- Opowiadanie: DanielKurowski1 - Wiosna Królów #2

Wiosna Królów #2

Po prologu przyszedł czas na pierwszy rozdział. Zastępczy tytuł projektu to Wiosna Królów. Jeśli powieść się nie przyjmie to przestane publikować. Liczę jedynie na komentarze, które pomogą mi się doskonalić i dzięki którym znajdę błędy w tekście.

Oceny

Wiosna Królów #2

Książę

Niebo nad Krwawym Mostem przybrało karmazynowy kolor. Wielki Książę Agamon, jedyny syn cesarza Aelara, stał przed swym namiotem usytuowanym na pobliskim wzgórzu i obserwował pole bitwy. Był wysokim mężczyzną w sile wieku. Miał kruczoczarne włosy oraz zielone oczy, co było typowe dla przedstawicieli rodu Vaeltaris, który rządził w Alaven. Czerwony sztandar ze złotym smokiem zjadającym własny ogon zatrzepotał na wietrze, zwracając uwagę księcia. Północny wiatr przybierał na sile.

Wokół Agamona stało kilku gwardzistów w pełnym uzbrojeniu, wyposażonych w długie włócznie. Książę nie brał czynnego udziału w walkach, gdyż wolał dowodzić wojskiem z daleka. Zbyt bardzo cenił życie, by narażać się na tak wielkie niebezpieczeństwo. Jego ojciec był już stary, a synowie zbyt młodzi, by objąć pieczę nad Alaven. Ktoś musi objąć władzę w ostatnim skrawku Roemii.

Książę kako dziecko bawił się drewnianymi żołnierzykami na dziedzińcu zamku w Aramoor i udawał, że jest generałem sławnych Stalowych Legionów, które broniły Starej Roemii. Był silny, dzielny i nieustraszony, kiedy walczył z wyimaginowanym wrogiem. Dziś po wspaniałych białych zbrojach i hełmach z końskim włosiem nie ma śladu, a czarne miecze ukute z niezniszczalnego metalu stały się rzadkością. 

Obecnie nie był zadowolony z sytuacji swojego prawdziwego wojska oraz przebiegu bitwy. Cesarskie wojsko nie dawało sobie rady, było mniejsze i gorzej wyposażone. Aż dziw, że tak długo się bronią – pomyślał. Wrogie wojska Umiradien pod wodzą Jerena Umirada, syna króla Umiradien, Metehana Okrutnego, znajdowały się już na terenie Alaven, po drugiej stronie rzeki Orlicy. Agamon do dziś myślał, że tak wielka rzeka ochroni kraj przed wojną z bezwzględnym królem, który zamierza podbić cały świat.

Zagrożona atakiem Umiradien była również południowa część Sklavinii. Cesarz Aelar Vaeltaris wysłał wiadomość do Księcia Bratislava Kralla z Orlego Grodu, by ten wspomógł Alaven w walce ze wspólnym wrogiem. Cesarz obiecywał sowitą nagrodę oraz wdzięczność całego kraju. Książę Bratislav odpowiedział na wezwanie, jednak wciąż nie nadchodził, co bardzo martwiło Agamona. 

Karmazynowe niebo powoli ustępowało gwiazdom i księżycom. Powietrze stało się chłodne, jednak Agamon czuł pot na całym ciele. Ciągle spoglądał w stronę północnych wzgórz i czekał na Bratislava. W pewnym momencie dostrzegł wybuchające wielkie słupy ognia. Ogień zaczął oświetlać całe pole bitwy niczym wielkie pochodnie.

– Wasza wysokość… – wyspał młody zwiadowca. Agamon odwrócił się i kazał gwardzistom się rozstąpić. Chłopak był jeszcze młody, z dziewiczym zarostem. Przypominał księciu synów, o których się martwił.

– Co się tam dzieje? – spytał zdenerwowany książę. – Skąd ten cholerny ogień?!

– Wróg używa ognistych pocisków, mój panie. Ogień rozprzestrzenia się coraz bardziej, paląc wielu naszych żołnierzy. – Chłopak wziął głęboki oddech. – Jednak oni sami na tym ucierpieli. Niektóre pociski wybuchały jeszcze przed wyrzutem, zabijając Umiradienczyków. Widać, że to stosuję je po raz pierwszy.

Agamon zamknął oczy i próbował się uspokoić. Szanse wygranej malały z każdą chwilą. Czuł przerażenie i ucisk w żołądku. Pomyślał o żonie i dzieciach, które czekały w Aramoor i liczyły na niego. Chociaż raz nie chciał ich zawieść. Chciał, by byli z niego dumni. Po chwili otworzył oczy.

– Zaczekaj tutaj – zwrócił się do zwiadowcy. – Muszę omówić kilka spraw z resztą generałów.

Chłopak kiwnął głową, a książę ruszył w stronę namiotu, gdzie sześciu innych generałów studiowało mapę okolic Krwawego Mostu. Głośno dyskutowali, nawet się sprzeczali, lecz przerwali, gdy ujrzeli Agamona.

– Wasza wysokość, wsparcie z południowego-zachodu nie dojdzie na czas – oświadczył niskim głosem generał Oznero, który był teściem Agamona. Był wzbudzającym strach, podstarzałym mężczyzną z wielką szramą na policzku i zaćmą na prawym oku. – Fardomas i Cesarstwo Wajmderii również nie zdążą, a na Morzu Wewnętrznym panuje pora sztormów, więc ich statki nie przypłyną. Możemy liczyć tylko na wsparcie Sklavinii.

– Powinniśmy się wycofać – dodał generał Kaelter. – Bratislav nie przybędzie. Sklavinii to dzikusy, ledwo co złożyli Przysięgę Herosom. Cesarz nie powinien ufać słowom kogoś takiego… – Generał zawahał się, gdy ujrzał surowy wzrok Agamona. Obniżył ton i kontynuował – W głębi kraju będziemy mieli lepszą obronę.

– Jeśli teraz przegramy i utracimy most, Umiradien dotrze do Aramoor szybciej niż posiłki z zachodu i nie obronimy się – przerwał Agamon. – Nie możemy dopuścić do zajęcia naszej stolicy!

– Armia księcia Jerena liczy ponad trzydzieści tysięcy żołnierzy – generał Oznero spojrzał na papierową mapę. – My mamy o dziesięć tysięcy mniej, a do tego są słabo wyszkoleni. Jeśli szpiedzy mają rację, wojsko Umiradien, stacjonujące w Kapikale liczy ponad sto tysięcy żołnierzy…

– Kapikale jest na drugim końcu świata – powiedziała generał Vaith. – Zanim przedrą się przez Wielką Pustynię, minął miesiące…

– Jednak armia Jerena jakoś się tu znalazła i z nami wygrywa! – rzucił ostro generał Oznero uderzając pięścią w stół.

Agamon przestał słuchać kłótni generałów. Nigdy nie potrafili dojść do porozumienia i zawsze szukali zwady. Nic dziwnego, że Alaven utraciło dawną pozycję i wystawiło się na atak wroga z południa.

Książę Bratislav obiecał dziesięć tysięcy konnych, lecz wciąż ich nie ma – pomyślał Agamon i przetarł spocone czoło. Gdzie on do cholery jest?

Nikt nie spodziewał się ataku – generał Kaelter spojrzał na towarzyszy. – Umiradien nie wypowiedziało nam nawet wojny! Gdyby nie szpiedzy cesarza, Jeren stałby już w Aramoor!

– Generałowie, wasz brak wiary w zwycięstwo jest obrazą dla całego Alaven. Tak postępują spadkobiercy Roemii? Jak myślicie, czy cesarz będzie zadowolony jak mu powiem, że dowódcy jego wojska uciekali z podkulonym ogonem? Może i mój ojciec wydaje się być wiecznie uśmiechniętym, ekscentrycznym dziadkiem, ale przypominam, że to on stłumił bunt Wyspiarzy i to on wprowadził niewolnictwo w naszym cesarstwie. – Żaden z generałów nie odezwał się ani słowem. Książę wyprostował się i spojrzał na nich. – Będziemy się bronić i walczyć dopóty, dopóki… – zamilkł, a generałowie spojrzeli po sobie. Słaby dźwięk w oddali zwrócił uwagę wszystkich obecnych. Książę natychmiast wyszedł na zewnątrz i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk coraz bardziej przybierał na sile. Po kilku chwilach był już doskonale słyszalny. Książę odetchnął z ulgą. W jego umyśle znów pojawiła się nadzieja. 

– Każ ludziom wystrzelić dwie race do odwrotu – powiedział do zwiadowcy. – Niech żołnierze zrobią miejsce Sklavinom. Wreszcie nadchodzą.

Róg Wielkiego Księcia Bratislava brzmiał coraz głośniej. Był już blisko Krwawego Mostu.

***

Książę Bratislav jechał w pierwszym rzędzie, czując wielkie uniesienie i podniecenie. Był dzielnym i odważnym mężczyzną, który uwielbiał walkę. W ciągu swojego trzydziestopięcioletniego życia stoczył wiele bitew i nie przegrał ani jednej, a jego Sklavińska armia szczyciła się najlepszą kawalerią na północnym kontynencie. Nikt nigdy nie pokonał Sklavinów w otwartej bitwie. 

Dziesięć tysięcy konnych zbiegało z wielkiego wzgórza niczym lawina. Bratislav usłyszał przeciągły dźwięk rogu Umiradien, który zagłuszał nawet tętent jego koni. Wojska Alaven wycofały się, robiąc im miejsce, a wojownicy Umiradien uciekali przez most jak stado przestraszonych krów. Bratislav wyciągnął swój długi miecz.

Po dłuższej chwili most stał się całkowicie pusty i zdatny do przejechania. Bratislav głośno ryknął i przyśpieszył.

– Gonić ich! – krzyknął do swych drużynowych. – Nie pozwólmy im uciec!

Nie przejechałem tutaj całej Sklavinii, by wrócić z pustymi rękami.

***

Gdy tylko zobaczył, że wojownicy opuszczają most i uciekają z pola walki, bez zastanowienia spiął konia i ruszył w jego stronę. Anwill nie miał już jedzenia ani picia, więc każda zmarnowana godzina przybliżała go do śmierci z wyczerpania i głodu. Dodatkowo zauważył, że zbyt długi pobyt we Fraycji, ma zły wpływ na jego umysł. Miał halucynacje i słyszał przeraźliwe szepty w głowie, nawet kiedy był daleko od tej przeklętej krainy.

Jedź, droga wolna – mówiły. Oni uciekają. Pole robi się puste. Dostarcz księgę cesarzowi. Ojciec i brat w końcu będą z ciebie dumni.

Chłopak liczył, że szybko minie most i znajdzie się na drodze prowadzącej do Aramoor, unikając jakichkolwiek wojsk. Jechał przed siebie i starał się nie patrzeć na leżące pod nim zwłoki ludzi i ich koni. Zwęglone, powyginane i rozczłonkowane. Niektórzy jeszcze żyli i wrzeszczeli niezrozumiałe frazy w obcym języku. Anwillowi zebrało się na wymioty.

Minął grubego mężczyznę, któremu paliła się górna część ciała. Chłopak nie mógł rozpoznać, po czyjej stronie walczył ten żołnierz, gdyż skóra i jego ubranie całkowicie się stopiły. Krzyki umierających ludzi i uderzanie stali były tak głośnie, że Anwillowi zatkało się ucho, a gęsty dym podrażniał oczy.

Dlaczego akurat tutaj i teraz? – myślał Anwill. - To jedyna droga, jaka prowadzi do stolicy.

Zatkane ucho doskwierało mu coraz mocniej. Próbował je odetkać, jednak nic nie pomagało. Drugim natomiast, usłyszał przeraźliwe rżenie swojego konia, który po chwili upadł na ziemię. Anwill przeturlał się i uderzył w coś głową, a cały świat zawirował. Gdy się otrząsnął, poczuł, że skręcił kostkę. Jego plecak, łuk oraz kołczan leżały obok ciała martwego konia. Z prawego oka zwierzęcia wystawała strzała. Rozejrzał się dookoła i ujrzał klęczącego, czarnoskórego mężczyznę, który naciąga kolejną strzałę. To musi być Umiradienczyk.

Anwill momentalnie skrył się za ciałem martwego konia i ujrzał, jak strzała wbija się głowę zwierzęcia. Podniósł swój łuk i drżącymi rękami, wyjął z kołczanu kilka strzał. Wychylił się znad swej osłony i strzelił w stronę wojownika. Trafił go w lewe ramię, wytrącając mu przy tym łuk. Następnie, coraz bardziej drżącymi rękoma, wyjął kolejną strzałę, napiął cięciwę, strzelił, lecz tym razem chybił.

Mężczyzna wstał, wyciągnął zakrzywiony miecz i rzucił się w stronę chłopaka. Anwill krzyknął przeraźliwie i jednym skokiem przeskoczył ciało swego konia. Syknął czując tępy ból w kostce. Zacisnął zęby i napiął kolejną strzałę. Trafił mężczyznę w nogę, jednak ten dalej napierał. Wojownik wykonał niezgrabny ruch mieczem, chłopak odskoczył i wystrzelił ostatnią strzałę, która trafiła wroga w serce, przebijając skórzaną kamizelkę. Mężczyzna upadł i nie wydawał z siebie żadnych oznak życia.

Chłopak cały się trząsł i czuł, że jego pęcherz nie wytrzymuje. Eksplorator z trudem łapał powietrze, które i tak było pełne siarki. Kręciło mu się w głowie i zebrało na wymioty. Płakał. Nigdy wcześniej nie walczył z człowiekiem na śmierć i życie. Nie chciał nawet zabijać zwierząt na farmie ojca. Kodeks Eksploratora pozwalał mu na zabójstwo w obronie własnej, jednak nie liczył, że będzie musiał z niego korzystać. Gdy się uspokoił, podszedł do plecaka, aby upewnić się, że księga jest cała. Czuł, że drugie ucho również mu się zatyka, a piszczenie i szepty w głowie narastają.

Odetchnął z ulgą, kiedy poczuł delikatną skórę księgi. Schował ją z powrotem i założył plecak na swoje obolałe plecy. 

Bardzo dobrze Anwillu – mówiły głosy w jego głowie. - Jest cała i bezpieczna - zaśmiały się szyderczo. – Ale ty nie jesteś, wiejski chłopcze.

Odwrócił się i ujrzał setki dzikich jeźdźców, którzy nacierali w jego stronę. Miecz największego z nich przeciął mu gardło .

Bezwładne ciało Anwilla przygniotło plecak z księgą.

***

Książę Jeren czuł, że tej nocy zginie. Pot spływał z jego ciemnej twarzy niczym łzy. Powietrze było niebywale gorące od tego przeklętego ognia.

Zatrzymał konia i obejrzał się. Zobaczył, jak Sklavini zabijają jego ludzi, którzy nie mieli już siły uciekać. Niektórzy próbowali walczyć, inni osłaniali się rękami, a jeszcze inni błagali o życie. W oddali dostrzegł płonący sztandar Umiradien – dwa półksiężyce na czarnym jak noc tle. Książę pierwszy raz dziękował za srebrną maskę, która odsłaniała jedynie jego oczy. Nikt nie mógł zobaczyć jego przerażenia.

Armia Jerena początkowo liczyła trzydzieści tysięcy ludzi, jednak teraz rozbiła się na kilkanaście części, a żołnierze uciekali we wszystkie możliwe strony. Reszta armii Umiradien stacjonowała w Kapikale i podbitej Felivii. Jego ojciec miał przysłać posiłki dopiero wtedy, gdy ten zajmie most. Teraz jednak wszystko poszło na marne. Nikt mu nie pomoże.

Król Umiradien kazał mu się wycofać się, jeśli przybędzie książę Sklavinii. Jeren wiedział, że nie może pozwolić sobie na walkę z tym ludem. Wiele o nich słyszał, a ludzie z Umiradien nazywali Bratislava krwawym demonem. 

Uciekanie z pola bitwy było dla Umiradienczyka największym grzechem. Jednakże jego ojciec nie dbał o opinię ludu i Księżycowych Bogiń. Wolał mieć syna żywego i gotowego do następnej bitwy. 

Książę zawahał się. 

Słyszał głośne krzyki swoich ludzi, którzy oddawali za niego życie. Jego ciało przeszedł silny dreszcz. Żołnierze przysięgali oddać za niego życie i właśnie teraz to robili.

W pewnym momencie zatrzymał swego konia. Czuł wielki wstyd i hańbę, że ucieka z pola bitwy, zostawiając swoich ludzi na pewną zgubę. Poczuł się jak ostatni tchórz. Dziedzic tronu najpotężniejszego kraju na świecie tak nie postępuje. Nie mógł pozwolić, by ich śmierć prześladowała go przez całe życie.

Zsiadł z konia, wyjął swój miecz i czekał na atak wroga. W Kapikale zostali jego trzej bracia, którzy z pewnością lepiej zajmą się królestwem. Jeren widział siebie głównie jako wojownika, a nie króla. Chwalebna śmierć na polu bitwy była gwarancją dostania się do Złotych Pól – świętego miejsca, gdzie trafiają dusze Umiradienczyków. Jeren był pobożnym człowiekiem, który szanował prawa Bogiń i nie bał się śmierci. Liczył, że wkrótce dołączy do swej matki i siostry, i wraz z nimi, zazna wiecznego spokoju.

Pewnym krokiem ruszył w stronę walczących Sklavinów. Strącił z konia jednego z nich i przebił jego serce mieczem. Uchylił się przed mieczem drugiego i przeciął nogę jego konia. Jeźdźca podniósł się, jednak chwilę później padł od jego ciosu.

Po kilkunastu minutach zaciekłej walki Jeren czuł, że jest już całkowicie wyczerpany. Padł na kolana, podpierając się mieczem. Zaatakowałem i przegrałem. Muszę ponieść konsekwencje. Spojrzał w błotnistą ziemię, przesiąkniętą krwią. Miał nadzieję, że ojciec mu wybaczy.

W końcu podniósł wzrok i ujrzał zbliżającego się wysokiego mężczyznę z mieczem w prawym ręku. Był wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. Miał długie brązowe włosy i gęstą brodę. Zwyczajna zbroja nie odróżniała go od pozostałych wojów, jedynie srebrny diadem na głowie zaznaczał jego pozycję. Nie wyglądał jak krwawy demon.

Wielki książę Sklavinii – pomyślał. - Sławny Bratislav.

Szedł dumnie i powoli, a jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Jeren widział, że nie napawa się zwycięstwem.

Obaj spojrzeli sobie głęboko w oczy. Książę Umiradien zdjął srebrną maskę ukazując twarz. Tylko nieliczni byli godni na nią patrzeć. Uznał, że Bratislav był jednym z nich.

Książę Sklavinii uniósł swój miecz i wykonał silny zamach.

Bitwa pod Krwawym Mostem została wygrana.

Koniec

Komentarze

Jedna uwaga zaraz na wstępie (zajrzałam, nie jestem pewna, czy będę czytać całość, może jak będę się – nieprędko – przemieszczać środkami komunikacji miejskiej):

 

Książę nie brał czynnego udziału w walkach, gdyż wolał dowodzić wojskiem z daleka. Zbyt bardzo cenił życie, by narażać się na tak wielkie niebezpieczeństwo.

W takim świecie, jaki tworzysz, z przewagą quasi-średniowiecza, facet ma na wejściu -100 do charyzmy. Jeśli się przy tym upierasz, w takim świecie musi mieć to głębokie uzasadnienie, najlepiej sakralne, bo inaczej dla jego żołnierzy, ale i zwykłych poddanych to jest d* a nie władca i przywódca. Taki typ dowodzenia upowszechnia się znacznie później i jest związany z reformami organizacji armii z jednej strony, a technicyzacją wojny z drugiej. Ale żołnierze nadal najwyżej cenią sobie tych dowódców, którzy dzielą trudy i niebezpieczeństwa.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pragnę zaznaczyć, że piszę powieść fantasy, a nie historyczną. Korzystam z niektórych motywów średniowiecznych, ale nie wszystko jest takie jak w naszym świecie – na tym polega ten gatunek. Armia może wyglądać tak jak ja tego chcę. Co do osoby księcia; taki ma być. Uzasadnienie dlaczego ludzie go słuchają pojawi się w przyszłych rozdziałach.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

nie wszystko jest takie jak w naszym świecie – na tym polega ten gatunek. Armia może wyglądać tak jak ja tego chcę.

Oczywiście (inna sprawa, czy ta armia będzie działać, bo właściwie dlaczego ma chcieć walczyć za księcia?). Ale przede wszystkim musisz się liczyć z tym, że 1) czytelnik nie siedzi w twojej głowie, w związku z czym nie ma pojęcia, czy to celowo wymyśliłeś, czy nie*, a jego punktem odniesienia jest świat rzeczywisty, na którym literatura zawsze się wzoruje; 2) ludzie w świecie fantasy nie różną się zazwyczaj pod względem psychologii aż tak bardzo od ludzi w świecie realnym – jeśli w twoim świecie się różnią, pokaż to czytelnikowi i daj temu uzasadnienie w konstrukcji świata i fabuły; 3) jeśli czytelnik uzna, że świat nie ma sensu, odrzuci twoją powieść. Ergo, prosty i logiczny wniosek jest następujący: to, co jest sprzeczne z intuicją czytelniczą, a zamierzone, lepiej jest wyjaśnić oraz uzasadnić czymś więcej niż widzimisię autora, żeby nie było nieporozumień. I tyle.

* Niestety nie działa tu zasada in dubio pro reo, więc czytelnik raczej założy błąd autora, a nie celowe działanie, zwłaszcza jeśli argument jest tak słaby jak w tym przypadku (strach przed niebezpieczeństwem…)

 

PS. Jak w tej armii wygląda komunikacja i w związku z tym manewrowność, szybkość reakcji i w rezultacie skuteczność w przypadku dowodzenia na odległość?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mają łączników – wynika z treści. Mogą też wysyłać ptaki z wiadomościami albo robić znaki dymne. Cokolwiek; liczę na wyobraźnię czytelnika. Dla mnie, jeśli coś działa, to ma ku temu powody. Chyba nie muszę opisywać dosłownie każdej czynności, żeby prowadzić czytelnika za rękę jak małe dziecko i pokazywać mu dosłownie wszystko co się tam dzieje. Czy muszę pisać, że postać je i pije, bo inaczej czytelnik stwierdzi, że bohater za chwilę umrze z pragnienia? No chyba, że jest w sytuacji kryzysowej, to wtedy rozumiem taki opis. Osobiście wydaje mi się to nużące i zapychające fabułę. 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Ja tylko dodam, że fantastyka nie równa się brakowi logiki. Fantastyka umożliwia dowolność, ale prawa, zdrowy rozsądek i reguły muszą ze sobą współpracować, jeśli światotworzenie ma być udane.

Ok, przeczytałem :) Może trochę komplementów, dla odmiany :) Mnie się podoba, ze to jest bardzo… naturalne, soczyste. Nikogo nie udajesz. Ta historia jest w Twojej głowie, Twoi bohaterowie zyją… gdzieś… i to mnie pociąga. To prawdziwy świat. Rzecz w tym, że 95% tekstów, które czytam, są lepej skonstruowane, mają lepszą formę, przecinki we właściwych miejscach… ale są martwe. Ładnie pokolorowane trupy :D

A Twoja historia zyje.

 

Dziękuję za kolejny komentarz. Staram się, by moja historia była zaskakująca i ciekawa oraz luźno napisana. Bohaterowie są przeróżni, każdy jest na równi dobry i zły. Najważniejsza jest dla mnie opowieść, na rzeczy techniczne przyjdzie jeszcze czas. Cięgle się uczę i liczę na cenne rady. 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dyskusja o tym, czy autor ma pamiętać o tym, że postacie mają potrzeby fizjologiczne, jest stara jak fantasy. I częściowo zależy to od podgatunku; w skrócie: w high fantasy można sobie to darować, w dark fantasy – nie za bardzo. Ponieważ ty dałeś w tagach jednocześnie dark, heroic i high fantasy, to już na tym etapie czytelnik jest zagubiony, ale to drobiazg.

Po prostu jeśli chcesz mieć choć trochę realistyczny świat, to postacie muszą mieć życie, a nie tylko heroizm.

Oraz: dobre powieści nie stoją wyłącznie fabułą. Stoją również kreacją świata i bohaterów, warto więc czasem poświęcić im trochę cennego czasu autora. Powieści i czytelnikom wyjdzie to na dobre.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tagi faktycznie były źle dobrane. Postacie i świat są jednak bardzo dobrze wykreowane i bogate. Historia świata ma ponad tysiąc lat spisanej historii oraz trzynaście osobnych krain, które różnią się kulturowo. Jednak sądząc po opiniach z prologu, obawiam się, że przerosły czytelników. Kilka obcych imion i trzy krainy okazały się zbyt dużym natłokiem informacji, a prosta podróż z północy na południe była zbyt wielką zagwozdką geograficzną.

Po prostu jeśli chcesz mieć choć trochę realistyczny świat, to postacie muszą mieć życie, a nie tylko heroizm.

O to proszę się nie martwić. Postacie mają emocje, cechy charakteru, cele życiowe oraz przeszłości. Niestety ciężko to dostrzec po krótkim prologu i jednym rozdziale. To są fragmenty, a nie zamknięte opowiadania. Nie da się wszystkie upchnąć na raz.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Kilka obcych imion i trzy krainy okazały się zbyt dużym natłokiem informacji, a prosta podróż z północy na południe była zbyt wielką zagwozdką geograficzną.

Chyba nas nie doceniasz, Danielu ;)

 

Wszystko zależy od tego, jak przedstawiasz świat i jego realia. Można wchłaniać głębokie, rozbudowane uniwersum, ucząc się podświadomie na pamięć imion władców, polityki, heraldyki i geografii (tak na przykład zadziałał na mnie i Tolkien, i Martin), można żałować, że oszczędniejszy autor nie poświęcił chwili na rozrysowanie mapy lub nie stworzył w pełni funkcjonującego języka (Sapkowski), a można również ziewać i pomijać przy czytaniu akapity, mimo że świat ma stworzone absolutnie wszystko, a szczegółowo rozrysowana mapa mieści się na ścianie dziesięciopiętrowego wieżowca.

 

Pierwsze wrażenie jest niestety (lub stety) kluczowe. Nie oceniam całości Twojej książki po przeczytaniu fragmentu, to byłoby skrajnie głupie. W moim odczuciu przedstawiony przez Ciebie prolog był jednym z tysięcy opowieści o podobnym echu, które przewinęły się przez moje ręce – lub oczy. Nie zostaje mi w pamięci ani fabuła, ani sposób jej wykonania. Być może nie jestem po protu grupą docelową. Dziesięć lat temu najprawdopodobniej pokochałabym to opowiadanie całym sercem i szczerze kibicowałabym bohaterowi, jednak teraz mam zapotrzebowanie na dużo ambitniejszą literaturę.

 

W żadnym razie nie chcę Cię zniechęcać, bo tylko pisząc człowiek pracuje nad stylem, jednakże póki co nie widzę w historii nic wyróżniającego ją z tłumu. Powyższy rodział przeczytam wkrótce, hipokrytką nie jestem, gołosłownych też nie lubię. Szczerze liczę, że mnie porwiesz.

Nie liczę, że wszystkim się spodoba. Jedyne na czym mi zależy, to komentarze typu: co mam poprawić, żeby lepiej się czytało, a nie czepianie się o szczegóły, które nie zawsze są potrzebne i ważne.

Znam siebie i wiem, że nie dorównam Martinowi czy Sapkowskiemu, choćbym chciał. Mam mapę świata, a język w przygotowaniu. Prolog zawsze mogę zmienić na ciekawszy i może bardziej oryginalny. To nie jest praca ostateczna. Moja historia naprawdę nie jest taka jak inne i nie mam bohatera, który chce zbawić cały świat. Jedynie początek mógł być słaby.

Świat Martina też jest bardzo rozbudowany i On nie musi tłumaczyć, jakim cudem dzicy żyją za Murem w tak ekstremalnych warunkach.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Jednak sądząc po opiniach z prologu, obawiam się, że przerosły czytelników. Kilka obcych imion i trzy krainy okazały się zbyt dużym natłokiem informacji, a prosta podróż z północy na południe była zbyt wielką zagwozdką geograficzną.

Pierwsza część drugiego zdania pewnie tyczy się moich komentarzy, otóż poprzedni fragment tej, parafrazując, powieści w bardzo dobrze wykreowanym i bogatym zarazem świecie o tysiącletniej historii miał bodajże około 7-8k znaków, czyli jakieś cztery strony dużą czcionką i potężną interlinią. Nawet nasz rodzimy Robert M. Wegner w pierwszym opowiadaniu na “Północ-Południe” nie używa tak dużego zagęszczenia nazw własnych, a ten tekst to, zdaje się, praktycznie same dialogi. Zresztą, ja w tamtym komentarzu wyraźnie zaznaczyłem, że “wada”, o której mowa, jest wadą wtedy i tylko wtedy, gdy poprzedni fragment potraktować jako samodzielny byt.

 

wydawał z siebie żadnych oznak życia

Oznak życia można nie dawać, i też nie “z siebie”.

 

Ten fragment tutaj ma około 8 stron maszynopisu znormalizowanego, czyli jakieś 2.5 strony np. Drogi Królów Sandersona. Jest sprawnie napisany, jakaś bitwa, jakaś zadyma, nawet Anwill wraca i dokonuje się jego chrzest bojowy, no super sprawa ogólnie. Ciężko powiedzieć, czy mi się podoba ten tekst, ale czytam go sobie i jestem nawet zainteresowany, tylko powiedz proszę: czy następny rozdział będzie liczył więcej znaków? Bo czytanie dwóch stron/tydzień to można trochę rzeczy pozapominać…

Swoją drogą, może ten następny rozdział obroni się sam, bo teraz, po takiej zapowiedzi Autora, to mam bardzo duże oczekiwania.

Kolejny rozdział może mieć trzydzieści tysięcy znaków. Jeśli to za mało, to mogę bardziej się rozpisać.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Kilka obcych imion i trzy krainy okazały się zbyt dużym natłokiem informacji, a prosta podróż z północy na południe była zbyt wielką zagwozdką geograficzną.

O to proszę się nie martwić. Postacie mają emocje, cechy charakteru, cele życiowe oraz przeszłości. Niestety ciężko to dostrzec po krótkim prologu i jednym rozdziale. To są fragmenty, a nie zamknięte opowiadania. Nie da się wszystkie upchnąć na raz.

Popieram Cię, Danielu, że bronisz swego. Nie daj się zdeptać krytyce, bo przestaniesz pisać w ogóle, albo będziesz pisał pod cudzą batutę.

Drodzy komentatorzy: komentarze naprawdę należy przemyśleć. Jeśli zaczniecie czepiać się szczegółów i w ogóle wszystkiego z góry na dół, to autor całkowicie zamknie się na jakąkolwiek krytykę, nawet konstruktywną.

Fantazy ma tradycję bogatego nazewnictwa, moim zdaniem Daniel nigdzie nie przegiął, wszystko rozumiem i nie mam problemów z geografią. Trzeba czytać naprawdę bez grama dobrej woli, żeby udawać, że fabuła jest nieprzejrzysta.

Fantastyka w ogóle ma kompleksy wobec literatury głównego nurtu i mam wrażenie, że te kompleksy udzielają się na forum NF. Wiele opinii odbieram jako snobistyczne i zblazowane.

Znam siebie i wiem, że nie dorównam Martinowi czy Sapkowskiemu, choćbym chciał.

Jesteś bardzo młody i jeśli będziesz pisał regularnie, to staniesz się lepszy, niż mógłbyś przypuszczać. Wtedy wrócisz do swoich starych tekstów i być może uznasz je za niedobre.

Należy jednak pamiętać, że to dzięki tym starym tekstom nauczyłeś się rzemiosła, a błędy były potrzebne.

Najważniejsze to stawiać jakieś kroki i mieć odwagę pisać źle.

(Co nie oznacza, że Twój obecny projekt jest zły. Ale nawet, jeśli by był, to nic nie szkodzi.)

Wrócę z komentarzem do rozdziału.

Wyszło pod innym opowiadaniem, ale tu nadaje się jeszcze lepiej, więc przeklejam. Warto poczytać.

 

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/56844002

 

PS. To absolutna klasyka w kwestii refleksji nad fantasy jako gatunkiem, ale Autora dyskutowanego tu tekstu nie było jeszcze na świecie, kiedy Sapek to napisał, więc też wklejam pod rozwagę:

 

https://sapkowskipl.wordpress.com/2017/03/17/pirog-albo-nie-ma-zlota-w-szarych-gorach/

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wracam.

 

Budzimy się pośród bitewnego chaosu, który jest – moim zdaniem – najgorszą sceną, na jakiej można osadzić początkową akcję, szczególnie jeśli mówimy o wprowadzeniu do własnego uniwersum. Bitwy powinny być kulminacyjne, ostateczne, gdy czytelnik poznał już walczące strony, ich motywacje oraz cele, kibicuje jednym lub pragnie porażki drugich. Wrzucanie czytelnika w otwarty konflikt bez żadnego kontekstu jest strzałem w stopę. Informacje są przekazywane pospiesznie, byleby tylko ruszyć dalej z akcją, jednak to wciąż są tylko bezpłciowe, surowe fakty, które nijak działają na moją wyobraźnię.

 

Szczególnie widać to w tym zdaniu:

 

“Wrogie wojska Umiradien pod wodzą Jerena Umirada, syna króla Umiradien, Metehana Okrutnego, znajdowały się już na terenie Alaven, po drugiej stronie rzeki Orlicy.”

 

Przydałoby się więcej pieprzu i soli. Co za król, dlaczego jest okrutny? Jaką krainą jest Alaven, dlaczego akurat tłuką się nad rzeką? Dlaczego wrogie wojska są wrogie? Co kto komu zrobił, dlaczego, jak ewoluowało to w zbrojny konflikt? Kto jest zły, a kto dobry, a może wszyscy są szarzy? I właśnie, trzeba przystopować, kiedy zatrzymać się niezbyt można, bo opisujesz wojnę, a takie przerywniki zabiłyby klimat. Dlatego start wśród bitwenego pyłu rzadko działa.

 

Morderstwo protagonisty z prologu wydało mi się popełnione na siłę. Nie znoszę, jak bohaterowie giną tylko i wyłącznie, by sprzedać z zyskiem “shock value”, żeby zaskoczyć czytelnika nagłym zwrotem akcji. Nie mieliśmy praktycznie okazji, żeby bliżej poznać Anwilla, by odrobinę go polubić, a więc nie będziemy też po nim rozpaczać, a jego śmierć przejdzie obok nas z jednym wielkim “meh”. Jeżeli chciałeś zaskoczyć, to jedynie mnie rozczarowałeś.

 

Postacie są bardzo jałowe, ot chodzące imiona. Bez żadnych cech, bez znaków szczególnych. Nie jestem w stanie przywołać z pamięci żadnego z debatujących nad mapą marszałków (?), a to, o czym dyskutowali, całkiem mi uciekło.

 

“Ogień rozprzestrzenia się coraz bardziej, paląc naszych żołnierzy.” → Tak raczej działa ogień, więc nie ma potrzeby tego pisać, a przynajmniej nie w taki ogólnikowy sposób.

 

Jeren wyszedł na takiego, co ma zaburzenia psychiczne. Wpierw jest okej, że ludzie za niego giną, potem rozważa, czy nie warto uciekać, następnie przypomina mu się, że w sumie ma trzech braci, a on sam jest w sumie wojownikiem, więc przydałoby się zleźć z konia i walczyć. No to idzie walczyć i bum, wygrywa bitwę. Nie kupuję tego.

 

Kolejna rzecz, język. Jest to problematyczna kwestia, a opinii jest wiele, ja osobiście jestem jednak zdania, że stylistyką buduje się świat, jego oryginalność i urok. Jeśli więc w Twoim świecie ludzie nie chorowali na cholerę, nie mogą też kląć, używając tego słowa. Tak samo te szachy, o których już wspomniałam. Nie muszę też mówić, że słowa typu “eksplorator”, “ekscentryk”, prototyp” (itd), nie pasują i skutecznie zabijają klimat.

Kolejny rozdział może mieć trzydzieści tysięcy znaków. Jeśli to za mało, to mogę bardziej się rozpisać.

Nie no, wrzucaj jak chcesz, jeśli piszesz na bieżąco, to możemy poczekać, ale nich to będzie dobre. Po prostu myślałem, że masz już w gotowości większe fragmenty.

No to idzie walczyć i bum, wygrywa bitwę. Nie kupuję tego.

Przecież on nie wygrywa bitwy.

 

Postacie są bardzo jałowe, ot chodzące imiona. Bez żadnych cech, bez znaków szczególnych. Nie jestem w stanie przywołać z pamięci żadnego z debatujących nad mapą marszałków (?), a to, o czym dyskutowali, całkiem mi uciekło.

Nie rozwijam niektórych postaci, bo nie są mi potrzebne, ale mogę to zmienić.

 

Jeżeli chciałeś zaskoczyć, to jedynie mnie rozczarowałeś

Nie chciałem nikogo zaskoczyć. Tak miało być od początku.

 

Jaką krainą jest Alaven, dlaczego akurat tłuką się nad rzeką? Dlaczego wrogie wojska są wrogie? Co kto komu zrobił, dlaczego, jak ewoluowało to w zbrojny konflikt? Kto jest zły, a kto dobry, a może wszyscy są szarzy? I właśnie, trzeba przystopować, kiedy zatrzymać się niezbyt można, bo opisujesz wojnę, a takie przerywniki zabiłyby klimat. Dlatego start wśród bitwenego pyłu rzadko działa.

Jeśli chodzi o Alaven, to pojawia się postać Aelara, ojca Agamona, oraz stolica kraju, Aramoor. To tam zmierzał Anwill. Co do reszty, mam na to drugi rozdział, gdzie opisze dlaczego i kto walczy oraz tam bliżej poznamy postaci. To jest tylko fragment.

 

Jerena mogę poprawić, nie ma problemu. Mogę też dopisać kilka informacji, jeśli to jest takim problem.

Warto też nie patrzeć na tekst z góry i nie pokazywać swojej wyższości nade mną. Amatorskim pisaniem zajmuje się od sześciu miesięcy (wcześniej nigdy nic nie napisałem) i nie chce wszystkich oczarować i czekać, aż obsypią mnie pochwałami. Liczę na cenne rady, ale z drugiej strony, słuchanie jedynie jakie to jest złe, beznadziejne i nie da się tego czytać, nie zachęca mnie do dalszej publikacji na tym portalu. 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Ech. Człowieku, nikt tutaj się nie wywyższa i bogowie brońcie Ciebie nie obraża. Rady ode mnie właśnie dostałeś, przeczytałam, a teraz pokazuję Ci, co mi się nie podobało, żebyś mógł odbić się od tego i iść dalej. Jak chcesz, wypiszę je raz jeszcze:

 

  1. Nie zaczynaj od bitwy, bo pośród napierdalanki nie ma miejsca na sensowne wprowadzenie akcji oraz przedstawienie własnego uniwersum, wobec którego zapewniasz, że jest bogate.
  2. Jeśli musi być na wstępie tylu pomniejszych bohaterów, zrób coś, żeby się wyróżniali, żeby czytelnik ich chociaż rozróżniał.
  3. Popracuj nad stylistyką. Jeżeli to własny świat, używaj własnych nazw, nie zapożyczaj już istniejących, staraj się wpasować w klimat średniowiecza, z którego korzystasz.
  4. Wyjaśniaj na bieżąco – nie wszystko, lecz rzeczy potrzebne do zrozumienia fabuły. Tłumaczenie typu “wyjaśnię później” są okej, pod warunkiem, że czytelnik chce czekać do później.
  5. Nim zamordujesz bohaterów, daj nam ich poznać, bo inaczej ich śmierć jest bezcelowa.

Zrób z tym, co chcesz, nikt Ci niczego nie narzuca. To twoja praca i Tobie powinno zależeć, żeby stała się jak najlepsza.

Może to moje osobiste zdanie, ale o wiele bardziej wole czytać: 

 

Nie zaczynaj od bitwy, bo pośród napierdalanki nie ma miejsca na sensowne wprowadzenie akcji oraz przedstawienie własnego uniwersum, wobec którego zapewniasz, że jest bogate.

niż:

 

Budzimy się pośród bitewnego chaosu, który jest – moim zdaniem – najgorszą sceną, na jakiej można osadzić początkową akcję, szczególnie jeśli mówimy o wprowadzeniu do własnego uniwersum.

Wszystkie rady wezmę do serca i postaram się to poprawić.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nie chciałem nikogo zaskoczyć. Tak miało być od początku.

To, że autor tak założył od początku, nie ma ABSOLUTNIE żadnego znaczenia dla czynnika zaskoczenia. Gdybyś tego nie założył, ale tak wyszło spod klawiatury, to zaskoczyłbyś samego siebie. Natomiast czytelnik zazwyczaj spodziewa się, że protagonista z prologu będzie protagonistą przynajmniej przez jakiś czas, toteż zabicie go w pierwszym rozdziale jest zaskoczeniem.

Pamiętaj: czytelnik nie siedzi w twojej głowie. A wydana książka nie ma komentarzy odautorskich. To znaczy może mieć, ale byłoby to trochę żałosne, jak bardzo nowoczesna “sztuka”, której nie da się zrozumieć bez długich opisów i interpretacji kuratorskich.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale wiesz, że ta “najgorsza scena” to się odnosiła do ‘ogółu, czyli jak nie zaczynać skomplikowanej fabularnie opowieści’.

Jego ojciec był już stary, a synowie zbyt młodzi, by objąć pieczę nad Alaven. Ktoś musi objąć władzę w ostatnim skrawku Roemii.

Książę kako dziecko bawił się drewnianymi żołnierzykami na dziedzińcu zamku w Aramoor i udawał, że jest generałem sławnych Stalowych Legionów, które broniły Starej Roemii.

Zwracaj uwagę na powtórzenia.

Literówka.

Obecnie nie był zadowolony z sytuacji swojego prawdziwego wojska oraz przebiegu bitwy. Cesarskie wojsko nie dawało sobie rady, było mniejsze i gorzej wyposażone. Aż dziw, że tak długo się bronią – pomyślał. Wrogie wojska Umiradien pod wodzą Jerena Umirada, syna króla Umiradien, Metehana Okrutnego, znajdowały się już na terenie Alaven, po drugiej stronie rzeki Orlicy.

Powtórzenia.

Widać, że to stosuję je po raz pierwszy.

Coś tu poszło nie tak ;)

Bardzo dobrze[+,] Anwillu – mówiły głosy w jego głowie.

Wołacze oddzielamy przecinkami.

O, Anvill umarł. Nie spodziewałam się, przyznaję.

Strącił z konia jednego z nich i przebił jego serce mieczem. Uchylił się przed mieczem drugiego i przeciął nogę jego konia. Jeźdźca podniósł się, jednak chwilę później padł od jego ciosu.

Jeździec. I powtórzony koń.

W końcu podniósł wzrok i ujrzał zbliżającego się wysokiego mężczyznę z mieczem w prawym ręku. Był wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną.

Powtarzasz te same informacje. Uważaj na podmiot.

 

Znam tylko pięć liter ;)

I tym razem poprzestanę na łapance, choć nie wiem, czy się do czegoś przyda – usterki wskazane przez wcześniej komentujących nadal utrudniają lekturę.

 

Zbyt bar­dzo cenił życie, by na­ra­żać się… –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Zbyt cenił życie, by na­ra­żać się… Lub: Za bar­dzo cenił życie, by na­ra­żać się

 

– Wasza wy­so­kość… – wy­spał młody zwia­dow­ca. Aga­mon od­wró­cił się i kazał gwar­dzi­stom się roz­stą­pić. Chło­pak był jesz­cze młody, z dzie­wi­czym za­ro­stem. –> Powtarzasz informację.

 

– Wasza wy­so­kość, wspar­cie z po­łu­dnio­we­go-za­cho­du… –> – Wasza wy­so­kość, wspar­cie z po­łu­dnio­we­go za­cho­du

 

który był te­ściem Aga­mo­na. Był wzbu­dza­ją­cym strach… –> Tak zaczyna się byłoza. Strzeż się jej.

 

– Armia księ­cia Je­re­na liczy ponad trzy­dzie­ści ty­się­cy żoł­nie­rzy – ge­ne­rał Ozne­ro spoj­rzał na papierową mapę. –> Czy były też mapy inne, nie papierowe?

Może wystarczy: – Armia księ­cia Je­re­na liczy ponad trzy­dzie­ści ty­się­cy żoł­nie­rzy.Ge­ne­rał Ozne­ro spoj­rzał na mapę.

Nadal nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Bra­ti­slav wy­cią­gnął swój długi miecz. –> Zbędny zaimek. Czy książę wyciągałby cudzy miecz?

 

i jed­nym sko­kiem prze­sko­czył ciało swego konia. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …i jed­nym susem prze­sko­czył ciało konia.

 

Za­ci­snął zęby i na­piął ko­lej­ną strza­łę. –> Napina się chyba łuk, nie strzałę.

 

Scho­wał ją z po­wro­tem i za­ło­żył ple­cak na swoje obo­la­łe plecy. –> Zbędny zaimek.

 

Miecz naj­więk­sze­go z nich prze­ciął mu gar­dło . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Król Umi­ra­dien kazał mu się wy­co­fać się… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Sły­szał gło­śne krzy­ki swo­ich ludzi… –> Masło maślane. Krzyk jest głośny z definicji.

 

W pew­nym mo­men­cie za­trzy­mał swego konia. –> Zbędny zaimek.

 

Zsiadł z konia, wyjął swój miecz… –> Jak wyżej.

 

Jeźdź­ca pod­niósł się… –> Jeździec pod­niósł się

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka