- Opowiadanie: wybranietz - Illicium

Illicium

Tekst pod tytułem Matronicowate ukazał się w Kontencie #6 http://kontent.net.pl/numer-6/ 

Zrobili mi do niego nawet tekst krytyczny! ;D

Zanim dostał go Kontent czytał go Staruch, pozamiatała (w) nim Tarnina a Wisielec robił off-topa ;)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Illicium

 

 

Pierwszy piątek

 

Kiedy Julia, zdeklarowana ateistka, mówiła znajomym, że jej brat bliźniak jest księdzem, nie chciano jej wierzyć. Kiedy opowiadała o jego misji gdzieś w sercu Afryki, śmiano się z jego powołania. Znała przysłowia o szewcu, co bez butów chodzi, lekarzu, co nie potrafi wyleczyć samego siebie, stolarzach bez stołów, piekarzach bez chleba, grabarzach bez grobów: wszystkie istniejące i te, wymyślane ad hoc.

Nieraz słyszała, jak rodzice szepczą, że gdyby wiara się równo rozłożyła, to mieliby dwójkę normalnych dzieci, a tak?

Czasem zastanawiała się, czy afrykańskie dzieci pytają Pawła o siostrę. Pewnie nie, pewnie nawet nie przeszłoby im przez myśl, że zostawiłby ją – niewierzącą, samą w dalekim kraju, że siostra sympatycznego misjonarza może zostać skazana na wieczne potępienie w dniu Sądu Ostatecznego. I za co? Dosłownie za nic.

Julia czuła się winna. Jej brat musiał wierzyć za dwoje, za troje nawet, bo pewnie już na zapas wierzył za jej hipotetycznie nieochrzczone hipotetyczne dziecko. Nie mogła to być łatwa wiara, skoro tym samym skazywał ją na piekielne ognie.

Piąteczek Julia zaczynała wcześnie, choć powoli. Nie wychodząc z łóżka, sprawdzała na telefonie pocztę. Jeżeli Paweł cotygodniowego maila wysłał z załącznikiem, to wstawała, jeżeli nie, leżała dalej.

Zwykle jednak dodawał zdjęcia i to, na czym zależało jej najbardziej: nagrania.

Julia wykopywała się spod kołdry, przeciągała, patrzyła na drobne grzeszki rozrzucone w nieporządku kawalerki, solennie obiecując poprawę. Rozbierała wieżę naczyń zanim osiągnęła bluźnierczą wysokość. Stukanie noża o deskę do krojenia odpuszczało jej winy, zadając za pokutę kromki chleba bez masła.

Siadała przy laptopie, obok stawiała kubek z kawą i czytała wiadomość.

Jak zawsze brakowało w niej polskich znaków, ale za to jak nigdy roiło się od literówek. Brat pisał o światłości, która spłynęła z nieba: zstąpiła niczym Duch Święty i stała nieruchomo na skraju wioski. Stała? Unosiła się raczej. Lekko drżała. A jaka piękna była! Delikatna i bezbronna, krucha jak bańka mydlana, opalizująca jak benzyna, błyszcząca jak opal i świetlista jak masa perłowa. Wyglądała jak obłok dymu pokryty szronem. Na razie nikt nie miał odwagi podejść bliżej, jakby była otoczona niewidzialną ścianą. Miejscowi nazwali ją malaika. Stanęli dookoła niej w szerokim kręgu i zaczęli modlić się do Boga. Do Boga, nie do niej, miej na uwadze, i malaika modliła się wraz z nimi, po swojemu, po cichutku, ledwo ją słyszeli, aż dziwne, że bębny jej nie zagłuszały. Niech Julia posłucha.

Załączył nagranie.

I zdjęcie.

Julia otworzyła obrazek i jęknęła zawiedziona. Gdzieś tam w tle, owszem, było białawe widziadło, ale nie miała pojęcia, co to mogło być. Zdjęcie zrobiono z daleka, a aparat cyfrowy, którym brat dokumentował misję, ziarnił i szumił, przemawiał bardziej do wyobraźni niż do oka. Malaika wyglądała jak nakryty płótnem dzieciak trzymający ręce w górze.

W nagraniu też nie usłyszała niczego specjalnego. Może rzeczywiście było trochę inne niż afrykańskie hymny, które jej zwykle wysyłał, ale nie potrafiła wskazać, na czym polegała różnica. Melodyka? Rytmika? Harmonia?

Przesłuchała nagranie kilka razy, ale tylko rozbolała ją głowa. Obawiała się bólów migrenowych, czytywała czasem o nich na forach internetowych. Opisy brzmiały jak prawdziwy horror, nie tylko przez oniryczną składnię i koszmarną interpunkcję wypowiedzi: rozbłyski światła kaleczące powieki. Może z tego bólu i strachu odpisała Pawłowi ostrzej, niż zamierzała i krócej, niż powinna. Zamiast wspomnieć o ojcu i matce, rzuciła żołnierskim nie rób mnie w chuja, trzasnęła laptopem, trzasnęła kubkiem, trzasnęła drzwiami mieszkania, drzwiami budynku, trzasnęłaby drzwiami samochodu, gdyby nie jechała autobusem.

Gdy tak jechała, nieokreślona złość nabierała konturów i Julia zrozumiała, że pomyliła ją ze strachem. Zdziwiona, trącała go myślą jak czubkiem języka trąca się bolący ząb.

Na szczęście strach przeminął wraz z bólem głowy, jeszcze zanim dotarła na uczelnię. W Zakładzie Etnomuzykologii trzaskanie drzwiami nie wchodziło w rachubę, bo każdy wstrząs groził zaburzeniem chwiejnej równowagi panującej w pokoju. Profesor Dacina nie wierzył ani w biblioteki, ani w muzea. Nie wierzył też w emeryturę i nie wierzył w śmierć.

Profesor wierzył w muzykę. W kwestii kultury miewał chwile zwątpienia.

Pokój zawalony był instrumentami i nagraniami (od płyt CD po winyle), książkami o etnologii, etnomuzykologii, muzykologii oraz, z jakiegoś powodu, podręcznikami ichtiologii.

Jakby tego było mało, portier przekazał jej podłużną paczkę zaadresowaną do profesora. Niezbyt ciężka, nadana w Stanach Zjednoczonych. Julia miała nadzieję, że to nic pilnego, bo profesor dzień wcześniej dał jej znać, że chce przedłużyć badania terenowe o dwa tygodnie. Położyła przesyłkę na biurku, tuż obok maskotki zakładu: wypreparowanej ryby głębinowej. Ktoś wmontował małą diodę w illicium, jakby świecąca wypustka kiedyś jeszcze mogła posłużyć jej za wędkę. Wypchana ryba i książki o ichtiologii stanowiły największą zagadkę zakładu i nikt nie mógł zdobyć się na ich wyrzucenie. Były tam przed nią, były przed profesorem, może były tam i przed budynkiem: czekały z materializacją aż wybudują dookoła nich pokoje, postawią stoły i półki. Czasem Julia wpatrywała się w światełko, jakby kryły się w nim odpowiedzi na wszystkie pytania i pytania do wszystkich odpowiedzi, ale jedynym pytaniem, jakie przychodziło jej na myśl, było po co? a odpowiedzią diabli wiedzą.

Czasem to samo myślała, patrząc na swoich studentów.

Na zajęciach z kultur muzycznych świata Julia puszczała ragi, choć wiedziała, że je tym kaleczy i zawsze próbowała wytłumaczyć, jak wiele traci muzyka wyrwana z kontekstu.

– Ragi, grane o określonych porach dnia i nocy, miały wzbudzać odpowiednie uczucia w słuchaczach. Były uważane za przedstawienie bóstw. Poza treściami muzycznymi niosą za sobą znaczenia symboliczne. W tradycji karnackiej były wyrazem głębokiego oddania i poświęcenia bóstwu. Muzyka była sztuką, bo była religią.

Z niepokojem puściła muzykę, jakby bała się, że znane nagrania zabrzmią inaczej, niż powinny.

– Jest to raczej zbiór wskazówek stanowiących podstawę do improwizacji muzycznej. Wokół takich ustalonych tematów organizuje się rytm i różne ozdobniki. Tradycyjne koncerty mogły trwać wiele godzin. Przechodząc od tematu do tematu, opisywały zmieniający się nastrój spotkania.

Po zajęciach, wykończona bardziej niż zwykle, zaszła na chwilę do Zakładu Nowych Mediów dopytać o szczegóły przyszłotygodniowej konferencji. Jak zawsze uderzył ją kontrast pomiędzy dwoma pokojami. Kiedy przyszła tu po raz pierwszy, nie mogła się powstrzymać i wypaliła: – O rany, jak tu czysto. Jak w prosektorium!

Kierownik zakładu spojrzał na nią oburzony, ale za to doktorant od razu ją polubił. Przyznał potem, że miała trochę racji. Szymon brał kulturę, rozcinał na kawałeczki i zszywał z powrotem taką, jaka była wcześniej. Czasem była to sekcja, choć częściej wiwisekcja. Nawet nie mógł poczuć się jak doktor Frankenstein, bo kreowanie potworów to domena artystów.

Teraz jednak była tam wyjątkowo nie na miejscu, jakby ciągnął się za nią chaos tradycji ludowej, niepasujący do elektronicznego minimalizmu. Zresztą Szymon i tak nie miał czasu na pogaduszki. Potwierdziła tylko temat wystąpienia i z ulgą pojechała do domu.

W mieszkaniu strach powrócił, jakby nigdy stamtąd nie zniknął. Unosił się w powietrzu jak zapach kadzidełek i starej kawy.

Najwyższy czas pozmywać.

 

Drugi piątek

 

Julia co rano sprawdzała skrzynkę z przyzwyczajenia, ale w piątki do przyzwyczajenia dołączało zaciekawienie.

Teraz jednak, kiedy zobaczyła wiadomość od brata, poczuła, jak rośnie jej w żołądku ołowiana kula. Znowu literówki, znowu zdjęcie, znowu dźwięk.

I chyba te literówki martwiły ją najbardziej, bo niestaranność nigdy nie mieściła się w jego światopoglądzie.

Siadła z kawą przy laptopie, by przeczytać maila.

Paweł pisał, że dopiero teraz odnalazł w sobie dobro i miłość. Nie Boga, Boga miał już wcześniej, ale był to Bóg widziany przez mgłę, przesłonięty przez ludzką pychę, bo jak on mógł kogoś zbawić, czego on mógł nauczyć, dopiero malaika pokazała, że chodzi o dobro. Tak po prostu. Można tylko kochać, kochany człowiek to człowiek lepszy i piękniejszy. Światłość bez cienia, poszanowanie, wspólnota. Nie ma strachu, jest dobro.

I tak dalej.

Julia otworzyła zdjęcie. Paweł podszedł bliżej tego swojego zbawienia i teraz widziała, że to nie dzieciak w przebraniu. Pomimo ziarna na fotografii, widziała delikatny błysk i perłowość powierzchni, czuła kruchość… Zjawy? Zjawiska? Tak mógł wyglądać Duch Święty, choć Julii malaika kojarzyła się z przejrzystym grzybem. Tłum też podszedł bliżej i było więcej ludzi niż na ostatnim zdjęciu. Zasłuchani, zapatrzeni, brat pewnie zaraz miał wygłosić kazanie albo zaintonować hymn, zgodnie z dyrygenturą świetlistej chmury poruszanej wiatrem, którego nie było.

Włączyła dźwięk i cała scena ożyła przed jej oczami. Instrumenty, jakie zawsze słyszała na jego nagraniach. Bębny, gongi, balafon. Monotonne, gardłowe nucenie chóru, przerywane czystym głosem solisty. Muzyka, która wcześniej dawała proste poczucie wspólnoty, teraz wydawała się mówić coś jeszcze.

Rytm, niepasujący do bębnów. Solista śpiewający zbyt wysoko. Chór nucący zbyt nisko. Coś było inaczej, pojawiło się brzmienie nienależące do ludzkiego porządku. Pozostawał tylko boski, ale ten Bóg nie był łaskawy i miłosierny. Muzyka nie niosła słodyczy i dobra. Julia rozpoznawała hymny miłości, ale ta miłość ją przytłaczała, jej nadmiar przerażał. Była piękna, ale pięknem zniszczenia. Julia chciała zwinąć się w kłębek, zapaść w sobie i zniknąć.

Nagranie dobiegło końca.

Julia drżała na całym ciele jak po intensywnym wysiłku.

Jeżeli Paweł odczuwał to podobnie, tylko prawidłowo, po bożemu, widząc piękno w całej okazałości, nie bojąc się dobra, to nie dziwiła się już jego wierze.

Zerknęła na zegarek – wciąż było wcześnie. Szczękała zębami. Kiedy palce przestały jej drżeć, zalogowała się na forum Etnomuz i wrzuciła tam obydwa nagrania z prośbą o opinie. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie dodać zdjęć, ale zrezygnowała.

Nikt nie potraktowałby ich serio.

 

Bratu odpisała, żeby uważał na siebie, że się o niego boi. Niech powiadomi odpowiednie władze, prosiła, choć była pewna, że teraz władzę nad nim ma tylko Bóg.

Co więcej mogła zrobić ze swojej kawalerki? Przecież nie naśle na niego dziennikarzy. Zresztą, co by im powiedziała – zobaczyła białe coś na zdjęciu, a muzyka wywarła na niej ogromne wrażenie? Po to przecież jest.

Tam musiało być coś, czego ona nie dostrzegała. Zresztą, czy można bać się dobra?

Na wszelki wypadek sprawdziła wiadomości, ale nikt nie pisał o cudzie w Afryce. Umyła kubek, odłożyła na suszarkę i wyszła z mieszkania. Bała się.

Bała się, że nie zamknęła drzwi, że spóźni się na autobus, że autobus się spóźni, że nie pójdzie jej wystąpienie na konferencji.

Tłumaczyła sobie racjonalnie, że spóźnienie nie ma znaczenia, że na konferencji i tak będą tylko inni prelegenci i studenci, zmieniający się co panel. Panele układano tak, by pokrywały się z zajęciami, wtedy zawsze ktoś zagoni studentów. Szum wcześniejszych wystąpień zdołał ją uspokoić. Swoje prowadziła już ze zwykłą swobodą.

