- Opowiadanie: GaPa - Esej post-fascynacyjny, czyli studium przypadku

Esej post-fascynacyjny, czyli studium przypadku

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Esej post-fascynacyjny, czyli studium przypadku

Skąd! Nie spogląda NP z wysoka, niczym srogi władca doglądający pomyślności swego ludu. Nie ciąży, nie przeraża swym majestatem, nieomylnością, wręcz przeciwnie – wypełniają go wątpliwości, pytania. Jest niczym podmuch wiatru, który na nowo rozżarza dogasające ognisko. Lepszym chyba przykładem byłaby tkanina, jednym rogiem zanurzona w cieczy, która z czasem cała nasiąka wilgocią. Nie czuliśmy nawet, że brakuje nam czegoś, aż on, swą chorobliwie szczerą dociekliwością, tchnął w naszą rasę nowe życie – tytaniczną pracą wyrzucił z kolein dobrobytu, w które wpadliśmy.

Bez wątpienia szalony, pragmatyczny mistrz forteli, nie do powstrzymania. Raz po raz spotykała go porażka, a jednak otrzepywał się i szedł dalej, próbując rozwikłać wektory sił, działające w danej społeczności. To w nim było najbardziej poruszające – gdy natykał się na zło, nie oceniał i skazywał – „jesteś potworem, gnębisz swoje plemię i zasługujesz na karę”, tylko wciąż zadawał pytania. Dlaczego? Jaki splot wydarzeń ulepił tego satrapę i wyniósł na piedestał władzy? Czemu zwykła istota zadaje innej niewyobrażalne cierpienia? Z równym przejęciem wypatrywał przejawów całego spektrum zachowań, jakich może dostarczyć świat. Skąd nieruchoma twarz X? Dlaczego Y śmieje się niepowstrzymanie, niczego nie posiadając i bez szans na poprawę losu, a Z w tym czasie z tępo wbitym w posadzkę wzrokiem pogardliwie przewija dni, u kresu wypatrując nagrody?

Bez końca wracał myślami do odbytych podróży: „teraz inaczej bym ocenił…” , „wciąż mnie to gnębi”, „ileż bym dał za…”. W swych wspomnieniach drze co chwilę materię rzeczywistości, starając się na nowo rozwiązać skomplikowany wzór, pod dyktando którego funkcjonuje zbiorowość, zaludniająca dawno napotkany pejzaż wspomnień. Tak wielkiego formatu to postać, że odbieramy go jak coś oczywistego, jakby towarzyszył nam od zarań, niczym strumień fotonów z głębin przestrzeni.

Zdumiewające, że chociaż roztrząsamy jego wojaże, nie mający końca zestaw kropek na mapie, nie znalazłem nigdzie głosu, wołającego w jego stylu „ale czemu”? Czemu ten nie wyróżniający się niczym młodzieniec wybrał taką drogę? Przecież nie było tak, że od urodzenia towarzyszyły mu cudowne znaki, objawiające jego nadzwyczajną naturę. Wszelkie dostępne nam fakty świadczą, że dryfował przez młodość nieukierunkowany, niesiony zwykłym nurtem zdarzeń. Co więc spowodowało, że nagle wstał i już nie spoczął, wyczekując, co znajdzie za zakrętem?

No więc jak to się zaczęło? NP wyrzekłby: „Powiadają, że…”. Każdy chyba uśmiechnął się na te słowa, które przywarły do niego nierozerwalnie. Zaraz popłynęłaby niesamowita opowieść, ciekawa, pełna intrygujących szczegółów, wydarzeń okrutnych, bohaterskich. W niepojęty sposób przywołująca do życia odległe miejsca, skrzące się namiętnościami i okraszone zwykłym znojem dnia codziennego. Przybliżająca nam zdawałoby się zupełnie nieprzystające do nas rasy, odziane w skomplikowane gorsety cywilizacyjne, utkane ich historią.

