- Opowiadanie: CM - Chmura

Chmura

Tekst pisany z lekkim przymrużeniem oka.  Nie należy go traktować do końca poważnie.

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Staruch, AQQ

Oceny

Chmura

I PRZEBUDZENIE

 

Głośne, przeciągłe stukanie do drzwi wypchnęło go z głębokiego snu. Poderwał się w nerwowym odruchu, błądząc mętnym wzrokiem po wnętrzu kameralnego pokoju. Nie wiedział, gdzie jest. Nie kojarzył nic. Jego pamięć, jak to bywa zazwyczaj przy nagłych przebudzeniach, potrzebowała dobrych kilku chwil, by dostarczyć mu choć szczątkowych wspomnień z dnia poprzedniego.

Czekać tyle, niestety, nie mógł.

Już bez większej nadziei spróbował rozejrzeć się ponownie. Znów nic. Nawet jednego znajomego elementu.

Jak ja się tu znalazłem?

Ten za drzwiami zastukał ponownie. William zastygł na moment w bezruchu, jakby licząc w jakiejś głupiej naiwności, że zmusi w ten sposób natrętnego gościa do kapitulacji i powolnego odwrotu.

Nadstawił uważnie ucha.

Nic z tego.

Intruz nie ruszył się nawet na krok.

Przysiadł na łóżku, całkiem już przytomnie rozważając następne kroki.

Ucieczka nie wchodziła w grę.

Trzeba mu będzie otworzyć.

Tamten spróbował po raz trzeci. Gdy i to nie przyniosło efektu, rzucił przez drzwi donośne: „Ludzie czekają!”.

William przyjął tę informację bez większego entuzjazmu.

Czekają?

Świetnie!

Żebym jeszcze wiedział, na co?!

Spróbował się podnieść. Na natrętne stukanie tamtego wrzasnął nareszcie, że za chwilę otworzy. Szybko zresztą pożałował tego krzyku, bo w głowie zahuczało mu od niego jak na paradzie. Znał ten ból. Nie wynikał z urazu. Dawało to niejaki pogląd, że poprzednią noc, bo na pewno nie sam wieczór, mógł spędzić William wyjątkowo udanie.

WILLIAM – W przeciwieństwie do następnego poranka!

Nogi nie chciały współpracować. Po dwóch niezbyt pewnych krokach nieoczekiwanie zniosło go w stronę ściany. Teraz przynajmniej znalazł się bliżej spodni, które (nie wiedzieć czemu) leżały zwinięte w samym kącie pokoju. Koszuli jak dotąd nie namierzył.

Przesuwając się wzdłuż ściany, dotarł w końcu do swojej zguby, z niemałym trudem podnosząc ją z podłogi. Znów go zniosło. Tym razem przed siebie. Siłą rozpędu dotarł na skraj łóżka, po czym, przysiadłszy, zabrał się za wkładanie niesfornej części garderoby. Spodnie broniły się dzielnie. Noga kilka razy mijała nogawkę, jakby obierając sobie za punkt honoru doprowadzenie go do szewskiej pasji. Gdy się z nią uporał, a później (nie bez przygód) także i z drugą, ruszył nareszcie w kierunku drzwi, by wpuścić do środka nieproszonego gościa. Wyczekująca go postać wyglądała równie obco, co całe otoczenie.

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – No nareszcie! Coś ty robił tyle czasu?! Wszyscy na ciebie czekają!

WILLIAM – Ale w jakim celu?

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Obiecałeś wyruszyć na zamek skoro świt.

WILLIAM – Cóż. Może się powtórzę, ale… w jakim celu?

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Dziewięć osób przepadło bez śladu! Nie pamiętasz?

WILLIAM – Człowieku, przecież ja ledwie wstałem. W dodatku wbrew własnej woli.

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Rozmawialiśmy o tym cały wieczór. I dobre pół nocy.

WILLIAM – To by wyjaśniało moją obecną formę.

Od siebie dodam, że zwłaszcza w nocy z rozmową miało to wspólnego wyjątkowo niewiele…

WILLIAM – Nikt cię o nic nie pytał!

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Słucham?!

WILLIAM – Nie mówiłem do ciebie.

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – A do kogo?

WILLIAM – Do tego podłego… nieważne zresztą.

NAMOLNY ZAKŁÓCASZ SNU – Nie ma czasu do stracenia. Musisz wyruszać!

WILLIAM – Pozwól chociaż, dobry człowieku, posilić się przed wyprawą. Słaby nic tam nie zdziałam.

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Tego ci nie odmówię. Będę czekał na dole.

WILLIAM – Jeszcze jedna prośba.

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Tak?

WILLIAM – WODY!!!

Przymknął drzwi. Miał teraz krótką chwilę na uporządkowanie myśli. Zbierając resztę ubrań z podłogi usiłował zmusić pamięć do złożenia natychmiastowych zeznań. Nie było to łatwe. Głowę czuł jako wielki, pulsujący wrzód, który najchętniej odciąłby w diabły od reszty ciała.

Coś tam jednak zaczynało mu świtać.

Drugi dzień w mieście. Drugi bez choćby jednego posiłku. Pogoda pod psem. W sakiewce zupełne pustki. Wędrując po mieście bez wyraźnego kierunku trafił nareszcie do miejscowej gospody. Dziwnym trafem, ilekroć zdarzało mu się błąkać bez celu, zawsze na końcu lądował w gospodzie.

WILLIAM – Nie przypominam sobie, żeby wygłaszanie złośliwych uwag należało do obowiązków narratora!

Wewnątrz gospody panował tłok. Kilkadziesiąt osób dyskutowało gorąco o jakiejś trapiącej miasto tragedii. Kilkoro zaginionych? Złowroga mgła nad miastem? Nie potrafił sobie dokładnie przypomnieć. Z dalszej części dnia zapamiętał zresztą już tylko jedno słowo.

Pójdę.

I to zdziwienie, gdy niemal natychmiast zdał sobie sprawę, iż to on sam jest jego autorem.

Na tym niestety film się urywał…

WILLIAM – Pan narrator, jak widzę, przygotowany bez zarzutu.

O co ci chodzi?…

WILLIAM – Średniowiecznemu włóczędze to chyba średnio mógł urwać się film.

Dlaczego? Jeśli dał ostro w palnik…

WILLIAM – W palnik też nie mógł dać.

Ciekawym z jakiego powodu?…

WILLIAM – Bo w średniowieczu nie znali jeszcze ani filmów, ani palników!

Faktycznie mało fortunne określenia…

WILLIAM – Chałturnik!

Miał sobie za złe ten wściekły bunt opustoszałej pamięci. Nie dając za wygraną, usiłował domyślić się możliwego biegu dalszych zdarzeń. Nie było to wcale niewykonalne. Znał przecież siebie. Był prostym, cwanym, bezczelnym włóczęgą. Spryciarzem, o nieuleczalnej awersji do pracy.

WILLIAM – No dziękuję ci bardzo!

Jak mógł się zatem zachować? Skoro w tak bezmyślny sposób zgłosił swój akces do tajemniczej wyprawy (co tłumaczył sobie trapiącymi go głodem i pragnieniem), brnął zapewne dalej w rolę gotowego do poświęceń śmiałka, prosząc w zamian JEDYNIE o strawę i schronienie na najbliższą noc. Skromność stanowiła przy tym element absolutnie kluczowy. Nie należało stawiać szczególnie wysokich oczekiwań, pozwalając, by to raczej sami ludzie wyszli z inicjatywą uzewnętrznienia swojej wdzięczności. Numer ten, stosowany już przez niego co najmniej kilkukrotnie, sprawdzał się zazwyczaj wcale nie najgorzej. Ludzie w nagłym przypływie wdzięczności potrafili ofiarować znacznie więcej, niż zdołałyby z nich wyciągnąć najgroźniejsze nawet groźby i krzyki. Poranny kac podpowiadał, że nie inaczej było i tym razem.