– Radio! Dziś to tylko szum w tle, nie zwraca się na nie specjalnej uwagi, nie pamięta, że europejskie piosenki trzeba było przyciąć do trzech minut. Indyjskie ragi z całonocnych wydarzeń zostały okrojone do godziny, wszystko trzeba dopasować do gustów jak najszerszej publiczności. Właściwie muzyka rozpadła się na dwie połowy, jedna poleciała w górę nadmiernego komplikowania, druga spadła w dół nadmiernego upraszczania. I oczywiście, akulturacja, przenikanie się motywów muzycznych po raz pierwszy możliwe na tak gigantyczną skalę skłaniają twórców do szukania takich środków wyrazu…

Następnych prelekcji słuchała jednym uchem. Myślała o harmonii, jaka biła z tamtego hymnu. Chociaż nie potrafiła go sobie przypomnieć, to wciąż czuła jego rytm, nieludzkie uporządkowanie, piękny w formie, dobry w treści i tylko ona – odmieniec – bała się tego piękna, paliło, jakby w splocie słonecznym rozszalało się prawdziwe słońce, nie pozostawiając żadnej myśli ukrytej w cieniu; jakby to, co złe, też było warte dobra. Dobro sączyło się w nią jak jad.

Czy strach przed dobrem i nieograniczoną miłością znaczył, że jest złym człowiekiem?

 

Nie została na pokonferencyjnym piwie, nawet nie znalazła siły, by pomóc Szymonowi posprzątać. Wróciła do domu, choć nie do siebie.

Wiatrak laptopa szumiał odległymi bębnami, jakby rytm jeszcze nie zdążył wybrzmieć. Julia nie puściła nagrania ponownie: bała się bać. Zajrzała tylko na forum i pomyślała, że świat się trochę skończył.

Dyskusja dawno porzuciła merytorykę, za to skupiła się na wrażeniach, estetyce i etyce, jakby Kanta nigdy nie było, jakby dobro i piękno wciąż stanowiły jedno.

Nawet, gdyby ktoś myślał inaczej, pewnie nie chciałby się wypowiedzieć, bo z pięknem można dyskutować, ale z dobrem? To jakoś nie wypada.

Rytm zamierał, może usiłował się ratować w jej palcach stukających bezmyślnie po klawiaturze. W okienku odpowiedzi narosła zbitka liter: kkksssiiijjjddaapppsda;jdd.

Odświeżyła stronę i zobaczyła więcej postów wypełnionych identycznym bełkotem.

 

Trzeci piątek

 

Zupełnie niepotrzebnie zwlekała ze sprawdzeniem poczty, kuląc się pod kołdrą. Paweł się nie odezwał, nie wiedziała, czy powinna się cieszyć, czy martwić, choć czuła, że nie należy się nad tym zastanawiać. Może dojść do wniosków, które jej się nie spodobają.

Muzyka już dawno opadła, drgania ucichły, Julia nawet nie zauważyła kiedy, osiadła jak kurz, niezauważalnie zbierający się na podłodze.

Ostatnio w końcu zabrała się do sprzątania mieszkania: wszystko schowała do szafy.

 

Profesor Dacina wrócił wreszcie z badań, zadowolony, ale wyraźnie zmęczony. Zdążyła tylko wskazać paczkę na biurku i musiała biec na zajęcia. Z niechęcią zostawiała go samego w zakładzie. Będzie musiała poprosić Szymona, by pomógł im jakoś uporządkować zbiory. Skupienie się na kulturowym kontekście pieśni Vendów przychodziło jej z trudem większym niż jej studentom, bo w myślach już rozmawiała z Daciną o tej melodii. Może to jej brat zawlókł tam zmianę jak wirusa?

Kiedy wróciła do zakładu półtorej godziny później, profesor siedział z pochyloną głową na krześle. Z półotwartych ust ciekła mu ślina. Herbata wylana z przewróconej filiżanki już dawno przestała skapywać z blatu, wsiąkła w rozkopane papiery pod biurkiem.

Przyjechała karetka, zabrali profesora na oddział intensywnej opieki medycznej. Julia winiłaby Boga, ale skoro nie wierzyła, to podstawowa uczciwość wymagała, żeby nie wierzyła zarówno w szczęściu, jak i w gniewie i strachu.

Z wdzięcznością przyjęła od Szymona zaproszenie na piwo. Nie chciała być sama, ale nie mogła przecież narzucać się rodzinie profesora, towarzysząc im w szpitalu.

Usiedli w pobliskim pubie stylizowanym na irlandzki. Dużo zieleni, ciemny drewniany bar, muzyka pasująca do wystroju, czyli dobrze udająca oryginalną. Siedzieli w loży, znudzony barman patrzył na powtórkę meczu w dużym telewizorze na ścianie. Julia piła piwo, było daleko do świętego Patryka, więc nikt nie barwił go na zielono i miało beznadziejnie czarny kolor. Zastanawiała się, co powiedzieć Szymonowi.

Doktorant z Nowych Mediów jak na razie sam wypełniał ciszę. Stawiał błyskotliwe i złośliwe cenzurki projektom muzycznym, o których Julia nigdy nie słyszała i których nigdy nie usłyszy, o czym wiedział, ale mówił dalej, jakby był młynkiem modlitewnym, kręconym przez Julię, by uspokoić sumienie.

Szmer głosu Szymona odrywał ją powoli od piękna wieczności i kiedy zaczynała zapominać o tej czarnej dziurze, którą tydzień temu wypaliło w niej to małe słońce, a w którą teraz wpadł profesor, barman wyłączył muzykę, uruchomił dźwięk w telewizorze i zgłośnił.

Odbiornik huknął.

Kinszasa, Luanda, Bangui, Kampala, Nairobi i Lusaka – na obrzeżach wielkich miast pojawiły się nieznane wcześniej organizmy. Miejscowi nazywają je ubuntu albo malaika i mówią, że spadły z nieba.

Amatorskie filmiki pokazywały białe postacie, które w telewizorze roztęczały się splotem linii, zupełnie jakby były w drobne prążki, migoczące w obiektywie kamery. Wieści sączyły się między obrazami: malaiki pojawiają się już od tygodnia. Widać było ślady po wojsku, przeoraną ziemię, znak, że próbowano je otoczyć. Prezenterka mówiła, że Kongo wniebowstąpiło, breaking news przerywano bardziej breaking news, choć już po kwadransie okazało się, że nie można powiedzieć nic więcej – pojawiły się znikąd, spadły z nieba, nie są ofensywne, nie są defensywne, po prostu są. Próbowano je otoczyć kordonem, odgrodzić od cywilów, ale tłumy i tak się zbierały, zaciekawione cudem. Żołnierze w końcu odmawiali wykonywania rozkazów, łączyli się w radosnym śpiewie, a potem pilnowali tylko, by nikomu nie stała się krzywda.

Nie to, żeby ktoś usiłował tam kogoś krzywdzić.

Dlatego nazywano je malaika – aniołami, dlatego nazywano je ubuntu – jestem, bo ty jesteś.

Świat nie rozumiał i Julia nie wiedziała, czy powinna mu tłumaczyć siłę hymnów. Czuła, jak między żebrami znowu powoli rozpala się gorące, afrykańskie słońce. Ledwie słyszała ten rytm w przytłumionej muzyce, która docierała do niej strzępami z ekranu telewizora, ale to wystarczyło.

– Mówią o Kongo. Czy to nie tam jest twój brat? – zapytał Szymon.

Julia pokiwała głową; bała się, że jak tylko otworzy usta, to zamiast słów buchnie z niej płomień. Barman ściszył telewizor, rytm ucichł, czasem tylko wracał echem w nieprzyjemnym dreszczu.

– Usiłowali wstrzymać informacje, wyciszyć, zablokować, może gdyby od razu udali się do wyższych nacji, toby się tak nie skończyło – powiedział ktoś w loży obok.

Zdumieni reporterzy, korespondenci specjalni mówili, że nastroje są dobre. Nikt nie szykował się do rozruchów: nawet jeżeli nie chciano jeszcze dla wszystkich jak najlepiej, to przynajmniej już nie chciano dla innych jak najgorzej.

Im spokojniej było tam, tym bardziej szalały tłumy po drugiej stronie globu.

Rozruchy były w Nowym Jorku, choć świat kończył się w Kinszasie.

Kiedy Julia wróciła do domu, zajrzała na forum. Ktoś już zauważył podobieństwo nagrania do strzępów muzyki, którą można usłyszeć w wiadomościach, ale nikt nie potrafił powiedzieć, na czym to podobieństwo polegało.

Tak, jakby zamiast trzeciego oka otworzyło się im trzecie ucho, a Duch Święty zstąpił w muzykę, która w końcu będzie mówiła wszystkimi językami.

Śledziła dyskusję i myślała o grzybie. Może, tak jak Alicja ugryzła kawałek kapelusza, tak teraz nawdychano się zarodników, i to dziwne uniesienie było wywołane przez halucynogenne drgania instrumentów? Szaleństwo roznosiło się, śmiech zaraźliwy jak ziewanie, tańcząca plaga, epidemia dobra i miłości; nowa hippisowska rewolucja.

Wylogowała się, kiedy ktoś zaczął pytać, dlaczego OP miał te nagrania już dwa tygodnie temu.

 

Piąty piątek

 

Julia nie przeczytała maila w łóżku. Kiedy przyszedł, łóżko było już zasłane, a ona siedziała przy stoliku, przeglądając amatorskie filmiki i fragmenty dzienników wrzucone do sieci. Żadne z nagrań nie miało takiej siły, jak to wysłane przez Pawła miesiąc temu, ale też nikt nie skupiał się na nagrywaniu hymnów.

Odpowiednie kościoły ustawiały ołtarze obok tak, by wierni wiedzieli, w którą stronę mają się zwrócić. Wiernych strony nie obchodziły, bo modlitwa rozchodziła się jak kręgi na wodzie. W każdą stronę.

Panika za oceanem przycichła; albo przyzwyczajono się do idei malaik, albo złupiono to, co było do złupienia.

Ubuntu spadały w Afryce, Indiach, Ameryce Południowej, jakby chciały objąć Ziemię, a potem zaczęły powolny marsz, jeżeli można to nazwać marszem, do biegunów.

Czasem witano je z otwartymi ramionami, czasem z karabinami, ale nie wzruszało ich ani jedno, ani drugie. Spadały jak mgła i unosiły się nad powierzchnią ziemi, wody, asfaltu. Usiłowano się z nimi porozumieć, ale Julia wiedziała, że to jedno łączy je z ludźmi – nie chciały słuchać, chciały być słuchane. Kładły się cieniem na rytmie instrumentów. Mało kto zwracał na to uwagę, czasem tylko domorosły specjalista, doszukujący się wszędzie teorii spiskowych, szukał ich i w malaikach. Znajdywał, ale nie mógł nikogo przekonać, bo nikt nie chciał już dyskutować. Przyznawano mu rację, tak by nikogo nie zranić, choć myślano dalej to, co wcześniej.

Malaiki cichutko, delikatnie wprowadzały coś wspólnego do afrykańskich, indyjskich i meksykańskich rytmik.

Ziemia się rozanielała. Pojawiły się transparenty: nastało królestwo niebieskie.

Tylko ludzie wciąż cierpieli i umierali.

Widziała to na drugim i trzecim planie filmów w internecie – nagle ktoś padał na kolana, ktoś dostawał ataku padaczki, ktoś uciekał z krzykiem. Nie tylko ona boleśnie odczuwała tę muzykę.

Nigdy nie usłyszała, co profesor o niej sądził, bo nie odzyskał przytomności. Dwa dni wcześniej odbył się jego pogrzeb.

Rytm na chwilę powrócił, odnalazła go w trąbce grabarza. Chciała odgryźć sobie palce, by przestać go wystukiwać, ale chyba było już za późno, przeniknął do ciała, krew pulsowała w jego takcie, miała muzykę w żyłach; profesor byłby zachwycony.

Julia nie była.

Wiadomość nie była długa. Brat pisał, że przeprasza, że nie wiedział, że nagranie wypadło tak kiepsko, to wina jego mikrofonu i szumów elektroniki. I gdyby tylko tu była…

Julia cieszyła się, że jej tam nie ma. Ze strachem patrzyła na mapy nadejścia malaik wyświetlane w telewizji jak mapy kwitnienia wiśni w Japonii na wiosnę.

Były coraz bliżej.

Niektórzy czekali z utęsknieniem, aż piękno, prawda i dobro wreszcie zleją się w jedno, tak, jak powinno być.

Mówiono, że nadchodzi dzień sądu i Julia czuła się jak Antychryst. Gdzie miała się schronić przed tą wszechogarniającą miłością? Tego ewangelie nie opisywały – bliźniaczego Chrystusa i Antychrysta.

Julię zaskoczyło coś jeszcze: porządek w mieszkaniu zrobił się mimochodem. Nawet nie zauważyła, kiedy wszystkie ręczniki zostały równo ułożone, skarpetki doprane i dobrane w pary, wszystkie śmieci powyrzucane. Wcześniej sam robił się bałagan, teraz sam robił się porządek.

 

Siódmy piątek

 

Tym razem też nie było maila od Pawła, mignął jej tylko gdzieś w wiadomościach.

Biały, blady, uduchowiony, siejący piękno miłości i dobroci jak żyto i pszenicę. Miłość rosła jak w filmie Disneya, a Julia czuła się jak Mufasa. Martwa. Przez ostatni tydzień usiłowała zrozumieć to straszliwe piękno, zaciskała zęby, kryła głowę w ramionach, raz po raz odtwarzając to nagranie. Słuchanie nie stawało się łatwiejsze, a na dodatek teraz ta muzyka była wszędzie.

Spakowała parę płyt i wcześniej niż zwykle pojechała na uczelnię.

 

Pokój Zakładu Nowych Mediów wyglądał bardziej profesjonalnie niż graciarnia urządzona przez profesora. Wyglądał też nudniej. Julia podała Szymonowi płyty, ten uruchomił je na swoim komputerze. Jedną, drugą, trzecią.

Julia kuliła się w sobie, Szymon natomiast pęczniał i promieniał. Najpierw nic nie mówił, potem spojrzał na nią z zachwytem.

– Te kawałki nigdy wcześniej nie miały takiej głębi. Coś niesamowitego.

Julia miała cichą nadzieję, że Szymon, jak ona, poczuje strach i niepewność, ale najwidoczniej potępieni nie mieli zaznać nawet pocieszenia wspólnoty.