Raz jeszcze więc zawołam, jak to się zaczęło? Co pchnęło NP w drogę? Dysponujemy wszelkimi danymi z jego młodości. Szkolne oceny, dane medyczne, waga, wzrost, kolor oczu, kod DNA. Gdzie szukać klucza? Nosił w sobie przez cały czas ową moc, czekającą na uwalniające zaklęcie? Ktoś go zainspirował? Było to jedno wydarzenie, czy cały ich szereg? Wybuchające wulkany, walące w planety asteroidy? Katastrofy kosmicznych rozmiarów, dające początki religijnym mitom?

Postąpiłem w sposób oczywisty – zbudowałem algorytm, za pomocą którego szukałem wspomnień sprzed Pierwszej Wyprawy, do których z ponadstatystyczną częstotliwością powracał, uznając, że to ziarnko, prapoczątek jego odysei, nawet nieuświadomione, musiało na nim wypalić swoje piętno. I moim zdaniem znalazłem.

Czym był katalizator? Jakież to zdarzenie wychynęło z obojętnej paszczy komputerowej analizy?

„A było to tak…”

Podczas letnich praktyk NP (nie zabiegał o ten przydział, nie był też mu przeciwny) muzykował w niewielkim zespole, uprzyjemniającym spożywanie pokarmu w dość dużej, ekskluzywnej restauracji, zlokalizowanej na peryferiach prestiżowej dzielnicy przemysłowej aglomeracji S. (nieprawidłowy link). Były to dość odległe rejony, jednak nie przekraczało to normy odległości, jaką mógł przemierzyć pobierający nauki młody osobnik. Oczywiście nie miał problemu z angażem (jak sam powiedział, mrużąc zabawnie oko, „przewaga technologiczna”), z przyczyn oczywistych zajmując niewyeksponowane stanowisko operatora „gitary akompaniującej” (nieprawidłowy link). Tamże, na saksofonie (nieprawidłowy link) grał miejscowy muzyk, D. Nie był on wirtuozem, obaj kreślili tło dla popisów solistów.

„To był zwykły, leniwy, przypadający na porę letnią dzień” – wspomina NP – „klientów było niewielu, dopiero minęło południe, robiliśmy swoje. Utwory przechodziły płynnie w inne, w zasadzie dopiero się rozkręcaliśmy. Rutyna”. Właśnie wtedy, ani chwilę wcześniej, ani też moment za późno, nieoczekiwanie D. rozpoczął partię solową. Miał przed sobą pulpit z nutami, jednak wzrokiem błądził „on jeden wie gdzie". Z jego instrumentu płynęła improwizowana melodia, wznosząc się, opadając, niekiedy łącząc z głównym tematem, czasem zupełnie odmienna, ani na chwilę jednak nie psując szyku innym muzykom, gdyż „wszyscy poddaliśmy się jego woli, tracąc zupełnie poczucie przemijania. Nie wiem ile to trwało” – dodaje gdzie indziej NP „Jakby rzucił na nas urok, cząsteczki kurzy zawisły w smugach światła i czas zamarł” – wspomina w kolejnym wywiadzie. „Ten jeden, jedyny raz” – podkreśla. Kiedy w końcu („spektakularnie”) D. zakończył popis, zapadła cisza, a potem ktoś nabił rytm i zaczęli grać następny utwór. „Nikt, literalnie nikt” nie zapytał D. o ten występ, początkowo wydawał się, że i NP żadnej miary do tego wydarzenia nie przyłożył. Jednak…

Praktyki się kończą, NP ma teraz przemieścić się na (nieprawidłowy link). Nie jest to długa podróż, zaledwie czterdzieści lat świetlnych. Głównie tkwi w komorze hibernacyjnej, ale pod koniec podróży nieoczekiwanie dołącza do załogi Mortani. Rozpoczyna się Pierwsza Podróż.

Tak jest to ujęte w Encyklopedii Galaktycznej: „Nie ukończywszy Etapu Nauki przekonuje szefa zespołu badawczego statku Mortani, by przyjęto go na pokład (…)”. Ani słowa wyjaśnienia. Po prostu suchy fakt. Dlaczego nie kończy nauk? Po co pragnie znaleźć się na pokładzie statku badawczego? Z naszej perspektywy wydaje się to oczywiste, przecież NP to Najważniejszy Podróżnik, ikona impulsu, który doprowadził do Wielkiej Przemiany. Nagle znów zapragnęliśmy wszędzie dotrzeć, zadawać pytania i szukać odpowiedzi, ale przecież wtedy, z ówczesnej perspektywy, tak nie było.

Dalsza eksploracja Kosmosu stanowiła nieciekawy, pełny skostniałego marazmu odprysk naszej aktywności. Dla młodzieńca było to zajęcie odpychające, nic co miałoby konotacje ze slangowym słowem „fajne”. Wręcz przeciwnie, było to niewdzięczne, niedoceniane zajęcie dla garstki znudzonych egzystencją osobników. Teraz wszędzie pchają się wesołe gromady pełnej życia młodzieży, dla żartu strasząc lokalnych mieszkańców spodkokształtnymi pojazdami, z których wyskakują szarawe, zniekształcone postacie (czego NP i nie pochwalał, i jednocześnie akceptował, jako afirmację życia). Podówczas jednak dryfowaliśmy poprzez czas, jedynie z przyzwyczajenia, zadawnioną inercją, fundując uczniom praktyki na obcych planetach.

Więc raz jeszcze powtarzam, matematyczna egzegeza wszelkich dostępnych danych prowadzi do tego jednego wydarzenia. Na obrzeżach naszej rodzimej Galaktyki, na trzeciej planecie krążącej wokół żółtego karła ciągu głównego (nieprawidłowy link), pewnego letniego dnia dochodzi do niewielkiej perturbacji w zachowaniu jednej z paru miliardów zamieszkujących ją prymitywnych istot, zresztą tak do nas zbliżonych wyglądem. Poprzez sito danych przesącza się wyraźnie to jedno, wydawałoby się nieistotne zaburzenie rutyny codzienności, którego świadkiem była grupka miejscowych i jeden student z naszego świata.

Poszukajcie, te informacje są, rozproszone w oceanie opowieści, powiązanych z NP. Zawsze okraszone jednym z arsenału typowych dlań pytań. Co sprokurowało to nagłe ujawnienie talentu improwizacyjnego pośredniego muzyka? Spotkało go coś niebywale dobrego, dopadła tragedia? Dlaczego to się nie powtórzyło? Czy ten potencjał tkwi w nim cały czas? Czy w ogóle da się to wyjaśnić? Czy sam saksofonista przywiązuje do tego wagę? Pamięta? Gnębi go to, wyrzuca sobie „wolałbym nigdy tego nie dostąpić, ze świadomością jak wiele mógłbym osiągnąć”, czy też wręcz przeciwnie, nosi w sobie dumę, świadomość że raz, ten jeden raz, on, zwykły, poprawny – ale ani kroku dalej – muzyk dotknął Absolutu, i jemu to wystarcza?

Co z klientami lokalu? Czy zauważyli chwilowe zaburzenie ustalonego porządku? Na chwilę ustał gwar rozmów? Czy też bez specjalnej zapowiedzi nie zwrócili uwagi, że coś odbyło się nie w zgodzie z ustalonym zwyczajem? Jeżeli nie zaobserwowali zdarzenia, to może chociaż bardziej smakował im przyjmowany pokarm?

Inni muzycy? Ich reakcja wydaje się równie ciekawa. „Nikt, literalnie nikt” nie zapytał. Może wśród tamtejszej społeczności jest rzeczą naturalną, iż każdy jest zdolny przekroczyć barierę swoich ograniczeń, i nie robi się z tego wielkiego „halo”? Nie pojawia się od razu sztab specjalistów, wiodących uczone dysputy, jak oszlifować ten nieobrobiony kamień, wydobyć ukryty potencjał. A może prostą parabolą NP rozpiął most pomiędzy D. i sobą? Jakąż on sam skrywa tajemnicę?

Powtórzę: jedno małe, zdałoby się zupełnie nieistotne zdarzenie, nawet nieujęte przez niego w Dzienniczku Praktyk. Małe zadziwionko, jakie czasem na nas czyha w codziennej egzystencji, nie olbrzymi stwór zaciekawienia. Aż można by się uśmiechnąć, jak niewielkim wydatkiem udało się NP pchnąć w wieczną (niemal dosłownie, zgodnie z ostatnimi doniesieniami) podróż.

Że był nieszczęśliwy w swej gonitwie? Poniewierce? Bzdura. Świat wygląda, jakby jego kreacja zaczęła się od postawienia w centrum naszego bohatera. Dokoła niego rozmieszczono pozostałe cegiełki tworzenia, by miał gdzie wędrować, ze swoją dobrotliwą, zaciekawioną twarzą. Miał swoje chwile słodyczy, wieloletnią partnerkę, ale jasnym było, że przenika go ten charakterystyczny dygot, niosące niemal fizyczną boleść wyczekiwanie, jakby każde krzesło, na którym spoczął, zaczynało płonąć.

Oczywistym rodzi się pytanie o przypadek. Czy jeśli istnieje Wszechświat, skrojony pod jedno stworzenie, to czy oznacza, że wszystkie inne są wybrakowanym odbiciem siebie z równoległych miejsc, gdzie z kolei oni postawieni są w centrum? Jakiż sens miliardów lat egzystencji, kosmicznych widowisk, wymierania gatunków, by potem jednym subtelnym zdarzeniem sięgnąć celu? A gdyby się nie udało? Należałoby wszystko wymazać i zacząć od nowa?

A może jest tak, że teraz następuje reorganizacja, rekonfiguracja wszechrzeczy, przygotowania do pojawienia się następcy NP, który tymczasem przemierza wielką pustkę, dzielącą naszą grupę lokalnych galaktyk od sąsiedniej? Zdegustowany uciekając przed nami, którzy na kolanach chcieliśmy stawiać mu za życia pomniki?

Co jeśli to zwykłe żarty i bajdurzenia, najważniejsza jest ta niespodziewana melodia w cenie posiłku? Nie zdziwiłbym się, gdyby NP miał gdzieś zachowane to nagranie – niby zwykła, dźwiękowa pamiątka po wakacyjnych praktykach. Nigdy go nie odtworzył, wiedząc, że wartość owej improwizacji, prawdziwa, ostateczna, związana była wyłącznie z tym jednym, ulotnym momentem. A może z głośnika dobyłby się wyłącznie nieprzyjemny jazgot, bo karty już dawno rozdano i nic nie może ulec zmianie?

Koniec

Komentarze

Nie zrozumiałem.

To znaczy na poziomie podstawowym czytałem o momencie zwrotnym w życiu istoty myślącej czy nawet gatunku. Ale jaki jest sens tej opowieści, tego nie wiem :(.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Walczyłem dzielnie, lecz niestety poległem w połowie. Jeśli dalej robi się ciekawiej, to fajnie, ale nie dotrwałem.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

No cóż, GaPo, czytałam, wytężając uwagę, jednakowoż zrozumienie nie chciało się włączyć. A choć doczytałam do końca, nie pojęłam, niestety, co miałeś nadzieję opowiedzieć. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mogę się podpisać pod komentarzem Starucha. Podczas praktyk coś się dziwnego zadziało z muzyką i to pchnęło kogoś do podróżowania. I?

nie mający końca zestaw kropek na mapie,

Hmm. Musi mieć koniec – raczej nie może wystawać poza mapę.

Babska logika rządzi!

“Nie wiem ile to trwało” – dodaje gdzie indziej NP „Jakby rzucił na nas urok, cząsteczki kurzy zawisły w smugach światła i czas zamarł” – wspomina w kolejnym wywiadzie.” – brak znaku interpunkcyjnego po NP. I chyba kurzu, a nie kurzy.

 

“Podówczas jednak dryfowaliśmy poprzez czas, jedynie z przyzwyczajenia, zadawnioną inercją, fundując uczniom praktyki na obcych planetach.

Więc raz jeszcze powtarzam, matematyczna egzegeza wszelkich dostępnych danych prowadzi do tego jednego wydarzenia. Na obrzeżach naszej rodzimej Galaktyki, na trzeciej planecie krążącej wokół żółtego karła ciągu głównego (nieprawidłowy link), pewnego letniego dnia dochodzi do niewielkiej perturbacji w zachowaniu jednej z paru miliardów zamieszkujących ją prymitywnych istot, zresztą tak do nas zbliżonych wyglądem. Poprzez sito danych przesącza się wyraźnie to jedno, wydawałoby się nieistotne zaburzenie rutyny codzienności, którego świadkiem była grupka miejscowych i jeden student z naszego świata.

Poszukajcie, te informacje są, rozproszone w oceanie opowieści, powiązanych z NP. Zawsze okraszone jednym z arsenału typowych dlań pytań.

(…)

…czy też wręcz przeciwnie, nosi w sobie dumę, świadomość że raz, ten jeden raz, on, zwykły, poprawny – ale ani kroku dalej – muzyk dotknął Absolutu, i jemu to wystarcza?”

 

“Co sprokurowało to nagłe ujawnienie talentu improwizacyjnego pośredniego muzyka?” – Pośredniego czy pośledniego?

 

“…by miał gdzie wędrować, ze swoją dobrotliwą, zaciekawioną twarzą. Miał swoje chwile słodyczy, wieloletnią partnerkę…”

 

Oj, Gapo, Gapo… Znowu to zrobiłeś! Tekst eksperymentalny, w którym trudno doszukać się pointy ;( Niestety i ja dołączam do grona nierozumiejących.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie jestem fanką eksperymentalnych form. Zdecydowanie wolę klasyczne opowiadania z bohaterami i fabułą. Z trudem przebrnęłam przez tekst. Jest opis życia jakiejś postaci, która nie zaciekawia. Lekturę utrudniają zdania pełne ozdobników.

Nie mam zielonego pojęcia (jak i poprzednicy) co chciałeś opowiedzieć w swoim tekście. Jest parę ładnych zdań i widać, że lekko Ci szło pisanie. Ba, nawet przyjemnie. Ale nic z tego nie wynika dla mnie. Bo niby o czym przeczytałam? Muzyku, który podróżuje po Wszechświecie? Cóż on takiego dokonał? A może coś mi umknęło?

Niestety, nie wiem czy warto szukać odpowiedzi. 

Przeczytane.

Nie rozumiem :(

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Fabuła: Trudno mi w zasadzie orzec, czy to short story, czy rozpisany na ponad dziesięć tysięcy znaków koan. Dostrzegam w nim jakąś wizję, bohaterka, który przez bliżej niewytłumaczalne zdarzenie staje się czymś w rodzaju pangalaktycznego Mesjasza (a może tylko Obserwatora?) podróżującego przez kosmos. Niemniej jednak eksperymentalna forma, niedopowiedzenia i sporo mglistych fraz ostatecznie utrudnia wychwycenie głębszego sensu opowieści.

 

Oryginalność: Rzeczywiście to dość nietypowy pomysł, ale podobnie jak wyżej – przy przekazywaniu idei powinien być on przede wszystkim zawarty w konkretnym zakresie znaczeń, jeżeli chcemy ująć go w opowiadaniu. Tu interpretacji jest cała mnogość, i rzeczywiście jak głosi tytuł bardziej pasują one do eseju.

 

Język: Najmocniejszy punkt opowiadania, niektóre porównania i konstrukcje są bardzo dobre, momentami ciekawe skontrastowanie podniosłości z potocznością. Niemniej jednak jest to bardzo „ciężki” styl pisania. Trochę błędów, np. zbędny przecinek: „próbując rozwikłać wektory sił[-,] działające w danej społeczności”.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nowa Fantastyka