 

II ROZMOWA

 

Zszedł na dół. Gospoda, mimo wczesnej pory, pękała już w szwach. Krocząc niepewnie pomiędzy ludźmi poczuł na sobie kilkanaście badawczych spojrzeń. Najwyraźniej miejscowi usiłowali przekonać się, czy aby na pewno ich samozwańczy śmiałek godzien jest powierzonej mu misji.

Zajął wskazane miejsce przy stole. Namolny Zakłócacz Snu przesunął w jego kierunku szerokie, drewniane naczynie wypełnione po brzegi jakąś szarozieloną breją. Należało przypuszczać, iż był to niestety zamówiony wcześniej posiłek.

Ciekawe, czy każą mi za to zapłacić?

Jadł w zupełnym milczeniu. Breja, co przyjął z niejaką ulgą, okazała się być daniem pozbawionym jakiegokolwiek smaku. Skupione spojrzenia tamtych nie opuściły go nawet na moment. Irytowali się. Gdyby tylko ludzki wzrok potrafił palić, William płonąłby już zapewne żywcem. Oczekiwali od niego natychmiastowych działań. Podjęcia wyprawy, do której się zobowiązał. On tymczasem nie wiedział wciąż nic. Pamiętał co prawda o zaginionych. Namolny Zakłócacz Snu wskazał mu też zamek jako miejsce potencjalnych poszukiwań.

To było jednak wszystko.

Czy mógł z tak małą wiedzą wyprawić się w nieznane? Podjąć podróży niemalże w ciemno? Ci ludzie przecież stamtąd nie wrócili.

Może jednak lepiej do wszystkiego się przyznać? Wyjawić luki w pamięci i wypytać raz jeszcze, co i jak?

Tylko czy wystarczy im cierpliwości?

Drewniana misa opustoszała. Nie mając już czasu na podjęcie decyzji, sięgnął po stary środek rozwiązywania bieżących problemów.

Trzeba będzie improwizować.

WILLIAM – Zatem… wybacz przyjacielu, wyleciało mi z głowy twoje imię.

NAMOLNY ZAKŁÓCACZ SNU – Anthony.

WILLIAM – Zatem Anthony. Musimy ustalić dokładny bieg zdarzeń. Potrzebujemy wszystkiego, co wiemy o tej tragedii.

ANTHONY – Przecież całą historię omówiliśmy wczoraj!

WILLIAM – Zapomnij o tym. To było w emocjach. Planując tak trudną wyprawę musisz polegać na rozsądku. Opierać się wyłącznie na faktach.

ANTHONY – Nie mamy już czasu. Musisz wyruszać!

WILLIAM – Człowieku, obudź się wreszcie! Ci ludzie przepadli bez śladu. Nie wiemy o nich nic. Być może dawno już nie żyją.

ANTHONY – Więc trzeba ich szukać!

WILLIAM – Nie szukać, ale znaleźć. I wyjaśnić wszystkie okoliczności tego zaginięcia. Rozumiesz?

ANTHONY – Nic nie rozumiem.

WILLIAM – Oczekujesz ode mnie bohaterstwa. Chcesz, bym wysłuchał lamentów ludności i wyruszył mężnie ku nieznanemu. Musisz jednak pojąć, że takie podejście do sprawy nie ma żadnego sensu.

ANTHONY – Dlaczego?

WILLIAM – Bo skończę tak samo jak tamci! Przepadnę bez wieści, a wy nadal będziecie się zastanawiać, jakaż to straszna klątwa wisi nad waszym miastem.

ANTHONY – Co więc zamierzasz?

WILLIAM – Potrzebujemy spokoju. Musimy pamiętać, że nie jest moją rolą wyprawić się na zamek, ale wrócić stamtąd w jednym kawałku. Dostarczyć wam wieści o zaginionych.

ANTHONY – Nadal nie pojmuję, jak wałkowanie tej historii po raz kolejny ma nam w tym pomóc.

WILLIAM – Nie musisz tego pojmować. To w końcu ja ryzykuję życiem w tej wyprawie. Ty masz tylko udzielić mi informacji. To chyba dogodne warunki?

ANTHONY – Czego oczekujesz?

WILLIAM – Będę zadawał kolejne pytania. Oczekuję krótkich, dokładnych odpowiedzi. Żadnych opowieści. Żadnych bajań o klątwach. Mów tylko o tym, co wiecie.

ANTHONY – Pytaj.

WILLIAM – Kiedy zaginęli ci ludzie?

ANTHONY – Pierwsi byli Willmanowie. Będzie już dziesięć dni jak nie dają znaku życia.

WILLIAM – Ilu było tych Willmanów?

ANTHONY – Dwóch. To bracia.

WILLIAM – Wiemy coś o okolicznościach zaginięcia?

ANTHONY – Przecież znasz tą historię na pamięć!

WILLIAM – Powtórzę raz jeszcze. Ja pytam. Ty odpowiadasz. Im szybciej skończymy, tym szybciej wyruszę. Jasne?

ANTHONY – No dobrze. Ich ojciec twierdzi, że wyruszyli w kierunku miejscowego zamku. Tego dnia nad miastem przechodziły gwałtowne burze. Kompletni szaleńcy! Był to ostatni raz, kiedy ich widziano.

WILLIAM – Wiadomo skąd pomysł, by w takich warunkach wyprawić się na zamek?

CHŁOP ANONIM – Jak to skąd? Tych dwóch to skończeni idioci!

ANTHONY – Ucisz się, bo każę wyrzucić za drzwi!

WILLIAM – A wracając do mojego pytania?

ANTHONY – Willmanowie umyślili sobie ponoć szukać na zamku pozostałości po niedawnej wojnie z wojskami króla Edwarda I. Wartościowe drobiazgi, porzucony oręż, może jakieś pamiątki po poległych. Jednym słowem wszystko, co osobnicy ich pokroju mogliby szybko sprzedaż lub przepić.

WILLIAM – Zamek rzeczywiście krył takie przedmioty?

ANTHONY – A skąd! To przecież ruina.

WILLIAM – I ruiny mogą zawierać skarby.

ANTHONY – Po przegranej wojnie zamek przeczesywano już dziesiątki razy. Jeżeli znajdowało się tam cokolwiek wartościowego, dawno już zostało stamtąd wyniesione.

WILLIAM – Nic z tego nie rozumiem. Willmanowie tego nie wiedzieli?

ANTHONY – A co tu rozumieć? Tych dwóch to zwykłe opoje. Trzeźwość była im najgorszą chorobą. Nie mieli za co pić, więc wynajdywali coraz głupsze sposoby, jak bez wysiłku napełnić puste kieszenie.

Brzmi jak jakaś twoja rodzina…

WILLIAM – Siedź cicho!

ANTHONY – Proszę?

WILLIAM – Nic, nic. Mówiłem do siebie.

ANTHONY – Ty tak zawsze?

WILLIAM – Tylko zbudzony wbrew własnej woli. Wracając zaś do Willmanów. O pracy przypadkiem nie słyszeli?

ANTHONY – Tych dwóch leserów w życiu nie trudniło się żadną pracą.

No rodzina jak nic!…

WILLIAM – Przymkniesz się wreszcie?!

ANTHONY – Twoje zachowanie staje się niepokojące. Dobrze się czujesz?

WILLIAM – Bo to wszystko… znaczy… myślałem, że ten tępy chłop znowu chce się wtrącić.

Aleś się wysilił. Głupszej wymówki w życiu nie słyszałem…

ANTHONY – Zaraz go wyrzucę.

WILLIAM – Nie. Daj spokój. Skupmy się na wyprawie. Szukaliście tych Willmanów?

ANTHONY – Nie od razu. Gwałtowne ulewy gnębiły nas przez dobre kilka dni. Niektórzy potracili nawet swoje dobytki. Dopiero gdy pogoda uległa poprawie, siedem kolejnych osób wyruszyło na poszukiwania.

WILLIAM – Kiedy to było?

ANTHONY – Cztery dni temu.

WILLIAM – Swoją drogą, spora grupa jak na zaginięcie dwóch niesfornych pijaków.

ANTHONY – Wszystko przez wzgląd na ich ojca. Stary Willman cieszy się w mieście powszechnym szacunkiem. Gdy więc martwił się losem synów, dobrzy ludzie postanowili mu pomóc.

WILLIAM – Z jakim skutkiem?

ANTHONY – To samo, co z tamtymi. Przepadli jak kamień w wodę.

WILLIAM – Żadnych śladów? Wieści?

ANTHONY – Nic.

WILLIAM – Próbowaliście ich odnaleźć?

ANTHONY – Ludzie myślą, że nad zamkiem zawisła jakaś potężna klątwa. Nie znajdziesz tu już żadnego chętnego, który wyprawiłby się w tamte strony.

WILLIAM – Co za parszywa historia!

ANTHONY – Powtórzyłem ci wszystko, co wiem. Czas, byś i ty dotrzymał danego słowa.

CHŁOP ANONIM – Zapomniałeś o mgle! Powiedz o mgle!

ANTHONY – Moja cierpliwość do ciebie zaczyna się kończyć!

WILLIAM – Powiedz o tej mgle. Może to ważne.

ANTHONY – Kiedy tu nie ma o czym mówić. Od kilku dni mgła spowija znaczną część miasta, obejmując również obszar zamku. Niektórzy plotą coś jeszcze o jakiejś dziwnej chmurze. Ludzie skojarzyli ten fakt z zaginięciami i tworzą teraz niepojęte historie. Moim zdaniem nie ma o czym mówić.

CHŁOP ANONIM – Powiadam wam, że to pokuta za grzechy! Bóg pokarał nas za wojny i bezsensowny przelew krwi!

II CHŁOP ANONIM – Głupstwa pleciesz! To potężni bogowie celtyccy każą nas za to, żeśmy tak łatwo oddali walijskie ziemie w łapska tego przebrzydłego króla Edwarda I.

WILLIAM – Kara za grzechy. Zemsta bogów. Dlaczego nie od razu nalot UFO?

UFO?! W XIII wieku?!…

WILLIAM – Faktycznie chyba zbyt ambitnie dla takiego ciemnogrodu.

I ty mnie chciałeś historii uczyć…

CHŁOP ANONIM– Czym jest to całe UFO?

WILLIAM – Podłe, złośliwe istoty z innych gwiazd.

CHŁOP ANONIM – Chryste Panie! Już po nas!

ANTHONY – Wynocha mi stąd ciemniaku, bo nie ręczę za siebie!

WILLIAM – Nie denerwuj się tak. Ten osioł, przy całej swojej głupocie potrafi być nawet całkiem zabawny.

ANTHONY – Sieje tylko niepotrzebny ferment. Kiedy wyruszasz?

WILLIAM – Niezwłocznie. Pragnę powrócić jeszcze przed zmrokiem.

ANTHONY – Idź z Bogiem.

Może chociaż on ci pomoże…

WILLIAM – Nie kracz!

 

III WYBRANIEC

 

Stało się! Przepełniony współczuciem dla zaginionych mieszkańców, wyruszył William, by rozwikłać dręczącą miasto tajemnicę. Pozbawiony wsparcia, w oparach mgły, kroczył dzielnie w kierunku zamku, niosąc ze sobą nadzieję i wiarę w cudowne ocalenie…

Moment…

Naprawdę mam uwierzyć, że stać cię na taki altruizm?…

WILLIAM – Altruizm? Ja nawet nie wiem, co to znaczy.

Wiedziałem, że coś kombinujesz!…

WILLIAM – Zaraz kombinuję. Zwyczajnie wybrałem najlepszy wariant działania.

Najlepszy, znaczy jaki?…

WILLIAM – Pomidor.

 

IV POCHÓD

 

Ku mgle prowadziły go tłumy. Dziesiątki osób zgromadziły się przed gospodą, by wesprzeć swojego śmiałka choć w pierwszym etapie krucjaty przeciw nieznanemu.

Być może przy okazji wyprawiając go również w ostatnią, życiową drogę…

WILLIAM – Przysięgam, że wyjdę z tego cało tylko dlatego, żeby zrobić ci na złość!

Wczuł się w rolę. Przyjąwszy dumną postawę, kroczył pewnie w pierwszym rzędzie pochodu, dzierżąc efektowny miecz u swego boku – prezent od jednego z bywalców gospody „na wszelki wypadek”. Podniosła atmosfera „wielkiej wyprawy” przejęła go bez reszty. To było jak we śnie. Naraz stał się po trosze Wybrańcem Ludu, Zbawcą Ludzkości i Wyzwolicielem Świata. Czuł na sobie jakąś niesamowitą odpowiedzialność. Gotowość do poświęceń. Siłę do heroicznych czynów. Ani zdał sobie sprawę, kiedy naprawdę zapragnął ocalić tych ludzi. Odszukać ich. Żywych bądź umarłych. Dostarczyć wieści strapionym mieszkańcom. Z taką troską, z taką determinacją, z taką przemożną chęcią działania dla innych nie zetknął się William nigdy wcześniej. Pozostawało mieć nadzieję, że uczucie to, chwalebne co prawda, ale jednak mało rozsądne, stanowiło jedynie krótkotrwałą chwilę słabości. Że przeminie, gdy tylko zostawią go samego.

Nie był przecież tym ludziom niczego winien.

O niego w końcu nikt się nigdy nie troszczył.

 

V MGŁA

 

We mgle odczuwało się wyraźny chłód. Nie zimno. Było to raczej przenikliwe, orzeźwiające powietrze, jakże przyjemne dla osoby „po przejściach” z dnia poprzedniego. W warunkach takich szło mu się świetnie. Głowa wracała z wolna do siebie po wszelkich porannych perturbacjach. Mało stabilne wcześniej nogi pracowały teraz bez najmniejszego zarzutu. William brał to za dobrą monetę. Rozpoczynał się bowiem ten etap wędrówki, kiedy zdany był już wyłącznie na własne siły. Mgła stanowiła dla mieszkańców swego rodzaju punkt graniczny. Obszar działania niepojętych mocy, z którymi nikt, po zaginięciu dziesiątki blisko osób, nie miał już zamiaru zadzierać.

Odpłynął myślami. Mógł sobie chyba na to pozwolić. Zgodnie z udzielonymi mu instrukcjami, droga na zamek nie należała ponoć do szczególnie skomplikowanych. Wystarczyło trzymać się brzegu rzeki, by po niecałych dwóch milach monotonnej wędrówki przed siebie dotrzeć szczęśliwie do celu.

I z tego był William niezwykle kontent. W niesamowicie gęstej mgle widziało się właściwie tyle, co pod stopami.

A i to niezbyt wyraźnie.

O zaginionych zdążył zapomnieć. Zupełnie jak gdyby wraz z opuszczeniem towarzyszących mu ludzi, porzucił również potrzebę zajmowania się losem tamtych. Znikła gdzieś ta niewiarygodna aura „wielkiej misji”. Pruł teraz bezmyślnie przed siebie, podróż na zamek traktując wyłącznie w kategoriach wyprawy po własne alibi. Wędrówce tej towarzyszyła cisza tak doskonała, że poza odgłosem własnych kroków nie słyszało się już zupełnie nic. Lubił taką ciszę – dla niego naturalną towarzyszkę jego wiecznej, życiowej tułaczki. Nie mając nic lepszego do roboty, puścił na moment wodze fantazji. Gdyby tak wrócić do miasta przed zmrokiem. Miejscowi nie odmówią chyba noclegu swojemu śmiałkowi? Na pewno nie. Naturalnie zaczną pytać o tamtych. Wszelkie palące kwestie można jednak zbyć krańcowym zmęczeniem. Relację zdałby wtedy dopiero nazajutrz. Koniecznie po śniadaniu. Trzeba wyciągnąć z tej historii, ile tylko się da. Szansa na darmowy nocleg nie trafia się przecież co dzień. A i o bezpłatny posiłek coraz trudniej. Zatem relacja tuż po śniadaniu. Pełna emocji nerwowa opowieść, gdzie skąpą ilość informacji przykryje własnym heroizmem. Powróci w końcu do miasta jako PIERWSZY! JEDYNY, który nie dał się mgle!…

Nagle się potknął.

Z początku upadek nie zrobił na nim wielkiego wrażenia. Pozbierawszy się z ziemi, ruszył w dalszą drogę, klnąc pod nosem na własne gapiostwo. Wystarczyło przecież patrzeć pod nogi! Dopiero później, pchnięty jakąś nową myślą, zdecydował się zawrócić, ciekawy, co też za złośliwa przeszkoda tak brutalnie wyrwała go z rozmyślań. Znalazłszy ją, zamarł natychmiast, niezdolny w tym momencie do jakiejkolwiek reakcji.

Na ziemi leżało ludzkie ciało.

Zaparło mu dech. Jakiś czas stał w zupełnym bezruchu, jakby nie pojmując jeszcze, z czym właściwie przyszło mu się mierzyć. Teraz dopiero dotarła do niego powaga całej historii. Spróbował podejść nieco bliżej. Nie było to łatwe. Nie czuł rąk. Nóg. Tylko serce podchodzące do samego gardła. Przyklęknął. W najwyższym przestrachu wysunął rękę, dotykając niepewnie leżącego bezwładnie ciała. Później odskoczył. Jak gdyby bał się, że tamten może otworzyć oczy. Nic takiego, rzecz oczywista, nie miało miejsca. Człowiek ten był martwy. Musiał być! Choć William nie miał odwagi tego sprawdzić.

Oddychał coraz ciężej. Prawie wbrew sobie odwrócił tamtego na plecy. Mógł teraz przyjrzeć się jego twarzy. Zmęczonej. Zaniedbanej. Był to mężczyzna około czterdziestki. Być może jeden z Willmanów. Na głębsze oględziny już się nie odważył. Chciał odejść. W mimowolnym odruchu zerknął jeszcze tylko w kierunku martwego, wypatrując u jego boku jakiejś… bezpańskiej sakiewki.

No bez przesady…

Zwłoki chcesz okradać?!…

WILLIAM – Nie okradać, a zbadać. Może trafię na coś, co pozwoli mi go rozpoznać.

I co konkretnie chcesz znaleźć? Prawo jazdy? Przecież to średniowiecze!…

WILLIAM – Zawsze warto sprawdzić. Zresztą po sakiewce ani śladu, więc nie ma nawet o czym rozmawiać.

Hiena cmentarna…

W dalszą drogę ruszył odmieniony. Niepewny. Skupiony. Z pełną świadomością podejmowanego ryzyka. Wcześniej je zlekceważył. Opowieści o zagrożeniu miał za zwykłą gadaninę motłochu. Zaginionych – za nieroztropnych idiotów szafujących życiem bez żadnej rozwagi. Oprzytomniawszy, zwolnił znacząco kroku. Każdy widoczny we mgle szczegół otoczenia był mu teraz niezwykle ważny. Powtarzał sobie, że przecież zaginięcie dziewiątki osób nie mogło być dziełem przypadku. Że śmierć jedynego z odnalezionych musiała mieć głębszy sens.

Wzmożona czujność nie przyniosła mu jednak żadnych, przełomowych odkryć.

Na zamek dotarł bez większych przygód.

 

VI CHMURA

 

Zamek dostrzegł z oddali. Mgła na tym obszarze nie była już tak gęsta jak wcześniej. Sama twierdza, co dziwne, stanowiła jedyny chyba punkt w okolicy zupełnie nią nieobjęty. Wyglądało to trochę tak, jakby chroniła go jakaś niespotykana, niewidzialna siła. Owa „siła” istniała naturalnie jedynie w wyobraźni Williama. Nie było żadnych sił. Podobnie jak bogów. Bożków. Istot z innych gwiazd.

I innych, niestworzonych wytworów ludzkiej fantazji bądź głupoty.

William nie od razu ruszył na zamek. Uwagę jego przykuła wisząca niewysoko nad rzeką chmura. Miała osobliwy kształt. Płaska, niedoskonale okrągła przypominała panoszącą się po niebie kałużę. Nieco później skojarzył, iż mógł być to równie dobrze odwzorowany z niezwykłym pietyzmem niewielki fragment rzeki. Takie też odnosiło się wrażenie. Jak gdyby ktoś umyślił sobie ulepić z chmury kawałek towarzyszącego jej otoczenia. Nie to było jednak najniezwyklejsze. Chmura miała bowiem barwę bliźniaczo podobną do koloru rzeki. William nie zląkł się naturalnie tego widoku. Rozumiał, iż musiało być to jedno z wielu nietypowych zjawisk atmosferycznych. Takich, których pojęcie przekraczało zazwyczaj możliwości przeciętnego człowieka.

Oswoiwszy się z widokiem chmury, przypomniał sobie o czekającym go zadaniu. Należało przecież przeszukać zamek.

I wracać!

Nie zamierzał pozostać w tym miejscu ani chwili dłużej niż było to absolutnie konieczne.

Denerwował się. Zamek, choć nie przyznał tego przed sobą, budził w nim pewien niepokój. Taki martwy, opustoszały moloch. Sama budowla, wbrew twierdzeniom Anthonego, nie wyglądała wcale na ruinę. Przynajmniej nie taką, jaką sobie wyobrażał. Naruszona co prawda przez wojnę z Anglią, była to wciąż jednak wcale stabilna, potężna twierdza. Daleka od gruzowiska, które spodziewał się zastać. Z braku lepszego wyboru można było nawet próbować w tym miejscu nocować.

Prawdopodobnie bez większej obawy, że sufit w środku nocy zwali się na głowę.

Szedł coraz szybciej. Każdemu pomieszczeniu poświęcał jedno lub dwa przelotne spojrzenia. Wszystkie jednakowo przepełnione strachem.

Czego się bał?

Nie wiedział.

I przez to bał się jeszcze bardziej!

Skręcił w boczny korytarz. Znajdowały się tam cztery kolejne pomieszczenia. Uchylił drzwi do pierwszego.

Puste.

Jedno należało Anthonemu oddać. Zamek rzeczywiści przeczesano niezwykle skutecznie. Obecnie próżno było tam szukać czegokolwiek, poza starymi, zniszczonymi murami.

To co? Drugie drzwi?

Te dla odmiany były lekko uchylone. William pchnął je nieco mocniej, zaglądając nieśmiało do środka.

Jasna cholera!

Następny trup!

Przymknął drzwi. Wziąwszy dwa głębokie oddechy, ruszył zdecydowanie w kierunku wyjścia.

Aby tylko nie zapomnieć drogi!

Zaczął biec. Nie sprawdził żadnego z pozostałych pomieszczeń. Nie zdobył się również na obejrzenie zmarłego. Więcej! Nie przekonał się nawet, czy człowiek ten rzeczywiście był martwy. Należało przypuszczać, że jednak tak. William znalazł go leżącego na ziemi z rękawem koszuli mocno zaciśniętym wokół szyi. Nie myślał o nim dłużej. Chciał już wracać do miasta.

Natychmiast!

Być może, gdyby towarzyszył mu ktoś jeszcze…

Gdyby miał z kim dzielić ten przeklęty strach.

Nikogo takiego nie było.

Wybiegł na zewnątrz. Tuż przed mgłą przystanął na chwilę, by po raz ostatni spojrzeć w kierunku chmury.

I znów stała się rzecz niepojęta.

Chmura zmieniła kształt.

Na moment zapomniał o wszystkim. Chmura nie przedstawiała już rzeki czy kałuży, ale niezdarnie odtworzoną figurę zamku. I tym razem barwa nie odbiegała znacząco od oryginału. Przyjrzawszy się dokładniej, dostrzegł William na tej naturalnej rzeźbie również miniaturową, stojącą przed zamkiem ludzką postać. Nie potrafił rozpoznać jej rysów. Być może zresztą w ogóle takowych nie miała. I bez tego wiedział jednak od razu.

Przed tym zamkiem…

To był on.

Na początku pomyślał, że być może chmura wie o jego obecności. Zaraz jednak zganił się za tę koncepcję, rozumiejąc, iż byłby to niechybnie pierwszy krok do postradania zmysłów. Wrócił zatem do teorii dziwnego zjawiska atmosferycznego. Miałby wtedy do czynienia z czymś w rodzaju bezmyślnej chmury–idiotki, odtwarzającej otaczający ją pejzaż tyleż efektownie, co jednak bez celu.

Zresztą, co mnie to wszystko jeszcze obchodzi? – pomyślał. – Przecież zaraz mnie tu nie będzie.

Wpadł w mgłę. W lodowaty mróz. Nie było go wcześniej. Więc co? Kolejny niepojęty kaprys pogodowy? Drżał. Z temperaturą tak niską nie zetknął się nigdy wcześniej. Nie mógł złapać powietrza. Oddychało się nieznośnie ciężko. Wystarczyło ledwie kilka kroków, by pojąć, że w takich warunkach nie zdoła wrócić do miasta. Przeszedłby może ćwierć mili. Niechby i pół.

To za mało!

Skojarzył, że tak właśnie mogło być z pierwszym zaginionym. Zabrakło mu tlenu. Ratował się desperacką ucieczką, która przy tej aurze nie miała szans powodzenia.

Zginął. Szukając ocalenia.

Kolejna myśl zmroziła go bez reszty. Przyszło mu bowiem do głowy, że to już. Że wpadł w jakąś niepojętą pułapkę i niebawem on także pożegna się z życiem.

Gdy jednak wyszedł poza obszar mgły, ponownie zrobiło się cieplej.

Nic już z tego nie rozumiał.

Wyrównał oddech. Kolejny raz skupił wzrok na chmurze.

Znowu zmieniła kształt.

Podła wiedźma!

Tym razem przybrała formę rdzawoczerwonej kuli. William nie widział jej nigdy przedtem. Z całą pewnością nie stanowiła elementu otoczenia. Zatem i teoria o chmurze–idiotce brała tu definitywnie w łeb.

Jak wszystko w tej podłej dziurze!

Myślał teraz najintensywniej jak potrafił. Mgła pozwalała dotrzeć na zamek. Pozwalała dotrzeć, ale nie dawała szans powrotu. Jednocześnie nie chciała pozbawiać go życia. Na terenie zamku zdawał się być przecież bezpieczny. Co prawda drugi z odnalezionych zginął tutaj. Ale tamten wyglądał raczej na samobójcę. Człowieka, któremu śmierć była milsza niż strach.

Czego mógł się tak bać?

Najpewniej sławetnej chmury.

Spróbował raz jeszcze zmierzyć się z mgłą. Znów poczęstowała go lodowatym chłodem. Zupełnie jakby coś chciało zatrzymać go na zamku.

Ale co?

I w jakim właściwie celu?

Tradycyjnie rzucił spojrzenie na chmurę. Tradycyjnie zdążyła zmienić swój kształt.

Tym razem prezentowała obraz rdzawoczerwonego pustkowia.

Czego może ode mnie chcieć?!

Niechby ją szlag trafił!

Skupił się na dwóch odnalezionych. Z nimi musiało być tak samo. Dotarli na zamek. Ujrzeli chmurę. Zlękli się jej. I próbowali uciekać. Jeden, nie widząc drogi ucieczki, wrócił na zamek, by odebrać sobie życie. Drugi postanowił walczyć do końca, prując przez mgłę wbrew wszelkiej logice.

Teraz należało wyciągnąć wnioski z ich błędów. Zrobić coś, na co tamtym nie starczyło odwagi lub rozumu. Inaczej nie wróci.

Zamknął oczy. Usiłował maksymalnie wyciszyć emocje. Rozwiązanie przyszło po jakimś czasie. Brzmiało tak prosto, że aż się uśmiechnął.

Wystarczy zachować spokój!

Zaczekać!

W końcu na zamku nie groziło mu jak dotąd żadne niebezpieczeństwo.

Idea bierności brzmiała zachęcająco. Nie musiał się bać. Nie musiał myśleć. Wszystko rozgrywało się jakby poza nim. Stał się bezwolnym uczestnikiem zdarzeń i było mu w tej roli najzupełniej dobrze.

I tak ich przecież nie rozumiał.

Wrócił myślami do wcześniejszych rozważań. Znalazł w nich coś absolutnie surrealnego. Zdał sobie bowiem sprawę, iż w pewnym momencie, raczej nieświadomie, przyznał temu komuś? czemuś? prawo do kontroli nad biegiem wypadków. Że tak kapryśną mgłę jak i groteskową chmurę przestał już postrzegać wyłącznie w kategorii zjawisk atmosferycznych. Obdarzył je zadaniem niepomiernie ważniejszym.

Jakim?

Obecnie gotów był im naprawdę przypisać nie tylko pełną świadomość, ale również funkcję narzędzia przekazu w tej bezskutecznej jak dotąd próbie nawiązania kontaktu.

Pytanie: czyjej?

WILLIAM – Dorzuć jeszcze teorię, że za wszystkim stoi tajemnicze UFO i wszelkie granice absurdu możemy uznać za przekroczone.

Nie omieszkam. Zwłaszcza, że jeden z ich przedstawicieli czai się złośliwie za twoimi plecami…

WILLIAM – Jasny gwint!

WILLIAM – Co, do cholery…

Musiałem…

WILLIAM – Dobrze się bawisz?!

Coraz lepiej!…

WILLIAM – Niech ja tylko znajdę sposób, żeby dorwać cię w swoje łapska. Zobaczymy, czy wtedy będzie ci równie wesoło!

Za plecami, naturalnie, nikogo nie było. William, co przyjął z niejakim zdziwieniem, odnotował ten fakt bez większej satysfakcji. Znaczyło to bowiem, że wciąż znajdował się w punkcie wyjścia.

Zerwał się wiatr. Wtedy też zyskał nareszcie okazję, by przyjrzeć się z bliska procesowi formowania chmury. Pierwszy, potężny podmuch zdjął z niej wszelkie barwy. Drugi zbił w jednolitą masę. Chmura utraciła tym samym swoją pierwotną niepowtarzalność. Kolejne zrywy, o zróżnicowanej sile, smagały ją, lepiąc jak gdyby z tej śnieżnobiałej materii zamierzoną z góry figurę. William śledził te działania z rosnącą fascynacją. Gdy wiatr ustał, oczom jego objawiło się pełne skupienia, ludzkie oblicze.

Należało do niego.

Uśmiechnął się. Czuł w sobie jakąś niesamowitą satysfakcję. Odnosił wrażenie, że wszystko powoli zaczyna być jasne.

Że zrozumiał chmurę!

Widok swojej twarzy, pozbawionej tym razem naturalnych barw, miał za wyraźny sygnał. Informację, że chmura wie o jego obecności. Budził się w nim entuzjazm. Chciał jej jakoś odpowiedzieć. Pokazać, że i on wie.

Nie miał jednak pojęcia, w jaki sposób mógłby to uczynić.

Zamiast tego postanowił wdrapać się na jedną z zamkowych wież. Znaleźć tak blisko chmury, jak to tylko możliwe.

Naraz usłyszał plusk.

Brzmiało to, jakby potężny głaz zwalił się z dużej wysokości do rzeki.

Odwrócił wzrok. Zdawało mu się, że w oddali dostrzegł znikającą momentalnie pod wodą ludzką sylwetkę. Trwało to tyle, co mrugnięcie powiek.

Zrazu chciał wskoczyć do rzeki i ruszyć tamtemu z pomocą. Zamarł jednak, niepewny, czy aby nie planuje ratunku jedynie dla własnego złudzenia. Jak zachowałby się tonący? Szukałby ocalenia! Niechby nawet nie potrafił pływać. Wymachiwałby wtedy rękami w ten desperacki sposób walcząc o życie. Tamten tymczasem nie zrobił nic. Znikł pod wodą bez żadnej reakcji.

Nie był już tak pewny swego. Chmura mogła usiłować go zwieść. Trzymał się z dala od mgły, więc wysyłała zaproszenie do wody. Ale po co? Żeby go zabić? Byłoby to możliwe?

Tego nie rozstrzygnę – pomyślał. – Trzeba jednak zachować maksymalną ostrożność. Żadnych wycieczek poza teren zamku!

Usłyszał czyjeś kroki. Przerażony, przerzucił ponownie spojrzenie na twierdzę.

I zdębiał.

Z okna wieży zamkowej wyglądał człowiek. William nie zdążył mu się przyjrzeć. Tamten wychylał się bowiem coraz mocniej, nieświadomy jak gdyby wiążącego się z tym zagrożenia.

Naraz wypadł.

Bezwładne ciało runęło z wysokości kilkudziesięciu stóp, wpadając prosto do rzeki.

I znikło.

Nie mógł pozbierać myśli. Denerwował się. Ledwie chwilę wcześniej zdawało mu się, że pojął już wszystko. Obecnie znowu nie wiedział nic.

Wzrastał jego niepokój. Robiło się późno. Wizja noclegu na zamku była mu najgorszym koszmarem.

Co jeszcze można tu zrobić?

Czy w ogóle można coś?

Tylko czekać.

Postanowił, mimo wszystko, wdrapać się na tę wieżę. Robił to bez wyraźnego celu. Raczej z czystej potrzeby działania.

Jakiegokolwiek!

Trochę trwało, nim odszukał właściwą drogę. Respekt do twierdzy przejmował u niego kontrolę nad rozumem. Momentami błąkał się jak ślepiec, ani próbując rzeczywiście dotrzeć do celu. Prawidłowy kierunek znalazł przez przypadek.

Poczuł lekki dreszcz. Znajdował się teraz bliżej chmury niż kiedykolwiek wcześniej. Było to uczucie absolutnie niepowtarzalne. Stanąć tak, samotnie, naprzeciw niepojętego. Bez szans odpowiedzi. Bez cienia argumentów. Co zaś zdumiewało najbardziej, już także bez żadnej chęci zrozumienia.

Wzmógł się wiatr. William wiedział, co nastąpi za chwilę. Chmura ponownie zmieni swój kształt.

Omylił się jednak.

Po wszystkim wciąż prezentowała jego twarz. Zmieniło się tylko jej oblicze. Znikło z niej pierwotne skupienie, zastąpione promiennym, radosnym uśmiechem. Wyraz ten można było interpretować na wiele sposobów. William miał go za najgorszą drwinę.

Kpi sobie ze mnie! – cisnął pod nosem. – Tak po prostu, bezczelnie śmieje mi się w twarz!

Poczuł jak strach płynnie przeradza się w złość. Znikły gdzieś wszelkie obawy. Gotów był teraz skopać zamkowe mury, ponownie udusić znalezionego w twierdzy samobójcę, a na koniec rzucić się z pięściami na chmurę. Przepełniała go taka wściekłość, do jakiej zdolny był tylko człowiek równie bezradny, co upokorzony. Z agresją tą czuł się dobrze. Złość była w końcu lepsza od strachu.

Znów usłyszał dźwięk kroków. Z początku myślał, że swoich własnych. Gdy jednak przystanął, przekonał się, że odgłos ten musiał dobiegać z dołu. Podbiegł do sąsiedniego okna – z pierwszego widać było jedynie rzekę i wiszącą nad nią chmurę. Wtedy też, jak sądził, przekroczył ostatecznie wszelkie, znane mu granice zdumienia.

Na dole zobaczył siebie.

Był to sobowtór idealny. Kropla w kroplę podobny do niego. Postać ta musiała być prawdziwa. Widział ją przecież! Słyszał jej kroki! Dałby sobie rękę uciąć, że mógłby również i dotknąć.

Zresztą, dlaczego nie miałby tego sprawdzić?

Nie tracił więcej czasu na obserwację. Zbiegł na dół, pragnąc usilnie natychmiastowej konfrontacji. Jakiejkolwiek.

Niechże w końcu pokaże, czego ode mnie chce! – myślał. – Albo pozwoli wrócić do miasta.

Drogę odnalazł tym razem bez większych kłopotów. Biegł tak szybko, jak tylko potrafił. Nie wystarczyło to jednak do złapania tamtego.

Jego sobowtór znikł.

A może nigdy nie istniał?

Teoria urojeń przyszła mu na myśl nie po raz pierwszy. Nie rozważał jej jednak głębiej. Nie potrafił. Był wściekły jak wszyscy diabli! Spojrzał na chmurę wzrokiem tak piekielnym, jakby chciał wypalić ją do cna. Czuł przemożną chęć ciśnięcia w tę roześmianą gębę kamieniem. Nie miał sobie za złe tej wyprawy. Wynikła z potrzeby chwili. Żywot włóczęgi nie przewidywał gwiazdek z nieba. Wszystko należało sobie wyszarpać. Nie żałował zatem podróży na zamek. Irytowała go za to rosnąca bezradność. Nie wiedział już, czy chmura posiadała świadomość. Być może tylko przypisał jej możliwości, jakimi nigdy nie dysponowała. Ludzie zbyt łatwo dawali się zwieść wyobraźni. Każde zdarzenie, którego nie potrafili wyjaśnić, stawało się dla nich niepojętym cudem.

A przecież człowiek rozumiał tak niewiele.

Ile osób potrafiło właściwie wyjaśnić zjawisko deszczu?

Ilu ludzi pojmowało powstającą po burzy tęczę?

Naraz opuściły go wszystkie siły. Cały gniew uleciał w jednym momencie. Taki czuł się bezsilny. Taki bezbronny. Przyklęknął, po raz wtóry przyglądając się chmurze. Chciał wracać do miasta! Opuścić zamek!

I tego jednego nie było mu wolno.

Mgła nie pozwalała!

Z oczu pociekły mu łzy. Dwóch ludzi nie żyło. Siedmiu kolejnych prawie na pewno również. Był jedynym, który wiedział o chmurze. Jedynym, który znał losy przynajmniej części zaginionych.

Nie mógł jednak o tym nikomu powiedzieć.

Odgłos kroków rozległ się po raz trzeci. Tym razem dochodził zza pleców. William odwrócił się bez większego pośpiechu.

Było mu już wszystko jedno.

Kolejne wcielenie samego siebie zmierzało powoli przed siebie. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście jardów.

Zatem odnalazł się!

Czy może zrodził na nowo?

Skąd w ogóle brały się te istoty?

Naturalnie. Nie wiedział.

Niczego o nich nie widział!

Ze złości palnął ręką w ziemię.

Tamten był coraz bliżej. Jego bezmyślny, nieporadny pochód budził najgorsze przeczucia. William skojarzył to z marszem małego dziecka. Wyglądało to tak, jakby istota ta poruszała się bez żadnej kontroli czy celu. Zbliżała się jednak. William nie miał ani chwili do namysłu.

Trzeba było działać!

Natychmiast!

I wtedy to się stało.

Jego dłoń, sama (zupełnie sama!), wyprowadziła pchnięcie. Miecz przeszył tamtego niewiele poniżej klatki piersiowej. Nie chciał tego ataku. Był to zwykły impuls. Reakcja na strach? bezradność? I na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Tamten nie wydał z siebie nawet cichego dźwięku. William zapamiętał doskonale jego twarz. Nie wyrażała bólu. Cierpienia. Tylko zdziwienie. Przebite ciało runęło nienaturalnie na ziemię, jak gdyby w jednej chwili odcięto je od wszelkiej życiowej energii. Co dziwne, ze śmiertelnej rany nie wydobywała się krew.

Zaczęło kropić. W ledwie kilka mgnień oka drobna mżawka przeobraziła się w potężną ulewę. William, nie ruszając się z miejsca, obserwował jak każda kropla przebija się przez ciało tamtego z równą łatwością, jak wcześniej zrobił to jego miecz. Wrażenie było takie, jakby deszcz usiłował zmyć ciało tej poległej istoty z powierzchni ziemi. William poczuł wtedy taki wstyd, takie niewyobrażalne obrzydzenie do własnej osoby, jakie mogło być znane jedynie człowiekowi odartemu przez własny strach z resztek człowieczeństwa.

Było to ostatnie, o czym zdołał pomyśleć.

Później ogarnął go jakiś niesamowity stupor.

Nie wiedział, gdzie się znajduje. Nie pojmował, co działo się wokół niego.

Gdy odzyskał świadomość, na niebie powoli zapadał zmrok.

 

VII POWRÓT

 

Zerwał się z kolan, przemoknięty do cna. Było mu zimno. Drżał. Wieczory o tej porze roku potrafiły już solidnie dać w kość. Trochę niepewny własnej sytuacji, począł rozglądać się nerwowo wokół siebie.

Po mgle nie było nawet pół śladu.

Zachęcony tą nagłą wizją ocalenia ruszył ostrożnie w kierunku miasta. Spojrzawszy na niebo przekonał się, że i chmura zdążyła już zniknąć.

A może nigdy jej nie było?

Chciał przyspieszyć kroku. Nie mógł tego zrobić. Mokre, zziębnięte ciało czuł jako wielką, bezwładną bryłę lodu. Szedł zatem niespiesznie, pchany wyłącznie jakąś niesamowitą wolą przetrwania. W mroku widział coraz mniej. Zmęczony, nie rozumiał nic. Drżąc, parł nieporadnie przed siebie, aż w oddali nie dostrzegł zmierzającej w jego kierunku grupy ludzi. Krzyczeli coś. William słyszał ich jak przez ścianę. Gdy byli już blisko, odarty z resztek sił runął przed nimi na ziemię, szczęśliwy, że wyrwał się z objęć tego niepojętego misterium, którego roli i przeznaczenia nie odgadnie do końca życia.

Później nie było już nic.

 

VIII BOHATER?

 

Zbudził się w dobrze sobie znanym, kameralnym pokoju na poddaszu gospody. Okoliczności, w jakich trafił w to miejsce, poznał William w czasie śniadania. Okazało się, że ocalił go sam Anthony, który, otrzymawszy wieści o opadnięciu mgły, wyruszył niezwłocznie w kierunku zamku wraz z co trzeźwiejszymi bywalcami gospody.

Po śniadaniu mówił już wyłącznie William. Chętne, by wysłuchać jego relacji było ponoć nieomal pół miasta. Pomimo mroźnego poranka, ludzie gromadzili się przed gospodą, ciekawi wydarzeń z dnia poprzedniego. Zrazu chciano zresztą, by przemówił do ogółu. William odmówił jednak. Czuł się zmęczony. Ostatecznie zdał więc relację jedynie niewielkiej grupie zgromadzonej w gospodzie. Pozostali mieli ją usłyszeć nieco później z ust Anthonego.

Wypowiedź Williama była niespójna. Mówił rwanym, pełnym emocji głosem, ani zdając sobie sprawę, że każdym wypowiedzianym w ten sposób słowem tworzy swój własny mit miejscowego bohatera. Kiedy skończył, a Anthony doniosłym głosem powtórzył relację reszcie, William wyszedł na zewnątrz, by choć na chwilę pokazać się czekającym go mieszkańcom.

Powitała go euforia.

To było fantastyczne! Z tłumem tak licznym nie zetknął się nigdy wcześniej. Ludzie nagradzali go oklaskami. Niektórzy skandowali jego imię. Był bohaterem. Zbawcą. Człowiekiem, który ocalił miasto od „złego”. Mieszkańcy rozpływali się w szalonym uwielbieniu i tylko on sam nie potrafił się zdobyć na podobny entuzjazm.

W końcu unicestwienie tajemnicy, której nie zdołało się pojąć, trudno było uznać za wyczyn szczególnie człowiekowi chwalebny…

 

Koniec

Komentarze

Rzuciłam okiem na tekst i pierwsze co mi przyszło na myśl: rany boskie, po co ci te spacje przed pytajnikami i wykrzyknikami? :c

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Podziękował za uwagę. Poprawione.

Ładne! Choć niczego nie wyjaśniasz, taki kontakt-bez-kontaktu też ma swój sens i urok. A relacja William-narrator – pierwsza klasa! Uśmiałem się.

I żeby jeszcze technicznie było lepiej :(. Sy mówiła o spacjach, a ja powiem o kropkach. Niezbędnych na końcach wypowiedzi “dramatowych”. Są i pomniejsze uwagi:

– “NAMOLNY ZAKŁÓCASZ SNU” – literówka (jest ich zresztą kilka) – zakłócacz;

– “dyskutowało gwarno” – gwarnie to może być w pomieszczeniu, ale “gwarnie dyskutować”? Nie pasuje mi to;

– “Bo w Średniowieczu nie znali” – czemu “Średniowiecze” wielką?;

– “jako miejsce potencjalnych poszukiwać” – literówka;

– “rozprawić się z dręczącą miasto tajemnicą” – raczej “rozwikłać” czy “rozwiązać” tajemnicę;

– “niosąc za sobą nadzieję” – za sobą?;

– “Ani zdał sobie, kiedy naprawdę zapragnął” – jakiegoś słowa tu zabrakło;

– “Wyzbierawszy się z ziemi” – raczej “pozbierwaszy”;

– “rdzawo – czerwonego” – te spacje są niepotrzebne;

– “wdrapać się na tą wieżę” – tę;

– “Miecz przeszył tamtego niewiele powyżej klatki piersiowej” – powyżej klatki czyli gdzie? szyję przeszył? niezgrabne to zdanie;

– “Nie wiedział, się znajduje” – zabrakło słowa.

 

Całkiem niezłe, acz technicznie niedopracowane. Ma potencjał w każdym razie!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję za opinię i zwrócenie uwagi na błędy. Co mogłem, to poprawiłem.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ciekawy pomysł, ale wykonanie mu nie dorównuje.

Najbardziej podobało mi się połączenie formy dramatu z wtrącającym się zewnętrznym narratorem.

UFO trochę mało, ale tym niech się Jurki martwią.

W końcu nie wyjaśniasz, czym jest chmura ani o co jej chodzi. Ja bardzo lubię wyjaśnienia, ale to kwestia gustu.

Nadal w wielu zdaniach brakuje kropek. Wprawdzie limit już masz przekroczony, ale może spróbuj pousuwać puste linijki między wypowiedziami bohaterów? To powinno wystarczyć.

Człowiek ten był martwy. Musiał być! Choć nie miał odwagi tego sprawdzić.

Kto jest podmiotem w ostatnim zdaniu i dlaczego martwy człowiek?

Długimi momentami błąkał się jak ślepiec

Oksymoron. Zamierzony?

Czuł przemożną chęć ciśnięcia w tą roześmianą gębę kamieniem.

Tę gębę.

Babska logika rządzi!

Dzięki wielkie za przeczytanie i uwagi.

Intencji chmury nie wyjaśniam, bo uparłem się na koncepcję ludzi zbyt ograniczonych, by cokolwiek zrozumieć :)

Następnym razem postaram się być dla nich nieco życzliwszy.

Kropki (mam nadzieję, że wszystkie) uzupełnione. Puste linijki usunięte. Tekst (już z kropkami) ma w Librze delikatnie poniżej 40 000 znaków, więc mam nadzieję, że zmieszczę się w limicie.

Ja tam wolę czytać o bystrych ludziach. Ograniczeni są… ograniczeni. ;-)

Babska logika rządzi!

Podoba mi się pomysł na osobliwą mgłę i takąż chmurę. Błądzący we mgle, obserwujący chmurę  i snujący się po zamku William wzbudził sympatię, i gdybyż tak jeszcze wyjaśniona została kwestia zaginięcia mieszkańców miasta, że o pochodzeniu mgły i chmury nie wspomnę…

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia sporo do życzenia.

 

Jak ja się tu zna­la­złem?! –> Po co wykrzyknik, skoro to pytanie zadane samemu sobie?

 

Ten za drzwia­mi za­stu­kał po­now­nie. –> Skąd wiadomo, że za drzwiami stuka ten, a nie ta?

 

rzu­cił przez drzwi do­no­śne : –> Zbędna spacja przed dwukropkiem.

 

Wil­liam przy­jął in­for­ma­cję bez więk­sze­go en­tu­zja­zmu. –> Wil­liam przy­jął in­for­ma­cję

 

– Obie­ca­łeś wy­ru­szyć na zamek skoro świt –> Brak kropki na końcu zdania. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

Zajął wska­za­ne miej­sce u stołu. –> Raczej: Zajął wska­za­ne miej­sce przy stole.

Można zająć miejsce u szczytu stołu, ale siada się przy stole/ siada się do stołu/ siada się za stołem.

 

wy­peł­nio­ne po brze­gi jakąś szaro–zie­lo­ną breją. –> …wy­peł­nio­ne po brze­gi jakąś szarozie­lo­ną breją.

 

by roz­wi­kłać drę­czą­cą mia­sto ta­jem­ni­cą. –> Literówka.

 

opa­rach mgły, kro­czył dziel­nie… –> Masło maślane. Mgła jest oparem.

 

Wszel­kie pa­lą­ce kwe­stie można jed­nak zbyt krań­co­wym zmę­cze­niem. –> Literówka.

 

wy­pa­tru­jąc u jego boku ja­kiejś…bez­pań­skiej sa­kiew­ki. –> Brak spacji po wielokropku.

 

Prze­cież to Śre­dnio­wie­cze!… –> Dlaczego wielka litera?

 

Chmu­ra po­sia­da­ła bo­wiem barwę… –> Chmu­ra miała bo­wiem barwę

 

Da­le­ka od gru­zo­wi­ska, ja­kie­go spo­dzie­wał się za­stać. –> Da­le­ka od gru­zo­wi­ska, które spo­dzie­wał się za­stać.

 

na tej na­tu­ral­nej rzeź­bie rów­nież mi­nia­tu­ro­wą,sto­ją­cą… –> Brak spacji po przecinku.

 

Zaraz jednak zga­nił się za kon­cep­cję… –> Zaraz jednak zga­nił się za kon­cep­cję

 

z czymś w ro­dza­ju bez­myśl­nej chmu­ry – idiot­ki… –> …z czymś w ro­dza­ju bez­myśl­nej chmu­ry– idiot­ki

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy. Bez spacji.

 

Ko­lej­ny raz sku­pił swój wzrok na chmu­rze. –> Zbędny zaimek. Czy mógł skupić cudzy wzrok?

 

Tym razem przy­bra­ła formę rdza­wo–czer­wo­nej kuli. –> Tym razem przy­bra­ła formę rdza­woczer­wo­nej kuli.

 

Zatem i teo­ria o chmu­rze – idiot­ce brała… –> Zatem i teo­ria o chmu­rze-idiot­ce brała

 

Tym razem pre­zen­to­wa­ła obraz rdza­wo–czer­wo­ne­go pust­ko­wia. –> Tym razem pre­zen­to­wa­ła obraz rdza­woczer­wo­ne­go pust­ko­wia.

 

– Niech ja tylko znaj­dę spo­sób, że do­rwać cie w swoje łap­ska. –> Pewnie miało być: – Niech ja tylko znaj­dę spo­sób, żeby do­rwać cię w swoje łap­ska.

 

w ten de­spe­rac­ki spo­sób wal­cząc o wła­sne życie. –> Zbędny zaimek.

 

Tro­chę za­ję­ło, nim od­szu­kał wła­ści­wą drogę. –> Tro­chę trwało, nim od­szu­kał wła­ści­wą drogę.

 

Drżąc, parł nie­po­rad­nie przed sie­bie, aż z od­da­li nie do­strzegł… –> Drżąc, parł nie­po­rad­nie przed sie­bie, aż w od­da­li nie do­strzegł

 

Lu­dzie fe­to­wa­li go okla­ska­mi. –> Raczej: Lu­dzie nagradzali go okla­ska­mi.

Fetować to podejmować kogoś wystawnie i uroczyście, ugaszczać, częstować.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz i wskazanie błędów.

Liczyłem, że wzmianka o rdzawoczerwonej kuli (później również pustkowiu) wystarczy jako sugestia odnośnie pochodzenia chmury. Teraz widzę, że to trochę za mało.

O losie zaginionych mieszkańców mogę napisać tylko to, co wcześniej o intencjach chmury. Bardzo chciałem zaprezentować bezradność Williama wobec tajemnicy (stąd upór, by nie wyjaśniać nic). Wyszło średnio, ale dzięki komentarzom mam fajny materiał poglądowy na przyszłość.

Przeczytane :). Mam słabość do tekstów ironicznych. Podoba mi się Twój styl. Podoba zabawa na linii bohater-narrator. Nie jest to jakoś strasznie nowatorskie, ale prowadzone zgrabnie i zabawnie. Tylko pod koniec na zamku mi się już trochę nudziło. Całość bardzo fajna.

Podziękował za przeczytanie i komentarz :)

Bardzo fajne. Chyba w kilku miejscach mieliśmy podobne pomysły. ;)

Co prawda początek wydał mi się nieco rozwleczony, zwłaszcza samo wstawanie z łóżka i rozmowa w karczmie, ale później akcja nabiera tempa i nieźle się czyta.

Relacja między narratorem a Williamem, co już podkreślili inni, wypadła rzeczywiście zabawnie.

Nie wyjaśniasz zagadki chmury, ale mnie to nie przeszkadza. Pokazujesz za to, że człowiek w konfrontacji z czymś, czego nie jest w stanie pojąć, ostatecznie stara się to unicestwić. 

Bardzo mi się podobało. Klikam. :)

Dzięki wielkie za komentarz.

I klika. :)

Przeczytane.

Mnie jakoś dezorientowały zapis dialogów i to zwracanie się do narratora. Ale poza tym czytało mi się dobrze :)

Szand(e?)ku,

mam nadzieję, że bez przykrości.:)

 

Anet,

miło, że wpadłaś.

Odbioru tych dialogów mocno się obawiałem. Pomysł na relację bohater-narrator był niestety dosyć karkołomny, a co za tym idzie, trudny (przynajmniej dla mnie) do wykonania. Miałem świadomość, że mogą się pojawić pewne “trudności” z płynnym czytaniem tekstu. Z drugiej strony, cały mój pomysł na zabawę literaturą opiera się na takich właśnie eksperymentach. Nie mogłem ich więc sobie odpuścić.:)

Ależ eksperymentuj! :)

Coś mi podpowiada, że prędzej czy później (po kilku moich postrzelonych eksperymentach) słowa te zostaną ci przez kogoś bezwzględnie wypomniane. :)

E tam, wszystko będzie na Ciebie ;)))))

Wykpię się głupotą własną.

Albo obłąkaną weną twórczą.:)

Ja będę utrzymywać, że nie wiem, o co chodzi ;)

 

To alibi już jest. Można planować kolejną literacką zbrodnię. :)

To Ty planuj i popełniaj, ja przyjdę na gotowe i wszyscy będziemy zadowoleni ;)))

Nowa Fantastyka