przyjął kości i kamyki. Grali długo, dłużej niż zwykle. W końcu Senmut wstał i zaniepokojony podszedł do skarabeusza. Odwłok jarzył się jak nigdy wcześniej. Delikatnie go dotknął, ale owad był całkiem zimny.

–  Co to? Nigdy wcześniej tak nie świecił…

Pociągnął go delikatnie za czułki; owad poruszył głową, jakby chciał strącić jego rękę.

–  Idę zobaczyć co z moim – powiedział zaniepokojony Totmes. Zebrał kości i kamyki do lnianej sakiewki i oddalił się czym prędzej.

Niepokój Senmuta na moment zelżał, złagodzony rozbawieniem – sąsiad przegrywał sromotnie przez cały czas. W końcu skarabeusz wyprostował przednie odnóża, zwinął skrzydła i zasunął czarne pokrywy. Dziwny blask zniknął. Senmut wspiął się na grzbiet Meszira; gdzieś w oddali widział Totmesa, też gotowego do wznowienia pracy. Mężczyzna postukał w pancerz i żuk podjął powolny marsz przez pole. Wkrótce podrażnione oczy mężczyzny znowu zaczęły piec i z niecierpliwością wyczekiwał zachodu słońca.

Zmierzchało, kiedy wrócił do chaty. Choć zmusił skarabeusza do szybkiego biegu i tak był spóźniony. Kipa pracowała w ich ogródku warzywnym, dzieci bawiły się, żonglując niewielkimi piłkami. Nic nie powiedziała na jego widok, dalej pieliła z zaciśniętymi ustami.

Senmut odprowadził skarabeusza do zagrody. Meszir umościł się w swoim zagłębieniu; schował odnóża i wyglądał zupełnie jak niewielki pagórek.

Mężczyzna wszedł do chaty. Kipa bez słowa postawiła przed nim placki zbożowe z cebulą i piwo jęczmienne. Senmut westchnął cicho.

–  Kipa…

–  Martwiłam się – wpadła mu w słowo żona.

–  Dlaczego?

–  Długo nie wracałeś, a dziś… Dziś był bardzo dziwny dzień. Słońce było takie… Takie jaskrawe.

–  Meszir pasł się dziś wyjątkowo długo – odpowiedział wymijająco, wzruszając ramionami, by zamaskować niepokój. Najwyraźniej to nie było tylko przywidzenie.

–  Meszir się pasł, czy Totmes znowu cię wciągnął w jakąś grę? – zapytała ostro Kipa, wyrywając go z zamyślenia.

–  A co mamy robić, jak skarabeusze stoją nieruchomo i ani drgną?

–  Siodło byś sobie zrobił – prychnęła w odpowiedzi. – Albo sandały dla dzieci.

Senmut postanowił nie ciągnąć dyskusji, która zaczęła przyjmować niekorzystny obrót. Zajął się jedzeniem. Kiedy skończył, do chaty wbiegły zniecierpliwione czekaniem dzieci.

–  Tato, tato!

–  Co?

–  Mama obiecała, że nam coś opowiesz!

–  Hm, no dobrze… –  Senmut objął dzieci ramionami i zapytał z przejęciem, jakby miał im zdradzić wielką tajemnicę: – Czy wiecie, skąd wziął się Meszir i inne słoneczne skarabeusze?

–  Nie – odpowiedział zgodny chórek. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Oczywiście, że wiedziały. Po prostu lubiły tę historię.

–  Dawno temu, kiedy zmarł wielki król, Dżoser, jego wierny budowniczy, arcykapłan boga słońca w Heliopolis, Imhotep, wybudował dla niego najpiękniejszy grobowiec. – Senmut kijkiem narysował na klepisku zarys piramidy schodkowej – taki, jakiego nikt wcześniej nie miał. Dżoser był sprawiedliwym i dobrym władcą, więc cały Egipt płakał po jego stracie. I ludzie, i zwierzęta, i nawet bóg-skarabeusz, Chepri, był przygnębiony i odmówił wtoczenia słońca na niebo. Nikt nie wiedział, jak go pocieszyć, aż w końcu wielki Ra przywołał wszystkie skarabeusze Egiptu na grobowiec Dżosera, gdzie nakarmił je swoim blaskiem. Uczta trwała trzy dni i przez te trzy dni Egipt był pogrążony w ciemności. Skarabeusze, które przyszły na grobowiec króla Dżosera rosły i rosły. Najpierw były tak duże jak pies, potem jak osioł, a w końcu nawet większe od osła! Rozeszły się po Egipcie, by służyć ludziom wsparciem i opieką, a Chepri, nie chcąc być od nich gorszy, zaczął znowu codziennie wtaczać słońce na niebo. Do dzisiaj nasi wrogowie uciekają, kiedy widzą pędzące skarabeusze, dlatego wygrywamy wszystkie bitwy; potrafią unieść znacznie więcej niż zwykły osioł, dlatego nasze łupy są jeszcze bogatsze i co dzień klękają przed bogiem Ra, by ten w dalszym ciągu obdarzał je łaską, tak, by mogły pomagać ludowi Dżosera jeszcze jeden dzień. – Senmut mówił coraz ciszej. Córka, wtulona w jego lewy bok, oddychała miarowo, syn walczył z sennością. Mężczyzna spojrzał na Kipę – kobieta obserwowała ich z lekkim uśmiechem.

Razem ułożyli dzieci do snu i usiedli przed chatą. Patrzyli, jak niebo rozbłyskuje gwiazdami.

–  Opowiedz mi coś – mruknęła Kipa i Senmut zaczął opowiadać.

 

***

 

Obudziło ich światło świtu, ostre i jaskrawe. Meszir dreptał niespokojnie w zagrodzie. Rozglądali się przez chwilę, jakby po raz pierwszy widzieli swoją chatę, ogródek i okolicę. W powietrzu unosił się drobny piasek, błyszczący złoto. Osiadał na skórze i wkrótce oboje świecili pożyczonym blaskiem.

Dziwne światło przesuwało się po ziemi jak cień chmury i wkrótce zniknęło, pozostawiając tylko pył na skórze.

–  No, może dziś uda mi się skończyć z polem – powiedział Senmut ze sztucznym optymizmem w głosie.

–  Uważaj na siebie – szepnęła Kipa.

Mężczyzna pokiwał głową, wyprowadził niespokojnego żuka z zagrody, wskoczył na jego grzbiet i ruszył przed siebie. Obrócił się jeszcze, by pomachać rodzinie. Stali w trójkę przed chatą. Kipa jaśniała i wyglądała jak wcielenie bogini miłości, Hathor.

Meszir wciąż był poddenerwowany. Podekscytowany? Nigdy wcześniej nie zachowywał się w ten sposób. Wpadł na pole w pełnym biegu i zaczął ryć ziemię z chorobliwym entuzjazmem.

–  Ej, uspokój się! Zrzucisz mnie zaraz! – mężczyzna spróbował okiełznać żuka, ciągnąc za liny przy czułkach, ale nie przyniosło to efektów. Meszir nadal szalał. Senmut widział Totmesa, podobnie jak on walczącego, by utrzymać się na grzbiecie skarabeusza. Żuk powoli wytracał tę szaleńczą prędkość, i mężczyzna miał nadzieję, że wkrótce zatrzymają się na popas. Rozejrzał się po polu – właściwie mogliby już skończyć pracę.

Coś na horyzoncie, nad pustynią, zwróciło jego uwagę. Zmrużył oczy. Gdzieś w oddali, jak ciemna, burzowa chmura gromadziło się oślepiające światło. Senmut poczuł, że oczy znowu mu łzawią.

Meszir zatrzymał się na moment, zamachał czułkami, jakby węszył. Zanim Senmut zdołał zeskoczyć z jego grzbietu, żuk rzucił się w stronę światła. Mężczyzna ze wszystkich sił trzymał się krawędzi pancerza. Bardziej wiedział, niż widział, że mijają ich inne żuki, usłyszał głośny krzyk, przeciągły i pełen bólu; mógł to być krzyk tratowanego Totmesa. Senmut wzmocnił swój uchwyt. Oczy łzawiły jeszcze bardziej, podrażnione przez wiatr i drobinki piasku.

Może po prostu płakał.

Rzeka skarabeuszy przelewała się przez pola, zalewała je zupełnie jak Nil. Dziwne światło było coraz bliżej.

 

***

 

–  Coś ty powiedział? – Snofru spojrzał na urzędnika. Mężczyzna skłonił się głęboko, jakby to mogło komukolwiek pomóc i powtórzył swoją wiadomość:

–  To dziwne światło, o panie, które rozświetliło poranek, najwyraźniej zaszkodziło skarabeuszom pobłogosławionym przez boga Ra. Wszystkie ruszyły do opętańczego biegu. Dostajemy wiadomości o stratowanych polach i wioskach. Są ofiary w ludziach. Arcykapłan boga Ra z Heliopolis już tu zmierza. Zarządził modły we wszystkich świątyniach, ale twój udział, o panie, też jest nieodzowny.

Snofru potarł twarz. Rzeczywiście, rano widział Memfis w innym świetle. Powietrze błyszczało, a słońce jakby świeciło mocniej, ale dziwne wrażenie prędko znikło i król przypisał je zmęczeniu. Najwyraźniej nie miał racji. Mówiono mu o dniach, kiedy słońce gasło, ale nigdy nie słyszał o tym, by świeciło mocniej. Czy rozgniewał czymś boga Ra? Niemożliwe, dopełniał przecież swoich kapłańskich obowiązków i nie zawodził jako władca.

Egipt kwitnął.

–  Coś jeszcze? – zapytał król szorstko.

–  Zbierają się w Mejdum. Tam, gdzie zatrzymało się to światło.

–  Mejdum? Przecież tam jest moja rezydencja. I królewskie grobowce!

–  Tak, o panie – odpowiedział posłaniec, chowając się w jeszcze głębszym ukłonie. – Pojawiają się szepty… –  urwał.

–  Jakie szepty? – zapytał Snofru.

–  Szepty, że to może mieć coś wspólnego z Dżoserem. Szepty, że ktoś sprzeniewierzył się jego pamięci. Pamięci jego grobowca. – Mężczyzna mówił z każdym słowem ciszej i w końcu sam zaczął szeptać.

Snofru odetchnął głęboko. Był wściekły. Zacisnął dłonie, zacisnął zęby. Posłaniec, choć zaraz miał uderzyć głową w podłogę, na pewno uważnie obserwował jego reakcję, ale to nie był czas na polityczne rozgrywki.

–  Przekaż arcykapłanowi wiadomość, że ma mnie dogonić, zanim dotrę do Mejdum.

–  Jak każesz, o panie. Jak każesz.

Łódź czekała, gotowa do drogi, kiedy król zszedł na przystań. Podróż upływała w grobowej atmosferze. Snofru widział, jak skarabeusze pędzą po obu stronach rzeki. Światło stawało się coraz bardziej natarczywe.

Kiedy łódź przybiła do brzegu, król, nie czekając na służbę, poszedł na pobliskie wzgórze. Rozżarzony krąg rzeczywiście zawisł nad Mejdum. Zasłaniał słońce, zalewając całą okolicę upiornie jasnym światłem. Poniżej powinna rozpościerać się jego rezydencja. Zamiast niej rozpościerały się żuki. Czarna masa tratowała wszystko na swojej drodze, kierując się w stronę…

Król westchnął z zachwytem.

Pod fałszywym słońcem stała piramida o gładkich ścianach i ostrych krawędziach. Żuki z determinacją wspinały się na jej szczyt; na tle białego piasku ich ciemne pancerze wyglądały jak czarne plamy. Te, które dotarły na samą górę, wydawały się rozpuszczać w chorobliwym świetle.

–  Próbowaliśmy strzelać z łuków… – Ktoś powiedział cicho. – Ale nic to nie dało. Nie możemy ich zatrzymać, nie możemy się nawet do nich zbliżyć.

Król Egiptu patrzył przed siebie. Milczał.

Ze wszystkich stron rozlegał się chrzęst odnóży, sunących lekko po powierzchni piasku.

 

***

 

Żuki znikały z Egiptu, pozostawiając za sobą zniszczony kraj. Żadne modły, żadne ofiary, żadne przeszkody nie zdołały powstrzymać szaleńczego biegu, żaden skarabeusz nie zsunął się ze stromych ścian. Jeden po drugim znikały w jasnym kręgu. Wkrótce ktoś zauważył, jak upiornie blade słońce wysuwa się zza dysku i wędruje powoli w dół nieboskłonu.

Tej nocy jednak nie zapadła ciemność. Nie było widać gwiazd na niebie. Kiedy słońce zaszło, światło dysku wydawało się jeszcze bardziej oślepiające. Snofru przez całą noc obserwował uciekające żuki.

W południe na piaskową piramidę wbiegł ostatni z nich. Kiedy ustał chrzęst pędzących owadów, zrobiło się bardzo cicho. Zbyt cicho. Cienie były zbyt czarne. Światło zbyt ostre. Wszystko pokrywał kurz i piasek.

Dysk, wraz ze słońcem, ruszył w powolną wędrówkę ku zachodowi.

Snofru patrzył w zadumie na piramidę. Nie chciał nawet myśleć o tym wszystkim, co go czeka. Choć wspięły się po niej tysiące żuków, jej ściany nie zostały w najmniejszym stopniu uszkodzone – wciąż były doskonale gładkie.

Piasek rozsypał się, kiedy oba słońca – prawdziwe i fałszywe – zaszły za horyzont.

Król wiedział, co zobaczy, kiedy kurz opadnie, ale widok znacznie mniejszej i znacznie mniej udanej piramidy zabolał bardziej, niż się spodziewał.

Czy to przez naśladownictwo go ukarano? Czy może za niedoskonałość jego tworu? Piramida stała jak oszczerstwo, szyderstwo i wyrzut sumienia.

Tyle zostało z potęgi Egiptu.

Jemu przypiszą winę za zniknięcie żuków. Od niego będą oczekiwać pomocy. Wyglądało na to, że osły znów będą musiały powrócić do Egiptu. Dużo osłów. Jak najszybciej.

Snofru podjął pierwszą decyzję.

–  Moja rezydencja zostanie przeniesiona z powrotem na północ, do Dahszur. Tam też zostanie wybudowana nowa piramida. Idealna. Wtedy skarabeusze powrócą.

 

***

 

Sinuhe prowadził osła na postronku. Nie mógł się już doczekać wieczornej kąpieli – piasek był wszędzie. Droga nużyła go niemiłosiernie. Po prawej pola, po lewej pustynia, nikogo w zasięgu wzroku. Egipt z trudem podnosił się z katastrofy, jaką wywołało odejście skarabeuszy. Zniszczone domy, zasypane kanały irygacyjne, ziemia nie nadająca się pod uprawę, stratowani ludzie i – co najgorsze – kilka lat, w trakcie których wylewy Nilu były zbyt niskie, by zapewnić im dość pożywienia.

Nic z tego nie powstrzymało króla Snofru przed stawianiem kolejnych piramid.

Postronek znowu się naprężył. Sinhue zaklął cicho. Musiał dostarczyć towar przed wieczorem; odkąd jego ojciec zniknął wraz z Meszirem, był przecież odpowiedzialny za matkę i siostrę, a to uparte bydlę co i rusz się zatrzymywało.

Spojrzał na ziemię, ciekawy, co tym razem rozproszyło osła.

–  Ach, wy.

Kucnął i z bliska obserwował kilka skarabeuszy, toczących swoje kulki. Szturchnął jednego palcem.

–  Ile piramid potrzebujecie, by urosnąć?

Osiołek ruszył równie nagle, jak się zatrzymał i Sinuhe poderwał się na nogi.

– Sprzedam cię – pogroził zwierzęciu. – Sprzedam i zatrudnię się przy budowie piramid, wiesz? Król Cheops buduje teraz nową, jeszcze większą, niż te, które wybudował jego ojciec. Kapłani boga Ra mówią, że ta na pewno przywróci nasz dobrobyt.

Osioł głośno zaryczał w odpowiedzi.

Koniec

Komentarze

Fajnie się czyta, tylko kurza twarz, nie wszystko rozumiem. Skarabeusze robocze na fotowoltaikę – ok! Ale skąd się wzięły? I dokąd odeszły? To drugie słońce to był jakiś portal, statek Obcych czy cuś?

Wytłumacz, bo dziś już trochę zmęczony lekturą jestem ;).

No i drobiazgi:

– “żyznego, rzecznego mułu” – no kurde, jak Nil wylał, to muł musiał być rzeczny; niepotrzebnie to dodajesz;

– “wgłębiania w skorupie” – literówka;

– “widział Totemsa” – raz ten gość nazywa się Totmes, a raz Totems; zdecyduj się ;);

– “Najwyraźniej to nie było tylko przewidzenie” – tu poczytaj – http://www.jezykowedylematy.pl/2011/07/przewidzenie-i-przywidzenie-dwa-rozne-mylone-terminy/ ;

– “skarabeusze stoją nieruchomo” – a one, jak się ładują, to stoją czy leżą?;

– “ze sztuczną pogodą w głosie” – to mi z lekka nie brzmi: z “pogodą ducha” może?;

– “liny przy czółkach” – eeej!!!;

– “mógł to być Totems,; mógł to być krzyk tratowanego Totemsa” – jak jest to drugie, to po co to pierwsze?;

– “Przekaż Arcykapłanowi wiadomość” – arcykapłan to jest imię własne?;

– “Żuki znikały z Egiptu, pozostawiając za sobą szeroki pas zniszczeń” – tzn. szły jedną drogą? bo pas sugeruje jakiś jeden szlak;

– “że osły znów będą musiały powrócić do Egiptu” – wydaje mi się, że do orki i innych ciężkich robót używano raczej wołów;

– “do Dahszur” – a czemu arabska nazwa? anachronizm, do Arabów jeszcze kilka tysięcy lat ;P;

– uparte bydle” – ogonek zjadło.

 

No dobra, napisane jak zwykle (niemal) bez zarzutu. Tylko nie wszystko ogarniam :(.

 

Popraw babolki, to kliknę Bibliotekę, bo tymi “czółkami” to przegięłaś ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

O jaaaa! Poprawiłam TO, resztę poprawię potem, bo z komórki to dramat pisać. Pięknie dziękuję ;3

I would prefer not to.

No, czyta się przyjemnie, fajny pomysł ze skarabeuszami, dużo pod niego podpinasz – od Cheopsa aż po Sinuhe. Ale… Całość jest za mało fabularna, IMO. Bohaterowie nic nie robią, tylko obserwują, co się dzieje. Nic od nich nie zależy. Pewnie tekst dałby radę jako wycinek historii Egiptu, ale nic nie tłumaczysz. Skąd się wzięło to antyzaćmienie, nawet nie wiemy, czy rzeczy opowiadane dzieciom to fakty czy mity…

Zostało Ci trochę literówek i innych babolków. Przejrzyj jeszcze tekst.

mógł to być Totems,; mógł to być krzyk tratowanego Totemsa.

Wystarczy jedno…

Piasek był wszędzie i nie mógł się doczekać wieczornej kąpieli.

A to niecierpliwy piasek! Ale za to jaki czyścioszek. ;-)

Babska logika rządzi!

“…wydawała się atakować oczy piaskiem i ostrymi kryształami światła. Chociaż starannie obrysował oczy kholem…”

 

“Senmut objął dzieci ramionami i zapytał z przejęciem, jakby miał im zdradzić wielką tajemnicę[-.+:] – Czy wiecie, skąd wziął się Meszir i inne słoneczne skarabeusze?”

 

Ach, żeby dzieci tak łatwo usypiały wieczorem… ; p

 

“Gdzieś w oddali, jak ciemna, burzowa chmura gromadziło się oślepiające światło.” – Słucham? Jak coś oślepiającego może być porównanego do czegoś ciemnego?

 

“Piasek był wszędzie i nie mógł się doczekać wieczornej kąpieli.” – Zgadzam się z Finklą, że to brzmi tak, jakby to piasek nie mógł się doczekać kąpieli…

 

“Zniszczony domy, zasypane kanały irygacyjne…” – Zniszczone

 

“….odkąd jego ojciec zniknął wraz z Meszirem[+,] był przecież odpowiedzialny za matkę i siostrę…”

 

Przeczytałam, ale choć zrobiłam to szybko i bezboleśnie, nie zostałam kupiona. Jakoś nie przemówiła do mnie ta opowieść, ani nie przejęłam się skarabeuszami, ani losami stratowanego Egiptu, ani nawet losami rodziny, którą pokazałaś. Jakieś to wszystko takie bezemocjonalne mi się wydało, niedramatyczne. No i kompletnie nie rozumiem, co to za UFO wzorem szczurołapa z Hameln ukradło wszystkie skarabeusze. Tak że byłam czytałam, ale niestety nie zapamiętam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pięknie dziękuję za komentarze i łapanki ; )

 

Co do natury światła – początkowo rozważałam wysłanie Senmuta na grzbiecie jego żuka do środka dysku – ale przecież to jest taki przeskok technologiczny, że facet by nic nie ogarnął.

Dlatego zostawiłam tak, jak jest – niewyjaśnione, obserwowane z ziemi, tak, jak oni mogliby to postrzegać. Słońce dało, słońce zabrało.

Co do bierności bohaterów – to teraz widzę, że tak wyszło =.=

Co do braku bezemocjonalności – to też nie był plan ; (

 

– “że osły znów będą musiały powrócić do Egiptu” – wydaje mi się, że do orki i innych ciężkich robót używano raczej wołów;

osły, tak generalnie, były wtedy popularniejsze, to nie wchodziłam w analizy ; )

 

– “do Dahszur” – a czemu arabska nazwa? anachronizm, do Arabów jeszcze kilka tysięcy lat ;P;

Imiona mam chyba w greckiej wersji, więc ciiii….

I would prefer not to.

Czytało się bardzo przyjemnie – widać wyraźnie świetny warsztat. Dużo naprawdę fajnych zdań. Do tego sama wizja orania pól wielkimi skarabeuszami też jest super. Tylko niestety trochę muszę się przychylić do wcześniejszych uwag – trochę mało fabuły, mało faktycznych działań bohaterów, rzeczy się dzieją. No i trochę zgrzyta mi ten tekst z samymi założeniami konkursu – nie jestem pewny, czy kosmiczne, słoneczne żuki porwane przez UFO to jest to, czego oczekiwali jurorzy. No ale oni są od oceny tego, a nie ja. 

Bardzo mocno uderzyło mnie też zdanie, które już pokazała jose:

“Gdzieś w oddali, jak ciemna, burzowa chmura gromadziło się oślepiające światło.”

Zazwyczaj masz zgrabne, ładne porównania, ale tutaj zdecydowanie przeholowałaś. I o ile wiem o co chodziło z porównaniem do burzy na horyzoncie, to jednak to bardzo nie gra.

Podsumowując: ładne to, nawet bardzo, ale czegoś zdecydowanie brakuje. 

Ech, chyba rozłożyłam się czasowo – bo miałam dwa inne podejścia (równie nie na temat ;D i pierwsze było w Australii w latach 20/30, więc ten ;P), ale obydwa rozsadziły mi limit znaków – i przy tym, trzecim, pewnie już wyszło zmęczenie tematem + mało czasu na rozbudowanie tego pomysłu.

No cóż, bywa – cieszę się, że przynajmniej lektura jest przyjemna ; )

I would prefer not to.

Cieszę się, że nie puściłaś Australii lat 20/30, bo to dokładnie to w co ja poszedłem :D A przyjemna lektura to twój znak jakościowy, więc można śmiało lecieć w ciemno jak coś publikujesz i nie narzekać :D 

Ooo, robale! <3

 

Plus za robaki i ten ładny tytuł. I pejzaże. Szkoda, że oszczędziłaś jednak opisu tego dysku. To, że Senmut by nie zrozumiał nie znaczy, że nie mogłoby być ładnie ;)

 

Opowieść o historii dużych skarabeuszy poczytuję jako niezbyt zręcznie wpleciony infodump – chyba dałoby się to zrobić lepiej.

Emocji rzeczywiście brakowało, choć jakoś w tym przypadku szczególnej dramaturgii nie oczekiwałem – by może długość i tematyka (punk) sprawiły, że oczekiwałem dokładnie tego, co dostałem.

Sam pomysł ze skarabeuszami mocno magiczny, ale fajnie. Aż szkoda, że czasu nie starczyło na jakąś potężniejszą opowieść, no ale przepłynięcie z Australii do Egiptu i jeszcze napisanie opowiadania jest nieco czasochłonne ;)

 

Napisane porządnie, czytało się sprawnie. No i wyszło klarownie, co nie zawsze mogę powiedzieć o “wybranych” tekstach ;p

 

Słowem – podobało mi się. Stawiam primagrodzki stempel jakości.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tekst bardzo podpasował mi pod względem tempa, języka i tematu. Z jednej strony rozumiem zarzut Finkli o brak działania, ale osobiście lubię czasem poczytać taki “wycinek życia”, zwłaszcza w przypadku krótszych form. Nie zawsze bohaterowie muszą stawać przed dylematami, napędzać fabułę, podejmować decyzje. Jak w życiu, czasem rzeczy się po prostu dzieją niezależnie od nas :) Oczywiście byłoby to męczące przy 60k znaków, ale przy kilkunastu takie podejście pozwala po prostu docenić pomysł i świat. A te, jak pisałem, zapewniły mi bardzo miłą poranną wycieczkę do Egiptu.

Klikam do biblioteki. Niech inni też się załapią na krótkie wakacje pod piramidami ;)

@Count,

może kiedyś dopiszę przejście do dysku – to mogłoby być ciekawe ćwiczenie – opis czegoś, na opisanie czego nie ma się słów.

Opowieść o historii dużych skarabeuszy poczytuję jako niezbyt zręcznie wpleciony infodump

e, no wiesz – ojciec bajkę opowiadał! Taka fajna rodzina to była!

Pewnie, lepiej by było dozować te informacje w czymś dłuższym, ale zrobiłam, co dałam radę xD

 

@moo

dziękuję, że nie marudzisz <3

i cieszę się, że się podobało!

I would prefer not to.

Przeczytałam, podobało się.

Przeczytałam bez przykrości, ale szkopuł w tym, że nie bardzo wiem, o co tu chodzi, skutkiem czego dołączam do grupy czytelników nie do końca usatysfakcjonowanych lekturą :(

 

Wody Nilu co­fa­ły się, po­zo­sta­wia­jąc na po­lach grubą war­stwę ży­we­go mułu. –> …grubą war­stwę żyznego mułu.

 

od­po­wie­dział po­sła­niec, cho­wa­jąc się w jesz­cze głęb­szym ukło­nie. –> Jak można schować się w ukłonie?

A może miało być: …od­po­wie­dział po­sła­niec, zginając się w jesz­cze głęb­szym ukło­nie.

 

Męż­czy­zna mówił z każ­dym sło­wem ci­szej i w końcu sam za­czął szep­tać. –> Męż­czy­zna mówił z każ­dym sło­wem ci­szej i w końcu za­czął szep­tać.

 

Roz­ża­rzo­ny krąg rze­czy­wi­ście za­wisł nad Mej­dum. Za­sła­niał słoń­ce, za­le­wa­jąc całą oko­li­cę upior­nie ja­snym świa­tłem. Po­ni­żej po­win­na roz­po­ście­rać się jego re­zy­den­cja. –> Czy dobrze rozumiem, że poniżej powinna rozpościerać się rezydencja rozżarzonego kręgu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Król czy jednak faraon? Pozdrówka.

@reg

nie wiem, skąd tam się wziął ten żywy muł, naprawdę!

Ech, myślałam, że nie ma już żadnych pokićkanych podmiotów, a jednak jakiś się uchował ; (

poprawię, jak tylko reszta jurków się przetoczy.

 

@RR

Snofru lub Snefru – władca starożytnego Egiptu (wówczas nieznane było jeszcze określenie faraon, które zostało wprowadzone dopiero w XVI wieku p.n.e.), założyciel IV dynastii w okresie Starego Państwa.

I would prefer not to.

Nil podrzucił. ;-)

Babska logika rządzi!

a mógł wyrzucić krokodyla ;>

I would prefer not to.

Czasami wyrzuca. Wtedy krokodyl zżera żywy muł i zostaje zwykłe błoto. ;-)

Babska logika rządzi!

Jest tu Finkla?

Coś dla Ciebie – opowiadanie o Hypatii :). Biegnij!

 

A żeby nie było offtopu – z żywego błota powstaje martwe g…? 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Jezdem. Gdzie ta Hypatia?

Babska logika rządzi!

Dzięki za Zn, dodałam do kolejki, kiedyś do niego dotrę…

Babska logika rządzi!

Ładnie napisane i danikenowski pomysł całkiem fajnie zrealizowany, ale niestety risercz tu i ówdzie zawodzi (szczegóły niżej, tylko kolejność mi się poplątała w notatkach), no i fabuły tu tyle, co kot napłakał. W zasadzie pomysł + obrazek. No i z tą retrowizyjną nauką to też nieszczególnie. Fajny szort, niezłe wykonanie, przyjemna lektura.

Czy skok o kilkaset lat na końcu celowy, czy też imię Sinuhe tak sobie ot?

 

–  Śpisz? – Usłyszał znajomy głos.

Zawsze mam problem z takimi didaskaliami, bo niby z kontekstu wynika, kto/co jest podmiotem, ale jednak wytrąca mnie to z rytmu.

 

Niepokój Senmuta na moment zelżał, złagodzony rozbawieniem – sąsiad przegrywał sromotnie przez cały czas. W końcu skarabeusz wyprostował przednie odnóża, zwinął skrzydła i zasunął czarne pokrywy.

Tu mam mocne wrażenie non sequitur

 

Kipa pracowała w ich ogródku warzywnym

kiedy zmarł wielki król, Dżoser,

Na moje oko bez pierwszego przecinka, bo to nie wtrącenie

 

arcykapłan boga słońca w Heliopolis

No, nie. Egipcjanie tak nie powiedzą, bo to grecka nazwa miasta, którego nazwę transkrybuje się jako Junu, Unu itd. Może w okresie ptolemejskim by to przeszło albo wśród zamieszkałych w Egipcie Greków, ale nie w świecie, jaki tworzysz. A za Starego Państwa nazwy greckie nawet jeszcze nie istniały, bo w Grecji to wczesna epoka brązu, więc nawet kontakty chyba jeszcze się nie zaczęły ze światem helladzkim/egejskim

 

Zbierają się w Mejdum

To z kolei brzmi mi jak nazwa arabska, ale tu nie mam pewności

 

Senmut kijkiem narysował na klepisku zarys piramidy schodkowej

Strasznie to technicznie brzmi ;) Wątpię, czy Egipcjanie bawili się na co dzień takimi rozróżnieniami

 

W powietrzu unosił się drobny piasek, błyszczący złoto.

Coś mi tu nie gra z tym “złoto” jako przysłówkiem, bo narzuca się “błyszczący jak złoto”

 

–  Ej, uspokój się! Zrzucisz mnie zaraz! – mężczyzna spróbował okiełznać żuka,

→ –  Ej, uspokój się! Zrzucisz mnie zaraz! – Mężczyzna spróbował okiełznać żuka,

 

Żuk powoli wytracał szaleńczą prędkość,

Coś na horyzoncie, nad pustynią, zwróciło jego uwagę. Zmrużył oczy. Gdzieś w oddali

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

risercz tu i ówdzie zawodzi

kajam się, miałam tak sobie czasu, by to ogarnąć, a bardzo chciałam coś dać; i wiem, że nazwy/imiona są achronologicznie. Tylko nawet za bardzo nie wiem, gdzie szukać tych właściwych dla epoki.

 

No i z tą retrowizyjną nauką to też nieszczególnie.

Przypominam, że na ufo pisałam o trzmielach ^^

 

Czy skok o kilkaset lat na końcu celowy, czy też imię Sinuhe tak sobie ot?

To nie miał być skok w czasie xD

 

Resztę poprawię, jak już będzie można ; )

I would prefer not to.

Tylko nawet za bardzo nie wiem, gdzie szukać tych właściwych dla epoki.

W angielskiej wikipedii zazwyczaj są :) Polska egiptologiczna jest zazwyczaj dość słaba, sama poprawiałam jakieś brednie swego czasu, więc nie polecę z pełnym przekonaniem. Ale akurat to Heliopolis sprawdzałam w wiki, nie mając czasu grzebać po książkach stojących u mnie w drugim rządku, bo oczywiście w archeologii używa się greckiej nazwy nawet dla zabytków predynastycznych…

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobry, ciekawy pomysł. Wykonanie na odpowiednim poziomie. Można (jak często piszę) płynąć sobie przez tekst. I tylko problem polega na tym, że w tym konkretnym przypadku jednak trochę bez kierunku. Odnoszę wrażenie (co chyba zresztą potwierdziłaś w komentarzach), że to opowiadanie mocno zderzyło się z presją czasu. Szkoda, bo obiecywało wiele. Czasu nie zmarnowałem. Czytało się przyjemnie. Trudno jednak nie zauważyć, że narobiłaś nadziei na jeszcze więcej. :)

Inna rzecz, że to “więcej” znajdę pewnie w Twoich kolejnych opowiadaniach ( a jeśli znajdę w końcu trochę więcej czasu na nadrobienie zaległości, to również i w poprzednich).

Pozdrawiam.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant

Zajrzałam, przeczytałam.

Interesująca pocztówka. I to w zasadzie tyle.

Fabuła, jak już wielokrotnie wspominali przedmówcy, szczątkowa. Postacie ledwie zarysowane. Świat raczej muśnięty opisem, niż odmalowany. Ciekawy koncept, ale poza tym… No, styl jest w porządku, a opisy, choć niewiele rozjaśniają, są dostatecznie barwne, by udawać, że jednak coś z nich wynika.

Przeczytałem, ale bez przyjemności, bez emocji, zupełnie na zimno.

wykona większość pracy zanim

Hmm. Przecinek przed "zanim".

 nie wyplotła z papirusu nic

Dałabym raczej "niczego" – ale to może być kwestia słuchu.

 Siedział więc okrakiem na twardym, czarnym pancerzu.

I tu załapałam, o co chodziło w poprzednim akapicie. Fajne!

 korzystał rzadko, tylko nieznacznie korygując kierunek marszu.

Hmm.

 obrysował je kholem

Wiem, że chodzi o oczy, ale to nie jest zupełnie jasne.

 Senmut z westchnieniem zeskoczył z jego grzbietu.

Tak – hop?

w cieniu, rzucanym przez skarabeusza

Przecinek niepotrzebny – to określenie cienia, nie ma co go oddzielać.

 zobaczyć co z moim

Zobaczyć, co z moim.

 Kipa pracowała w ich ogródku warzywnym, dzieci bawiły się, żonglując niewielkimi piłkami. Nic nie powiedziała na jego widok, dalej pieliła z zaciśniętymi ustami.

Jakieś to skrótowe. Albo ja marudzę.

no dobrze

No, dobrze.

król, Dżoser

Tu nie dałabym przecinka.

 przez te trzy dni Egipt był pogrążony w ciemności

Historię piszą zwycięzcy, co? ;)

 piasek, błyszczący złoto

To trochę niejasne na pierwszy rzut oka.

 żuk rzucił się

Aliteracja.

 ale to nie był czas na polityczne rozgrywki.

Hmm?

rozpościerać się jego rezydencja

Ani rezydencje, ani żuki się nie rozpościerają, o ile wiem.

westchnął z zachwytem.

Z zachwytem – czy z zachwytu?

 chorobliwym świetle

Nie użyłabym tego słowa.

 ostatni z nich

Wystarczy "ostatni".

 Czy to przez naśladownictwo go ukarano?

Raczej "za naśladownictwo"

 wylewy Nilu były zbyt niskie

Może jednak "małe"?

 przywróci nasz dobrobyt

Raczej: przywróci nam.

Ciekawy pomysł, chociaż nie do końca pasuje do konkursu – w końcu to nie oni zrobili te żuki, tylko je dostali z zewnątrz. O ile one w ogóle były tworami sztucznymi, bo dysk równie dobrze może być UFO, jak okiem Re. Wykonanie jakieś skrótowe, jak na Ciebie, nie do końca dałam radę się wczuć w ten egipski piach. Może skala dramatu jest za duża? Zbyt abstrakcyjne?

Z tymi porównaniami światła do burzowych chmur kłopot jest taki, że porównujesz przeciwieństwa – ale myślę, że dałoby się.

 A to niecierpliwy piasek! Ale za to jaki czyścioszek. ;-)

heart

 Plus za robaki

Wstydź się, Hrabio, żuki to nie robaki (ale faktycznie, miluśkie).

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

O rany, ile się tego nazbierało!

Pięknie dziękuję za wizyty ;3

Choć przykro mi, że nie zdołałam spełnić oczekiwań i czuć niedosyt – wolałam dać przyzwoicie ogarniętą pocztówkę niż niedopracowany dłuższy tekst (szczególnie, że te dłuższe mają niebezpieczną tendencje do rozrastania się ponad limit…)

 

Co do żuków – jest gwałtowny rozwój technolgii odpowiedniej dla czasu – czyli zwierzęta pociągowe w wersji 500+

;D

I would prefer not to.

Czy w tym czasie jestem w stanie napisać jeszcze coś, co już nie padło w komentarzach? :)

 

Fajnie napisane, dobrze i lekko się czytało, ale to akurat nie jest nic nowego w przypadku Twoich tekstów, wspominam tak dla formalności. ;)

Ogólnie jednak miałem wrażenie, jakby opowiadanie było niedokończone, pomysł zaznaczony, ale nierozwinięty.

Wydaje mi się, że żuki na boskich dopalaczach trudno uznać za rozwój techniki, no ale dla mnie osobiście to nie problem, jedynie kwestia podejścia konkursowego Żuri.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałem. 

El Lobo, dobrze cię znowu widzieć!

żuki na boskich dopalaczach trudno uznać za rozwój techniki

Ej, to czysty chitynapunk!

 

NWM, fun,

:D

I would prefer not to.

Ej, to czysty chitynapunk!

Kuchnia, to jest myśl! Pisz! XD

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

no już napisałam xD

 

Ale robaczki są super <3

 

Jak teraz myślę – to pratchettowski Hex też miał wątki chitynopunkowe – tam w końcu mrówki łaziły ;D

I would prefer not to.

Niom. Ile możliwości :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Przeczytałem.

Fajne, ale za krótkie. Objętość to główny grzech Twojego tekstu i w zasadzie trudno się nad czymś więcej rozwodzić. Napisane bardzo ładnie, sam pomysł na skarabeusze używane do uprawy roli – świetny. No tylko zabrakło tej słynnej fabuły. Najpierw oswoiłaś czytelnika z jednym bohaterem, a potem go porzuciłaś i pokazałaś parę innych scenek. Pod koniec dzieje się coś spektakularnego: z Egiptu znikają ogromne owady, a w głowach czytelników pojawiają się znaki zapytania.

Myślę, że był potencjał na miks biotechnologii i starożytnego Egiptu. Chętnie zobaczyłbym cywilizację Faraonów kwitnącą dzięki hodowaniu wielkich owadów. Widziałbym tu też pójście w stronę bardziej naukową: skarabeusze nie od bogów, tylko od mędrców, którzy pomogliby ewolucji.

Plus za to, że technologia nie jest użyta przede wszystkim do walki. Pokazujesz użycie „wynalazku” do czegoś bardzo podstawowego – uprawy roli.

Był potencjał na zwycięzcę, gdybyś spróbowała bardziej „naukowo” i wymyśliła pasującą do tego opowieść. No ale dzięki, że wzięłaś udział ;D

Mało. Skarabeusze na baterie słoneczne to fajny pomysł, ale otacza je zagadka. Mamy niby legendę, ale nie wiem, czy to faktycznie bogowie, czy coś innego. Potem zaś znikają – a ja nie poczułem tej apokalipsy, jaka ma z tego wyniknąć. Trochę szkoda, bo mogłoby to być coś.

Bohaterowie nawet sympatyczni, rozwinięci na tyle, na ile pozwala 15k znaków. Wydarzenia mnie zainteresowały, ale zabrakło mocniejszego wyjaśnienia na koniec.

Podsumowując: ciekawy krótki koncert fajerwerków, ale mam wrażenie, że to zaledwie zalążek czegoś większego. Są tu ciekawe pomysły i obrazy, ale niewiele z nich zapisuje się w pamięć.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pomysł z dużym potencjałem, ale moim zdaniem niewykorzystany. Niezręcznie mi to pisać, bo wiem, że bardzo walczyłaś, żeby napisać coś na ten konkurs – z drugiej strony uważam, że temu opowiadaniu należy się po prostu drugi szlif. Problem leży głównie w rozmiarze tekstu – wydaje mi się, że najlepszą wielkością dla opowiadania na portalu jest zakres 25-40K znaków. Jeżeli potrzeba więcej liter, to znaczy że koncept pozbawiony jest uroku prostoty. Jeżeli mniej – najwyraźniej autor jest już tak sprawny, że nie musi praktykować w naszym gronie ;)

Tutaj tych literek było za mało, żebyś zabrała mnie ze sobą w podróż. Nie poczułem np. istoty i ważności pracy skarabeuszy – wspomniałaś tylko w jednym zdaniu, że drapały ziemię, a ja myślałem, że tak się po prostu poruszały i zdziwiłem się, kiedy wróciły pod wieczór do domu nie robiąc nic szczególnego. Brakuje mi też mocy w opisie gigantycznych żuków pędzących przez Egipt jak lemingi – to mógłby być świetny obraz, ale w Twoim opisie zabrakło jakiejś iskry. Jeśli chodzi o początek i koniec skarabeuszowej rewolucji technicznej – zaserwowałaś nam tutaj dwie enigmy – jak na mój gust o jedną niewiadomą za dużo. I wreszcie czepiałbym się zmian narratora w tak krótkim tekście – to nie pozwala związać się czytelnikowi emocjonalnie z żadną z postaci.

Jeszcze raz: doceniam siłę pomysłu, ale uważam, że stać Cię na wyciagnięcie z niego więcej. A limit na to pozwalał.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka