- Opowiadanie: wybranietz - Aberracja mrozowiska

Aberracja mrozowiska

Staruchowi dziękuję za pierwsze wrażenia.

 

Funowi za całą resztę.

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Aberracja mrozowiska

Kwiecień rozpoczął się jak kiepski żart: wieczorem spadł grad, a w nocy zamarzły wszystkie pszczoły w Obrazie.

– Dobrze im tak – stwierdziła Ola z zadowoleniem. – Nie lubię pszczół.

– Niedobrze – poprawiłem ją. – Bez nich nie będzie jabłek. No i pszczoły nie zamarzają. Nie od kwietniowych przymrozków, skoro przez całą zimę potrafią utrzymać ciepło w ulu.

A jednak – wszystkie ule były ciche i martwe, przeżarte szronem.

Na szczęście pąki na drzewach nie ucierpiały ani od gradu, ani od przymrozków.

Z braku pszczół wuj zamówił budki z gniazdami trzmieli. Rozstawiliśmy je w naszym sadzie. Ola odsłaniała okrągłe dziurki w pokrywach skrzynek i umykała z piskiem, udając, że boi się użądlenia, choć wielkie trzmiele nie są ani tak jadowite, ani tak agresywne jak małe pszczoły.

Kiedy pierwsze jabłonie zakwitły na Wielkanoc, stary sad przy gospodarstwie agroturystycznym Janaszka wyglądał jak obsypany śniegiem.

Po świętach pogoda się pogorszyła. Z niepokojem sprawdzałem temperaturę. Rankami widziałem, jak zimna mgła snuje się między drzewami, a słońce błyszczy na oszronionej trawie.

W tym roku nie musiałem pomagać w rozpalaniu ognisk z liści i gałęzi, których wilgotny dym chronił kwiaty przed przymrozkiem. Miałem siedzieć w domu i się uczyć. Niepisana umowa między mną a wujem zakładała, że jesienią wyjadę na studia i zniknę z Obrazy raz a dobrze, a on zajmie się sadem i matką, tak długo, jak długo będzie trzeba.

Nie wiedzieliśmy tylko, co zrobić z Olą. Wolałbym nie zostawiać jej tu samej. Po wymarznięciu pszczół dzieciaki z okolicy zaczęły przezywać ją lodową wiedźmą.

– Przejdzie im – mówił wuj.

Mógł sobie mówić.

 

***

 

Po ostatnim egzaminie maturalnym poszedłem do domu wujostwa, by rozeznać się w naszej sytuacji. Wuj westchnął ciężko, prawie teatralnie, i zabrał mnie do sadu. Do sadów, tak właściwie, choć nikt już tak nie myślał.

– Przymrozki w tym roku są jakieś dziwne. – Westchnął ponownie. – Nie pojawiają się w całym sadzie, ale trochę tu, trochę tam.

– Wiadomo już, co się stało z pszczołami? – zapytałem.

– E, gdzie tam. – Wzruszył ramionami.

Zimne powietrze lepiło się do twarzy jak babie lato. Szliśmy między młodymi, karłowatymi drzewami, które w niczym nie przypominały ilustracji z książek o przyrodzie i zdjęć w reklamowych folderach. Wyglądały raczej jak winorośle.

Stare sady były piękne, ale mało wydajne, a wuj wyznawał zasadę: to nie ma wyglądać, to ma plonować. Najwyraźniej podobnie myślał, kiedy wybierał żonę. Ciotka miała płaską, nieciekawą twarz, była zawsze zmęczona i postarzała się przedwcześnie, jakby całe jej życie przeszło w szóstkę ich dzieci.

Nic dziwnego, że wuj był łasy na moją ojcowiznę.

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie powinna przebiegać granica między sadami.

– No, z połowy to by się rodzina nie utrzymała. To jednak musi być w całości. Braciszek by się zgodził – powiedział wuj.

Od niechcenia oparł się o szopę, postawioną tam jeszcze przez dziadka, jakby chciał podkreślić, że skoro jedna szopa, to i jeden sad.

– Przecież dzierżawicie naszą część, a ja i tak chcę się stąd wynieść – odpowiedziałem.

Nie wyglądało to aż tak źle – późne odmiany jabłoni jeszcze kwitły, a na wczesnych widziałem zalążki owoców. Trzmiele spisały się przyzwoicie, mimo to nie mogliśmy liczyć na obfite zbiory.

 

***

 

Któregoś dnia, w drugiej połowie maja, Ola zbudziła mnie o świcie.

– Domek, Domek, wstawaj! Muszę ci pokazać coś w sadzie!

– Rany, Ola, to nie może poczekać?

– Nie może! – zawołała z przejęciem.

Kurwa, pomyślałem rozespany i zwlokłem się z łóżka. Wciągnąłem spodnie, zszedłem z piętra i stanąłem przed domem. Ola niecierpliwie podskakiwała przy furtce.

– No chodź! – powtórzyła.

Dzień zapowiadał się przepiękny. Trzmiele brzęczały. Mała przebiegła na drugą stronę drogi, na skraj starego sadu Janaszka. Nie było śladu po przymrozkach, ale w powietrzu unosiły się smugi chłodu.

– Zobaczysz, spodoba ci się – mówiła Ola podekscytowana.

– Może, skoro to takie fajne, to pokażesz to komuś ze szkoły? – zapytałem, patrząc na nią kątem oka.

Szkoła zawsze była drażliwym tematem. Ola zwykle nie chciała o niej rozmawiać, zresztą nie wiedziałem, jak mógłbym jej pomóc w znalezieniu koleżanek.

– Może przyprowadzę tu Ilonę – odpowiedziała po namyśle.

– Ilonę? Nie kojarzę żadnej Ilony. Ktoś nowy w gminie?

Mała energicznie pokiwała głową

– M-hmm! Przyjechała z Kielc po świętach. Siedzimy w jednej ławce, rozmawiamy na przerwach… – Rozejrzała się czujnie. – Tylko nie mów tego mamie – dodała z przestrachem, jakby matka czaiła się między drzewami.

– Dobrze, nie powiem – uspokoiłem małą.

Też się rozejrzałem.

Czasem naprawdę nas śledziła.

 

***

 

Przeszliśmy prawie cały sad, zanim zauważyłem samotną jabłoń rozbieloną kwiatami. Ola aż zaklaskała z radości.

– Co u licha? – Wyciągnąłem rękę w stronę gałęzi. – To nie powinno kwitnąć!

– Nie ruszaj! – wykrzyknęła przerażona.

Zawiał wiatr i uderzyła w nas fala chłodu. Z drzewa posypały się płatki, ale znikały w powietrzu, zanim opadły na ziemię. Podszedłem bliżej. Kwiaty i gałęzie błyszczały w słońcu. Unosiła się z nich para, jak z oddechu w mroźny dzień.

Drzewo było pokryte szronem i szadzią.

– Jak to znalazłaś? – zapytałem.

Ola wzruszyła ramionami.

– Przyszłam na spacer. Piękne, prawda?

Lód topniał w ciepłym powietrzu.

– Piękne. Ale chyba nie zdążysz pokazać tego Ilonie.

– No, chyba nie.

Długo staliśmy i patrzyliśmy na drzewo. Ola mocno ściskała moją dłoń swoją zimną łapką.

– To będzie nasz sekret.

Wróciliśmy do naszego sadu, kiedy jabłoń odtajała.

 

***

 

Przymrozki, niezapowiedziane wieczornym chłodem, nigdy nie pojawiały się we wszystkich gospodarstwach. Wuj i pozostali sadownicy usiłowali zwrócić uwagę mediów na niepokojącą anomalię, ale nie pomogło im nawet zdjęcie pokrytej szadzią jabłonki, która rosła przed urzędem gminy. Dziwny lód wyparował, zanim zaciekawieni dziennikarze zdążyli przyjechać na miejsce.

Oskarżono nas o fotomontaż i wkrótce już nikt nie chciał słuchać o tych przymrozkach.

Podejrzewaliśmy jeszcze jakiś wyrafinowany dowcip tych z Grójca, choć jedyny trop, na jaki trafiliśmy, to przeciągi i wstęgi chłodu unoszące się w powietrzu. Znikały po paru metrach, jak smugi kondensacyjne po przelocie samolotu.

Wójt zwrócił się nawet z prośbą o pomoc do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, ale nic nie wskórał.

– Wie pan dobrze, że klimat się zmienia i pojawiają się anomalie – tłumaczył mu przez telefon zmęczony urzędnik. – Te wasze mrozowiska się pojawiają co jakiś czas w różnych miejscach. Słyszał pan o tornadach w Polsce dziesięć lat temu? Pewnie nie. A przymrozki były i wtedy, i dwadzieścia lat temu, i wcześniej na pewno też. To jednorazowy wypadek, ubezpieczenie pokryje straty, potem wszystko wróci do normy. Zresztą, co mielibyśmy zrobić? My tylko obserwujemy, pogody nie zmienimy, a nasze stacje pomiarowe nawet nie wykazują żadnych anomalii. No a pszczoły? Ktoś się pewnie ze sprayem mrożącym zakradł. W internecie pan wszystko kupisz.

 

***

 

Wuj chodził przygnębiony i pewnie chciał wszystkim poprawić humor, kiedy zapytał Olę:

– A moja Baśka mówiła, że masz jakąś nową koleżankę w szkole, co? Może pokaż jej budki z trzmielami? Tyle ich lata tego roku. – Pogłaskał ją po głowie i poszedł do siebie.

Matka spojrzała na małą.

– Masz koleżankę? Koniecznie musisz ją do nas zaprosić. – Uśmiechnęła się ciepło.

Ola nie protestowała, choć widziałem, jak zaciska piąstki.

Nasza matka miała czarne włosy, błękitne oczy, porcelanową cerę i była we wsi obca, a kiedy urodziła się Ola, to nie potrafiła zdecydować, czy powinna się z tego cieszyć, czy nie.

Nigdy nie zdecydowała. Miała za to wizję, jak powinno wyglądać nasze życie. Jeżeli rzeczywistość do niej nie przystawała – cóż, tym gorzej dla rzeczywistości.

I dla nas.

Ilona przyszła dwa dni później. Wyrośnięta jak na swój wiek, grubawa i niezbyt bystra, nie pasowała do wizji naszej matki.

– Przecież moja ładna, mądra, zdolna córa nie może tracić czasu z taką pokraką – rzuciła już po paru minutach.

Wzięła Olę za rękę, zabrała na górę. Usłyszałem trzask klucza przekręcanego w zamku, potem gniewne kroki na schodach.

– Idź sobie – powiedziała do Ilony i wyrzuciła ją przez drzwi kuchenne.

Dziewczynka stała zdezorientowana na dworze, drżąc z zimna lub z upokorzenia, a matka wróciła do dużego pokoju i zapadła się w kanapie, patrząc w ciemny ekran telewizora.

Odprowadziłem Ilonę do domu. Na szczęście nie płakała. Wydukałem jakieś przeprosiny, starając się usprawiedliwić zachowanie matki.

Ola też nie płakała. Kiedy wróciłem, siedziała na łóżku, gapiąc się w ścianę.

 

***

 

Któregoś dnia mała wróciła ze szkoły podrapana i zapłakana. Matka siedziała w dużym pokoju, patrząc w zgaszony telewizor. Nie zwracała na nas uwagi.

Umyłem małej twarz, oczyściłem zadrapania i nie pozwoliłem uciec do pokoju.

– Co się stało? – zapytałem.

– Pokłóciłyśmy się – powiedziała cicho, patrząc w podłogę.

– Z Iloną?

Ola pokiwała głową.

– Dlaczego?

– Bo-bo-bo, bo inne dzieci wołają na nas Hulk i Loki! – Rzuciła mi się z płaczem na szyję.

Przytuliłem ją mocno. No tak – Ilona miała posturę Hulka i urodę trolla, a drobna, czarnowłosa Ola urodziła się z nienormalnie niską temperaturą ciała. Zawsze miała lodowato zimne dłonie i stopy. Lekarze wielokrotnie nas zapewniali, że jest zdrowa, ale nawet ja nie potrafiłem się przyzwyczaić do chłodu jej skóry.

– Ilona mówiła, że zimno u nas jak w grobie – wyszeptała. – I że przeze mnie pomarły pszczoły.

Ola nie poszła więcej do szkoły, ale był sam koniec roku szkolnego, więc nauczyciele przymknęli na to oko.

Żadne z nas nie miało co robić, a nie chcieliśmy siedzieć z matką w zimnym domu, więc spacerowaliśmy po sadzie, który miał być mój, a który mój nigdy nie będzie; który już w części porastały brzydkie, ale wydajne drzewka. Oszroniona trawa chrzęściła pod stopami.

 

***

 

Wtedy do wsi przyjechał stary kamper, na którego dachu niemrawo kręcił się talerz anteny satelitarnej. Zatrzymał się przy gospodarstwie agroturystycznym Janaszka.

Wkrótce zbiegła się okoliczna dzieciarnia i my też przeszliśmy te kilkadziesiąt metrów, zobaczyć, co spowodowało zamieszanie. Ola stała za mną i nie wiem, czy bardziej bała się innych dzieci, czy nieznajomego – może matka powiedziała jej o jeden raz za dużo, że jak będzie niegrzeczna, to przyjdzie po nią zły pan?

Mężczyzna nosił sprane bojówki, wędkarską kamizelkę, a spod czapki z daszkiem wystawały kawałki srebrnej folii aluminiowej. W brodzie miał pasma siwizny.

– Wracajmy – szepnęła nagle mała, ciągnąc mnie za rękaw.

Posłuchałem, bo w tłumie ciekawskich dzieci dojrzałem naburmuszoną Ilonę. Przed domem Ola kucnęła i podniosła coś z ziemi. Wyciągnęła rękę, pokazując mi trzmiela z szarym kuperkiem.

Owad dreptał nieśpiesznie po jej dłoni, bardziej zaciekawiony niż wystraszony.

– On jest siwy! – oznajmiła z przejęciem Ola.

– Niektóre zwierzęta tak mają. To się nazywa albinizm.

– I nie ma skrzydełek – dodała.

– No, nie ma. Chcesz go zabrać do domu? Jest daleko od budek, a sam pewnie padnie z głodu, skoro nie może latać. I tak cud, że tyle przeżył.

Czerwiec, choć słoneczny, był wyjątkowo chłodny.

Ola spojrzała na trzmiela, spojrzała na mnie.

– Tylko…

– Mama się nie dowie.

Nie mogła się dowiedzieć. Nie wiem, czy Ola pamiętała kotka, którego dostała od wuja dawno, dawno temu.

Ja nie mogłem zapomnieć.

Zaniosłem trzmiela do domu, Ola dała mu wody z cukrem, ja przygotowałem kartonowe pudełko, wymoszczone skrawkami tkanin. Miałem nadzieję, że owad nie przemarznie.

Schowaliśmy go w moim pokoju.

Na wszelki wypadek.

 

***

 

– Wiesz może, kto to wczoraj przyjechał? – zapytałem przy kolacji matkę.

– Ufolog! – powiedziała z pogardą. – Borsuk się nazywa. Wasz wuj – skrzywiła się – był tu wcześniej i mówił, że ktoś wreszcie zbada te anomalie pogody. Że to niby przez kosmitów!

 

***

 

Następnego dnia Ola siedziała w moim pokoju, obserwując trzmiela. Matka wyrzucała wszystko z szafek w kuchni.

– Robię generalne porządki, zobaczysz, jak będzie tu pięknie – mówiła, chyba bardziej do siebie niż do mnie.

Postanowiłem zajrzeć do ufologa, zanim skończą się lekcje i oblezą go dzieci.

Talerz anteny wciąż kręcił się niemrawo, a przez uchylone drzwi było widać błyskające światełka. Borsuk siedział przy stoliku ogrodowym, rozstawionym koło auta. Przed nim leżały jakieś papiery, obok stało kilku sadowników. Podszedłem bliżej. Borsuk spojrzał na mnie z sympatią.

– A ty widziałeś jakieś przemarznięte drzewo? – zagadnął.

– No, to przed urzędem gminy? – odpowiedziałem ostrożnie. Widzieli je wszyscy, było przecież w centrum wioski.

Borsuk zmarszczył brwi.

– Proszę mówić ze mną szczerze – westchnął. – Przyjechałem tu po to, by pomóc. Agencje rządowe was konsekwentnie ignorują, a ktoś dba o to, by sprawa nie dostała się do mediów. Ktoś ewidentnie chce coś ukryć, a wy przez to cierpicie. Nie chcecie chyba skończyć jak te pszczoły, prawda? Takie anormalne przymrozki pojawiają się cyklicznie i długo je już badam. Wiem, że wielu szarlatanów mogło zaszkodzić mojej misji przez pogoń za tanią sensacją, ale ja podchodzę do sprawy naukowo… – Urwał.

Ktoś z gapiów odszedł, mamrocząc pod nosem. Borsuk zmarszczył brwi.

– A niech pan pomyśli – kontynuował, podkreślając to myślenie głosem i gestem, widać, że nie pierwszy raz to mówił – czy te zmiany klimatyczne, postępujące w takim tempie, mogą być skutkiem tylko ludzkich działań? Nie mogą. Czy wiemy, co naprawdę powodowało epoki lodowcowe? Nie wiemy. Lodowe planety są powszechne we wszechświecie. I w wielu mitologiach pojawia się mit starcia z lodowymi olbrzymami. Tacy wikingowie… Ale, dość na teraz. – Machnął ręką, a mnie zrobiło się nieswojo.

Wielka, zimna pustka kosmosu. Lodowe olbrzymy. Zimna skóra Oli. Lodowa wiedźma.

– Niech pan spojrzy na mapy, może nasuną się panu jakieś inne miejsca, gdzie też się pojawiła anomalia – poprosił Borsuk, podając mi krótki, drewniany ołówek.

Nachyliłem się nad papierami. Ufolog zakreskował obszary, w których najczęściej pojawiały się przymrozki. Krzyżykami oznaczył przemarznięte drzewa, a dużymi kropkami – zamarznięte ule. Brakowało mu paru drzew, które pokazała mi Ola, ale nie byłem pewny, czy powinienem o tym powiedzieć.

– Czy to coś jak kręgi w zbożu? – zapytałem, by zyskać czas do namysłu. – Jak ślady po lądowaniu?

– Hm, wygląda to raczej jakby coś badało parametry mrożenia gruntu, choć nie można wykluczyć próby lądowania…

– Ale nieraz byliśmy w sadzie nad ranem i nie widzieliśmy, żeby coś robiło ten szron czy mroziło drzewa – wtrąciłem.

– Oczywiście, że nie. To przecież zupełnie inna technologia. Mówiłeś, że nie widziałeś zmrożonych drzew, to tym bardziej nie mogłeś widzieć, jak coś je mrozi, prawda? Chłopcze?

Borsuk patrzył na mnie, wyraźnie oczekując odpowiedzi. Czułem, jak się czerwienię, choć nie powiedziałem przecież nic takiego. Przecież z wujem też chodziłem rano do sadu. Na szczęście dookoła zebrało się więcej ciekawskich. Najwyraźniej lekcje się już skończyły i dzieciaki zasypały ufologa gradem pytań. Wycofałem się, ale Borsuk wciąż mnie obserwował. Widziałem, jak Ilona podchodzi do niego i wskazuje palcem na mnie. Na nasz dom. Na Olę.

 

***

 

Matka zostawiła pootwierane szafki, stosy opakowań i słoików na blatach, a sama zeszła do piwnicy. Poszedłem za nią.

Było ciemno, cicho i bardzo zimno.

– Mamo? Co robisz?

– Szukałam dżemu z truskawek. Wiesz, tego, który twojemu ojcu tak bardzo smakował, bo nie ma żadnego w szafce. I szukałam, może się jakiś uchował. Tylko światła nie ma…

– Och, mamo. Chodź na górę. Kupię żarówkę, wymienię i wtedy poszukamy dżemu, co? – powiedziałem tak spokojnie, jak tylko mogłem.

Usłyszałem szuranie. Po chwili matka minęła mnie i powoli zaczęła wchodzić na schody. Chłód ciągnął się za nią jak welon.

Jak całun.

Najwyraźniej straciła zapał do porządków, bo usiadła na kanapie w dużym pokoju i zapatrzyła się w wyłączony telewizor.

Strąciłem z kranu w kuchni sopelek i zacząłem sprzątać.

Kiedy skończyłem, był już wieczór. Ola zasnęła na moim łóżku, jedną ręką obejmując pudełko z trzmielem. Zaniosłem ją do jej pokoju, przykryłem kocem.

Podszedłem do okna, ale nikt nas nie obserwował.

 

***

 

Mieszkanie w pokoju z trzmielem okazało się mieszkaniem w pokoju z Olą. Przychodziła cichcem z samego rana i opowiadała mu swoje sny.

– Bo wiesz, Albusie, Marysia kiedyś w szkole pokazywała nam filmik, że jak coś jest za zimne, to się może potłuc. I teraz mi się śni, że spadam ze schodów i się roztrzaskuję.

 

***

 

Bałem się, że następnego ranka zastanę Borsuka pod naszymi drzwiami, ale mężczyzna wybrał się na wizję lokalną. Ja śledziłem go dyskretnie, otwarcie obserwowało go kilku miejscowych. Borsuk wziął ze sobą aparat fotograficzny, siatkę z termometrami, mapy i wiele małych pojemniczków. Zbierał próbki gleby z miejsc, gdzie szronienie występowało najczęściej. Fotografował drzewa – i te żywe i te, które przemarzły tak bardzo, że zaczynały usychać. Do niektórych przywiązywał termometry.

Wyglądał całkiem profesjonalnie.

Obchodził sady, węsząc za zimnymi smugami wiszącymi w powietrzu. Sprawdzał ciśnienie i tworzył mapy wiatrów. Szybko namówił okoliczne dzieciaki do pomocy w odczytywaniu temperatur.

Jedynie Ola nie brała w tym udziału. Wolałem trzymać ją z dala od Borsuka. Nie zagadywał nas, ale też nigdy nie odchodził naprawdę daleko. Widziałem, jak zachłannie obserwował małą, kiedy tylko znalazła się w zasięgu jego wzroku w trakcie naszych spacerów.

Atmosfera w mieście była dziwna. Nocami widywaliśmy światła na niebie. Ktoś mówił, że to dyskoteka pod Sandomierzem, ale chyba nie wszyscy w to wierzyli. Niby nikt nie chciał przyznać, że mogą tu być obcy, jednak zaczęły się porozumiewawcze spojrzenia.

Nad ranem skrzyły się przymrozki, a ja znosiłem do pokoju nieużywane kołdry i stare koce. Marzłem. Szron wspinał się po schodach i czaił pod moimi drzwiami. Codziennie wymiatałem lodowy kurz z kuchni, ale ani matka, ani Ola wydawały się nie zwracać na to uwagi.

Żałowałem, że nie mogę o tym porozmawiać z ojcem.

Nie chciałem iść do wuja, ani – tym bardziej – do Borsuka.

Choć może powinienem.

 

***

 

Zimne prądy rozrysowane przez ufologa wciąż nie układały się w żadną sensowną całość, ale tylko dlatego, że jego mapa nie była kompletna.

Ola co kilka dni prowadziła mnie do nowego zamarzniętego drzewa i bezbłędnie wskazywała miejsca przymrozków w sadach dookoła Obrazy. Patrzyliśmy, jak karłowe jabłonie parują mrozem, sypią śnieżnymi płatkami i po raz pierwszy wyglądają naprawdę pięknie.

– Ale nie powiesz nikomu? – prosiła zawsze.

– To nasz sekret – odpowiadałem, mocniej ściskając jej dłoń, choć potrzebowałem otuchy bardziej niż ona, bo z każdym drzewem narastał we mnie strach. Pierwsze mogło być przypadkiem, ale wszystkie następne?

Tym bardziej byłem pewny, że muszę trzymać Borsuka z dala od Oli.

– I wiesz, ktoś zostawia mi kwiaty na szybie, jak w zimie – opowiadała Albusowi.

 

***

 

Pewnego ranka matka wstała wyjątkowo wcześnie. Krzątała się w kuchni, wzbijając miotłą białe kłęby. Pachniało śniegiem, pieczonymi jabłkami i migdałami, jakby zaraz miało być Boże Narodzenie.

– Już dawno miałam z wami porozmawiać. To niedopuszczalne, byście się tyle sami włóczyli po sadzie. Co ja bym zrobiła, gdyby coś wam się stało? – Trzaskała wściekle garnkami. – Widziałam wczoraj jak ten ufolog za wami chodził… Nie, Oleńko, dziś nigdzie nie idziesz. Boję się o ciebie. – Głos matki ociekał słodyczą.

Ola patrzyła na mnie z przerażeniem, ale nie mogłem nic zrobić.

– Wrócę szybko – wyszeptałem między kęsami kanapki. Chleb był suchy i z trudem przechodził mi przez gardło. Matka zapomniała o maśle, choć to i tak nieźle.

Bywało, że zapominała o chlebie.

 

***

 

Trochę lepiej zrozumiałem zachowanie matki, kiedy któregoś ranka Ola wyszeptała Albusowi:

– Chyba jestem już kobietą. Tak mówi mama. I mam uważać. Mam bardzo uważać.

Każdego ranka mała patrzyła na mnie błagalnie, a ja miałem coraz większe wyrzuty sumienia, że wychodzę. Matka wciąż nie chciała jej wypuścić, a Oli nie zawsze udawało się schronić w pokoju i czasem musiała spędzać długie, ciche godziny siedząc z matką w salonie. Raz, kiedy mała prawie wymknęła się ze mną, matka padła nam do stóp, wyjąc i wyrywając sobie włosy z głowy.

Potem Ola nie próbowała już wyjść, a ja chyba miałem nadzieję, że to wszystko jakoś samo minie.

Zimny pył osadzał się na podłodze i stołach jak kurz.

– Wrócę szybko – mówiłem szeptem. – Wiesz, że nie mogę zostać.

Ktoś musiał robić zakupy i obserwować Borsuka. Na szczęście w tym roku wuj nie potrzebował zbyt wiele mojej pomocy. Codziennie przynosiłem też świeże kwiaty dla Albusa. Grzałem się w letnim słońcu. 

Kiedy przyszedł czas zbioru pierwszych jabłek, atmosfera zrobiła się jeszcze cięższa. Przez te poranne przymrozki owoce były małe, pomarszczone, o wiotkiej, brązowej skórce. Wyglądały jak uwędzone.

Zimno snuło się między drzewami jak utajona groźba.

Chodziłem po domu w grubym swetrze. Miałem wrażenie, że ściany przerasta pleśń mrozu i zawsze po wyjściu na dwór dziwiłem się, że jest ciepło.

Może to tylko ja tak przemarzłem przez dziesięć lat zimnego chowu?

 

***

 

Kiedyś, po powrocie do domu, zastałem matkę w spazmach, a Olę w stuporze. Matka mówiła z trudem:

– Chciałam kupić wam coś dobrego do jedzenia, ale zgubiłam ją w Lewiatanie i byłam taka przerażona, że Olę też straciłam! Znalazła się przy tym okropnym człowieku, ach, przecież mógł ją porwać i zgwałcić! Uciekłyśmy od razu!

Mała nie mówiła nic.

Spojrzałem na zakupy – matka kupiła cukier i naście słoików miodu. Spakowałem je z powrotem do siatki i poszedłem wymienić na coś normalnego do jedzenia.

Kasjerka z Lewiatana bez słowa wzięła słoiki i opowiedziała, co się tak właściwie stało.

– I Borsuk zapytał Olę coś o trzmiele, ale jak wasza matka zobaczyła, że rozmawiają, to chwyciła małą za ramię i zaczęła wrzeszczeć, że wpędzi ją do grobu tak, jak wpędziła waszego ojca. I że takie zimne, niewdzięczne dziecko nie powinno było się urodzić. Że pewnie podmienili ją przy porodzie, bo taki lodowy potwór… Ech, ty, Dominik, wyszedłeś na ludzi, ale Olę to ona zadusi i zadepcze.

 

***

 

Już właściwie chciano Borsuka wyprosić z Obrazy, kiedy spadły Perseidy i umarł stary Jóźwiak.

Sąsiad znalazł go w sadzie. Podobno Jóźwiak miał problemy z sercem. Podobno bardzo przeżywał tegoroczne, nieudane zbiory.

Starego pokrywał szron. Zupełnie jak drzewa.

Śledztwo policji było krótkie i pobieżne, Borsuka zaś długie i szczegółowe. Z uwagą przyglądałem się jego poczynaniom. Prowadził długie rozmowy przez telefon. Słyszałem szepty o mrozowiskach. O zgonach. Pomierzył miejsce zbrodni w metrach i Celsjuszach, wyniki naniósł na mapę, podstawił do wzorów, popatrzył na mnie, w końcu zapytał:

– Czy ktoś zmarł w zeszłym roku? Albo dwa lata temu? Pięć? Nikt, prawda? – odpowiedział sam sobie.

Chyba wiedziałem już, do czego zmierza. Borsuk uniósł palec.

– A dziesięć lat temu? – Po chwili, jakby do siebie, dodał: – Śmierć ojca i narodziny takiego dziecka w tym samym czasie…

Cisza, jakby wszyscy próbowali sobie coś przypomnieć, choć przecież nikt nie zapomniał. No i matka urządziła ledwo co scenę w Lewiatanie.

 Przecież to nie ma związku! utknęło mi w gardle. Dla Borsuka najwyraźniej miało.

 

***

 

Powinienem był już wcześniej powiedzieć małej, że to nie przez nią zginął nasz ojciec. Że to moja wina.

Pamiętam, że ojciec odwiózł matkę na oddział położniczy, a potem wrócił do domu. Nie chciał zostawiać mnie samego, no i był huk roboty przy zbiorach. Chodziliśmy między drzewami, kiedy nagle uderzył otwartą dłonią w ramię.

– Co to? – powiedział zdziwiony.

Przez chwilę nic się nie działo, a potem myślałem, że się wygłupia. Miałem tylko osiem lat. Śmiałem się, bo zrobił minę jak Chińczyk. Nie rozumiałem, że naprawdę spuchł i z trudem łapie oddech. Dopiero kiedy upadł na trawę, pobiegłem po wuja.

Dużo czasu upłynęło, zanim go znalazłem.

Dużo czasu zajął przyjazd karetki. Zabrali tatę do tego samego szpitala, w którym była mama, ale nie udało się go uratować.

Wstrząs anafilaktyczny, tak jej powiedzieli. Coś go ukąsiło. Pszczoła, osa, może szerszeń czy trzmiel.

Stracił przytomność i udusił się wymiocinami, tak powiedzieli wujowi, kiedy myśleli, że ich nie słyszę.

Pamiętam, że kiedy ostatni raz dotykałem ojca, był zimny.

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz dotknąłem Oli, była zimna.

Pamiętam, że matka nie chciała dotknąć żadnego z nich.

 

***

 

Nad ranem Ola znowu rozmawiała z trzmielem:

– I śniło mi się, że w nocy zrobiło się ciepło i całkiem się rozpuściłam…

 

***

 

Dorośli nic nie mówili, nie głośno.

Dzieci za to nie miały wątpliwości. Stały pod naszym płotem i krzyczały:

– Ufoki do domuuuu! – Ilona krzyczała najgłośniej.

Nikt ich nie przeganiał. Na szczęście wójt jakoś panował nad sytuacją.

Matka znowu popadła w marazm, ale Ola nie próbowała wyjść z domu. Całe dnie spędzała, rozmawiając z Albusem. Opowiadała swoje sny, pełne śniegu i lodu. Trzmiel robił się coraz bardziej osowiały i bałem się, co będzie.

Wuj też się bał.

Przychodził do mnie, przynosił zakupy, siadał w zimnej kuchni cuchnącej jabłkami, miodem i migdałami i mówił:

– Może jednak wyjedziecie stąd na jakiś czas? Wasza matka musi mieć jakąś rodzinę w mieście, nie?

Nie, wszyscy zostali na pierdolonej Alfa Centauri, chciałem odpowiedzieć, ale tylko wzruszyłem ramionami. Krzyki za oknem nie ustawały. Myślę, że martwił się o Olę.

Choć równie dobrze mógł się martwić o sad.

 

***

 

Cała Obraza wydawała się na coś czekać.

Tego ranka przymrozki objęły wieś i pobliskie sady, skrząc się cały dzień, jakby drwiły ze słońca. Ktoś rozpalał dymne ogniska, ale nikt nie wierzył, że to pomoże. Jabłka wyglądały jak oszronione bombki.

Albus był wyjątkowo niespokojny. Bałem się, że to ostatnie podrygi przed trzmielą śmiercią. Trzymałem go na dłoni i czułem, jak ręka mi marznie, jakbym trzymał kostkę lodu. Wydawało mi się, że z jego nóżek sypie się lodowy puch. Ola siedziała obok, owinięta kocem.

Nie płakała.

Słońce zachodziło i szron na drzewach płonął czerwono. Na drodze milczał tłum. Ktoś dobijał się do drzwi wejściowych.

– Nie chcę was skrzywdzić! Chcę wam pomóc! – Rozpoznałem głos Borsuka.

– Akurat – mruknąłem. Słowa otulił obłoczek białej pary.

Usłyszałem brzdęk pękającej szyby.

Kamienie?

Mróz?

Wyszedłem na korytarz, trzymając w jednej dłoni dogorywającego trzmiela, w drugiej zimną łapkę Oli.

– Mamo? – zawołałem, ale słowa ugrzęzły w zimnej parze.

Walenie w drzwi ustało.

Wtedy zobaczyłem jasne światło, dochodzące z kuchni i usłyszałem buczenie. Wkrótce cały dom wibrował. Przez otwarte drzwi na schody wleciały wielkie płatki śniegu.

Śniegu? Nie.

Trzmiele, niebieskie jak lód lodowcowy, krążyły w powietrzu, najwyraźniej czegoś szukając.

Albus wściekle bzyczał na mojej dłoni.

Zobaczyłem ślady szronu na skórze, ale nie czułem bólu. Nic nie czułem. Lodowe trzmiele zaczęły krążyć dookoła nas. Góra-dół, góra-dół, góra-dół.

Lot godowy?

– To królowa! – zawołała zachwycona Ola i szadź jej słów osiadała na kocu. – Mieszkaliśmy z królową! To Albusa!

Odłożyłem trzmiela na poręcz schodów, mocniej chwyciłem dłoń Oli.

– Uciekamy – powiedziałem.

W powietrzu kwitły lodowe kwiaty, a skry mrozu sypały się z zaaferowanych trzmieli. Na ubraniach osadzała się szadź. Zeszliśmy ostrożnie ze schodów, pokrytych cienką warstwą lodu. W dużym pokoju trwała zamieć, a z piwnicy wylatywało coraz więcej i więcej trzmieli. Nie widziałem matki, traciłem ciepło, odwagę i musiałem podjąć decyzję.

Pociągnąłem Olę w stronę kuchni. Przeszliśmy przez zaspy zimnych iskier i chwyciłem metalową klamkę tylnych drzwi na podwórko.

Przymarzły. Szron skrzył się złośliwie. Uderzyłem w nie ramieniem raz, drugi, trzeci, zanim w końcu ustąpiły. Mała wypadła na dwór, ja przez chwilę jeszcze szarpałem się z klamką. Mróz trzymał mnie za skórę, ale w końcu oderwałem dłoń. Pobiegłem za Olą. Zatrzymaliśmy się na skraju sadu. Było tu znacznie cieplej. 

W drzwiach wyrosły sople i dom wyglądał, jakby się na nas szczerzył. Tynk odpadał od ścian, zaprawa przerastała firnem. Szyby pękały jak cienka warstewka lodu na kałuży.

Trzmiele zlatywały się z całej Obrazy i wirowały szaleńczo dookoła budynku. Te, które nas mijały, zostawiały zimne ślady, smugi kryształków lodu. Wszystko brzęczało.

Po drugiej stronie domu, przy ulicy, widziałem podekscytowanego Borsuka z kamerą i sąsiadów z telefonami.

Nikt nie ruszył z pomocą, kiedy nasz dom trzeszczał, trzaskał i spalał się w mrozie.

Lodowe iskry pryskały na wszystkie strony.

Stałem oniemiały. Rój skrzył się; trutnie zaczęły spadać na trawę, wybuchając w chmurach pary. Niektóre trzmiele leciały w niebo, zostawiając za sobą drobne kryształki lodu.

Ściana pękła z hukiem, jak kra wiosną.

Królowe były coraz wyżej.

Ktoś chwycił mnie za koszulę.

– No co tak stoisz, baranie? Bierz małą i chodu – syknął wuj i pociągnął nas w stronę sadu. Nerwowo rozglądał się na boki, ja patrzyłem pod nogi i mocno trzymałem Olę. 

Zaprowadził nas do starej szopy dziadka i wepchnął do środka.

– Siedźcie tu i się nie odzywajcie – przykazał, zamknął drzwi, zatrzasnął kłódkę.

Siedzieliśmy i się nie odzywaliśmy, nawet kiedy dobiegł nas huk walącego się domu. Tajaliśmy powoli. Parowaliśmy. Stygliśmy.

Myślałem.

Mieszkaliśmy z królową, powiedziała Ola. Z królową lodu. Czy te trzmiele zamiast nektaru zbierały ciepło? To tłumaczyło, dlaczego cały czas było mi tak cholernie zimno. Czy miały więcej gniazd? Na pewno było więcej królowych. Poleciały w górę. Prześpią zimę i wrócą na wiosnę, bo tak robią trzmiele.

Odzyskałem czucie w dłoni. Zdarta skóra bolała okrutnie. Właściwie to wszystko mnie bolało – tam, gdzie uderzyły trzmiele, pozostały czerwone ślady. Ola, obwinięta kocem, na szczęście nie ucierpiała. Ciszę przerwały obce głosy:

– Może w szopie są?

– E, zamknięta. – Zabrzęczał poruszony łańcuch. – Poszukajmy dalej. Oni zawsze kręcili się po sadach, to pewnie się gdzieś chowają.

– Co się tam właściwie stało? Ja widziałem tylko jakieś niebieskie światełka.

– Chuj wie, zimno było. Borsuk to kamerował, potem zobaczymy.

Ktoś kopnął w blaszane drzwi. Ola chwyciła mnie za rękę, ale nie pisnęła.

– Co z mamą? – wyszeptała dużo później. Wydawała się cieplejsza niż zwykle, a ja miałem wyrzuty sumienia, że prawie uwierzyłem w podejrzenia Borsuka.

Przytuliłem ją mocno. Nic nie odpowiedziałem, ale Ola nie pytała więcej.

Siedzieliśmy tak całą noc, aż w końcu przez szpary w ścianach zaczęło sączyć się światło. Miałem dreszcze. Kiedy usłyszałem, jak ktoś podchodzi i rusza łańcuchem, to było mi prawie wszystko jedno, co stanie się dalej.

Drzwi się uchyliły i zobaczyłem brzydką twarz ciotki.

Nigdy nie wydawała mi się piękniejsza niż wtedy.

– Szukają was wszyscy. Zjeżdżają się media, Borsuk narobił strasznego szumu, że kosmitów tu mamy – westchnęła ciężko, jakby się z nim zgadzała. Mimo tego, wcisnęła mi w dłoń zwitek banknotów. – Macie. Najlepiej zrobicie, jak pojedziecie gdzieś daleko i nigdy nie wrócicie.

Odeszła między szpalery karłowatych drzew. Nie odwróciła się, by spojrzeć na nas po raz ostatni.

Wyszliśmy z szopy. Było ciepło.

 

***

 

 

Udało nam się dojść do drogi i złapać pekaes do Kielc. Szczęście, naprawdę. Wsiadałem z duszą na ramieniu, wszyscy się na mnie gapili, ale nikt nic nie powiedział. Mój telefon przemarzł i do niczego się nie nadawał.

W Kielcach najpierw poszliśmy do najbliższego centrum handlowego, bo żadne z nas nie miało porządnych butów. Dopiero w łazience zrozumiałem, czemu ludzie się tak gapią. Moje włosy wciąż były pokryte szronem. Skrzyły się w jarzeniowym świetle, jak obsypane brokatem. Przez noc całkiem osiwiałem.

Zupełnie jak Albus, to znaczy, Albusa.

Wziąłem Olę za rękę i poszliśmy na policję.

Co innego mogłem zrobić? Mała ma dziesięć lat, musi chodzić do szkoły. Bałem się, oczywiście, że się bałem, ale zrobiłem dobrze – byliśmy już w wiadomościach, na razie lokalnych, ale sprawa dopiero nabierała rozpędu. Mówiono o wybuchu gazu, bo na filmikach nie było widać tego płonącego, trzaskającego mrozu i nikt ze świadków nie potrafił powiedzieć, co się stało.

Nie wiem, w co wierzyła policja, ale wiem, co widzieli: osiwiałego, poparzonego chłopca i przerażoną dziewczynkę, nieżywą matkę, zniszczony dom, oszalałą wioskę. To im wystarczyło.

Na szczęście, nikt nie kazał nam wracać do Obrazy.

Jestem pełnoletni, więc choć sprawa w sądzie jeszcze trwa, to myślę, że przyznają mi opiekę nad Olą. Nie rozmawiamy o matce, choć czasem widzę, że mała rozgląda się niespokojnie na ulicy. Rzadziej słyszę, jak płacze w nocy.

Ciągle mam wyrzuty sumienia, że w nią zwątpiłem.

Zacząłem studia na wydziale biologii, mała chodzi do szkoły, ale jak tylko załatwimy wszystkie formalności, to chcę pojechać gdzieś dalej.

Patrzę w chmury, jakbym mógł dojrzeć trzmiele królowe hibernujące na granicy stratosfery. Choć kto wie, może poleciały gdzieś wyżej?

Wkrótce znowu spadnie śnieg, ale nie boję się zimy. Boję się wiosny.

Śnię o sadach kwitnących szronem.

 

***

 

Kiedy trzmiele odleciały, Ola rozgrzała się do normalnej temperatury. Zabrałem ją do przychodni na badania kontrolne. Lekarz pokręcił głową, wzruszył ramionami.

– Była zdrowa i dalej jest zdrowa. Ale proszę jeszcze zrobić badanie moczu i krwi.

Następnego dnia, kiedy małej pobierano krew, zauważyłem, że długo przygląda mi się kobieta z dzieckiem na ręku. Kiedy w końcu podjęła decyzję i ruszyła w moją stronę, chciałem uciec. Borsuk wypowiadał się ostatnio w jednej z telewizji śniadaniowych. Niby nie podał naszych danych osobowych, ale to nic nie zmieniało. Mówił o śmierci pszczół, przymrozkach, zamrożonych drzewach, a potem pokazywał mapy z rozrysowanymi fraktalami płatków śniegu i kwiatami szronu, rozchodzącymi się od naszego domu.

Nikt nie traktował go poważnie, bo opowiadał też o zimnoskórych kosmitach, którzy pojawiają się co dziesięć lat.

Nikt, oprócz kolegów i koleżanek po fachu.

– Przepraszam, dzień dobry. Bo… Z tego co widziałam w internecie, to… Bo moja Ewcia… – Patrzyła z nieśmiałą nadzieją to na mnie, to na drzwi, za którymi zniknęła Ola, to na becik.

Nie wyglądała na koleżankę Borsuka.

Z wahaniem wyciągnąłem rękę i dotknąłem czółka dziecka.

Dziecko było zimne. Jak kiedyś Ola. Jak tata.

– Pewnie przejdzie z wiekiem. Mojej siostrze przeszło – powiedziałem, choć to było marne pocieszenie. – Poradzą sobie państwo.

Jeżeli wszyscy zapomną o Borsuku i zimnych kosmitach z Obrazy, zanim mała pójdzie do przedszkola.

Kobieta uśmiechnęła się smutno i dopiero wtedy zauważyłem, że jest cała na czarno. Żałoba?

– Przepraszam…

– Proszę nie przepraszać. Mąż odwiózł mnie do szpitala, ale musiał wrócić po dokumenty i miał wypadek. – Urwała. – Dobrze, że pana siostra wydobrzała. – Skinęła mi lekko głową.

Odwróciła się i odeszła, tuląc becik, a ja myślałem o pierwszym krzyku, ostatnim oddechu i mrozowisku, do którego znowu zlecą się trzmiele.

Koniec

Komentarze

Bardzo, ale to BARDZO dobre opowiadanie. Najpierw bałem się dukajowego klimatu, ale niepotrzebnie – oryginalne ujęcie tematu, narastająca groza, świetny pomysł.

Biblioteka, jak najbardziej. I wysoko w moim rankingu. Na duperele nie zwracam uwagi, to rzecz wtórna.

No i ładne weird mamy. Niebanalne podejście do tematyki konkursu. Że ładnie napisane, to właściwie nie trzeba pisać – wiadomo.

A w stosunku do wersji pierwotnej sporo się zmieniło ;).

 

EDIT: Aha, tu zabrakło “we” – “nigdy nie pojawiały się wszystkich gospodarstwach”.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, rybaku.

 

Staruchu, ostrzegałam, że to wczesna wersja ;)

Fun dostał już bardziej ogarniętą, bo patrzę, gdzie mi się czytelnicy gubią.

I would prefer not to.

Jak wszystkie Twoje teksty tak i ten przeczytałam z przyjemnością. Stopniowo budowane napięcie – tak umiejętnie to wszystko opisałaś, że z każdym akapitem mi samej robiło się coraz zimniej :) Ładnie nakreślone postacie i przede wszystkim super pomysł. Powodzenia w konkursie.

Podobało mi się, najbardziej zakończenie i rozwiązanie zagadki (choć po tym o etnologach czułam, o co może chodzić, bo jakoś są do siebie podobne te teksty), bo wcześniej momentami było ciut za długie. Tylko czułam się bardzo dziwnie, bo moje opowiadanie o pożerającej wszystko zimie dostało nagrodę w konkursie Kwiatkowskiej, więc siłą rzeczy odnosiłam się do własnych wyobrażeń podobnego motywu :D

 

Nie robiłam łapanki, ale to rzuciło mi się w oczy:

 

“Po ostatnim egzaminie maturalnym[-,] poszedłem do domu wujostwa”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo ładne opowiadanie, choć przyznaję też szczerze, że nie zdołało przezwyciężyć mojej lekkiej niechęci do wierd. Trochę zbyt subtelnie dziwne jak na mój gustu – dom niby normalny, a przez pół tekstu zastanawiałem się np. czy matka była jakimś duchem czy zombie, tak była opisywana (może nawet tak jest, pewne elementy mi uciekły). Jest to efekt właśnie takich “prawie” opisów, które każą mi się koniecznie doszukiwać drugiego dna.

Ale to nie wada, to po prostu mój odbiór. Poza tym postacie są wyraźne, rozwiązanie zagadki jak i sam motyw dziwnych przymrozków – pomysłowy. Te elementy definitywnie mnie zachwyciły.

Tak więc to fajny koncert fajerwerków, nawet jeśli nie do końca w moim guście. Na pewno wart klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dobre opowiadanie.

Stopniowo budujesz napięcie, czytałam coraz bardziej zainteresowana.

Świetny pomysł. Kto by pomyślał, że można połączyć trzmiele z ufoludkami. A można i to ciekawie.

IMO, dobrze byłoby rozjaśnić związek między owadami a zimnokrwistym dzieckiem – dlaczego, po co?

Młodociani bohaterowie też całkiem w porządku, nawet wuj robi robotę – trochę pazerny, ale w końcu to nie jest zły człowiek.

Babska logika rządzi!

Daję klika i wrócę z komentarzem kiedy się wyrobię z czasem. Urodziny mam więc może pojutrze?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podoba mi się język, bo normalny, zrozumiały,  podoba mi się opowieść :), lecz dlaczego nie rozwijasz scen, piszesz jakby w krótkich reminiscencjach to znaczy nie zawsze, są dwie dłuższe. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@mr.maras

Dzięki za podwójnego, urodzinowego klika – wszystkiego dobrego! ;D

 

@Finkla

dlaczego, po co?

A dlaczego łososie skaczą w górę rzeki? taka cykl reprodukcyjny, trzmiele potrzebują jakiegoś znacznika dla miejsca, w którym spotkają się następnym razem. Dominiki ma tam trochę za mało danych, żeby samemu na to wpaść.

I dzięki za nominację – mówiłam, że co-trzeci-tekst wypada akurat na UFO ;D

 

@NWM

Hm, nie myślałam, że jest aż tak weird…

A matka nie dawała sobie rady psychicznie, choć nie ukrywam, że miała też odwracać uwagę od trzmieli.

 

katia, drakaina – dzięki za wizyty ;)

 

 

I would prefer not to.

Aha. Ale z tekstu nie wynika ten cykl. Może, jakbyś pokazała, że to królowa trzyma się małej, a nie na odwrót, to by była jakaś poszlaka… I dlaczego ojciec musi zginąć?

Babska logika rządzi!

Też przez połowę opowiadania myślałam, że matka jest duchem/zombie/kosmitką/czymś w tym rodzaju. Najpierw się nie pojawiała, a jak się pojawiła to zachowywała się nienormalnie. Tak bardzo, że dopiero po przeczytaniu komentarzy uwierzyłam, że chodziło o trzmiele :) Czytałam z zainteresowaniem, ładnie zbudowałaś postać Oli i jej odrzucenia przez rówieśników, ładnie wyszła relacja rodzeństwa i opieka starszego brata nad siostrą. Co prawda trochę mi zabrakło ‘niezidentyfikowanego obiektu latającego’ – trzmiele wszak zostały zidentyfikowane ;) Aha, czemu ojców żądliły pszczoły? Pszczoły chyba były w opozycji?

Są wszelkiej maści pasożyty, które wpływają na zachowanie gospodarzy.

Można też czytać to jako odwołanie do rozmnażania trzmieli – samce umierają na jesień, samice hibernują do wiosny.

Albo po prostu – łososie i góra rzeki. Tak to działa.

Postaram się dorzucić gdzieś coś więcej o cykliczności.

I would prefer not to.

niepewny narrator, nikt nie wie, co naprawdę żądliło ojców ;)

 

oj tam, tylko Dominik z Ola wiedzą o trzmielach, reszta wsi ich nie zidentyfikowała ;)

I would prefer not to.

Piękne opowiadanie mówiące – w mojej interpretacji - jednocześnie o chłodzie dosłownym i chłodzie uczuciowym. Na początku dało się wyczuć te niejako dwie równoległe ścieżki fabularne i zastanawiałem się, czy i jak połączą się one w zakończeniu i czy matka odegra jakąś rolę w całości. Wszystko połączyło się bardzo sprawnie i zaskakująco (podobnie jak bohater myślałem, że to Ola okażę się “winna”, choć przecież były przesłanki, że chodzi o matkę). A potem zdanie:

Mieszkaliśmy z królową, powiedziała Ola. Z królową lodu.

kupiło mnie już do końca.

Na duży plus również postacie, zwłaszcza Ola.

Muszę przyznać, że robi się ze mnie stały czytanietz Twoich opowiadań, bo przyzwyczajam się do wysokiej jakości i tym razem też nie zawiodłem się. Może mógłbym jedynie deczko popsioczyć, że gdzieś w środku nazbyt się ciągnęło i tam też wrzuciłaś zbyt dużo zawiłych detali.

Wydaje mi się również, że niepotrzebny w tekście był problem co ma stać się z sadem, kiedy bohater wyjedzie – niepotrzebnie odciągał od osi fabularnej, a nie pełnił żadnej funkcji w całości.

Zauważyłem ze dwie-trzy drobne literówki (np. forma żeńska czasownika u narratora – zrozumiały błąd ;)), ale to drobnostki.

W Bibliotece już jest, ale zgłaszam tekst do piórka.

 

Edycja: byłbym zapomniał – w opowiadaniu wyczuwalny był nastrój smutku, nadający mu głębi i ładunku emocjonalnego. 

 

Edycja druga: A mi się przypominają Twoje obawy, że wrzucę tekst na UFO przed Tobą. Tymczasem mój dopiero przechodzi pierwsze leżakowanie. ;p

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wszystko połączyło się bardzo sprawnie i zaskakująco

cieszy mnie to bardzo ;)

 

czytanietz

to jeszcze bardziej ;D

 

gdzieś w środku nazbyt się ciągnęło i tam też wrzuciłaś zbyt dużo zawiłych detali.

e, nie jest źle. jakby mnie nikt nie przywołał do porządku to wrzuciłabym cały kalendarz rolniczy prac w sadzie ;D

muszę walczyć z tendencją do prowadzenia bohaterów w kółko.

 

Wydaje mi się również, że niepotrzebny w tekście był problem co ma stać się z sadem, kiedy bohater wyjedzie – niepotrzebnie odciągał od osi fabularnej, a nie pełnił żadnej funkcji w całości.

To akurat było potrzebne do charakteryzacji wujka – niby pazerny, niby pomaga.

 

A mi się przypominają Twoje obawy, że wrzucę tekst na UFO przed Tobą. Tymczasem mój dopiero przechodzi pierwsze leżakowanie. ;p

A nie, ja po prostu histeryzuję. To na forum to jest nic ;P

 

Dzięki za nominację, Czytantzu ;)

I would prefer not to.

e, nie jest źle. jakby mnie nikt nie przywołał do porządku to wrzuciłabym cały kalendarz rolniczy prac w sadzie ;D

;D ale tak serio to masz rację – nie jest źle

 

A nie, ja po prostu histeryzuję. To na forum to jest nic ;P

A to chyba że tak. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Spodobał mi się Twój pomysł na konkursowe UFO. I to, że od razu pojawił się problem, choć nie od razu cała rzecz była jasna, a problem zimna ujawniał się powoli, co sprawiło, że mocno intrygował. Osobliwe zachowanie matki i wzmianka, że była we wsi obca, dodatkowo sugerował jej niejasny udział w sprawie.

Nad wyraz spodobały mi się trzmiele i pielęgnowanie Albusa.

Napomknienie o przejęciu sadu, co podważył El Lobo, wydało mi się naturalne, skoro go dzierżawił. Z kolei wzmiankę o dzierżawie uważam za konieczną, bo tłumaczy, w jaki sposób, przez dziesięć lat, utrzymuje się niepracująca matka z dwojgiem dzieci.

 

Wuj cho­dził przy­gnę­bio­ny i pew­nie chciał wszyst­kim po­pra­wić humor, kiedy za­py­tał Oli: –> …kiedy za­py­tał Olę:

 

Usły­sza­łem trzask klu­cza prze­krę­ca­ne­go w zamku, potem gniew­ne kroki na scho­dach. –> Czym objawia się gniew kroków na schodach?

 

ale ja pod­cho­dzę do spra­wy na­uko­wo… – urwał. –> …ale ja pod­cho­dzę do spra­wy na­uko­wo… – Urwał.

 

Po chwi­li matka prze­szła obok mnie i po­wo­li we­szła po scho­dach. –> Nie brzmi to najlepiej.

Skoro matka opuściła piwnicę, to chyba wyszła, nie weszła.

Proponuje: Po chwi­li matka minęła mnie i po­wo­li zaczęła wchodzić na schody.

 

a Oli ie za­wsze uda­wa­ło się schro­nić w po­ko­ju… –> Literówka.

 

– Nie chcę was skrzyw­dzić! Chcę wam pomóc! – roz­po­zna­łem głos Bor­su­ka. –> – Nie chcę was skrzyw­dzić! Chcę wam pomóc! – Roz­po­zna­łem głos Bor­su­ka.

 

– Szukają was wszyscy. Zjeżdżają się media, Borsuk narobił strasznego szumu, że kosmitów tu mamy.Westchnęła ciężko… –> – Szukają was wszyscy. Zjeżdżają się media, Borsuk narobił strasznego szumu, że kosmitów tu mamy – westchnęła ciężko

 

Nie od­wró­ci­ła się, by spoj­rzać na nas po raz ostat­ni. –> Literówka.

 

Pa­trzy­ła z nie­śmia­ła na­dzie­ją to na mnie… –> Literówka.

 

Jakaś psz­czo­ła zna­la­zła się w aucie, użą­dli­ło go, a że był uczu­lo­ny… – urwa­ła. –> …a że był uczu­lo­ny… – Urwa­ła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

w jaki sposób, przez dziesięć lat, utrzymuje się niepracująca matka z dwojgiem dzieci.

są jeszcze zasiłki i renty, ale dzierżawa znacznie uprawdopodabnia sytuację.

 

gniewne kroki to głośne kroki – matka jest w domyśle, za dużo by jej było w tamtym kawałku.

 

Dzięki za łapankę, usterki poprawione ;)

 

I would prefer not to.

Wybranietz, dziękuję na wyjaśnienia. ;)

 

są jeszcze zasiłki i renty, ale dzierżawa znacznie uprawdopodabnia sytuację.

Domyślam się, że dzieci miały rentę po ojcu, ale TA matka, w życiu nie zajęłaby się sadem. Gdyby nie dzierżawa, stałby odłogiem, nie dawałby żadnych zysków, a z rent i ewentualnych, raczej groszowych zasiłków, rodzina pewnie by się nie utrzymała.

 

edycja

Zauważ, Wybranietz, że w żaden sposób nie podważam zasadności wzmianki o dzierżawie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Super opowiadanie. :) Już sam tytuł wzbudził moją ciekawość, a potem było już tylko lepiej. Bardzo fajny pomysł, ciekawe postaci (w szczególności biedna Ola) i to zaskoczenie na końcu. Ja też w pewnym momencie posądzałem matkę o konszachty z UFO, a tu bach – trzmiele.

Podobało się :) 

w powietrzu unosiły się smugi chłodniejszego powietrza.

Mmmm…

jabłoń rozbieloną

W zasadzie "rozbielony" może być tylko kolor (tj. bierzesz farbę i mieszasz z białą).

 z sprayem

Ze sprayem.

 skrawkami materiałów

Może jednak tkanin.

 Bo wiesz, Albusie

 przywiązywał termometry

Ale one muszą jakoś tę temperaturę rejestrować, bo tak to sobie można.

 Zimne prądy (…) nie układały się w żadną sensowną całość,

Prądy w całość?

 z każdym drzewem narastał we mnie strach

Ooj.

 zapomniała o maśle, choć to i tak nieźle.

Troszkę nie teges. Może: i tak było nieźle?

 

I tyle czepialstwa. Poza tym – chylę czoła.

 Ale z tekstu nie wynika ten cykl. Może, jakbyś pokazała, że to królowa trzyma się małej, a nie na odwrót, to by była jakaś poszlaka…

Mhm. Bo czy to to żądlące się tu rozmnaża, czy królowa-matka?

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Rozbielone jabłonie proszę zostawić! A moja Lożańska opinia w swoim czasie ;)

@reg,

mi tam chodziło o to, że bez dzierżawy też by się dało utrzymać ;)

widocznie gdzieś mi coś przeskoczyło w myśleniu.

 

@leniwiec,

a tu bach – trzmiele.

od trzeciego akapitu czekały na swoje wielkie wejście ;D

 

@tarnina,

miałam nadzieję, że dostanę gifa z Frozen ^^

Bo czy to to żądlące się tu rozmnaża, czy królowa-matka?

Obydwa elementy są potrzebne do rozmnażania ;>

 

@fun,

jabłonie nigdzie nie idą ^^

I would prefer not to.

– Bo wiesz, Albusie, Marysia kiedyś w szkole pokazywała nam filmik, że jak coś jest za zimne, to się może potłuc. I teraz mi się śni, że spadam ze schodów i się roztrzaskuję.

Świetny fragment. Taki obrazowy.

 

Propsuję wrzucanie na konkurs UFO tekstów bez kosmitów. Dobry, mroźny, trochę dziwaczny klimat opowiadania, podobał mi się twist z trzmielami. No i lubię trzmiele, bo są miłe i puszyste <3, nie to co żądne ludzkiego mięsa szerszenie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

dzięki za wizytę ;)

a trzmiele są super!

I would prefer not to.

Bardzo interesujący, dobrze przemyślany tekst. Świetnie budowane napięcie, dobrze zrobione postacie, plastyczny styl. Jestem pod wielkim wrażeniem.

Gdybym miał się czegoś czepiać, to wątkowi niezrównoważonej/szalonej matki brakuje domknięcia – co delikatnie mnie rozczarowało, bo sceny z jej udziałem były w mojej opinii jednymi z najlepszych. Można by też, jak wspomniała Finkla, wejść nieco głębiej w wyjaśnienie związku miedzy trzmielami a Olą lub odrobinę rozbudować wątek gniewnych mieszkańców wsi, którzy w tej chwili są nieco oderwani od reszty tekstu – pojawiają się tu i ówdzie, ale budzą mniej emocji, niż by mogli. 

Niemniej, to w gruncie rzeczy drobnostki. Ponownie, moje najszczersze uznanie.

uwagi zachowam.

cieszy mnie, że się spodobało ;)

I would prefer not to.

Najpierw ciemy z bongosami, teraz lodowe trzmiele, co potem? Jesteś taką trochę księżniczką Disneya od owadów :)

 

Ja swój zachwyt wyrażę komplementem dotyczącym narracji pierwszoosobowej. Moje uznania nad ową zdarzają się tak rzadko, że zapisuję sobie te konkretne przypadki *zaznacza gwiazdkę przy linku do Aberracji Mrozowiska*. Problemy dzierżawy ziemi plus pierwszoosobowa? Brzmi jak tragedia. Tymczasem czytało się wyjątkowo zacnie. Nie ma zaburzeń (prócz tych matki rodzeństwa) płynności, bohaterowie są wyraziści i prawdziwi (ale z tym nigdy nie masz problemów), jest twist (nie jogurt) i klamra spinająca całość. Oryginalny pomysł, btw, dej numer do swojego dilera :) Teraz oczekuję gifa z Albusem trzmielem.

 

 

Dzięki za wizytę ^^

 

co potem?

ojej, Żonglerko ;>

 

Jesteś taką trochę księżniczką Disneya od owadów :)

Tylko trochę? ;P

 

A tak mnie coś ostatnio chwyciła to pierwszoosobówka i zupełnie nie mogę się od tego oderwać. Jakoś z automatu mi to wskakuje.

 

 

Nie chcesz poznać traumatycznej backstory Albusa!

I would prefer not to.

Szacuneczek!

Zdarzają się opowiadania, które czyta się dla samej przyjemności płynącej ze zdań. Jeżeli do tego pomysł jest odpowiednio zakręcony, to włącza mi się funkcja logic off i nie mam ochoty analizować szczegółów, związków przyczynowo-skutkowych czy prawdopodobieństwa. I to się chyba w praktyce nazywa dobry weird (w tym konkretnym przypadku bardziej new weird niż weird fiction). A Ty wyrastasz na specjalistkę tego sposobu pisania (zresztą nie tylko lokalną).

To chyba najładniej napisane z Twoich opowiadań. Nie pogniewasz się, jeśli napiszę, że na poziomie zdań, zwłaszcza niektórych otwierających akapity, widać rękę Funa?

Łyżka dziegciu – słabiej wypadła scena introdukcji Borsuka, ta jego autoprezentacja odstaje od reszty tekstu.

A w ogóle to cały czas miałem przed oczami “|Co gryzie Gilberta Grape” – małe miasteczko, dysfunkcyjna rodzina, chłopak opiekujący się młodszym rodzeństwem z ograniczeniami, “pożar” domu – miałaś taką inspirację?

Dziękuję ;)

 

Nie pogniewasz się, jeśli napiszę, że na poziomie zdań, zwłaszcza niektórych otwierających akapity, widać rękę Funa?

Gniewać się nie ma o co ;)

Choć ciekawa jestem, które najbardziej.

 

O Gilbercie nie myślałam – pamiętam, że czytałam książkę, ale to było dawno temu – może coś się gdzieś zagrzebało?

I would prefer not to.

Najbardziej pierwsze i to:

 

Już właściwie chciano Borsuka wyprosić z Obrazy, kiedy spadły Perseidy i umarł stary Jóźwiak.

 

:)

„– To będzie nasz sekret.

Wróciliśmy do naszego sadu, kiedy jabłoń odtajała.”

 

„Ktoś się pewnie z sprayem mrożącym zakradł.” – ze sprayem

 

„Wiem, że wielu szarlatanów mogło zaszkodzić mojej misji przez pogoń za tanią sensacją, ale ja podchodzę do sprawy naukowo… – uUrwał.”

 

„Oli ie zawsze udawało się schronić w pokoju” – literówka: nie

 

„Przecież to nie ma związku! utknęło mi w gardle.” – W sytuacji, w której masz znak interpunkcyjny bardzo, ale to bardzo brakuje jakiegoś oddzielenia kwestii dialogowej/myślowej od opisu. Tu na przykład przydałaby się półpauza.

 

„Zupełnie jak Albus, to znaczy[-,] Albusa.”

 

„Na szczęście[-,] nikt nie kazał nam wracać do Obrazy.”

 

Więcej grzechów nie pamiętam ;)

 

Czytało się dobrze, fajny, prosty, lekki język, płynna narracja. Postacie narysowane ciekawie, wiarygodnie, zagadka na początku również przedstawiona bardzo dobrze, chwyta czytelnika. Rozwinięcie też niczego sobie, tylko zakończenie jakoś mnie nie kupiło. Może za dużo próbowałam wyczytać w tej fabule, ale próbowałam zrozumieć, jak działają te trzmiele. Sam pomysł na “mroźne”, obce, dziwne owady świetny, jednak ani się nie znam na owadach w ogóle, ani z tekstu się nie dowiedziałam “dlaczego”. A lubię wiedzieć dlaczego. Dlaczego potrzebna jest istota ludzka jako… pośrednik, nośnik, ośrodek? Dlaczego akurat dziecko, z nieznanego powodu rodzące się jako “zimne”? Skąd to zimno się w dziecku bierze, skoro ojciec użądlony zostaje dopiero kiedy dziecko się rodzi, a nie zanim zostanie poczęte? I czemu w ogóle ojciec musi umrzeć?

Niby to nie ma znaczenia i można przyjąć do wiadomości, że po prostu się dzieje, ale… no ale mnie deczko przeszkadzało.

Generalnie jednak bardzo dobrze i przyjemnie prowadzisz opowieść, wpadłaś na niebanalny pomysł, przekonujące są relacje między bohaterami, dobrze, niepokojąco jest napisana dziwna matka. Dobre opowiadanie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie chcesz poznać traumatycznej backstory Albusa!

@cobold,

tak mówisz? to znaczy, że jakieś perspektywy są, może trochę przymglone, ale są ;)

 

@jose,

nie wiem, czy przy narracji pierwszoosbowej dałoby się to jakoś sensownie rozjaśniać – coś starałam się dookreślić w końcówce, ale Borsuk ma nie do końca prawidłowe dane a Dominiki też wszystkiego nie wywnioskuje – jak masz jakieś wskazówki, to ja bardzo chętnie ;)

 

@żongler

I would prefer not to.

Hah, nie odważę się podpowiadać, bo oczywiście masz rację, przy narracji pierwszoosobowej narrator nie jest wszechwiedzący ;) Przedstawiłam tylko moje wrażenia i opinię, że po prostu lubię wiedzieć ;)

No właśnie, zapomniałam napisać, że doskonale sobie w tej narracji pierwszoosobowej poradziłaś, a to trudna sztuka.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

życie przeszło w szóstkę ich dzieci.

to nie mogliśmy liczyć na obfite plony

Nie jestem przekonany czy plony to właściwe słowo na sad. Może jednak zbiory?

no i był huk roboty przy zbiorach.

Mnóstwo chyba bardziej by pasowało.

Tego ranka przymrozki objęły całą wieś i pobliskie sady, skrząc się cały dzień

Albus wściekle bzyczał na mojej dłoni.

Ale Albus chyba nie miał skrzydełek. :(

 

Bardzo ładnie poprowadzona opowieść. Relacje w trójkącie matka i dwójka dzieci – rewelacja. Świetnie puentowałaś niektóre fragmenty. Jak choćby wspomniane zdanie w komentarzach o mieszkaniu z królową lodu i dziesięciu latach zimnego chowu (jakoś tak).

Fragment z wyproszeniem koleżanki naprawdę mnie ruszył. Wszystkie elementy były na swoim miejscu, postacie rozbudowane, ciekawe, prawdziwe. Chyba nie ma co się rozpisywać, naprawdę bardzo mi się podobało.

Cóż, mogę się powtórzyć, że Twoje teksty i wrażliwość jaka z nich przebija się bardzo do mnie przemawia. Od samego początku zaintrygowałaś mnie postaciami i relacjami. A rozwiązanie UFO – interesujące i zakładam, że do samego końca będzie się wyróżniać. Jestem też pod dużym wrażeniem narracji pierwszoosobowej – niezwykle zgrabnie Ci to wyszło. Główny bohater jest niezwykle “oszczędny”, a przy tym udaje Ci się budować “akcję”. Twoje niedopowiedzenia też pozwalają patrzeć na tekst z różnych perspektyw – jako tekst fantastyczny, albo metaforyczną historię dysfunkcjonalnej rodziny (wszelkie obrazy z funkcjonowania matki są niesamowite).

“Biba” masz, a z mojej strony Twój tekst zasługuje na kolejne wyróżnienia ;)

Jak ty ślicznie piszesz! Twoje opowiadania przypominają mi teksty funa, ale raczej nie posądzam go o taką ingerencję w twoje teksty – raczej wasze style mają swoje punkty schodne (jak właśnie te przefajnowane zdania). I tak jak u funa czuję pewien dystans do postaci, które są przecież świetnie przemyślane i charakterystyczne – służą ci raczej jako część pięknego show niż jako realne postacie.

Zakończenie wyjaśnia niewiele, też bym chętnie dowiedziała się więcej o tym, jak działają obcy. Mimo wszystko czytałam z przyjemnością :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

@ac,

aleś wypatrzył z tym bzyczeniem!

ale racja, muszę tam dać coś innego xD

 

@Deirdriu

Twoje niedopowiedzenia też pozwalają patrzeć na tekst z różnych perspektyw – jako tekst fantastyczny, albo metaforyczną historię dysfunkcjonalnej rodziny

Coś takiego zawsze staram się uzyskać, fajnie, że wyszło

 

Wielkie dzięki za nominacje! ^^

 

@kam_mod

ech, o tym podobieństwie z funem to się już dużo nasłuchałam…

co do zakończenia – przy takiej narracji trudno byłoby wcisnąć konkretne wyjaśnienia, ale ja tam lubię moje robaczki, więc. ;)

 

 

I would prefer not to.

Tchnęło klasykiem, bo mamy tu zwykłą–niezwykłą ciekawą opowieść, po prostu. Pomysł taki, że czapki z głów – znów, niby zwykły, ale połączenie trzmieli z ufo czyni go unikalnym. Fajnie rośnie napięcie. Scena w domu z trzmielami na tyle dobra i wciągająca, że dla mnie mogłaby trwać przez pół opowiadania. ;) Ton opowiadania bardzo subtelny – czy zbyt subtelny, to znów kwestia gustu. W sumie to chyba coś przegapiłem, bo nie do końca załapałem, skąd dokładnie ta przypadłość obniżonej temp ciała. Przydało by się wrzucić kilka metafor, dla ich koneserów. Fajnie że pojawia choć delikatny suspens – scena w komórce. Napisane stylem nie tyle prostym, co raczej transparentnym. Dobrze się czytało, wciągnęło, pomysł zacny, więc i się podobało. 

Czy dobre proporcje miodu i dziegciu? ;)

Scena w domu z trzmielami na tyle dobra i wciągająca, że dla mnie mogłaby trwać przez pół opowiadania.

Od tego obrazka zaczęłam pisać ;)

 

 W sumie to chyba coś przegapiłem, bo nie do końca załapałem, skąd dokładnie ta przypadłość obniżonej temp ciała.

Ech, to się powtarza, ale wciąż nie mam pomysłu jak wcisnąć wyjaśnienie w tekst – to są rzeczy, których narrator nie wie i nie bardzo może wywnioskować, a nie chcę cisnąć na koniec z okrutnym infodumpem i perfidną łopatologią.

 

Cały tekst jest metaforą ;D

Napisane stylem nie tyle prostym, co raczej transparentnym. 

Tego nie rozumiem – że czyta się samo, czy że nijako jakoś?

 

Proporcje spoko xD

I would prefer not to.

Ech, to się powtarza, ale wciąż nie mam pomysłu jak wcisnąć wyjaśnienie w tekst – to są rzeczy, których narrator nie wie i nie bardzo może wywnioskować, a nie chcę cisnąć na koniec z okrutnym infodumpem i perfidną łopatologią.

Może wstawić dywagacje Borsuka na temat podobnej sytuacji? “Jedna kobieta opowiadała o sytuacji, gdy coś tam, coś tam”. Musiałabyś to zrobić bardzo delikatnie, ale chociaż jakiś trop…

Babska logika rządzi!

– Czy ktoś zmarł w zeszłym roku? Albo dwa lata temu? Pięć? Nikt, prawda? – odpowiedział sam sobie.

Chyba wiedziałem już, do czego zmierza. Borsuk uniósł palec.

– A dziesięć lat temu? – Po chwili, jakby do siebie, dodał: – Śmierć ojca i narodziny takiego dziecka w tym samym czasie…

Cisza, jakby wszyscy próbowali sobie coś przypomnieć, choć przecież nikt nie zapomniał. No i matka urządziła ledwo co scenę w Lewiatanie.

Coś tak? Jest trop, że to ma coś wspólnego, choć za wiele nie tłumaczę ._.

I would prefer not to.

Coś w ten deseń. Ale nadal nie widać związku między trzmielami a resztą. I mógłby Borsuk wspomnieć, dlaczego ojciec musi umrzeć…

Babska logika rządzi!

Tego nie rozumiem – że czyta się samo, czy że nijako jakoś?

Czyta się samo. :)

 

No tak, tak, rozjaśnia się. 

 

A więcej info w dialogach z Borsukiem, to dobry pomysł. Dać czytelnikowi odrobinę więcej czasu i większy okruszek. 

 

Jak mówi Blackburn – powiało klasykiem. Nie, żebym miał jakieś nazwiska przytaczać, chodzi o samą strukturę historii – zaczyna się delikatną obyczajówką, potem pojawiają się dziwności, narasta klimat grozy, by w scenie kulminacyjnej eksplodować dynamicznym chaosem i zamieszaniem. Do tego ciekawy pomysł, tajemnica – i powstaje znakomita opowieść weird z horrorową politurą. 

Nie wycinasz maczetą awangardy nowych ścieżek w literackim gąszczu, poruszasz się po utwardzonych traktach, ale za to z gracją łyżwiarki figurowej. Nie powstrzymam się przed użyciem którejś z moich ulubionych, acz średnio sensownych i niewiele mówiących cokolwiek komukolwiek (poza mną) motoryzacyjnych metafor – jesteś jak mazda MX-5. Wydaje się, że jest prosto, przewidywalnie, żadnych szalonych osiągów, skomplikowanej inżynierii, kosmicznych technologii i odjechanego designu, że właściwie nic specjalnego. Dopóki człowiek się nie przejedzie. Wtedy można już tylko zachwycić się i zakochać. 

Twoje opowiadania przypominają mi teksty funa, ale raczej nie posądzam go o taką ingerencję w twoje teksty – raczej wasze style mają swoje punkty schodne (jak właśnie te przefajnowane zdania). I tak jak u funa czuję pewien dystans do postaci, które są przecież świetnie przemyślane i charakterystyczne – służą ci raczej jako część pięknego show niż jako realne postacie.

 

To chyba najładniej napisane z Twoich opowiadań. Nie pogniewasz się, jeśli napiszę, że na poziomie zdań, zwłaszcza niektórych otwierających akapity, widać rękę Funa?

Aha! A kto pierwszy to zauważył? (gest bezpodstawnego samozachwytu) 

I rzeczywiście, i Ty i Fun podobnie budujecie zdania – niby prosto, bez formalnego rozpasania, raczej oszczędnie, ale precyzyjnie w punkt, tak, by wywołać maksimum efektu (nastroju, treści, wrażenia) przy niewielkiej ilości ozdobników. A gdyby próbować usunąć jakiś wyraz, dodać, przestawić, to się nie da. Bo każdy jeży sierść i warczy – nie rusz! Do tego dochodzą jeszcze ciekawe pomysły i dobrze poprowadzona fabuła… 

I nie jest tak, że robię z Ciebie drugiego Funa, czy podfuna, czy co tam jeszcze. Jesteście równorzędni, przede wszystkim w byciu moimi ulubionymi autorami na forum. Obecnie. Okrzyki zachwytu zbyteczne, bo to się lubi zmieniać ;-) 

Minus – fabularny, nie techniczny – to, tak jak kilku już zauważyło wcześniej – niedopowiedzenia. Pal sześć naturę lodowych trzmieli, to nawet fajne, że nie do końca wiadomo skąd i po co. Gorzej z tymi nieszczęsnymi ojcami – albo zupełnie z tego zrezygnować, albo rozbudować, choć trochę zaznaczając ciąg przyczynowo skutkowy. Trzmiele poruszają się na granicy jakiejś totalnie pokręconej, obcej, nieziemskiej, – ale jednak – biologii, natomiast związek między śmiercią ojca a zimny dzieckiem trąci już kompletną metafizyką, spirytualnością, czy innymi takimi, według mnie nieprzystającymi do charakteru tego tekstu. 

Tak, wiem, że pierwszoosobowy narrator utrudnia obiektywne wyjaśnienia, ale co, Ty nie dałabyś rady?! (poza tym nie wiem o co ta heca z trudnością pierwszoosobowej narracji, mi wydaje się ona prosta i w pewnym sensie naturalna…) 

Zatem – bardzo chciałem coś skrytykować, nawet nosorożcowo, albo chociaż do piórka nie nominować, no bo, cholera, ileż można. Ale tekst jest lepiej napisany, niż ten o muzycznych agresorach i ciekawszy fabularnie niż ten o teenage mutant baba-jaga, więc nie mogę. 

Może następnym razem! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nie wycinasz maczetą awangardy nowych ścieżek w literackim gąszczu

To luźna uwaga, ale na ile jest to potrzebne w literaturze było nie było rozrywkowej?

moich ulubionych, acz średnio sensownych i niewiele mówiących cokolwiek komukolwiek (poza mną)

Tu masz absolutną rację ;D

A gdyby próbować usunąć jakiś wyraz, dodać, przestawić, to się nie da. Bo każdy jeży sierść i warczy – nie rusz!

To pisałeś już przy wielokrotności, hen dawno temu w maju ;D

Jesteście równorzędni, przede wszystkim w byciu moimi ulubionymi autorami na forum.

awww!

niedopowiedzenia

walka z niedopowiedzeniami jest wysoko na liście rzeczy do zwalczenia

no bo, cholera, ileż można

ależ nie krępuj się ;D absolutnie mi to nie przeszkadza!

 

Dzięki za nominację i mnóstwo dobrych słów ;)

I would prefer not to.

To luźna uwaga, ale na ile jest to potrzebne w literaturze było nie było rozrywkowej?

Niespecjalnie potrzebne. I dlatego nie uważam tego za wadę :-) 

To pisałeś już przy wielokrotności, hen dawno temu w maju ;D

A widzisz! Niesamowite, jak konsekwentny jestem w swoich ocenach / Używam garści tych samych, wyświechtanych sformułowań, wklejając je wedle potrzeb (niepotrzebne skreślić) 

awww!

No dobra. Jesteście tak samo zajebiści. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo mi się podobało. Jedynym minusem tego opowiadania jest to, że czytałem z ekranu komputerka, a nie na papierze w jakimś autorskim zbiorze, chociaż mam nadzieje, że to już tylko kwestia czasu :)

 

(ale Holometabolia i Synatropia są jeszcze lepsze, oby dane im było ujrzeć światło dzienne…)

Ładne opisy dajesz i umiejętnie je wplatasz :)

Z dzieciństwa pamiętam sady, pszczoły i puchate trzmiele brzmiące jak bombowce. Chociaż może bardziej osy, bo ich zawsze było więcej ;)

A widzisz! Niesamowite, jak konsekwentny jestem w swoich ocenach / Używam garści tych samych, wyświechtanych sformułowań, wklejając je wedle potrzeb (niepotrzebne skreślić) 

albo zapadające w pamięć ;)

choć pewnie powinna skupić się na innych komentarzach, tych które oprócz ‘jakie to ładne’ mówią jeszcze ‘ale o co chodzi’ ;D

 

lk, wonsz:

dziękować ;D

 

 

 

I would prefer not to.

To bardzo ładne opowiadanie, spokojne.

Zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś strachu chłopaka przed tym co się dzieje. On to tak jakoś, w moim odczuciu, za spokojnie przyjmował. No takie odnioslem wrażenie, ale poza tym, nie bardzo miałbym się do czego przyczepić.

Ta porcelana i borsuk to twoje wymysły czy funa? – żartuję sobie, ale te słowa kojarzą mi się z jego opowiadaniami :-)

Zostawiawsz spore niedopowiedzen ciekawego tematu. Dajesz poszlaki, ok. Chociaż odczuwam pewien niedosyt.

A tak w ogóle podobało się. Jestem z lektury ukontentowany.

Widac, że jest tak, jak chciałaś, żeby było.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Znowu Ci się udało!

Mnie kupili wyraziści bohaterowie i przemyślany, rozbudowany ale nienachalny wątek obyczajowy. Do tego trzmiele zbierające ciepło zamiast miodu, potem dom płonący mrozem (!) zamiast w płomieniach. Rewelacyjne pomysły. Absolutnie.

Umknęło mi, co się stało z matką. Spłonęła w lodzie? Albo coś przeoczyłem, albo porzuciłaś jej wątek, gdy stała się niepotrzebna. Do tego w finałowej kwestii spotkanej w przychodni kobiety usunąłbym trochę łopatologii – gdy mówi, że mąż ją odwiózł a potem zmarł i gdy Dominik dotyka czółka, wszystko jest już naprawdę jasne. Nawet kosztem wspominania o trzmielach bym się tego pozbył. Niemniej zgadzam się z Coboldem, że przy pewnym poziomie tekstu już się nie zwraca uwagi na babole, bo albo ich nie ma, albo się ich zwyczajnie nie zauważa, pędząc z lekturą dalej. Nie wiem jak jest tutaj, bo pędziłem. :)

Trzymaj się ciepło! ;D

@Mytrix, 

dzięki za wizytę i nominację ^^

On to tak jakoś, w moim odczuciu, za spokojnie przyjmował.

On to opowiada, chciał dobrze wypaść ;)

 

Ta porcelana i borsuk to twoje wymysły czy funa? – żartuję sobie, ale te słowa kojarzą mi się z jego opowiadaniami :-)

Tej porcealny to musiałam z ctrlF szukać xD

A fun nie ma monopolu na faunę ;>

 

@JasnaStrona

Do tego trzmiele zbierające ciepło zamiast miodu, potem dom płonący mrozem (!) zamiast w płomieniach. Rewelacyjne pomysły. Absolutnie.

<3

 

Umknęło mi, co się stało z matką. Spłonęła w lodzie?

mhm. Dominik musiał wybierać, czy wyjdzie z Ola i zajmie się małą, czy będzie próbował uratować matkę – ryzykując zamarznięcie.

 

Pięknie dziękuję! ;)

I would prefer not to.

Mhm, ciekawe to. Nie podobał mi się początek – nie mogłem trafić na zarzucony przez Ciebie haczyk. Udało się dopiero przy zmianie płci Albusa. A i wioska za bardzo traciła mi wiejskim, zapomnianym skansenem z lat osiemdziesiątych. Ale ja skrzywiony Wylatowem jestem, pochodzę z niedalekich rejonów i się napatrzyłem i nasłuchałem o zbożowych (u Ciebie owocowych) kosmitach.

Na plus zdecydowane przyspieszenie akcji pod koniec opowiadania, a pomysł o trzmielach zbierających ciepło sobie zapisałem na “możliwe wykorzystanie w innej formie”. Fajnie, że odważyłaś się na agresywniejsze zagrywki z formą i zdaniami (płonący mróz etc.), ale jeśli miał być to weird, odważyłbym się na więcej. Choć ja mam zapędy samobójcze i już mi dawno na portalu o tym znać. ;)

I szacuneczek za umiłowanie do zimna. Nie lubię lata i gorąca, możesz podrzucić mi kilka trzmieli do opieki. ;)

Uważaj, Stn, one coś nie przepadają za ciepłymi facetami. Żony w ciąży nie masz? ;-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze nie! Ale wychowanie kosmity wydaje mi się być tak samo męczące, jak zwykłego dziecka. Ale tu Mytrix powinien uważać, bo tych swoich jabłek nie nadąży zbierać. ;)

Może i tak samo męczące, ale bardziej niebezpieczne… ;-)

Babska logika rządzi!

Tudzież dogadanie się z kobietami, co się z innej planety przyplątały.

O, masz rację – to dopiero będzie problem! ;-)

Babska logika rządzi!

Chyba najwyższy czas napisać komentarz, w końcu przeczytałem wieki temu ;)

 

A zatem – podobało mi się, choć, jak wiesz, miałem pewne zastrzeżenia.

Początek dobry, bo nie dość że rzucasz na pierwszy plan tajemnicę (zamarzające pszczoły) i łączysz ją z postacią Oli, to jeszcze rysujesz całkiem ładny krajobraz Obrazy.

Ogólnie, tekst bardzo podobał mi się pod względem nastrojowości. Najpierw ta cisza i chłód, spacery po sadzie, zamarznięte jabłonki i pudełko z trzmielem. Później lodowe zamieci. Wprawnie przedstawiona relacja brata i siostry (choć pewnego elementu mi tu zabrakło, Fun wie jakiego ^^), odpowiednio pieprznięta matka.

Hmm… No, w sumie nie musiała być pieprznięta, ale z pewnością nadało to kolorytu postaci.

 

Pomysł na trzmiele z pewnością bardzo dobry, choć silnego uczucia nowości niestety nie miałem – w końcu czytałem Holometabolię.

Niejasność funkcjonowania tych “obcych”, forma przenoszenia i cykl życiowy, to wszystko, jak wiesz, trochę mnie dekoncentrowało i jednak zmniejszało przyjemność z lektury. Po prostu, kończąc opowiadanie nie opuszczało mnie wrażenie, że czegoś nie zrozumiałem i zamiast cieszyć się tym, co zrozumiałem, to po prostu… no, zastanawiałem się.

Choć argumenty, że “narracja pierwszoosobowa” i “przecież UFO jest niezidentyfikowane, obce” są oczywiście jak najbardziej trafne. Wydaje mi się, że w tym aspekcie sposób odbioru tekstu jest po prostu totalnie subiektywną sprawą i nie poczytuję tego za wadę opowiadania.

Dobrze, że zmodyfikowałaś scenę użądlenia ojca. W końcu to nie problem odróżnić pszczołę od trzmiela, nikt by się tak raczej nie pomylił. A już na pewno nie ktoś pracujący przy ulach.

Postać Ilony wydaje mi się zbędna fabularnie, ale nieco Ci będzie. Wzbogaca świat i stanowi archetyp mieszkańca wioski. Pod tym względem z pewnością się przydaje.

Warsztatowo elegancko, widać rękę Funa ^^ (żartuję, nie gniewaj się :> )

Zakończenie poprawne. Jak na Wybranietzkowy tekst zabrakło mi nieszczęścia, które spotkałoby Dominika lub Olę, no ale dzięki temu… zaskoczyłaś ;)

 

No, tyle ode mnie.

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Chwaliłem i nominowałem "Illicium", i muszę przyznać, że nadal piszesz na równym, wysokim poziomie. Sporo osób porównuje Twoje teksty do Funa, który cieszy się tutaj zasłużonym uznaniem (domyślam się, że to zaczyna być irytujące). Ja sam dałem się kiedyś podpuścić, gdy zamieściłaś tekst anonimowo. To porównywanie wynika zapewne z pewnej podobnej zdolności wyrażania myśli w ładnych, ale prostych zdaniach, które urodę zawdzięczają zawartemu w sobie bonusowi w postaci ukrytego znaczenia emocjonalnego, ukrytej treści. Albo samej swojej prostocie, która "na skróty" przekazuje więcej niż same słowa, które je tworzą. Może nie są to zdania – perełki poetyckie, jak w niektórych tekstach Cobolda lub Werweny, ale przecież mówimy o pisaniu Wybranietz i jej własnym stylu. Poza tym widać podobną jak u Funa dojrzałość tych zdań, a raczej myśli i świadomość literacką piszącego. Nawet jeśli jest (w jakimś stopniu) tylko intuicyjna. I chyba, tak jak w przypadku tekstów Funa, właśnie tę literackość czytelnicy doceniają i lubią w Twoich opowiadaniach. Urodzie zdań (popartej dobrym warsztatem, który na taką swobodę twórczą pozwala), towarzyszą ładne pomysły. Trzmiele zbierające ciepło. Niby proste a przecież urocze, zwłaszcza w kosmicznym (?), złowieszczym wydaniu. Zimne i bezwzględne, obce i niezrozumiałe.

I gdyby tylko tej urodzie zdań i pomysłów towarzyszyła równie urokliwa fabuła… A z nią jest tym razem nieco gorzej. Przede wszystkim, nie udało mi się, jak to się udało przedmówcom, popłynąć z tekstem i przymknąć oczy na "babolki", ponieważ kilka razy potknąłem się na fabule właśnie. W sumie sama fabuła jest nawet interesująca, ale niestety jakby rozlazła się autorce na boki.

Mamy zatem trzmiele przyniesione przez wuja w zastępstwie martwych pszczół. I mamy obce trzmiele mrożące krew w żyłach w finale. Czy to te same trzmiele? Chyba nie. Bo przecież chłód pojawił się w okolicy już wcześniej. Więc po co mieszać czytelnikowi z tymi trzmielami? Druga sprawa, poruszana już przez innych komentatorów – matka. Naprawdę sposób prezentacji tej postaci i prowadzenia jej w fabule, nie tylko myli czytelnika (co sugerujesz jako umyślny chwyt), ale wręcz buduje zupełnie inną historię w głowie odbiorcy. I jej nagłe porzucenie w finale wywołuje zagubienie, a nawet rozczarowanie. Skonstruowałaś solidną postać, powstał klimat wokół tej postaci, tajemnica, a potem pozwalasz jej umrzeć w zamarzniętym domu bez żadnej wzmianki i zupełnie na darmo.

Kolejna sprawa, również przytaczana w poprzednich komentarzach – wątek dzieci z obniżoną temperaturą i niezrozumiałej śmierci ich ojców. Jaki to ma związek z kosmicznymi trzmielami? Chyba pomimo skojarzeń typu zimno-tajemnica i zasłaniania się obcym cyklem rozrodczym, ten związek jest jednak żaden, poza wprowadzeniem klimatu dziwności i zagadki. Bo można coś sugerować, ale trzeba jednak podrzucić czytelnikom jakieś solidniejsze argumenty poza niedopowiedzeniem. Dlatego i ten wątek pozostaje według mnie kolejną niespełnioną obietnicą.

Doceniając klimat, ciekawe postaci, dobrze oddane partie obyczajowe i bystre oko obserwatora ludzkich zachowań czy naturalne dialogi, czytelnik dostrzega również dziury w fabule i zaczyna podejrzewać, że autor chyba nie do końca zapanował nad całością opowiadanej historii, lub jej zwyczajnie nie przemyślał od deski do deski, zdając się na klimat, niedopowiedzenia i inne uroki tekstu. A może nawet machnął na nie ręką, licząc na to, że czytelnik uzna, że niejasność fabuły wynika z jego braku zrozumienia dla intencji twórcy.

A może jest właśnie tak i to ja po prostu nie potrafiłem powiązać wszystkich wątków i przegapiłem jakieś sugestie autora, które scalają wszystkie puzzle w kompletny obraz.

I mimo wszystko to solidny kawałek pisania.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Piękne opowiadanie. Takie niepokojące. Teraz tym bardziej głupio mi publikować, bo (co chyba nawet Ci mówiłam) też mam tematy sadownicze. Tylko anomalie trochę inne. ;)

A tak zupełnie serio. Najbardziej kupił mnie obraz rodziny. Mocno patologiczny, dziwny, a zarazem przekonujący. No i językowo – też pięknie.

Sam pomysł na UFO bardzo przypadł mi do gustu. Był tak daleki od oczywistości, jak tylko można to sobie wyobrazić. 

 

O rany, ale się tu podziało.

Dzięki wszystkim za komentarze.

 

@stn,

Udało się dopiero przy zmianie płci Albusa.

jak doczytałeś do tego momentu to coś jednak musiało zahaczyć, bo to chyba nie z poczucia obowiązku?

i tak, zdecydowanie masz zapędy samobójcze w zagrywkach z formą, ale też chyba powinnam kiedyś-gdzieś, czy pozwolić sobie na więcej ;)

 

@Count 

Wprawnie przedstawiona relacja brata i siostry (choć pewnego elementu mi tu zabrakło, Fun wie jakiego ^^)

masz moje błogosławieństwo do uzupełniania tego elementu ^_^

czekam z niecierpliwością ;>

 

@mr.maras

trochę mnie zasmuciłeś.

Mamy zatem trzmiele przyniesione przez wuja w zastępstwie martwych pszczół. I mamy obce trzmiele mrożące krew w żyłach w finale. Czy to te same trzmiele? Chyba nie. Bo przecież chłód pojawił się w okolicy już wcześniej. Więc po co mieszać czytelnikowi z tymi trzmielami?

Z względów czysto praktyczno-realistycznych – czymś musieli sobie zapylić te jabłonie. Poza tym, gdybym nie wprowadziła tych trzmieli odpowiednio wcześniej, finał byłby zupełnie oderwany od reszty – a tak od samego początku wiadomo, że są trzmiele i jest ich dużo.

Gdyby nie kupiono budek, to można by się zastanawiać skąd się te trzmiele wzięły i dlaczego o nich wspominam, a nie o to mi chodziło. 

 

 Druga sprawa, poruszana już przez innych komentatorów – matka. […] Skonstruowałaś solidną postać, powstał klimat wokół tej postaci, tajemnica, a potem pozwalasz jej umrzeć w zamarzniętym domu bez żadnej wzmianki i zupełnie na darmo.

Tu chciałam zmylić czytelnika – matka, która była budowana jako kosmitka okazuje się zwykłym człowiekiem i po prostu – kiepskim rodzicem. 

A obce-trzmiele nie robią nikomu krzywdy – nie celowo.

Taki był plan od samego początku.

Kolejna sprawa, również przytaczana w poprzednich komentarzach – wątek dzieci z obniżoną temperaturą i niezrozumiałej śmierci ich ojców.[…] Dlatego i ten wątek pozostaje według mnie kolejną niespełnioną obietnicą.

To w tym momencie mogę zrzucić tylko na moje niedostateczne umiejętności. Narracją pierwszoosobową i brakiem wszystkich faktów już się dość nazasłaniałam. Zrobiłam to, co chciałam, tylko w tej części widocznie przeskoczyłam za wiele w moim toku myślenia.

W przyszłości spróbuję jakoś inaczej to rozwiązać…

 autor chyba nie do końca zapanował nad całością opowiadanej historii, lub jej zwyczajnie nie przemyślał od deski do deski,[…] A może nawet machnął na nie ręką, licząc na to, że czytelnik uzna, że niejasność fabuły wynika z jego braku zrozumienia dla intencji twórcy.

No to już jest szarża nosorożca ;(

 

@Rossa

Teraz tym bardziej głupio mi publikować, bo (co chyba nawet Ci mówiłam) też mam tematy sadownicze.

A, pamiętam ;D

Był tak daleki od oczywistości, jak tylko można to sobie wyobrazić. 

jak na razie to tu same takie ;D

wielkie dzięki za miłe słowa ^^

I would prefer not to.

Próba zmiany swoich przyzwyczajeń (zwłaszcza w budowie zdań) jest pouczająca, serio.

A doczytałem, bo nie lubię zostawiać napoczętych opowiadań. To samo mam ze wszystkimi innymi formami twórczości (tylko Marsjanina przez ten “humor” porzuciłem, ble…). No i trzymała mnie myśl “że coś tam musi być”, skoro taki ruch w komentarzach i nominacjach. Ciągnęła mnie reklama innych użytowników – ale w końcu dostałem to, na co czekałem. :)

ale w końcu dostałem to, na co czekałem. :)

to dobrze ;D

I would prefer not to.

A co będę czekał z komentarzem piórkowym…

 

Moją opinię już w dużej mierze znasz. 

Świetnie dawkujesz tajemnicę. Nie tak, jak się czasem niektórym (np. mnie) zdarza: patrzcie, będzie wielka tajemnica, interesujcie się, może pod koniec tekstu wam wyjaśnię ;) Tutaj wyszło Ci naprawdę subtelnie. W narracji nie czuć, że wszystko służy opowiedzeniu jakieś danej historii, pozbawionej niezwiązanych elementów.

Trochę inaczej było w dialogach – te momentami zbytnio służyły pchaniu akcji do przodu, a nie po prostu formułowaniu myśli przez bohaterów. Moim zdaniem lepiej opisywać to, co robią bohaterowie, niż bohaterami opisywać to, co się dzieje. To znaczy: postaci powinny żyć swoim życiem. Oczywiście zadaniem autora jest zrobić to w sposób satysfakcjonujący dla czytelnika. 

Urzekły mnie wiejskie klimaty. Realistyczne, ładnie wplecione tło. Inspirowałaś się jakimś konkretnym miejscem czy umiejscowiłaś Obrazę między Kielcami a Sandomierzem tak na oko? Pytam, bo jak pomyślę o sadach jabłkowych, to właśnie przychodzą mi do głowy wsie na zachód od Sandomierza. 

Napisane ładnie. 

Pomysł – pierwsza klasa. Moim zdaniem murowane miejsce w antologii, ale kto wie, co jeszcze reszta konkurencji przygotuje ;) No i wszystko zależy od jurków. 

Tytuł ostatecznie fajny wykiełkował. 

Bohaterowie bardzo naturalni. Odmalowałaś ich jak ludzi z krwi i kości, bez szarżowania. 

Ogółem nasuwa mi się jedno słowo: subtelnie. To opowiadanie całe jest takie jak sad owocowy, w którym brzęczą pszczoły. Przyjemne, swojskie, a zarazem ma w sobie poetycką głębię. 

Dobra robota, ode mnie będzie TAK. 

Inspirowałaś się jakimś konkretnym miejscem czy umiejscowiłaś Obrazę między Kielcami a Sandomierzem tak na oko?

Jest wioska, która nazywa się Obrazów.

Mają nawet święto jabłoni, z zawodami w piciu soku jabłkowego ;)

 

To opowiadanie całe jest takie jak sad owocowy, w którym brzęczą pszczoły.

Oh, jejku. Dziękuję.

 

 

I would prefer not to.

– Machnął ręką, a mnie zrobiło się słabo.

Wiesz, bardzo, bardzo niewielu chłopców myśli w ten sposób. Po prostu kulturowo nie wypada. To są niby przemyślenia, ale 1) mało który przyzna się nawet przed sobą 2) tak naprawdę czytamy to, jakbyśmy słuchali opowieści, a wtedy to tym bardziej razi i przez niespójność z resztą wiedzy o nim osłabia odbiór bohatera.

Niemniej – bardzo Kingowski sposób prowadzenia postaci. Znakomicie wciąga w budowany przez Ciebie świat i nastrój. W którymś miejscu się zgubiłem, bo z jednej strony opisujesz ciotkę, a zaraz potem pojawia się matka, ja myślałem, że matka tej 6-tki dzieci, a to jednak matka dwojga. Nie wiem, może jednak za dużo szczegółów, a może po prostu nie powinienem czytać o drugiej w nocy.

Niezwykła obrazowość Twojego tekstu idealnie wpasowuje się w mój gust. Nie jestem do końca usatysfakcjonowany związkami przyczynowo-skutkowymi, ale mimo to miło spędziłem czas na lekturze. Nie lubię też takiego szatkowania tekstu, jak u Ciebie, w dodatku czasem nie rozumiałem jego potrzeby. Gdzieś tam był zdaje się jakiś fragment, że idą do sadu, gwiazdki, są w sadzie. Tylko po co te gwiazdki? Żeby wyciąć moment przejścia przez furtkę? Ale nie wiem, niektórzy tak lubią. Tylko przedstawiam mój punkt widzenia.

Fajny tekst.

Dzięki za komentarz ;)

Coś zrobię z tą nagłą słabością.

 

Ale nie wiem, niektórzy tak lubią.

Ja tak lubię ;D

 

Nie jestem do końca usatysfakcjonowany związkami przyczynowo-skutkowymi

Chodzi o umieranie ojców/zimne dzieci czy o coś innego, co nie było poruszone wcześniej? Bo jak coś innego, to chętnie się dowiem, co mogło nie zagrać ;)

 

 

 

I would prefer not to.

Hm, nie wiem, co nie było poruszone wcześniej, bo nie czytałem komentarzy… Coś po prostu mi nie zagrało na końcu, treść buduje wrażenie, że jakoś jest to wszystko powiązane z osobami dramatu (jakieś grzechy z przeszłości), a na końcu okazuje się, że to właściwie zbieg okoliczności, a powiązaniu brakuje mocy, tzn. też jest zbiegiem okoliczności, w dodatku okoliczności towarzyszące są niejasne. Nie mam nic przeciwko przypadkom, nawet w fantastyce, niemniej przygotowywałaś mnie na coś innego. Może stąd lekkie rozczarowanie na koniec.

Trochę jakby zmienił Ci się koncept w trakcie pisania. Ale może być też tak, że – uznawszy, że lepiej się nie wgłębiać, bo zepsuję sobie odbiór – coś przeoczyłem. Czasem tak robię, by nacieszyć się słowami, nie treścią.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Bardzo ciekawa i ładnie napisana opowieść. Podoba mi się, jak stopniujesz napięcie i powoli odkrywasz kolejne karty. Podoba mi się klimat i plastyczność kreacji. Jak dla mnie doza niewyjaśnionej tajemnicy jest idealnie wyważona. 

Jedyne, co według mnie odstaje od reszty, to Borsuk, zwłaszcza z tymi skrawkami folii aluminiowej. Z jednej strony jest niezwykły klimat i magia, z drugiej pokręcony ufolog jakby z innej bajki. Coś mi w nim nie pasuje. 

Na szczęście ten zgrzyt jest jest na tyle mały i wtopiony w resztę opowieści, że nie przeszkadzał aż tak bardzo w lekturze, którą uznaję za wysoce satysfakcjonującą. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo mnie to cieszy ^^

I would prefer not to.

Przeczytane.

Ciekawe opowiadanie. Nie mam pojęcia, skąd ludzie biorą takie pomysły, ale cieszę się, że tak dobrze potrafią je opisać ;)

Ładne, klimatyczne, czytałam z przyjemnością :)

Podobało mi się :)

Ło rany, tyle słów od Anet!? ;D

Cudnie!

I would prefer not to.

Powoli, spokojnie, dobrze oddana atmosfera małego miasteczka z lat 90-tych (choć jednocześnie elementy takie jak filmowanie smartfonami sugerują, ze akcja dzieje się jednak teraz). W sumie byłby to dobry początek do książki, ale w przypadku opowiadania chyba nie te proporcje. Trochę jakby na koncercie były 2 godziny spokojnego pobrzdękiwania na gitarze akustycznej, by na końcu walnąć 2 minuty trash metalu :-)

 

Finał solidny, mocny, konkretny. Całość za to można by skrócić o jakieś 20-30%. Z drugiej strony pytanie jeśli byłoby to kosztem tego „leniwego miasteczka”, zburzyłoby wiarygodność zachowania tłuszczy na końcu. Podobnie pewnie problemem by było zachować obraz tego poczucia… hm, brak mi słowa, ale tego, co się dzieje w tej rodzinie (zachowanie matki, relacje córka-matka, brat-siostra, bohater-wuj itd.). A chyba właśnie te relacje są w tym tekście dużo ważniejsze, niż sceneria dookoła i niby znajdują się w tle, ale chyba są głównym rusztowaniem historii. W sensie nie konkretne sceny, a cała forma rodziny. Nie toksyczność, a zaburzenia i ich konsekwencje. Pytanie: czy taka interpretacja jest trafna? Bo w sumie to by mogło jakoś uzasadnić przegadanie tekstu – byłoby odbiciem rozciągniętej w czasie rezygnacji, jaka może się pojawić w takiej rodzinie (a ten element jest tu wiarygodnie pokazany).

 

Jest weird. Jest lekko, ale porażająco wyraźnie zarysowany dramat rodzinny. W finale jest groza, a być może nawet horror. Ufolog jest, ale gdyby nie tag UFO, nawet nie pomyślałbym, że trzmiele z tej historii mogą mieć coś wspólnego z samym “UFO”. Pytanie do Ciebie Wybrańczyni: mają? Podejrzewam, że niekoniecznie.

 

„Może to tylko ja tak przemarzłem przez dziesięć lat zimnego chowu?”

→ Jeżeli ktoś 10 lat siedzi w zimnie, to albo nawyknie albo wręcz przeciwnie. W sensie, ze część osób uodparnia się na takie warunki, a część albo zaczyna być chorowita albo chodzi grubo ubrana wszędzie, nie tylko w miejscach chłodnych.

 

„Już właściwie chciano Borsuka wyprosić z Obrazy, kiedy spadły Perseidy i umarł stary Jóźwiak.”

Bardzo mocne zdanie. Niezłe przełamanie wspomnianej leniwej atmosfery. Pierwsze brzdęknięcie zapowiadające późniejszy łomot muzyczny!

 

„Wuj też się bał (…)

– (…) Wasza matka musi mieć jakąś rodzinę w mieście, nie?”

Wuj tego nie wie?

 

„Tego ranka przymrozki objęły wieś (…) Albus był wyjątkowo niespokojny.”

Głównego bohatera nie zdziwiło, że trzmiel w zimnie zachowuje się tak, jak trzmiele zachowują się w trakcie największych upałów? Chwilę później nie ma już czasu na rozważanie, a jeszcze później to się składa w całość, ale nie w tym momencie, zwłaszcza, jeśli całe życia znał realia sadów. No i na dodatek wcześniej ten sam trzmiel zachowywał się normalnie, słabnąc przy chłodzie.

 

„Mój telefon przemarzł i do niczego się nie nadawał.”

→ Nie jestem pewien, ale elektronika to raczej powinna dobrze przetrwać chłód, co najwyżej potrzebować dłuższego czasu na ponowne uruchomienie. Problemem jest raczej ewentualna wilgoć przy jednoczesnym mrozie. Czy jest na sali jakiś specjalista, który mógłby się do tego odnieść?

 

Z jednej strony nie porwało mnie (ale to nie jest krytyka – warsztatowo tekst jest dobry). Z drugiej mam wrażenie, że gdyby znacząco skrócić pierwszą część, mógłbym odebrać tekst o wiele lepiej. No i niby nie porwało, a jednak zostawia smutek. Podobnie jak w trakcie lektury łatwo przegapić to, jak ważny dla tekstu jest opis rodziny, tak na końcu jeszcze łatwiej przegapić niedopowiedzenie z tym, co czeka rodzeństwo. Bo samo planowanie drugich przenosin w krótkim czasie to mało, gdy komuś zostaje tylko garść banknotów. Taki dramat w dramacie, że nikt nawet nie pyta bohatera co planuje dalej. Bo mam wrażenie, że ten brak pytań też jest tu świadomie wprowadzony – po raz kolejny zapytam, czy trafnie odgaduję?

 

(No, mimo zastrzeżeń jak widać tekst skłonił mnie do długiego komentarza. Znaczy nie zostawia czytelnika obojętnym.)

 

Kwiecień rozpoczął się jak kiepski żart: wieczorem spadł grad, a w nocy zamarzły wszystkie pszczoły w Obrazie.

Bardzo dobry początek.

wszystkie ule były ciche i martwe, przeżarte szronem.

Ciekawe złożenie. Podoba mi się ze względu na alitarację i stwarza wymowny obraz.

Rankami widziałem, jak zimna mgła snuje się między drzewami, a słońce błyszczy na oszronionej trawie.

Ładny opis!

Zimne powietrze lepiło się do twarzy jak babie lato.

Dobre.

ale w powietrzu unosiły się smugi chłodu.

Nie bardzo wiem, czy są smugi chłodu.

Tylko nie mów tego mamie – dodała z przestrachem, jakby matka czaiła się między drzewami.

– Dobrze, nie powiem – uspokoiłem małą.

Też się rozejrzałem.

Czasem naprawdę nas śledziła.

Fajna zahaczka.

Nasza matka miała czarne włosy, błękitne oczy, porcelanową cerę i była we wsi obca, a kiedy urodziła się Ola, to nie potrafiła zdecydować, czy powinna się z tego cieszyć, czy nie.

Nie wiadomo o kim mowa; czy Ola ma się cieszyć z obcości matki, czy matka z narodzin Oli.

Może “kiedy przyszła na świat Ola, to nie potrafiła się zdecydować, czy cieszyć się z narodzin dziecka, czy też nie”.

Nieduży problem, zwłaszcza że następne zdanie wyjaśnia sprawę.

Zawsze miała lodowato zimne dłonie i stopy. Lekarze wielokrotnie nas zapewniali, że jest zdrowa, ale nawet ja nie potrafiłem się przyzwyczaić do chłodu jej skóry.

Przypomniał mi się pewien stary komiks.

https://www.oglaf.com/snowqueen/

Wyciągnęła rękę, pokazując mi trzmiela z szarym kuperkiem.

Śmieszne sformułowanie ;)

Agencje rządowe was konsekwentnie ignorują, a ktoś dba o to, by sprawa nie dostała się do mediów. Ktoś ewidentnie chce coś ukryć, a wy przez to cierpicie.

Ja wiem, że to dialog, ale podwójny ktoś brzmi nienajlepiej.

Zimno snuło się między drzewami jak utajona groźba.

Chodziłem po domu w grubym swetrze. Miałem wrażenie, że ściany przerasta pleśń mrozu i zawsze po wyjściu na dwór dziwiłem się, że jest ciepło.

Aplauz! :)

Spojrzałem na zakupy – matka kupiła cukier i naście słoików miodu. Spakowałem je z powrotem do siatki i poszedłem wymienić na coś normalnego do jedzenia.

Interesujące, matka zachowuje się jak pszczoła.

Już właściwie chciano Borsuka wyprosić z Obrazy, kiedy spadły Perseidy i umarł stary Jóźwiak.

Super zahaczka, lubię takie zestawienia pozornie niepowiązanych zjawisk. Chce się czytać dalej.

Borsuka zaś długie i szczegółowe. Z uwagą przyglądałem się jego poczynaniom. Prowadził długie rozmowy przez telefon.

Powtórzenie.

Mróz trzymał mnie za skórę

:)

 

Jestem pod wrażeniem. Aberracja mrozowiska to wyjątkowo satysfakcjonująca lektura.

Na szczególną pochwałę zasługuje język – jednocześnie prosty i kunsztowny. Opowiadasz historię z siłą właściwą prostocie, tworzysz piękne obrazy, umiejętnie odwołujesz się do gotowych modeli w wyobraźni czytelnika (Borsuk). Wypunktowałem najładniejsze frazy. Podziwiam styl, którym napisałaś opowiadanie. Jest naprawdę mocny.

Kompozycja tekstu także zasługuje na wysokie noty. Powoli budujesz napięcie i wprowadzasz kolejne postacie. Podtrzymujesz zainteresowanie czytelnika ciekawymi zahaczkami, rozrzuconymi na przestrzeni 35 k znaków. Mimo iż tajemnica mrozowiska nie została całkiem wyjaśniona, opowiadanie posiada satysfakcjonującą kulminację i moment oddechu w epilogu. Fabuła płynie i rozwija się naturalnie. Kiedy sugeruję autorom na NF, że powinni popracować nad kompozycją opowiadań, mam na myśli, że powinny wyglądać, jak powyższy tekst ;) Umiejętnie poszatkowałaś zaserwowane danie na przepyszne sceny.

Ładnie zarysowałaś postacie i rozpięłaś pajęczynkę relacji między nimi. Podoba mi się, że przed czytelnikiem równolegle odsłaniają się dwa wątki: sekret paranormalnego zjawiska oraz patologiczna dynamika rodzinnych stosunków. Świetnie przedstawiłaś zimną, straumatyzowaną, zaburzoną psychicznie matkę.

Twój świat żyje i oddycha; podobało mi się, jak animizowałaś elementy nieożywione, podkreślając “wrogość” otoczenia wobec bohaterów: szczerzący się dom, trzymający mróz, nadają akcji nienatrętnie szamańskiego posmaku.

Rzadko zdarza mi się pisać tak jednostronne recenzje. :)

Wspominałaś, że chcesz rozwinąć koncept pączkujący w tym opowiadaniu na dłuższą formę. Jestem ciekaw, w jaką stronę rozbudujesz motywy zajawione w Aberracji. Chciałabyś napisać w kilku zdaniach, co chodzi Ci po głowie?

O rany, się tu nadziało ;D

 

wilku,

ja tam lubię pisać sobie takie spokojne rzeczy – ma być ładnie i smutno i tak wyszło, właśnie przez te relacje między bohaterami. Pewnie można skracać, ale chyba nie jest aż tak przegadane, a jak czyta się płynnie, to chyba dobrze ;)

Inna rzecz, że mam problem z przegadywaniem i zapętlaniem akcji – staram się z tym walczyć, różnie wychodzi ;)

 

Trzmiele latają i większą część tekstu nie są zidentyfikowane, więc cicho, nie wywalaj mnie z konkursu ;P

 

>> Głównego bohatera nie zdziwiło, że trzmiel w zimnie zachowuje się tak, jak trzmiele zachowują się w trakcie największych upałów?

Za bardzo się martwił, jak Ola zniesie śmierć Albusa.

 

A bohater, wbrew pozorom, nie ma aż tak przegwizdanie – dostanie opiekę nad siostrą, dostanie odpowiednie zasiłki – z drugiej strony, jest to mój bohater, także wiesz ;>

 

wisielcze,

dla samego tego komentarza warto było jechać do Łodzi ;D

pięknie dziękuję za tę beczkę miodu!

 

co do komiksu – …

ja nie wiem, co wy macie w głowach xD

 

>> Jestem ciekaw, w jaką stronę rozbudujesz motywy zajawione w Aberracji. 

Hm, na pewno będzie relacja między rodzeństwem (Dominik zostaje całkiem sam z siostrą, która po wszystkim nie jest najlepiej funkcjonującym dzieckiem na świecie), rodzeństwem a wujem (kwestia sadu i domu – ruin właściwie, nie jest uregulowana) i rodzeństwem a światem. Element nadnaturalny pozostanie gdzieś w tle, raczej jako katalizator zachowań i akcji bohaterów.

No to tak, żeby za bardzo nie spoilerować ;)

Jak masz jakieś bardziej szczegółowe pytania, to pisz PMkę ;)

I would prefer not to.

No właśnie płynność z powodu przegadania spadła. Dotarłem do końca tylko dlatego, że po "(Ni)czym skorupce", "Braciach mniejszych" i "Marmurkach" wiedziałem, że jakiś finał będzie. Z drugiej strony mam świadomość, że wcześniejsze komentarze świadczą o tym, że jestem w tym odbiorze w mniejszości.

I z niczego nie wywalam :P Zwyczajnie widzę większy akcent na “niezidentyfikowaną klątwę na trzmielach”, ale zgadzam się, że można to odebrać też jako “niezidentyfikowane trzmiele” :-) No i nie zmienia to faktu, że finał jest bardzo obrazowy.

 

"A bohater, wbrew pozorom, nie ma aż tak przegwizdanie – dostanie opiekę nad siostrą, dostanie odpowiednie zasiłki”

Czyli ma przegwizdane. 18-latek, który ma zapewnić dwóm osobom wyżywienie i dach nad głową za sam zasiłek – a podstawowe rzeczy codziennego użytku musi skompletować od zera. Edukację to raczej szlag mu trafi. Z mieszkaniem socjalnym może mieć problem, najpierw ze względu na dokumenty tymczasowe, później na terminy i dostępność lokali. Pracę to on jeszcze musi zdobyć. Jeśli faktycznie zamierzasz rozszerzyć tekst, to jest tu potencjał do dodatkowego wątku w tle (byle nie przesadzić z nim).

;O

No patrz, a Bracia mniejsi spotkali się tu z raczej chłodnym przyjęciem…

Ech, a tak fajnie pisało mi się o sadach. Może powinnam nowych Chłopów napisać ;D

 

Miej trochę wiary w Dominika!

Są zapomogi jednorazowe wydawane przez uczelnię, są stypendia socjalne, jak się będzie uczył, to dostanie też rentę po rodzicach na siebie – a przy wynajmowaniu mieszkania/pokoju jakieś garnki i pralki zwykle już są, więc będzie bida, ale jak nie będzie jakieś większej katastrofy, to się chłopak ogarnie.

Nie ma wyjścia, bo ciąg dalszy ma być jakoś rok z hakiem później.

Ale będę to wszystko miała na uwadze ;)

I would prefer not to.

Nie no, (Ni)czym skorupka na pewno była klasę wyżej od Braci mniejszych, bardziej chodzi mi o to, że znając Twój styl oczekiwałem, ze ten tekst w końcu do czegoś dotrze. Tylko stało się to późno. Jak widać większości to nie przeszkadza, więc osobną sprawą jest to, czy w ogóle powinnaś zawracać sobie głowę odosobnioną opinią :-)

A co do wiary – wiarę można mieć we wszystko. Znam ludzi, którzy przy fatalnej sytuacji odbijali się od dna. Ale to nie znaczy, ze mieli lekko, tylko że nie poddali się pomimo tego, ze było przegwizdane. Ta sytuacja tutaj jest naprawdę fatalna – chyba, ze trafi na takich pracowników MOPSu, którzy nie tylko “czują  misję”, ale jeszcze są dość uparci przy przepychać niektóre formy pomocy tam, gdzie inne urzędy mogą stanowić czynnik opóźniający.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Jak pisałem – weird fiction to bardzo nie moja działka. Jednak po przeczytaniu, nie potrafię odmówić tekstowi dobrze dopracowanych opisów, przemyślanych postaci, dobrej konstrukcji polegającej na powolnym budowaniu napięcia i doprowadzenia go do satysfakcjonującego końca. Zarazem nie znajduję nic, co by mnie odrzucało – są pewne zgrzyty np. przy opisie matki (którą przez to z początku wziąłem za zombie – bo wiadomo “weird”), ale to drobnostka.

Tak więc widzę tu bardzo dobrego przedstawiciela swego gatunku, który definitywnie zasługuje na TAKa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podczas czytania znalazłem kilka drobiazgów.

 

Któregoś dnia, w drugiej połowie maja, Ola zbudziła mnie o świcie.

– Domek, Domek, wstawaj! Muszę ci pokazać coś w sadzie!

– Rany, Ola, to nie może poczekać?

– Nie może! – zawołała z przejęciem.

Kurwa, pomyślałem rozespany i zwlokłem się z łóżka. Wciągnąłem spodnie, zszedłem z piętra i stanąłem przed domem. Ola niecierpliwie podskakiwała przy furtce.

– No chodź! – powtórzyła.

Dzień zapowiadał się przepiękny. Trzmiele brzęczały. Mała przebiegła na drugą stronę drogi, na skraj starego sadu Janaszka. Nie było śladu po przymrozkach, ale w powietrzu unosiły się smugi chłodu.

– Zobaczysz, spodoba ci się – mówiła Ola podekscytowana.

– Może, skoro to takie fajne, to pokażesz to komuś ze szkoły? – zapytałem, patrząc na nią kątem oka.

Szkoła zawsze była drażliwym tematem. Ola zwykle nie chciała o niej rozmawiać,

Nie jestem też pewien sformułowania poniżej.

 

Ola nie poszła więcej do szkoły, ale był sam koniec roku szkolnego, więc nauczyciele przymknęli na to oko.

Nie nadałaś czasami końcówce roku szkolnego cech osoby w tym zdaniu?

 

Widzę, że lubujesz się w skrótowych zakończeniach fragmentów, stosujesz krótkie zdania do podkreślenia kropki nad „i”. Czasami to się sprawdza, jak tutaj:

 

Schowaliśmy go w moim pokoju.

Na wszelki wypadek.

A czasami brzmi nieadekwatnie do kończącego się fragmentu.

Na nasz dom. Na Olę.

Rozumiem, że to miało na czytelnika podziałać, podnieść grozę, takie wskazanie palcem. Tylko grozy w tym opowiadaniu nie ma i takie zakończenia średnio wypadają. Podobnie, jak kolejne.

 

Pamiętam, że kiedy ostatni raz dotykałem ojca, był zimny.

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz dotknąłem Oli, była zimna.

Pamiętam, że matka nie chciała dotknąć żadnego z nich.

I tak możemy od drobiazgów przejść do konkretów, a konkret brzmi jednak znacznie lepiej niż zarzut. A trzy zdania powyżej, które miały prawdopodobnie podkreślić dramat, nie podkreślają go, gdyż dramatu w opowiadaniu jest niewiele. Zresztą, zauważam to już w którymś Twoim utworze.

Piszesz często na poważne tematy, ale, i nie wiem, czy jest to zamierzone, czy nie, ta powaga nie idzie w parze z dramatem. Owszem, to często są trudne sytuacje, niektóre wręcz traumatyczne (tak, czytałem już Winobranie, ale jeszcze nie zdążyłem skomentować), ale nie czuję w nich bólu, straty, cierpienia. Są trudne, ale za trudnością nie idą skrajne emocje.

Co do samego tematu konkursu, to jest on dla mnie na doczepkę. Zastanawiałem się nawet, skąd tu się nagle wzięło UFO, bo nie pasowało do reszty utworu, myślałem nawet przez chwilę, że może pójdziesz w kosmitów i to będzie jakieś „perfidne” opowiadanie z zupełnie innym początkiem i końcem, ale nie. I dobrze, bo całość znacznie lepiej dzięki temu się broni, choć sam konkursowy tag słabiutko. Dopiero podczas pisania komentarza, zdałem sobie sprawę, że to tekst na konkurs. Tak, wiem, niezbyt to bystre.

Pomysł jest oryginalny, co do tego nie mam wątpliwości, i za to duże plusy. Lodowe trzmiele to coś naprawdę fajnego.

Martwi mnie jednak ten brak dramatyzmu, tym bardziej, że się powtarza, a ja razem z nim. Postaram się rozwinąć temat pod Winobraniem, jeśli oczywiście będziesz chciała.

Twój świat, tutaj, stoi obyczajówką, masz wyraźnie dobre postrzeganie świata i relacji międzyludzkich. Choć nie przekuwasz ich do końca w prawdziwą broń. To „miecze” treningowe, „drewniane”, możesz walnąć nimi czytelnika w łeb, zachwiać nim, nawet powalić na chwilę, ale serca nimi nie przebijesz. Teraz pozostaje tylko pytanie, czy to świadoma asekuracja, strach, czy lekkość bytu.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie jestem pewien, jak rozumiesz dramatyzm, Darconie, bo moim zdaniem opowiadanie  mocno stoi na relacjach międzyludzkich i w ten sposób spełnia powyższe kryterium.

Jeśli chodzi o punktowanie imienia jako powtórzenia, to też nie sądzę, żeby było to zasadne w przytoczonym fragmencie.

Martwi mnie jednak ten brak dramatyzmu, tym bardziej, że się powtarza, a ja razem z nim.

Też nie jestem pewna, czy wiem, o co chodzi i czego brakuje.

 

I metafora mieczy treningowych, jakkolwiek bardzo obrazowa, to jednak nie pomaga mi w zrozumieniu Twoich zarzutów, więc chętnie poczytam, jak rozwiniesz ten temat. 

I would prefer not to.

Świadomie nie pisałem o “zarzutach”, brzmią jak oskarżenie, a nie jesteśmy w sądzie. Owszem, czasem piszę o nich w komentarzach, ale w formie subiektywnego rozczarowania, niż czegoś, przed czym należy się bronić.

Powiem tak, jeśli Ci się chce, zacytuj fragmenty z powyższego opowiadania, które miały spowodować u czytelnika poczucie dramatu i wywołać związane z nim emocje, a będzie nam łatwiej dyskutować.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hm, ale tu jest ten problem, że jeśli największym dramatem jest powoli postępująca destrukcja rodziny, to trudno to opisać w trybie nagłym.

Bardzo dobra uwaga, Zimowy Wilku, poniekąd dlatego prosiłem o fragmenty, gdyż samemu trudno mi je znaleźć. Raczej trzeba patrzeć na utwór, jako całość, bo nawet śmierć matki jest mało wymowna. Stąd też moje poczucie braku dramatu.

Gdy w opowieści pojawia się okrucieństwo, nienawiść, pogarda, chociażby na chwilę, to bardzo często prawie automatycznie wywołuje w nas sprzeciw, oburzenie, a później litość, współczucie, czy też głęboki smutek. To emocje, które zacznie mocniej na nas działają, i właśnie takie, silne emocje budują dramat.

Ja poczułem refleksję, wpadłem w zadumę, poczułem piękno utworu, ale nie dramat.

Pozdrowienia.

 

Ps. Co wcale nie znaczy, że musi być dramat, to znaczy, że nie przeżywam dramatu czytając opowiadania Ani.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nietuzinkowe podejście do tematu. Nie do końca mój klimat, ale podziwiam wykonanie i budowę napięcia.

 

Wolałabym nie zostawiać jej tu samej. – Czy tu nie powinno być wolałbym?

@Monique,

tak, oczywiście, wolałabym, dzięki za wyłapanie i komentarz, mimo, że klimat nie ten ;)

 

@Darcon,

po pierwsze: widziałam już różne wariacje na temat mojego nicku, nikt jednak nie popłynął tak bardzo, by z wybranietz wyszło mu Ania – byłabym więc wdzięczna, gdybyś został na znajomych, bezpiecznych wodach i trzymał się oficjalnej wersji portalowej.

…chociaż jednej z nich ^^

 

po reszta: emocje, które wymieniłeś w drugim poście raczej się tu nie pojawiają – dominuje raczej przytłaczająca beznadzieja i powoli żrące zniechęcenie. Wygląda na to, że do odczucia dramatu potrzebujesz mocniejszych uderzeń, bardziej bezpośrednich – wydarzeń, a nie procesów; przyczyn, a nie skutków. Jeżeli tak, to kiedyś pewnie napisze o takim kryzysie, jakiego szukasz, na razie po prostu bardziej zajmuje mnie co innego ;)

I would prefer not to.

Wydawało mi się, że widziałem imię na forum lub poczcie, widocznie się pomyliłem. Przepraszam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Kupiłaś mnie połączeniem niezwykłych motywów. Kto by pomyślał, że trzmiele są z Kosmosu i lubią zimno? Same w sobie nie stanowią tematu jakoś nadmiernie rozpowszechnionego w literaturze, więc już na starcie masz +10 do oryginalności.

Bardzo dobrze operowałaś napięciem. Rosło sobie, w miarę jak temperatura spadała. Czytałam z zainteresowaniem.

Oczywiście, byłabym za wytłumaczeniem jeszcze kilku powiązań, ale ja to ja. Nie wszystkim musi się podobać to samo.

Bohaterowie dobrze zbudowani. Rodzinka patologiczna, wujaszek niezbyt mocno spokrewniony, więc prawie normalny. A każdy bohater inny charakterologicznie. Dobra robota.

Jestem na TAK, znaczy, ale pewnie już się zorientowałaś.

No dobra, żartowałam. Obie wiemy, że musiałam nominować, bo to był trzeci z kolei tekst. ;-)

Babska logika rządzi!

Darcon,

z mailami jest jak z Vegas – co było na poza portalem, niech tam zostanie ;)

 

Finkla,

pięknie dzięki ;D

z nowej serii był już pierwszy, także ten ;>

 

i mocno spóźnione NWM, 

(którą przez to z początku wziąłem za zombie – bo wiadomo “weird”)

ale dlaczego tak? xD

i dzięki za taka ;)

I would prefer not to.

Co, numerkologia nam się posypała? Kabała poszła w krzaki? Co my teraz zrobimy? ;-)

Babska logika rządzi!

nic się nie posypało ^^

jest dobrze, trzeba czekać na następne teksty ;)

I would prefer not to.

Piękny tekst. Z każdym zdaniem chce się czytać dalej.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Kolejny tekst-wydmuszka, niestety. Bardzo ładnie oprawiony w słowa i bardzo niesatysfakcjonujący, jeśli chodzi o treść.

Nie wiem, czy dokonywałaś zapowiadanych zmian opartych na sugestiach czytelników, ale wiedz, że ja czytałem to opowiadanie jeszcze zanim doczekało się nominacji – zrozumiałej dla mnie, ale nie mającej mojego poparcia, co mówię od razu – i takiej jego wersji niniejszy komentarz jest opinią.

Najbardziej nie zagrało mi chyba to, że pozbawiony skrzydełek trzmiel albinos okazał się Królową, bo to strasznie nieżyciowe, nielogiczne i wbrew wszelkim znanym mi systemom funkcjonowania roju. Co to za Królowa, która nie ma skrzydeł i pląta się piechty po trawniku? Coś mogło ją zjeść (chyba, że wszystkie owady i ptaki się wymroziły, ale nie kojarzę takich informacji), ktoś mógł ją rozdeptać, Ola mogła nigdy jej nie znaleźć, mogła się przewrócić na grzbietek albo złamać jedną z nóżek, jakiś pies mógł się na nią…^^ Słowem lub kilkoma, widzę tu pierdyliard powodów, dla których to już nawet nie tyle mogło się nie udać, co raczej nie mogło – i nie powinno – się udać. W tym jednym motywie jest jednocześnie o wiele za dużo niedorzeczności i o wiele za dużo przypadkowości jak na mój gust.

Ponadto:

„Albus wściekle bzyczał na mojej dłoni.” – Bez skrzydełek? A dalej jest wzmianka o tym, że królowe uniosły się w powietrze i odleciały w mroźną dal, co prócz powyższego o skrzydełka (czy raczej ich brak), rodzi dodatkowe pytania: dlaczego (i jak?) wszystkie przyleciały do domu bohaterów? Albo inaczej: dlaczego wszystkie przyleciały tam tak późno? Z tego wynika, że znalezienie Albusy było dziełem przypadku, a nie świadomego działania samej królowej (bo dlaczego nawinęła się tylko ta jedna, a cała reszta obeszła się bez zmrożonego dziecka?). Tylko, skoro tak, to po co, de facto, trzmielom była Ola? To wszystko jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Podobnie jak to, że Ola była jaka była – Jak to się stało; jakiś trzmiel-ninja podszył się pod tatusia i zapylił mamusię? – ani fakt, że jej ojciec musiał zginać.

Natomiast rzucone gdzieś w komentarzach wyjaśnienia w stylu: „Bo tak to już jest z tymi kosmitami” czy „bohater nie mógł tego wiedzieć” zdecydowanie mnie nie zadawalają. W przyrodzie – i mam tu na myśli porządek całego wszechświata, nie tylko nasze lokalne podwórko – nic nie dzieje się „bo tak”, więc tego typu niedomówienia brzmią mi po prostu jak manifest swoistego lenistwa czy wręcz ignorancji autora (płci dowolnej), który nie tylko nie potrafi jakoś sensownie wybronić swojego konceptu, ale nawet nie stara się tego zrobić. Kilka domysłów to jednak za mało. Nie twierdzę, że tak właśnie było w Twoim wypadku. Twierdzę natomiast, że takie mam wrażenie.

Tak więc, jeśli chodzi o fabułę, jestem niepocieszony. A także i trochę wkurzony w tym wszystkim, bo miałaś naprawdę świetny, nietuzinkowy pomysł i więcej (znacznie więcej) niż dość talentu – co zresztą widać w każdym zdaniu – by zrobić z tego prawdziwe, pełnokrwiste arcydzieło. Tymczasem… wydmuszka.

A szkoda, bo jestem pewien, że znalazłoby się sporo rozwiązań fabularnych – w tym zapewne co najmniej kilka naprawdę fajnych – które nadałyby wszystkiemu większą spójność i oszczędziły mi zgrzytania zębami (niekoniecznie z zimna, choć pogoda mocno tematyczna), a Tobie słuchania tychże, jeszcze w najlepszym czasie antenowym.

Żeby jednak nie było, że nic, tylko się czepiam, przyznaję otwarcie a ochotnie, że to zdecydowanie najlepsze z Twoich opowiadań, jakie dotąd czytałem (a przecież każde było na swój sposób dobre). Fabuła, choć zmarnowana pominięciami, uproszczeniami, niedopowiedzeniami i miejscowym acz rażącym brakiem spójności i logiki, oparta jest na pomyśle, który z pewnością warto było spisać. Szczególnie, jeśli potrafi się pisać tak, jak robisz to Ty. Tu jednak zaznaczyć muszę, że nadal za bardzo przegadujesz opowiadanie i momentami kręcisz się w kółko. Przy literaturze tej klasy nie jest to wielki problem, bo i tak czyta się z przyjemnością, niemniej jest to zauważalne.

No i klimat. Gęsty, lepki, naprawdę mocny, zbudowany nie tylko na coraz cięższym, coraz bardziej ponurym nastroju mieszkańców wsi i samego Dominika, oraz na powoli acz sukcesywnie narastającym napięciu, ale też na dobrze skrojonych, wiarygodnych i generalnie przekonujących postaciach (choć oderwana od rzeczywistości matka stanowiąca dla własnych dzieci przede wszystkim ciężar i zagrożenie, czy też blada dziewczynka o zimnej skórze i enigmatycznym usposobieniu – na szczęście nie wychodząca ze studni tudzież prosząca, żeby zaprosić ją do domu –do specjalnych oryginałów nie należą) i ich wzajemnych relacjach, naprawdę robi robotę. W porównaniu z takim Illicium (też kosmici, też rozpiździaj) – miazga.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Cieniu, dziękuję za krytykę, może następnym razem.

I would prefer not to.

Mam nadzieję, że krytyka, to nie jedyne, co wyniosłaś z mojego komentarza. I też mam nadzieję, że następnym razem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

cześć, wybranietz!

 

Przeczytałam już w grudniu, ale nie wiem dlaczego nie skomentowałam :). 

 

Opowiadanie uważam za udane :). Pewnie powtórzę się po przedmówcach, ale cóż. Masz bardzo ładny styl; czytało mi się płynnie, nie znalazłam żadnych baboli, ale to mówię z punktu widzenia szarego czytelnika. Dozujesz napięcie tak, że chciało się czytać i czytać :).

Końcówka mi niestety zgrzytnęła, mimo że doceniam zgrabną klamrę.

Jakoś nie za bardzo mogłam sobie wyobrazić “pożar” rodzinnego domu Dominika i Oli. Znaczy, wiem, że się zawalił, ale tak od mrozu? No i te “oparzenia” na skórze Dominika. W sensie, że to były odmrożenia po zetknięciu skóry z trzmielami? Może zadaję banalne pytania, ale jakoś mój móżdżek nie może sobie tego zwizualizować.

No i nie za bardzo widziałam powiązania między niską ciepłotą ciała Oli, a tymi nieszczęsnymi trzmielami. Dopiero po dwukrotnym przeczytaniu ostatniej sceny mniej więcej mi się to rozjaśniło :). Wcześniej chyba nic nie sugerowałaś, albo ja nie zwróciłam na to uwagi.

Z najbardziej charakterystycznych bohaterów to zapamiętałam matkę :D. Była taka weird, że serio pomyślałam, że dziwne zjawiska są związane właśnie z nią. Jeśli jej rolą było odwrócenie uwagi od trzmieli, no to udało się, przynajmniej w moim przypadku :).

 

Podsumowując, opowiadanie udane, i chociaż niektóre kwestie były dla mnie zbyt weird, to czytało mi się przyjemnie :). 

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

@Cień,

cóż, nie bardzo wiem, co oprócz krytyki miałam wynieść z Twojego komentarza, zwłaszcza, że wydmuszka jest bardzo obrazowym porównaniem.

Zapadającym w pamięć.

No ale – Twoje prawo pisać to, co uważasz za słuszne, jak uważasz za słusznie, czyż nie?

 

@sy,

pięknie witam!

Dozujesz napięcie tak, że chciało się czytać i czytać

Bardzo mnie to cieszy ;3

Co do końcówki z pożarem – tam trzeba było po prostu popłynąć i nie zastanawiać się, jak dokładnie wygląda pożar mrozu – iskry lodu, mróz tak ostry, że ścinający wodę w powietrzu, drgającym z zimna ;) A mroźne oparzenia – myślałam o nich jak o bliznach piorunowych, tylko w kształcie szronowych kwiatów.

Trzmiele miały się wiązać o Olą na zasadzie skojarzenia – tu zimno i tam zimno – dopiero w finale miało wyjść bardziej oczywiste powiązanie.

A matka miała być zmyłką, fajne, że to wyszło ;)

miło, że wpadłaś ^^

I would prefer not to.

Co do końcówki z pożarem – tam trzeba było po prostu popłynąć i nie zastanawiać się, jak dokładnie wygląda pożar mrozu – iskry lodu, mróz tak ostry, że ścinający wodę w powietrzu, drgającym z zimna ;) A mroźne oparzenia – myślałam o nich jak o bliznach piorunowych, tylko w kształcie szronowych kwiatów.

Trzmiele miały się wiązać o Olą na zasadzie skojarzenia – tu zimno i tam zimno – dopiero w finale miało wyjść bardziej oczywiste powiązanie.

o, no pięknie, teraz jakoś i pożar i blizny nabrały kształtu w mojej wyobraźni :). Pięknie dziękuję za wytłumaczenie. 

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

.

Tylko nie "Tęcza"!

Jako że walczę na Arenie Czarnoksiężnika, chciałem tylko zauważyć, że już komentowałem to opowiadanie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

pokazując mi trzmiela z szarym kuperkiem.

A ja myślałem, że owady mają odwłoki ;)

 

Pamiętam, że kiedy ostatni raz dotykałem ojca, był zimny.

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz dotknąłem Oli, była zimna.

Pamiętam, że matka nie chciała dotknąć żadnego z nich.

“żadnego” czy może “żadne”? Liczba mnoga, rodzaj niemęskoosobowy (chyba).

 

Całe dnie spędzała, rozmawiając z Albusem.

albo “spędzała [+ w pokoju], rozmawiając z Albusem”

albo “spędzała na rozmowach z Albusem”

 

Nie widziałem matki, traciłem ciepło, odwagę i musiałem podjąć decyzję.

Sprawdź interpunkcję. Ja bym postawił przecinek po słowie “odwagę”.

 

 Tynk odpadał od ścian, zaprawa przerastała firnem

Firn powstaje w lodowcach, poprzez wielokrotne odmarzanie i zamarzanie śniegu, jest to proces długotrwały. W tym przypadku to nie jest właściwe słowo, bo opisujesz proces nagły. Zaprawa mogłaby raczej zwyczajnie zamarzać, lub przerastać szadźą.

 

Podejrzewaliśmy jeszcze jakiś wyrafinowany dowcip tych z Grójca

Tego nie zrozumiałem. Dlaczego akurat Grójec?

 


Jest to już ostatni tekst z pierwszej dziesiątki :) Zostawiłem go sobie na deser…

Nieco żałuję, że wybuchła ta cała “wydmuszkowa afera”, bo poniekąd wpłyneła na mój odbiór tekstu, przez co zamiast cieszyć się opowieścią, gdzieś z tyłu głowy zastanawiaem się, o co temu Cieniowi chodziło.

Ostatecznie chyba dalej nie wiem.

 

Wracając do oceny tekstu.

Kilka drobnostek wymieniłem powyżej. Warsztatowo dobrze napisane, jak to u Wybranietz. Jest fantastyka, jest tajemnica, jest UFO przedstawione dość oryginalnie. Jest też bardzo zimno i szadziowato.

Bohaterowie? 

Toksyczna matka. Prosty i nieco egocentryczny wujek. Specyficzna Ola oraz Dominik, chyba jedyny normalny z całego towarzystwa.

Skłamałbym gdybym powiedział, że któraś postaci stała mi się bliska. 

Bardzo dobry tytuł. Samo opowiadanie, choć napisane jest nieźle i doceniam kunszt autorki, nie wzbudziło we mnie przesadnych emocji. Możliwe że przez zbyt duży chłód, zarówno ten fizyczny, jak i ten w sercach bohaterów. Jednak przez ten tytuł będę pamiętał to opowiadanie dość długo.

 

Podsumowując. Tekst dobry, piórko zasłużone. Wydmuszek nie odnalazłem.

Odczułem dystans do bohaterów, z którymi nie potrafiłem sie utożsamić i to chyba jest główna wada.

Moja ocena: 5.1/6

Firn powstaje w lodowcach, poprzez wielokrotne odmarzanie i zamarzanie śniegu, jest to proces długotrwały. W tym przypadku to nie jest właściwe słowo, bo opisujesz proces nagły. Zaprawa mogłaby raczej zwyczajnie zamarzać, lub przerastać szadźą.

 

Chciałam mieć coś innego niż szron i szadź, a firn mi pasował do zaprawy ze względu na swoje sprasowanie.

 

Podejrzewaliśmy jeszcze jakiś wyrafinowany dowcip tych z Grójca

Tego nie zrozumiałem. Dlaczego akurat Grójec?

Bo Grójec to drugi z większych ośrodków jabłkarstwa w Polsce ;D

 

Dobrze, że afera wydmuszkowa nie zdołała całkiem zepsuć przyjemności z lektury i miło, że wydmuszkowatości nie odnalazłeś ^^

(aż strach myśleć, co będzie jak trafi się afera ze zbukami ;D)

 

Szkoda dystansu wobec bohaterów, ale cóż – bywa. Kreuję takich bohaterów i takie fabuły, że muszę się z tym liczyć – z tym, że czytelnik może nie chcieć marznąć ;)

 

Dzięki za wizytę!

I would prefer not to.

Bo Grójec to drugi z większych ośrodków jabłkarstwa w Polsce ;D

Teraz rozumiem ;)

 

A swoją drogą, czemu zmodywikowałaś oryginalną nazwę miejscowości?

Czy Obrazów ma coś z tym wspólnego? 

Nie chciałam używać tak całkiem istniejącej miejscowości, a Obraza wydała się dobrym zamiennikiem – odpowiednio złowieszczym ;)

I would prefer not to.

Podążam śladami najlepszych 2018:). Co prawda, odezwałam się już pod Twoim opowiadaniem, jednak było to lakoniczne zdanie, a i przyznam się, że już sama nie zgadzam się z tamtą (było nie było swoją) opinią. Teraz, kiedy czytam ponownie to długość scen jest dla mnie ok. Ciekawe, albo się przyzwyczaiłam, albo uczę się, że w krótkich formach (opowiadaniach) to najwłaściwsze – porządkuje tekst, pozwala na zmianę miejsca, czasu.  

 

Pomysł mrozi fantastycznie, zaciekawia i zmusza do czytania. Piszesz pięknie, zrozumiale i zachwyca mnie łatwość podążania za autorem.

Bardzo wiele jest na tak, lecz są sprawy, które mnie zastanawiają. 

Pierwsza to główny bohater, który jest narratorem. Dominik, czy Domek jak symbolicznie zwraca się do niego Ola, opowiada traumatyczną historię z albumu zdarzeń swojej rodziny (matki, siostry, wuja, sadu, relacji z sąsiadami i Borsukiem), lecz ma to charakter kronikarskiej relacji. Jego ogląd, wspomnienia są jakby zza szyby, z dużego dystansu, jakby opowiadał o kimś innym. Zdziwiło mnie to, ponieważ prosiłoby się o subiektywizm i większy poziom emocjonalności. Odbierałam to tak, jakby efekt zmrożenia objął również jego, lecz była w tym – dla mnie – pewna niekonsekwencja, ponieważ opowiadał już z innego – ciepłego świata. 

Inne – to właściwie ciąg pytań, pozostających bez odpowiedzi. Czy matka i rodzina byli kosmitami i jaki jest ich związek z trzmielami? Dlaczego Albusa wybrała Olę na swojego opiekuna? Czy tylko ich sad się mroził, czy w innych domach też się oziębiło? Dlaczego matka tak traktowała Olę, a dorosły już młodzieniec (matura ) godził się na to? Czemu nie reagował wuj i ciotka? Mrożące ufo i zimna matka – jaki jest pomiędzy nimi związek? Zaakceptowałam zestawienie tych dwóch równoległych wątków, lecz chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o tym. 

Matka – kiedy przeczytałam scenę z Iloną, wyrażenia o zimnym chowie, śledzeniu, dziwactwach, głosie ociekającym słodyczą (wyraźnie odniesienie do owadów – piękne są te nawiązania :D) – jest osobą szaloną, lecz brakuje mi dopracowania tej postaci i jej roli w opowieści. Jest postacią – dla mnie – niezbudowaną. Dostaję okruchy rozbitego szkła, z których trudno skleić osobę. Musiałam, w trakcie czytania, odrzucać informacje o niej jako nieistotne. 

 

 Pozdrawiam serdecznie i gratuluję plastycznego, zmysłowego pióra oraz fenomenalnej wyobraźni!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Aj, pierwszy komentarz musiałam przeoczyć, przepraszam xD

 

Odbierałam to tak, jakby efekt zmrożenia objął również jego, lecz była w tym – dla mnie – pewna niekonsekwencja, ponieważ opowiadał już z innego – ciepłego świata. 

Oj, niekoniecznie ;D

Czy tylko ich sad się mroził, czy w innych domach też się oziębiło? Dlaczego matka tak traktowała Olę, a dorosły już młodzieniec (matura ) godził się na to? Czemu nie reagował wuj i ciotka?

Drzewa mroziły się też innym mieszkańcom, ale zimny dom był tylko u nich. Wuj i ciotka nie reagowali, bo to nie ich sprawa, szczególnie, że Ola nie chodziła pobita/zaniedbana, a Dominik nie bardzo umiał się postawić matce – trudna relacja tam była.

Resztę zostawię domysłom ;)

 

Dostaję okruchy rozbitego szkła, z których trudno skleić osobę.

Niektórzy ludzie tak mają, myślę – pewnych szkód nie da się naprawić, ale rozumiem, czego mogło Ci tu brakować.

 

Piękne dzięki za komentarz ;)

I would prefer not to.

Wybranietz, na mój pierwszy komentarz (jedno zdanie) spuśćmy zasłonę miłosierdzia, gdyż nie podzielam go już.

Wiedziałam, że tak odpowiesz :)

Wiesz, zimny dom – mrożące trzmiele, czyli zewnętrzna katastrofa, spadająca jak grom z jasnego nieba) to się składa, piękne skojarzenie – pasuje. Jednakże ogniskuje moją wątpliwość. Zestawienie zdaje mi się nie wyjaśnione, nie – wróć – nie pogłębione. I Ola, i Dominik to dzieciaki, a relacja z matką była “trudna”, chyba oczekiwałam pogłębienia tej trudności, objaśnienia przez ich silniejszą reakcję, a nie poddanie się losowi.

W obu wątkach spiritus movens były wydarzenia (niejako) zewnętrzne w stosunku do bohaterów (za takich uważałam Olę i Dominika), wyjątkiem było znalezienie i zaopiekowanie się Albusem, czyli moment styku. 

Jasne, że szkody rezonują w nas jak pudle, stają się częścią nas, mogą budować lub niszczyć. Poza tym nie wiadomo, czy nowy świat będzie ciepłym.

Twoje opowiadania, podobnie jak Żonglera, są frapujące – innością. Może opowiadanie jest za krótkie?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niebanalny pomysł, bardzo plastyczny i wyraziście opisany, przemawiający do wyobraźni. Przejmujące jest to, że pomimo całej tej niesamowitości mrozów, największą grozę budzi matka… No, we mnie, w każdym razie. Bardzo ładnie splotłaś wątki obyczajowe z fantastyką.

Nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z Frozen ;)

Gratuluję bardzo dobrego tekstu i nominacji do plebiscytu! :)

 

~Let it go!

 

Dzięki ;)

I would prefer not to.

Świetnie napisane opowiadanie – oszczędna, wyważona narracja, plastyczne opisy oddziałujące na zmysły, stopniowe odsłanianie kart. Praktycznie żadnych zbędnych informacji, a przy tym pozostawienie paru niedopowiedzeń. Subtelnie zbudowana atmosfera dziwności i niepokoju, która intryguje i trzyma w napięciu.

Wydaje mi się, że warto byłoby jeszcze trochę rozwinąć wątek rodzinny – chętnie dowiedziałabym się kilku dodatkowych szczegółów. Ale ogólnie bardzo podoba mi się, że stawiasz nacisk raczej na pytania niż odpowiedzi.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Rozwinięcie wątku rodzinnego będę miała na uwadze w przyszłości – piękne dzięki za wizytę!

I would prefer not to.

 Fabuła: Ta historia jakby trochę ominęła mnie bokiem. Rozwijała się w uporządkowany sposób, ale zabrakło mi mocniejszego punktu zaczepienia. Mamy anomalię w postaci trzmieli wysysających ciepło, ale żadnych głębszych wyjaśnień, które mogłyby zaciekawić czytelnika, jedynie luźne wzmianki o lodowych planetach, olbrzymach, wiedźmach. Kulminacyjny moment wypadł mało efektownie; mama zniknęła/zginęła, dzieciaki uciekły, w końcu wszystko rozeszło się po kościach, a publika została uspokojona, na zakończenie dostaliśmy tylko delikatną zapowiedź powrotu zagrożenia.

 

Oryginalność: Wybór środowiska sadowniczego na plus, to raczej mało wyeksploatowany temat. Podobnie pomysł na owady wysysające ciepło, choć nagła „epidemia mrozu” to trochę motyw w stylu lodu-9 z „Kociej kołyski”. Postaci niestety dość mocno schematyczne. Szalona matka, krnąbrna młodsza siostra, nie do końca dobry wujek, szurnięty badacz UFO, niedowierzająca opinia publiczna i główny bohater, trochę „krawędziowy” nastolatek próbujący ogarnąć cały ten bajzel.

 

Język: Czytało się bardzo sprawnie, nie zauważyłem większych błędów, styl przypomina mi klasykę powieści młodzieżowej wzbogaconą o bardziej poetyckie fragmenty. Zdawało mi się jednak, że jest trochę „odklejony” od wymowy opowiadania, zbyt suchy jak na historię o niecodziennym zjawisku.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ech, rozminąłeś mi się z tym tekstem – szkoda. Dobrze, że reszta jurków znalazła więcej plusów ;)

 

Ale dzięki za komentarz ;)

I would prefer not to.

Nowa Fantastyka