- Opowiadanie: wybranietz - Wiosną zakwitły żmijowe pióra

Wiosną zakwitły żmijowe pióra

Wieki temu betowali Staruch, chroscisko i wilk-zimowy ;)

Było w Białym kruku.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wiosną zakwitły żmijowe pióra

Białe obłoki odbijały się w kałużach pozostałych po wiosennych roztopach. Brykały po niebie jak owce wypuszczone na pastwisko po długiej zimie. Prześwit miał niebo nad głową, niebo pod stopami i jak rzadko czuł, że jest na swoim miejscu. Mógłby pozostać na zawsze w tym rozmytym, wodno-niebnym świecie, ale przebudzona ziemia domagała się ruchu, wzrastania i podejmowania decyzji. Prześwit wiedział, że wkrótce trzeba będzie sprowadzić Jaryłę.

Na razie jednak orał pole. Chmury przebiegały przez niebo i przez ziemię, czasem zbierały się w groźne stada, straszyły deszczem, ale Prześwit marszczył tylko brwi i obłoki rozpadały się na smugi i strzępy. Jakiś młody płanetnik najwyraźniej sprawdzał swoje możliwości, ale to nie był czas na deszcz.

Pracował, dopóki słońce nie zaczęło chylić się ku zachodowi. Woły szły posłusznie, ciągnąc za sobą radło. Prześwit słyszał, jak ziemia szepcze podziękowania i z ulgą oddycha przez świeże bruzdy. Już powinien skończyć, ale ziemia mruczała, jakby drapał ją w swędzące miejsce, i nie mógł jej zostawić.

Dobrochna po kolei wysyłała dzieci, by ściągnęły go do domu.

Najpierw na skraju pola przystanął najmłodszy, Namir, ciekawski chłopiec, który niecierpliwie czekał na postrzyżyny. Patrzył na ojca, idącego za wołami, potem podniósł oczy na niebo i stał nieruchomo; widać i jego wciągnęły ganiania chmur. Potem Sława, promieniejąca jak słońce, stanęła obok Namira i o czymś mu opowiadała. Malec rozdziawił buzię i patrzył na nią z uwielbieniem. Jako ostatni przyszedł najstarszy, Mieszko. Nie czekał wraz z rodzeństwem, tylko pewnie poszedł w stronę Prześwita.

– Wracaj już, ojciec. Matka nic nie powie, ale wolałaby, żebyś spędził w domu trochę czasu, zanim znowu… – Chłopak spojrzał na chmury. Te uspokoiły się od razu, jakby zawstydzone.

– Matka rozumie. Ziemię należy szanować. Ogień kłamie, woda kłamie, ale ziemia kłamać nie potrafi. Już, już skończyłem.

Zabrał zwierzęta i dzieci z pola. Razem ruszyli w stronę chaty.

 

Zaledwie parę dni później, kiedy wrócił do domu po skończonym zasiewie, zastał żonę wyraźnie czymś zmartwioną. Dobrochna wygoniła dzieci z izby, by nakarmiły kury i przyniosły wody. Siadła na ławie koło Prześwita i zagaiła:

– To już czas, by sprowadzać Jaryłę, prawda?

– Prawda. Myślę, że z końcem tygodnia…

– W wiosce myślą tak samo – przerwała mu. – Byłam tam wcześniej i pytano, czy Sława nie pojechałaby jako Wiosnołka. Nawet siwka nam pożyczą…

– Sława jako Wiosnołka? Ha! Nic dziwnego, dziewczyna krasna, a robotna! – wykrzyknął uradowany Prześwit. Żona zmarszczyła brwi, spojrzała na drzwi, jakby nie chciała, by dzieci usłyszały nowinę. – Martwi cię to, Dobrochna? Dlaczego?

– Bo to twoja córka! Co, jeżeli Jaryło naprawdę będzie chciał ją wziąć za oblubienicę?

– Dobrochna, to że bóg młody, nie znaczy, że głupi. Sam wie, że to nie gody i śluby. Nawet nie wiemy, czy pojawi się u nas, czy nie zawita w którejś z dalszych wiosek.

– Nie możesz zapytać, gdzie zacznie się wiosna? – zapytała błagalnym tonem.

– Nie mam takiej mocy, moja miła. – Prześwit objął żonę ramieniem. – Chyba jej nie zabronisz?

– Nie mogłabym przecie. – Dobrochna uśmiechnęła się lekko. – Nie dość, że mieszkamy daleko od wszystkich, to takie wyróżnienie mielibyśmy odrzucić? Musimy chociaż trochę zbliżyć dzieci do…

Do chaty wbiegł Namir z koszykiem młodych pędów paproci.

– Znalazłem! – obwieścił tryumfalnie. Za nim weszło jego starsze rodzeństwo.

– Wisiało na płocie – dodała Sława.

– Ktoś chciał być miły – dopowiedział Mieszko z cieniem niechęci w głosie.

 

Wieść, że Sława odegra rolę Wiosnołki, rozeszła się po wsi lotem błyskawicy.

Prześwit nie potraktował słów żony tak lekko, jak mogłoby się jej wydawać. Następnego dnia z samego rana mężczyzna wyruszył do lasu. Najpierw szedł ubitą drogą, potem skręcił na ledwo widoczne ścieżki wydeptane przez zwierzęta, w końcu zniknęły nawet i one. Drzewa szumiały radośnie: Wiosna!… Wiosna!… Krzewy podszytu nie czepiały się jego ubrań, odsuwane gałęzie nie chłostały po twarzy. Las traktował go jak swojego.

Po długim marszu Prześwit wyszedł na polankę. Rośliny, które wcześniej rosły gęsto, nagle znikły. Ziemię porastała miękka trawa. Na samym środku polany był staw. Pewnie głęboki, bo Prześwit z brzegu nie widział dna, a kiedy raz chciał w nim zanurkować, żmij oznajmił, że nie będzie go ratować, kiedy zacznie tonąć. Płanetnik nie wiedział, czy to groźba czy ostrzeżenie, ale nie chciał ryzykować. Woda była krystalicznie czysta, ciemna i zawsze lodowato zimna, choć to mogła być sprawka żmija.

Leżał zwinięty na skraju wody, grzejąc się w słońcu. Obserwował Prześwita błękitnym okiem. Długie wężowe ciało od spodu pokrywała szarawa łuska, z góry białe, srebrne i błękitne pióra. Czasem żmij wysuwał język, jakby smakował powietrze – im było cieplejsze, tym głębiej chował się do chłodnej wody. Kiedy płanetnik odwiedzał go w trakcie żniw, to znad wody nieraz tylko łeb wystawał.

Mężczyzna siadł na pniaku, który przytargał dawno temu do żmijowego siedliska, i wyłuszczył swoją sprawę.

– …i dlatego potrzebuję twoich piór.

– By wpleść je do wianka?

– Tak.

– By Jaryło nie zagustował w twojej córce?

– Tak.

– Jesteś szalony, płanetniku.

– Jestem ojcem, żmiju. Jaryło żyje w chwale, ale nie żyje długo. Lepiej, by wiosna zaczęła się gdzie indziej.

– Możesz odmówić.

– I co? Moje dzieci całe życie mają tkwić pod lasem? Jak podciepy jakieś? Przecie wiesz, że to niełatwe życie, sam…

– Dość! – zasyczał gad, zwijając się ciaśniej. Spojrzał przelotnie na swoje odbicie w wodzie: odmieniec wśród czerwono-złotych żmijów.

Prześwit musiał dotknąć bolesnych wspomnień, bo dostał pięć długich piór. Skrzyły się w słońcu, jakby pokryte szronem. Błyszczały zimnym blaskiem żmija uwielbiającego światło i chłód, jak zimowe słońce odbijające się od śniegu.

– Uważaj na nie, ojcze-płanetniku. Jeżeli je zmierzwisz, to odpowiedzą gromem. Jeżeli je upuścisz, powrócą do mnie. Jeżeli je spalisz, zamrożą ogień.

Prześwit spojrzał na żmija z zainteresowaniem.

– Zimne słońce, to i zimny ogień?

W odpowiedzi żmij prychnął kryształkami lodu.

– Nie kpij z rzeczy, których nie rozumiesz.

 

Polana, na której świętowano, znajdowała się na wzniesieniu po przeciwnej stronie wioski niż chata Prześwita. Ostatni gospodarze skończyli siać i w wiosce szykowano się do uczty. Gdy skończono przygotowania, panny przybiegły po Sławę, by jej towarzyszyć w orszaku.

Dziewczyna w białej szacie kraśniała i bladła na zmianę, kiedy posadzono ją na zgrabnym siwku. Na głowie miała wianek z wiosennych kwiatów i młodych gałązek, między które ojciec wplótł żmijowe pióra. W lewej ręce Sława trzymała wiązkę kłosów zeszłorocznego żyta, w prawej głowę: w pniaku zaznaczono rysy twarzy, a plątanina korzeni wyglądała zupełnie jak włosy.

Kiedy szli przez wioskę, do orszaku dołączali kolejni mieszkańcy.

Prześwit z Dobrochną szli na samym końcu, w pewnym oddaleniu, tak, by móc napawać się widokiem córki jadącej na białym koniu, na czele pochodu.

Niebo lśniło błękitem, nie było na nim żadnej chmury, choć chłód był coraz bardziej odczuwalny, bo zachodzące słońce nie zdołało jeszcze rozproszyć zimy wciąż zalegającej w powietrzu.

Z góry widać było wioskę i większość pól, choć chatę i pole Prześwita skrywały drzewa. Podprowadzono konia do wysokiego słupa, dawno temu wkopanego w ziemię na środku polany. Przywiązano do niego siwka, który zaczął dreptać powoli po okręgu, jakby miał poruszyć żarna niebios. Dziewczęta, które tańczyły w kręgu dookoła Sławy, wirowały coraz szybciej i szybciej.

Prześwit zaczynał się bać, by nie spłoszyły konia. Oddech mężczyzny zamieniał się w parę przy każdym wydechu. Spojrzał w górę i zauważył, że na szczycie słupa zbierają się błękitne płomyki. Kiedy zmrużył oczy zobaczył, że między tańczącymi dziewczynami przeskakują iskry, jak w chmurach przed uderzeniem pioruna. Zagrzmiało, i płanetnik nie wiedział, czy to z niebios, czy z wianka. Wtem huknęło, błysnęło, wieśniacy krzyknęli, dziewczyny upadły na ziemię jak płatki otwierającego się kwiatu, a pniak, który trzymała Sława, zapłonął jasnym płomieniem. Dziewczyna pisnęła, rozejrzała się w poszukiwaniu pomocy, z nieruchomej masy oderwał się Mieszko i podbiegł do siostry. Zabrał z jej ręki płonącą głowę i rzucił nią w stos drewna przygotowanego na ognisko. Zajęło się od razu. Błękitne iskry wyładowań zatańczyły ostatni raz na wianku i zniknęły. Zapadła cisza.

Sława klasnęła w dłonie i krzyknęła radośnie:

– Wiosna przyszła!

Dziewczyna zeskoczyła z konia, podeszła do ław, zaczęła rozlewać piwo do glinianych kubków. Płomienie strzelały wysoko. Biesiada się rozpoczęła.

– Prześwit? – zapytała Dobrochna.

Płanetnik zastygł oniemiały, patrząc w ogień. Stał w nim smukły młodzieniec. Oczy miał zielone jak świeża trawa, włosy złote jak dojrzałe zboże; rozglądał się, jakby ktoś właśnie zbudził go ze snu. Dobrochna patrzyła to na męża, to na ognisko, ale najwyraźniej nie widziała Jaryły.

– Idź, pomóż Sławie – powiedział cicho Prześwit. Dziewczyna miała pełnić rolę gospodyni i wydawała się trochę zagubiona. Dobrochna skinęła głową.

Jaryło rozglądał się po polanie, jakby widział świat po raz pierwszy. Tak pewnie było, uświadomił sobie Prześwit. To był jednoroczny, odradzający się bóg. Bóg-jętka.

Tymczasem młodzieniec wyszedł z płomieni. Podszedł do konia, który cicho parsknął. Prześwit zbliżył się do nich, skłonił lekko głowę.

– Witamy… – zaczął, ale Jaryło wpadł mu w słowo.

– Żmijowe pióra w wianku? Aż tak bardzo chcieliście zwrócić moją uwagę? Śmiały pomysł. – Głos boga brzmiał jak pękające pąki i szemranie strumienia.

Prześwit zmiął przekleństwo w ustach.

– Nie widzą mnie, prawda? – kontynuował Jaryło z rozżaleniem. – Zawsze tak jest. Najpierw tańce, potem ślepota. Nażreć się i napić, tylko tego chcą – zakończył nadąsany.

– Gdyby zostało jadła i napoju, to bogowie gotowi pomyśleć, że mamy go zbyt dużo i nie zesłać równie szczodrych plonów.

Kiedy Jaryło nic nie powiedział, Prześwit uświadomił sobie, że to on przecież zsyła te plony. Chrząknął zakłopotany. Młody bóg spojrzał na niego, jakby dopiero teraz uświadomił sobie obecność mężczyzny.

– Ty mnie widzisz. – Zmrużył oczy. – Ach, boś ty chmurnik. A Wiosnołka to chmurnicza córa?

Nie czekał na odpowiedź. Odwiązał konia, wskoczył zwinnie na jego grzbiet. Siwka oplotły błękitne błyskawice i ruszył przed siebie. Spod kopyt sypały mu się skry i krople wody.

Krople?

Prześwit przyklęknął. Tam, gdzie stał Jaryło, trawa wyrosła na wysokość dłoni, ale ziemia była rozmiękła, przesiąknięta wodą. Może tak miało być? Pierwszy raz w końcu widział Jaryłę na oczy, wcześniej o jego przejściu najwyżej wspominali inni płanetnicy.

Dołączył do uczty. W miarę jak znikało jedzenie i piwo, rozluźniały się języki, obyczaje i ubrania, a młodsze dzieci odesłano do chat. Wkrótce płanetnik z rodziną pożegnali biesiadników. Dopiero kiedy odeszli, wieśniacy mogli rozluźnić się do reszty.

Przyszła wiosna.

 

Następnego dnia Dobrochna od samego rana ciskała gromy na chmurnika.

– Patrz na to! Spróbuj mi wyjaśnić, jak to się stało!

Prześwit wiedział lepiej i niczego nie próbował tłumaczyć. Zresztą, sam nie wiedział skąd w długich, jasnych włosach córki znalazły się skrzące srebrzyste i błękitne pasma. Błyszczały, jakby pokryte szronem, i unosiły się lekko. Sława nie zwracała na nic uwagi. Siedziała na ławie i tylko co chwilę ziewała szeroko.

– Żeby to można było ukryć! A te jeszcze sterczą! Wełną je kto potarł czy co?

– Może tak było? – podsunął nieśmiało mężczyzna. Żona tylko zgromiła go wzrokiem.

– Warkocz nosi, to jakoś posplata – powiedziała już spokojniej. – Dobrze się wczoraj spisała, nasza córa.

– Oj, dobrze – potwierdził Prześwit.

Obejrzał potem wianek, ale nie znalazł śladu po żmijowych piórach. Następnego dnia dziewczyna tryskała energią i wydawała się zachwycona ozdobą we włosach. Nic innego się nie zmieniło i Prześwit wkrótce zapomniał o niepokoju.

Słońce jasno świeciło, a zboże rosło w oczach.

 

To było najspokojniejsze lato, odkąd został powołany do płanetnictwa. Deszcze przychodziły same, regularne i niezbyt obfite, nie było gradobicia, nawet wiatr gwałtowniej nie zawiał.

Pod płotem znajdowali kury i inne podarunki tak często, że Dobrochna zaczęła odnosić ptaki do właścicieli. Sława chodziła z dumnie uniesioną głową, jakby to ona sprowadziła niespodziewany urodzaj.

Może i tak było? myślał czasem płanetnik.

Dlatego, kiedy w pobliskim stawie natknął się na zaniepokojonego wodnika, Prześwit zawzięcie bronił Jaryły:

– Patrz, jak dba! Patrz, jak darzy!

– Toć ci mówię, że dziwny jest. Inny niż zawsze.

– Niewątpliwie, w końcu nowy jest. A jak nowy, to i lepszy być może.

Unikał potem stawów i wodników. Po raz pierwszy mógł spędzić całe lato na własnym polu, z rodziną, i nigdy wcześniej nie był szczęśliwszy.

Czasem tylko, patrząc na jasne pasma we włosach córki, które ciągle skrzyły się jak oszronione, czuł ukłucie winy na myśl, że dawno nie odwiedzał żmija.

W końcu wina ukłuła go wyjątkowo boleśnie i Prześwit wybrał się do lasu. Jak zawsze drzewa szeptały o bogactwie słońca, leszczyny kłoniły się nisko i czekały, aż przejdzie.

Żmija nie było na polanie. Staw był zmętniały i cieplejszy niż zwykle. Płanetnik siadł na pniaku i zamyślił się. Przy tak spokojnym niebie i tak ciepłym słońcu – gdzie mógł gad wywędrować? Nie tańczył przecież wśród chmur. Z zamyślenia wyrwało go wrażenie nieśmiałej obecności za plecami. Obrócił się powoli, by nie spłoszyć gościa. Tam, gdzie zaczynały się drzewa, gotowa pierzchnąć w każdej chwili, stała rusałka, która czasem pluskała się w stawie.

– Czego szukasz, moje dziecko? – zapytał tak przyjaźnie, jak tylko mógł.

Rusałka zrobiła dwa kroki w tył.

– Czy wiesz, gdzie jest żmij? – kontynuował niezrażony płanetnik.

– Poszedł… Poleciał szukać Jaryły.

– Dlaczego?

– Mówił… Mówił, że Jaryła ma w sobie wodę.

– I co z tą wodą?

– Nie wiem – powiedziała z płaczem, i czmychnęła w zarośla.

Południk westchnął, wstał i udał się w drogę do domu. Odwiedzi żmija kiedy indziej.

 

Najpiękniejsze lato trwało. Kiedy nastał czas żęcia zboża, ktoś nawet dbał o to, by słońce od czasu do czasu przesłaniała pojedyncza chmura, tak, by na chwilę osłonić ludzi przed skwarem. Zaciekawiony Prześwit wzleciał w powietrze, ale w górze spotkał tylko młodego płanetnika, który żalił mu się na nudę.

– Z końcem zimy poszedłem po tęczy jak po schodach w niebo, miałem walczyć ze żmijami, pilnować plonów, sprowadzać deszcze, a tu wszystko się dzieje samo. To chociaż tyle porobię, żeby się czegokolwiek nauczyć. Tylko wodnicy mi mówią – wyprężył się dumnie, jakby z byle kim nie rozmawiali – że Jaryła ma w sobie wodę i w tę wodę szepczą mu żmijowie. Nie wiadomo co, ale szepczą całymi dniami, a on się przestał już od nich opędzać.

– Plotkarze i tyle. – Prześwit rozumiał chłopaka. Pamiętał ekscytację przed każdą podróżą w chmury, kiedy sam zaczynał płanetnictwo. A jak mu się mamuny zaczęły kłaniać, to dopiero było! A teraz? Teraz wreszcie mógł zająć się naprawdę ważnymi sprawami. Zostawił zawiedzionego chłopaka z jego chmurą i wrócił na ziemię.

Żyto urosło wielkie jak groch.

 

Po dożynkach, a przed oraniem ścierniska, nastał czas chowania Jaryły. Prześwit ze zdziwieniem przyjął wizytę młodych mężatek, do których należał ten obowiązek. Namir niewinnie zauważył, że kilka panien, które ledwo co szły w orszaku młodego Jaryły, teraz będzie towarzyszyć staremu.

– Kukła jest bez głowy, głowa miała czekać do przyszłej wiosny, ale cośmy chciały poszyć, to rozsypywało się w rękach. Kiedy ułożyłyśmy kukłę na desce, to zawiał wiatr tak silny, że nic z Jaryły nam nie zostało. Zawinęłyśmy wszystko w płótno, w kawałkach go chociaż pochować, co za różnica, skoro głowa i tak osobno, ale jak żeśmy przyszły nad grób, to ten był cały wodą wypełniony, choćby studnia. – Jedna z kobiet wręczyła mu zawiniątko. Stały przed jego chatą i czekały, aż coś poradzi. Był wyjątkowo ciepły jesienny dzień. Płanetnik poszedł do dołu, by sprawdzić, czy wybrały dobre miejsce.

Dół był suchy.

Kiedy wrócił tam z kobietami, znowu wypełniała go woda.

Podarował im czarnego koguta. Kazał go zarżnąć i spalić, ale ogień nie przyjął ofiary. Ponuro patrzyli po sobie, ale wkrótce zapomniano o złej wróżbie, bo pogoda wciąż była piękna.

Orali pola w upale, jakby to żniwa były, i co jakiś czas szukano na niebie płanetnika z jego chmurką, ale chłopak gdzieś zniknął. Nikt nie zwracał uwagi na to, że dawno nie padało: w końcu zboże zebrane, to i deszczu tak bardzo nie trzeba. Zaczęto się martwić, kiedy wyschła pierwsza studnia. Ziemia kurzyła się nieprzyjemnie, drapiąc ludzi pyłem w gardła. Skończyły się prezenty, zaczęły ponaglenia, ale niebo było równie suche jak ziemia i płanetnik nadaremno szukał chmur.

Dni były coraz krótsze i coraz cieplejsze, tak jakby musiały cały letni skwar zawrzeć w tych paru chwilach, kiedy świeciło słońce.

 

Zaczęto się modlić, ale bogowie nikogo nie słuchali. Najwyraźniej uznali, że ludzie powinni sami rozwiązywać swoje problemy.

Prześwit czuł się coraz bardziej nieswojo.

Niebo było szare, jakby wraz z wilgocią zabrano mu kolor.

Mężczyzna znowu wybrał się do białego żmija. Drzewa szeptały: wody… wody… wody… Leszczyny chłostały go z niechęcią, jakby to on był wszystkiemu winien. Nie słyszał zwierząt ani ptaków. Liście, wciąż zielone, miały brązowe plamki, jakby przypaliło je słońce.

Polana żmija opustoszała. Zniknął staw, płytką nieckę wypełniała uschnięta, brązowa trawa. Szukał rusałki, wołał żmija i leśne duchy, ale odpowiadała mu tylko martwa cisza. Wrócił, bo wiedział, że nie ma na co czekać. Na drodze, kiedy już widział swoją chatę w oddali, wpadł w wir południcy. Uniosła go trochę ponad ziemię, ale zauważyła swoją pomyłkę i już chciała odejść, kiedy ją mocno złapał.

– Gdzie jest woda? Co się dzieje?

– Jaryła zaprzyjaźnił się ze żmijami! – roześmiała się. – Nie chce umierać!

– Gdzie jest?

Nie odpowiedziała. Zawirowała i zniknęła.

 

Słońce piekło coraz mocniej i wszystkie prace w obejściu wykonywano wcześnie rano lub późno wieczorem. Wtedy też zaczęto wspominać, że Jaryło nie umarł, bo chmurnikowa córa wciąż chodzi z błyskami we włosach, które pojawiły się tamtej nocy. Może ta Wiosnołka jest wyjątkowa? Może to ona musi umrzeć? Szeptano coraz głośniej i Prześwit zrozumiał, że musi coś zrobić.

Jeżeli południca mówiła prawdę i to była sprawka żmijów… Jakże miał odnaleźć żmijowisko? Nigdy nie sądził, że kiedyś będzie musiał się tam udać. Pół życia spędził, potykając się z nimi w przestworzach i nigdy mu przez myśl nie przeszło, żeby ich wszystkich za jednym zamachem ubić, tak, jak oni próbowali teraz zmorzyć ludzi.

Jak mogło wyglądać żmijowisko? Jak polana białego żmija? Słoneczna łąka ze stawem? Gdzie on teraz jezioro znajdzie?

Prześwit wstrzymał oddech, jakby nie chciał, by uciekła mu myśl. Biały żmij zniknął w trakcie tego lata, ale włosy córki wciąż skrzyły się, jakby oszronione. Gad najwyraźniej wciąż żył.

Wstał ze swojego miejsca, wyciągnął krótki nóż ze skórzanej pochwy przytroczonej do pasa i podszedł do żony, która obejmowała łkającą Sławę. Dobrochna spojrzała na niego z nienawistnym błyskiem w oku:

– Więc ty też? Potworze!

Płanetnik skrzywił się tylko.

– Toć nie na jej życie nastaję. Włosów mi trzeba. Tych, co się wraz z Jaryłą pojawiły.

Dobrochna patrzyła na niego nieufnie, ale puściła córę z objęć. Sława, pochlipując, skłoniła głowę w stronę ojca.

– Czy ja będę musiała umrzeć, by nadeszła jesień? – zapytała przez łzy.

– Nie. Nie pozwolę na to – powiedział stanowczo, ostrożnie rozplątując warkocz córki. W oddali rozległy się grzmoty, choć płanetnik nie miał nadziei, że zwiastują burzę. Mogły zwrócić uwagę ludzi w wiosce… Byle tylko nie chcieli mścić się za fałszywe nadzieje.

Pięć pasm, uwolnionych z ciasnego splotu, uniosło się do góry. Wszystkie wskazywały jeden kierunek. Pióra wrócą do niego, tak mówił żmij. Ostrożnie, pasmo po paśmie, ścinał włosy tuż przy głowie. Sława szlochała bezgłośnie. Biel, srebro i błękit wymieszały się i Prześwit miał wrażenie, że trzyma strzęp mgły. Poczuł ukłucie żalu wspominając, jak błyszczały pióra żmija, kiedy ścigali się wśród chmur. Czy gad go zdradził? Planował to od początku, czy okazja, by wrócić do łask pobratymców, zaskoczyła nawet jego?

Podał włosy żonie, która patrzyła zauroczona na ich ruchy: srebrzysta smuga bez wątpienia wskazywała kierunek.

– Trzymaj mocno.

Płanetnik wziął miotłę i zamiótł wszystkie kąty chaty. Na koniec wsadził rękę w popielnik. Na środku izby w przerażoną gromadkę zbiły się ubożęta, owinniki i kłobuk. Dobrochna szybko zrozumiała, co się dzieje i kazała Mieszkowi naszykować poczęstunek z kaszy oraz mleka. Chłopak postawił naczynia w kącie. Struchlałe domowniki patrzyły wielkimi ślepiami na płanetnika, równie wielkie oczy zrobiły jego dzieci, widząc szalony taniec ojca z miotłą.

– Zostawiam ten dom pod waszą opieką, bo jest nie tylko mój, ale też i wasz. Nie pozwólcie, by komukolwiek tutaj stała się krzywda.

Prześwit wyruszył po zachodzie słońca. W ręku niósł sierp. Droga, oświetlona księżycem w pełni, była wyraźnie widoczna. W powietrzu pozostała sucha spiekota dnia, kurz drażnił przesuszone gardło mężczyzny. Nawet przez podeszwy czułjak gorące są kamienie leżące na ziemi. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wkrótce słońce spali wszystko do szczętu. Poszedł w stronę, którą wskazywały długie pasma. Najpierw szedł drogą, potem skręcił w las, choć nie tam, gdzie zwykle skręcał, idąc do żmija.

Drzewa nachylały się do niego, słyszał skargi odbijające się echem w pustych pniach: wody… wody… wody… Opuszczały gałęzie, by mógł z bliska przyjrzeć się liściom: pozwijanym, podziurawionym, czasem zostawały z nich zaledwie szkielety, cała reszta pokruszyła się i rozpadła od spiekoty. Jego krokom towarzyszył nie szelest, ale chrzęst, jakby szedł po małych kostkach na cmentarzu. Krzaki czepiały się jego ubrania. Gałęzie, zamiast ze świstem uderzyć go w twarz, pękały z głośnym trzaskiem i cichą skargą.

Prześwit zacisnął zęby i szedł przed siebie, uważając tylko, by nie zgubić żadnego włosa. Te zaś prowadziły go wciąż głębiej i głębiej w las.

Byłoby ciemno, gdyby drzewa miały wszystkie liście.

Z każdym krokiem coraz wyraźniej słyszał skargę lasu. To. Twoja. Wina. Szeleściło i chrzęściło krok za krokiem.

Prześwit o tym wiedział.

To. Twoja. Wina.

Jego wina, kiedy rozleniwiony najpiękniejszym latem nie znalazł chęci, by wysłuchać szeptów rusałek i słów wodników.

To. Twoja. Wina.

A przecież mówiły, że żmije ciągną w ślad za Jaryłą. Szepczą mu do ucha.

To. Twoja. Wina.

Nie powinien igrać z rytuałem. Nie powinien wplatać tam tych piór. Myślał, że ochroni Sławę.

Córka może zginąć i to będzie jego wina. Tylko jego wina.

Cała jego rodzina może zginąć i to też będzie jego wina. Jak pomoże im kłobuk i domowniki, kiedy chata stanie w płomieniach, a sąsiedzi zawrą drzwi?

Stanął, przez chwilę chciał zawrócić, pobiec do chaty, zabrać rodzinę… I co? Gdzie skryją się przed palącym słońcem? Jak długo mogliby uciekać?

Powietrze robiło się gęste od upału nadciągającego dnia. Szedł długo. Jak długo?

Zbliżał się świt. Mężczyzna ruszył przed siebie, w stronę, którą wskazywały wijące się jak węże włosy. Szukał schronienia, ale drzewa dookoła wyglądały, jakby same potrzebowały pomocy.

Niebo jaśniało i coraz trudniej było mu oddychać. Las już nie śpiewał o winie, teraz wraz z drzewami powtarzał tylko: wody.

Słońce wschodziło.

Prześwit skulił się za drzewem, mocniej chwycił w garść pęk włosów. Miał nadzieję, że pień ochroni go przed słońcem. Włosy wciąż były chłodne i nawet w dusznej ciemności skrzyły się delikatnie. Przymknął oczy, by odpocząć chwilę.

Zasnął.

Obudziło go okrutne pieczenie stóp. Słońce musiało się przesunąć, już nie krył go cień drzewa. Mężczyzna skulił się, niechętnie myśląc o wyjściu na słońce.

Powietrze parzyło jego przesuszone gardło i Prześwit zaczął się zastanawiać, kiedy cały świat po prostu stanie w płomieniach. Podniósł dłoń, w której trzymał srebrzyste włosy.

Światło zaskrzyło i długie, delikatne pasma zapłonęły jasnym płomieniem. Prześwit wypuścił je z dłoni, rozsypały się w powietrzu i znieruchomiały. Zmrożony ogień otulał go jak zimny koc.

Znieruchomiał, przez chwilę nie widział, co się stało, a potem zaczął gorączkowo drapać w lodową pokrywę, szepcząc cicho:

– Nie, nie, nie, oddaj, oddaj…

Lód jednak nie ustępował – stawiał opór i jego wysiłkom, i promieniom słońca.

Skulił się na ziemi, pod zamarzniętą skorupą. Po raz pierwszy od tak dawna oddychał z łatwością. Chłodne powietrze samo wlewało się do płuc, lekkie i rześkie. Żmij mówił, że jego pióra mrożą płomienie. Mówił. A on nie słuchał.

Zasnął w swoim lodowym schronieniu, wreszcie uwolniony od gniewnego, palącego słońca.

Wieczorem, zapierając się plecami o ziemię, zdołał poruszyć lodową skorupę. Kiedy spod niej wyszedł, uderzyło go powietrze, gęste, lepkie i gorące. Usiłował odłupać kawałek lodu, próbował go polizać, ale choć skorupa była zimna, to wydawała się całkiem sucha.

– Nie znajdziesz wody w lodzie z ognia, płanetniku – zamruczał bas za jego plecami. Prześwit obrócił się gwałtownie, zachwiał lekko. Leszy. Był wyższy od Prześwita, barczysty i porośnięty brązową szczeciną.

Leszy wyciągnął do niego skórzany bukłak. Mężczyzna przyjął go bez wahania i pił łapczywie.

– Dziękuję – wydyszał. Zatęchła woda była najlepszą, jaką pił w życiu. – To tak zostanie? Nie widziałem nigdy wcześniej nic takiego… – Prześwit wskazał na lodową skorupę.

– Bo to rzadkość. Raz zamrożony ogień nie topnieje. Tak zostanie. Miałeś wyjątkowo groźną broń, płanetniku. Głupio ją zmarnowałeś.

– Wiele głupich rzeczy ostatnio zrobiłem – odpowiedział gorzko Prześwit. Spojrzał z nadzieją na Leszego. – Wiesz, gdzie jest żmijowisko? Miałem przewodnika, ale… – Wskazał ręką na lodową skorupę.

Stwór milczał przez chwilę.

– Zabiorę cię tam. W zamian za ten zamrożony ogień.

Prześwit wzruszył ramionami. Przecież nie narzuci sobie tej skorupy na plecy i nie będzie się czołgał, nawet jeżeli lód chroni od słońca.

Musiał mrugnąć, bo nie wiedział, kiedy skorupa zniknęła, a obok niego pojawił się potężny jeleń. Mężczyzna wdrapał się na jego grzbiet i chwycił za sierść na karku. Leszy biegł między drzewami, które z głośną skargą rozchylały się na boki.

Kiedy zwolnił, żaden z nich nic nie powiedział. Chłód pozostał tylko wspomnieniem. Sucha ziemia, wzbijana każdym krokiem, unosiła się w powietrzu i snuła jak mgła. W tej części lasu z drzew pozostały tylko poczerniałe kikuty. Prześwit zsunął się z grzbietu jeleniazapadł po kostki w pyle. Stali u podnóża wzniesienia.

– To tu?

– To tu. Dalekie miejsce na śmierć wybrałeś, płanetniku.

– Nie będę umierał.

Leszy spojrzał na sierp, potem w rozgorączkowane oczy mężczyzny i nic więcej nie powiedział. Odwrócił się i zniknął, pozostawiając za sobą smugę pyłu.

Prześwit rozpoczął mozolną wspinaczkę. Po paru krokach zdjął koszulę i przyłożył ją do twarzy, by osłonić nos i usta. Kurz unosił się w powietrzu, utrudniał oddychanie tak samo jak narastający upał. Mężczyzna zapadał się w suchej ziemi, potykał, lecz wciąż mocno trzymał sierp. Oczy go piekły. Łzawiły i był zły na siebie, że tak marnuje cenną wodę.

Wciąż nie widział śladu żmijów i zaczynał zastanawiać się, czy Leszy go nie oszukał. Niebo jaśniało na wschodzie i płanetnik obawiał się, że wejdzie na szczyt wzgórza tylko po to, by zapłonąć tam jasnym płomieniem. Nie miał już nic, co mogłoby go ochronić. Jeszcze krok…

Wzgórze nie miało wierzchołka. Zamiast niego rozpościerała się ogromna dziura w ziemi. Wejście do jaskini? Prześwit padł na kolana, wzbił mały obłok pyłu, stłumił atak kaszlu, po czym ostrożnie zbliżył się do brzegu krateru, zadowolony, że podłoże jest tu bardziej kamieniste. Wzgórze wyglądało jak odwrócony lej. Zajrzał do środka. Ściany pokryte były czerwono-złotym materiałem… Prześwit zamrugał.

Na ścianach leja przysiedli żmijowie, ich barwne pióra delikatnie falowały, czasem sypały się z nich iskry. Musieli spać. Nie dojrzał wśród nich białego żmija.

Dno pokrywała woda, zebrana w najpiękniejszym jeziorze, jakie Prześwit kiedykolwiek widział. Odbijały się w niej, zamiast skał i żmijów, chmury. Wodne odbicie nieba ciągnęło się w nieskończoność. Grota w środku była znacznie większa niż wydawało się z zewnątrz. Na samym środku jeziora, tuż pod otworem, przez który patrzył Prześwit, stało drzewo. Zieleń liści była soczysta i świeża, boleśnie żywa w porównaniu do martwoty lasu. Wydawała się świecić własnym blaskiem. Drzewo wyrastało z wody, ale nie odbijało się w niebiańskiej tafli. Prześwit chciał przetrzeć załzawione oczy, ale powstrzymał się, by nie wetrzeć w nie więcej pyłu. Robiło się coraz jaśniej.

Drzewo wydawało się znajome.

Dreszcz, jakby nagły powiew wiatru, wstrząsnął liśćmi i gałęzie rozsunęły się na boki. Na szczycie pnia, jak źrenica w zielonym oku, tkwiła twarz patrząca prosto w niebo.

Jaryło.

Z cichym skrzypieniem drewniane usta rozchyliły się i skarga wypływała z nich wraz z płaczliwym jękiem.

– Ja nie chcę umierać, obiecaliście, że jak pójdę z wami, to będę żył, ale nie tak chciałem; w świecie, ze wszystkimi, wieczne życie, wieczne kwitnienie, nie mogę się ruszyć, nie chcę umierać, nie chcę umierać, chcę żyć, wiecznie złociste plony, i jasność, i słońce, i ciepło, bez umierania, niech nikt nie umiera…

Jaryło oszalał.

Liście powoli rozjaśniały się delikatnym blaskiem. Pierwszy ze żmijów odczepił się od ścian jaskini, zanurkował w wodno-niebnym świecie, potem ostrożnie przysiadł na powierzchni wody-nieba, by wygrzać się w cieple liści-słońc.

Słońce wzeszło i pierwsze promienie padły na twarz płanetnika, który jęknął, zasłaniając oczy ramieniem. Światło uderzyło w sierp, który trzymał w kurczowo zaciśniętej dłoni, ale nie odbiło się od błyszczącej powierzchni, tylko zaczęło przenikać do środka metalu. Sierp był tak gorący, że powietrze nad nim drżało. Ostrze jarzyło się błogosławieństwem Swaroga, i Prześwit, niewiele myśląc, skoczył.

Nie wzniósł bojowego okrzyku, ale tylko dlatego, że pęd powietrza nie pozwalał mu nawet oddychać. Rozespane żmije runęły na niego z chaotycznym furkotem piór, ale rozpalony do białości sierp przecinał wszystko na swojej drodze.

Prześwit rozpłatał twarz Jaryły na pół, kończąc jego skargi, przeciął pień, gasząc złoto-zielone liście, wpadł w wodne niebo i otoczyła go chmura gorącej pary, kiedy woda poruszona żarem Swarożyca wracała na swoje miejsce w prawdziwym niebie. Dłoń, w której trzymał sierp bolała, jakby trzymał ją w płomieniach, ale nie mógł rozluźnić zaciśniętych palców. Jakby nie były jego. Zatrzymał się na dnie jaskini, kiedy sierp uderzył w coś twardego. Syczał i tracił swój żar, ale zanim zgasł do końca, ziemia się zatrzęsła i rozległ się trzask pękającej kry. Płanetnik poczuł nagły powiew chłodu, potem coś chwyciło go w pasie i poleciał w bok. Musiał uderzyć w coś głową, bo stracił przytomność.

 

Obudził się na polanie białego żmija. Usiadł, krzywiąc się i masując lewą ręką obolały brzuch. Wielki gad leżał koło niego, na swoje miejsce powróciło też jeziorko, choć już nie bezdenne, tylko pełne kamieni o nierównych, ostrych krawędziach.

Mżyło. Prześwit uznał, że burza byłaby bardziej widowiskowa, ale głodna i spragniona ziemia musiała pić powoli, by się nie zachłysnąć.

Żmij otworzył jedno oko. Nie wyglądał dobrze. Pióra miał zmierzwione i posklejane krwią, łuski powyrywane w wielu miejscach, wychudł i zmatowiał. Prześwit wyciągnął prawą dłoń, by go dotknąć i zamarł.

Nie miał już prawej dłoni.

Ręka kończyła się na nadgarstku, kikut wyglądał jak przypalona kłoda z ogniska. Nie bolał. Mógł się spodziewać, że przyjdzie mu zapłacić. Dobrze, że…

Mężczyzna poderwał się, niezgrabnie podskoczył parę razy, zamachał ramionami, jakby chciał wznieść się w powietrze.

Nic się nie stało.

Oprócz dłoni zabrano mu też powołanie.

Usiadł na trawie i długo patrzył w jezioro.

– Zniknąłeś – powiedział w końcu cicho do żmija. – Pióra, które mi dałeś…

– Nie wiedziałem, że mogą zatruć Jaryłę. Kiedy dowiedziałem się, że przez mój lód, moją wodę, nadstawia ucha na szepty o wiecznym życiu, kiedy usłyszałem, że zaczyna się bać umierania, chciałem coś zrobić, ale… Staw łączył się ze żmijowiskiem. Świtaniem wyskoczyli z tunelu i zawlekli mnie do jaskini. Zamknęli w klatce z lodu i płomieni.

– Tunel? W tym stawie?

– Mhm. Zawaliłem go, kiedy stamtąd uciekałem. Nieprędko, ale w końcu tu dotrą. Odpocznę trochę i zniknę. To nasze pożegnanie, płanetniku. Dziękuję.

– Nie jestem już płanetnikiem.

 

Prześwit poszedł ciężkim krokiem w stronę swojego domu. Drzewa szeleściły, ale nie słyszał ich szeptów. Leszczynom był obojętny. Nie pamiętał już, jak pusty mógł być las.

Domowniki spisały się dobrze, nikomu z jego rodziny nic się nie stało. Musiał bardzo nastraszyć małe duszki, bo wysprzątały całe obejście. Chciał im odpowiednio podziękować, ale mógł tylko nalać mleka na spodek i postawić go w kącie.

Żona i dzieci witały go ze łzami w oczach. Mieszko spojrzał na jego rękę, od razu spoważniał, i Prześwit poczuł ukłucie niechęci. Nie za szybko ci do mojej gospodarki, smarku? już chciał powiedzieć, ale się powstrzymał. Chłopak nie miał przecież złych intencji.

Lewą dłonią głaskał córę po włosach. Już nie grzmiały.

Może po prostu nie słyszał grzmotów?

Dobrochna patrzyła na niego, ale Prześwit uciekał wzrokiem.

Może działał zbyt pośpiesznie?

Może gdyby poprosił kogoś o pomoc, to nie musiałby płacić tej najwyższej ceny?

To moja wina.

I zostałem ukarany.

Ale nie chciał przecież źle. Wszystko to z miłości do córki. Czy bogowie mają karać za miłość?

To była miłość? Czy obowiązek?

Nie był już pewny.

Już niczego nie był pewny.

Pod skórą pełgały mu iskry żalu.

 

Wiosną, kiedy chmury tańczyły po niebie i odbijały się w kałużach, wspominał dni, kiedy sam latał między nimi. Wspominał zazdrośnie rajskie drzewo w wodnym niebie żmijów i czuł, jak pod skórą rosną mu pióra. 

Wkrótce będzie mógł zrzucić skórę.

Wkrótce poleci ponownie.

Koniec

Komentarze

Ładnie napisana baśń, przesycona postaciami i klimatem dawnych wierzeń słowiańskich.

Nie wiem czy słusznie, ale mam wrażenie, że jest tu zawarte ostrzeżenie, aby człowiek raczej nie próbował ingerować w sprawy natury.

 

Pod­pro­wa­dzo­no konia do dłu­gie­go słupa, wko­pa­ne­go dawno temu w zie­mię na środ­ku po­la­ny. –> Chyba raczej: Pod­pro­wa­dzo­no konia do wysokiego słupa…

 

pniak, który trzy­ma­ła Sława, za­pło­nął ja­snym pło­mie­niem. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pła­net­nik stał onie­mia­ły, pa­trząc w ogień. Stał w nim… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Drze­wa szep­ta­ły: wody.… wody.… wody… –> W dwóch pierwszych wielokropkach jest za dużo kropek. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

W po­wie­trzu po­zo­sta­ła sucha spie­ko­ta dnia, kurz draż­nił jego prze­su­szo­ne gar­dło. –> Czy dobrze rozumiem, że kurz drażnił gardło dnia?

 

Po­szedł w stro­nę, którą wska­zy­wa­ły dłu­gie pasma. Naj­pierw szedł drogą, potem skrę­cił w las, choć nie tam, gdzie zwy­kle skrę­cał, idąc do żmija. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

wresz­cie uwol­nio­ny od ter­ro­ru pa­lą­ce­go słoń­ca. –> Terror chyba niespecjalnie pasuje do tej opowieści.

 

za­mru­czał niski bas za jego ple­ca­mi. –> Masło maślane. Bas jest niski z definicji.

 

Na ścia­nach leju przy­sie­dli żmi­jo­wie… –> Na ścia­nach leja przy­sie­dli żmi­jo­wie

 

Zie­leń liści była so­czy­sta i od­świe­ża­ją­ca… –> Co odświeżała zieleń liści?

Proponuję: Zie­leń liści była so­czy­sta i ­świe­ża

 

Dłoń, w któ­rej trzy­mał sierp bo­la­ła go, jakby trzy­mał ją w pło­mie­niach, ale nie mógł roz­luź­nić za­ci­śnię­tych pal­ców. Jakby nie były jego. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Pa­da­ła drob­na mżaw­ka. –> Masło maślane. Mżawka jest drobna z definicji.

Może wystarczy: Mżyło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładna, bardzo klimatyczna opowieść z motywami słowiańskimi. Początek intryguje, zastanawiałam się, kim jest Jaryła. Dopiero w trakcie historii wszystko powoli się wyjaśnia. Postać Prześwita wzbudza sympatię, uwierzyłam w jego motywację. Podobało mi się oryginalne potraktowanie motywu żmijów, które często są przedstawiane w fantastyce jako wyłącznie złe postacie.

@regulatorzy,

dzięki za łapankę, popoprawiałam usterki.

nie planowałam co prawda przesłania pro-eko , ale nie będę usilnie się takowemu przeciwstawiać ;)

 

@ANDO,

kurcze, byłam przekonana, że Jaryło jest dość znany – tym lepiej, że się wyjaśnia gdzieś po drodze ;)

 

dzięki za wizyty!

I would prefer not to.

To dobrze, Wybranietz, że nie miałaś intencji, bo subtelne przesłanie, które dostrzegłam między wierszami prezentuje się zdecydowanie lepiej, niż takie wyłożone wprost, jak kawa na ławę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jaryło jest dobrze wyjaśniony nawet dla osób, które nie są zbyt mocno zaznajomione z mitologią słowiańską. Tak jak Regulatorzy, doceniam to przesłanie nie wprost, zostawianie czytelnikowi miejsca na domyślanie się pewnych rzeczy. Zwłaszcza, że dość trudno pisać w taki sposób.

Dobrze opowiedziana historia. Dobierasz też tak treść, że za wiele nie trzeba, by zorientować się, kto zacz ten Jaryło i reszta bóstw słowiańskich. Bohater, Prześwit, także na plus. Morał przedstawiony nienachalnie, ale też nie ukryty pod warstwami różnych innych urozmaiceń.

Sam tekst ma w sobie klimat baśniowy, stąd trudno mi się czepiać historii – ta po prostu się toczy pewnym rytmem, niekoniecznie logicznym na pierwszy rzut oka, ale wiodącym do satysfakcjonującego końca.

Podsumowując: na plus ten koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No to dobrze, że udało się uniknąć nadmiernej łopatologii i zrobić miejsce na domysły ;)

 

@NWM,

hm, mógłbyś spróbować przybliżyć co po drodze wydawało się nielogiczne?

i dzięki za klika ;)

I would prefer not to.

Ładna opowieść, bardzo obrazowa. Różne postacie ze słowiańskich podań też na plus. I las fajnie przedstawiasz, jego reakcje na Prześwita.

Tekst nic nie urywa, ale jest całkiem przyzwoity.

Babska logika rządzi!

Wygrańcowe pisanie :). Czyli bardzo dobre!

Ma tylko jeden minus – to fantasy ;). Ale dosyć nietypowe, z nienachalną słowiańszczyzną w tle, to łyknąłem.

Jakbym się już z musu miał do czegoś doczepić: w chacie chłopa – “spodek”? Filiżankę też miał ;P?

Aha, no i z tytułem to się tym razem nie wysiliłaś ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Komentarz napisałam już wcześniej. Dobiegł końca mój trzymiesięczny okres próbny, więc uzupełniam opinię o zgłoszenie opowiadania do nominacji.

Dzięki za kliki ;)

 

Czy spodek nie jest uniwersalnym określeniem na mały talerzyk?…

Wcześniej miałam fajniejszy – Ciepła wiosna, gorące lata, wrząca jesień, ale uznałam za zbyt spoilerujący.

Chyba, że chodzi o to, że nie trzeba szukać znaczenia po Wikipedii xD

I would prefer not to.

Spodek to mały talerzyk też, ale na talerzach to oni na pewno nie jedli ;).

I kurcze, wysil się trochę, bo nowy tytuł chyba jeszcze gorszy :(. Zasygnalizuj, że to coś fantasy – “Jak płanetnik hordę żmijów pokonał i jesień uratował” czy coś. Umiesz przecież!!!

Tytuł to wizytówka tekstu. A potem masz pretensje, że ludzie nie zaglądają. Toż teraz to brzmi jakbyś napisała prognozę pogody dla ronda na Koszutce ;(.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

no tu akurat nie umiem.

teraz coś lepiej? ;<

 

I nie mam do nikogo pretensji. Ja tylko pochlipuję w kąciku ;_;

I would prefer not to.

No lepiej, ale jeszcze ciutkę brakuje ;).

I nie chlip w kąciku, tylko się rozrycz akuratnie, a potem setka i do nowego pisania :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

To idę pić i płakać.

Przynajmniej następny tytuł mam xD

I would prefer not to.

Spóźniłam się trochę, ale lepiej późno, niż wcale :)

 na zawsze, w tym

Co tu robi ten przecinek, boska wybranko? :)

 słyszał jak

Tu powinien być.

czas by

I tu.

 Ziemię porastała miękka trawa.

To też roślina, carissima.

 zanurkować, (…) ratować

Rym.

 musiał poruszyć wrażliwe miejsce

Hmm. Anglicyzm.

 Jeżeli je zmierzwisz to

Jeżeli je zmierzwisz, to.

 Zimne słońce to i zimny ogień?

Zimne słońce, to i zimny ogień?

 tak by

Tak, by.

 zaczynał się bać, by nie spłoszyły konia

Chyba powinno być "że spłoszą konia" – nie jestem tego pewna.

 delikatne, błękitne płomienie

"Delikatne" nie jest tu niepoprawne, ale ja dałabym raczej zdrobnienie (mam już alergię na to słowo).

 pokłonił lekko głowę

Chyba jednak "skłonił".

 zmiął przekleństwo w ustach

Zwykle mówi się "zmełł", chociaż tak też jest nieźle.

 rozluźnić się bez reszty

A jaka reszta zostaje z rozluźniania? Czy nie miało być "do reszty"?

 tryskała energią

Jakieś to niebaśniowe.

 skrzyły się, jak oszronione

Tu bez przecinka.

 Pamiętał, ekscytację

Oj, przecinek między orzeczeniem, a dopełnieniem? Nieładnie.

 okazja by

Okazja, by.

 Gałęzie zamiast

Gałęzie, zamiast (bo dalej jest wtrącenie).

 zaczął zastanawiać się,

"Zaczął się zastanawiać" – wtedy nie będzie aliteracji, ani "się" na końcu.

 pasma, zapłonęły

Między podmiotem, a orzeczeniem. No, naprawdę.

 otworem przez który

Otworem, przez który.

 jak pójdę z wami to będę

Jak pójdę z wami, to będę.

 zaczęło wlewać się

Tu też bym dała "się" wcześniej, tak lepiej brzmi.

 chaotycznym furkotem piór

Chaotycznym?

 Dłoń, w której trzymał sierp bolała go

Dłoń, w której trzymał sierp, bolała. Wiemy, kogo.

 nie bezdenne tylko

Nie bezdenne, tylko.

 zaczyna bać się umierania

Zaczyna się bać (p. wyż.).

 pożegnanie płanetniku

Pożegnanie, płanetniku.

 Nie pamiętał już, jak pusty był las.

Był – czy jest?

 Wkrótce poleci ponownie.

O!

Jejku, dziewczyno, ty chyba masz jakieś bezpośrednie połączenie z Żywią czy czymś…

nie planowałam co prawda przesłania pro-eko , ale nie będę usilnie się takowemu przeciwstawiać ;)

To jest baśń – i to porządnie napisana baśń, co oznacza, między innymi, określony porządek świata i konsekwencje naruszenia go. Niekoniecznie trzeba to interpretować ekologicznie. Jaryło jest wyjaśniony idealnie, a braku logiki nie zauważyłam – wszystko trzyma się kupy. Więc nie płacz :)

 Czy spodek nie jest uniwersalnym określeniem na mały talerzyk?…

Zawsze możesz zmienić na miseczkę.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmm. Mnie się wydaje, że niebożątkom zawsze podawało się mleko właśnie na spodeczku. One nieduże, w miseczce albo na dużym talerzu by się za dużo mieściło. I nie mogłyby sięgnąć do środka.

Babska logika rządzi!

Finkla, w chacie chłopa, co jeszcze pługa nie widział i orze sochą za wołami, co kosą nie kosi, tylko sierpem – spodeczek?

A widelczyki do ciasta też w tej chacie miał?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No, nie wiem, ale chyba garncarstwo mieli rozwinięte – dwojaki, dzbanuszki, garnki różnej wielkości… Dlaczego nie mogli sobie robić spodeczków w celach religijnych?

Babska logika rządzi!

@Tarnina,

piękne dzięki!

Nie wiem, co mi się tam podziało z tymi przecinkami… Aż wstyd!

{trawa} To też roślina, carissima.

Ale wcześniej nie rosła gęsto ;P

 

 

To takie płytkie naczynie jak się powinno nazywać – bo też mam wrażenie, że miska jest za głęboka? A miseczka bardziej kojarzy mi się z luksusami niż spodek ;P

I would prefer not to.

Może talerzyk?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No kurcze, bieda była. Sprzętów było niewiele.

 Posiłki dawniej spożywano przy małym stołku, siadając wokół niego na stołkach o tej samej wysokości, jedząc ze wspólnej misy.

(Źródło – http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/etnografia-lubelszczyzny-wnetrza-izby-tradycyjnego-domu-we-wsi-lubelskiej/#wokol-pieca )

 

Wspólna miska dla ludzi, a dla kota oddzielny talerzyk?

 

Cała ta dyskusja dodatkowo naprowadziła mnie na myśl, że zwierząt wtedy specjalnie nie karmiono. A już na pewno nie drogim mlekiem. Zwierzęta miały wyżywić się same. Bo karmiony kot tak sprawnie myszy nie łapie. Psy też zadowalały się raczej odpadkami.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ale domowiki się karmiło, bo kto będzie koniom grzywy zaplatał?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wiesz, nie w każdej chałupie była bieda. W jakimś skansenie widziałam hardkor – pieniek zamiast stołu, a w nim wydrążone wgłębienia zamiast misek.

Ale płanetnik chyba potrafi zadbać o swoje pola lepiej niż przeciętny chłop?

Babska logika rządzi!

Ładne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję ;)

 

Proszę nie traktować mitologicznego drobiazgu jak psów i kotów!

Te pierwsze się karmiło, żeby zdobyć ich przychylność.

 

I myślę, że facet dla swojej drugiej rodziny jednak ogarnąłby jakieś naczynko a nie kazał im jeść z podłogi ;)

I would prefer not to.

Bieda to pojęcie względne – to raz. Po drugie, jak chłop zimą siedział w chałupie, to rzezał z drewienka miski i łyżki, bo i co miał do roboty? Ludzie są pomysłowi – nie zawsze w tym kierunku, w którym powinni (czy jest taki kierunek?), ale są.

ETA: Weźcie to cum grano salis, bo na historii się nie znam, ale o Średniowieczu trochę czytałam, i wtedy się jadło ze wspólnej miski nie tyle z biedy (choć to też), ile w ramach interakcji społecznej. W czasie uczt na przykład rycerz zabiegał o to, żeby usiąść przy swojej bogdance i podsuwać jej co lepsze kąski.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Opowiadanie o dość oryginalnej fabule i w baśniowym stylu, przepełnionym rodzimą mitologią. Takich opowiadań właśnie brakuje.

Czytało się płynnie. Tekst nie nuży, wręcz przeciwnie. Bohater główny (jak i pozostali) zarysowany delikatnie, mało jest również opisów, co nie znaczy, że jest to złe, bowiem narracja szybko i sprawnie prowadzi czytelnika przez wartką akcję. Baśń zostawiła po sobie pozytywne odczucie i gdyby była w tym serwisie rubryczka na dodawanie ulubionych utworów z pewnością bym ją tam umieścił.

Jedynie do czego mógłbym się przyczepić, to podczas czytania znalazłem ze dwa, trzy razy powtórzenie. Odnośnie obecnego tytułu jest wręcz piękny, czysta poezja :)

 

Odnośnie komentarzy zarzucających błędne użycie w fabule “spodka”, jakoby biedni chłopi nie mogli sobie pozwolić na “takie luksusy”. Pomijając już sam fakt iż w opowiadaniu fantasy chłop biedny być przecież nie musi, to warto by się nieco przyjrzeć naszej rzeczywistości, prosto z rodzimego ogródka.

Otóż naczynia gliniane i ceramiczne wytwarzano już w starożytności, a wśród ludności wiejskiej nie zawsze panował ustrój feudalny. W przypadku Polski (a w zasadzie ziem na których obecnie leży). Naczynia ceramiczne, w tym nasze spodki rozpowszechnione były już od co najmniej V wieku. Natomiast zubożenie ludności wiejskiej w związku z feudalizacją rozpoczęło się po wprowadzeniu chrześcijaństwa i nasiliło się dopiero w XI wieku. Zatem wcześniej chłop mógł sobie pozwolić nawet na całą zastawę dla rodziny i gości, a tym bardziej dla domowych duchów, którym należał się szacunek, aby chroniły domostwo i jego mieszkańców.

Ludność wiejska w Polsce pomimo znacznego zubożenia, niemal zniewolenia oddawała część pokarmów domowym duchom jeszcze w XIII wieku. Także wszelkie “przyczepialstwo” do spodka jest kompletnie nie trafione.

Oho, bo się poczułem wywołany do tablicy :)

Także wszelkie “przyczepialstwo” do spodka jest kompletnie nie trafione.

Słownik PWN mówi tak – https://sjp.pwn.pl/sjp/spodek;2523035.html 

Czyli “spodek” w chacie chłopa to mógłby być”mały talerzyk”. I spoko, tylko jakoś nie widzę u tych wieśniaków posługujących się jeszcze radłem, pełnej zastawy stołowej w chacie. Dla mnie to jest nielogiczne. Miseczka – tak, spodek – nie. Tyle!

Natomiast zubożenie ludności wiejskiej w związku z feudalizacją rozpoczęło się po wprowadzeniu chrześcijaństwa

Tak jest! Jego wprowadzenie spowodowało też nastanie małej epoki lodowcowej. Ja rozumiem, że to obecnie modne i na czasie, tym niemniej – straszne to chrześcijaństwo. Bo powodowało ubożenie chłopów nawet tam, gdzie go nie było. W Chinach np. 

I gdyby wszyscy dalej wierzyli w Swaroga, to ani feudalizmu, ani pańszczyzny by po prostu nie było i ze śpiewem na ustach polski chłop wszedłby w erę wiecznej szczęśliwości :P.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – chrześcijaństwo miało i ma paskudne karty w swej historii, ale nie jest (jakby chcieli niektórzy) odpowiedzialne za całe zło tego świata!

 

A opowiadanie – bardzo zacne! Ale to już pisałem.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

I gdyby wszyscy dalej wierzyli w Swaroga, to ani feudalizmu, ani pańszczyzny by po prostu nie było

Dixit. Bo na przykład Inkowie, to żyli w jednej, szczęśliwej rodzinie :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No, ale odnoszę wrażenie, że obecnie kraje katolickie są uboższe niż protestanckie. Coś ta religia zmienia w mentalności. Oczywiście to nie decydujący czynnik, tylko jeden z wielu.

Babska logika rządzi!

Temat-rzeka, carissima. Zasadniczo tłumaczy się to etyką protestancką, która kieruje ludzką działalność głównie na pracę, wszelkie fiu-bździu typu sztuka uznając za zdrożne. Ale protestanci też są chrześcijanami (chwilowo nie zwracam tu uwagi na Konecznego), a purytanie trafiają się wszędzie. Dlaczegoś.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Staruch. Autorka pisząc słowo “spodek” miała tu na myśli (jak przyznała w komentarzu) synonim do płaskiego naczynia, a nie podstawkę pod filiżankę :) Uważam, że słowo “spodek” zgrabniej pasuje do tego opowiadania niż talerz bądź półmisek i nie jest użyte błędnie. Zauważ, że zgodnie z definicją SJP spodek wcale nie musi oznaczać podstawki pod naczynia i przede wszystkim jest właśnie synonimem talerzyka.

Ponadto wcześniej wykluczałeś wogóle możliwość posiadania przez biedne chłopstwo naczyń takich jak talerze, tu pozwól, że Cię zacytuję:

– “Spodek to mały talerzyk też, ale na talerzach to oni na pewno nie jedli ;)”

– “No kurcze, bieda była. Sprzętów było niewiele”

– “Wspólna miska dla ludzi, a dla kota oddzielny talerzyk?”

Jak już wcześniej napisałem chłopi nie zawsze byli ogołacani z dorobku swojej pracy i były czasy kiedy stać ich było na proste naczynia do których spodek się też zalicza.

Odnośnie fragmentu dotyczącego chrześcijaństwa. Uwierz, nie dbam o modę, napisałem po prostu jak było. Otwarcie się Polski na chrześcijaństwo było również otwarciem się jej na kulturę zachodnio-europejską, wówczas feudalną. Zauważ, że nigdzie nie napisałem, że to właśnie religia chrześcijańska cudownym sposobem zamieniła szczęśliwych chłopów w biednych chłopów. Nie. Napisałem, tu zacytuję

– “Natomiast zubożenie ludności wiejskiej w związku z feudalizacją rozpoczęło się po wprowadzeniu chrześcijaństwa i nasiliło się dopiero w XI wieku”.

Chodzi oczywiście o fakt, że wraz z chrześcijaństwem zaczerpnęliśmy spory haust kultury z za zachodniej granicy, wraz z feudalizmem, który szybko stał się przyczyną biednienia ludności chłopskiej. Jednak nawet po jego nastaniu zawsze znalazło się naczynie wraz z pokarmem, aby uszanować domowe duchy, a tym samym zapewnić bezpieczeństwo domownikom.

 

 

@Hyuri,

dzięki za miłe słowa ;)

 

I naprawdę jestem pod wrażeniem, że z całego opowiadania to właśnie nieszczęsny spodek wzbudza najwięcej emocji :D

 

I would prefer not to.

Wybranietz, pozwól, ostatni wpis :).

jest właśnie synonimem talerzyka

Taa jest. A dzieci miały jeszcze osobne widelczyki do ciasta :P! Jest bieda (kojarzysz z filmów mam nadzieję). Ostatnie, czym trza sobie cztery litery zawracać, to wykwintna zastawa. Jeśli w chłopskiej chacie było pięć naczyń na krzyż, to sporo. Uważam więc, że biorąc to na logikę, talerzyk byłby nadmiarowym luksusem.

wraz z chrześcijaństwem zaczerpnęliśmy spory haust kultury z za zachodniej granicy, wraz z feudalizmem, który szybko stał się przyczyną biednienia ludności chłopskiej

Czyli nie napisałeś, że chrześcijanie spowodowali biedę, tylko że z nimi przyszła? Nie widzę tu żadnej różnicy.

Natomiast wrócę do tych nieszczęsnych Chińczyków – a skąd oni ten feudalizm zaimportowali? Mylisz przyczyny ze skutkami. W pewnych okreśłonych warunkach społeczno-gospodarczych pojawienie się feudalizmu jest wysoce prawdopodobne. Może nawet pewne. 

Ale akurat chrześcijaństwo przyczyną jego powstania nie było. Jedynie wkomponowało się w powstające struktury i “zagarnęło” pewne wzorce.

Idąc twoim tropem myślenia: po wprowadzeniu chrześcijaństwa na naszych ziemiach zaczęło spadać pogłowie tura! Przypadek? Nie sądzę ;).

 

Z mojej strony – EOT!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ech, piękne to było…

Taa jest. A dzieci miały jeszcze osobne widelczyki do ciasta :P! Jest bieda (kojarzysz z filmów mam nadzieję). Ostatnie, czym trza sobie cztery litery zawracać, to wykwintna zastawa. Jeśli w chłopskiej chacie było pięć naczyń na krzyż, to sporo. Uważam więc, że biorąc to na logikę, talerzyk byłby nadmiarowym luksusem.”

 

Jeżeli uważasz, że dodatkowy talerzyk w domu to wykwintna zastawa, okej. Nie zmienia to faktu iż w chłopskiej chacie były naczynia, a nawet sztućce w postaci drewnianych łyżek, czy noży. Choć na wioskach nie żyło się w luksusach to aż takiej biedy jakiej obraz widocznie wyniosłeś z owych filmów nie było (pomijając dosłownie kilka, względnie krótkotrwałych okresów). Ludzie na wioskach posiadali naczynia w takiej ilości jaka była im potrzebna, czyli zwykle w ilości domowników zamieszkujących chatę. Nie żyli tylko o wodzie jak zapewne uważasz, ale często raczyli się słabym piwem, a ich jadłospis nie ograniczał się tylko do jabłka, marchwi i kaszy. Posiadali również kubki, miski, talerze. I tak, niewielką część posiłku przeznaczoną dla duchów, zostawiano na przygotowanym naczyniu, którym mógł być właśnie choćby omawiany spodek.

 

– “Czyli nie napisałeś, że chrześcijanie spowodowali biedę, tylko że z nimi przyszła? Nie widzę tu żadnej różnicy.” 

 

Hmm, mówisz, że nie widzisz różnicy ?

 

– “Mylisz przyczyny ze skutkami. W pewnych okreśłonych warunkach społeczno-gospodarczych pojawienie się feudalizmu jest wysoce prawdopodobne. Może nawet pewne. 

Ale akurat chrześcijaństwo przyczyną jego powstania nie było. Jedynie wkomponowało się w powstające struktury i “zagarnęło” pewne wzorce.”

 

Tyle, że feudalizm, a w konsekwencji chłopska bieda przybyły właśnie na ziemie Polskie wraz z chrześcijaństwem. To oczywiście skrót myślowy, który chyba jasno mówi o konsekwencjach, pomijając opis procesów który do omówionych konsekwencji doprowadził. Jak już wcześniej wspomniałem, wraz z otwarciem się Polski na chrześcijaństwo, zaczęto przyswajać zachodnio-europejskie modele organizacji państwowej, które to doprowadziły do zmian skutkujących powstaniem systemu feudalnego w Polsce, choć nieco odmiennego niż ten zachodni. Niemniej jednak to właśnie otwarcie się Polski na kulturę zachodnio-europejską (oficjalnie nazwane przyjęciem chrześcijaństwa) było jego przyczyną w tamtym okresie, a tym samym zubożenia ludności chłopskiej. To tyle na temat skutków i przyczyn.

 

Nie odbiegając już dłużej od tematu przewodniego i zarazem krótko go podsumowując. Użycie w opowiadaniu słowa “spodek” jest całkowicie poprawne, a (moim zdaniem) ze względu na stylistykę tekstu wręcz wskazane.

 

 

 

Nowa Fantastyka