Doktorant zgrał jeden z utworów na twardy dysk i przez chwilę szukał odpowiedniego programu do edycji dźwięku. W końcu otworzył plik. Julia patrzyła na wykres, fale dźwiękowe przypominały rozmazane odbicie w wodzie. Ten sam utwór Szymon ściągnął z Internetu, porównał wykresy, długo na nie patrzył.

– Wiesz, to jak te rysunki, które różnią się szczegółami. Szukasz tego ostatniego, wiesz, że jest, ale za nic nie możesz go znaleźć.

Julia wiedziała.

Podała mu pendrive'a z plikiem wysłanym przez brata.

– Sprawdź to, tylko nie puszczaj, dobrze?

Szymon porównał wykresy trzech nagrań, ale tylko pokręcił głową.

– Coś mi ciągle umyka. Posiedzę przy tym jeszcze i dam ci potem znać.

– Nie masz dziś zajęć?

– Nie wiem. Przez to wszystko studenci chodzą albo nie chodzą, różnie to bywa. Wszyscy czekają, jak to będzie, kiedy przyjdą te malaiki.

Julia uśmiechnęła się blado. Będzie dobrze.

– Ach, co do nagrań, to wszystkie moje płyty są takie. Jakby brzmiały trochę inaczej, niż powinny. Czy to może być jakiś wirus? Dogrywa coś do płyt?

– Nie wiem. Może, jeżeli w wytwórni nie zamknęli sesji…

Julia zostawiła go samego, zamknęła drzwi i pobiegła do swojego zakładu, bo widziała, jak mu świecą oczy, jak tylko czeka, by odsłuchać to ostatnie nagranie. Uspokoiła oddech, ale bicia serca nie potrafiła spowolnić. Odzywało się głuchym echem w jej głowie, jakby strach wymiótł z niej wszystkie myśli. Poszła pod swoją salę.

Pusto.

Dobrze. Nie wiedziała, czy byłaby w stanie poprowadzić zajęcia.

Wróciła do pokoju i zaczęła sprzątać. To, co powinna oddać rodzinie profesora, odkładała na jedną kupkę, resztę odkurzała i układała na półkach. Kasety, książki i płyty same ustawiały się w porządku alfabetycznym.

Tylko instrumentów dotykała ostrożnie, tak by się nie rozdzwoniły, rozwibrowały, rozbębniły, bo nie chciała znowu usłyszeć tego rytmu. Była pewna, że muzyka dawno już powinna wypalić jej płuca, ale wciąż płonęły tak samo, jak wtedy, gdy usłyszała ją po raz pierwszy.

Pokój powoli żegnał się z chaosem, tylko wysuszona ryba opierała się sensowi. Julia podeszła do biurka. Pusta, przewrócona filiżanka, najłatwiejsza i najtrudniejsza do sprzątnięcia, leżała na blacie już miesiąc. Teraz też ominęła ją wzrokiem. Sięgnęła po paczkę.

Drzwi otwarto gwałtownie i z hukiem uderzyły w ścianę, zrzucając kwietnik. Ususzona paprotka potoczyła się po ziemi.

– To nie jest wirus, chyba że elektronika zaczęła zarażać się przez prątkowanie! – wykrzyknął podekscytowany Szymon. W ręku trzymał odtwarzacz płyt.

– Co?

– Patrz. – Wziął jedną płytę z szafki, włożył ją do odtwarzacza. Wcisnął play. Usłyszeli węgierską pieśń ludową. – Brzmi… normalnie, prawda?

Julia pokiwała głową, bo przez ściśnięte gardło głos by nie przeszedł. Chyba wiedziała już, co będzie dalej.

Szymon z komórki puścił nagranie, które wysłał jej brat. Było imponujące, prawda, ale tam, gdzie wszyscy doszukiwali się dobra, ona widziała tylko zalążek zła, jak ziarnko brudu w perle. Stała nieruchomo, prawie zapomniała o oddychaniu. Szymonowi za to szkliły się oczy. Przypomniał sobie, że nie jest sam i wyłączył nagranie.

– A teraz słuchaj uważnie. – Ponownie uruchomił płytę. Julia chciała zaprotestować, że nic z tego nie będzie, że tamto nagranie wciąż unosi się w powietrzu jak powidok czy echo, ale kiedy zabrzmiały pierwsze nuty węgierskiej pieśni, zrozumiała: dziwna melodia była częścią piosenki, ukrytą w płycie od samego początku. Teraz tylko została obudzona.

Julia chciała krzyczeć, ale bała się, co usłyszy w tym krzyku.

Dopiero po chwili zdołała z siebie wyrzucić: – I ty mi to tutaj puściłeś?

Szymon rozejrzał się po pokoju, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, gdzie jest. Spojrzał na rządki równo ułożonych płyt i kaset.

– Och. Przepraszam. – Po chwili dodał: – Skąd tak właściwie masz to nagranie? Nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Co to za cudowne bębnienie? I ktoś tam śpiewa, ale nie wiem co.

– Dostałam… – odpowiedziała Julia niechętnie.

– Od kogo? – Szymon czekał na jakiś ciąg dalszy, ale kiedy milczała, zapytał, wskazując w jej stronę: – Co tam masz?

Julia spojrzała na swoje ręce. Wciąż trzymała przesyłkę. Papier był lekko naderwany.

– Paczka, którą wysłano do profesora, a której najwyraźniej nie zdążył otworzyć. Dawno przyszła. Pomyślałam, że zobaczę, co to.

Rozerwała papier.

W środku była drewniana skrzynka po winie, zamykana płytką ze sklejki. Wypełniały ją trociny, spod których przezierał jutowy materiał, na samym środku leżała koperta. Julia wyjęła list, zmarszczyła brwi. Szymon patrzył z nieukrywanym zainteresowaniem, choć nie pytał o nic więcej. Julia zerknęła na podpis.

– Anet Lecky? Jakaś Polonia? Uwaga, czytam.

Szanowny Panie Profesorze,

zwracam się do Pana jako do wybitnego specjalisty w dziedzinie muzykologii. Wierzę, że zdoła Pan zweryfikować wartość zjawiska i przedstawić je odpowiedniej instytucji. W skrzynce znajduje się rolka, na której zostały zachowane nagrania fonoautografu z 1890 roku, dokonane przez Stanisława Zborowskiego na Syberii…

– Co to fonoautograf? – przerwał jej Szymon.

– Rysuje fale dźwiękowe. Dalej:

…oraz notatnik, w którym dokonywał zapisków w trakcie swojej podróży. Niestety, nie jestem w stanie odczytać tego pisma, więc nie wiem, na ile historia, którą opowiadał mi mój dziadek, jest prawdziwa, ale przedstawię ją Panu tak, jak ją słyszałam, żeby mógł Pan wyrobić sobie własny osąd.

Mój dziadek, Florian Łęcki, w trakcie II wojny światowej pracował w Centralnym Archiwum Fonograficznym. Był tam tylko technikiem, ale bardzo zdolnym i udało mu się opracować sposób odtwarzania głosów zarejestrowanych przez fonoautograf. Po wojnie zdecydował się nie opatentować tego wynalazku, dlatego nigdy Pan o nim nie słyszał. W każdym razie, za pomocą tej techniki zdołał odtworzyć nagrania Zborowskiego.

Nagrania te, jak opowiadał dziadek, zostały wykonane w trakcie badania tunguskich plemion na Syberii. Jedno z nich przyjęło Zborowskiego nad wyraz gościnnie, aż wyraził zdziwienie w swoich notatkach. Mieli oni totem wykonany z dziwnego…

Głos Julii zamarł. Z wysiłkiem przełknęła ślinę.

– Co jest?

Pokręciła tylko głową, po chwili kontynuowała.

z dziwnego, białego materiału, opalizującego niby masa perłowa. Kiedy badacze chcieli się do niego zbliżyć, totem wydawał się uchylać przed dotykiem, ale w jego bliskości czuli jakiś niewytłumaczalny spokój. Wieczorem tubylcy zebrali się przed totemem i zaczęli grać. Zborowski opisywał ich muzykę jako nieziemską, zupełnie unikalną, nie mógł zrozumieć, jak powstała w takim miejscu. Autochtoni też nie mogli mu tego wytłumaczyć. Kilkanaście dni przed jego przybyciem to spadło z nieba i w trakcie obrzędów szamańskich, kiedy szamani chcieli przegonić złe duchy, pojawiły się te dźwięki i wiedzieli, że duchy nie są złe. Następnego dnia Zborowski nagrał je za pomocą fonoautografu. Dwa dni później totem zniknął. Tubylcy rozpaczali, Zborowski musiał uchodzić, bo winili go za to zniknięcie. Nigdy więcej czegoś takiego nie słyszał, a te i inne nagrania w końcu trafiły do Archiwum, gdzie później pracował dziadek.

Dziadek, kiedy zbudował swój odtwarzacz, najpierw odsłuchał inne nagrania zapisane fonoautografem (niestety, nie zachowały się), potem uruchomił to i mówił, że nigdy ani wcześniej, ani później nie przeżył czegoś takiego. Odsłuchiwał je, kiedy tylko mógł. Pan musi zrozumieć – wojna była, a to nagranie pomagało mu być człowiekiem. Tak mówił – że inaczej to byłby od tej muzyki lepszym człowiekiem, ale tam i wtedy, to mógł być tylko człowiekiem. I że czasami nawet tyle to dużo.

Wkrótce po odsłuchaniu jednej z taśm z archiwum – wciąż czasem je sprawdzał, choć już nikt nie pracował – zauważył, że brzmi podobnie do jego nagrania. I jeszcze jedna, i jeszcze jedna. Wtedy dziadek pomyślał, że go opętało. Nie pamięta, co się wydarzyło, ale chwilę później całe Archiwum stało w płomieniach. Do końca życia sobie wyrzucał, że to przez niego, choć mówili, że to przez pociski.

W każdym razie – Archiwum spłonęło, wraz z nim wszystkie taśmy i tylko tę jedną dziadek zabrał ze sobą, choć potem już nigdy nie miał odwagi jej odsłuchać.

Zdaję sobie sprawę, że historia brzmi nieprawdopodobnie, ale te przedmioty miały dla dziadka ogromną wartość i znaczenie, dlatego zdecydowałam się spisać jego opowieść i przesłać ją do Pana, bo tylko tyle mogę zrobić.

Z wyrazami szacunku,

Anet Lecky

Julia opuściła list, spojrzała na Szymona.

Kiedy czytała, kartkował stary notes. Od dłuższej chwili wpatrywał się w jedną stronę. Teraz go podniósł, obrócił, by Julia mogła zobaczyć, co na niej jest.

Rysunek tuszem był wyblakły, jednak nie pozostawiał cienia wątpliwości.

Malaika.

Ostrożnie wyjęli ze skrzynki jutowy worek, a z niego metalowy cylinder, na który nawinięto pożółkły papier. Julia ostrożnie rozwinęła wstęgę zarysowaną długimi kreskami.

– Wykresy fal dźwiękowych?

– Czekaj, nałożę je na to nagranie, które mamy. Ale chodźmy do mnie. – Machnął ręką. – Tu jest bałagan.

Potem Julia w milczeniu patrzyła, jak Szymon najpierw długo i niecierpliwie szukał odpowiedniego programu, potem edytował, zapisywał, uruchamiał w innych programach i w nieskończoność poprawiał krzywe wykresu dźwięków na nagraniu jej brata, starając się jak najlepiej odwzorować wzór z cylindra.

Julia patrzyła na kreski ze świadomością, że patrzy na arcydzieło, którego nie rozumie.

Jak w dobrej galerii sztuki współczesnej.

Dźwięki były piękne, więc musiały być dobre. Ład.

Były piękne, więc budziły przerażenie. Chaos.

Przerażenie dobrem.

Nie chodziło o dobro, tylko o piękno.

Przerażenie pięknem, nie dobrem.

Kiedy Szymon uruchomił nagranie na nowo, Julia zrozumiała, czym jest wzniosłość. Żadne metafory o burzach, szczytach i okrętach nie były bliskie wyrażeniu tej wielkości. Metafory były znane, swojskie, używały słów i znanych obrazów, można było je zrozumieć, a te dźwięki nie dawały nawet takiego oparcia. Był w nich czas, który nie odpowiadał kierunkom, i przestrzeń, która była poza czasem. Było życie w każdej chwili swojego umierania i śmierć, która nieustanie rodziła się na nowo. Muzyka wprawiała ją w drżenie, a dźwięki mogły rozetrzeć ją na proch. Kiedy muzyka na chwilę przycichła, uspokoiła się, wtedy Julia poczuła światło i piękno: dotknęła absolutu i przeżyła.

Nic więcej jej nie pozostało, bo jej piękno nie było dobrem.

Szymon już wyciągał rękę, by uruchomić nagranie raz jeszcze.

 

Julia uciekła.

 

Jedenasty piątek

 

Niedawno malaiki spadły na jej miasto. Ludzie zbierali się dokoła nich, ale urok nowości szybko mijał, może tylko byli szczęśliwsi i piękniejsi, kiedy robili to samo, co wcześniej, z miłością i dobrocią w sercach.

I tak nie poszło jej źle. W końcu przez ponad miesiąc ukrywała się z dala od ludzi, z dala od ich instrumentów i muzyki. Spotykała w lesie i w ogródkach działkowych więcej takich jak ona, przerażonych i nieufnych, ale uciekali na jej widok, jakby nie rozumieli, że nie chodzi o podział na dobro i zło tylko na piękno i wzniosłość.

Julia nie była zła.

Była głodna.

Pewnie dlatego, kiedy spotkała tę parę, zapomniała, że powinna uważać na dobrych ludzi. Że dobrzy ludzie pewnie będą chcieli, by było dobrze i jej. Tłumaczyli jej, jak dziecku, że wszystko będzie pięknie i wspaniale. Nie zdołała się wyrwać, kiedy zabrali ją do malaiki pewni, że się boi, zagubiona dziewczynka, która nie wie, co dla niej najlepsze. Oni wiedzieli.

Chcieli tylko podzielić się dobrem.

Chcieli tylko pokazać jej prawdziwe piękno.

Dlatego nie mogła im tak naprawdę mieć za złe, kiedy przybyli na wieczorną adorację.

Zastanawiała się, jak to wszystko się zaczęło. Myślała o białej gołębicy zstępującej z nieba i biały anioł-malaika-ubuntu Pawła zlewał się z Duchem Świętym, dającym Miłosierdzie Boże i dar mówienia językami. Przecież i wcześniej w mitach pojawiały się nieme ptaki. Julia znała te o łabędziach, ptakach muni i feniksach, które, same bez głosu, darowały ludziom muzykę. Śpiewały raz, przed śmiercią. Zostawiały po sobie echa w nowych instrumentach, w nowych harmoniach. Usychały, ale uparcie powracały, sprawdzając co jakiś czas, czy się przyjmą. Wcześniej nie było nagrań. Nie było radia, telewizji, Internetu. Wcześniej głosy tam-tamów i gwizdków zamierały, zanim dźwięk rozrósł się jak dzikie mięso.

Pomogła mu?

Może trochę, choć to chyba bez znaczenia.

Ktoś miał bębny, ktoś przyniósł gitarę, zaczęli śpiewać. Julia chyba krzyczała, ale nie była pewna. Piękno wdarło się prosto w nią, przerażenie zatkało jej usta, afrykańskie słońce raz jeszcze zapłonęło, prześwietliło skórę. Klatka żebrowa rzucała czarne cienie. Potem przyszła śmierć.

Najstraszniejsza. Najpiękniejsza.

Śpiewali dalej, ufni i bezbronni.

 

Trzynasty piątek

Ufni i bezbronni patrzyli, jak z nieba spadły czarne, matowe statki.

Koniec

Komentarze

Nie przepadam za muzyką, nie trafia do mnie, ale ten tekst mi się spodobał.

Oryginalne połączenie rzadko wykorzystywanych motywów.

No, czytałam z zainteresowaniem, jak się ta sytuacja rozwinie.

Wykonanie też bardzo przyzwoite.

Babska logika rządzi!

Tekst jest niezły, masz dobry pomysł na wykorzystanie i muzyki, i jej wpływu na ludzkie umysły, i na obcych. Motyw dobra i piękna (kalokagatii?) bardzo mi się podoba. Nie jest nawet bardzo przegadany i jest sprawnie skonstrukowany, choć troszkę luk logicznych można znaleźć. Sprawa z paczką troszkę deusexmachinowa – no czy Ann wysłała to jak już się zaczęło z malaikami i ubuntu, czy wcześniej? Ostatnie zdanie mocne, ale zakończenie (od listu) w stosunku do reszty tekstu przyspieszone i trochę rozczarowujące. W sumie byłby to może lepszy materiał na dłuższą formę? Jest taka powieść “Chaga” Iana McDonalda – trochę w bardzo ogólnym ujęciu podobny pomysł, też Afryka w tle, ale u Ciebie szczegóły i obcy są ciekawsi. A może zresztą nie rób z tego powieści, bo w sumie McDonald napisał dobre opowiadanie, a potem znacznie słabszą powieść; że o “Kwiatach dla Algernona” nie wspomnę ;)

 

Troszkę wysiadłam na tytule, bo mi się kojarzy z łacińskim słowem “illiciter” – fałszywie/’oszukańczo, ale illicium, to (tu już guglałam) dość niewinna roślina, używana do kadzidełek :O

 

Z rzeczy bardziej bezpośrednio “fabularnych” – jakoś nie bardzo wyobrażam sobie pójście z doktorantem na piwo po tym, jak ewidentnie lubiany i szanowany szef wyzionął ducha w naszym wspólnym pokoju… Jeśli miało to na celu właśnie pozbieranie się po takim szoku, należało to zaznaczyć w tekście. Tu po teoretycznie bardzo emocjonalnej i żyjącej w dużym napięciu i stresie Julii coś takiego spływa jak woda po gęsi – mało prawdopodobne.

 

We fragmencie “wojennym” (list) pogubiłam się w tym, co słuchał dziadek: co sam przeniósł (na taśmy?) z zapisów fonoautograficznych (masz u mnie wielkiego plusa za wykorzystanie tego wynalazku), czego innego słuchał z taśm. List jest długi i infodumpowy (część można było streścić dla dynamiki) i nieco nużący, a treść nie do końca jasna.

 

Nazwiska… Zaraz mi się uruchamiają skojarzenia z Lalką, pewnie niepotrzebnie; jeśli nazwiska nie mają być znaczące, jestem za unikaniem takich, które mogą się z czymś konkretnym i to kulturowo znaczącym kojarzyć; tu na dodatek Zborowski, jak Samuel, plus wnuczka nazywająca się prawie jak Anne Leckie ;) Ale możesz ten akapit olać, pewnie zboczenie zawodowe…

 

Łapanki starałam się zanadto nie robić, bo wolałam czytać tekst dla wydarzeń, ale parę rzeczy zwróciło uwagę:

 

“Profesor Dacina wrócił wreszcie ze swoich badań, zadowolony, ale wyraźnie zmęczony. Zdążyła tylko wskazać paczkę na biurku i musiała biec na swoje zajęcia.” – nie dość, że powtórzenie, to jeszcze oba zaimki doskonale zbędne.

 

“breaking news łamano bardziej breaking news,” – fatalnie to brzmi bez form deklinacyjnych. Rozumiem, że chciałaś wykorzystać humorystyczno-slangowy polski odpowiednik, ale nie wyszło. A w sumie slangowo mogłabyś jednak zastosować fleksję: “jeden breaking news łamano kolejnym, jeszcze bardziej breaking newsem” – wtedy wiadomo kto kogo ;) Albo: “kolejne breaking newsy goniły jeszcze bardziej łamiące wiadomości/newsy”

 

“choć już po kwadransie okazało się, że nie ma do powiedzenia nic więcej“ → nie da się powiedzieć

 

“Kiedy Julia wróciła do domu, zajrzała na swoje forum.” – ono było jej własnością w przeciwieństwie do innych forów? Czy może “zajrzała na forum, żeby sprawdzić, jak miewa się jej wpis” (czy coś w te klocki). Kolejny zbędny zaimek, bo wiemy, o co chodzi. I jest ich jeszcze sporo w tekście, ale nie wypisuję wszystkich.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finkla,

ten tekst mi się spodobał.

<3

 

Drakaina,

dzięki za komentarz

 

Sprawa z paczką troszkę deusexmachinowa – no czy Ann wysłała to jak już się zaczęło z malaikami i ubuntu, czy wcześniej?

Wcześniej, przecież paczką przyszła ze Stanów w dzień, kiedy Julia dostała pierwsze nagranie.

 

Illicium jest wyjaśnione w tekście:

 Położyła przesyłkę na biurku, tuż obok maskotki zakładu: wypreparowanej ryby głębinowej. Ktoś wmontował małą diodę w illicium, jakby świecąca wypustka nadal mogła służyć za wędkę. 

 

jak ewidentnie lubiany i szanowany szef wyzionął ducha w naszym wspólnym pokoju…

Przecież on nie wyzionął ducha, tylko pojechał do szpitala. Zostało doprecyzowane.

 

co sam przeniósł (na taśmy?) z zapisów fonoautograficznych

zdołał uruchomić zainfekowaną muzykę, a potem, kiedy odsłuchał inne taśmy z archiwum, usłyszał tam ten dźwięk, który nie powinien był tam się znaleźć. 

 

jeszcze bardziej łamiące wiadomości

serio?

 

zaimki trochę odsiane ;)

I would prefer not to.

OK, przyznaję, że tekst przeczytałam pierwszy raz z komórki zaraz po wrzuceniu na portal (i ogólnie spodobał mi się), ale z komórki fatalnie pisze się dłuższe komentarze, zwłaszcza z cytatami. Teraz odświeżyłam, widać niezbyt dokładnie, ale może w takim razie paru rzeczom przydałoby się dodatkowe dookreślenie. Zwłaszcza temu, co tłumaczysz w kwestii taśm, bo czytelnik nie siedzi w Twojej głowie ;) (A ten kawałek akurat dziś przeczytałam dokładnie, usiłując go ostatecznie zrozumieć.)

 

Fragment, gdzie pojawia się illicium wyszukałam i po prawdzie czytając przebiegłam nad nim, nawet nie bardzo rejestrując, jako nad elementem tła. Jest to na początku, niby Julia na to zwraca uwagę, ale potem wraca tylko ryba, znów jak ozdobnik. Ichtiologiem nie jestem, a niestety google wrzuciły mi drugie (niebotaniczne) znaczenie dopiero po wpisaniu illicium ryba :D Za złe pozycjonowanie nie odpowiadam ;) Za to znam jako tako łacinę i tytuł skojarzył mi się z łacińskim słówkiem, które pasuje do treści. Podejrzewam zresztą, że rybie illicium może mieć taki właśnie źródłosłów.

W sumie lubię motywy typu blink and you miss it, ale jeśli dotyczą mało istotnych szczegółów, których przegapienie nie utrudnia zrozumienia całości i najważniejszych elementów fabuły. Tutaj illicium (ichtiologiczne) pojawia się właśnie na tej zasadzie, a zaczynam mieć wrażenie, że jest kluczowe. Daj czytelnikowi lepiej to wypatrzeć i wpisać w całość lektury.

Co więcej, jak już wyguglałam właściwe illicium, to fragment “Ktoś wmontował małą diodę w illicium, jakby świecąca wypustka nadal mogła służyć za wędkę“ ma sens – bez tego (po znalezieniu teraz tego kawałka, ale przed poszukiwaniem) miałam taki obraz przed oczami: przed wypchaną rybą stoi jakiś drucik z diodą, jakby ktoś nadal łowił rybę… Teraz mi to wygląda idiotycznie, ale cóż – pierwsze skojarzenie, które zapewne przy pierwszej lekturze też odwróciło uwagę od tego szczegółu.

 

jeszcze bardziej łamiące wiadomości / serio?

Użyłeś/aś łamania, więc uznałam, że celowo odwołujesz się do slangu, bo inaczej łamanie wiadomości nie ma językowo sensu. Ja bym napisała w ogóle “pilna wiadomość goniła pilną wiadomość”, ale zakładałam, ze zależy Ci na takim właśnie potocznym i pomieszanym ang-pol języku w tym miejscu… No i zaznaczyłam, że to slangowe. Podałam jedynie wersje, które gramatycznie mają sens w przeciwieństwie do tej, która była w tekście, dobór słownictwa należy do Ciebie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja odniosłam wrażenie, że chodzi o wiadomość typu “przerywamy program, żeby powiedzieć…”, a zaraz potem “przerywamy przerwanie programu…”.

Babska logika rządzi!

No tak, ale jak to zapisać skrótowo? Przecież nie czasownikiem “łamano”, bo on może być tylko albo żartobliwym cytatem, albo błędem (in dubio pro reo przyjęłam to pierwsze) – prędzej przerywano, ale to nadal domaga się odmiany rzeczownika.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to może “przerywać” właśnie? I fakt, odmiana rzeczownika by się przydała.

Babska logika rządzi!

Nie jestem pewien czy to Cerleg, czy Fun. Widzę tutaj elementy charakterystyczne dla obu. Klikam, bo tekst mi się podoba. Niestety z powodu urlopu mój głos na nominację piórkową nie będzie liczył się podwójnie zapewne. Jak znajdę chwilę wrócę z komentarzem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Eeee, chyba nie. Carleg by nie dał aż tyle fantastyki, a Fun by ubił jakieś zwierzę. ;-) Kobieca bohaterka, to może jakaś dziewczyna?

Babska logika rządzi!

Jak nie Cerleg czy Fun to może być Algir ewentualnie. Ale Carlegowy ten tekst i trochę Funowy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jestem po pierwszym piątku i niestety muszę zrobić przerwę, (a czyta się dobrze), i tak sobie typuję autora tego tekstu. Jesli to któryś ze znanych mi portalowiczów, to obstawiałbym funa (przemawia za tym kilka elementów), choć mogę się całkowicie mylić :-)

 

P.S.  To zdecydowanie nie jest Cerleg. Moim zdecydowanym zdaniem :) Już bardziej Algir.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bibliotekujemy, to może się wyjaśni. ;-)

Edytka: Fun na pewno nie, bo nie był aktywny od wczoraj.

Babska logika rządzi!

drakaina,

co tłumaczysz w kwestii taśm,

chyba wiem, co tam się mogło mylić i chyba zostało to naprawione, ale list pisze Polonia, to wiesz ;)

 

I w takich materiałach nie będzie przecież polskich materiałów – siłą rzeczy będą korzystać z angielskojęzycznych materiałów, gdzie będzie widoczny napis breaking news, więc breaking news zostaje, ale łamanie zostało zastąpione przez przerywanie.

(najbardziej po polsku chyba byłoby, że sensacja goniła sensację)

 

mr.maras,

Niestety z powodu urlopu mój głos na nominację piórkową nie będzie liczył się podwójnie zapewne.

ej, ale ja się ucieszę ;)

 

Finkla,

Kobieca bohaterka, to może jakaś dziewczyna?

ej, Gustave Flaubert by się nie zgodził, że o kobietach piszą kobiety ;P

 

I would prefer not to.

w takich materiałach nie będzie przecież polskich materiałów – siłą rzeczy będą korzystać z angielskojęzycznych materiałów, gdzie będzie widoczny napis breaking news

 

Zgoda, zresztą breaking newsa jako takiego bym się nie czepiała. Tam (nadal) razi brak odmiany w drugim użyciu tego określenia. Zwłaszcza że sprawdziłam dopiero teraz i SJP PWN dopuszcza odmianę i formy pochodne, więc nie ma powodu, żebyś nie napisał, że breaking news przerywano jeszcze bardziej breaking newsami. Zwłaszcza że i po angielsku “news” to liczba pojedyncza.

 

(najbardziej po polsku chyba byłoby, że sensacja goniła sensację)

Byłoby fajne, ale na moje wyczucie ma to nieco inne zabarwienie semantyczne ;)

 

Kobieca bohaterka, to może jakaś dziewczyna?

Ekhem, ekhem.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ej, Gustave Flaubert by się nie zgodził, że o kobietach piszą kobiety ;P

Ale pani Bovary mi się nie podobała. Ot, głupia pinda, która sama nie wie, czego chce. Niewykluczone, że niektórzy mężczyźni tak postrzegają baby. ;-)

Babska logika rządzi!

Ewidentnie ktoś z forum. Jeśli chcecie go znaleźć, to szukajcie po słowie "solennie", rzadko używane, a pod jednym z opek była nawet dyskusja o tym.

Przeczytałem jednym tchem. Bardzo dobry początek. Od razu wciąga i nie pozwala się oderwać. Stylistycznie również dobre, nie trzeba się zatrzymywać, by zastanowić się co w tym zdaniu kuleje, bo kulawych zdań nie ma. Bardzo dobre wrażenia.

Spróbuję się wyrobić w październiku i przełożyć urlop na listopad. Mam ze trzy nominacje na oku i szkoda by było, gdybym nie przyTAKował z mocą dyżurnego.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Z czepialstwa:

Technicznie: ostało się kilka powtórzeń i jakaś literówka. Brakowało mi też innego słowa na Julię, żeby nie klepać ciągle Julia to, julia tamto, ale to już drobiazg.

Illicium/malaika – trochę deusexowata – tzn. Nie dało się tego zniszczyć, ani z tym walczyć. Choć to zarzut też drobny.

 

Tytuł – tytuł jest fajny i mi się podoba, ale od razu zdradza rolę malaiki. Mam nadzieję, że takie było założenie, żebyśmy wiedzieli, że malaika to tylko wabik, podpucha, a za nią przyjdzie coś co wszystkich pożre.

 

Pomysł, wykrzystanie muzyki itd. itp. – szacun, fajne.

Całość czyta się bardzo sprawnie, przyjemny styl.

Miałem się listu przyczepić, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie potrafię podać konkretnej przyczyny.

 

Zakończenie – sama jego końcówka – fajna. Ale droga do ostatniej sceny i ostatniego zdania jakaś taka pośpieszona. Czyli zakończenie w stylu Cobolda.

Początkek tekstu za to wydał mi się w stylu funa. Szczególnie to, że bohaterka ma na imię Julia. I te takie:

"Załączył nagranie.

I zdjęcie."

Fajne, krótko i na temat.

 

Generalnie jestem kontent z lektury!

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tytuł – tytuł jest fajny i mi się podoba, ale od razu zdradza rolę malaiki.

No, jak dla kogo… To jest cudowny przyczynek do kwestii konieczności guglania dla zrozumienia tekstu (mimo że źródłosłów odgadłam poprawnie): wszystko zależy od “profilu wykształcenia”. Ale będę miała piękny argument na wypadek kolejnych pretensji, że ludzkość nie wie na przykład, kim był arcyksiążę Rudolf ;) [Przepraszam autora/autorkę za lekko offtopową egocentryczną wycieczkę.]

Nawiasem mówiąc, zrobiłam ślepą próbę na koleżance humanistce (filologia), dzwoniąc i pytając, czy wie, co to jest illicium – też nie wiedziała :P

 

Oczywiście koniec końców cieszę się, że dzięki opowiadaniu wzbogaciłam słownictwo (bo z filmów przyrodniczych oglądanych namiętnie w dzieciństwie kojarzyłam samą rybę – choć musiałam ją zobaczyć na zdjęciu, żeby skojarzyć, że o takie cuś chodzi).

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Ja też nie wiedziałam, ale wystarczyło mi wyjaśnień w tekście. Ryba głębinowa + dioda w illicium + sugestia wędki = eureka. Ale na mnie ogromne wrażenie zrobiło zdjęcie bodajże na okładce pierwszego podręcznika biologii.

Babska logika rządzi!

U mnie po części zawiniło to, że inaczej sobie zobrazowałam przed oczami tę biurkową ozdobę z ryby – wędkę jako coś odrębnego od zwierzęcia. Ale to niestety czasem tak działa, że jedno błędne skojarzenie lub wyobrażenie sprowadzi człowieka na całkiem fałszywą drogę :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajnie, że się podoba ;)

 

Mytrix,

Nie dało się tego zniszczyć, ani z tym walczyć.

Nikt nie chciał z tym walczyć, bo znakomita większość ludzkości nie widziała powodu. Ci co widzieli powód w większości uważali, że to z nimi jest coś nie tak. Stąd też wskazówka w tytule – nie ufaj im ;)

 

Plan był taki, żeby zadziałało tak, jak przedstawiła to Finkla i tego będę się trzymać. ;)

 

A pani Bovary dokładnie wiedziała, czego chce: magii, nie realizmu. Można się nie zgadzać z jej priorytetami, ale przecież nie jest to źle skonstruowana postać. 

 

 

I would prefer not to.

Mnie książka śmiertelnie wynudziła. Ale może poszło o obyczajówkę albo romansidło…

Babska logika rządzi!

Nikt nie chciał z tym walczyć, bo znakomita większość ludzkości nie widziała powodu.

Mam wrażenie, że temu służy m.in. ten motyw z pięknem i dobrem?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ode mnie klik. Za to, że po guglnięciu ‘illicium’ wszystko pięknie wskoczyło na swoje miejsce. Dobry wybór z tym słowem (i tytułem) – nie jest powszechnie znane, a nie jest trudno sprawdzić i powiązać z treścią.

(no i klik, bo chcę zobaczyć, kto to napisał :D mam pewne podejrzenia, co do autorki – bo obstawiam płeć piękną. Ale może się mylę…?).

Bella, no to już jest nas dwie. :-)

Obstawiałam między innymi Ciebie, ale bez przekonania, bo nie było homoseksu. ;-)

Babska logika rządzi!

No tak: ludzkość nie widziała powodu, bo czuła piękno i dobro – czyli postrzegała wabik tak, jak powinna.

 

ej, ale obstawiajcie na głos! 

też chcę widzieć! ;D

I would prefer not to.

No, jeśli nie Bella (a najwyraźniej nie), to pozostaje Wybranietz. Konkretny styl, bez rozpisywania się o zadku Maryny i jakiś odleciany element (jak to z grą w karty było). Bellę podejrzewałam za babską postać naukowca.

Babska logika rządzi!

Osobliwe to opowiadanie, dużo tu muzyki i jakkolwiek nie do końca pojmuję, dlaczego ludzkość została nią tak bardzo omamiona, to wyznam, że czytałam z dużym zaciekawieniem, od początku, aż do zaskakującego, satysfakcjonującego końca.

 

że sio­stra sym­pa­tycz­ne­go mi­sjo­ina­rza… –> Literówka.

 

Roz­bie­ra­ła wieże na­czyń zanim osią­gnę­ła bluź­nier­czą wy­so­kość. –> Literówka.

 

je­dy­nym py­ta­niem, jakie przy­cho­dzi­ło jej na myśl, było po co?, a od­po­wie­dzią dia­bli wie­dzą. –> Po pytajniku nie stawiamy przecinka.

 

Może, tak jak Ali­cja ugry­zła ka­wa­łek ka­pe­lusz, tak teraz… –> Literówka.

 

Tylko in­stru­men­tów do­ty­ka­ła ostroż­ne… –> Literówka.

 

Wcze­śniej głosy tam­ta­mów i gwizd­ków za­mie­ra­ły… –> Wcze­śniej głosy tam-­ta­mów i gwizd­ków za­mie­ra­ły

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tytuł i pierwszy piątek spowodował, że jasne stało się dla mnie o co tu chodzi i jak się to skończy. Ni jest w żadnym wypadku zarzut, bo po pierwsze mogłem się cieszyć swoją przenikliwością (a to nieczęsta sprawa) a po drugie uzyskałem przeświadczenie (słuszne, bądź nie, nieistotne), że zrozumiałem Autora, że wiem, co miał na myśli. No i wciąż mogłem delektować się znakomitym stylem, niby prostym, ale bogatym w wiele znaczące szczegóły, zdaniami, wydawało by się – rzuconymi ot tak, mimochodem, od niechcenia, ale pięknym w formie i pełnym treści. Rzeczywiście, jest tam sporo z Funa, tudzież nawet późnego Corcorana, czy jak tam się nazywały jego kolejne inkarnacje. 

Podoba mi się też fakt, że udało się Autorowi pisać zrozumiale o rzeczach dość trudnych do przełożenia z języka muzyki na słowa. O wrażeniach i emocjach związanych z muzyką, zbyt skomplikowanych, żeby łatwo i konkretnie je nazwać. Podobało mi się proste rozdzielenie piękna od dobra. I to, że niewielu je widziało. Podobał mi się pomysł na "infekowanie" kolejnych nagrań. 

Generalnie prawie wszystko mi się podobało. Znakomity tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wybranietz!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Też obstawiam kobietę. Jeżeli to Wybrańczyni, to jest to najlepszy z jej tekstów jakie dotychczas czytałem… a jednak.

I po wuja był Ci ten Anonim? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jak to po co? Żeby dostać obiektywną ocenę, bez względu na sympatie bądź antypatie.

Ale Ty na serio, Chrościsko, czy słusznie słyszę dzwoneczki ironii w Twych literkach? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Serio, serio. I nie żebym posądzał kogokolwiek o brak obiektywizmu, ale podświadomość czasem robi psikusy. Taki anonim to jak podwójnie ślepa próba. Przecież naukowcy zwykle nie chcą sami siebie oszukiwać, a mimo to ją stosują.

Inna sprawą jest to, że znając autora, wiesz jakie błędy zwykle popełnia i chcąc nie chcąc, będziesz ich w tekście szukać, a tak – czysta kartka. 

Pewnie masz rację. Choć nie wyobrażam sobie, żeby tekst miał być inaczej oceniony przez kogokolwiek, gdyby widniało nad nim jak byk - Wybranietz. 

Może to tylko mnie zdumiewa chęć do publikowania czegokolwiek anonimowo na, w gruncie rzeczy, anonimowym portalu. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A może zwyczajnie chciała nam dostarczyć rozrywki? :) Pewnie się wkrótce wypowie.

A mnie nie zdumiewa, sam tak robiłem. Masz czyste sumienie, że nie klaszcze Ci Twoje TWA.

@Finkla

 

 

@regulatorzy

;D

zostanie poprawione, dzięki – milion osób to czytało, a jednak – zawsze coś się uchowa.

 

@thargone

I po wuja był Ci ten Anonim? 

ej, przez chwilę poczułam się coboldem ;D

i patrz, jak pięknie drakaina zmieniała płeć anonima – najpierw było -aś, potem -aś/-eś, a potem -eś ;D

@chroscisko

Jak to po co? Żeby dostać obiektywną ocenę, bez względu na sympatie bądź antypatie.

e, nie do końca ;D

Bracia Mniejsi spotkali się z mniej entuzjastycznym przyjęciem, niż się spodziewałam (łącznie z “zawiodłem się na tobie” ._.) więc podchodziłam do publikacji z pewnym niepokojem.

a nie czuję się do końca anonimowa bo są tu linki do zinów, a tam fejsy i bionotki ;)

 

I would prefer not to.

Moje “TWA” raczej ocenia mnie ostrzej, mają jakieś tam oczekiwania po poprzednich tekstach, i gdy wyskakuję jak Filip z konopii z tekstem gorszym, to doświadczam (konstruktywnej) krytyki, lub lekkiej zjebki za powtarzanie błędów/cofanie się w rozwoju. :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mam wrażenie, że istnienie przeróżnych TWA-ów na Fantastyce jest mocno demonizowane. Może są osoby, które lubią się bardziej (choć sam, jako człowiek ewidentnie starej daty, mam duży dystans do "lubienia" i "nielubienia" osób, których w życiu na oczy nie widziałem i są mi właściwe obcy), ale żeby to jakoś wpływało na ocenę tekstowi, to nie zauważyłem. 

Oj, chyba zaczynam offtopować ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czytał, czytał ;). 

I się mu (jak zwykle) podobało. Ale literówek w moje wersji nie było :P.

 

@Thargone

których w życiu na oczy nie widziałem i są mi właściwe obcy

To zapraszamy na piwo do Katowic. Ostatnio ekipa z Wrocławia była. Jak się zjawisz, to zobaczysz na własne oczy m.in. sławną Wybranietz :D!

Zerknij w odpowiedni wątek. Nic nie jest jescze przesądzone, możesz lobbować za odpowiadającym Ci terminem.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

To ja lobbuję spotkanie na terenie Republiki Federalnej Niemiec…

 

wybranietz, przepraszam za posądzanie Cię o bycie facetem!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Byłoby świetnie zobaczyć sławną Wybranietz, sławnego Starucha i całą resztę sław, ale u mnie Wrocław stoi przy nicku tyko ze względu na pochodzenie i sentyment :-) 

Nie żeby się zupełnie nie dało do Katowic przylecieć, ale gdy się ma pracę, rodzinę i całą resztę, jest to dość skomplikowane przedsięwzięcie. 

Ale gdy następnym razem wpadnę do Wrocławia na dłużej, ogłoszę Wrocławskie Piwo :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

ej, gdzie jest kolejka po TWA?

 

Jak się zjawisz, to zobaczysz na własne oczy m.in. sławną Wybranietz :D!

Sam thargone do tego nie wystarczy ;P

 

@Mytrix

nie przejmuj się, pomyśl raczej jak się coboldowi będziesz tłumaczył ;P

 

 

I would prefer not to.

To cobold musiałby się ostro tłumaczyć, gdyby zagłosował na NIE w sprawie piórka dla Illicium.

Szczególnie, że ma tendencje do pośpieszonych zakończeń.

(Ewentualnie, dostanę od cobolda prawy sierpowy krytyki pod Krzemem, za ciągłe wytykanie mu tych pośpieszonych zakończeń samemu lepszym nie będąc :D)

 

Co do TWA, wybranietz, sądząc po popycie na Twoje pisanie wśród portalowiczów, nie masz na co narzekać :-)

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ha! Od razu mówiłam, że baba!

Dziękuję, dziękuję… <kłania się>

No i po Ci było zasłaniać się Flaubertem? ;-)

Babska logika rządzi!

Thargone, zapomniałem, żeś ty z tych -

Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają 

W każdym razie – jakbyś tak miał kapkę czasu i prywatny odrzutowiec…

 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No ale przecież nie będę opisywać jak dziewczę zjada korzonki i włamuje się na działki ;/

W pewnym momencie wiadomo już o co chodzi i przeciąganie zakończenia jest – no właśnie przeciąganiem.

A tworzenie ruchu oporu – w takim kształcie, w jakim bym go widziała – to nie byłaby rzecz na opowiadanie ;P

 

Nie zasłaniałam się Flaubertem, podałam go tylko jako przykład możliwej alternatywy ;)

 

I would prefer not to.

Niezłe opko. Nie zachwyciło, ale klarowny styl uprzyjemniał lekturę. Z muzyką jest chyba też tak, że każdy odbiera inaczej ten sam kawałek, choć pewnie podobnie. Tu też jakoś muzyka tonu do mnie nie trafiła, ale wyobrażam sobie, że coś w tym anielskim śpiewie może być hipnotyzujacego (ale nie w mantrze bębnów ;). Fajne zakończenie.

Też uważam, że to najlepsze opowiadanie Autorki :) I w sumie w tej chwili nawet się trochę samej sobie dziwię, że nie zgadłam. Ale nigdy nie byłam dobra w zagadki.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Alleluja! Nastał w końcu ten dzień, kiedy mogę pod tekstem Wybranietz napisać: Jestem na TAK.

I wcale nie dlatego, że:

Jak nie Cerleg czy Fun to może być Algir ewentualnie.

i też nie dlatego:

To cobold musiałby się ostro tłumaczyć, gdyby zagłosował na NIE w sprawie piórka dla Illicium.

Tylko dlatego, że jestem w pełni usatysfakcjonowany nie tylko pomysłem (co już mi się kilka razy zdarzało), ale i kierunkiem, w którym ten pomysł ostatecznie rozwinęłaś (na co wcześniej narzekałem).

Kolejny raz muszę pochwalić to, jak wybierasz, a potem wprowadzasz czytelnika w klimaty niszowych zawodów (było już w “Czerwiu”).

Bardzo mi się podobał pomysł na akapit zaczynający się od:

Julia wykopywała się spod kołdry…

bo pewnie już na zapas wierzył za jej hipotetycznie nieochrzczone hipotetyczne dziecko.

Trochę niezgrabne. Dodałbym: równie hipotetyczne dziecko.

 

Pierwsza połowa jest bardzo dobra. Język, styl, słownictwo, ta konsekwencja w stylistyce (np. religijnej – rozgrzeszenia, bluźnierczo itp.) bardzo mi się podobały, a w dalszych częściach trochę mi tego zabrakło, choć może co za dużo to niezdrowo. Później jakoś to siadło i mi się dłużyło, chyba od siódmego piątku. Już wyczekiwałem jakiegoś rozwiązania, bo piętrzyło się to wszystko.

Końcówka nie była niespodzianką, ale i tak na plus.

Bardzo ładnie napisane, skomponowane i z pomysłem. Jednak moim zdaniem można by to skrócić. A może po prostu nie mogłem się skupić.

@blackburn

dzięki za wizytę ;)

 

@drakaina

też mi się podoba ;D

 

@cobold

Alleluja! Nastał w końcu ten dzień, kiedy mogę pod tekstem Wybranietz napisać: Jestem na TAK.

Oby nie ostatni ;D

 

@ac

religijność potem została zastąpiona przez muzykę, no i na dłuższą metę byłaby męcząca. Fajnie, że w większości się podobało ;)

 

I would prefer not to.

religijność potem została zastąpiona przez muzykę

Ja właśnie wolę tę część :) Jak dla mnie to by było idealne opowiadanie na Słuchowisko, tak swoją drogą…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A nie za mało gadających bohaterów?

Babska logika rządzi!

W sumie masz rację, ale szłam tropem dźwięków i ich roli dla fabuły. Dialogi można by dobudować ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No, można. Ale jak oddać opisaną muzykę? Żeby była piękna i boska, i w ogóle? O zarażaniu już nie mówię…

Babska logika rządzi!

Poszłabym w to, co jest rzeczywiste, czyli bębny, hymny. Choć z drugiej strony, ta boskość rzeczywiście trochę wadzi, bo może wyjść jak z potworami wg Kinga – jak pokażesz, całe przerażenie znika. Albo z bodaj “Niebieskim” Kieślowskiego, gdzie “najwybitniejszy kompozytor świata” pisze muzykę Preisnera i mój tato, który jest radykalnym melomanem (również od muzyki XX/XXI w.), omal nie wyszedł z kina w ramach protestu ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Em, śmiem przypomnieć, że na Słuchowisko napisałam tekst o dźwiękach, który wziął i poległ xD

A postaci rzeczywiście mało – on i ona. Niby list od Anet i męski narrator to byłyby cztery głosy, ale i tak: za mało emocji i takich tam ;D

 

Z konkursów to mnie trochę Ufo boli, bo tam by dopiero pasowało!

I would prefer not to.

Pociesz się, że prawie same dialogi (sama nie wiem, jak tego dokonałam) też poległy ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Fajne :)

Dobra fantastyka. Temat inwazji obcych bardzo klasyczny, inwazji obcych poprzedzonej "obezwładnieniem" lub osłabieniem zdolności obronnych przy użyciu jakichś pozornie nadprzyrodzonych środków czy zjawisk także nienowy (ostatnio np. w dosyć kiczowatym filmie "Skyline", gdzie takim wabikiem było światło). W Twoim opowiadaniu już sam tytuł (jeśli zostanie wygooglowany przed lekturą) zdradza puentę i charakter opisanych obiektów. Ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało.

Motyw niszczącego, zgubnego uczucia "dobra", "boskości", dodam, że bardzo ciekawy, skojarzył mi się natomiast z kultową (i moją ulubioną) "Pieśnią dla Lyanny" Martina.

Jak wspomniałem wcześniej, miałem skojarzenia i Cerlegiem, Funem albo Algirem. Trochę Cerlegowa zdała mi się narracja. Narrator niby obiektywny, a zarazem subiektywnie oceniający, komentujący, wytrącający degresje czy literacko ładne porównania, czasem transferujący odczucia bohaterki do narracji.

Cerlegowy był też trochę klimat inności oraz afrykańskie ślady. Z Funem zaś skojarzyły mi się właśnie te wtrącenia, ładne i zaskakujące zdania, poetyckie metafory niemal, gawędziarski styl narracji. Z Algirem równie solidne pióro i nieco ciężki i gęsty klimat.

Wszystko to są komplementy, ale tak naprawdę jest to najlepsze Twoje opowiadanie z tych przeczytanych i wiem już, że to jednak dobry styl Wybranietz.

Lubię taką fantastykę. To jest prawie science-fiction, a w tekście za warstwę naukową robią fragmenty "muzyczne". Rozkminianie źródła, rodzaju, składowych i charakterystyki muzyki obcych. Jej wcześniejszej i zakamuflowanej obecności wśród nas.

Do czego się przyczepię? Wstęp opowiadania, pierwsze akapity, zupełnie mnie zmyliły. Nie spodziewałem się, że całość pójdzie w stronę "konkretnej fantastyki" z obcymi, inwazją, statkami kosmicznymi w finale itd. To w sumie plus, ale początkowe zdania o bohaterce, o wiecznym potępieniu, są jakby poza opowiadaną historią. Nabierają jakiegoś sensu pod koniec, ale wciąż nie w pełni. Druga sprawa to wątek przesyłki do profesora. Niby umiejętnie zapowiedziany wcześniej, ale nadal nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten zabieg okoliczności, że pojawia się akurat w tym miejscu i czasie, jest mocno naciągany. Sam wątek wzbogaca tekst, ale wywołuje niedowierzanie. Akurat ta bohaterka, ten brat, ta korespondencja, ta szkoła, ten profesor, te pliki, ta rodzina, ten czas. Trochę za dużo tego.

Ostatni minusik to ostatnie zdanie. Z jednej strony na miejscu, wynika sensownie z historii, robi za zaskoczenie i podsumowanie. Ale zarazem odrobinę spłyca opowieść.

Te wszystkie uwagi nie zmieniają faktu, że to interesujące, bardzo dobrze napisane, przemyślane i klimatyczne opowiadanie, na które zagłosuję do nominacji piórkowej. Bo ja lubię prawdziwą fantastykę. A znacznie mniej wszelkie alegorie, eksperymenty, bajanie dla dorosłych albo ckliwe popierdułki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zawsze jak widzę takie długie komentarze to ogarnia mnie przerażenie, bo ja tyle w odpowiedzi nie nastukam, mam tylko nadzieję, że będę umiała w przyszłości wykorzystać te komentarze. 

Do Pieśni dla Lyanny sobie zajrzę.

To w sumie plus, ale początkowe zdania o bohaterce, o wiecznym potępieniu, są jakby poza opowiadaną historią.

Nie do końca: miały częściowo usprawiedliwiać dystans, z jakim Julia odnosi się do muzyki malaik. I jakoś zbudować postać i historię – że to nie inwazję samą w sobie chodzi, tylko bardziej o Julię.

że ten zabieg okoliczności, że pojawia się akurat w tym miejscu i czasie, jest mocno naciągany

Zbiegi okoliczności to jeden z tematów-rzek, ale z drugiej strony – przecież cos się musi zdarzyć bohaterom, by było o czym opowiadać, tylko w krótkich tekstach to bardziej widać, bo wszystko dzieje się w mniejszej objętości znaków. Mniej więc fałszywych tropów i mniej ganiania z miejsca w miejsce po mniejsze kawałki informacji.

Ostatni minusik to ostatnie zdanie. Z jednej strony na miejscu, wynika sensownie z historii, robi za zaskoczenie i podsumowanie. Ale zarazem odrobinę spłyca opowieść.

W Kontencie uprzejmie poprosili o wyrzucenie końcówki, by zmniejszyć ciężar gatunkowy i pozostawić zakończenie otwarte, ale tutaj sentyment wygrał. Ciągle szukam równowagi między łopatologią a niedopowiedzeniem.

na które zagłosuję do nominacji piórkowej

przełożenie urlopu by zagłosować z potakującą mocą zauważam i doceniam, bo to fajne strasznie ;)

 

I would prefer not to.

W końcu przeczytałam!

Podobało mi się bardzo, a ponieważ ostatnio czasu na czytanie mam znacznie mniej, zrobiłam się straszliwie krytyczna i jeśli tekst mi nie podchodzi, po prostu daję sobie spokój. Przyznam szczerze, że początek trochę mnie zaniepokoił, bo spodziewałam się raczej, że opowiadanie skupi się wokół religii, jednak w miarę kolejnych akapitów wsiąkałam w historię coraz bardziej, a liczne, choć spójnie pospinane wątki sprawiły, że otrzymałam świetną, złożoną historię. 

Lubię fantastykę tego typu. Osadzoną w jakiejś rzeczywistości, wielowymiarową i jednocześnie trochę dziwną. 

 

 ponieważ ostatnio czasu na czytanie mam znacznie mniej, zrobiłam się straszliwie krytyczna i jeśli tekst mi nie podchodzi, po prostu daję sobie spokój.

Ach, to mnie zaszczyt kopnął! ;D

 

Cieszę się bardzo, że się podobało =^.^=

I would prefer not to.

Bardzo fajna kompozycja motywów. Mi to przypomniało jeden odcinek “Strefy zmierzchu” o ludziach skłócanych przez kosmitów :)

Wątek “Ubuntu” (fajna zresztą nazwa, choć ja miałem niekoniecznie oczekiwane skojarzenia ;) ) prowadzisz interesująco. Odpowiednio dzielisz się informacjami z czytelnikiem, wzbudzając we mnie zainteresowanie, ale zarazem na koniec nie miałem wrażenia, że celowo coś zataiłaś. Odwołania do muzyki to także dobry wybór, nie jest to często wykorzystywany motyw.

Bohaterka dobrze nakreślona, fajnie przedstawiasz jej stany strachu i emocje nią targające – szczególnie na końcu.

Podsumowując: miły koncert fajerwerków, korzystający w większości z rzadkich i ciekawie zapodanych motywów.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziel i rządź? ;)

 

Bałam się trochę tych innych skojarzeń przy Ubuntu, ale za bardzo pasowało mi to do tekstu, by się na to nie odważyć.

 

a koniec nie miałem wrażenia, że celowo coś zataiłaś

No, to dobrze, bo z początku miałam problem, jak zgrabnie wpleść wątek listu i pokazać, że to nie pierwsza próba inwazji. 

I would prefer not to.

Przeczytałam i spodobało mi się, że się tak bezpośrednio wyrażę. Trudno dopisać coś więcej oprócz tego, że skutecznie trafiasz w mój gust ;) Motyw muzyczny przedstawiłaś w fascynujący sposób, a lubię właśnie takie smaczki. Nie wnoszę żadnych skarg co do deus ex machina, bo po prostu pasowało. No ok, może ten list był nieco zbyt “dramatyczny”, ale co tam, lubię takie małe przeginki. 

Trudno odpisać coś więcej niż wielkie dzięki ;D

 

 

I would prefer not to.

Bry!

Powoli odkopuję się z zaległości i trafiłem tutaj. A tu same pyszności. ;)

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem założenie, według którego brat z siostrą mieli symbolizować dość skrajne poglądy i ja jako czytelnik, przynajmniej na początku, powinienem nie być pewien, po której stronie się opowiedzieć; która ma rację. Wątpliwości głównej bohaterki jakoś zdominowały mój punkt widzenia, być może dlatego, że zareagowałbym pewnie całkiem podobnie. Ponieważ do samego końca w tej materii nic nie stara się mnie wyprowadzić z błędu lub przekonać do innej racji, przyjąłem finał raczej bez fajerwerków – choć nie mówię, że mi się nie podobał, przepiękny w swym braku litości. ;)

Tutaj mógłbym jeszcze pokręcić nosem, że a to wyjaśnienia trochę zbyt mętne, a tu cudowne zrządzenie losu z listem w paczce, ale w sumie doszedłem do wniosku, że wszystko, co mam do zarzucenia temu tekstowi, to powidok jakichś tam moich preferencji, a nie jako takiej wady tekstu, czy błędu Twojego jako autorki. Zostaje mi tylko pogratulować, że prezentujesz nam tutaj tak wysoki poziom twórczości, że komentarze można podzielić na “fajne, w moim guście” i “nie w moim guście, ale fajne”. I chociaż tym razem, mimo satysfakcjonującej warstwy obyczajowej, wątek fantastyczny nie oczarował mnie tak jak na przykład w “Czerwiu” czy w tym opowiadaniu z kartami, to wszyscy się chyba zgodzą, że Illicium się po prostu dobrze i przyjemnie czyta. A o to chyba tutaj chodzi.

Trzymaj się!

 

przepiękny w swym braku litości

;D

 

a tu cudowne zrządzenie losu z listem w paczce,

zależało mi na tym, żeby mieć podkładkę z przeszłości – albo list, albo ktoś przychodzi już w trakcie inwazji z nagraniem (jeszcze gorzej), albo ktoś słyszał o takim przypadku i sobie nagle przypomina (źle) lub wstrzymuje informacje póki nie jest za późno (bardzo źle). Alternatywą chyba byłoby osadzenie akcji w archiwum – tam ten wałek może leżeć naturalnie. 

Ale, naprawdę nie wiem, jak inaczej a sensownie można by to zrobić.

 

że a to wyjaśnienia trochę zbyt mętne

nie powinny być – pamiętasz, co tam nie zagrało?

I would prefer not to.

Pamiętam tylko, że się zgubiłem jakoś tuż przed sceną z listem w paczce, gdy Szymon coś tam tłumaczył Julii. Nie przeszkodziło mi to jednak w zrozumieniu całości. ;)

Noo, eleganckie to opowiadanie. Najbardziej podobał mi się początek, przyznaję się, że czytałem go dwa razy i wcale nie żałuję… Zawiera to coś, co sprawia, że proces czytania sam w sobie jest przyjemny, nawet niezależnie od treści.

Ogólnie, jako całość, dobry pomysł (najbardziej podobał mi się muzyczny motyw, rozprzestrzeniający się na inne nagrania – kojarzy się z halucynacjami w psychozie) i napisanie dobre, aż zazdroszczę ;)

Czy ryba głębinowa z illicium w gabinecie profesora to tylko zbieg okoliczności, czy miała coś wspólnego z tymi białymi duszkami? Albo nie ma między nimi związku, albo coś przeoczyłem, też możliwe. 

I drugie pytanie – czy Julia miała inne odczucia wobec tych zabij-mnie-nie-pamiętam-nazwy-białych-postaci niż większość ludzi dlatego, że była ateistką? Bo jeśli był inny powód, to innego powodu nie było (know wha I mean).

I trzecie pytanie – dlaczego to właśnie statki spadły na ludzi? Rozumiem, że to coś w stylu UFO, tak? Bo brakuje mi jakiegoś połączenia między białymi duszkami i czarnymi statkami.

Żeby coś pomarudzić napisać merytorycznie, to wg mnie miejscami było nieco przegadane, np. w liście. Oprócz tego dość często używasz opisów zbyt – nie wiem – metaforycznych?, onirycznych?, abstrakcyjnych?, żebym ja, prosty chłop, mógł coś z tego zrozumieć.

Edit: zrozumieć zrozumiem, ale napocę się przy tym jak mysz w połogu.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Fajnie, że się podobało i miło , że zajrzałeś ^_^

 

Ryba głębinowa to nie zbieg okoliczności ;D

Światełko w wędce ma wabić i ogłupiać rybki i tak samo mają działać białe duszki – rozlać powszechną miłość, by potem statki nie napotkały oporu. 

 

 dlatego, że była ateistką? Bo jeśli był inny powód, to innego powodu nie było

hm, to nie jest takie całkiem zero-jedynkowe, ale ateizm miał w tym swój udział, więc z motywacjami Julii akurat nie kombinowałam zbyt wiele ;)

 

I would prefer not to.

Ryba głębinowa to nie zbieg okoliczności ;D

Światełko w wędce ma wabić i ogłupiać rybki i tak samo mają działać białe duszki – rozlać powszechną miłość, by potem statki nie napotkały oporu. 

Tak, tak, to wiem, rozumiem analogię. Widać źle się wyraziłem. Chodziło mi o to, czy gabinet profesora i znajdująca się w nim ryba miały jakiś fabularny związek z duszkami (ubuntu! – pamiętam). W sensie związku przyczynowo-skutkowego, że np. profesor był kosmicznym agentem itd., rozumiesz :]

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

A, teraz rozumiem ;)

 

Nie, takiego związku nie ma.

Zależało mi na wrzuceniu tej ryby, bo to od niej rozwinął się pomysł, a nikt nie mówił, że nie pasuje – ot, ciekawostka, czasem się jakieś spotyka. Ja mam w pokoju czaszkę jelonka (? ) i nie ma to związku z niczym ;D

 Ale statki na koniec bez takiej wskazówki byłyby chyba zbyt od czapy.

I would prefer not to.

U nas po pokoju pałętał się kiedyś obleśny, aluminiowy garnek. Nikt nie wiedział, skąd się tam wziął.

Babska logika rządzi!

Nie no, ryba pasuje, a zakończenie rzeczywiście straciłoby bez niej.

Czaszkę jelonka bez związku z niczym, powiadasz? A nie zdarza Ci się podczas pełni księżyca budzić rano w lesie z krwią na twarzy? Tak tylko pytam. :]

Zastanawiam się tylko, skąd u Ciebie, Finklo, aluminiowy garnek… Łowczyni androidów, czy co? 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

ja? ja jestem puchata, eteryczna i bezbronna ;P

 

I would prefer not to.

Lobo, nikt nie wiedział. Podejrzewam, że został po ustroju słusznie minionym – któryś pracownik kupił, bo rzucili, a potem zapomniał zabrać do domu…

Babska logika rządzi!

oh, that’s no ordinary rabbit! ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

[offtop]

Finklo, ty to masz znajomości ;). W Twoim pokoju rezydował wcześniej ustrój słusznie miniony? Fiu, fiu…

[end offtop]

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A w którym starym budynku nie rezydował?

Współczesne biurowce nie mają ducha. ;-)

Babska logika rządzi!

– Większości, jak widzę, bardzo się podobało, dla mnie jednak taki trochę średni ten tekst – mruknął Count, z konsternacją spuszczając spojrzenie (didaskalia? mówisz, masz ;) ).

– Na pewno plus za bohaterkę – jak to u Ciebie wyszła odpowiednio zadziornie, humorzasto, ale i ujmująco. Barw dodawały jej klasyczne, wybranietzkowe wstawki, jak ta o trzaskaniu drzwiami. Super. – Z hrabiowską godnością pochyla dumną głowę.

– Zaczyna się też ciekawie, a podział tekstu na “piątki” wzbudził moje zainteresowanie, chociaż… później to zainteresowanie transmutowało w coś w rodzaju znużenia.

– Hmm… – Koncypuje niestrudzenie, pomimo walących do drzwi, czekających na namaszczenie głowicą ultrasonografu mieszczan. – Po prostu miałem wrażenie, że opisują zdarzenia z malaikami strasznie się powtarzasz. W kółko muzyka, której nie mogę usłyszeć (słuchowisko poproszę! ;) ) i ten półprzezroczysty kształt. Brakło mi trochę brata-księdza, szczególnie w późniejszej fazie tekstu. Niby rozumiem, że był tak zauroczony, że zaczął mieć wyjebane na pisanie maili, ale dokładniejsze przedstawienie Afryki i zmiany jaka zachodziły w tubylcach, hrabiowskim zdaniem dobrze zrobiłyby temu tekstowi.

– A tak: mamy kilka scen z ekranu telewizora, na których stoją naprzeciw ten fruwającej meduzy i szczerzą się jak głupi do sera – dobrodusznie ironizuje Count.

– Wątek Szymona, profesora i uczelni za to bym skrócił – z jednej strony rozwadnia kwintesencję, z drugiej – prowadzi do paczki znikąd (nie mylić z Człowiekiem Znikąd!), która pojawia się w najwłaściwszym momencie, by popchnąć akcję do przodu i coś wyjaśnić.

– Wątek muzyczny na plus. Taki smaczek w Twoim najlepszym stylu. Zawsze fajnie przeczytać o czymś specjalistycznym, czegoś się nauczyć… No i znam kolejną pasję Wybranietzki – fonoautografia ;D – pochwalił z nadzieją, że następna uwaga nie sprawi jej zbytniej przykrości.

– Ale końcówka? Sprowadziłaś wszystko do wabika niczym u rybki głębinowej i inwazji kosmitów? No, proszę Cię… Nie mogło być troszkę ciekawiej? Ostatnio inwazję kosmitów wybaczyłem tylko Majce, ale on wpadł na mitobomby. Dobra rzecz. Latająca meduza trochę gorsza niestety (no dobra – ta ćmietlikowa była super-hiper-ekstra <3). Element religijny też trochę mnie męczył… Count jest skażony true norwegian black metalem, na takie wątki reaguje trochę jak… Julia – przyznał skrycie, licząc, że Wybranietzka nie potępi biednego Antychrysta.

– Za to warsztatowo jak zawsze bardzo ładnie. Czytało się sprawnie, szybko z przyjemnością – kończy pozytywnym aspektem z nadzieją, że ociepli to jego malkontencki wizerunek w tym komentarzu i otwiera wrota, by namaszczać głowicą nie/wiernych.

:)

 

Trzymaj się ciepło, Ciemmo.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z jednej strony, masz rację, ale z drugiej – no nie do końca ;)

Zmiany jakie zachodzą w tubylcach tam byłyby takie same jak w Szymonie tu, choć afrykańskie tło pewnie byłoby ciekawe przez swoją egzotyczność. Czy potrzebne? No niekoniecznie – skoro ideą jest to, że ludzie padają sobie w ramiona, to to na szerszą skalę nie jest zbyt ciekawe. Dlatego też opisy newsów są skrócone – bo oni się cieszą do muzyki i tyle.

Miejsca w których malaik jeszcze nie ma są ciekawsze niż te, w których już opadną.

 

A paczka pojawia się już na samym początku ;P 

Zależało mi na tym, żeby mieć podkładkę z przeszłości czyli: albo paczka, której odpakowanie się opóźnia, albo ktoś przychodzi już w trakcie inwazji z nagraniem (jeszcze gorzej), albo ktoś słyszał o takim przypadku i sobie nagle przypomina (też źle) lub ktoś wie co się dzieje i przytrzymuje informacje póki nie jest za późno (bardzo źle).

Alternatywą chyba byłoby osadzenie akcji w archiwum – tam ten wałek może leżeć naturalnie. 

Ale, naprawdę nie wiem, jak inaczej a sensownie można by to zrobić. 

 

Podobnie z końcówką – pewnie mogło być ciekawiej, ale do końca o to mi chodziło ;)

 

Wiesz, mam wrażenie, że ty bardzo chciałeś przeczytać inną historię niż ta, która ja chciałam napisać ;D

I would prefer not to.

Wiesz, mam wrażenie, że ty bardzo chciałeś przeczytać inną historię niż ta, która ja chciałam napisać ;D

Taaak? No może. Być może przez ulotność formy, jaką jest muzyka, tekst ten zdał mi się taki… mniej zdecydowany. Nie sponiewierałaś mnie tak, jak na to liczyłem ;D

Tę paczkę chyba nieźle rozegrałaś, po prostu cały jej wątek zdał mi się nieco szablonowy.

 

W każdym razie dobrze, że jesteś usatysfakcjonowana i przekazałaś, co chciałaś. To ważne :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie sponiewierałaś mnie tak, jak na to liczyłem ;D

Jeszcze się doczekasz ;D

I would prefer not to.

Dobre opowiadanie. Ładnie napisane, wciągające i bardzo obrazowe. Świetny tytuł. Zakończenie nie zwaliło mnie z nóg, w sumie można się było tego spodziewać, ale pasuje.

dzięki ;)

I would prefer not to.

Tekst mnie uwiódł. IMO, najlepszy w październikowej stawce. Kupiłaś mnie stosunkiem bohaterki do religii, jej ogólnym sceptycyzmem.

Ciekawa wersja pierwszego kontaktu, z ładnie zaznaczonymi niebezpieczeństwami życia w globalnej wiosce.

Do tego kilka interesujących pomysłów: rozbrojenie miłością, muzyka-wirus. I przyrównanie tego wszystkiego do ryby głębinowej.

Fabuła wciągnęła, byłam bardzo ciekawa, jak to się skończy.

Jestem na TAK, czyli. Ale to chyba wszyscy wiedzą.

Babska logika rządzi!

Ach! Dziękuję bardzo!

 

Tak patrząc po wykresie Finklowych nominacji następna wypada na grudzień, czyli pewnie UFO. Mam nadzieję, że podołam.

 

._.

I would prefer not to.

Och, już statystyki ludzkość prowadzi… Ale w rozbiciu na SF, fantasy, horror i inne? ;-)

Babska logika rządzi!

Nominujesz co trzecie, trudno nie zaważyć ;D

I would prefer not to.

No popatrz, a ja jednak nie zauważyłam. :-)

Kiedyś wstawisz jako to “trzecie” wiersz albo drabelka i będę miała problem… ;-)

Babska logika rządzi!

Też widziałem tu trochę Funa :P I wady, i zalety. 

Żałuję, że nie przeczytałem, kiedy można było zgadywać. Na portalu czytam już mało, więc gorzej się orientuję, ale myślę, że Wybranietz mogłaby mi przyjść do głowy. 

Wybranietz, już Ci mówiłem, że jesteś marką. Stąd ta próba publikowania z anonima?

 

Do sedna. Waham się. Może dlatego że, jak już przyznałem, mało tu ostatnio czytam. Więc podświadomie (i świadomie też) porównuję Cię do profesjonalistów. 

Są zgrzyty, które dobra redakcja mogłaby wyplenić. Zgrzyty w sensie, że można by lepiej. 

Julia chciała krzyczeć, ale bała się, co usłyszy w tym krzyku.

Na przykład tutaj dobry zamysł, ale i brzmieniowo nie do końca to gra, i odrobinę przesadzone. 

Opisy brzmiały jak prawdziwy horror, nie tylko przez oniryczną składnię i koszmarną interpunkcję wypowiedzi: rozbłyski światła kaleczące powieki.

Tutaj też ciekawie, ale czy potrzebnie? Mam na myśli przede wszystkim to po dwukropku. 

W ogóle było trochę zdań, w których forma przerastała treść. Lubię formę, ale nie zawsze należy z nią szarżować. Było coś z krojeniem chleba, w co wplotłaś nawiązania religijne. Jeśli już nadaje się zwyczajnym czynnościom jakieś nadzwyczajne znaczenie, lepiej mieć jakiś dobry powód. Miejscami wygląda, jakbyś się popisywała :D

Kombinujesz, eksperymentujesz – i bardzo dobrze. Widać to na wielu poziomach: stylu, narracji, pomysłu. Czasem jednak niepotrzebnie przeciągniesz jakąś nutę. Ale czasem też trafisz z czymś idealnie. 

Rozruchy były w Nowym Jorku, choć świat kończył się w Kinszasie.

No i to jest zdanie! 

Oczywiście gusta, wiadomo. Pokazuję tylko swoje czytelniczo-pisarskie wrażneia. 

Fabuła trochę przywodzi mi na myśl “Czerwa”. Tutaj zamiast konserwacji zabytków jest muzyka. Element fantastyczny ma za to większy rozmach. Czy to wyszło na dobre? Mam mieszane uczucia. Takie historie kojarzą mi się ze starym, klasycznym SF. Tutaj zabrakło mi odrobinę świeżości. Może większego tempa? Mamy XXI wiek, informacje się przesyłają w czasie sekund. Może tutaj niepotrzebnie rozwlekłaś to na te tygodni? Nic nie stwierdzam, ale doradzam, by zawsze się zastanowić nad takimi rzeczami. Nad konstrukcją. 

No właśnie, te piątki. Widać, że to kolejne Twoje posunięcie, by urozmaić, by zrobić troszkę inaczej, troszkę po swojemu. Ale czemu piątki, a nie czwartki lub soboty? Jakie to ma odniesienie do głównej idei? 

Trochę krytykuję, ale przede wszystkim chcę wskazać rzeczy, na które powinnaś zwrócić uwagę. Mam wrażenie, że nie wszystkie swoje pomysły filtrujesz. 

Zabrakło mi też trochę większego wgryzienia się w bohaterkę. Mówisz na początku, że jest ateistką, ale nie wyjaśniasz dlaczego. Mogłabyś to oczywiście skonfrontować z powodami, dla których brat został księdzem. Daj się trochę utożsamić z postaciami, to opowiadanie wzbudzi więcej emocji. 

Ogólnie mi się podobało. Warsztat masz bardzo dobry, pomysły ciekawe, umiesz prowadzić historie. Zmierzaj dalej do doskonałości, a ja się zastanowię ;)

 

Wybranietz, już Ci mówiłem, że jesteś marką. Stąd ta próba publikowania z anonima?

E, nikt nie zgadł od razu. Finkla też najpierw sprawdzała kiedy logowałeś się ostatnio ;P

Są zgrzyty, które dobra redakcja mogłaby wyplenić. Zgrzyty w sensie, że można by lepiej. 

W ogóle było trochę zdań, w których forma przerastała treść. Miejscami wygląda, jakbyś się popisywała :D

No mogło tak być, bo fajnie się to pisze, ale i tak udało mi się znacznie poskromić moje zapędy erudycjno-grafomańskie do tworzenia zdań wielokrotnie złożonych. A umiem – i pół strony na wydechu! ;D

 

 Może większego tempa? Mamy XXI wiek, informacje się przesyłają w czasie sekund. Może tutaj niepotrzebnie rozwlekłaś to na te tygodni?

Hm, wieści i owszem rozchodzą się szybko, ale wszystko zaczyna się w dziurze w środku Afryki, a potem panika zostaje zgrabnie opanowana po pierwszym wybuchu i wiadomo, że malaiki źle nie życzą, a same, fizycznie rozchodzą się już wolniej. Może dałoby się krócej, ale w którym momencie wymiana informacji miałaby przyśpieszyć akcję?

 

No właśnie, te piątki. Widać, że to kolejne Twoje posunięcie, by urozmaić, by zrobić troszkę inaczej, troszkę po swojemu. Ale czemu piątki, a nie czwartki lub soboty? Jakie to ma odniesienie do głównej idei? 

Piątkowy wieczór to czas rozpoczęcia weekendu i szabatu – czyli czas odpoczynku, ale jednocześnie nie jest to koniec tygodnia. Taki czas pomiędzy. Pięteczek. W też Chrystus umarł. No i wtedy Julia odbierała maile od brata. Czemu nie sobota – bo wtedy nie ma zajęć na uczelni ;) 

Ale też racja – wybieram jakieś schematy kompozycji, bo jak nie mam nic narzuconego to zaczynam wpadać w pułapkę opisywania wszystkiego dzień po dniu. 

 

Zabrakło mi też trochę większego wgryzienia się w bohaterkę. Mówisz na początku, że jest ateistką, ale nie wyjaśniasz dlaczego. Mogłabyś to oczywiście skonfrontować z powodami, dla których brat został księdzem. Daj się trochę utożsamić z postaciami, to opowiadanie wzbudzi więcej emocji. 

A tego to nie ogarniam. Widzę, że coś jest na rzeczy, bo ostatnio mnóstwo razy o tym słyszałam, ale – ja czytam, bo ciekawi mnie fabuła, język jakim to zostało opisane i to, co mogę wyciągnąć dla siebie. Nie wiem, może moja autoanaliza zawodzi, ale nie wydaje mi się, żebym wczuwała się w bohaterów.

Chyba, że komuś właśnie pies umiera.

Najlepsza rada, jaką w związku z tym dostałam to włączenie wydarzeń nie mających wpływu na fabułę, a mówiących coś o bohaterze, ale zawsze przy tym mam wrażenie, że ciulam czytelnika sztucznie pompując objętość historii. 

 

 Zmierzaj dalej do doskonałości

ech… wyboista droga a i konie narowiste. 

I would prefer not to.

E, nikt nie zgadł od razu. Finkla też najpierw sprawdzała kiedy logowałeś się ostatnio ;P

Ej, od początku obstawiałam babę. Logi Funa to był tylko argument na odparcie tezy, że jak dobry tekst, to musiał pisać facet.

Babska logika rządzi!

A tego to nie ogarniam. Widzę, że coś jest na rzeczy, bo ostatnio mnóstwo razy o tym słyszałam, ale – ja czytam, bo ciekawi mnie fabuła, język jakim to zostało opisane i to, co mogę wyciągnąć dla siebie. Nie wiem, może moja autoanaliza zawodzi, ale nie wydaje mi się, żebym wczuwała się w bohaterów.

Chyba, że komuś właśnie pies umiera.

Najlepsza rada, jaką w związku z tym dostałam to włączenie wydarzeń nie mających wpływu na fabułę, a mówiących coś o bohaterze, ale zawsze przy tym mam wrażenie, że ciulam czytelnika sztucznie pompując objętość historii. 

Bohaterowie to ważna sprawa. Stephen King dużą część swojego sukcesu zawdzięcza właśnie umiejętnemu kreowaniu postaci – jego książki/opowiadania nie zawsze mają dobre pomysły, czasem historia się wlecze, ale czytelnicy je lubią właśnie dzięki temu, że jakiś charakter ich zainteresuje, z kimś się utożsamią. 

Ważne jest to, żeby bohater nie sprawiał wrażenia skleconego specjalnie dla tej historii. Wyobraź sobie kogoś, a potem skonfrontuj go ze swoim pomysłem. Inaczej zareaguje student, inaczej emeryt. Inaczej introwertyk, inaczej ekstrawertyk. Bohaterowie muszą żyć. To znaczy: sprawiać wrażenie wiarygodnych. Czy używać do tego szczegółów nieistotnych dla fabuły? Myślę, że ważny jest tu złoty środek. Jeśli wszystko zagra perfekcyjnie, opowieść będzie zbyt sterylna, przecież w prawdziwym życiu nie wszystko ma znaczenie. Dlatego część szczegółów może służyć za fałszywe tropy, a część jako strzelba Czechowa. 

Możesz spróbować rozegrać to intuicyjnie. Tam, gdzie bohater coś je, napisz co dokładnie je i czy to lubi. Jedzie autobusem? Możesz dodać numer autobusu i zakotwiczyć to w rzeczywistości. Historia przestaje wtedy przypominać baśń. King tak robi, u niego nawet epizodyczne postaci mają swój charakter i jeśli jeżdżą samochodami, to marka tych samochodów jest zawsze określona :D 

Poza tym nikt nie żyje w próżni. Nic tak nie dodaje emocji jak budowanie relacji międzyludzkich. Tutaj widać napięcie między bratem a siostrą. Takie rzeczy można podkręcać. Bohaterowie mogą ratować świat, ale w międzyczasie wciąż są ludźmi i jednych kochają, a drugich nienawidzą. Każdy ma też rodzinę – może dwa zdania o rodzicach? Dzieciństwie? No i każdy może mieć w życiu cele – moim zdaniem nic tak dobrze nie robi historii, jak bohaterowie, którzy czegoś CHCĄ. 

Nie mówię, że wszystkie z tych elementów muszą się znaleźć w każdej historii. Ale warto coś dorzucić. A nuż wtedy trafisz w czuły punkt czytelnika i pomyśli: jeżdżę tym samym autobusem, lubię to danie, nie lubię tamtego. To nie powinno rozwodnić fabuły, tylko dodać jej kolorów. 

Dzięki, fun. 

Myślę, że nie mieszam emerytów i nastolatków, ale zawsze uważała uniwersalizację za lepsze wyjście. Spróbuję inaczej ;)

I would prefer not to.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Masz tutaj ciekawy sposób inwazji, fajnie opisaną bohaterkę i jej relacje, a także stopniowo rozwijaną akcję. Co prawda chrzęści coś czasem pod kołami, ale czyta się dobrze.

Podsumowując: jestem na TAK.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię – powtarzam, bo może jakimś cudem ktoś o tym jeszcze nie wie – a Ty zdecydowanie dysponujesz potencjałem, żeby stać się naprawdę świetną opowiadaczką swoich historii (czas przyszły, tak jest). Masz bowiem ten najfajniejszy – przynajmniej wedle mojego gustu – a przy tym chyba najrzadziej spotykany rodzaj talentu, który w uproszczeniu można określić jako “malowanie słowem”; niebanalny dryg do tego, żeby już na poziomie poszczególnych zdań tworzyć małe arcydzieła, z którymi obcowanie sprawia czytelnikowi (przynajmniej temu konkretnemu) przyjemność czysto estetyczną, a sam akt czytania daje sporo frajdy i satysfakcji – o wiele więcej, póki co, niż poznawanie opowiadanych przez Ciebie historii, bo z tych, prócz naprawdę fajnej Skorupki, chyba żadna nie zagrała mi jakoś szczególnie, a ta konkretna zagrała mi wyjątkowo nieczysto (nie w sensie, do dupy w rozumieniu ogólnym i całościowym, tylko z tendencją spadkową w Twojej prywatnej skali)… jakby skażona jakimś kosmicznym wirusem.

Lubię, kiedy tekst nacechowany jest konkretną, fachową wiedzą autora – którego płeć tutaj zgenderuję – przez co wygląda on (tekst, nie autor) naprawdę profesjonalnie i czytelnik może mieć graniczące z pewnością wrażenie (pewna zachowawczość w tym zdaniu wynika z faktu, że jej brak byłoby manifestem naiwności z mojej strony), że oto ma okazję nauczyć się czegoś nowego i ciekawego, i że, generalnie, ma do czynienia z twórcą, który naprawdę wie, co tworzy. Już to samo w sobie – o ile nie jest nacechowane pyszałkowatością a’la AS; a tutaj na szczęście nie jest – zdecydowanie podnosi jakość tekstu i przyjemność z czytania.

Fakt faktem, czasami przekombinujesz, czasami z założenia błyskotliwe teksty okazują się raczej nieudaną próbą szpanowania trochę jakby na siłę, bez większego ładu i sensu – przykładów nie podaję, bo nie pamiętam – i czasem gdzieś to wszystko zgrzytnie po prostu, ale nie ma takich skuch wiele, a poza tym pamiętać należy, że nie zgrzyta tylko ten mechanizm, który nie pracuje. Mówiąc krótko, od strony literackiej jest bardziej niż dobrze.

Natomiast fabuła… No tu, niestety, w drugą stronę. Historia, choć z potencjałem, prowadzona w taki a nie inny sposób nieszczególnie mnie zainteresowała. Powiedziałbym nawet, że z czasem po trochu już męczyła i nudziła, a wszystko głównie poprzez zdecydowanie nadmiernie rozwlekanie, oparte głównie na coraz bardziej irytującej wtórności rozkmin bohaterki, jakim to ona musi być złem, antychrystem, wypaczeńcem jakimś i tak dalej, i tym podobne. Nie bez winy są tutaj też: nieprowadzące do niczego konkretnego “śledztwo” tyczące natury tych dźwięków (czegoś się dowiedziałem, ale jakie to ma znaczenie dla mnie, dla bohaterów i dla fabuły; co zmienia?); zasadniczy brak dynamiki; brak jakiegoś logicznego, przekonującego uzasadnienia “odporności” protagonistki i innych “odszczepieńców” na wpływ malaik, a także, koniec końców, finał, który sam w sobie nie był zły, bynajmniej, ale jednak wydał mi się taki trochę na odpieprz zrobiony (choć z założenia, jak tuszę, miał być konkretnym yebnięciem na pożegnanie).

Ot, ładnie – ładnie-ładnie – napisana, ale niezbyt zajmująco opowiedziana, a przy tym – jak dla mnie – po prostu taka sobie historia; nie, że “zła”, “słaba” czy wręcz “głupia”, bynajmniej, ale zupełnie bez fajerków.

Trochę tracisz pewnie też na tym, że Illicium mocno kojarzy mi się z anonimowym już teraz – zarówno z tytułu jak i nazwiska autora – starym horrorem pióra zaoceanicznego, opartym na podobnym w zarysie ogólnym, choć mocno różnym w szczegółach motywie, który jednak, mimo że napisany bez porównania mniej błyskotliwie, miażdżył Twoje opko zarówno klimatem (na który tutaj też jednak narzekać nie bardzo ma sens) jak i samą opowieścią. Przy czym zdaję sobie oczywiście sprawę, że porównywanie wydanej i tłumaczonej na wielojęzyk amerykańszczy z wrzuconym za darmochę na Internet pół-amatorskim opowiadaniem jest kuriozalne i krzywdzące dla tego drugiego. Ale co poradzę, że podobieństwa – motyw tajemniczego objawienia, które nie jest tym, czym się wydaje – są zbyt silne, by je zignorować?

Mówiąc krótko, osobiście jestem zdania, że w Tobie drzemie (albo już i nie drzemie) o wiele większy potencjał niż widać to w tym tekście. Przy czym – żeby była jasność i klarowność – nie byłem na NIE, bo „akurat Ty możesz więcej i lepiej”; choć oczywiście możesz więcej i lepiej – tego jestem pewien.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu, za długi komentarz.

Postaram się mieć uwagi odnośnie jakości fabuły w pamięci przy następnych tekstach.

I would prefer not to.

Nie! Broń Cię Boże, bo jeszcze ktoś powie, że piszesz pod mój gust.^^

Swoją drogą pamiętaj, że mój gust to faktycznie tylko mój gust.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka