- Opowiadanie: Asylum - Niesławne początki sieci życia - relacja naocznego świadka Jaromira, pseudonim „Mały”, 1992 rok

Niesławne początki sieci życia - relacja naocznego świadka Jaromira, pseudonim „Mały”, 1992 rok

Opowieść o trójce przyjaciół, wczesne lata dziewięćdziesiąte. Są przekleństwa:(, mam nadzieję, że do przeżycia - tak mi się zdaje. Niestety znowu eksperyment, ale prowadzą godziny.

Na wszelki wypadek zaznaczyłam w tagach, że inne, gdyż nie wiem, czy da się zakwalifikować do science -fiction.

Jeśli zechcecie skomentować – będę szczęśliwa, lecz jeśli nie – to świat się nie zawali. Liczba znaków niestety duża.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Niesławne początki sieci życia - relacja naocznego świadka Jaromira, pseudonim „Mały”, 1992 rok

Piątek, około godziny trzynastej

W Kolonii czekali na mój tekst. Najpóźniej do dzisiejszego wieczoru. Jeśli go nie dostaną, to znaczy, że nawaliłem, jeśli nawaliłem, to nie będzie nowych zleceń, a jak nie będzie nowych zleceń, to czeka mnie katastrofa finansowa.

– No, poszło. – Krzysztof ruchem pianisty-wirtuoza trzepnął w klawisz enter, jakby obwieszczał początek nowej ery.

– Jako attachment – upewniłem się.

– Jako attachment.

– Binarnie.

– Absolutnie binarnie.

– Ale może wrócić?

– Pewnie, że może. W Internecie wszystko jest możliwe. Ale nie przejmuj się, za jakieś pół godziny, sprawdzę czy się nie odbiło i w razie czego wyślę jeszcze raz. 

Pokiwałem głową.

– To tłumaczenie… ono musi tam dzisiaj być, bo rozumiesz, będę "kaput". – Przesunąłem dłonią po szyi w znajomym geście.

– Nie martw się na zapas, może już tam jest. – Krzysztof przeciągnął się na krześle – No dobra, ja teraz muszę wydrukować zadania dla studentów, ale może zajrzysz do Michała. Pogadacie parę minut, zadam studentom i za kwadrans sprawdzimy, czy się nie cofnęło.

 

Wyszedłem na korytarz Instytutu Telekomunikacji zamykając za sobą drzwi. Minęło mnie dwóch facetów w szarych fartuchach. Jeden trzymał pod pachą mały telewizor, a drugi coś mu tłumaczył na temat białej plamki. Drzwi do pokoju Michała były lekko uchylone. Podniesione głosy sprawiły, że zawahałem się. Opieprza jakiegoś studenta. Profesorskie tyrady. Czułem się niezręcznie, gdy ktoś kogoś rugał w mojej obecności, a zresztą Michał był tu w pracy, a ja grzecznościowo korzystałem z dostępu do internetu. Intruz. Z drugiej strony, najwyżej powie, żebym poczekał. Co ja, młokosik jestem, żeby stać na korytarzu, drżący jak uczniak przed egzaminem! Zdecydowanie pchnąłem drzwi.

– Cześć! Może przeszkadzam?

 Michał spojrzał zza okularów.

– A, czołem, czołem, Malutki! Właź, ja tu tylko jedną sprawę załatwię… Chodź, chodź.

Wszedłem i stanąłem przy drzwiach w pozycji, która miała być niewymuszona. Jak zwykle miałem kłopot z rękami. Rozmówca Michała nie był studentem, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Łysawy, nalany, w okularach i szarym fartuchu. Mógł mieć około pięćdziesiątki. Michał ze swoją czarną czupryną i brodą wyglądał przy nim jak student. A jednak to Michał siedział rozwalony za biurkiem zasypanym papierami, a facet stał jak petent. 

– I kto to wymyślił?! – powtórzył Michał, oczekując od nalanego odpowiedzi.

– Naprawdę nie ja, panie doktorze. – Nalany na szczęście nie zwracał na mnie uwagi. – Może profesor, może nawet rektor, albo dziekan, nie wiem. W każdym razie pion techniczny stwierdził kategorycznie, że nowego serwera nie uruchomi. I nowych terminali też nie – dodał pośpiesznie.

– Ale dlaczego, przecież sprzęt jest kupiony, czeka…

– Panie doktorze, ja panu powiem tylko tyle, że nie wiadomo, co się stanie, jak w sieci zacznie chodzić tyle serwerów i terminali, ot co! Tak mi powiedzieli i ja tak panu mówię.

– Co się ma stać? Co się, cholera jasna, ma stać? Praca pójdzie sprawniej, to się stanie! Nie trzeba będzie czekać, czasem nawet pół godziny, zanim się człowiek zaloguje, to się stanie. – Michał w desperacji czochrał włosy.

Poczułem się nieswojo, bo to może przez moje wysyłanie te kłopoty Michała z wejściem do Linuxa. Ja sobie internetem ślę do klienta przetłumaczone, wielostronicowe broszury o proszku do prania, a ten nie może wejść w zasoby, chociaż on to kwiat nauki i zawsze powinien móc wejść. Z doktoratem przed trzydziestką, z prawie pewną profesurą za pięć lat, własny serwer powinien mieć. Cholerny świat, powinienem jednak znać umiar.

– Słuchaj Michał, to chyba przeze mnie te kłopoty… – Michał machnął ręką i wlepiwszy wzrok w nalanego zapytał powoli:

– No więc, co ma się stać? Proszę to wreszcie wydusić. 

– Nie wiadomo, ale… – Nalany spojrzał na mnie ukradkiem.

– To ja może na korytarzu…

– Co ty Mały, zostań! Niech się pan nie krępuje i wygłosi te światłe prawdy w obecności osoby trzeciej. Nawet panu powiem, że jest to człowiek o wykształceniu bynajmniej nietechnicznym, ale mocno bym się zdziwił, gdyby miał jakieś wahania przed rozszerzaniem sieci. Ciekawe, czy pana argumenty do niego trafią?

– Pewnie dlatego nie trafią, panie doktorze. Zresztą to nie moje argumenty, ale jak pan chce… Mogę usiąść?

– Tak. Proszę bardzo. Proszę. Mały, też siadaj, szykuje nam się dłuższa opowieść.

Facet w szarym fartuchu westchnął i wyjął z kieszeni papierosa. Włożył do ust nie zapalając. Przypomniałem sobie, że Michał też chodził z niezapalonym petem, kiedy rzucał palenie. Reżim tu wprowadził, czy autorytet taki ma, że go naśladują. Nalany przetarł kraciastą chusteczką spocone czoło i rozpoczął cichym głosem:

– Wie pan, ja już tu trochę pracuję i z różnymi ludźmi miałem do czynienia, i z różnymi teoriami. Dlatego może nic mnie to nie dziwi, albo prawie nic. Ktoś, nie wiem kto, prowadzi prace nad właściwościami jednorodnego pola, ujawniającymi się w szczególnych sytuacjach…

Przestałem rozumieć, o czym facet opowiada, chociaż starałem się nadążać. Pola przeplatały się z promieniowaniem, a po głowie obijało się jedno matematyczne twierdzenie, będące dla mnie od czasów liceum kwintesencją nauk ścisłych – "Jeśli przez dany punkt przechodzi prosta i tylko jedna…” – i nawet nie pamiętałem, co było dalej. Kiedy użalałem się nad swoją durnotą, do rzeczywistości przywołał mnie podniesiony głos Michała.

– Wie pan co? Niech pan pójdzie i się prześpi, albo jeszcze lepiej weźmie urlop na dwa tygodnie. Jeśli po tylu latach pracy pan w takie brednie, już nie mówię wierzy, ale się nad nimi zastanawia, to ja bym się przerzucił na… na… no nie wiem, bo nie chcę obrażać metafizyki. O wiem! Na stawianie babek z piasku. Łopatka i do piaskownicy. Do widzenia.

Michał patrzył na mnie i kręcił głową, co miało oznaczać: “no widzisz, z kim ja tu kurde…" albo “coś podobnego!", albo “nie uwierzyłbyś, gdybyś sam nie usłyszał". Nalany powoli dźwignął się z krzesła i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ponieważ Michał cały czas kręcił głową, wzruszył ramionami i wyszedł nie zamykając drzwi.

– Michał, przepraszam, że wtargnąłem… – zacząłem lecz wszedł mi w słowo.

– Popatrz, to są ci światli inteligenci techniczni. Specjaliści. Można by przypuszczać, że prąd to dla nich małe krasnoludki, które latają w kablu. Czerwone czapeczki, wiesz, te rzeczy…

– Przyznam, że nie do końca zrozumiałem jego argumentację więc…

– Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej, bez obrazy. Ja nic nie pojąłem z jego wyjaśnień, poza tym że zainstalowanie serwera może zaburzyć porządek wszechrzeczy. No, a w ogóle co słychać?

– A więc, nie będzie serwera? – drążyłem temat, choć cóż to właściwie mogło mnie obchodzić, ale porządek wszechrzeczy, czułem, że to duży kaliber.

Michał prychnął po swojemu.

– Chyba żartujesz! Oczywiście, że będzie, żebym go nawet sam miał zainstalować i odpalić.

 

Tak, w to nie wątpiłem. Michał był niezwykle utalentowany, w różnych dziedzinach należy dodać. Odludek jakich mało, zadzierał nosa już od pierwszej licealnej, ale w gruncie rzeczy był zakompleksiony. Do dziś pamiętam, jak spiknęliśmy się w szkolnej toalecie w trzeciej klasie. Ociągał się z wyjściem. My, nie zwracając na niego uwagi mordowaliśmy tekst Dylana, Mr Tamburine Man. Siedzieliśmy na podłodze, ciągnąc jednego szluga na spółkę. Krzysztof brzdąkał, zerkając na nuty, ja zapisywałem to, co udało nam się przetłumaczyć. Wtedy Michał podrzucił kolejny wers:  

"To nie grzech, to tylko gra, to ucieczka w siną dal, 

A granicą błękit nieba jest bezkresny”.

Dobry był, lepiej pasował. Michał czuł bluesa, choć nie przetłumaczył dosłownie. Od tamtego zdarzenia trzymaliśmy się razem: dwóch technicznych, z tego jeden nie z tej ziemi, znaczy Michał, drugi normalny umysł ścisły i ja humanista. 

Bez trudu mogłem sobie wyobrazić, jak Michał rozpakowuje te serwery, łączy intuicyjnie to, co trzeba i uruchamia system operacyjny. Kiedyś, w swoim małym pokoju w akademiku, który dzielił ze starszym kolegą, sam zestawił aparaturę do precyzyjnych pomiarów mikrofal, bo klucz do laboratorium gdzieś się zapodział, a on naturalnie musiał już. Za chwilę strzelał tymi mikrofalami po całym pokoju i je mierzył, a kolega schował się za biurkiem, bojąc się, że go ugotuje. "Kretyn" – krótko skwitował to zdarzenie Michał.

 

Szare drzwi uchyliły się i do pokoju wmaszerował Krzysztof.

– I co, rozmawiałeś z Pasierbem? – Michał wzruszył tylko ramionami, ale Krzycha niełatwo było zbyć. – No gadaj, na czym stanęło.

– Na niczym. Ale to nie pierwszy raz, kiedy kłody pod nogi rzucają, coś się wymyśli.

Wtedy przypomniałem sobie, że miałem jeszcze jedną sprawę do nich:

– Słuchajcie dzisiaj jest trzynasty grudnia. Może byśmy to uczcili?

– Czy masz na myśli uczczenie przez… hm, powiedzmy spożycie? – Krzychowi oczy rozbłysły.

– Ja mam tu jeszcze trochę pracy – zastanawiał się Michał – chyba, żeby wieczorem?

– No, wieczorem, wieczorem, przecież że nie o piątej. Bądźcie u nas gdzieś około ósmej, dziewiątej… – zaproponowałem, zastanawiając się, co na to żony. Moja i Krzycha.

Pokiwali głowami i tak rozstaliśmy się.

Gdybym wtedy miał choć odrobinę przeczucia.

 

Piątek, około godziny dwudziestej

Kwadrans po ósmej na stole w naszym salonie leżały tacki z serami i owoce oraz miseczki z orzeszkami i paluszkami. Białe wino od godziny spoczywało w lodówce. Czerwone otworzyłem pół godziny wcześniej, aby garbniki się ulotniły i nie popsuły do szczętu smaku tego, nie najwykwintniejszego gatunku, który w ostatniej chwili kupiłem. Moja żona chciała przyrządzić coś na gorąco, ale jej to wyperswadowałem. Pora przecież późna, zgoła nieobiadowa, a poza tym przyjaciele nie będą mieli ochoty marnować sił na spożywanie gorących dań. Niech sobie oszczędzi fatygi.

– Kochanie, czy byłabyś uprzejma zaciągnąć mi gorset z tylu? – krzyknąłem w kierunku drugiej łazienki, w której Lala doprowadzała do ładu włosy.

– Za chwileczkę, kochanie.

– Sam sobie zaciągnę. – Przygładziłem włosy na skroniach. Siwizna, siwizna, no cóż, dobrze, że nie łysina. Takiemu Michałowi, na przykład, pomału prześwituje. Rok, dwa i zacznie zaczesywać. Ciekawe, jaki to moment, że biedny, bezwłosy kaleka dochodzi do wniosku, że zaczesywanie nie spełnia pokładanych w nim nadziei i podejmuje desperacką decyzję ukazania łysiny światu w całej okazałości. To musi odkładać się powoli i nagle impuls, a potem czyn i głowa, jak naga dupa ukazuje się światu. Ciekawe… Że też kobiet to nie trafia, przynajmniej nie tak często. Wyobraziłem sobie Lalę zaczesującą resztki znad kołnierzyka do góry i uśmiechnąłem się mściwie.

Dzwonek do drzwi przerwał moje rozmyślania.

– Otwórz, kochanie – rzuciła ze swojej łazienki.

– Nie mogę, kochanie, bo dzięki twojej nieocenionej pomocy przy gorsecie mam w tej chwili nadmiar czasu i szkoda mi marnować go na błahostki. Przebiegnij się z łaski swojej do drzwi, to ci nie zaszkodzi.

– Jesteś niesmaczny, kochanie – głos Lali nie zdradzał pośpiechu. – No cóż, twoi goście poczekają sobie zatem przed drzwiami.

– Jeszcze raz, przyjmij kochanie moje najszczersze podziękowania za swój niewymowny talent psucia mi wieczoru z przyjaciółmi, jeszcze zanim się zaczął. – Wysunąłem mankiety koszuli z rękawów smokingu, tak aby widoczne były brylantowe spinki i pospieszyłem do drzwi naszej rezydencji.

Krzysztof stał niedbale oparty o dorycką kolumnę, przypatrując się z zadumaniem trzymanej w ręku żółtej róży. 

– Pomyślałem sobie, że jak przez następny kwadrans nikt nie pofatyguje się do drzwi, to ci tą różą zatkam zamek. Michał już jest?

Cofnąłem się i wpuściłem go. Podał mi różę wyjaśniając, że jest przeznaczona dla damy, jednak może będę łaskaw ją potrzymać, podczas gdy on powiesi płaszcz. 

– Nowy? Z wielbłądziej wełny, dobry krój – pochwaliłem z lekką zawiścią.

– Uhm… – Krzysztof poprawił przed lustrem muszkę, głębiej wcisnął do butonierki czerwony goździk, zdecydowanym ruchem wyjął mi z ręki różę i podszedł do żony, która właśnie objawiła się i z promiennym uśmiechem wpatrywała się w jego pszeniczne loki sięgające do ramion. 

– To dla ciebie Lalo. Cudownie dzisiaj wyglądasz. – Wąsy Krzysztofa miękko ułożyły się na dłoni mojej żony, gdy składał pocałunek. – Czy ten gamoń to docenia?

– Ach, Kris, on widzi tylko swoją giełdę. Giełdę i konie. Akcje i obligacje. Ja się na tym nie wyznaję.

– Lalo, nie wyznawaj się, błagam. – Krzysztof trzymał dłoń mojej żony w swoich rękach i patrzył na nią, jak mu się zapewne wydawało, czarująco. – Twoja niewiedza na temat akcji jest urocza. Co innego Jaromir. Jemu niewiedza i ignorancja uroku nie przydają, cha, cha cha!

– Przejdźmy do salonu, myślę, że powitanie możemy uznać za odbyte. 

Krzysztof teatralnym gestem podał ramię mojej żonie. W salonie podeszli od razu do kredensu z winem. Nad ich głowami wisiała ostatnia zdobycz Lali. Przez chwilę wyobrażałem sobie, jak Tiffany spada im na głowy – taki drobny wypadek z ważkami. Kusząca wizja, niestety, naszej rezydencji nie zbudowali partacze, zadowoliła mnie dopiero ekipa, która miała dziesięć pozytywnych referencji. Aby się zbytnio nie rozmarzyć, stwierdziłem:

– Myślałem, że przyjedziesz z Michałem. Dzieląc koszt taksówki na dwóch mógłbyś zapisać w swoim notesie, że bilans dnia był nadspodziewanie korzystny.

– Mój przyjacielu, wiesz że cenię sobie wygodę i taka drobna strata finansowa nie jest w stanie mnie odwieść od podróżowania bez towarzystwa. Poza tym podróż taksówką nic mnie nie kosztowała, w końcu to moja własność. – Sięgnął po kieliszek i umoczył usta w czerwonym winie. 

– Ach, Kris! – Lala klasnęła w ręce. – Więc kupiłeś tę firmę taksówkową. Jakże się cieszę.

– Kupiłem dwie, moja Lalo. Operacje w małej skali mnie nie interesują. Co innego Jaromir, on zastanawiałby się, po czym kupiłby jedną taksówkę należącą do prosperującej firmy, szkoda że jedyną zepsutą, którą i tak mieli już zezłomować, cha, cha, cha.

– Hi, hi, hi – zawtórowała mu moja żona.

– Połączysz je w jedno? – zapytałem zdawkowo, upijając łyk wina.

– Cóż za pomysł! – Krzysztof udał święte oburzenie i zwracając się do Lali kontynuował tonem objaśniającym bajki niemowlakowi. – Tak pojmuje interesy twój mąż, Lalo. Właśnie to miałem na myśli mówiąc o jego ignorancji, że nie wspomnę o nietrafionych inwestycjach. Nie, drogi przyjacielu – Krzysztof znowu zwrócił się do mnie – pozwolę, by konkurując ze sobą wykończyły się nawzajem. Może im nawet trochę w tym pomogę. Wtedy zysk mojego towarzystwa autobusowo-tramwajowego będzie gwarantowanie większy i pewniejszy. Tak przyjacielu, trzeba poświęcić skoczka, aby uratować wieżę, trzeba poświęcić wieżę, aby zaszachować króla. Czas, abyś zaczął się trochę uczyć, nie jesteś najmłodszy, cha, cha, cha!

 

Lala wpatrywała się w Krzysztofa jasnoszarymi oczami z nieukrywanym uwielbieniem, a ja myślałem z niejakim ukontentowaniem, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia, podobnie jak kąśliwe uwagi. W końcu wiedziałem coś, czego on nie wiedział. Władze miasta podjęły decyzję o likwidacji większości linii tramwajowych i zastąpieniu ich trolejbusami, a trolejbusy kupiłem ja. W całkowitym sekrecie, ma się rozumieć, nawet przed żoną.

– No, co jest z tym Michałem. – Krzysztof z udawanym zniecierpliwieniem spojrzał na zegarek. – Może zaczniemy jeść dary boże bez niego?

– Lala przygotowała tylko sery i paluszki, ale częstuj się, o ile masz ochotę. – Sięgnąłem po kiść winogron i z zadowoleniem raczyłem się z trudem skrywaną wściekłością żony.

Nieobecność Michała zaczęła mnie zastanawiać. Zwykle był punktualny do przesady, stąd nie pochwalał doxy Krzysztofa, uważając że poleganie na tym pamiątkowym starociu kosztuje zbyt wiele cennych minut. Krzysztof nalewał sobie i mojej żonie kolejny kieliszek wina, gdy rozległ się gong. Zupełnie nie w stylu Michała, ktoś dzwonił raz za razem, nie czekając na reakcję gospodarzy.

Za drzwiami stał Michał, choć potrzebowałem chwili, aby go rozpoznać. Z brodą i tłustymi włosami związanymi w kucyk wyglądał niechlujnie. 

– No i co się tak wgapiasz, zakochałeś się, czy co? Wpuścisz mnie, czy mam tu stać? A w ogóle, co ty masz na sobie! Smoking?

– Wejdź Michale, oczywiście, proszę, czekaliśmy na ciebie.

– Nie piernicz, zaczęliście beze mnie, znam was. – Michał szybko ściągnął zgniłozielony chałat, który wyglądał na noszony przez pokolenia bez dobrodziejstwa prania. Nie czekając na zaproszenie, ruszył do salonu, a grube podeszwy jego butów, wiązanych do kostek, pozostawiały na posadzce solidne ślady.

– Fiu! – Michał gwizdnął przeciągłe – A co wyście tu taki bidermajer odpierdzielili?

– Ach, Mike, przecież widziałeś te meble już przynajmniej trzy razy, ale miło, że dalej robią na tobie wrażenie. Czego się napijesz? – Lala z kwaśnym uśmiechem podała Michałowi pusty kieliszek.

– Jak zwykle gorzały, kurde. Co wyście się tak poprzebierali? Co wy macie na sobie…

Krzysztof ujął go pod łokieć, ale szybko wycofał się, patrząc z niesmakiem na powyciągany sweter Michała.

– Drogi Michale, mam wrażenie, że karnawał będzie za trzy tygodnie, nie umawialiśmy się na przedwczesny bal przebierańców… – Krzysztof chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło mu konceptu. Bez słowa zanurzył usta w winie. 

Szczerze mówiąc żona i ja również w milczeniu przyglądaliśmy się Michałowi. Miał na sobie, prócz wyciągniętego swetra, workowate spodnie, a wokół szyi owinął brudną bandanę. Najdziwniejsze były jednak jego włosy, nie dość, że długie, to na dodatek gęste. Pomyślałem, że rolą gospodarza jest ratowanie przyjęcia. 

– Żart w porę zawsze w cenie – zaśmiałem się lekko. – Swoją drogą ten strój kosztował cię chyba sporo zabiegów. Twoja, hmm, peruka jest imponująca. Naturalny włos?

– Co ty, kurde, odbiło ci? Sami żeście się poprzebierali jak pajace, kurde. I jeszcze na dodatek ta twoja siwa treska. Przebrałeś się za podstarzałego pedała, to zejdź ze mnie. Ale po kij te przebrania i to przemeblowanie? A zresztą wac, daj gorzały, jest co opijać. Sprzedałem tomik wierszy! – Michał rozejrzał się wokół tryumfalnie.

– Tomik wierszy? – Krzysztof uniósł brwi. – Wybacz, ale nijak mi to nie imponuje. Sam sobie sprzedałeś? Wszak nosiłeś się z zamiarem sprzedaży całego wydawnictwa.

– Jakiego wydawnictwa, pijany jesteś? – Michał w dziwnie małpi sposób przyskoczył do Krzysztofa. – Tomik wierszy sprzedałem palancie! Ten, co tam jest ten wiersz o kurwie na miedzy, co ci się tak podobał, nie pamiętasz? "Kurwo na miedzy pomiędzy miedzią pola, strzecha strzygi na kole przeznaczenia, kurwo kurwista" – zacytował. 

Żona patrzyła na mnie ze zgrozą.

– Michale, przepraszam cię, ale tu jest dama. Może zechciałbyś…

– Dama, przynieś tej gorzały, bo się nie doczekam! No więc, kupili go w wydawnictwie… O kurnamama, zapomniałem jakim. – Michał poskrobał się po głowie. – Mam to gdzieś zapisane. Mało tego, chcą wydać następny, a ja mam już kolejny na warsztacie, będzie się, kurde, nazywał… No nie wiem jeszcze dokładnie. Może "Rozpruta moszna"? Albo nie, już wiem – "Czy można moszną?" Dobre, nie? Można – moszna! Poezja podwójnych tych, no… Nieważne. – I nagle zwrócił się do mnie. – Ty, Mały ale ty bez łysiny lepiej wyglądasz.

Zrozumiałem, że jest pijany.

– Kochanie, nalej Michałowi i zabaw go chwilę. Ja chciałbym zamienić słowo z Krzysztofem w gabinecie.

– Co wy macie za tajemnice, od kiedy, kurde? Planujecie coś beze mnie? Jasne, kurwa mać, od razu mogłem się domyślić! 

Żona popatrzyła na mnie z wyrzutem i wybiegła z salonu.

– Michał, opanuj język! – rzuciłem ostro – Nie wiem, co się stało, ale w tym domu nikt nie będzie używał takich słów przy mojej żonie, nawet przyjaciele…

– A spierdalaj ty mi! Przyjaciel w dupę pluty się znalazł, kurwa. Co, dupnęliście kontakt na film może, co? Albo coś do telewizji? I jest miejsce tylko dla dwóch, tak? Kurwa, tego się nie spodziewałem. – Trzasnął szklanką o podłogę. 

Szkło rozprysło się po saloniku. Kątem oka dostrzegłem uśmieszek na twarzy Krzysztofa. Znał cenę osiemnastowiecznego szkła. Może warto zaproponować mu udziały w trolejbusach? W zasadzie nie miałem teraz wyboru. Sam nie udźwignę koniecznych inwestycji, a linii promowej nie chcę jeszcze się pozbywać. Intuicja mówiła mi, że na Michała jako wspólnika już nie mam co liczyć. Siedział na podłodze z twarzą w dłoniach i mamrotał. Krzysztof podszedł do niego i położył dłoń na ramieniu.

– Sprzedaj udziały w browarach. Zbuduj teatr. Nadajesz się do tego, masz talent. Jak będziesz sprzedawał, daj znać, jestem zainteresowany. No, oczywiście po preferencyjnej cenie, za to kupię duży pakiet. I nie płacz już.

Byłem pewien, że to ostatnie zdanie Krzysztof rzucił żartem, choć nie był on najwyższego lotu. Płaczący Michał. Pamiętałem jego decyzje, przed którymi zawahałby się nawet Krzysztof. Pamiętałem, jak z kamienną twarzą rozparcelował kupioną za bezcen stocznię, posyłając na bruk setki ludzi tylko dlatego, że miał kaprys urządzić akurat tam tor żużlowy. Pamiętałem też, jak wykończył metodycznie swojego największego konkurenta w regionie, w branży tekstylnej. Nie zostało mu nawet na bilet tramwajowy. Zaśmiałem się, wyobrażając sobie płaczącego Michała. Śmiech zamarł mi jednak na ustach, ponieważ Michał podniósł na mnie oczy pełne łez i przez ślinę wycharczał:

– Ja pierdolę, jakie to zabawne. Kurwa, nigdy bym się nie domyślił. – Wstał nagle, wybiegł z salonu, chwycił swój chałat i bez pożegnania wyszedł trzasnąwszy drzwiami.

Patrzyliśmy na siebie z Krzysztofem w milczeniu. Upiłem łyk wina i oznajmiłem:

– Mam dla ciebie propozycję. Interesującą. Spodoba ci się.

– Co chcesz w zamian? – zareagował szybko.

– Pomóż mi usunąć Michała z zarządu. On nie wygląda najlepiej.

– Tak. Powiem ci coś. Niech się wysmarka przez sobotę i niedzielę. Ściągnij go do siebie w poniedziałek wieczorem, powiedzmy o dziewiątej. Ja też wpadnę. I wypraw żonę do przyjaciółki, czy gdziekolwiek, bo to nie będzie miłe spotkanie. – Krzysztof z lubością podniósł kieliszek do ust. 

W korytarzu usłyszałem kroki nadchodzącej żony.

 

Poniedziałek około godziny dwudziestej pierwszej

Choć poniedziałków nie lubię, to uwielbiam te wieczory, kiedy przychodzi Krzyś, a ja mam za sobą jakąś fajną pracę skończoną, nowelkę, scenariusz do filmiku reklamowego, coś takiego malutkiego, klejnocik taki. Skończyliśmy dzisiaj zdjęcia do bardzo ładnej reklamy kremu na ujędrnianie pośladków. Wpadłem na świetny pomysł: krem lekko wtarty opuszkami palców w pośladki upodabniał je do świeżych, młodych pomidorów i wtedy ten smagły aktor mówił: "A ja mam ochotę na leczo". 

 

Teraz czekałem na niego. Wiem, że Krzyś usiądzie na starej otomanie, przymknie oczy i sącząc ulubiony likier baileys z kosteczką lodu, koniecznie jedną, najpierw cierpliwie posłucha, a potem opowie, co się zdarzyło, kiedy nie był ze mną.

Kocham go, gdy snuje te swoje historie – szczerze powiedziawszy nudnawe – ale usta mu się wtedy tak ładnie układają, a różowe płatki uszu drżą w takt wypowiadanych słów. I patrzy na mnie tak, jak nikt inny. Nawet Michaś, z tymi swoimi ciemnymi oczami w migdałowej oprawie, nie działa na mnie tak jak Krzyś. Zresztą Michaś woli kobiety. Poza tym Krzyś jest punktualny, nigdy nie każe mi długo czekać. Wie, że tego nie lubię, kiedy już poustawiam na stole miseczki z ostrymi sosami i do tego rożki tacos. Nie wiem, jak on może te rożki tacos na ostro do tego likierku? Zawsze przygotowuję dwa kieliszki: jeden na jego baileys, drugi dla mnie, na wytrawne martini ze skórką cytryny, dwiema kostkami lodu i… Tak, tak, to moja słodka tajemnica – z wódką! On się dziwi ten mój Krzyś, że ja wódkę piję jak proletariusz jakiś, ale tłumaczę, że jestem proletariuszem słowa i obrazu. A z kolei Michaś notorycznie się spóźnia i wpada jak mi się już znudzi to gapienie się na wyjęte fajanse i kieliszki. Właściwie jeden kieliszek i szklanka, bo Michaś gustuje w szkockiej z całą masą lodu. Kiedy mnie odwiedza, muszę mieć pełną zamrażarkę lodu, ale nie w kostkach tylko w bryłach. Michaś lubi oblewać wielkie bryły lodu blended malt. A potem, bierze taką bryłę w usta i wtedy wybaczam to jego spóźnialstwo. Chociaż muszę powiedzieć, że jak miał brodę – doprawdy nie wiem po co – to nie lubiłem patrzeć, jak on te bryły pieści ustami. Miałem wrażenie, że tę swoją brodę zaraz połknie i robiło mi się niedobrze. 

Ale dzisiaj jest poniedziałek, spodziewałem się tylko Krzysia i pieczołowicie poukładałem jego ulubione poduszki z patchworku na otomanie. Ozdobne pokrycia do nich sam zrobiłem, tylko jedną zrobiliśmy wspólnie. Strasznie się wtedy pokłóciliśmy, aleśmy się potem pogodzili. 

 

Punktualnie o dziewiątej rozległ się dzwonek domofonu, więc podbiegłem do drzwi i szepnąłem do słuchawki, bo wiem, że Krzyś lubi mój szept, mówi, że jest taki chropowaty i wszędzie by go rozpoznał:

– Allo, oui?

– To ja Krzyś – zaanonsował się skrzeczącym głosem, ale on ma taki przez domofon.

– Proszę pchnij drzwi, już otwieram.

Chwilę potem, Krzyś stał w drzwiach i podawał mi mały pakuneczek.

– Co to jest? To dla mnie? – Czułem, że się czerwienię. – Krzyś, Krzyś, ty tak lubisz robić mi niespodzianki.

– Otwórz, zobacz. Nie wiem, czy będzie ci się podobało…

– Och, wiesz, na pewno, myślę. – Wolno odwiązywałem wstążeczkę, popatrując od czasu do czasu na Krzysia. – O, Boże, jakie piękne! – Nie mogłem się powstrzymać, kiedy spod delikatnej bibułki wyłoniła się niderlandzka, osiemnastowieczna miniaturka przedstawiająca brodatego mężczyznę o ciemnym spojrzeniu z imponującą kryzą. – Cudne! Dzięki Krzyś. – Pocałowałem go w policzek.

– Pomyślałem, że ci się spodoba i przestaniesz się na mnie dąsać za tamto.

 Położył mi rękę na ramieniu. Poczułem przyjemne mrowienie.

– No, nie wiem, nie wiem… Och, przestań głuptasie! Już dawno o tym zapomniałem, zresztą jesteśmy wolnymi ludźmi, podobała ci się tamta dziewczyna. Chciałeś spróbować, proszę bardzo. Ja to rozumiem. Chodź już, chodź, tyle mam ci do powiedzenia.

 

Posadziłem Krzysia na otomanie i nalałem likieru. Umoczył w nim usta, wydął rozkosznie wargi i już miał powiedzieć to, co zawsze mówił w tych chwilach – "Boskie! Tęskniłem za tym od naszego ostatniego spotkania". Już otwierał usta, gdy rozległ się dzwonek domofonu.

Krzyś popatrzył na mnie niepewnie.

– Zaprosiłeś kogoś poza mną?

– No co ty, skąd! To są nasze wieczory, tylko nasze.

Krzyś wzruszył ramionami ale minę miał naburmuszoną. Podbiegłem do drzwi.

– Tak, słucham. Kto tam? Słucham!

Nie byłem uprzejmy, ale doprawdy nie miałem ochoty na kurtuazję, gdy intruz jakiś wtryniał się w mój wieczór z Krzysiem.

– Michał. Otwieraj.

Machinalnie nacisnąłem przycisk otwierający drzwi do klatki. 

– To Michaś. Zapraszałeś go? – Wbiłem wzrok w Krzysia.

– Nie, skąd… to znaczy, wiesz, powiedziałem, że jak chce mnie zobaczyć, bo mówił, że ma jakiś pilny interes, to niech przyjdzie tam, gdzie będę. Skąd wiedział, że będę akurat u ciebie?

– A gdzie jeszcze miałbyś być? Tak wiele miejsc odwiedzasz? – czułem, że wbrew mojej woli głos zaczyna mi drżeć, a oczy zachodzą mgłą. – Pójdę otworzyć.

 

Michaś był już przed drzwiami więc wpuściłem go do środka. Patrzył na mnie dziwnie.

– Farbujesz włosy? – zapytał bez sensu.

– Zwariowałeś? To mój naturalny kolor. Nie widzę powodu, aby go zmieniać. Proszę wchodź.

– Słuchaj Jaromir, nie mam wiele czasu, o dziesiątej umówiłem się z Pasierbem. O cześć, Krzysztof. A tobie co się stało? Polubiłeś nagle damskie bluzki w kwiatki?

– To nie jest damska bluzka tylko męska koszula malajska, nie udawaj, że nie wiesz. Sam dałem ci kiedyś podobną do tej. Tę dostałem od… – Krzysztof przerwał nagle.

Popatrzyłem na niego ostro. Nalałem sobie do kieliszka samej wódki, chociaż chciałem martini ale pomyliły mi się butelki. Obraz mi się rozmywał. Wypiłem jednym haustem i kaszląc okropnie – ale co go to obchodzi, że ja sobie mogę krtań wypluć – wziąłem się pod boki.

– O, to ciekawe, to bardzo ciekawe? Dajesz Michasiowi koszule w prezencie. Ciekawe, czy nowe, czy trochę znoszone? I komu jeszcze dajesz? Inne rzeczy też tak dajesz wszystkim, tylko nie mnie?

– Jari, daj spokój, on cygani – Krzyś wstał z otomany i podszedł robiąc gest, jakby chciał mnie objąć.

– Nie dotykaj mnie! – Odtrąciłem jego rękę i odwróciłem się do ściany, od nich obu. Czułem, że pragnę umrzeć.

– Czy wyście panowie, za dużo nie wypili? Jeśli macie ochotę na wygłupy, to oczywiście nie bronię, ale jak powiedziałem, zaraz mam ważne spotkanie, od którego po części zależy też wasz los. Jeśli chcieliście, żebym przyszedł tylko po to, by mi odegrać scenkę "Dwie cioty" – to dziękuję, szkoda na to mojego czasu.

Głos Michasia zabrzmiał poważnie i wtedy zdałem sobie sprawę, że Michaś w ogóle dziwnie dzisiaj wygląda. W tym topornym, ciemnym garniturze, kanty na spodniach, oksfordy i ta marynarka, jakby jakimś premierem był czy co. Nie odzywałem się, cały czas odwrócony do ściany i w napięciu czekałem na słowa Krzysia.

– Michaśku, nie wiem, o co się tak gniewasz. Powiedziałem, żebyś wpadł, bo myślałem, że przyjemnie będzie ci się ze mną zobaczyć po ostatnim razie…

"Michaśku"

– Krzyś jesteś podły. Po prostu podły. – Rzuciłem się z zaciśniętymi pięściami i bębniąc po jego klatce piersiowej powtarzałem – Podły. Podły. Niedobry.

– Panowie, nie wiem o co ten cyrk, pogadamy jutro. Jeśli oczywiście wytrzeźwiejecie do tego czasu. – Michał zarzucił płaszcz na ramię i ruszył ku wyjściu.

Czułem, że coś się wali.

– Michaś, nie odchodź tak. – Pobiegłem za nim. – Może chociaż wezwę ci taksówkę?

– Mam do ciebie prośbę Jaromir. Skończ z tym Michasiem, nawet w żartach. Za taksówkę dziękuję, na dole mam samochód. – Chwilę milczał, jakby się nad czymś zastanawiał i dodał – Nie musicie przychodzić jutro rano. Sam wszystko załatwię. Porozmawiam z tym profesorem, który jest skłonny odstąpić patent. Spotkajmy się na politechnice u mnie, powiedzmy o piętnastej. 

Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć drzwi za Michasiem zamknęły się.

 

Wtorek godzina piętnasta

Patrzę. Stoi. Czeka. A czekaj se. Postoisz to skruszejesz.

Podchodzę do Krzycha, bo w końcu co mam stać na tym mrozie i popatrywać. Studenciaki się przez drzwi przeciskają gromadą i końca nie widać, więc odpycham studenciaka i wchodzimy do środka. Studenciak się ciska, to Krzych do niego mówi, że jak mu się cóś nie podoba, to może wyjdziemy i pogadamy za rogiem. Krzych jest szybki w takich sprawach. Nie obcyndala się. Studenciak cóś mamrocze, a Krzych mówi do mnie:

– Spuściłbym mu wpierdol, ale Misza czeka, a jak Misza czeka, to lepiej nie spaźniać się za bardzo, nie? Chcesz zajarać?

Przystaneli my na chwile. Krzych wyjoł gitany. Duma mnie zdjęła, że wzioł paczke z przemytu. A co, miejsce kulturalne było, a dopasowywać sie do środowiska ważna rzecz. Choć zatarasowali my jedne drzwi, wiara się nie burzyła. Drugom połą spokojnie sznurkiem wchodziła. Jak żeśmy zapalili, to spojrzeli my na siebie i godnie do holu wkroczyli.

Wielgaśny był, wyfroterowany ze schodami dużemi, tak na dziesięć chłopa. Stanęli my na środku, co by skończyć fajeczkę i aklimatyzacji dokonać. Jaramy, a tu podchodzi drugi wymoczek w krawaciku, że tu niby nie wolno. Moja kolej była, więc chwytam za krawatkę.

– Co nie wolno, palancie! Tobie nie wolno, nam wolno. – I już przymierzam się do lutowania, ale Krzych znowu, że Misza czeka, to puszczam połamańca. 

Kipujemy w koszu, bo żal mnie zdjął, jak przypomniałem sobie swoją starą, co na kolanach parkiet czyści. Krzych idzie na schody.

– Gdzie leziesz baranie, windą pojedziemy. Winda tu jest. – zwracam sie do niego uprzejmnie, chcąc kultury w przybytku nauki dochować.

– Ty Jaro, ty nie bądź taki do przodu, bo cię kurwa przyflekuję.

A pomyśleć, że jużem zaczoł dobrze o nim sądzić. Trochę szarpiemy sie w windzie. Krzycho charakterny jest i w kij dmuchać se nie da. A tu znowu do naszej przyjaznej dyskusji kolejny wymoczek się wtranca, że mu się pali. Zgodnie wypchli my go z tej windy i sie krzyku narobiło. Misza czeka, więc machnęli my ręką na raban, choć pięści same rwały się do bitki. Krzycho nacisnoł guzik. Niech ma.

Wreszcie dojechalimy na sam koniec i idziemy korytarzem. Idziemy, idziemy. Krzycho prowadzi o pół kroku. Jedne drzwi otwarte były, a tam normalnie, w takim dużym pokoju, trzy wideo stoją.

– Patrz, jakie fajoskie – mówię do Krzycha.

– Ty, cho zajumamy. Skitrasz pod kataną i chu. Ja drugi, spuścimy u Waldiego, będzie klopsu trochę. 

– Pomysł przedni, ale co się będziemy u Miszy z wideami pod kataną meldować. Za powrotną drogą weźmiemy. 

– Co racja, to racja. Wideo nie zając, nie uciekną – Krzycho oczywistą rację mi przyznał.

Wreszcie dochodzimy do drugich drzwi od końca, a tam pisze nazwisko Miszy i doktór inżynier. 

– Co to jest?

– Kurwa. No, Misza ma pod czachą jak trzeba. Kazał se taką tabliczkę zrobić, co by mu profesory nie podskakiwały. No wchodzimy – popędził mnie. I zaraz stanoł jak wryty. – Fiu, fiu! – Ręce se w kieszeń wsadził, jak to on i gwizda. – Ale tu Belweder!

Faktycznie. Biurko stoi jak w sejmie, kurdelebele. Za biurkiem se Misza siedzi rozwalony, cóś nadaje przez telefon i macha do nas, żebyśma wchodzili. Dziwują sie, bo my byśmy i tak weszli, ino się patrzymy, bo na stole stoi komputer, taki sam jak u starej Krzycha w banku. Widzę, że Krzycha, znowu ręce swędzą. A ten Misza nadaje przez telefon, nadaje tak, że nic pokumać nie można. 

A potem mówi:

– Czołem! A co wyście tacy wymięci? Balangowaliście całą noc na plaży?

Faktycznie wypiło się trochę, ino nie na plaży, a na podwórku u Edka, co mu się wyrok skończył i zara drugi zaczął, bo jak se dmuchnął dwie sety z wkładką, to mu odpierdoliło i drobnych poszedł pożyczać. Nie chciał mu napotkany palant pożyczyć, to ten go cegłówką w czółko i do widzenia. Chce powiedzieć Miszy, jak było, on tu ważny, to mu się szacunek należy, ale Krzychu macha ręką i widzę, że się w ten komputer wpatruje. Co on kombinuje?

– Misza, to twój? – pytam.

– No mój, mój. Nareszcie się doczekałem. Siadaj Malutki. Krzysztof, Pasierb cię szukał, pewnie będzie namawiał, żebyś się nie ciskał o końcówkę do nowego serwera. Ale … może dzisiaj z nim lepiej nie dyskutuj.

Ja widzę, że Krzych nie słucha, ino gapi się i gapi w ten komputer.

– No co – mówi Misza – komputer, jak komputer, co tam takiego ciekawego zobaczyłeś? Serwer już uruchomiłem, była mała awantura, ale powiedziałem, że nie mają wyboru, chyba że zamkną ten sprzęt na kłódkę w magazynach UOP-u, bo inaczej to i tak się do niego dobiorę. Dali za wygraną.

– Dobra – mówi Krzych – masz tę robotę dla nas?

– Robotę? – dziwi się głupio Misza. – Jaką robotę?

– No, miało być malowanie, czy co tam. Wszystko jedno, byle parę złotych legalnie wpadło.

– Żeby starej prezentu pod choinkę za trefny szmal nie kupować – dopowiadam, aby wyjaśnić.

– No to masz coś? – Krzycho prze do przodu, a ja cieszę się, że tematu nie zagubił.

Misza patrzy, jakby nas pierwszy raz widział. Ja też na niego lipuję, jakiś inny jest. Brodę se przyciął, włosy przyczesał, gębę chyba czymś nasmarował, bo taka gładka. I jeszcze se bryle na lima założył.

– Ty, on zawsze bryle miał?

– Faktycznie, cwelowaty sie ten Misza zrobił. I jeszcze mu krawacik zwisa.

– Jak taki dupę na stołku posadzi, to zaraz ważny się robi. Może by mu przylutować – składam propozycję.

– Też mnie wkurw ogarnia. Najpierw obiecuje, a potem robi sie z niego taki prezydent i zapomnienie go ogarnia. 

Takie gadanie zawsze lubie. Krzycha mam po swoje stronie. Jebiemy. Podchodzę do Miszy i bach mu lampę w nos, aż mu te bryle fikły. I z drugiej – bach! A ten cwel wygląda, jakby miał się popłakać. Jak to Krzych widzi, to podlatuje do gamonia i lut mu w szczenę. To ten krwią zaczyna pluć i cóś charcze.

– Nie pluj cwelu – spokojnie mówię – bo mi garnitur uwalasz.

A ten się na mnie gapi tymi wybałuszonymi gałami i powtarza w kółko:

– Jezus Maria, oni mieli rację… Pasierb miał rację…

 

Środa godzina trzecia rano 

Dzwoniący telefon usłyszałem przez sen. Nie stanowił on dopełnienia sennego obrazu, jak to się zwykle zdarza. On po prostu dzwonił, a ja go usłyszałem. Poczłapałem do aparatu, który stał w dużym pokoju, nie zastanawiając się, kto może dzwonić o tej porze. Głos Michała w słuchawce brzmiał naturalnie i chciałoby się powiedzieć wesoło. Pewnie to było złudzenie. Trudno, aby czyjś głos brzmiał radośnie o trzeciej nad ranem. Tylko, że z Michałem jakieś dziwne rzeczy się ostatnio wyczyniały. Miałem wrażenie, że tracę z nim kontakt. Nie odzywał się, a jeśli już, to lepiej, żeby tego nie robił. Nie poznawałem swojego przyjaciela i z tego powodu ogarniała mnie melancholia.

– Czołem Malutki – rzucił Michał po swojemu. – Przepraszam za porę, ale sprawa jest pilna. Nie przeszkadzam?

– Nie, skądże – zapewniłem. Czy przekonywująco, nie dałbym za to głowy. Nie zastanawiałem się jednak nad tym, bo to, co zaproponował Michał, a właściwie nakazał, zaprzątnęło moją uwagę bez reszty.

– Mały, bądź tak szybko jak możesz na Politechnice, u mnie w pokoju. Drzwi do gmachu będą otwarte. Ja to załatwię.

Michał mówił, jakby była to najzwyczajniejsza w świecie prośba o przysługę: "Mały, jakbyś przechodził koło tego sklepu z kawą…” albo “Mały, jakbyś popatrzył na moje świece we Fieście…” Na Politechnice? O tej porze? Po cholerę! I co on tam robi?

Jednak nie dane było mi długo się nad tym zastanawiać, ponieważ dodał: 

– Z tym, że jeśli nie dasz rady być najpóźniej za godzinę, to już nie przyjeżdżaj… 

Przeszły mi ciarki po plecach i zapewniłem, że będę za kwadrans, o ile nie ukradziono mi samochodu, w przeciwnym razie za dwadzieścia minut. Rzuciłem słuchawkę i pobiegłem do łazienki. Dzwonek telefonu zatrzymał mnie w pół drogi. Jasne, prima aprilis pierwszego kwietnia, głupie dowcipy. Dzwoni, aby rechocząc zapytać, czy już wyruszyłem na Politechnikę. Dobrze, że teraz dzwoni, a nie za godzinę na posterunek policji, gdzie niechybnie bym trafił, gdybym dobijał się do szacownego gmachu nauki. 

Słuchawkę podniosłem z wystudiowaną flegmą.

– No cóż tam, drogi przyjacielu? – rzuciłem niedbale – Zapomniało się o czymś?

Odpowiedziała mi cisza, a potem usłyszałem podenerwowany głos Krzyśka:

– Mały, to ty? Szybko odebrałeś. Słuchaj, przed chwilą dzwonił Michał i chciałby, żebym koniecznie przyjechał na Polibudę

– Nie później niż za godzinę?

– No właśnie. Dziwnie brzmiał? Jakoś tak normalnie.

– Będę za piętnaście minut przed wejściem – oświadczyłem zdecydowanie.

– Dobra, tam się spotkamy.

Odłożyłem słuchawkę i pognałem do łazienki. Po drodze napotkałem spojrzenie mojej żony opartej o futrynę drzwi sypialni.

– Przyjaciel wzywa! Muszę lecieć, choć pora może wydawać się dziwna…

 

Samochód zostawiłem na parkingu przed Politechniką. Białe kombi Krzyśka już tam stało. Szybkim przerzutem na dwa razy pokonałem płot i skradając się podszedłem pod drzwi budynku wydziału Elektroniki.

– Tsst! – usłyszałem syknięcie.

– Tsst… tsst! – odpowiedziałem.

Od poręczy schodów oderwał się ciemny kształt i po chwili byliśmy w środku.

– Myślisz, że on faktycznie tam jest? – szepnąłem.

– Cholera wie, ale drzwi rzeczywiście zostawił otwarte.

Na czworakach przekradliśmy się przez ciemny hol obok portierni. Krzysztof gestem wskazał na schody. Kiwnąłem. Branie windy nie miało sensu, zostalibyśmy od razu odkryci. Przygięci do ziemi pokonywaliśmy w ciemności kolejne piętra. Na piątym usłyszeliśmy kroki. Szybko przypadliśmy do ściany i snop latarki omiótł przestrzeń przed nami. Wstrzymałem oddech. Kroki powoli się oddaliły. Jeszcze przez dłuższą chwilę bałem się wypuszczać powietrze. Ruszyliśmy dalej i na siódme piętro dotarliśmy już bez przeszkód.

Ostatni odcinek drogi, długi prosty korytarz pokonaliśmy przemykając się od ściany do ściany. Nie miało to większego sensu, ale jak nam się wydawało, było zachowaniem gwarantującym nam bezpieczeństwo. Przed drzwiami Michała chwilę się zawahałem. Krzysztof odepchnął mnie i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły.

Pokój Michała tonął w mroku. Lampka na biurku dawała skąpe światło. Była zresztą przysłonięta skomplikowaną konstrukcją z mądrych książek Michała, aby snop światła nie przedostał się na korytarz przez szparę pod drzwiami. Nie tylko biurko, lecz cały pokój, zawalony był papierzyskami, pootwieranymi książkami, różnojęzycznymi periodykami. Michał siedział przy biurku i nerwowo walił w klawisze. 

– Wchodźcie i zamknijcie drzwi, szybko – rzucił, nie podnosząc na nas wzroku. Machinalnie wykonaliśmy polecenie. – Cholera, pomyliłem się! Nie godzina, tylko czterdzieści cztery minuty. Czterdzieści cztery, dobre, co? To mamy jeszcze do transferu… – Popatrzył na zegarek. – Trzynaście minut. Nie spieszyliście się zanadto!

Krzysiek popatrzył na mnie z miną "Widziałeś-kretyna-chyba-go-huknę".

– Słuchaj – rzekł w stronę Michała, ostrzejszym niż zwykle tonem – ciemno, ślisko, ciecie na korytarzach, windy wziąć się nie da, a szybkie wyskakiwanie z łóżka o tej porze napotyka na niejakie trudności. Bądź więc łaskaw…

– Dobra, przepraszam – przerwał mu Michał – słuchajcie, czasu jest niewiele, więc skupcie się.

– Czasu do czego niby? – zapytałem.

– Do transferu. 

Zapadło milczenie.

– O czym on mówi? – szepnąłem do Krzyśka. Wzruszył ramionami i wywrócił oczami.

– Chyba się przepracował.

– Poszepczecie sobie później, a teraz potrzebuję pomocy. Bo są jaja. I to przeze mnie. No, ale też ja głownie obrywam.

Nic nie rozumiałem. Krzysztof też nie. Nie odezwaliśmy się jednak, bo skoro czasu do transferu było tak mało… Pomyślałem o tym i nie mogłem opanować śmiechu "Do transferu. Dobre!” Krzychu też zachichotał.

– Jaka jest natura czasu? – zapytał nagle Michał.

– Co? – Krzysiek z niepokojem popatrzył na Michała.

– Ciągła – odpowiedziałem.

Od razu przypomniały mi się nasze pseudouczone rozmowy w liceum, kiedy natychmiast po dowiedzeniu się na lekcji fizyki, czym są kwanty, kwantowaliśmy wszystko, co się dało. Energię, dziewczyny, ser, piwo i czas. Mnie przypadła w udziale rola obrońcy czasu i ciągłej natury wszechrzeczy, więc przeciwstawiałem się moim uczonym kolegom w ich skwantowanym światopoglądzie. Niejako z urzędu.

– Aha! – Krzysztof też przypomniał sobie młodzieńcze dysputy. – Co ci też przyszło do głowy, stare lata wspominać.

– A gówno! – Michał patrzył na mnie przenikliwie. – Skwantowana.

– Niech ci będzie – westchnąłem. – Myślałem, że te jałowe spory mamy już dawno za sobą.

– Ludzie opamiętajcie się! – Michał krzyknął i zaraz z lękiem spojrzał na drzwi. – Opamiętajcie się. Czas ma naturę kwantową, co się właśnie dowodnie okazało. To ma bezpośredni związek z budową świata. Nie tylko wszechświata, ale świata, a raczej światów, czyli wszechrzeczy!

– Świruje – oznajmił Krzysztof z łagodnym uśmiechem, jakiego nie szczędzi się skretyniałym dzieciom i studentom. – No, mów dalej, Michałku.

Też miałem podobny dowcip na języku, ale popatrzyłem na Michała i zrozumiałem, że on nie żartuje.

– Czas ma budowę kwantową – powtórzył Michał. – Świat jest kontinuum czasowo-przestrzennym. Ale jak to rozumieć? Ano tak, że przestrzeń również ma charakter kwantowy. Czas i przestrzeń to kwanty, a więc porcje. Małe bąbelki czasowo-przestrzenne.

Kątem oka ujrzałem minę Krzysztofa. On także już wiedział, że Michał nie żartuje. Co więcej doganiał go, a być może wiedział już, dlaczego nas wezwał. O mnie, nie można było tego powiedzieć. 

Michał kontynuował, starając się nadać głosowi spokojne brzmienie, ale podniecenia nie udało mu się opanować. 

– I jest tych bąbelków bardzo dużo. Nie nieskończenie ale dużo. Bąbelki ułożone są w czymś, co nazywam metaczasem. On je porządkuje. Cały dowcip polega na tym, że dzięki kwantowej naturze kontinuum czasowo–przestrzennego istnieje równolegle duża, ale skończona liczba światów.

– Jasne! – Krzysztof nie wytrzymał – Migotanie.

– Można to i tak nazwać, choć nie jest to całkiem ścisłe.

– Nie rozumiem? – odważyłem się przerwać ciszę, która zaległa.

– Wyobraź sobie – Michał mówił już tylko do mnie – że twoje życie jest mieszkaniem z ogromną ale skończoną liczbą pokoi od narodzin do śmierci. Przechodzisz, a raczej jesteś przenoszony do kolejnych pomieszczeń i następuje kolejny kwant czasu i przestrzeni. Skaczesz o te nanojednostki i życie płynie. Pokoje tobie współczesnych – wszystkich ludzi żyjących w danej nanochwili – znajdują się na tym samym poziomie metaczasowym, w jednej linii, bo przecież możesz pojawiać się w życiu innych ludzi, tak jak oni w twoim. Tych linii jest wielka, choć skończona liczba. Obejmują one kwanty zdarzeń od początku do końca twojego świata. Oprócz pokoi na twoim poziomie są niedostępne dla ciebie na innych poziomach metaczasowych. Każdy to jeden świat. Światy równoległe, istniejące obok siebie. Dla ciebie dostępny jest tylko ten na twoim poziomie metaczasowym, a i to w określonej sekwencji przemierzania pokoi. Wszak nie możesz cofnąć się do pokoi dzieciństwa, czy przed swoje narodzenie, podobnie jak poza swoją śmierć. Więc tym bardziej nie możesz opuścić twego poziomu metaczasu. Ale poza nim są inne światy. Bardzo podobne do naszego. Bardzo… – głos Michała załamał się. Bardzo cicho dopowiedział – Ja je widziałem.

– Transfer! Ty jesteś tam przenoszony, do tych światów, rzucany po nich, tak? Obijasz się po tych światach i… i…

– Metaczas, którego natura nie jest mi jeszcze znana, ale to mało istotne – Michał mówił coraz szybciej, zerkając co chwilę na zegarek – trzyma wszystko w kupie, by te światy nie pomieszały się ze sobą i byśmy zawsze przeskakiwali według właściwej marszruty. Niestety może ona ulec zamianie, ugięciu, nie wiem czemu, w każdym razie możliwa jest katastrofa. I mnie się ona wydarzyła, co pewną liczbę kwantów, zawsze stałą, przerzuca mnie do świata równoległego, gdzie pozostaję również określoną, ale mniejszą liczbę, po czym wracam do swojego, czyli tego właśnie. Który właściwie jest mój? Powiedzmy ten, w którym się urodziłem, choć to też umowne. Po czym znów rzuca mnie do innego. Wracam. Do następnego i tak w kółko. Te światy są bardzo podobne, różnią się tylko pewnymi rysami. Tego nie rozumiem, to jakby sytuacja światów o wspólnym początku, które potem się rozeszły i niewielkie różnice determinowały następne. Trafiam na ciągłość sytuacji ze zmienionymi detalami. I to jest potworne. Potworne!

Michał zamilkł.

– Żebym się chociaż mógł poruszać w moim metaczasie w różnych kierunkach, to byłoby ciekawe – odezwał się nagle płaczliwie.

– Nie jest to możliwe – głos Krzysztofa brzmiał ponuro – bo sekwencja i kierunek zostały zachowane. Tylko, że spadasz ze swojego poziomu, a potem nań wracasz. Twoi… twoje odpowiedniki z danego poziomu przesuwane są na inne, a któryś z nich zajmuje twoje miejsce tutaj. Porządek został naruszony wszędzie, ale nie nastąpił chaos. Więcej, to wygląda na bardzo szczególny żart. I to wszystko przez jeden serwer…

Przypomniałem sobie jego rozmowę z Pasierbem, wtedy brzmiało to niedorzecznie. Michał spojrzał na zegarek. 

– Zaraz transfer. Krzysiek to nie był jeden serwer, wrzuciłem ten patent, wpiąłem się w sieć. Powinienem wrócić za pięć godzin i dziewiętnaście minut. Proszę, bądźcie pod telefonem. Musicie mi pomóc się z tego wyplątać. To nie może trwać wiecznie. Zresztą, wy chyba też macie dosyć tych, którzy mnie tu zastępują.

– Słuchajcie! – olśniła mnie nagła myśl. – Może po prostu wyłączyć ten serwer i wszystko wróci do stanu pierwotnego?

Krzysztof spojrzał na mnie z politowaniem.

– Struktura metaczasu została zachwiana przez wpięcie serwera do sieci, a jak znam życie nie połączył równolegle jak łańcuch lampek choinkowych. Wypadnięcie ogniwa nie zatrzyma procesu.

– Fałda istnieje i odłączenie serwera jej nie usunie – potwierdził Michał – ale dziękuję… Zdaje się, że to już… – Jego twarz wykrzywił grymas bólu. Odwrócił się i przypadł do ściany. 

 Odruchowo zamknąłem oczy spodziewając się fajerwerków, jakie zwykle towarzyszą niezwykłym zjawiskom na filmach. Fajerwerków nie było. Michał odwrócił się. Miał potarganą brodę i ciemnoczerwoną szramę przecinającą prawy policzek. W półmroku wydawało mi się, że jego wargi nie znajdują oparcia na zębach i wpadają do środka. Jedno oko otoczone było siną obwódką, 

– Chuja wam zapłacę, kurwa – wychrypiał. – Tylko opierdol żem dostał, że ściany niewymalowane. A wy co, na plażę se poszli wylegiwać się? Wypierdalać mnie już stąd i więcej się nie pokazywać! – Wyciągnął nóż sprężynowy i ruszył w naszym kierunku.

Prysnęliśmy tak szybko, że nie wiem, jak znaleźliśmy się na dole. Nie zwracając uwagi na krzyki portiera wybiegliśmy z budynku. Stojąc przy samochodach, długo nie mogliśmy złapać oddechu. Wreszcie Krzysiek otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale pokręcił tylko z niedowierzaniem głową. Coś jednak trzeba było powiedzieć. Chociażby to, że przecież nie wyciągniemy już Michała z tego. 

– Co mówisz?

Krzysiek chwilę milczał. Potem spojrzał na mnie.

– Ciekawe, jak my wyglądamy. Tam. Bo sądząc po Michale…

Pokręciłem głową. Po czym ryknęliśmy śmiechem. Cóż nam pozostało?

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś pomysł. Chociaż nie kupują mnie zależności przyczynowo-skutkowe.

Włączają serwer i multiwersum szaleje. A gdyby podłączyli ekspres do kawy, spadłby zielony deszcz.

Ta rzeczywistość z milionerami wydawała mi się niewiarygodna – za mały stawik na takie grube ryby.

ale jak pan chce…Mogę usiąść!

Stawiaj spację po wielokropku. BTW, to chyba pytanie?

– Acha! –

Aha. Edytor nie podkreślał?

I jeszcze jedno – masz literówkę w tytule.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie biblioteczne i – po dokonaniu niewielkich zmian – piórkowe– i to wysoko. Ale… Finkla chyba ma rację: sam serwer to za mało. Nie zastąpisz go, dajmy na to, pierwszym na świecie eksperymentalnym komputerem kwantowym (cokolwiek by to znaczyło)?

Zmiana w tekście niewielka, a stawik nagle poszerza się w morze… ;)

 

Niestety nie podzielam zachwytów rybaka nad piórkowością, ba, nawet nie bardzo je rozumiem (czemu winny może być brak uzasadnienia ze strony przepiścy). Po całkiem intrygującym początku (spór Michała z technikiem o sieć) zasypiałam nad przyjęciową obyczajówką, zwłaszcza że klimaty biznesowe są mi kompletnie obce, a zostały przedstawione tak, jakby każdy miał się w nich świetnie orientować. (Przypomina mi się niewiele późniejsze zdumienie pewnej damy, która jako “uczestnik komercyjny” pojechała na kurs językowy dla ludzi z uczelni i była bardzo zdziwiona, że nikt poza nią nie prowadzi działalności gospodarczej.) Ta długa scena była dla mnie niestety po prostu nudna, przebiegłam ją w końcu aż do pojawienia się Michała wzrokiem. I nadal nie wiem, czemu właściwie służyła tak rozbudowana obyczajówka z wieloma szczegółami z życia i biznesu uczestników spotkania, choć może mi coś umyka, nie wykluczam tego.

Drugi problem – właściwie po przeczytaniu opowiadania nie mam pojęcia, kim jest główny bohater/narrator. Co robi, czym się konkretnie zajmuje, jakie ma wykształcenie – a akurat w tym tekście to się wydaje ważne, a w każdym razie tak mi się na początku zdawało (narrator nierozumiejący technobełkotu). Jedyne, co wiem, to że jest pozerem w gorsecie na przyjęciu innych nowobogackich pozerów. Nie bardzo też rozumiem postać Michała – w pierwszym kawałku jest “panem doktorem” (czy profesorem?) w jakimś instytucie badawczym, potem piszesz o usuwaniu z zarządu i parcelacji stoczni, mnie się to wszystko w całość nie składa.

A potem, w scenie z Krzysztofem, to już w ogóle pogubiłam się, o co chodzi i po co ta scena :( W pewnym momencie wydawało mi się, że końcówka nadrobi z hukiem, ale tak naprawdę w sumie mnie rozczarowała, choć sam pomysł z tym metaczasem jest zacny i ratuje opowiadanie (niemniej Finkla ma rację co do przyczyn-skutków). Ale znów z Michałem poszło w stereotyp. No i właściwie to kończysz opowiadanie w momencie, kiedy coś się zaczyna dziać i robi się ciekawie…

Reasumując: jest nieźle pomyślana rama, ten niepokój o to, czy mail z załącznikiem przejdzie, dobrze się komponuje z końcówką, ale środek jak dla mnie przeważa nad tym, co po skrajnościach. Może dlatego, że przemiany/wersje Michała w multiwersum (o ile dzięki końcówce dobrze zrozumiałam, o co chodzi – bo może być też tak, że to jednak ten sam Michał, ale dostał jakiejś depresji czy pomieszania zmysłów z powodu odkrycia, co osobiście wydaje mi się mniej ciekawe) idą w taką a nie inną stronę.

 

Językowo jest ogólnie w miarę sprawnie, aczkolwiek interpunkcja leży (nie wypisywałam, bo dużo za dużo i to w oczywistych miejscach), powtórzenia się zdarzają, czasami zdania bywają nieporadne, mocniej w oczy rzuciły mi się takie rzeczy:

 

“Michał był niezwykle wszechstronny, w różnych dziedzinach należy dodać.” – coś mi nie styka w tym zdaniu. Wszechstronność zasadniczo oznacza wiele dziedzin, więc chyba nie trzeba tego dodawać?

 

“Krzysztof stał niedbale oparty o dorycką kolumnę” – jeżeli to jest jakaś nowobogacka willa, to należałoby to mocniej zasugerować. Poza tym jakoś ta dorycka średnio mi pasuje, w takim środowisku to raczej koryncka ;) No i co? Ona tak stoi na środku? Luzem? I czym właściwie jest – elementem architektury, zabytkiem (dość to ekscentryczne by było, nawet na byznes tego okresu.) Takie szczegóły mnie osobiście wybijają z lektury.

 

“niderlandzka szesnastowieczna miniaturka przedstawiająca brodatego mężczyznę o ciemnym spojrzeniu z imponująca kryzą” – miniaturka kojarzy się raczej z typem portretów, który staje się popularny w XVIII w., tu pewnie nieduży portrecik po prostu. Oraz: spojrzenie miało imponującą kryzę?

 

“różnojęzycznymi periodykami“ – mam wrażenie, że na politechnice czytają jednak głównie angielskie artykuły ;)

 

Wulgaryzmy teoretycznie pewnie pasują do kreacji bohaterów, ale rzadko zdarza mi się czytać teksty, gdzie wulgarny język jest przekonująco napisany – ten do nich nie należy, ale jestem trochę przewrażliwiona, bo mam wrażenie, że używanie przez autorów wulgaryzmów stało się takim wytrychem, który niby ma coś charakteryzować, ale jest tak nadużywany, że już nic nie charakteryzuje. Moim skromnym zdaniem raczej stereotypizuje i w sumie Twoi bohaterowie wydali mi się summa summarum niesympatycznymi dupkami, których losami nie potrafię się przejąć.

 

PS. Linux debiutował w 1991, sprawdziłam, więc niby ok. Ale na uczelniach w Polsce królował wtedy Unix.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W tytule pierwszego rozdziału przyplątała się zbędna kropka…

Pomyślałbym nad innym, krótszym, bardziej tajemniczym i mniej mówiącym tytułem tej opowieści.

Jeszcze wrócę.

Pozdrówka.

Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarze oraz wybaczcie, że tak długo nie odpowiadałam. Chyba nie powinnam wstawiać tekstu, kiedy mój czas się skurczył. Nie zawsze jednak można liczyć nawet na swoją racjonalność.

 

@Finklo, fajnie, że widzisz jakiś pomysł i szkoda, że nie kupujesz zależności przyczynowo-skutkowych:( Co podłączył Michał i jak – nie wiemy. Zdolna bestia była z niego, a i może nie działał sam (ludzie i siły UFO).

Scenka z milionerami może się zdawać niewiarygodna, lecz w równoległej rzeczywistości wiele może się zdarzyć. 

Dzięki za szybkie podanie kilku błędów :)

 

@rybaku, dziękuję Ci za krótką, ale bardzo zachęcającą do pisania – nie do szuflady – recenzję. Z kwantowymi komputerami ciągle jest potężny problem. Sam serwer to pewnie za mało, trochę wspominałam o innych rzeczach, lecz Jaromir jest humanistą, a i tak znaków zrobiło się za wiele.

 

@drakaino, rozczarowałam Ciebie i straciłaś czas :(, niepotrzebnie. Niemniej, dziękuję za wizytę i pochylenie się nad tekstem. 

Pewnie masz rację i wszystkie te sceny były niepotrzebne: i biznesowa są zwykłą obyczajówką. Ja tak o nich nie myślałam. 

 

Tak, narrator nie rozumie technobełkotu i jest humanistą – obserwatorem zdarzeń i przyjacielem. Doktor habilitowany na uczelni traktowany jest czasami jak profesor, poza tym słowa profesor użyłam niejako w cudzysłowie i podziwie przyjaciół dla genialności Michała. 

Może i zdania są nieporadne – jeśli tak piszesz, masz większe doświadczenie i biegłość.

 

Odniosę się do tych zdań, które wypisałaś:

‚wszechstronność…w różnych dziedzinach

Z jednej strony masz rację, z drugiej z kolei dziedziny są bardzo odległe (człowiek renesansu), czyli umysł ścisły (matematyka, fizyka), tłumaczenie, poezja, sztuka (o niej nie napisałam), zręczność w palcach itd.

‚dorycka kolumna

Tak, chciałam przez to podkreślić nowobogackość willi. Nie koryncka, bo te bardziej zdobione. Krzysztof jest „techniczny” i nawet w swoim rozwinięciu, w innym wymiarze, preferowałby funkcjonalność, surowość, stabilność. Uśmiechnęłabyś się widząc excela z porównywania tych trzech przyjaciół, co główne, co poboczne.

‚niderlandzkie miniatury

Link akurat do El Greco i przepraszam, że z wikipedii; nie mam w tej chwili dostępu do zasobów, z których korzystałam przy pisaniu. Spróbuję odnaleźć tę konkretną miniaturę, pewnie masz rację, że nazywano je wtedy portretami, lecz bohaterowie żyją współcześnie i chyba mogą nazywać je w ten sposób..

https://pl.wikipedia.org/wiki/Portret_mężczyzny_(miniatura_El_Greca)

 

‚różnojęzycznymi periodykami 

Czytać można w różnych językach, pytanie czego się poszukuje. 

 

Wulgaryzmy – tak, też za nimi nie przepadam. Pewnie ich za dużo i niepotrzebne. To był niejako tekst, który miał oswoić mnie z ich używaniem. 

 

Linux jako wersja dystrybucyjna wystartował w 1991 roku, wiem, trochę się potem jeszcze „kitwasiło”, a i przed tem również wiele. Na różnych uczelniach i wydziałach królował Unix – tak. Lubię środowisko open source, bardzo ciekawe, podobnie jak twórca GNU – Stallmanem, czy jądra – Linusem Torvalds. Wolałabym używać “środowiska” GNU, ale to niezrozumiałe i up date.

 

Fajnie, że językowo sprawnie i martwi mnie, że tyle błędów zobaczyłaś. Wydrukuję sobie ten tekst jutro i kolejny raz przyjrzę się jemu, poszukując błędów interpunkcyjnych. Te, które uda mi się zauważyć poprawię, lecz proszę daj mi czas do końca tygodnia, gdyż poruszam się teraz tylko z telefonem, a korygując poprzez niego porobię jeszcze więcej błędów, gdyż jedne wyeliminuję, przyczyniając się do powstania nowych, bo poprawianie na telefonie to dla mnie nieziemska mordęga (niestety okulary do czytania).

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, nie panikuj. Przeczytanie czegoś, co się człowiekowi średnio podoba albo rozczarowuje to nie koniec świata ;) Jakbym chciała czytać tylko teksty, które mi się podobają, to nie byłabym najpierw dyżurną, a następnie nie dałabym się wybrać do loży… Tu, przyznaję, skusiła mnie opinia rybaka, z którym zazwyczaj mamy dość kompatybilne gusta, a ogólnie staram się przynajmniej zaglądać do wszystkich tekstów.

 

Nie dowiedziałam się, niestety, z Twoich odpowiedzi, po co jest ten wątek z milionerami, a właściwie tego chciałabym się dowiedzieć, bo może jest w tym jakiś zamysł, który mi ucieka. Moim tekstom sporo osób zarzuca hermetyczność, bo piszę o tym, na czym się znam – więc czuję się uprawniona do zadania analogicznych pytań o realia, które dla mnie są całkowicie obce i niezrozumiałe :)

 

Wytłumaczę może natomiast bardziej dokładnie moje wcześniejsze uwagi:

 

Wszechstronność – chyba się nie rozumiemy, dla mnie Twoje sformułowanie to problem językowy, trochę masło maślane. Bo wszechstronność imho zakłada zainteresowanie różnymi dziedzinami. Taki jest skądinąd mój Tato, fizyk, po którym jednakowoż odziedziczyłam zainteresowania humanistyczne.

Nawiasem mówiąc: show, don’t tell. Czytelnik wolałby poznać wszechstronność bohatera z jego wypowiedzi, sposobu bycia itd., niż z deklaracji autorsko-narratorskiej.

 

“Doktor habilitowany na uczelni traktowany jest czasami jak profesor“ – tak, choć skądinąd nie wiem, czy w 1992 jeszcze nie było stanowiska docenta. Niemniej w opowiadaniu masz za mało miejsca na to, żeby to wyjaśniać, a czytelnik chciałby znać konkretny status bohatera. Bo z punktu widzenia fabuły to, czy on jest profesorem, czy zaledwie doktorem jest dość ważne, a nikt nie będzie roztrząsał, czy przypadkiem nie jest dr habem. Nie komplikuj życia czytelnikowi. Gdyby więcej akcji działo się na uczelni, miałabyś możliwość to wykorzystać, w obecnym kształcie wprowadza niepotrzebny zamęt.

 

dorycka kolumna i jej prostota – cóż, odniosłam wrażenie, że mamy do czynienia z nowobogackimi, a oni rzadko cenią szlachetną prostotę, więc to u kogoś, kto bardzo dokładnie wie, czym się charakteryzuje porządek dorycki wywołuje natychmiastowy dysonans. Budowane we wczesnych latach ‘90 pałaco-wille byznesmenów są przykładem koszmarnego eklektyzmu i właśnie ozdobne kapitele korynckie znacznie bardziej by mi się z tym stylem kojarzyły. Na dodatek ta wyrwana z kontekstu pojedyncza kolumna – nie opisujesz domu zbyt szczegółowo – jest trochę ni przypiął, ni przyłatał. A tej charakterystyki Krzysztofa, którą tu podałaś, nijak nie ma w opowiadaniu…

I jeszcze jedno: albo się kompletnie pogubiłam w bohaterach, albo – takie miałam wrażenie – przyjęcie jest w domu narratora czyli Jaromira, więc gusta Krzysztofa nie powinny mieć tu nic do gadania.

 

miniatura – oczywiście, miniaturowe zwłaszcza portrety, powstają już w renesansie, niemniej rozkwit ich popularności to XVIII w., a potem mieszczańska miniatura w XIX. Rozumiem, że chcesz podkreślać bardzo wysoki status finansowy swoich bohaterów (choć dalibóg nadal nie wiem, co to wnosi do opowiadania), ale to, co mi się kojarzy z określeniem “miniatura niderlandzka” to już zazwyczaj naprawdę wysokie loty aukcyjne i nie tak łatwo to kupić z dnia na dzień; stąd natychmiastowe skojarzenie z miniaturą jako sztuką popularną

 

różnojęzyczne periodyki – to była taka półżartobliwa uwaga; wychowałam się w środowisku akademickim przyrodniczo-technicznym, więc po prostu z najzwyklejszego pod słońcem doświadczenia wiem, że w tych dziedzinach ważne publikacje inne niż angielskie to margines marginesów. Taka uwaga też powinna do czegoś prowadzić, o czymś czytelnika informować – np. że bohater szukał jakichś informacji w bardzo niszowych czasopismach. Ale na to musiałabyś się skupić na Michale i jego próbach zrozumienia tego, co uruchomił jego serwer

 

wulgaryzmy – jeśli nie czujesz się z nimi komfortowo, nie wpychaj ich na siłę. Tekst nie robi się od tego edgy, bohaterowie też nie, bo tego już po prostu było za dużo. Pierwszy, kto tak napisał bohatera, napisał coś nowego. Tysięczny tylko powiela klisze, pozbawiając bohaterów pogłębionej charakterystyki

 

linux – znów: autopsja. Miałam ten przywilej, że będąc jeszcze w szkole korzystałam de facto z tego łącza, które wikipedia wymienia jako pierwsze w Polsce (CERN – IFJ, a konkretnie z jego przedłużenia do Instytutu Fizyki UJ). A potem właśnie jak Twój bohater chodziłam do taty na uczelnię, korzystać z komputerów i sieci. I tam też usłyszałam o linuxie, ale jako takim “domowym unixie”. Jeśli jesteś informatykiem czy kimś podobnym, możesz mieć inne wspomnienia, oczywiście. Ale opisujesz poniekąd sytuacje, które znam bardzo dobrze z autopsji, więc piszę jedynie, co zapamiętałam z tamtych czasów… Kawałek o Twoich preferencjach jest dla mnie niestety niezrozumiały, bo ja akurat jestem hardkorową humanistką jako jedyna w rodzinie ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@drakaino

Dziękuję za „brak panikowania”. Ok:) 

Rozumiem i pojmuję, że wszystko kłóci się ze wszystkim.

Moim zdaniem warto przekraczać swoje ograniczenia/bariery – wulgaryzmy. 

Pokazałam Michała w tłumaczeniu piosenki i składaniu „zestawu do mikrofal” – pewnie to było niewystarczające. 

Informatykiem nie jestem, choć w najprostszych aplikacjach jakoś się poruszam, jednakże to nie przez umiejętności.

Przyjęcie jest w domu Krzysztofa, ale może to nie jest jasne – wystarczająco. Sama dałam kiedyś „ciała” myląc Twoich bohaterów. 

Linux – cóż, też znam.

Drakaino, nie chcę bronić swojego opowiadania, jest takie jakie jest i mogło Ci się nie spodobać tak zupełnie, kompletnie. Może następne będzie ciut lepsze. Da Bóg i czas pozwoli, może kiedyś.

PS. Też jesteś czasami pochopna, ale proszę nie obraź się. Jestem, niestety wprost, nie umiem być dyplomatą, a kontakt online nie ułatwia.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rozumiem i pojmuję, że wszystko kłóci się ze wszystkim.

Nie, dlaczego? Masz prawo bronić swoich decyzji fabularnych, ale wciąż tego nie robisz, tylko zamykasz się w takiej defensywie. Wymyśliłaś takich a nie innych bohaterów i świat, rybaka coś w tym świecie zachwyciło, mnie nie spasowało – więc usiłuję dociec intencji autorskiej, bo może mi coś umyka. Jestem wyznawczynią tezy Panofsky’ego, że jeśli coś się podoba, to ok, ale jeśli nie – warto się zastanowić nad przyczynami, bo może coś tracimy.

Jeśli natomiast uważasz, że zarzuty są choćby w małym procencie słuszne, to warto popracować nad tekstem. Sama oczywiście też się jeżę na uwagi krytyczne, ale zazwyczaj staram się dopisać do tekstu coś, co czytelnikowi rozjaśni to, co komuś się wydało niejasne. Dla dobra tekstu.

 

Pokazałam Michała w tłumaczeniu piosenki i składaniu „zestawu do mikrofal”

Może to kwestia tego, że dla mnie to pozostaje w spektrum zainteresowań plus minus przeciętnego informatyka, którym on jest, o ile zrozumiałam… Gdyby był do tego koneserem sztuki, znawcą muzyki klasycznej albo literatury chińskiej, czy choćby pasjonatem historii starożytnej – byłoby to bardziej rzucające się w oczy ;)

 

Przyjęcie jest w domu Krzysztofa, ale może to nie jest jasne

Dlaczego w takim razie jest mowa o “naszym salonie”? To mnie nieustająco myli. Bohater/narrator przygotowuje się do przyjęcia, jest jego żona, jego salon z przekąskami itd. A Krzysztof najwyraźniej tam przychodzi: “– Pomyślałem sobie, że jak przez następny kwadrans nikt nie pofatyguje się do drzwi, to ci tą różą zatkam zamek.“ – to przecież słowa Krzysztofa stojącego pod drzwiami narratora? Chyba aż tak się to multiwersum nie plącze na tym etapie? ;)

 

warto przekraczać swoje ograniczenia/bariery – wulgaryzmy

Warto też zapytać samego siebie jako autora, czy one są w tekście potrzebne :) To jest emocjonalne pójście na skróty – czasem konieczne dla utrzymania dynamiki tekstu, ale nadużywane traci moc…

 

nie chcę bronić swojego opowiadania, jest takie jakie jest

Na portalu poprawiamy opowiadania, do tego m.in. służą komentarze, a także betalista. Dlatego musisz się przyzwyczaić, że aktywni komentatorzy będą czasem dyskutować do upadłego ;) Bo w sumie chodzi o to, żeby kolejni czytelnicy dostawali tekst jak najlepszy. Moje pierwsze opublikowane tu opowiadanie przeszło najpierw spore metamorfozy na portalu, a do druku w antologii pójdzie wersja jeszcze inna, będąca wynikiem kompromisu z redaktorem i wizją statystycznego czytelnika. Toczyłam ostre boje, redaktor też, ale uważam, że tekstowi wyszło to na dobre. Mnie zresztą też, bo kolejne teksty potrzebują coraz mniej takich modyfikacji i redakcja idzie znacznie sprawniej ;)

 

Dlatego nie zrażaj się krytyką, ale poprawiaj, redaguj, dopisuj, skreślaj. Nie warto przywiązywać się do pierwszej wersji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, jak to co mnie zachwyciło? To co zawsze;) – światy równoległe:D

Toś mi wytłumaczył… Jak piszesz, że “wysokopiórkowy”, to wypadałoby wyjść poza lakoniczne “podobało mi się” :P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kiedy, kurczę, na szczegóły to ja czasu w tym tygodniu nie mam. Projekt duży mi się rozpoczął i tylko z doskoku mogę, tak bardziej lakonicznie…

No to będę czekała na szczegóły ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Muszę zgodzić się z drakainą – interpunkcja leży.

Co do całej reszty jednak – to znaczy w sumie do ogólnego wrażenia, bo jak z argumentami, to nie wiem – zgadzam się z rybakiem – to bardzo dobre opowiadanie. Nie wiem, czy piórkowe, ale z pewnością nominowalne, więc pójdę nominować :)

Nie jestem super biegła w kawałkach science, być może dlatego próg zawieszenia niewiary mam dość niski i jeśli coś się tu przyczynowo-skutkowo nie klei, to mi to szczególnie nie przeszkadza. Natomiast to, co najbardziej mnie w tym opowiadaniu porwało, to doskonałe flow. Piszesz bardzo wyraziście, w zasadzie poszczególne sceny są aż przerysowane, ale w bardzo ciekawy sposób – nie czuję, żeby to były jaskrawo wymalowane wydmuszki, tylko fajne, mięsiste kawałki, z grubym konturem, ale doskonale go wypełniające. Biznesmani aż nazbyt biznesmańscy, homoseksualiści egzaltowani do przesady, ale tą przesadę równoważysz interesującymi detalami, gestami, dialogami, które pozostają co prawda w stereotypowej sztancy, ale jakoś paradoksalnie jednocześnie dodają bohaterom kolorytu, indywidualności. 

Przyznam, że gdy dotarłam do sceny z biznesmanami, zaliczyłam spore WTF. No bo jak to, nijak to nie pasuje do sceny wprowadzającej, bohaterowie niby ci sami, ale jakby inni, tak dobrze się zapowiadało a tu nagle autorka odwala jakiś dziwny numer… nabrałaś mnie :) Strasznie mi się to spodobało, że mnie nabrałaś, i gdy już zakumałam, o co chodzi, poczułam się zaangażowana w tekst i na poziomie śledzenia wydarzeń i na jakimś wyższym metapoziomie. Fajnie! Chociaż muszę dodać, że to moje zakumanie i zaangażowanie uratowało mi frajdę z lektury, bo sam w sobie ten fragment o kolacji w smokingach rzeczywiście jest dość nudny.

Spodobały mi się też te elementy, które odchodzą nieco od najbardziej klasycznego sposobu opowiadania historii – to, że narrator właściwie nie jest głównym bohaterem (bo według mnie jest nim Michał) czy to, że opowieść nie kończy się rozwiązaniem problemu. 

 

Popraw koniecznie interpunkcję, zwłaszcza te najbardziej kolące w oczy kwestie, typu przecinki przed wołaczami (nie ma, a powinny być). Wierze, że to zrobisz, zatem klikam i nominuję, póki portal znowu żyje ;)

Werweno, dziękuję, że wpadłaś, aby przeczytać. Dziękuję też za klik – Tobie, oraz Finkli i Rybakowi, ponieważ nie jestem pewna, czy to zrobiłam. W trudnym czasie teraz funkcjonuję, może nie równoległym, lecz prawie, w innych wymiarach.

Bardzo się ucieszyłam, kiedy przeczytałam, że Ciebie zaangażowałam, taki był zamysł z tym przerysowaniem i po to był ten excel, z postaciami i ich cechami, które próbowałam zobaczyć w innych kontekstach – co by było, gdyby. 

Nie wierzę, że odgadłaś – tak (!), drugim narratorem jest Michał, zdawało mi się, że ślady do tego zostawiłam naprawdę okruszkowe. 

Z tym gorsetem to się bawiłam i nie umiałam wykreślić, masz rację to “pławienie się” w pewnych zakresach, może nawet doświadczeń osobistych, a może to rozkręcanie się. 

Chyba słabo idzie mi poprawianie swoich tekstów – w znaczeniu, słabo znam się na interpunkcji, ale to jest tak, że czytam i nie rozumiem. Myślę, że traktuję to zbyt mechanicznie, a poza tym ciągle natykam się na wyjątki, wobec których czuję się bezradna. 

Napisałaś o przecinkach przed wołaczami – dobrze, przyjrzę się tym wołaczom – to wykrzykniki (tak rozumiem) i poprawię. Daj mi proszę tydzień. 

Werweno, dziękuję XD

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ciekawa zabawa z czasem. Lubię takie historie. Masz mój głos na Bibliotekę.

Bardzo dziękuję, @Marcinie Robercie za klik.

Ciekawe, co nas (ludzi) bardziej określa i determinuje: czas, czy przestrzeń? No i pytanie, co rozumiemy przez przestrzeń – czy miejsce na Ziemi, czy coś więcej.

Dzięki :XD

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Fajny pomysł na światy równoległe. Geje, żule, rekiny biznesu – przerysowani aż do przesady, ale akurat tu to pasuje. Może rzeczywiście trochę nie wiadomo, co ma serwer do alternatywnych linii czasowych, ale niech tam…

Coś mnie te kwanty przestrzeni zdziwiły, ale ponoć jest taka teoria. I gdybyż jeszcze ta interpunkcja była lepsza – przecinek po wykrzykniku, spacja przed pytajnikiem, brak kropki tu i ówdzie. Ech.

Czepialstwo:

– “Co ja, młokosik jestem, żeby stać na korytarzu z rękami na podołku” – to mnie wybiło z rytmu: czy narrator nosi fartuch? poza tym podołek powstaje jak się siedzi, a nie stoi?;

– “Mr Tamburine” – właściwy tytuł to “Mr Tambourine Man”;

– “pomiędzy ósmą, a kwadrans po, na stole leżały tacki” – a szesnaście po ósmej się zdematerializowały? i przecinek niepotrzebny;

– “bo jak se dmuchnął dwie sety” – hm, jako koneser i znawca ;P autorytatywnie stwierdzam, że żeby komuś “odpierdoliło” po dwóch setach musi być albo smukłą, wiotką nastolatką albo abstynentem; gościa po wyroku szacuję na tzw. “maciorę” co najmniej ;);

– “głownie” – literówka;

– “wpiałem się” – literówka.

 

Podobało mi się, ale zabrakło ostatecznego szlifu, a szkoda.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@Staruchu, dzięki, że chciało ci się przeczytać.

Szlifu nie ma, bo może nie potrafię jeszcze teraz i w ogóle. Nie wiem. 

Nie masz pojęcia, a może masz, ile razy przemierzałam swój tekst przed opublikowaniem i po. Nie widzę, przyznaję się bez bicia, oczywistych dla Was błędów. Moja wina, oczytania chyba nie, gdyż czytam, lecz może jest to gen, bądź doświadczenie. 

Serwer mógł mieć – hałas powodował we wszechświecie i ściągnąć mógł kogoś – UFO. :D 

Sieć zwiększała pamięć – krytycznie, a doświadczenia na jednorodnych polach magnetycznych też. Naturalnie to fikcja z tym kwantowaniem czaso-przestrzeni. Ani jednej, ani drugiej obecnie kwantować nie sposób, lecz jest rozziew pomiędzy dużym i małym światem, nawet nie spory (do zasypania), lecz zupełny, tak jak plus i minus. To, że wykorzystujemy niektóre kwantowe odkrycia jest bez znaczenia, ponieważ korzystamy z efektów, a drogi nie rozumiemy.

Dzięki za czepialstwo, poprawię – dajcie mi czas do niedzieli, proszę. “Na podołku” – tak się kiedyś powiadało – chyba jestem starsza, niż Staruch;). Zaczynam czuć się ruiną. Kiedy pierwszy raz widziałam Akropol, to powiedziałam mu – NIE. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, nie bądź tak krytykancka w stosunku do siebie.

Na forum zauważyłem, że jak literówki i ortografia to moje w miarę mocne strony, tak interpunkcyjnie leżę i kwiczę. Czyli każdy ma jakąś piętę :P.

Mogłaś wrzucić tekst na betalistę, albo rzucić czar (a może klątwę?) przywołania Tarniny i sporo babolków miałabyś z głowy.

A co do podołka – aż taki młody nie jestem, wiem co to podołek:). Ale chodziło mi o to – https://sjp.pwn.pl/sjp/podolek;2502528.html 

A tak w ogóle jeszcze raz – to fajny tekst jest i się nie poddawaj!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu:), właśnie o ten podołek chodziło, idealnie. Że mężczyzna, cóż. 

Interpunkcja bardzo mnie boli, może dlatego, że jej pojąć nie potrafię, choćbym nie wiem, jak długo ją rozkminiała. Może to dziwne, lecz tak jest.

Nie poddam się, chęć opisywania świata jest silniejsza, skrobanie swoich myśli daje wolność od nich, więc nie przestanę. 

A krytykancka jestem niestety zawsze, gdy chodzi o moje wytwory “luźne”, w tych “pracowych” – walczę (wygrywam i niekiedy przegrywam, lecz nie przez brak argumentów). Hm, musiałam to napisać.

Z betalistą to moim zdaniem trzeba uważać. Miałam szczęście do betujących, lecz sądzę, że ta ścieżka potrafi poprawić i zepsuć tekst. 

pzd srd, wieczorową porą :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Doklikałam w nocy bibliotekę, pora na komentarz. Pomysł na “metaczas” i poszczególne sceny – bardzo dobre. Świetne jest to przejście, gdzie najpierw omawiają problem z serwerem, potem umawiają się na oblewanie i następuje zmiana scenerii. Jednak sporo rzeczy jest mocno niejasnych, musiałam przeczytać 2 razy, żeby załapać o czym właściwie piszesz i jak poskładać historię. Mam wrażenie, że to wina zbyt wielu mylnych tropów – na początku opisujesz wysyłanie pliku i myślałam, że to ma duże znaczenie dla fabuły (w końcu pierwsza scena i to dość rozbudowana, zastanawianie się, czy się nie ‘odbije’ itd.), a nie miało żadnego. Rozmowa z technikiem też dość długa, a sprowadzająca się do tego, że technik uważa, że podłączenie serwera zaburzy metaczas, a Michał uważa to za idiotyzm i postanawia podłączyć serwer sam. Poskracanie pierwszego rozdziału i uwypuklenie tego, co jest ważne, pozwoliłoby zrozumieć mi za 1 razem :) No i dobrze byłoby dodać, co to właściwie za serwer, bo z doświadczenia wiemy, że serwerów działa całkiem sporo, a nikt przez to w metaczasie się nie gubi. Z jedno-dwa zdania wzmianki na temat jakiejś unikalnej modyfikacji tego serwera (może wspomnienie o czymś, co do niego dodał Michał?) byłoby imo wskazane. Podobało mi się, że Michał był “stałą” w tych scenach z różnych “baniek” (poza samą końcówką). Naprawdę dobre opowiadanie, wymaga tylko trochę szlifu.

Dziękuję Bello za doklikanie:). Pierwsza biblioteka – łał! Cieszę się i martwię równocześnie, ponieważ to niejako “załapanie się”, czyli może to ma jakiś sens. Nie wiem – jeszcze, a może to nigdy nie będzie wiadome.

Nie wiem, jak pisać i czy w ogóle sens ma upublicznianie. Uczę się odbioru czytelników i walczę z interpunkcją, składnią, która pozostaje dla mnie wiedzą tajemną, jakby ją jakaś czarownica warzyła w kociołku nad ogniskiem. 

Tak naprawdę, to Michał miał łączyć te scenki. Nie potrafię wyważyć, ile i o czym napisać, co odpuścić.  To jakby położyć na szalkach wagi infodumpy, mylne tropy, “flow”, a na drugiej oś. Ciężko tę oś – wziąć w dłoń i za nią podążać.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Kwestia praktyki :) Po iluśtam napisanych tekstach pewnie będziesz umiała wyważać proporcje. Zawsze też możesz poprosić kogoś o betę pod tym kierunkiem. Szkoda tylko, że nie wstawiłaś fragmentu reprezentacyjnego, bo nie ma zajawki na głównej :(

Nawet nie marzyłam, że opowiadanie znajdzie się w bibliotece NF, więc dlatego fragmentu nie ma. Matko, dziękuję za klik :DDD

Jeśli mogę coś z tym fantem teraz zrobić (znaczy zajawką) – napisz – spróbuję, a jeśli “po ptakach” to po prostu trudno:(

Poza tym, wiesz, chyba za bardzo polegam na współczesnym automatyzmie – znaczy wybiorą za mnie. Wiem już, że to “pójście na łatwiznę” i nie będzie satysfakcjonujące, lecz godzę się na to, jak na wiele innych rzeczy/spraw/kwestii. Niejako wybieram bitwy, wojny, lecz pisanie (literackie) i komentowanie to dla mnie ziemia nieznana i (niestety) tak się po niej poruszam, z wątpliwym wdziękiem krokodyla, słabo pełznącego po ziemi i będącego w swoim żywiole w wodzie, choć kłapiącego paszczą bez sensu – niekiedy. 

Zobaczymy, jak będzie dalej, ponieważ ważne jest pisanie tj. siedzenie na czterech literach, to że piszesz nie od przypadku do przypadku,  że potrafisz napisać na konkurs. Tak myślę, lecz nie wiem, czy ma to sens. Cholernie ciekawi mnie konkurs Beryla, o odzyskiwaniu twarzy (na razie za dużą interferencją jest dla mnie film i Kołakowski, lecz próbuję myśleć o tym – w międzyczasie). Retrowizje – na razie nie wiem, mega risercz, by mnie czekał, a czasu za mało.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jestem mile zaskoczony. 

"Nowego Jorku", delikatnie mówiąc, nie zrozumiałem. Natomiast lektura niektórych Twoich komentarzy czy szałtboksowych wpisów wywołała u mnie wrażenie, że nie nadążam za tokiem i szybkością Twojego myślenia i często kompletnie nie łapię o co Ci chodzi. Spodziewałem się więc czegoś mgliście chaotycznego, a tu niespodzianka. 

To całkiem fajne, klarowne opowiadanie fantastyczne, opierające się na dość zakręconym, ale klarownym pomyśle. Podoba mi się styl, bogaty, pełen skomplikowanych zdań, dygresji, (ciekawych) spostrzeżeń, ale jednocześnie zgrabny i czytelny, luźny i ze sporą dawką humoru i swady. Do tego naturalnie brzmiące dialogi… Lubię takie pisanie. Być może wkradła się tam jakaś niezręczność, może interpunkcja niedomaga (nie jestem pod tym względem specjalnie wymagający, uważam, że autor powinien mieć sporo wolności w tej kwestii) ale nie było to nic, co przeszkadzałoby mi w czytaniu.

Pierwsza scena świetna, ostatnia też niczego sobie. Środek, te trzy sceny z alternatywnych rzeczywistości nie są złe, ale zdecydowanie za długie. Fajna była ta przerysowana, nieco pastiszowa obyczajówka, ale ten sam efekt można było uzyskać dużo mniejszą objętością. Zwłaszcza ten moment z nowobogackimi – strasznie dużo czasu mija zanim orientujemy się co się dzieje i wcale nie jest to potrzebne. 

Sam katalizator fantastycznych wydarzeń może rzeczywiście nie ma jakiegoś konkretnego związku z następstwami – równie dobrze mogliby testować nowy model odkurzacza. Mimo to, nawiązanie do początków Internetu bardzo miodne.

Ogólnie – udany, fajny tekst. Podobał mi się. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No cóż @thargone :), chyba czasami powinnam milczeć, zamiast mielić ozorem na prawo i lewo. 

Bardzo dziękuję Ci za komentarz, bowiem w pisaniu jestem bardzo niepewna i kiedy piszesz, że fajne, że się czytało to fruwam, aczkolwiek wiem, że jaskółka wiosny nie czyni, bo pisanie polega na pisaniu. Sama jestem ciekawa, jak będzie i czy będzie. 

Z tą niezrozumiałością – dochodzi do tego Internet i skłonność do zawierzania autorytetom versus krytycyzm (nauczyłam się wiele rzeczy poddawać w wątpliwość), no i ta impulsywność może sprawiać kłopot innym, lecz mi nie mniejszy :D

Nowy Jork był chyba za dużym skrótem. Muszę to przemyśleć.

W “Niesławnych początkach sieci życia…” – bawiłam się tymi scenami i niejako, samo się pisało, a to czasami zgubne i dopiero czytelnik może wskazać – za długie, przesadzasz, niepotrzebne. Ja tego nie jestem w stanie ocenić.

Sam początek Internetu to była fantastyczna sprawa, masz rację. Ten zachwyt, nadzieje, wszystko znalazło się w zasięgu ręki i możliwości.

A tak w ogóle, to cieszę się:), że ten tekst znalazł się bibliotece, a z kolei, ten niezrozumiały, o Nowym Jorku został wyróżniony w konkursie Wilka – znalazł się warunkowo, ale spróbuję poprawić, choć nie wiem jeszcze jak. To niesamowite, że się zdarzyło.

Hi, nie uwierzysz, lecz w życiu jestem odbierana za zbyt logiczną i racjonalną, a w pisaniu masz ci los, akurat ta przydatna cecha dematerializuje się:)

Pozdrawiam:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jeśli go nie dostaną, to znaczy, że nawaliłem, jeśli nawaliłem[+,] to nie będzie nowych zleceń, a jak nie będzie nowych zleceń[+,] to czeka mnie katastrofa finansowa.

Ale nie przejmuj się, za jakieś pół godziny[-,] sprawdzę, czy się nie odbiło i w razie czego wyślę jeszcze raz. 

– To tłumaczenie… ono musi tam dzisiaj być, bo[+,] rozumiesz[+,] będę "kaput".

Pogadacie parę minut, zadam studentom i za kwadrans sprawdzimy, czy się nie cofnęło.

Tutaj mi czegoś zabrakło. Zadam coś studentom?

Podniesione głosy sprawiły, że się zawahałem się.

Coś za dużo się.

Czułem się niezręcznie, gdy ktoś kogoś rugał w mojej obecności, a zresztą Michał był tu w pracy, a ja grzecznościowo korzystałem z dostępu do internetu.

Wyrzuciłabym pierwsze a.

Co ja, młokosik jestem, żeby stać na korytarzu z rękami na podołku!

Widzę to bardziej jako pytanie.

– A, czołem, czołem[+,] Malutki!

– Panie doktorze, ja panu powiem tylko tyle, bo nie wiadomo[+,] co się stanie, jak w sieci zacznie chodzić tyle serwerów i terminali, ot co!

Powiem tylko tyle, że…

Co się, cholera jasna[+,] ma stać?

To jest dość długi tekst, więc dalej już tylko będę czytać, ale ogólnie zwróć uwagę na przecinki.

Ja sobie internetem ślę do klienta przetłumaczone, wielostronicowe broszury o proszku do prania, a ten nie może wejść w zasoby, chociaż on to kwiat nauki i zawsze powinien móc wejść.

A to jest dziwne zdanie. 

Michał patrzył na mnie i kręcił głową, co miało oznaczać: " No widzisz, z kim ja tu kurde… " albo "Coś podobnego", albo "Nie uwierzyłbyś, gdybyś sam nie usłyszał".

Niepotrzebne spacje i duże litery.

– Kochanie, czy byłabyś uprzejma zaciągnąć mi gorset z tylu? – krzyknąłem w kierunku drugiej łazienki, w której Lala doprowadzała do ładu włosy.

– Za chwileczkę[+,] kochanie.

– Sam sobie zaciągnę. – Przygładziłem włosy na skroniach.

Wystarczyłoby, żeby Lala poprawiała makijaż albo cokolwiek innego, żeby wyeliminować powtórzenie. I raczej spodziewałabym się: czy mogłabyś zaciągnąć… Trochę trudno zaciągnąć sobie gorset na plecach.

I zwróć uwagę na podtytuł: akcja nie dzieje się około dwudziestej, w pierwszym zdaniu piszesz, że jest już po (między dwudziestą a kwadrans po).

Smoking, brylantowe spinki i rezydencja u faceta, który korzysta z internetu na uczelni i coś tłumaczy. Hmmm… To już jest ten świat równoległy?

Za drzwiami stał Michał, choć potrzebowałem chwili, aby go rozpoznać. Z brodą i tłustymi włosami związanymi w kucyk wyglądał niechlujnie. 

Aż tak się zmienił przez siedem godzin?

Przystaneli my na chwile. Krzych wyjoł gitany. Duma mnie zdjęła, że wzioł paczke z przemytu.

Rozumiem, że bohater może mówić w taki sposób. Ale dlaczego tak pisze?

 

Co mam powiedzieć?

Podoba mi się pomysł, tylko czytanie nie sprawiło mi przyjemności, bo mnie cały czas coś zatrzymywało. No nic.

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, dziękuję za przeczytanie:D. I taki, taki długi komentarz. Z czytaniem dla przyjemnośći spróbuję się poprawić, a z podobania pomysłu się cieszę. Większość „oszybek” oczywistych poprawiłam, a z jedną, interpunkcyjną podyskutuję – zapytaniami.

Oj, martwi mnie ta interpunkcja, ale ćwiczenie czyni cuda, może. Interpunkcyjne przejrzałam półtorej  sceny, jutro może uda się dalej.

– To tłumaczenie… ono musi tam dzisiaj być, bo[+,] rozumiesz[+,] będę "kaput".

https://www.ekorekta24.pl/przecinek-przed-choc-ktory-bo-kiedy-go-nie-stawiac

Zostawiłam bez przecinka po „bo”

Pogadacie parę minut, zadam studentom i za kwadrans sprawdzimy, czy się nie cofnęło.

Tutaj mi czegoś zabrakło. Zadam coś studentom?

Zadania – zadam, myślałam, że się skojarzy z wcześniejszym zdaniem.

Co ja, młokosik jestem, żeby stać na korytarzu z rękami na podołku!

Widzę to bardziej jako pytanie.

Miałam na myśli zirytowanie się  na samego siebie, stąd wykrzyknik.

– A, czołem, czołem[+,] Malutki!

Tu nie jestem pewna konieczności postawienia drugiego przecinka, przecież mówimy, piszemy w listach Cześć Kasiu!

Ja sobie internetem ślę do klienta przetłumaczone, wielostronicowe broszury o proszku do prania, a ten nie może wejść w zasoby, chociaż on to kwiat nauki i zawsze powinien móc wejść.

A to jest dziwne zdanie.

Dziwne – tak, tak się wyraża Jaromir, będąc w pomieszaniu i lekkim wstydzie.

Wystarczyłoby, żeby Lala poprawiała makijaż albo cokolwiek innego, żeby wyeliminować powtórzenie. I raczej spodziewałabym się: czy mogłabyś zaciągnąć… Trochę trudno zaciągnąć sobie gorset na plecach.

I zwróć uwagę na podtytuł: akcja nie dzieje się około dwudziestej, w pierwszym zdaniu piszesz, że jest już po (między dwudziestą a kwadrans po).

Smoking, brylantowe spinki i rezydencja u faceta, który korzysta z internetu na uczelni i coś tłumaczy. Hmmm… To już jest ten świat równoległy?

Tak, już jest równoległy:) Jeszcze boję się trudnych konstrukcji fabularnych i zdecydowałam się na budowę cepa, czyli scena jest przejściem.

Włosy Lali – włosy Jaromira. Chodziło mi o skojarzenie, czyli powód skierowania uwagi Jaromira na włosy, gdyż był zajęty czymś innym – zaciąganiem gorsetu. .Wyobraził sobie Lalę (pindrzącą się przed lustrem z np. lokówką, suszarką itd) i zaczął się kręcić ciąg skojarzeń dotyczący włosów, ktore oprócz tuszy  spędzały mu sen z powiek.

Cholernie trudno zaciągnąć sobie samemu gorset z tylu – właśnie dlatego była mu niezbędnie potrzebna Lala, a ta niewdzięcznica – nie chciała. 

Odnośnie przebierania – koleżeństwo popisywało się przed sobą nawzajem :).

Przystaneli my na chwile. Krzych wyjoł gitany. Duma mnie zdjęła, że wzioł paczke z przemytu.

Rozumiem, że bohater może mówić w taki sposób. Ale dlaczego tak pisze?

To zamierzone, każda scena miała być napisana na tyle, na ile udałoby się odmiennym językiem, też w wersji narracyjnej. Może to błąd Anet? Nie wiem. Próbuję różnych rzeczy, a właściwie, jeśli widzę niemożność słowną , to próbuję się z nią zmierzyć.

Dumam nad tym, aby zachęcić się do wymyślania fabuł – tak po inżyniersku. Spróbuję.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

– To tłumaczenie… ono musi tam dzisiaj być, bo[+,] rozumiesz[+,] będę "kaput".

https://www.ekorekta24.pl/przecinek-przed-choc-ktory-bo-kiedy-go-nie-stawiac

Zostawiłam bez przecinka po „bo”

Dzięki za link, potraktowałam “rozumiesz” jako wtrącenie i nie przyszło mi do głowy, że są inne zasady, gdy dwa przecinki są zbyt blisko siebie. Dobrze, że chociaż można użyć –. Przepraszam, nie chciałam Cię wprowadzić w błąd.

– A, czołem, czołem[+,] Malutki!

Tu nie jestem pewna konieczności postawienia drugiego przecinka, przecież mówimy, piszemy w listach Cześć Kasiu!

A powinniśmy pisać: cześć, Kasiu! Albo: Kasiu, dziękuję za list. 

Przystaneli my na chwile. Krzych wyjoł gitany. Duma mnie zdjęła, że wzioł paczke z przemytu.

Rozumiem, że bohater może mówić w taki sposób. Ale dlaczego tak pisze?

To zamierzone, każda scena miała być napisana na tyle, na ile udałoby się odmiennym językiem, też w wersji narracyjnej. Może to błąd Anet? Nie wiem. Próbuję różnych rzeczy, a właściwie, jeśli widzę niemożność słowną , to próbuję się z nią zmierzyć.

Nie wiem, czy to błąd, mnie się rzuciło w oczy i zatrzymało. To jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że tekst sam płynie albo nie i ostatecznie ma bardzo duże znaczenie (dla mnie) w ocenie, czy mi się podobało. Może dlatego się “przyczepiłam”. W sumie on to opisuje/opowiada, czyli = może to robić swoimi słowami.

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki Anet, 

poprawiam „cześć” – w takim razie:), a nad zatrzymaniami spróbuję  popracować w następnym tekście. Dziękuję Ci, że piszesz o tym wprost. 

Reszty tekstu, pod kątem interpunkcji, jeszcze nie zdążyłam przejrzeć, ale to zrobię i mam nadzieję, że uda się to do końca tygodnia..

pzd srd.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy kolejno opisywane różne sytuacje z tymi samymi, ale coraz to innymi bohaterami miały pokazać, że wszyscy się przemieszczali, nie tylko Michał?

Niewiele pojęłam z wywodu Michała przed ostatnim transferem, ale rozumiem, że to fantastyka i nawet nie będę się starała zrozumieć, co tam się naprawdę działo.

Nie mogę powiedzieć, że opowiadanie czytało się dobrze, bo liczne błędy i usterki sprawiły, że to nie była satysfakcjonująca lektura. Szkoda też, że błędy wskazane przez wcześniej komentujących, nadal nie są poprawione. :(

 

Co ja, mło­ko­sik je­stem, żeby stać na ko­ry­ta­rzu z rę­ka­mi na po­doł­ku! –> Nie wydaje mi się, aby bohater mógł stać z rękami na podołku.

Za SJP PWN: podołek daw. «wgłębienie tworzące się z przodu w spódnicy, w sukni lub w fartuchu przy uniesieniu ich brzegów lub przy siadaniu»

 

to ja bym się prze­rzu­cił na… na… , no nie wiem… –> Po wielokropku nie stawia się przecinka!

 

– Przy­znam, że nie do końca zro­zu­mia­łem jego ar­gu­men­ta­cję więc…. –> Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

A gra­ni­cą błę­kit nieba jest bez­kre­sny." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– Czy masz na myśli uczcze­nie przez…hm… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Czer­wo­ne otwo­rzy­łem pół go­dzi­ny wcze­śniej, aby garb­ni­ki się ulot­ni­ły i nie po­psu­ły do szczę­tu smaku… –> Byłam przekonana, że wino należy otworzyć wcześniej, aby się „dotleniło”, natomiast nie wiem, w jaki sposób i po co miałyby w ten sposób ulotnić się garbniki.

 

Przy­ja­cie­le będą po obie­dzie i nie będą mieli ocho­ty… –> Powtórzenie.

 

Dzwo­nek do drzwi prze­rwał moje roz­my­śla­nia i de­li­be­ra­cje. –> Rozmyślaniadeliberacje to synonimy.

 

nie po­chwa­lał Doxy Krzysz­to­fa… –> …nie po­chwa­lał doxy Krzysz­to­fa

Nazwy wyrobów przemysłowych zapisujemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

a grube po­de­szwy jego wią­za­nych do ko­stek butów… –> Czy dobrze rozumiem, że Michał miał buty przywiązane do kostek?

 

i są­cząc ulu­bio­ny li­kier Ba­ileys z ko­stecz­ką lodu… –> …i są­cząc ulu­bio­ny li­kier ba­ileys z ko­stecz­ką lodu

Nazwy trunków też zapisujemy mała literą.

 

jeden na jego Ba­ileys, drugi dla mnie, na wy­traw­ne Mar­ti­ni ze skór­ką cy­try­ny… –> …jeden na jego ba­ileys, drugi dla mnie, na wy­traw­ne mar­ti­ni ze skór­ką cy­try­ny

 

Wolno od­wią­zy­wa­łem wstą­żecz­kę, po­pa­tru­jąc od czasu do czasu na Krzy­sia, który wolno wy­su­wał… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– "Bo­skie!, Tę­sk­ni­łem za tym… –> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Tak wiele miejsc od­wie­dzasz!- Czu­łem, że… –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

cho­ciaż chcia­łem Mar­ti­ni… –> …cho­ciaż chcia­łem mar­ti­ni

 

Ale … może dzi­siaj z nim le­piej nie dys­ku­tuj. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

w ma­ga­zy­nach UOPu… –> …w ma­ga­zy­nach UOP-u

 

”Mały, jak­byś prze­cho­dził koło tego skle­pu z kawą…, –> Zbędny przecinek po wielokropku.

 

“Mały, jak­byś po­pa­trzył na moje świe­ce we Fie­ście… ". –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

pora może wy­da­wać się dziw­na … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Mała lamp­ka na biur­ku da­wa­ła skąpe świa­tło. –> Masło maślane. Lampka jest mała z definicji.

 

Czter­dzie­ści czte­ry, dobre, co ? –> Zbędna spacja przed pytajnikiem.

 

"Wi­dzia­łeś-kre­ty­na-chy­ba-go-huk­nę." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

skoro czasu do trans­fe­ru było tak mało … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

"Do trans­fe­ru. Dobre." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Katem oka uj­rza­łem minę Krzysz­to­fa. –> Literówka.

 

dzię­ki kwan­to­wej na­tu­rze kon­ti­nu­um cza­so­wo– prze­strzen­ne­go… –> dzię­ki kwan­to­wej na­tu­rze kon­ti­nu­um cza­so­wo-prze­strzen­ne­go

W tego rodzaju połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

Po­ko­je two­ich współ­cze­snych wszyst­kich ludzi ży­ją­cych w danej mi­kro­chwi­li… –> Po­ko­je tobie współ­cze­snych ludzi, ży­ją­cych w danej mi­kro­chwi­li

 

nie mo­żesz cof­nąć się do pokoi swo­je­go dzie­ciń­stwa, czy przed twoje na­ro­dze­nie, po­dob­nie jak poza twoją śmierć. –> …czy przed swoje na­ro­dze­nie, po­dob­nie jak poza swoją śmierć.

 

Obi­jasz się po tych świa­tach i…, i… –> Zbędny przecinek po wielokropku.

 

Jedno oko oto­czo­ne było siną ob­wód­ką, –> Zdanie winna kończyć kropka, nie przecinek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, poprawione tak, jak umiałam :) (wreszcie!), w tym – wszystkie wskazane, lecz z poniższymi wyjątkami, odnośnie których nie mam jasności:

1/ Spacje po wielokropku. Z tym wielokropkiem, a raczej spacją po (z przed, nie mam, gdyż reguła jednoznaczna – zero spacji) mam duży problem. 

Finkla napisała mi, aby je stawiać – toteż zastosowałam tę wskazówkę do całego tekstu. 

‘ale jak pan chce…Mogę usiąść! 

Stawiaj spację po wielokropku

Tymczasem sprawa wydaje się złożona, delikatna, ponieważ pewnie czasem się ją stawia, a czasem nie, czyli podeszłam do sprawy zanadto mechanicznie, topornie, gdyż jak piszesz:

“Mały, jak­byś po­pa­trzył na moje świe­ce we Fie­ście… ". –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Zatem, konsekwentnie zlikwidowałam wszystkie spacje po wielokropku, no i obawiam się, że też będzie niedobrze, gdyż istnieje jakaś inna reguła. Będę się kierowała Twoim zdaniem i Tarniny! a w pozostałych przypadkach poszukam pewności w źródłach, ponieważ nie jedyny to przypadek, że zmieniam dwukrotnie. Podobna sytuacja była na przykład z kropką wewnątrz cudzysłowu.

Z tego zresztą względu, uważam obszar – nazwę go ogólnie, pewnie  niepoprawnie – interpunkcji i składni – jako wiedzę zaiste czarodziejską, mikstury zmieniają się pod wpływem nanoskładnika lub podgrzania.

 

2/ Cudnie, że to „wyłapałaś”. 

‘Czerwone otworzyłem pół godziny wcześniej, aby garbniki się ulotniły i nie popsuły do szczętu smaku… –> Byłam przekonana, że wino należy otworzyć wcześniej, aby się „dotleniło”, natomiast nie wiem, w jaki sposób i po co miałyby w ten sposób ulotnić się garbniki.

Jest tak, jak napisałaś. Jaromir jest skąpcem, równie okrutnym jak Krzysztof (to ich łączy). Jaromir oszczędza na winie, a Krzysztof na taksówkach. Dlatego Jaromir docina Krzysztofowi – przyganiał kocił garnkowi.

 

3/ Rozmyślania i deliberacje to niezupełnie to samo. W drugim słowie tkwią zalążki hamletyzowania ;)

 

3/ Podołek - nieszczęśliwe porównanie, niestety. Zmieniłam.

‘Co ja, młokosik jestem, żeby stać na korytarzu z rękami na podołku–> Nie wydaje mi się, aby bohater mógł stać z rękami na podołku.

Stać to nie mógł w żadnym razie, bo pozycja siedząca być musi, lecz wyobraziłam sobie młodziutka panienkę (zawstydzaną, stropioną) z buzią w ciup i zastosowałam to do niego tj. jego niezadowolenia z samego siebie..

 

Dozgonną wdzięczność masz za:

1/ Rozstrzygnięcie kwestii nazwy wyrobów przemysłowych i marek (mała litera, czy duża). Zawsze miałam wątpliwość, a odpowiedź na pytanie – w jakim znaczeniu używamy – bywała niejednoznaczna.

2/ Za zamianę „twoje’ na „tobie” (tak, tak J) – „pokoje tobiewspółczesnych

 

Odnośnie fantastyki i prawdopodobieństwa jej zaistnienia w takiej formie to czysta fantazja, misz-masz, wariactwo nieprawdopodobne. Zestawiłam trzy „pojęcia”: splątanie, czyli oddziaływanie na  układ, czyli jeśli załóżmy mamy dwa splątane elektrony to oddziaływanie na jeden z nich zmienia właściwości drugiego (tak w skrócie), przy czym zakładamy, że nie ma komunikacji (żadnej) pomiędzy nimi. Drugie to lokalność – nie przenosi się to na cały świat/wszchświat, a trzecie pojęcie to (znowu tragiczne i nieuprawnione uproszczenie) zmiana poziomów, szczebli drabinki przez elektrony (cząstki) związane z ich stanem energetycznym. Wszystko to bzdura razem, acz nie same pojęcia/koncepty, bo w równaniach je widać, lecz słowami opisać nie sposób.

Zapytasz dlaczego? Człowiek jest makro, mechanika kwantowa dotyczy świata nano, nano, nano. Człowiek wyewoluował w bardzo wąskim przedziale warunków i do tego jest przystosowany – postrzeganie i aparat pojęciowy. Dopiero początek dwudziestego wieku (zaczęło się w końcówce dziewiętnastego) umożliwił zbudowanie narzędzi pomiarowych, które pozwalają uchwycić niektóre efekty, konsekwencje mechaniki kwantowej. Jest jeszcze czwarta rzecz – mechanika kwantowa znosi determinizm. Rewolucyjne i rewelacyjne byłoby zobaczyć świat, materię z tamtej perspektywy. 

Ps. No i zdecydowanie szaleńczo potraktowałam czas, z tą jego budową kwantową. Nic o nim nie wiadomo, niestetysad

 

Drakaino, zmieniłam miniaturę na osiemnastowieczną, bo jeśli ma budzić wątpliwości, tak będzie lepiej :). Szkoda, że bohaterowie zdali Ci się niesympatyczni, czy to przez przekleństwa?

Staruchu, do dwóch setek dodałam „wkładkę”, gdyż któż może wiedzieć, co w niej było. Tak najłatwiej wybrnąćJ

 

Finklo, Rybaku, jeden komputer być nie może, musi wpięty w sieć – większa moc, lecz – i tu masz/macie rację, komputery musiałyby być eksperymentalne, no chyba żeby sygnał sieci został przetworzony (przypadkiem) przez Obcych lub niewiedzę (przypadek) ludzi – co robią i jakie są tego konsekwencje. Na to stawiałam – badanie, doświadczenie, ciekawość Obcych lub Ludzi.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z wielokropkiem nie jest tak prosto, żeby dało się wszystko wyjaśnić jednym zdaniem. Nie może być tak, że mamy słowo, bezpośrednio po nim wielokropek i bez spacji następne słowo “Wiesz…Tak się nie pisze” Ale jeśli po wielokropku stawiamy cudzysłów (albo pytajnik itp.), to spacja już niepotrzebna. A ona wtedy powiedziała: “No, wiesz…”.

Za to jeśli zdanie jest rozbite na dwie części…

…to jeszcze inna sprawa.

Nie ma lekko! ;-)

Babska logika rządzi!

Asylum, dziękuję za wyjaśnienia i próbę przybliżenia fantastycznych wizji opisanych przypadków. I cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

 

Spa­cje po wie­lo­krop­ku. Z tym wie­lo­krop­kiem, a ra­czej spa­cją po (z przed, nie mam, gdyż re­gu­ła jed­no­znacz­na – zero spa­cji) mam duży pro­blem. 

Mam nadzieję, że ten link pozwoli Ci pojąć wielokropkowe zawiłości: https://sjp.pwn.pl/zasady/Wielokropek;629814.html

 

Roz­my­śla­nia i de­li­be­ra­cje to nie­zu­peł­nie to samo. W dru­gim sło­wie tkwią za­ląż­ki ham­le­ty­zo­wa­nia ;)

SJP PWN tak definiuje te słowa (podkreślenia moje):

rozmyślać «rozważać coś w myśli»

deliberacja «rozważanie czegoś lub naradzanie się nad czymś»

Twój bohater rozmyśla w samotności, więc jedynie rozważa coś i z nikim się nie naradza, więc chyba jednak nie deliberuje. Ale cóż, to Twoje opowiadanie, Asylum, i to Ty decydujesz jakimi słowami będzie napisane.

 

Stać to nie mógł w żad­nym razie, bo po­zy­cja sie­dzą­ca być musi, lecz wy­obra­zi­łam sobie mło­dziut­ka pa­nien­kę (za­wsty­dza­ną, stro­pio­ną) z buzią w ciup i za­sto­so­wa­łam to do niego tj. jego nie­za­do­wo­le­nia z sa­me­go sie­bie..

Z tym wyobrażeniem to też nie do końca jest tak jak napisałaś, bo pewnie miałaś na myśli frazeologizm: Buzia w ciup i rączki w małdrzyk.

A małdrzyk to serek. Zaś złożyć rączki w małdrzyk, znaczy tyle, co złożyć dłonie na krzyż wewnętrznymi ich powierzchniami do siebie

I nie, panna siedząca z buzią w ciup i rączkami złożonymi w małdrzyk, nie jest zawstydzona i stropiona, ta poza charakteryzuję panienkę grzeczną i dobrze wychowaną, obrazuje jej przyzwoitość i skromność.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OMG! :( 

Wobec tego, źle poprawione, gdyż  zlikwidowałam wszystkie spacje i przed, i po wielokropku. Bezlitośnie i gdyby jakaś się ostała, to tylko przez przypadek i małaą czcionkę w trakcie poprawiania. 

No dobrze, w takim razie jeszcze raz tekst przejdę, poprawiając przynajmniej wspomniane przez Ciebie dwa przypadki. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Reg, z podołkiem  – 100 % racji. Zapamiętam go :). A małdrzyk – superfajny, idzie do kolekcji “Do zapamiętania"

Z  deliberacją troszkę bym się spierała, ale i tak już wcześniej wywaliłam.  Po co powielać, masz rację. 

Z wielokropkami popłynęłam, poprawię pewnie jutro wieczorem, kiedy dorwę się do komputra, a tymczasem o nich poczytam. 

Dziękuję  i pozdrawiam serdecznie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

To za jakiś czas wpadnę tu raz jeszcze i rzucę obojgiem oczu na zdania z wielokropkami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zapraszam kiedy, poprawię. Ciekawy link, a zwłaszcza przykłady :) Chyba w jednym przypadku jest niekonsekwencja, ale muszę doczytać do końca i mam kogo zapytać.

 

Edit: poprawione wielokropki.

Przypadki zbiegu znaków – interesujące.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka