- Opowiadanie: Skoneczny - Instrukcja obsługi drzwi / Latać jak ptaki

Instrukcja obsługi drzwi / Latać jak ptaki

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Instrukcja obsługi drzwi / Latać jak ptaki

Pann Firmington z rezygnacją wgapiał się w wypełnioną przyciskami i potencjometrami konsolę. Choć pamiętał instrukcje i wiedział, jak postępować, interfejs szerokiego blatu stanowił zagadkę nie do rozwiązania. Ani jaskrawe kolory, ani wyraźne kształty kontrolek nie wystarczały, aby profesor mógł je rozpoznać.

Choć dostrzegał odrębność elementów, nie był w stanie w żaden sposób mentalnie ich rozgraniczyć. Umiał wskazać i zdefiniować poszczególne cechy, ale nie składały się one w spójne obrazy, jakby wyciągnięcie wniosków z przesłanek stało się niemożliwe, wycięte z ram logiki jego myślenia.

Brakowało mu pojęć.

Narastający w nim niepokój ewoluował w panikę. Parsknięcie przerodziło się w nieobecny, wymuszony śmiech. W końcu zacisnął zęby, a z jego oczu pociekły łzy. Wiedział, że płacze niejako z wyprzedzeniem, bo kiedy już przestanie myśleć, to nie będzie mu to przeszkadzać. Choć nigdy nie uważał się za człowieka sentymentalnego, teraz tęsknił za strukturą znaczeń, która właśnie przelatywała mu między palcami.

Odwrócił się. Biegający za jego plecami kogut zdawał się świetnie bawić. Ptak wykonywał majestatyczne susy, ciesząc się ciążeniem mniejszym od ziemskiego. Co kilka sekund zrywał się do lotu, aby polatawszy chwilę pod samym sufitem, wylądować miękko na podłodze i zatrzymać w zupełnym bezruchu, jakby pod wrażeniem swojej nowo osiągniętej potęgi.

Ptak najprawdopodobniej nie operował pojęciami, a w swojej roli sprawdzał się wyśmienicie. Firmington wzruszył ramionami, uśmiechając się żałośnie. Oparł się o konsoletę, przygniatając losowe przyciski. Szerokie okno przed nim ukazywało srebrno-czarną panoramę pokrytej kosmicznym pyłem skały, otoczonej bezmierną otchłanią kosmosu. Na nieskażonym atmosferą niebie odznaczał się pas sztucznych satelitów. Z jednego z nich właśnie odczepiał się ładunek.

Profesor niemal z satysfakcją obserwował, jak kolejna bomba atomowa uderza w powierzchnię Księżyca.

 

***

 

– Zaczynamy. Panie Willson, proszę skoncentrować się na moich słowach. Za każdym razem, kiedy usłyszy pan pytanie, na które odpowiedziałby pan twierdząco, proszę pomyśleć o jedzeniu naleśników pańskiej żony. Za każdym razem, kiedy usłyszy pan pytanie, na które odpowiedziałby pan przecząco, proszę pomyśleć o wyładowywaniu paczek z samochodu. – Profesor Firmington stał nad szpitalnym łóżkiem, starając się wyartykułować każde słowo najwyraźniej jak umiał. – Jeżeli mnie pan zrozumiał, proszę pomyśleć o jedzeniu naleśników.

Po chwili, siedzący przy biurku nieopodal asystent profesora pokiwał głową.

– Mhm, mamy jedzenie naleśników – powiedział bez zaskoczenia, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.

Pierwszy krok procedury był formalnością. Taką formę komunikacji z pacjentami będącymi w stanie minimalnej aktywności mózgu wykorzystywano już od dawna. Profesor rozpoczął odczytywanie pytań. Połowa z nich w jakiś sposób nawiązywała swoją treścią do naleśników, druga połowa stanowiła część kontrolną.

Walcowaty hełm skanera nanomagnetycznego rejestrował zmiany pola z precyzją pozwalającą na dokładne wskazanie grup neuronów pobudzanych wtedy, kiedy pacjent rejestrował pytanie i tych, które aktywowały się, gdy próbował udzielić odpowiedzi.

Po zakończeniu procedury profesor westchnął, odłożył druk z pytaniami na stolik, po czym przetarł twarz obiema dłońmi.

Nowoczesny, minimalistyczny wystrój sali komponował się z ciepłym światłem kwietniowego poniedziałku, które wlewało się do niej przez szerokie, panoramiczne okno. Na przeciwległej ścianie rozwieszono kartki z życzeniami powrotu do zdrowia. Zazwyczaj tego typu ozdoby powodowały, że Firmington czuł się nieswojo, bo wiedział, że w większości przypadków nadzieje rodziny i przyjaciół okazywały się płonne, a ich bliscy nigdy nie wracali do pełni sił.

Dzisiaj jednak prowadził badania na pacjencie, który najprawdopodobniej odzyska co najmniej częściową sprawność. Potrafił ruszać palcami, czasem nawet unosił powieki, co rokowało bardzo dobrze.

– Dziękuję, za współpracę, panie Willson. Pańska rodzina otrzyma umówione wynagrodzenie. W imieniu całego zespołu badawczego bardzo panu dziękuję, przyczynił się pan dziś do rozwoju nauki.

Skaner ostatni raz zarejestrował jedzenie naleśników.

Za każdym razem, gdy profesor recytował tę formułę, traktował ją jak swój mały, prywatny żart. „Cały zespół badawczy” składał się z niego samego oraz z asystenta, który teraz z wyraźnym znudzeniem wgapiał się w ekran, czekając, aż algorytm skończy pracę.

– Okej, mamy to – wybuczał, dopiero pod koniec wypowiedzi podnosząc ton, jakby w ostatniej chwili przypomniał sobie o obowiązku ekscytacji.

Badaczom udało się wyekstrahować neuronalne korelaty pojęcia naleśnika, czyli zestaw neuronów, aktywowanych tylko wtedy i zawsze wtedy, kiedy pan Willson operował tą ideą. Projekt zakładał porównanie wyników uzyskanych od pacjentów z całego kraju, w celu potwierdzenia możliwości wyizolowania uniwersalnego, neurologicznego prototypu naleśnika lub wykazanie, że nie jest to możliwe.

Gdy pakowali okablowanie skanera, drzwi sali uchyliły się.

– Poprosimy na słowo, na zewnątrz, profesorze. – Mężczyzna zniknął tak szybko, jak się pojawił, nawet nie zauważyli, jak wyglądał.

– Prowadzimy badanie, tu nie można wchodzić! – prawie krzyknął Pann, ni to do asystenta, ni to do intruza, który najprawdopodobniej nie mógł już tego usłyszeć. – Ja im dam słowo zaraz… – dodał pod nosem i w trybie bojowym ruszył do drzwi.

Na korytarzu, dokładnie naprzeciw wyjścia, czekało na niego dwóch mężczyzn wyglądających jak typowi agenci CIA.

– Dzień dobry, profesorze. Nazywam się Michael Michaelson, a to mój partner John J…

– Nie mogliście poczekać do końca badania? – przerwał mu Pann. – Czy mieliście problem z odczytaniem kartki z drzwi?

– Przecież skończyliście – zauważył krawaciarz przedstawiony jako John.

– Aha, teraz chcecie mnie zastraszyć tak?!

– Co? Nie. Po prostu widzę, że pana asystent pakuje sprzęt. – Wskazał palcem za plecy profesora.

– Ale nie powinniście… – Firmington westchnął zrezygnowany. Odchrząknął. Wiedział, że kiedyś nie zareagowałby w taki sposób. Projekt ze skanerem nanomagnetycznym miał być okrętem flagowym uniwersytetu, ale jego skala i budżet skazywały go na śmieszność, co odbijało się na humorze profesora. – W czym mogę panom pomóc? – spytał po chwili, siląc się na grzeczny ton.

– Nie pytaj, co ty możesz zrobić dla kraju, pytaj, co kraj może zrobić…

– Na odwrót – Michael poprawił partnera.

– Na odwrót – przyznał niechętnie John.

Sekundy niezręcznej ciszy wypełniała tylko obustronna konsternacja.

– Ech… Możemy panu zaoferować dużo ciekawsze warunki pracy – wypalił wreszcie John.

– W zamian za?

– Pracę. W tych warunkach.

– Dużo ciekawszych – dodał Michael.

 

***

 

Profesor był jednocześnie rozczarowany i zaintrygowany.

Gdy zbliżał się do słynnej bazy Strefy 51, jego myśli wędrowały w kierunku wyznaczonym jednoznacznie przez reputację tego miejsca. Wydawało mu się oczywistym, że w przypadku potencjalnego kontaktu z pozaziemską cywilizacją rząd zwróciłby się właśnie do neuropsychiatry, jeśli nie w pierwszej kolejności, to na którymś późniejszym etapie na pewno. Podziwiając pustynny pejzaż przez szybę wojskowego Humvee, wyobrażał sobie sztab ekspertów złożony z lingwistów, dyplomatów, być może nawet filozofów. W jego wyobrażeniach wszyscy oni łączyli swe siły w żywiołowych dyskusjach, aby sprostać zadaniu wprowadzenia cywilizacji w nową erę.

Erę trwałej, międzygalaktycznej unii, z której kulturowe korzyści czerpałyby oba…

– Pedofile? – dopytał, starając się dotrzymać kroku agentowi, który prowadził go teraz przez długi, oświetlony szpitalnie białymi jarzeniówkami korytarz.

– Tak. – Krawaciarz skinął głową. – Mam nadzieję, że nie zdążył pan nawyobrażać sobie nie wiadomo czego po drodze. Jeśli spodziewał się pan obcych, pierwszego kontaktu…

– Nonsens, jestem człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, panie Johnson. – Firmington poczuł się niemal szczerze oburzony takimi insynuacjami.

– Tego właśnie od pana oczekujemy. Oczywiście nie tylko tego.

– Oczywiście.

W miarę przemierzania sterylnych przestrzeni podziemnej bazy, zaczynał podejrzewać, czego mogłoby dotyczyć jego potencjalne zadanie, ale im dłużej się nad tym zastanawiał, tym większym niepokojem napełniały go potencjalne implikacje jego domysłów. Choć nigdy nie był fatalistą, teraz jego umysł produkował tylko niepokojąco czarne scenariusze.

– Zapraszam. – Agent w końcu zatrzymał się i otworzył drzwi, które dla profesora niczym nie różniły się od ilukolwiek miniętych wcześniej.

Pann wziął głęboki wdech, po czym energicznym krokiem wszedł do środka, gotowy na zaskoczenie, którego brak, paradoksalnie, zaskoczył go jeszcze bardziej. Znaleźli się w biurze. Nowoczesnym i minimalistycznym, ale wciąż rozczarowująco zwykłym, nie uwzględniając subtelnej aury niepokoju, generowanej prawdopodobnie przez pozbawione okien ściany.

– Proszę usiąść. – Agent Johnson odwiesił marynarkę na oparcie swojego krzesła, po czym wskazał profesorowi takie samo, znajdujące się po drugiej stronie biurka. – Kawy, herbaty, whisky?

– Nie, dziękuję.

– Całe szczęście. Niestety nie dysponuję żadnym z tych napojów. To nie kawiarnia, profesorze. Przejdźmy do rzeczy.

– Jak najbardziej.

– Zgadzam się, profesorze, zgadzam się w pełni. A więc… – John otworzył laptopa, po czym na chwilę zatopił całą uwagę w ekranie. Odchrząknął, kiedy refleksy na szkłach jego okularów zmieniły kolor z facebookowego błękitu na profesjonalną, ściśle tajną czerń.

– Mamy tu pokaźną grupę mężczyzn skazanych za gwałty na nieletnich. Zgodzili się uczestniczyć w badaniach w zamian za skrócenie wyroku.

– Czy to legalne? – Firmington nerwowo poprawił mankiety dawno nie prasowanej, brązowej koszuli.

– Jeżeli zdecydujemy, że tak… To tak. To zależy od wyników badań, jeżeli okażą się niesatysfakcjonujące, to niewykluczone, że te badania nigdy się nie odbyły. – Agent mrugnął porozumiewawczo. – W każdym razie, to nie pański problem, profesorze. Pana zadanie będzie polegało tylko na kreatywnej analizie danych, przynajmniej na pierwszym etapie prac.

Profesor skinął głową, agent kontynuował.

– W gruncie rzeczy będzie pan kontynuował swoje dotychczasowe badania, z kilkoma znaczącymi różnicami. Większa próba badawcza, bardziej złożony cel. Tyle.

– Co pan rozumie przez bardziej złożony cel?

– To jest CIA, panie Firmington. Pańscy nowi ochotnicy są nieprzypadkowi. Nie szukamy tu naleśników.

 

***

 

Melanie Firmington siedziała na środku dywanu, bawiąc się lalkami, jak przystało na typową pięciolatkę. W różowym, plastikowym domku mieszkała ona sama, jej ojciec oraz matka, którą rok temu pokonał rak. Kiedy dziewczynka przestawiła odpowiednik taty na drugie piętro, usłyszała pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedziała.

Pann wszedł do pokoju, po czym, zręcznie nawigując po zaminowanej zabawkami podłodze, przysiadł się do córki.

– Co się dzieje w naszym domku? – spytał, przesuwając swój lalkowy odpowiednik do długonogiej, plastikowej brunetki, która najwidoczniej odgrywała rolę Mel.

– Dobrze, że przyszedłeś, tato. Ciągle próbuję przepędzić tego śmierdzącego żula z naszego ogródka, ale wcale się mnie nie boi – odpowiedziała, potrząsając zabawką.

Profesor przysunął się do makiety i jednym okiem wyjrzał przez malutką framugę różowego okna. Po drugiej stronie, na dywanie siedział miś. Pod pachą miał strzępek kartki z narysowaną butelką, a na obu wyciągniętych do przodu łapkach spoczywał prostokątny kartonik z jakimś przypadkowym bazgrołem.

– Idź sobie, albo zobaczysz! – zagroził pluszakowi.

– Ła, już nigdy tu nie wrócę! – kloszard zaskrzeczał głosem dziewczynki, odlatując pod łóżko. – Co tam dzisiaj wynalazłeś w pracy, tato?

– Nic, dzisiaj nic.

– To za co ci płacą?

Firmington zaśmiał się i pogłaskał dziewczynkę po głowie.

– Za zrobienie tak, żeby pewni bardzo źli ludzie już nie byli źli.

Mel odłożyła lalkę na podłogę i podrapała się po głowie.

– To musisz zrobić tak, żeby nie umieli być źli.

Profesor uśmiechnął się apatycznie.

– Chyba wszyscy umieją, Mel.

– To zrób tak, żeby nikt nie umiał.

– Chciałbym, żeby to było takie pros… – urwał i na chwilę zatopił się w myślach.

– O nie, tato, on znowu tu przyszedł!

Pann zupełnie nie zauważył momentu, w którym Melanie przeniosła misia z powrotem pod okno plastikowego domku. Mógłby przysiąc, że nie sięgała pod łóżko.

– Ile razy mam ci powtarzać… – profesor zaczął odgrywać rolę swojego lalkowego sobowtóra, potrząsając figurką.

– Chyba teraz musisz go przepędzić naprawdę – dziewczynka szepnęła, przesłaniając usta dłonią. Palcem drugiej ręki wskazywała prawdziwe okno, w którym odbijały się światła przydrożnych latarni. Firmington potrząsnął głową, mrużąc oczy, po czym odłożył zabawkę i powoli wstał.

– O czym ty mówisz?

Dziewczynka schowała głowę w ramionach i przesunęła zabawkową postać ojca do okna. Mężczyzna ostrożnie zbliżył się do parapetu i przeskanował wzrokiem panoramę osiedla. Pomarańczowe światło ulicznych lamp, przebijające się przez ostatnie, jesienne liście pobliskich drzew, ukrywało w cieniu większość detali podwórka. Stojący po drugiej stronie ulicy kloszard nie zaliczał się jednak do detali. Patrzył wprost na profesora, choć brudna, wełniana czapka niemal całkowicie zasłaniała mu oczy. Chwiał się, w dłoniach trzymając tekturowy transparent z co najmniej niecodziennym napisem.

„Niszczyciel światów”.

– Wynoś się stąd alb-bo… zadzwonię na policję! – krzyknął profesor. Zdawał sobie sprawę, że nie zabrzmiał w żaden sposób odstraszająco, bo głos załamał mu się w połowie zdania.

Menel wzruszył ramieniem i chyba parsknął, ale Pann nie mógł tego usłyszeć przez dzielącą ich odległość. Chciał coś dodać, ale po pierwsze nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć, po drugie wiedział, że każde z potencjalnych słów utknęłoby mu w krtani.

Był w szoku, nie wiedział, co myśleć, a niemal nieruchoma postać kloszarda powodowała u niego irracjonalny niepokój. Nie pierwszy raz widział bezdomnego w tych okolicach, ale teraz coś było inaczej. Zanim zebrał myśli, odrażająca postać zdążyła niespiesznym krokiem usunąć się ze swojej asfaltowej sceny.

Profesor z trudem przełknął ślinę i powoli odwrócił się w stronę bawiącej się beztrosko Mel.

– Od jak dawna ten pan tam stał, kochanie?

– Nie wiem. Jak go zobaczyłam, to zaczęłam się bawić, żeby o nim nie myśleć – odpowiedziała, nie przerywając lalkowej bójki, której choreografia wydała się Pannowi dziwnie niejednoznaczna.

Od śmierci żony nie opuszczała go samotność.

– A kiedy zaczęłaś się bawić?

Dziewczynka odwróciła się do ojca i teatralnie rozłożyła ręce.

– Wtedy, kiedy go zobaczyłam.

Miś leżał pod łóżkiem.

 

***

 

– Gdyby nie to, że nasz budżet jest nieograniczony, powiedziałbym, że nie stać nas na te elektromagnesy. Przynajmniej wszyscy inni by tak powiedzieli, panie Firmington. I chodzi mi tu absolutnie o wszystkich, wszystkich, jacy istnieją. Nie ma pan pojęcia, kto nas finansuje, a ja nie mam pojęcia, w jaki sposób pańska procedura miałaby zadziałać.

– Czy to oznacza, że jeśli streszczę dostępną panu dokumentację, którą podejrzewam, że powinien pan znać, to dowiem się, kto nas finansuje?

– Nie. – Agent uśmiechnął się głupkowato.

Stali pośrodku przestronnej, betonowej hali, w której uwijał się tłum robotników. Montowali oni przeróżne instalacje na ścianach, podłodze i suficie pomieszczenia. Kilkuosobowe grupki przeciągały grube jak pnie drzew kable, ktoś instalował pomniejsze metalowe uchwyty przy sklepieniu, kto inny analizował wyświetlane na tablecie schematy.

– Co nie zmienia faktu, że oczekuję od pana skrótowych wyjaśnień.

Firmington westchnął ciężko.

– Wie pan chociaż, dlaczego te elektromagnesy są takie drogie?

– Bo są wielkie. – Krawaciarz przesunął się, torując przejście dla robotników, niosących długie, stalowe belki.

– Nie.

– Nie są?

– Są, ale nie w tym rzecz. Drogie, bo precyzyjne, niemal niewyobrażalnie. Na tyle dokładne, by wytwarzać pole magnetyczne, w tak wybiórczy sposób, żeby wpływało na elektrykę zachowań poszczególnych neuronów.

– Mhm… – Agent splótł ramiona na piersi, starając się sprawiać wrażenie zaznajomionego z tematem. Nieudolnie. – To dlaczego są takie wielkie?

– To nieoczekiwanie dobre pytanie.

– Zgadzam się, profesorze. Oczekuję równie dobrej odpowiedzi. Oczywiście nie równie nieoczekiwanej. Z wiadomych przyczyn… – Przerwał na chwilę, jakby zastanawiając się nad własnymi słowami. – Bo jej oczekuję. Taka jest przyczyna. Jedna, nie kilka, nie musiałem używać liczby mnog… – Odchrząknął. – A więc?

– Każda zmiana potencjału elektrycznego na Ziemi odbywa się wewnątrz jej pola magnetycznego. To znaczy, że wszystkie zmiany współwystępują z tym polem. Sęk w tym, że im bardziej zagłębimy się w mikroskalę, tym ciężej będzie nam definiować wynikanie, ciąg przyczynowo-skutkowy.

– Coś z kwantami? – rzucił na ślepo agent.

Profesor zamrugał szybko, po czym westchnął jeszcze ciężej niż poprzednio.

– Nie. Ale powiedzmy, że pańska intuicja jest nie najgorsza. Na poziomie kwantowym wynikania nie ma wcale, jest tylko współwystępowanie. A zgodnie z teorią Skonecznego

– Pierwsze słyszę.

– Nieistotne. W skrócie chodzi o to, że przy okazji wielu wydarzeń w mikroskali, w kontekście makroskali możemy traktować współwystępowanie zamiennie z wynikaniem. Z tego wynika, że procesy w mózgu zachodzą w taki, a nie inny sposób, gdyż współistnieją ze stałym, ziemskim polem magnetycznym. Idąc dalej… Nadąża pan? – dopytał profesor, widząc konsternację na twarzy słuchacza.

– Nieistotne. Proszę mówić dalej.

– A więc idąc dalej… Chodźmy dalej. – Pann wskazał dłonią dalszą część pomieszczenia, zauważywszy, że stojąc na środku, przeszkadzają robotnikom. Przesunęli się w głąb sali. – Idąc dalej, jeśli chcielibyśmy wyłączyć koordynaty pedofilii z możliwych stanów mózgu, blokowałaby nas właśnie ziemska magnetosfera, w której nie jest możliwe, aby takie… specyficzne stany nie były możliwe. Innymi słowy nie może być inaczej, bo tutaj jest jak jest, po prostu.

– I ja dobrze o tym wiem – przyznał agent.

– I do tego właśnie potrzebne nam są wielkie magnesy.

– Przepraszam bardzo, do czego?

– Umiarkowanie dobre pytanie, tym razem zupełnie oczekiwane.

– Spodziewam się analogicznej odpowiedzi, profesorze.

– Jeśli mózgi potrafiące wygenerować pedofilię działają wewnątrz ziemskiego pola magnetycznego, to ciągłe blokowanie tych stanów wymaga pola, którego własnością jest to, że na zaistnienie takich stanów nie pozwala. W tym celu musimy najpierw, za pomocą irracjonalnie kolosalnych przeciwnych ładunków, zneutralizować działanie ziemskiej magnetosfery, a potem wytworzyć sztuczną, taką, która umożliwi istnienie wszystkich możliwych stanów wszystkich możliwych układów elektrycznych oprócz… – przerwał, dodając wagi ostatniemu słowu. – Oprócz wiadomo jakich.

– Wiadomo…

– Czy potrzebuje pan ode mnie czegoś jeszcze? Wiem, że tutejsi pracownicy to światowa czołówka, ale byłbym spokojniejszy, gdybym mógł nadzorować prace.

– Naturalnie, naturalnie… Nie będę pana dłużej zatrzymywał, profesorze. Poza tym, mam dokumentacje całego przedsięwzięcia, po prostu wolałem usłyszeć to z pańskich ust. Chyba przetrawienie tego zajmie mi chwilę.

– To zrozumiałe. A więc…? – Mowa ciała Panna zdradzała, że mu się spieszy.

– Do widzenia prof…

– Do widzenia.

Firmington odwrócił się i zdążył ujść kilka kroków, gdy zza pleców usłyszał jeszcze jedno pytanie.

– Ale czy to znaczy, że sfera magnetyczna Ziemi może blokować jakieś myśli, których nigdy nie pojmiemy, pozostając na planecie?

Profesor odwrócił się i przyłożył palec do ust.

– Ćśś… O tym naprawdę nie warto myśleć.

 

***

 

– Tak, słucham, komenda policji w…

– Zos-zo-zostałem zastraszo… Przestraszo… Od-od kilku dni ten mężczyzna kręcił się dookoła mojego domu i teraz już wydaje mi się, że nie jestem bezpieczny, proszę przyjechać, to nie są żarty.

– Proszę się uspokoić. Co dokładnie się stało i jaki jest pana adres?

– Chyba… Chyba nic. Ten człowiek, jakiś menel… Zaczepił mnie na ulicy, ale w tamtej chwili to wszystko wydało mi się jakieś dużo poważniejsze. Przepraszam, przepraszam bardzo. Do widzenia.

 

***

 

– Profesorze, wydaje mi się, że mamy problem – powiedział agent Johnson, uchylając drzwi biura. Firmington z początku nie zareagował, pozwolił sobie dopisać zdanie raportu do końca. Dopiero po chwili oderwał wzrok od komputera.

– Problem?

– Z ankieterami.

– Z ankieterami?

– Mhm, z ankieterami, tak. Proszę ze mną, profesorze.

Pann wstał ze swojego fotela i przeciągnął się. Lampy w jego luksusowym, podziemnym gabinecie działały w trybie przedpołudniowym, generując światło bliźniaczo podobne do słonecznego. Wyjście na surowy, betonowy korytarz kojarzyło mu się z przejściem do innego świata, pracodawcy dbali o jego dobre samopoczucie.

– Z jakiego rodzaju problemem mamy do czynienia?

– Ankieterzy grupy mięsnej nie są w stanie formułować pytań.

Drzwi jednej z siedmiu komór testowych rozsunęły się, ukazując ciemny pokój kontrolny, oddzielony szybą od śnieżnobiałej przestrzeni z badanymi.

– Mamy problem, profesorze. – Jeden z pięciu niemal identycznych naukowców, wgapionych w szybę, odwrócił się w stronę drzwi i skinieniem powitał gości. – Proszę posłuchać.

Firmington zbliżył się do szyby i podniósł z pobliskiego stołu parę słuchawek. Po drugiej stronie bariery znajdowały się stoły, przy których naprzeciw siebie siedzieli ankieterzy i ankietowani z grupy mięsnej.

Ludożercy w krwistoczerwonych uniformach mierzyli się spojrzeniami z kontrastem upiętych pod same szyje białych koszul i twarzy, w zakłopotaniu nie ustępujących kolorem ubiorowi badanych.

Jajogłowi symultanicznie skinęli głowami, po czym jeden z nich nachylił się nad pobliskim mikrofonem.

– Ankieter numer jeden, proszę zaczynać – powiedział.

Nie czuję się najle… Na siłach. Czy moglibyśmy może zrobić sobie małą przerwę? – W słuchawkach profesora rozległ się głos ewidentnie zestresowanego ankietera. Mężczyzna silił się na uśmiech, który na jego zlanej potem twarzy wyglądał groteskowo.

– Ankieter numer jeden, proszę zaczynać – powtórzył badacz.

Dobrze… – Pracownik odwrócił się z powrotem do uśmiechającego się rubasznie grubasa w czerwieni. – Zadam panu kilka pytań. Czy jest pan gotowy?

Jestem głodny – odrzekł tamten.

– Nie o to pytałem.

– Szkoda.

– Czy możemy zaczynać?

– Tak.

Ankieter wbił spojrzenie w leżącą przed nim listę słów pomocniczych. Wybiórcza nanomagnetosfera skalibrowana była tak, aby blokować również te stany aktywności mózgów, które odpowiadały terminologii związanej z kanibalizmem. Efekt miał działać na wszystkie osoby w sali testowej, a więc na prowadzącego wywiad również. Aby umożliwić mu pracę, do jego dyspozycji oddano ściągę z pojęciami związanymi z ludożerstwem tylko pośrednio, tak aby mógł zadawać pytania na temat, nawet jeśli naokoło.

Odchrząknął.

– Czy zdarza się panu myśleć o wchłanianiu… z ludźmi… jakichś takich… yyy… jakby… – Otarł pot z czoła. – Tak że jak oni spożywają, to jak-jak-jak, jakby… Z nimi żeby móc jakoś… Ten…

– Nie rozumiem – odpowiedział kanibal.

– Ja też nie. – Pytający zaśmiał się nerwowo, odpinając guzik pod szyją, po czym zwrócił się w stronę szyby. – Nie pamiętam, o co miałem tego człowiek pytać, przepraszam. To chyba nie ma dalszego sensu, czy moglibyśmy kontynuować po przerwie?

– Czy pamięta pan sytuację, w której zapoznawał się pan z wytycznymi badania? – Jajogłowy mówił z silnym niemieckim akcentem, a jego głos był zimny, niemal syntetyczny.

Tak, dobrze pamiętam tę sytuację, ale jej nie rozumiem. Nie pamiętam, jaki był jej sens, chociaż znam jej szczegóły. Mówiłem wam to już poprzednim razem. I jeszcze poprzednim. Czy możemy zrobić sobie przerwę?

– Jestem głodny – dodał grubas.

– Co pan o tym sądzi, profesorze? – Jajogłowi równocześnie odwrócili się w stronę Firmingtona, strasząc odblaskami okrągłych szkieł pięciu par okularów.

Pann zdjął słuchawki i odłożył je na miejsce.

– Proszę kontynuować prace, dopóki taka sytuacja nie będzie powtarzać się we wszystkich siedmiu grupach – powiedział.

 

***

 

Zatrzasnął drzwi samochodu. Z trudem wydobył klinujące się w kieszeni klucze, kierując się niespiesznie w stronę domu. Nienaoliwione zawiasy zaskrzypiały, a profesor odwiesił kurtkę na haczyk przytwierdzony do ściany w taki sposób, że patrząc na niego nie dało się nie zauważyć zdjęcia, przedstawiającego całą, trzyosobową rodzinę.

Ona nie żyła, a to zdjęcie było stare.

Pann założył kapcie i przeszedł przez przedpokój. Po chwili znalazł się w kuchni. Otworzył lodówkę i z frasunkiem podrapał się po brodzie.

– Co dzisiaj robimy na obiad, Mel?! – krzyknął. Nie usłyszawszy odpowiedzi, wzruszył ramieniem i wyciągnął z lodówki cebulę. Gdy otworzył szufladę ze sztućcami, poczuł, że jej uchwyt jest mokry. Zmarszczył brwi, po czym powoli przysunął dłoń do nosa.

Piwo.

Wyciągnął z szuflady nóż i z trudem przełknął ślinę.

– Melanie?!

Wbiegł po schodach i niemal rzucił się do drzwi pokoju córki. Szarpnął za klamkę.

– Boję się, tato.

Pięciolatka siedziała na dywanie na środku pokoju. Okno było otwarte, stojący w rogu telewizor włączony. Kloszard dopił piwo i upuścił puszkę na bordową wykładzinę, tak że upadła kilka centymetrów od sparaliżowanej strachem dziewczynki.

– Chciałbym z panem obejrzeć wiadomości, profesorze – wycharczał, demonstrując trzymany w drugiej dłoni nóż. – I na dzisiaj tylko tyle. Obejrzymy wiadomości.

– Nie waż się jej…

– Nie ważę się, nie ważę. Coś jest dzisiaj nie tak, prawda? Czegoś brakuje? Mi już dzisiaj coś zabrali, i tobie też. – Pann widział w oczach kloszarda rezygnację, bezdenną i upartą, fatalistyczny marazm. – Okradli nas wszystkich. Ale… – Intruz uśmiechnął się makabrycznie. – Może we wiadomościach coś na ten temat podadzą. Może będzie mówione. O, zaczyna się. – Wskazał wolną dłonią na ekran telewizora. – Nie ruszaj się. Oglądaj.

Firmington wiedział, że nie ma wyboru.

Z drugiej strony, czuł, że faktycznie czegoś mu brakuje.

Prowadząca dziennik uśmiechnęła się z ekranu telewizora, a w jej uśmiechu była jakaś niepewność.

– Dzień dobry państwu, zaczynamy dziennik, a w dzisiejszym wydaniu…

Tandetna animacja przesłoniła jej twarz.

– … według najnowszych sondaży, obecny rząd cieszy się osiemdziesięciopięcioprocentowym poparciem.

– To mnie nigdy nie obchodziło – skomentował bezdomny. – Po co ludzie nauki mieliby się zajmować tymi idiotami, hm? Manipulowanie szarą masą, odrażające, prawda profesorze?

Kloszard zdawał się nie oczekiwać odpowiedzi. Pann stał jak wryty, mając nadzieję, że jeśli będzie spełniał jego polecenia, to Melanie nie stanie się krzywda.

– …bombardowanie Księżyca zbawienne dla pracy ludzkiego mózgu? Ten temat przybliży nam światowej klasy ekspert Cal Smithson z Instytutu…

– O, no właśnie! Cal Smithson! Znasz go, profesorze? Światowej klasy ekspert, znasz go?

– Nie…

– Już niedługo okaże się, że Cal Smithson był tu od zawsze. Cal Smithson? Przecież każdy go zna, to światowej klasy ekspert. To chyba bez znaczenia. Zobaczymy, co powie. A ty, mała dziewczynko, słuchasz razem z nami? Powinnaś, to Cal Smithson, nie byłoby go, gdyby nie twój tata.

– Tato, ja nie… – wydukała Mel.

– Nic nie mów – rzucił Pann, wodząc wzrokiem za ostrzem noża. – Dlaczego to robisz? Czego chcesz?

– Żebyśmy obejrzeli wiadomości, razem. Bardzo mi na tym zależy, więc zamknij się i oglądaj. Potem sobie pójdę, słowo honoru. – Kloszard przyłożył rękę do serca.

– …bomby zrzucane na Księżyc wywołają ruchy jego płyt tektonicznych, co pozwoli nam ożywić jego jądro, co z kolei spowoduje wytworzenie się księżycowej magnetosfery, która zmodyfikuje magnetosferę ziemską. – Cal Smithson wyglądał jak typowy naukowiec, tak że na podstawie samego wyglądu nie dałoby mu się przypisać żadnej innej roli.

– A jak wpłynie to na nasze codzienne życie? – Reporterka przeszła do konkretów.

– Odczujemy znaczną poprawę samopoczucia.

– A, no właśnie! – Menel roześmiał się sztucznie. – Jakoś mi tak było dziwnie dzisiaj i teraz już wiem, dlaczego. Samopoczucie mi się poprawiło! Wspaniale, wspaniale! – Zaczął podskakiwać i machać rękami, w teatralny sposób demonstrując swą radość. Nagle znieruchomiał i wyciągnął ramię w stronę profesora, mierząc w niego czubkiem noża. – Definiujemy rzeczywistość swoim postrzeganiem…

– To tylko teoria. – Firmington nie mógł się powstrzymać, skrzywienie zawodowe. Dopiero po chwili dotarło do niego, że przerywanie wariatowi, który zagraża życiu jego córki mogło nie być najlepszym pomysłem.

– Definiujemy rzeczywistość swoim postrzeganiem! – powtórzył intruz, prawie krzycząc. – I nawet nie zauważymy, kiedy to wszystko zniknie. Coś już usunęli, ale może jeszcze nie jest za późno. Musisz zniszczyć wszystko, nad czym pracujesz. Wszystko, rozumiesz?!

– Tak, zniszczę wszystko. – Firmington mógł potakiwać i przyznawać rację szaleńcowi tak długo, jak będzie to konieczne.

– Kłamiesz… Mhm, kłamiesz, kłamiesz. – Kloszard zazgrzytał zębami, i na chwilę zatopił się w myślach. Parsknął, po czym szybko pokiwał głową. – Do zobaczenia – wycedził przez zęby. Upuścił nóż na podłogę i wyskoczył przez okno.

Profesor błyskawicznie znalazł się przy parapecie i wychylił na drugą stronę.

Po intruzie nie było śladu.

– Już wszystko dobrze, kochanie. – Przytulił Mel i odetchnął z ulgą.

Policja przyjechała niemal natychmiast. Spisali zeznania, zapewnili, że zwiększą częstotliwość patroli w okolicy i że będą dzwonić, kiedy znajdą włamywacza. Przez następne godziny Firmington starał się nie myśleć o jego słowach, ale przychodziło mu to z coraz większym trudem.

Siedział w salonie i trzęsącą się dłonią nalewał do szklanki koniak, kiedy usłyszał jak Melanie schodzi po schodach.

– Czy ten pan jeszcze tu przyjdzie? – spytała, przysiadając się do ojca.

– Nie, na pewno już tu nie przyjdzie, obiecuję. – Jego głos miał już nieco bełkotliwe brzmienie.

– A… Pobawimy się lalkami?

Wbrew oczekiwaniom Firmingtona, alkoholowi nie udało się wytłumić poczucia, że coś jest nie tak. Niezmiennie swędziało gdzieś z tyłu głowy i wydawało się narastać w miarę zupełnie naturalnego przepływu kolejnych myśli.

– Wiesz, kochanie, chyba dzisiaj pobawimy się trochę inaczej.

– A jak?

– Nie mam pojęcia.

 

***

 

Profesor dopijał kawę, rozciągając się w swoim wygodnym, biurowym fotelu, gdy nagle coś się zmieniło. Poczuł to, choć w pierwszej chwili nie umiał zdefiniować. Rozejrzał się niepewnie, ale to, że nie dostrzegł zmian, nie przyniosło mu ulgi.

Czuł się osaczony, nie wiedział dlaczego.

Wstał i przeszedł się po gabinecie. Biurko, ściany, podłoga, sufit, oświetlenie, domyślne dekoracje przywodzące na myśl Ikeę. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak przedtem, postanowił więc, że wyjdzie na korytarz.

I wtedy to do niego dotarło.

Jego biuro nie miało wyjścia. Jakby ściany zasklepiły się, jakby ktoś zamurował go w środku. Wiedział, że to zupełnie irracjonalne, ale tak właśnie było. Przetarł twarz dłońmi i zamrugał szybko, mając nadzieję, że w jakiś sposób mu to pomoże.

Nie pomogło. Parsknął, łapiąc się za głowę. To nie mogła być prawda.

Brzmienie spokojnego, kobiecego głosu wydawało się dochodzić z okolic lamp.

– Proszę zachować spokój. Wszystkie pomieszczenia są wentylowane, tlenu nie zabraknie. Pomoc jest w drodze. Powtarzam, proszę zachować spokój.

Firmington wyciągnął z kieszeni telefon.

Numer agenta Johnsona był zajęty.

Pomoc jest w drodze, pomyślał. Wrócił do biurka i zajął się pracą.

 

***

 

Godzinę później odcięło internet. Wzruszył ramionami i zabrał się za tę część swoich obowiązków, która nie wymagała połączenia z siecią.

 

***

 

Zgasły wszystkie źródła światła, włącznie z ekranem laptopa.

Profesor oparł łokcie na biurku, brodę na kciukach. Posiedziawszy chwilę w zupełnej ciemności, wstał i zaczął chodzić wzdłuż ścian, opukując je palcem. W ten sposób szybko doszedł do wniosku, że w pewnym miejscu budulec jego więzienia był inny. Próbował tłuc i kopać, ale na niewiele się to zdało. Zrezygnowany usiadł na podłodze po przeciwnej stronie pokoju.

 

***

 

Klika godzin później ściana eksplodowała, a biuro wypełniło się światłem latarek. Przez rumor ledwie przebijał się nieznany profesorowi, męski głos.

– Profesorze Firmington, jest pan tu?

– Co tu się dzieje? – Wstał. Jego słuch walczył z piskiem w uszach, jego wzrok z wszechobecnym pyłem.

– Nie mamy pewności. – Odgłos kolejnego wybuchu zmusił mówiącego do przerwania. Sądząc po ilości latarkowych snopów migających po drugiej stronie wyrwy, w korytarzu było jeszcze kilkanaście innych osób. – Nie znamy skali efektu, koncentrujemy się na zminimalizowaniu strat w personelu.

– Zminimalizowaniu?

– Niektóre ściany są zbyt grube…

Chwilę względnej ciszy przerwał odgłos kolejnej eksplozji, dobiegający z głębi korytarza.

– Na pana już czas, profesorze. Pański projekt właśnie się zakończył, lub, jak pan woli, nigdy się nie zaczął. Agenci odeskortują pana na górę, powodzenia w walce ze schodami.

– Ale co z… – Nadal lekko oszołomiony próbował pytać, gdy funkcjonariusze przeprowadzali go przez dziurę w ścianie.

– Nic, panie Firmington. Niczym się pan już nie musi przejmować. A, w sumie… Mam do pana jeszcze jedno pytanie, z ciekawości. Skąd wiemy, co blokujemy badanym, skoro to blokujemy?

– A… Badacze są po drugiej stronie bariery, naturalnie ich systemy pojęć pozostają nienaruszone.

– A gdyby nie byli?

– Są.

– Żegnam, profesorze Firmington.

 

***

 

Siedzieli w grobowej ciszy, wpatrzeni w talerze. Co kilka sekund któreś z trójki odchrząknęło niezręcznie. Melanie postukiwała palcami w blat stołu.

– Rączka umyta? – spytał Pann, wyraźnie pod wrażeniem własnej elokwencji.

– Umyta – wycedziła dziewczynka.

– No to jemy. – Profesor uśmiechnął się i skinął głową najpierw na córkę, potem na żonę.

Rodzina wróciła do niezręcznego wgapiania się w zawartość talerzy. Mijały minuty.

– Mamo, a gdzie ty byłaś cały ten czas?

Kobieta nie odpowiedziała.

– Chyba na zewnątrz coś… Zgubiłem – wydukał mężczyzna.

Wstał od stołu i niepewnym krokiem przeszedł do kuchni. Wgramolił się na parapet, zrzucając szklanki i sztućce na podłogę, a następnie niezdarnie przeczołgał na zewnątrz, przez okno. Bosą stopą stanął na śniegu.

Pełen podejrzeń spacerował po przydomowym ogrodzie, uważnie przyglądając się krzakom. Czasem schylał się i podnosił większe kamienie, po to tylko, żeby odłożyć je na swoje miejsce, stwierdziwszy, że nie znalazł pod nimi tego, co stracił.

Zmagał się z irracjonalnym przeświadczeniem, że kiedyś widział więcej, a przecież dobrze wiedział, że widzi wszystko. Przeczucie nie dawało spokoju i z każdą chwilą wydawało się nasilać.

– E! – Usłyszał zza siebie, gdy przyglądał się jakiemuś patykowi.

– E? – odkrzyknął odwracając się.

Za płotem, od strony jezdni, stał mężczyzna, którego kiedyś nazwałby menelem. Miał na sobie wiele warstw ciepłego ubrania, wyglądał na najedzonego. Jeśli nie miał złych zamiarów, to na pewno opłacało się wejść z nim w interakcję. Profesor odłożył patyk na ziemię i skierował się w stronę gościa. Z trudem przecisnął się przez połamane sztachety i stanął naprzeciw niego.

– A! – Uderzył pięścią w pierś. – A Pann Firm. Y?

– Pann Firm, Pann Firm… – Nieznajomy zdawał się szukać jakiegoś wspomnienia. – Pan Twardy?

Śmiali się zdecydowanie za długo i zdecydowanie za głośno, ale ten nędzny żart językowy wydał im się teraz zabawniejszy, niż mógłby być kiedykolwiek przedtem. Po chwili obaj przypomnieli sobie, że czegoś im brakuje.

– A Łukasz… – Nieznajomy uderzył się w pierś, po czym wskazał palcem na czerwone plamy z koszuli profesora. – Hy?

– Obiad – pochwalił się Firmington.

– Mmm… – Tamten z podziwem pokiwał głową.

Poczucie braku ciągle nasilało się.

Po chwili konsternacji kloszard wyciągnął ramię w kierunku, ledwie widocznego spod chmury odłamków, Księżyca.

– Teraz ciągle łubudu. Ostrzegałem…

– Ostrzegałem, ostrzegałem – przedrzeźniał profesor. Westchnął ciężko, wbijając wzrok w jezdnię. – Polecieć, naprawić…

– Latać jak ptaki. – Rozmarzył się menel.

Nagle szarpnął profesora za ramię.

– E – szepnął, wskazując jakiś rozmyty obiekt kilkanaście metrów od nich. – Latać jak ptaki.

Pann przychylił się i zmrużył oczy. W końcu rozpoznał brązowy kształt, odznaczający się na pokrytym cienką warstwą śniegu asfalcie.

Kogut.

Mężczyźni spojrzeli sobie w oczy i niemal równocześnie skinęli głowami. Tak oto rozpoczął się ostatni projekt badawczy w dziejach człowieka. Kloszard przebiegł na drugą stronę jezdni i wskoczył w krzaki, po czym ostrożnie, po łuku przesuwał się w stronę zwierzyny. Neuropsychiatra pochylił się i ruszył w kierunku ptaka w linii prostej.

– Cip cip cip.

Zwierzę zaczęło coś podejrzewać, gdy Firmington był nie dalej niż dwa metry od niego. Kogut wstał i zerwał się do ucieczki, tylko po to by niemal zderzyć się z wyskakującym z liści kloszardem. Ptak wykonał nadzwyczaj zręczny unik, a menel wylądował na asfalcie.

Po chwili podniósł się na kolana, warcząc w rozgoryczeniu. Dopiero gdy uniósł głowę, zobaczył profesora, który z tryumfalną miną ściskał zdobycz w ramionach.

– Ha! – krzyknął Pann, starając się usiąść okrakiem na kogucie. Zwierzę nie wyglądało na szczególnie zadowolone.

Profesor ostatni raz rozejrzał się po rodzinnej planecie. Był gotowy. Nie wiedział, czy jezdnia była dostatecznie długim pasem startowym dla koguta, ale nie miał już absolutnie nic do stracenia, poza tym nie mógł dłużej zwlekać.

Kloszard otrzepał się i podszedł do przyszłego astronauty. Położył dłoń na jego ramieniu i z dumą kiwnął głową.

– E! – Szybko rozłożył ręce, coś mu się przypomniało. Wskazał palcem na Ksieżyc. – Zimno. – Przychylił się i z trudem ściągnął z nogi jeden but, po czym wręczył go profesorowi.

Ten odebrał prezent i założył go na stopę. Odchrząknął. Nie lubił pożegnań.

– Ły – wydusił po chwili.

– My – poprawił go kloszard, przecierając łzę wzruszenia.

Profesor zamknął oczy i wziął głęboki wdech. To już czas.

– Wio! – krzyknął klepiąc koguta w kuper. Zwierz zerwał się do biegu.

Menel obserwował, jak ptak pędzi coraz szybciej i szybciej, z trudem utrzymując na plecach jeźdźca. Kogut kilka razy niepewnie odbił się od ziemi, by w końcu oderwać się od niej na dobre i wzbić w przestworza.

Mimo, że bezdomny dobrze wiedział, że nie było już czego ratować, to dopóki Firmington nie zniknął w chmurach, w jego głowie przebrzmiewały wspomnienia muzyki z Odysei Kosmicznej 2001.

 

***

 

Bestia biegła na oślep, uciekając w nieznane przed równie nieznanym. A gdy nie mogła już biec dalej, upadła jęcząc żałośnie. Obróciła się na plecy i przez ostatnie chwile podziwiała bezchmurne, nocne niebo upstrzone dziesiątkami gwiazd.

Poharatany Księżyc pękł, a jego fragmenty zaczęły z wolna odsuwać się od siebie.

Człowiek zawył. Zawtórował mu wilk. Nigdy dotąd, ani nigdy później nie rozumieli się tak dobrze, jak teraz.

 

***

 

Biała masa zdążyła zagiąć bezkres czasoprzestrzeni, nim zlokalizowała szczątki swojego brata. Księżyc umarł śmiercią naturalną, tak jak każdy poprzedni. Skończył się, gdy przyszedł jego czas i czas wszystkich jego dzieci. Porozrzucane dookoła Ziemi odłamki wkrótce poodlatywały w nieznane lub spaliły się w atmosferze.

Nowy Księżyc przysunął się do zielonej planety, by wypełnić swoją rolę.

 

***

 

Ulkmer dłubał w nosie, rozmyślając o mitycznej „bule z serem i z surówami” ze szkolnego sklepiku. Lekcja historii wydawała się ciągnąć w nieskończoność, ale zostało już tylko pięć minut.

– Ulkmer, algronk wzlij żtrglak krumts, arkulleni?

Nauczycielka miała rację, w sali było bardzo duszno. Uczeń wspiął się na krzesło i zgodnie z prośbą otworzył okno.

– Krljazdek – kobieta podziękowała, po czym wróciła do objaśniania klasie pracy domowej.

Chłopiec przez chwilę podziwiał stojący na zewnątrz, dokładnie naprzeciw okna, pomnik Monarchy. Podstarzały mężczyzna wykuty w granicie był wielki i dumny, budził respekt. Ulkmer dobrze wiedział, że Wodzowi należy się taka statua.

Bo tak daleko, jak my nie zaszedł jeszcze nigdy nikt.

Koniec

Komentarze

Usiłowałam przeczytać ze zrozumieniem, ale pokonał mnie technobełkot, którego sensowności niestety nie jestem w stanie ocenić, zostawiam to innym. Pogubiłam się też w motywacjach głównego bohatera i w rezultacie w akcji. Mam wrażenie, że jest tu jakiś pomysł na fabułę i świat, ale tak naprawdę umyka mi on.

 

“w jego głowie przebrzmiewały wspomnienia muzyki z Odysei Kosmicznej 2001” – hmm. Tam jest Strauss (w dodatku Richard i Johann, niespokrewnieni ze sobą), Ligeti, Holst… Zakładam, że chodzi o początek Tako rzecze Zarathustra R. Straussa, bo to jest to, co ludzkość najczęściej uważa za muzykę z tego filmu…

 

PS (zapomniałam wcześniej, więc doedytowuję). Kogut <3 Za koguta duży plus

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niesłychanie ciekawe rozwinięcie pomysłu “świadomość kształtuje świat”. Brawo! 

Mnie tam technobełkot nie przeszkadzał. Podobało mi się od początku do końca, a kogut rzeczywiście – pierwsza klasa :).

Ale, jak to zwykle stary maruda, mam parę pytań i uwag:

– zdajesz sobie sprawę, że Księżyc to nie planetoida?;

– jak podaje Wikipedia, Księżyc nie ma płyt tektonicznych;

– “od ilukolwiek miniętych wcześniej” – jak dla mnie, to “ilukolwiek” fatalnie tu brzmi;

– “z frasunkiem podrapała” – z frasunkiem? kilkulatka? ten frasunek zgrzyta, ale lubisz to słowo, bo jeszcze pojawia się później :);

– “budżet jest nieskończony” – raczej “nieograniczony”;

– “a elektrykę zachowań poszczególnych neuronów” – o elektryce to może mówić pan Zdzisio wymieniający korki, a nie profesor;

– “magnetosferę Ziemską” – ziemską;

– “z dumą kiwną głową” – kiwnął. 

Aha, rozwaliła mnie “teoria Skonecznego” :D!

 

Świetny pomysł odziany bez zarzutu w słowa!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

drakaina,

No cóż, szkoda, że pomysł Ci umyka, aczkolwiek komentarz Starucha utwierdza mnie w przekonaniu, że jest przedstawiony na tyle jasno, na ile tak złożony pomysł przedstawiony może być. Miło mi, że chociaż kogut przypadł do gustu :]

 

Staruch,

Dziękuję bardzo, cieszę się, że się podobało. Wymienione przez Ciebie potknięcia poprawiłem, ale:

– jak podaje Wikipedia, Księżyc nie ma płyt tektonicznych;

<ekhm> W czasie, w którym dzieje się opowiadanie udowodniono już, że to nie prawda ;]

 

– “a elektrykę zachowań poszczególnych neuronów” – o elektryce to może mówić pan Zdzisio wymieniający korki, a nie profesor;

Ale profesor mówił to agentowi Johnsonowi, więc nie stawiał poprzeczki jego zrozumienia zbyt wysoko ;]

No nieźle.

To opowiadanie jest na mojej liście do ewentualnego przeczytania jeszcze raz. Nowoczesna technologia+filozofia to niekoniecznie moja specjalność, więc przy szybkiej lekturze 1/3 tekstów konkursowych, które przyrosły w ostatnim dniu, nie dałam rady wgryzać się w szczegóły zawiłego świata. Ale że podobały mi się szczegóły, to zamierzam dać mu w wolnej chwili jeszcze jedną szansę i spróbować ugryźć je od strony jakiejś mutacji hipotezy Sapira-Whorfa i nie przejmować się magnetosferami ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

drakaina,

 

Ach, bo my się nie znamy, ja z reguły nie piszę tekstów do czytania na szybko :D

Hipoteza o której mówisz [a nawet jej wersja poszerzona na percepcję], to jest dokładnie to, co w tym tekście robi 70 procent roboty, a i technobełkot jest nie bez przyczyny, więc wierzę, że przy drugim czytaniu dostrzeżesz powiązanie jednego z drugim.

Tak że zapraszam po dokładkę :]

 

PS. Cichym założeniem tekstu jest fizykalizm, który dla niektórych jest domyślnym sposobem myślenia o myśleniu, dla innych niekoniecznie ;]

No nieźle.

Bardzo podoba mi się tytuł. Tekst trochę dla mnie… trudny? I pewnie nie wszystko zrozumiałam, tak jak powinnam. Tak czy inaczej kawał dobrej roboty, zmuszający do intelektualnego wysiłku. Oryginalny pomysł rewelacyjne zrealizowany dzięki nieustępującej mu poziomem technice.

Klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

Zatrzymałam się i chyba też dołączę do Drakainy i przeczytam jeszcze raz. Też mam wrażenie, że coś mi umknęło. Ale ten kogut ;)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

– Eh… ← to nie jest błąd, bo to poprawna forma, ale mogłoby być patriotyczne ech :P

– Proszę usiąść(+.) – Agent Johnson odwiesił

– Chciałbym, żeby to było takie pros… – urwał i na chwilę zatopił się w myślach. ← postawiłabym na R2, czyli urwał z dużej

O tym na prawdę ← naprawdę?

– Tato(+,) ja nie… – wydukała Mel.

Firmington starał się nie myśleć, o jego słowach

przywodzące na myśl IKEĘ. ← sprawdzałam to przy opku Wickeda, napisz Ikeę. Wielkimi to jakbyś nie odmieniał – IKEA.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Z każdym kolejnym tekstem coraz bardziej lubię Cię czytać, Skoneczny :)

Jestem bardzo, bardzo usatysfakcjonowana lekturą. Początek zaimponował mi tym, jak oddałeś poczucie niepanowania w pełni nad swoim umysłem. Dodatkowo zaintrygowały mnie kocki, które tutaj rozrzuciłeś. W tym kogut ;)

W ogóle manipulowanie klockami idzie Ci świetnie przez cały tekst i finalnie wypada chyba lepiej, niż w “Demonie…” – w każdym razie mnie na pewno było tym razem łatwiej te klocki pozbierać i ułożyć układankę, a przy tym nadal pozostawało to sporym wyzwaniem. Zatem zabawa intelektualna z czytelnikiem – level up :) Chociaż i tak pozostały dwie kwestie, których chyba nie skleiłam jak trzeba :/

Jeśli chodzi o styl, to niezmiennie uważam, że piszesz genialnie – lekko ale z polotem. Podoba mi się zestawienie science z absurdem, humoru z ciężkimi tematami. Podobają mi się dialogi, zwłaszcza te z agentem (<3)

 

Więcej serduszek:

Odchrząknął, kiedy refleksy na szkłach jego okularów zmieniły kolor z facebookowego błękitu na profesjonalną, ściśle tajną czerń.

<3

 

Innymi słowy nie może być inaczej, bo tutaj jest jak jest, po prostu.

– I ja dobrze o tym wiem – przyznał agent.

 

<3

 

:))

 

Żeby jednak nie było tak, że do niczego się nie można przyczepić, to się przyczepię. Zgrzytnął mi trochę pierwszy dialog z córką:

 

– Dobrze, że przyszedłeś, tato. Od czterech godzin próbuję przepędzić tego śmierdzącego żula z naszego ogródka, ale wcale się mnie nie boi – odpowiedziała, potrząsając zabawką.

Nie bardzo to brzmi jak coś, co powiedziałaby pięciolatka, moim zdaniem. Głównie te godziny mi tu zgrzytają – wydaje się, że jak na ten wiek dziewczynka zbyt płynnie posługuje się jednostkami czasu ;) A poza tym, jest to niespójne z tym, co mamy kawałek dalej:

 

– Od jak dawna ten pan tam stał, kochanie?

– Nie wiem. Jak go zobaczyłam, to zaczęłam się bawić, żeby o nim nie myśleć – odpowiedziała

Również mało prawdopodobne w ustach pięciolatki wydaje mi się pytanie “to za co ci płacą?” ;)

 

Wisienką na torcie jest ten moment, kiedy człowiek zajarzy, kim właściwie jest Firmington :)

He, nie dziwie się, że cobold betował – takie zakamuflowanie postaci to zdaje się coś, co coboldy lubią najbardziej ;)

katia72,

Dzięki :]

 

Deirdriu,

Zapraszam do drugiego czytania w takim razie. Cieszy mnie, że tekst ma tak wysokie “replayability” :D

 

Werwena,

To:

manipulowanie klockami idzie Ci świetnie przez cały tekst

w połączeniu z tym:

zestawienie science z absurdem, humoru z ciężkimi tematami.

jest dla mnie szczególnie ważne, więc cieszę się, że wypaliło. 

 

Co do Mel operującej godzinami, masz rację, zmieniłem to, szczególnie, że potem faktycznie zgrzyta. Co do pytania “za co ci płacą” – upierałbym się, że pięciolatki właśnie potrafią walnąć czymś takim, zupełnie niespodziewanie :D

Tak, podejrzewam, że coboldowi ukrytość motywu legendowego mogła przypaść do gustu, chociaż nie pomyślałem, żeby w ten sposób mu ten tekst zareklamować do betowania :D Na pewno zajrzy, to się wypowie.

Dzięki za lekturę i komentarz :]

No nieźle.

Tak jak napisała Werwena – najfajniejsze jest zestawienie nauki i absurdu, lekkiego, nawet żartobliwego stylu z poważnym w gruncie rzeczy tematem. 

Bliski jestem stwierdzeniu, że tekst podobał mi się bardziej, niż ten o Dzwoneczeku, ale… Nie wszystkie elementy zakończenia dopasowałem. Nie wszystko rozumiem. A ja, mimo że powinienem się przyzwyczaić, bardzo nie lubię nierozumieć. 

Tak czy siak tekst jest znakomity, napisany przednio. Nie wiem tylko jeszcze, czy za wyrwy w rozumieniu winić siebie, czy Autora. Pomyślę. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

"Co do­kład­nie się stało i jaki jest pana adres." – pytajnik zamiast kropki na końcu.

Przeczytałem dokładniej niż wtedy nas ognisku i dostrzegłem więcej smaczków, które tworzą jakość tego tekstu. Spodobał mi się absurdalny humor i przedstawienie legendy jako kto mythopoei, pisania własnej historii, świadomości kreującej rzeczywistość. Skojarzyło mi się to z apokryfów The Elder Scrolls, gdzie ten motyw również jest obecny. 

Pomysł magnetosfery definiującej ludzką świadomość spodobał mi się, ale przy czytaniu opisów naukowych dość mocno zawiesiłem niewiarę, ale potem szybki research nakierował mnie na właściwe tory. Okazało się, że pole magnetyczne ma większy wpływ na działanie mózgu, niż myślałem. Może mieć m.in. wpływ na ocenę moralną czynów i na stany emocjonalne, z tego co wywnioskowałem z przeczytanych artykułów. Na przykład, praca mózgu podczas snu jest inna, jeżeli śpi się w pozycji północ-południe niż w pozycji wschód-zachód.

Ale tak czy inaczej muszę przyczepić się do pewnych rzeczy:

a) niwelacja ziemskiego pola magnetycznego najpewniej skutkowałaby katastrofą, bo stanowi ona barierę osłaniająca przed wiatrem słonecznym.

b) "Skąd wiemy, co blokujemy badanym, skoro to blokujemy?" – przy badaniach z wykorzystaniem obrazowania (neuroimaging) mózgu wykonuje się próby kontrolne na zdrowych osobnikach i następnie porównuje się aktywności poszczególnych części mózgu, stąd przytoczone przez ciebie stwierdzenie raczej nie ma podstaw naukowych.

Trochę nie podoba mi się też ta kauzatywność w skali kwantowej, ale nie posiadam na tyle wiedzy, żeby to zanegować lub potwierdzić. To takie trochę czepialskie uwagi, sam też naginam teorie naukowe w tekstach, w końcu licentia poetica, rule od cool itp. itd.

Zgłaszam do biblioteki.

 

Edit: Czy to “E” w wypowiedziach bohaterów pod koniec tekstu nawiązuje do słynnego ostatnio mema?

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

thargone,

Dzięki. A czy koniecznie trzeba kogoś winić? Koń jaki jest, każdy widzi ;]

 

Wicked G,

a] Chodziło mi o bardziej “punktową” niwelację tego pola, w warunkach laboratorium. A W dalszej części tekstu [żeby za dużo nie zdradzić], pole jest zmieniane, nie zupełnie niwelowane.

b] Osoba, która zadaje to pytanie wie więcej niż profesor o pewnych kwestiach :]

Do mema nie nawiązywałem :D

No nieźle.

Czy autor przedstawił się tu może w roli menela ; ) ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Na to wygląda :D

No nieźle.

Na pewno dobry tekst. Przekonałeś mnie pomysłem na blokowanie myśli – szalenie interesująca kwestia, pokazana fajnymi przykładami, w jakiś sposób podbudowana naukowo. Skutki zabawy w „drobne blokowanie” też oddane znakomicie. Śledziłem historię z zainteresowaniem i jestem pod wrażeniem wizji.

Jak dla mnie opowiadanie ma jednak dwie drobne wady.

Po pierwsze, jest dużo dialogów wyjaśniających prawa rządzące polem magnetycznym, a sama historia Panna wypada gorzej. Sporo jest fabularnych spowolnień, które z jednej strony są zrozumiałe (niełatwo opisać taki pomysł w tylu znakach), z drugiej, mogą wybijać z rytmu.

Subiektywnie – przy zakończeniu uciąłbym nieco absurdu. Owszem, absurd jest w tym tekście fajny, ale w niektórych końcowych fragmentach jednak miałem wrażenie przesytu.

Ogółem – kawał dobrej roboty.

 

PS.

A zgodnie z teorią Skonecznego…

;D

Bardzo fajny pomysł na manipulowanie mózgami przy pomocy pola magnetycznego, ale obawiam się, że nie wykorzystałeś w pełni potencjału. Znaczy, wykorzystałeś całkiem nieźle, ale trochę zboczyłeś. Niepotrzebnie rozwodniłeś wszystko w absurdzie. Nie, żebym znała jedynie słuszną drogę. ;-)

Zdziwiło mnie, że agent CIA nawiązuje do polskiej piosenki.

Profesor zostawiał pięciolatkę samą w domu?!

Fabuła niezła, chociaż mógłbyś lepiej pokazać przejście od badań na pedofilach do Księżyca. Od momentu nagłego zamurowania drzwi wszystko mi się zaczęło sypać.

Bohaterowie nieźli, ale miewałeś już lepszych – staranniej zbudowanych, bardziej zaskakujących.

Legenda. Hmmm, niby jest, ale taka absurdalna, że nie chcę przyjąć jej do wiadomości. No, żeby profesor od nanomagnetyzmu? Nieeee…

Uroczo bezczelny akcent. :-)

Warsztat na wysokim poziomie, ale gdzieś mignęła mi literówka i jakiś podejrzany zapis dialogu. BTW, mnie dialogi z agentem wydawały się dziwne. To powtarzanie słów, skomplikowane wyjaśnienia i analogie… Jakbyś sztucznie chciał podbić liczbę znaków.

Babska logika rządzi!

Początkiem kupiłeś mnie w stu procentach, zaintrygowałeś i nie mogłam się oderwać. Pomysł świetny, wykonanie takie, że klękajcie narody (jak mawia klasyk ;) ), świetne dialogi i ogólnie miodzio. Ale później cosik mi się posypało. Jakoś nie mogłam poskładać sobie wszystkich kawałków układanki i pozostało uczucie niedosytu, nie zmienia to faktu, że całość bardzo mi się podobała.

A to mój ulubiony fragment:

– Ech… Możemy panu zaoferować dużo ciekawsze warunki pracy – wypalił wreszcie John.

– W zamian za?

– Pracę. W tych warunkach.

– Dużo ciekawszych – dodał Michael.

:D

Wyśrodkuj sobie asteryski, Skoneczny, będzie lepiej wyglądać.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Perrux,

dzięki. Absurd w zakończeniu jest ważny, bo kontrastuje, więc ja tam bym nie ucinał ;]

 

Finkla,

chociaż mógłbyś lepiej pokazać przejście od badań na pedofilach do Księżyca

Sęk w tym, że chciałem, żeby główny bohater był niejako postawiony przed faktem dokonanym tak samo jak czytelnik.

Jakbyś sztucznie chciał podbić liczbę znaków.

A to mnie poniekąd cieszy, bo obawiałem się, że tekst może się wydawać mało mięsisty, suchy. Stylistyka dialogów z agentem miała być trochę lynchowska, trochę gąbrowiczowska, czyli w pewnym sensie celowo niepotrzebnie absurdalna – nie każdemu podejdzie takie coś ;]

 

AQQ,

cieszę się, że się podobało :]

 

Wicked G,

tak zrobiłem, dzięki :D

No nieźle.

Z bohaterem rób, co Ci się podoba. Ale do czytelnika mógłbyś mrugnąć. ;-)

To by wiele tłumaczyło. Jakoś mi z Gombrowiczem nie po drodze.

Babska logika rządzi!

Czuję się po przeczytaniu tego tekstu mniej więcej jak profesor w drugim akapicie. Pojedyncze słowa rozumiem, w czytelną całość mi się jednak nie składają. Twoja jedyna “wina” w tym jest taka, że mocno podlałeś swoje danie sosem absurdu. A jak wszem i wobec i przy każdej okazji to oświadczam – mnie z nim nie po drodze. Nie łapię więc i tutaj generalnie tego, co się stało. Absurdalne dialogi, zachowania na tyle mnie rozproszyły i zmęczyły, że nie dostrzegam tego, co się za tą zasłoną kryje. 

Tyle dobrego, że (jak zawsze) napisane świetnie i czytało się bez zgrzytów i przystanków. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo dobry tekst. Kupiłeś mnie inteligentnie zastosowanym tłumaczeniem hipotezy oraz motywem bezdomnego i ostatniej rozmowy z agentem.

Jest tu bowiem równie dziwnie, jak w Twoim opowiadaniu na “Fantazmaty”, ale zarazem swojsko. Nie lecisz w jakieś abstrakcje obrazy, ale osadzasz dziwność na gruncie znanej mi doczesności – i efekt bardzo mi się podoba.

Końcówka mnie ujęła, zwłaszcza swoim absurdem. Tak, musiałem ją przeczytać dwa razy, by pojąć, co się dzieje, ale nie przeszkadzało mi to.

No i dwa razy buchnąłem śmiechem. Pierwszy to na początku trzeciego fragmentu, gdy bohater wyobraża sobie motyw z Nowego początku, a drugi – przy teorii Skonecznego ;)

Podsumowując: bardzo dobry koncert fajerwerków, definitywnie wart klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dotrwałem do ankietera numer jeden. Tylko dzięki nominacji zabrałem się za to opko. Gdyby można dawać ujemne punkty za tytuł, dałbym dziesięć i w ogóle tu nie zajrzał. Ja rozumiem NFowską tezę, że trzeba czytelnika przyciągnąć, mieć oryginalny tytuł, ale bez przesady…

Masz rękę do pisania, to widać w Twoich tekstach, ale trochę rozumiem komentarz Drakainy. Nie mówię, że opowiadanie jest złe, po prostu nie dla mnie.

Warsztat dobry, ale to zapewne wiesz. Może jeszcze kiedyś wrócę.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

NWM,

tak, pomysł jest w jakimś stopniu zbliżony do opowiadania Fantazmatowego, ale mam wrażenie, że powyższy tekst ma większą skalę i jest przeze mnie precyzyjniej rozplanowany, przynajmniej coś takiego chciałem osiągnąć.

Dzięki za lekturę, cieszę się, że dostarczyłem dwóch buchnięć śmiechu :D

 

Darcon,

pozdrawiam również.

No nieźle.

Nie chciałem Cię urazić. Podobał mi się główny bohater i nawet agenci, chociaż ten stereotyp kojarzy mi się tylko z komedii, ale dialog agenta z bohaterem wyszedł naprawdę fajnie i to ratuje ich niski iloraz inteligencji. Spodobał mi się bezdomny za oknem, dlatego tyle przeczytałem. :)

Ale później to już mniej…

To jeszcze raz pozdrawiam. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie stronię od absurdu, ale jego poziom w tym opowiadaniu przerósł mnie i obawiam się, że nawet wielokrotne czytanie nic by nie zmieniło w tym przypadku. Przykro mi, Skoneczny, ale nie pojęłam Instrukcji obsługi drzwi, co tylko potwierdziło moje dotychczasowe doświadczenia z innymi instrukcjami – ktoś musiał mi je zawsze objaśniać.

 

z kon­tra­stem upię­tych pod same szyje bia­łych ko­szul i twa­rzy… –> Czy tu aby nie powinno być: …z kon­tra­stem zapię­tych pod same szyje bia­łych ko­szul i twa­rzy

 

Prze­tarł pot z czoła. –> Przetrzeć można czoło, ale chyba nie pot.

Proponuję: O­tarł pot z czoła.

 

Ten temat przy­bli­ży nam świa­to­wej klasy eks­pert Cal Smi­th­son z in­sty­tu­tu… –> …Cal Smi­th­son z In­sty­tu­tu

Zakładam, że chodzi o nazwę instytucji.

 

i za­brał się za tę część jego obo­wiąz­ków… –> …i za­brał się za tę część swoich obo­wiąz­ków

 

Pro­fe­sor odło­żył patyk na zie­mię i skie­ro­wał w stro­nę go­ścia. –> Pro­fe­sor odło­żył patyk na zie­mię i skie­ro­wał się w stro­nę go­ścia.

 

Przy­chy­lił się i z tru­dem ścią­gnął z nogi jed­ne­go buta… –> Przy­chy­lił się i z tru­dem ścią­gnął z nogi jed­e­n but

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie bardzo rozumiem, w jaki sposób jakiś duży magnes miałby wpływać na to, żeby znikały jakieś pojęcia, ale, proszę, nie tłumacz mi tego, poradzę sobie bez tej wiedzy ;) No i żona zmartwychwstaje??? Jak? I po co? 

Łatwiej mi złapać koncepcję, że jeśli człowiekowi odbierze się jakąś część, nawet złą, to głupieje, cofa się w rozwoju. To jest ładnie przedstawione.

No i nie wiem, dlaczego pięciolatka zostaje sama w domu, gdy ojciec jest w pracy, bo raczej spędza tam sporo czasu. Nie wiem, nie chodzi do przedszkola, nie ma opiekunki?

Ogólnie czytało mi się bardzo dobrze.

A skoro już wystarczająco pomarudziłam, mogę spokojnie przejść do konkluzji: fajne :)

Darcon,

Nie chciałem Cię urazić.

Spokojnie – tego się jeszcze nikomu nie udało zrobić :D Rozminęliśmy się preferencjami i tyle, nie musisz od razu dosładzać dla równowagi. Twój pierwszy komentarz po prostu jest taki, że nie pozostało mi nic innego niż pozdrowić, no hard feelings. Może kiedyś napiszę coś bardziej w Twoim guście, może nie. Nie jestem [i mam nadzieję, że nigdy nie będę] na poziomie, na którym brak komplementów mi uwłacza ;]

 

regulatorzy,

no cóż, w każdym razie dziękuję za niezmienną wnikliwość przy wynajdywaniu pomniejszych potknięć, zaraz będę naprawiał :]

 

Anet,

ok, z pięciolatką pozostawianą samą w domu trochę lipa, można założyć, że opiekunka wychodziła niedługo przed przyjściem ojca na przykład… Może nawet gdzieś to zaraz dopiszę ;]

No i żona zmartwychwstaje??? Jak? I po co? 

Zmartwychwstaje albo nie zmartwychwstaje. Skoro można odlecieć na kogucie na Księżyc, to zmartwychwstać może i można, a może i odkopać trupa i zjeść z nim obiad? Nie wiadomo, co zostało usunięte, a co nie…

Cieszę się, że fajne :]

No nieźle.

A mnie się bardzo podobało. Lubię takie teksty-zagadki, pozornie bezsensowne, ale w rzeczywistości przemyślane. Zostawiasz sporo tropów, choć dla jednego czytelnika będzie ich wystarczająco dużo, dla innego – zbyt mało. Czy ja zrozumiałam wszystko – pewności nie mam, ale czytało mi się świetnie.

 

Dla mnie to było bardzo ciekawe odwrócenie tezy o postrzeganiu świata zależnym od języka (a właściwie systemu pojęć). Tu pojęcia rzeczywiście ów świat kształtują, choć nadal nie jestem pewna, czy to nie działo się wyłącznie w głowie profesora :P Natomiast obecność menela – postaci na granicy światów wprowadza dodatkowe, ciekawe konteksty. No i całość nabiera sensu, kiedy wróci się do przemowy profesora, która początkowo wydawała się przydługa, ale chyba jednak jest potrzebna.

 

Do tego fajny język, trochę humoru, nieco grozy, sporo absurdu. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

– Od jak dawna ten pan tam stał, kochanie?

– Nie wiem. Jak go zobaczyłam, to zaczęłam się bawić, żeby o nim nie myśleć

Bawiła się w symulację domu, który nawiedzał kloszard, żeby nie myśleć o kloszardzie. Ta pokręcona logika mnie przerasta.

 

Nie ogarniam także, dlaczego pięciolatka zostaje notorycznie sama w domu. Jeśli tylko po to, by kloszard mógł ją w końcu napaść, to nie tędy droga, Skoneczny. :p

Całościowo jednak bardzo mi się podobało. Puszczane przez Ciebie oczka, które wyłapałem, były bardzo sympatyczne. Te, których nie wyłapałem – a nie wyłapałem z pewnością – nie uprzykrzały mi zbytnio lektury, zupełnie jakby każdy mógł czerpać przyjemność z tych odwołań, które po prostu zna. Gratuluję, odbieram umiejętność takiego pisania jako przejaw pewnej literackiej dojrzałości.

Widziałem, że parę osób posądza ten tekst o absurd. W moim mniemaniu to nie do końca trafna, wręcz ciut krzywdząca teza. Z opowiadania płynie jasny przekaz, że rzeczywistość jest tym, co postrzegamy. Eksperyment CIA nie wypalił, poprzekręcali więcej niż by chcieli i BAM – oto lot na kogucie w kosmos stał się czymś oczywistym. Szkoda, że kosztem elokwencji Ziemian. :) Tak odebrałem ten finał i taka interpretacja mi się podoba, ale znowu nie piszesz przecież leciutkich, jednoznacznych przygodówek, więc możliwe, że czegoś nie wyłapałem. Mam na przykład problem z ostatnią sceną w przyszłości i tym, że żona Panna pod koniec ożywa. Niemniej z lektury jestem kontent.

Mirabell,

dziękuję bardzo, cieszę się, że podeszło :]

 

MrBrightside,

Ta pokręcona logika mnie przerasta.

Coś Ci nie wierzę, że Cię to aż tak przerasta :D

 

Ta nieszczęsna pięciolatka pozostawiona sama w domu… Dobra, no teraz już tego nie mogę zmienić, bo powiedzmy, że to jakoś istotny element fabularny – to jest wybitnie dzielna i samodzielna pięciolatka, ok? Śmierć matki wymogła na niej wykształcenie nadludzkiej odwagi i ogarniania spraw domowych.

Ok? Nie? Ok… :|

Twój odbiór finału i kontekstu absurdu – jak najbardziej zbieżny z założonym przeze mnie. Cieszę się, że się podobało :]

No nieźle.

Nadal nie OK. Wybitnie dzielna pięciolatka może mieć wybitnie oryginalne pomysły zrobienia krzywdy sobie albo zdewastowania domku. Słyszałam opowieści o wbijaniu gwoździ w parkiet i takich tam. Natomiast nie słyszałam, żeby pięcioletnie dziecko przygotowało sobie posiłek, kiedy jest głodne. Znaczy, coś bardziej pożywnego niż cukierki czy chrupki.

I nie wypuszczać dzieciaka na dwór to już niehumanitarne.

Babska logika rządzi!

To pierdoła, którą łatwo można wyprostować wspominając np. tu i ówdzie o jakiejś opiekunce. A myślę, że warto dopieścić tekst maksymalnie, nim dorwie się do niego redaktor.

Ale z wyczuciem, bo po pierwszej wizycie kloszarda każdy normalny rodzic powiedziałby opiekunce, żeby zwróciła na niego uwagę.

Babska logika rządzi!

To prawda. Niemniej nasza rola to tylko wskazać dziury, a Skoneczny niech łata takim ściegiem, jakim tylko zapragnie. ;)

“celowo niepotrzebnie absurdalna” – mi pasuje . Jak wyżej, czepiłbym się pięciolatki – z drugiej strony, jeśli percepcja profesora oddaje pięciolatkę, jako kogoś, kto jest absolutnie samodzielny, to nie ma problemu; to samo z kloszardem, kto wie, kto widział tego kloszarda i w czyjej głowie się włóczył. Rzekłbym również, że niewiele tu absurdu, jeśli się bierze na serio tezę “świat to percepcja”. Mniemam, że to wszystko dzieło neuronów, ale nie wiem, czy kloszarda, czy koguta, czy Firmingtona ; D

Dziadek Freud, skoro o neurologach mowa, powiedziałby, że kloszard to projekcja Firmingtona… ; D

Dość mi się podobało – zabrakło mi jasnego i wyraźnego mrugnięcia, czyje neurony stworzyły ten świat ; D Może tam jest, tylko go nie zauważyłem.

Ogólnie jest zadowolony.

 

Pozdrawiam,

Marlow

 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Po raz kolejny, czytując teksty na portalu, jestem pod wrażeniem, z jednej strony tego jak ludzie eksperymentują, z drugiej zaś jak młodsze pokolenie piszących radzi sobie z trudnymi pomysłami, tematami i prezentuje przy tym bardzo wysoki poziom.

Bardzo ciekawe i rzetelne przedstawienie meandrów ludzkiego umysłu. Kiedy tak czasem przyglądam się otoczeniu i samemu sobie, działaniu, reakcjom w różnych sytuacjach, to widzę pełne uzasadnienie dla absurdu, który tu zawarłeś.

Z mojej strony, Skoneczny, pełne uznanie i szacunek.

Odważne i udane podejście, więc trzymam kciuki za konkurs!

Pozdrawiam! :)

No, absurdu tutaj dostatek. Przeczytałam za drugim podejściem, bo za pierwszym razem miałam problem z rozumieniem, o co chodzi. Tekst trzeba czytać na spokojnie, by w pełni cieszyć się jego walorami.

Na plus, absurd, który okazuje się zupełnie sensowny i ciekawi bohaterowie. Nie jestem jednak pewna, czy nie wkradła Ci się odrobina hipernaukowości. 

Będzie skrótowo i ciągiem, bom daleko od Primagrodu i piszę na telefonie :| Generalnie, bardzo mi się podobało, choć idea mnie nie przekonuje. Księżyc poznano już bardzo dobrze, więc ta kwestia płyt tektonicznych… no, nie bardzo. Zrzucanie bomb na powierzchnię nazbyt siermiężne. Przydałoby się więcej finezji ;) Szkoda też, że nie dałeś odczuć warunków panujacych na Księżycu, chociażby slabszej grawitacji – czyta się, jakbyś pisał na Ziemi. Zakończenie solidne, fajne. Bez pierdolenia w stylu "…i tak stał się legendą!" Bohaterowie na plus, warsztat też. Gdzieś tam mignęła mi "Ziemia" z małej litery, poza tym git. Trzym się ciepło!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mi się raczej nie podobało.

To znaczy miało swój urok – miejscami więcej, miejscami mniej, a gdzieniegdzie zdecydowanie mniej – ale całość, już po przeczytaniu i osądzeniu na chłodno, oceniam głównie jako odrobinę męczącą i bardziej niż odrobinę niejasną, a przez to rozczarowującą. Przy czym brzmi to o wiele gorzej, niż wyglądało w rzeczywistości.

Z plusów, to na pewno wykonanie. Jego solidność cieszy tym bardziej, że pamiętam Twoje prace z okresu, gdy taki poziom pozostawał jedynie w sferze mokrych snów. Oczywiście nie piszę tego, by Ci w jakikolwiek sposób dokopać – w końcu każdy Kali kiedyś być donkey – a raczej pochwalić za naprawdę spory progres. Co tu dużo gadać – piszesz świetnie. Szkoda, że w dalszym ciągu – przynajmniej dla mnie – nieczytelnie. Ale o tym później.

Podobały mi się też pewne smaczki i niektóre zdania czy wręcz całe sceny. Osobny spory plus to dialogi, zwłaszcza między profesorem a agentem: choć miejscami przesadzone humorystycznie (w sensie, że niezbyt jednak zabawne), generalnie bardzo mi się podobały; były błyskotliwe, inteligentne i – po części – faktycznie jednak zabawne. Sporo wniosły do tego opowiadania.

Koncept sam w sobie również miał spory potencjał (niestety, jak na Cienia Burzy mózg nieduży, zmarnowany przekombinowaniem), a motywy z kloszardem, choć strasznie naiwne i, koniec końców, zupełnie niejasne, cechowały się naprawdę ciekawym klimatem. Szczególnie pierwsza scena.

 

Im dłużej jednak siedzę i dumam nad tym, co w tekście najtrudniejsze – logiką Twojego świata – tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ni wuja nie potrafię za nią nadążyć.

Póki Her Doctor eksperymentuje z polem magnetycznym i wszelkiej maści wypaczonymi mózgami, wszystko jest w miarę spójne i ciekawe, ale w chwili, gdy zaczynają pojawiać się anomalie, zupełnie się już gubię. Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że to wszystko wygląda, jakby jednocześnie z fazą badań Panna, ktoś już wykorzystywał tych badań wyniki w praktyce: bombardowanie księżyca pokazane w wiadomościach, znikające drzwi i cała reszta. Skąd się to wzięło – nie wiem. Najprostszą odpowiedzią byłoby chyba, że wielgachny elektromagnes wymknął się spod kontroli albo efekty jego pracy przyniosły zupełnie nieoczekiwany i w gruncie rzeczy zgubny dla ludzkości skutek. Choć tutaj – i znowu – nie wiem, jak zakłócanie pola elektromagnetycznego Ziemi miałoby sprawiać, że ludzie debileją, koguty latają w kosmos, a martwi wstają z grobów. Nawet jeśli założyć, że z powodzeniem owo niezrozumienie można zrzucić na moją niekompetencję, ignorancję i brak odpowiedniego wyedukowania z dziedziny fizyki, to wciąż pozostaje problem tej natury, że nic w tekście nie wskazuje, by to właśnie działanie elektromagnesu skonstruowanego przez Panna było przyczyną całego zamieszania.

O ile dobrze kojarzę, Pan Żul pojawia się jeszcze przed poskładaniem tego ustrojstwa, a przecież już wtedy musiał mieć wiedzę na temat tego, co się dzieje i wyraźnie określony cel – (najprawdopodobniej) ostrzec i powstrzymać naukowca przed dalszymi badaniami. Tylko czemu tego celu nie zrealizował? – kolejna zagadka. Włamał się, pogadał, pomarudził, pomachał nożem i uciekł. Wpływu na przebieg wydarzeń natomiast nie miał żadnego – obwieszcza, że ktoś coś komuś zabrał, lecz w zamian pojawił się jakiś tv-ekspert od diabli wiedzą czego, a w stronę księżyca już lecą atomówki. A potem sobie idzie i tyle go widzieli zasadniczo. Jaki sens i znacznie ma więc ta postać? Jeśli powinienem je odnaleźć w końcowym bełkocie, to przykro mi, ale nie poszło.

A potem jest już tylko dziwniej i mniej – skromnym moim zdaniem – spójnie, aż w końcu dochodzimy do motywów rodem z Twardowskiego; loty na kogucie i te sprawy.

Nie rozumiem też – skoro już przy tym kogucie jesteśmy – skąd w prologu, który jest jednocześnie niemal-epilogiem, Pann i ptasiek wzięli się w jakiejś stacji kosmicznej czy czymś takim, bo z późniejszego tekstu kompletnie nie idzie wywnioskować, co to za stacja, jak profesor się tam dostał, ani tym bardziej – po co?

Epilog-epilog natomiast, to już dla mnie totalna zagadka. Gdzieś tam kołacze mi się niby jakiś ciąg przyczyna-skutek, ale nie ma on żadnej konkretnej formy, a w zestawieniu z całą resztą niezrozumiałości okazuje się siłą, która mnie pokonała – no nie wiem, o kij tu loto i tyle. Muszę z tym żyć.

 

Krótko: opowiadanie naprawdę fajnie napisane, ale po długościach i całościach rozkłada się na niejasnościach i niezrozumiałościach . Oczywiście można przyjąć, że to moja wina, bo jestem po prostu za głupi na ten tekst. Ale z drugiej strony równie dobrze można przyjąć, że to jednak Twoja wina, bo nie zdołałeś wyłożyć mi, czytelnikowi z niższej półki, całej koncepcji na tyle składnie, bym zdołał ją zrozumieć. A to jednak jest element, który w tekście (a więc i w kunszcie) mocno zawodzi. Co więcej, przed podobnym dylematem stajemy nie pierwszy już raz, który to fakt czyni mnie jeszcze bardziej niepocieszonym i zaniepokojonym o kondycję mojego intelektu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Najpierw pierdoły.

Mimo, że bezdomny dobrze wiedział, że nie było już czego ratować

“Mimo że” bez przecinka w środku. Poza tym dwa “że” w jednym zdaniu to tak trochę brzydko. 

Bo tak daleko, jak my nie zaszedł jeszcze nigdy nikt.

Ech, ostatnie zdanie i z taką głupią interpunkcją :/ Objąłbym “jak my” przecinkami z dwóch stron. Od biedy mogłoby chyba być nawet bez przecinków. 

– Krljazdek – kobieta podziękowała, po czym wróciła do objaśniania klasie pracy domowej.

Zły szyk albo zły zapis dialogu. Gdzieś jeszcze miałeś podobny błąd. 

Poza tym napisane przyzwoicie. Podoba mi się Twoje poczucie humoru, szczególnie to obecne w rozmowach profesora z agentami. 

zmieniły kolor z facebookowego błękitu na profesjonalną, ściśle tajną czerń.

A takie zdania to już w ogóle miód dla oczu. W sumie mógłbyś się postarać, żeby dźwignąć styl z przyzwoitego na bardzo dobry, właśnie poprzez większe stężenie takich perełek. Musisz jednak uważać, żeby nie przesadzić – bo Twoje koncepcje bywają trudne, więc narracja powinna być przejrzysta. 

Ogólnie pierwsza połowa opowiadania bardzo mi się podobała; techno-bełkotu nie dostrzegłem. 

Trochę gorzej pod koniec, gdy zaczynasz szaleć na kilku poziomach. Największy problem mam z wskrzeszeniem żony Firmingtona i ostatnim fragmentem. Nie nazwałbym tego absurdem, to raczej Skonecznyzm. Bo absurd jest raczej bezsensowny, ale z tego, co Cię znam, wnioskuję, że Ty bawisz się sensem, logiką, postrzeganiem. Sądzę, że jest w tym wszystkim jakiś pokrętny sens, jakaś wypaczona logika.

Zastanawiam się, na ile inni czytelnicy zrozumieli to, co chciałeś przekazać, a na ile wzięli to “na wiarę”. 

Jeśli ktoś ma jakąś interpretację, to chętnie poczytam. 

Ja zrozumiałem mniej więcej tyle, że naukowcy zmienili pole magnetyczne (czy coś w tym stylu), przez co zmieniło się coś w głowach ludzi (postrzeganie). Zrozumiałem, że to nie jest tekst SF, bo ktoś tu lubi sobie wyskakiwać z okna i znikać. Podróże między wymiarami? No i w końcu skąd ten kogut, na którym można lecieć w kosmos (chyba że czegoś nie ogarnąłem)? 

Ostatni fragment w sumie tak dziwny nie jest, jak mogłoby się wydawać. Nietypowy jest tam przede wszystkim nieznany nam język. 

Tytuł mi się nie podoba – wygląda, jakbyś po prostu nie potrafił się zdecydować. Sama “Instrukcja obsługi drzwi” byłaby super, szkoda, że przekombinowałeś :/

 

No, komentarz wyszedł mi chaotyczny. Ogólnie wrażenia z lektury mam pozytywne, ale muszę się zastanowić. Końcówka zbyt niedopracowana i chętnie dowiedziałbym się, czy tak miało być, czy po prostu nie starczyło czasu, by napisać ją lepiej i jaśniej. 

 

PS Na koniec sobie przypomniałem, że to tekst z legend, a w sumie w czasie lektury na nic legendarnego nie zwróciłem uwagi. 

w sumie w czasie lektury na nic legendarnego nie zwróciłem uwagi. 

a Twardowski to co?

 

Skoro już jestem, to dodam jeszcze coś od siebie, bo beta była ekspresowa i nie został po niej żaden ślad.

Jest Skoneczny – jest zabawa. Nie tylko dla koneserów, choć dla nich większa. Pomysł – prima sort, dialogi z agentami takie, że klękajcie narody. Tylko to zakończenie… Już nie chodzi o to, że absurd, tylko, że takie w sumie uniwersalne, pasowałoby do każdego innego opowiadania o umieraniu i odradzaniu się światów i w sumie sprawia wrażenie, jakby autorowi się nie chciało i poszedł na łatwiznę, wyciągając z kapelusza przygotowanego wcześniej samograja. A ja lubię jak jest porządna klamra.

Lekko bezczelny placeholder komentarza: jak tylko uda mi się dorwać do czegoś z porządną klawiaturą to na wszystkie powyższe odpiszę, czytam, doceniam, rozważam :)

No nieźle.

„– Jeżeli zdecydujemy, że tak… Tto tak.”

 

„W każdym razie[-,] to nie pański problem, profesorze.”

 

„– Idź sobie[-,] albo zobaczysz!”

 

„– Ła, już nigdy tu nie wrócę! – kloszard zaskrzeczał kloszard głosem dziewczynki, odlatując pod łóżko.”

 

„– Chciałbym, żeby to było takie pros… – uUrwał i na chwilę zatopił się w myślach.”

 

„– Ile razy mam ci powtarzać… – pProfesor zaczął odgrywać rolę swojego lalkowego sobowtóra, potrząsając figurką.ę

 

ę– Chyba teraz musisz go przepędzić naprawdę – dziewczynka szepnęła dziewczynka, przesłaniając usta dłonią.ę

 

„Menel wzruszył ramieniem i chyba parsknął, ale Pann nie mógł tego usłyszeć przez dzielącą ich odległość. Chciał coś dodać, ale po pierwsze nie miał pojęcia…”

 

„Na tyle dokładne, by wytwarzać pole magnetyczne[-,] w tak wybiórczy sposób…”

 

„Sęk w tym, że im bardziej zagłębimy się w mikroskalę, tym ciężej będzie nam definiować wynikanie, ciąg przyczynowo-skutkowy.

– Coś z kwantami? – rzucił na ślepo agent.

Profesor zamrugał szybko, po czym westchnął jeszcze ciężej niż poprzednio.”

 

„Pann wskazał dłonią dalszą część pomieszczenia, zauważywszy, że stojąc na środku[-,] przeszkadzają robotnikom.”

 

„która umożliwi istnienie wszystkich możliwych stanów wszystkich możliwych układów elektrycznych oprócz… – pPrzerwał, dodając wagi ostatniemu słowu.”

 

„Poza tym[-,] mam dokumentacje całego przedsięwzięcia…” – dokumentację?

 

„– Do widzenia[+,] prof…”

 

„Jeden z pięciu niemal identycznych naukowców, wgapionych w szybę, odwrócił się w stronę drzwi i skinieniem powitał gości. – Proszę posłuchać.

Firmington zbliżył się do szyby i podniósł z pobliskiego stołu parę słuchawek. Po drugiej stronie bariery…”

 

„Ludożercy w krwistoczerwonych uniformach mierzyli się spojrzeniami z kontrastem upiętych pod same szyje białych koszul i twarzy, w zakłopotaniu nie ustępujących kolorem ubiorowi badanych.” – Może się czepiam, ale ilekroć czytam to zdanie, wychodzą mi upięte pod same szyje twarze, co jest kompletnie bez sensu…

 

„Manipulowanie szarą masą, odrażające, prawda[+,] profesorze?”

 

„Dopiero po chwili dotarło do niego, że przerywanie wariatowi[-,] który zagraża życiu jego córki mogło nie być najlepszym pomysłem.”

 

„Co kilka sekund któreś z trójki odchrząknęło niezręcznie.” – Odchrząkało? Czynność się powtarzała, a „odchrząknęło” jest jednorazowe, już w przeszłości.

 

„– Chyba na zewnątrz coś… Zzgubiłem – wydukał mężczyzna.”

 

„Po chwili konsternacji kloszard wyciągnął ramię w kierunku, ledwie widocznego spod chmury odłamków, Księżyca.” – Pewnie się czepiam, ale czy coś może być widoczne spod chmury?

 

„– Latać jak ptaki. – Rozmarzył się menel.” – Nieprawidłowy szyk. Menel rozmarzył się.

 

Przychylił się i z trudem ściągnął z nogi jeden but, po czym wręczył go profesorowi.” – To słowo zwraca uwagę, bo jest dość rzadko używane w tym kontekście, a dopiero co użyłeś go kilka akapitów wcześniej.

 

„Mimo[-,] że bezdomny dobrze wiedział, że nie było już czego ratować”

 

„Nigdy dotąd, ani nigdy później[+,] nie rozumieli się tak dobrze, jak teraz.”

 

„– Krljazdek[+.]kKobieta podziękowała, po czym wróciła do objaśniania klasie pracy domowej.”

 

„Bo tak daleko[-,] jak my nie zaszedł jeszcze nigdy nikt.”

 

 

Co do samego opowiadania… Podoba mi się podwójny tytuł. W ogóle sam pomysł na podwójny tytuł i jego brzmienie też. Ponadto naprawdę spodobał mi się początek – zdołałeś mnie zainteresować, lubię absurd, humor, wszystko zaczyna się tak fajnie lekko i… i potem mnie kompletnie zgubiłeś, niestety. Cała ta cudna lekkość uległa zagubieniu w momencie w którym pojawia się wątek menela za oknem, potem jest dużo tłumaczenia o tych polach elektromagnetycznych – i to już uznałam za, przepraszam, nudne – a choć pojmuję (chyba) idee, jakie Ci przyświecały, zakończenie nie podoba mi się w ogóle. Mam wrażenie, że zostało kompletnie zatopione w absurdzie, oderwane tak od lekkiego początku, jak i potem techniczno-naukowego środka. W ogóle do niczego mi nie pasuje.

Innymi słowy uważam, że Twój tekst jest nierówny, niezbyt dobrze utkany pod względem kompozycji. Tak jakbyś nie mógł się zdecydować, w jakim właściwie tonie chcesz go utrzymać i co chcesz z nim zrobić, aż wyszła Ci jakaś hybryda. Początkiem obiecałeś coś innego niż zaserwowałeś w efekcie no i… no i choć w sumie czytało się nieźle, to ja nie zostałam kupiona.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Okej lec goł.

 

Opiekunka dla dziecka – mogłaby być, ostatecznie jej nie ma, byłaby to za duża ingerencja w treść tekstu po jego publikacji, a nie razie mnie to na tyle, żeby forsować taką zmianę.

 

Marlow,

Dość mi się podobało – zabrakło mi jasnego i wyraźnego mrugnięcia, czyje neurony stworzyły ten świat ; D

Moje i Twoje, w równej mierze ;]

 

Majkubar,

dziękuję bardzo :]

 

Rossa,

hmm, hipernaukowość chyba po prostu wyniknęła ze złożoności samego pomysłu, albo przynajmniej była nieuniknioną konsekwencją mojej próby przedstawienia go. Jest jak jest, mam nadzieję, ze mimo to podobał się w jakimś stopniu :]

 

CountPrimagen,

we fragmencie dziejącym się na Księżycu jest napisane, że grawitacja jest słabsza. Fajnie, że podeszło.

Trzym się ciepło!

Miej litość, jest trzydzieści stopni na zewnątrz :O

 

Cień Burzy,

Mi się raczej nie podobało.

:/

Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że to wszystko wygląda, jakby jednocześnie z fazą badań Panna, ktoś już wykorzystywał tych badań wyniki w praktyce

No i gdzie to Twoje gubienie się? Dokładnie taki był zamysł, o to chodzi :D Efekty jego pracy były “na bieżąco” i niezależnie wykorzystywane we większym projekcie.

Tylko czemu tego celu nie zrealizował?

Wiesz, jak to jest z Panami Żulami. Na ile ten konkretny był wyniszczony przez swój tryb życia, ile tam było wódy, ile geniuszu, ile szczerych intencji, ile dziwnych widów… Tego nie dowiemy się nigdy.

bo z późniejszego tekstu kompletnie nie idzie wywnioskować, co to za stacja, jak profesor się tam dostał, ani tym bardziej – po co?

Idzie. O tym właśnie stękają sobie Pann i żul w scenie z polowaniem na koguta :D

 

No cóż, dzięki za niezmiennie obszerny i merytoryczny komentarz. Ze swoich klocków buduję dziwne rzeczy, a dopóki nie są to klocki z kibla to wcale mi nie wstyd. Każdy tekst to dla mnie trudność w wypracowaniu kompromisu pomiędzy satysfakcjonującym mnie poziomem poplątania, a przejrzystością dla czytelnika. Będę starał się to wyważać coraz lepiej z każdym kolejnym tekstem – jak będzie wychodzić, nie wie nikt.

Mam tylko nadzieję, że nie odniosłeś wrażenia, że napisałem tekst po to, żeby czytelnikowi było głupio, że nie zrozumiał. Nigdy takich intencji nie miałem i nigdy mieć nie będę :]

 

funthesystem,

właśnie poprzez większe stężenie takich perełek. Musisz jednak uważać, żeby nie przesadzić

Instrukcje niejasne [wiadomo-co utknęło w pralce]. Ok fun, będę robił tak, żeby było więcej ładnych zdań, ale też nie więcej. Hold my beer.

Nie nazwałbym tego absurdem, to raczej Skonecznyzm.

Trzeba zrobić tak, żeby to się w słowniku pojawiło.

Podróże między wymiarami?

Nope. Not even close.

Ogólnie wrażenia z lektury mam pozytywne, ale muszę się zastanowić.

Ten przymus zastanowienia to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej.

 

Sama końcówka-końcówka, czyli wszystko po wzbiciu się koguta w powietrze jest racze takie, jakie miało być, bo te ostatnie, krótkie fragmenty miały sprawiać wrażenie oglądania dalszej części “filmu” na przyspieszeniu, to są sceny oddalone od siebie w czasie o nie wiadomo ile, ale ułożone chronologicznie.

PS Na koniec sobie przypomniałem, że to tekst z legend, a w sumie w czasie lektury na nic legendarnego nie zwróciłem uwagi. 

Tak jak Pan cobold powiedział.

 

cobold,

no tutaj stricte porządnej klamry nie chciałem. Przedstawiłem cykl i chociaż ten patent oryginalny nie jest i może śmierdzieć łatwizną, to właśnie absurdalno-naukowa istota tego cyklu miała ten tekst ciągnąć. I chyba ciągnie. Aczkolwiek widzę, o co Ci chodzi, po prostu w tej koncepcji nie za bardzo miałem miejsce na coś bardziej wysublimowanego.

Dzięki za betę :D

 

joseheim,

Tak jakbyś nie mógł się zdecydować, w jakim właściwie tonie chcesz go utrzymać

Tekst jest zamierzenie atonalny, jeśli mogę skorzystać z tej samej metafory ;] Jeśli Cię to nie kupiło, cóż, trudno, niemniej dzięki za lekturę oraz wypunktowanie błędów [zaraz naprawiam].

 

 

 

Jak tak czytam komentarze, to zauważam, że aspekty tekstu, które jedni uznają za warte wypunktowania zalety, inni uważają za równie warte wypunktowania wady. Miło mi, że udało mi się aż tak Was spolaryzować i mogę obiecać tylko utrzymanie potencjału tego magnetycznego pola ;]

No nieźle.

Lubisz popcorn czy jak? ;-)

Babska logika rządzi!

Ja nie z tych, co chrupią jedzeniem w kinie, ja przyszedłem oglądać film, nie się obżerać ;]

No nieźle.

A podczas patrzenia, jak inni się tłuką? ;-)

Babska logika rządzi!

Wtedy kibicuję tym, którzy mają najciekawszą choreografię :D

No nieźle.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Skorom zgłosił, to chyba jasne, że jestem na TAK :) Urzekło mnie wytłumaczenie w środku i to, jak stopniowo tekst leci w stronę coraz bardziej absurdalnych obrazów. Mi się spodobała ta karuzela dziwności. Kompozycyjnie może i czasem coś zachrzęściło, ale nie na tyle, by przykryć przyjemność z czytania :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przekonało mnie dzikie wykorzystanie motywu starej legendy. Zabawa nazwiskami też na plus.

Podejrzewam, że – jak to u Ciebie – są jeszcze w tym tekście smaczki i głębie, których nie wyłapałam.

Przeszkadzało mi to zaniedbywanie pięcioletniej córeczki. No, ale w końcu to chyba nie był główny wątek, więc niech będzie. Ale nie rób tego więcej.

Interesujący pomysł na manipulowanie mózgami, acz mogłeś go lepiej wykorzystać.

Bohaterowie mogli być lepiej zbudowani.

Fabuła zainteresowała, niezłe było to zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi. Ale tutaj absurd psuł przyjemność, bo nie wszystko dało się dopasować.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

NoWhereMan,

dzięki :]

 

Finkla,

Jestem na TAK, znaczy.

Wygląda na to, że muszę się jeszcze wiele nauczyć, jeśli chodzi o zwroty akcji :D Już drugi raz mnie zaskakujesz swoim ostatecznym głosem – tym bardziej dziękuję.

No nieźle.

No, przynajmniej nie było sztampowo ani obyczajowo, ani nudno…

Ale fakt, że nad Twoim tekstem musiałam się chwilę zastanowić. To nie było bez namysłu, bo w niektórych kwestiach dałeś ciała.

Babska logika rządzi!

Początek spodobał mi się bardzo, świetny pomysł z pracami nad umysłem, eleganckie dialogi. Trochę rozczarowała mnie dalsza część, gdy robi się bardzo dziwnie, żona ożywa, koleś lata na kogucie i bez komentarzy nie ogarnąłbym, skąd nagle te cuda na patyku. Ale ogólnie tekst oceniam pozytywnie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo trudne opowiadanie, ale nie na tyle, aby nic nie zrozumieć. Wydaje mi się, że mniej więcej wiem, o co chodzi. Bełkot rzeczywiście bywał nieprzystępny, ale chyba najtrudniejsza okazała się końcówka. Ale po dodaniu absurdu, satysfakcjonuje również laika. Wydaje mi się, że to właśnie absurd jest tajemniczym składnikiem tego opowiadania.

Wpadłeś na naprawdę interesujący pomysł z tymi falami wpływającymi na mózg. Podobały mi się opisy wewnętrznego braku bohaterów. Taki masowy skutek to ciekawa rzecz w sf, bo wreszcie jest to coś innego niż zagłada całego świata. Zastanawiam się jednak, czy opowiadanie jest totalną fikcją czy oparłeś się na jakiś badaniach?

Jedną z ciekawszych rzeczy w opowiadaniu były badania nad naleśnikami ;) Oraz teoria Skonecznego…

Mam jednak też coś do narzekania, aby nie było za słodko. W ogóle nie przypadł mi do gustu Twój humor. Żarty raczej nie były wyszukane i bardziej żenowały niż śmieszyły. Jakby rodem z filmów Marvela… Absurd to jedno, ale kiepski humor wcale go nie upiększa…

Niemniej jednak, opowiadanie znajdzie się raczej wśród moich faworytów przy głosowaniu :) Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

SzyszkowyDziadek,

dzięki :]

 

Pietrek Lecter,

Ale po dodaniu absurdu, satysfakcjonuje również laika. Wydaje mi się, że to właśnie absurd jest tajemniczym składnikiem tego opowiadania.

Przyznam, że po cichu na to liczyłem. Nawet w przypadku nie przełknięcia części science miała być możliwość “popłynięcia” z motywami absurdalnymi – cieszę się, że wyszło, jeśli wyszło :D

Naukowo oparłem się głównie na samej koncepcji badań nad korelatami neurologicznymi danych stanów, pojęć itp., przynajmniej jeśli chodzi o ten aspekt.

humor […] Jakby rodem z filmów Marvela…

Ajjj, boli :D No cóż, nie każdemu wszystko siądzie, a z humorem bywa różnie…

Dzięki za lekturę :]

No nieźle.

Tekst nie jest łatwy w odbiorze, chociaż wydaje mi się, że najważniejsze kwestie udało mi się wyłapać. Pomysł wyjściowy bardzo interesujący, fajnie go rozwinąłeś. Klimat opowieści także mi przypadł do gustu. Lubię enigmatyczne, nieco dziwne opowieści. Napisane bardzo przyzwoicie, ale momentami nieco się nudziłem, szczególnie przy już wspominanym “technobełkocie”. Ogólnie tekst solidny, ale nie wiem, czy załapie się do mojej Wielkiej Szóstki :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nie porwało mnie. Sama historia ma potencjał, ta absurdalność nieraz generuje zaciekawienie, jednak odbiłem się od prób humorystycznych w dialogach, bo były – według mnie – po prostu słabe.

 

Można się tu odbić od tego, że jest warstwa science, ale mało fiction. Popracowałbym nad tym, by była też jakaś opowieść, bo bez tego w środku gdzieś tak ma się odczucie czytania już nie tyle fikcji, co artykułu popularnonaukowego.

Siema

 

“Badaczom udało się wyekstrahować neuronalne korelaty pojęcia naleśnika, czyli zestaw neuronów, aktywowanych tylko wtedy i zawsze wtedy, kiedy pan Willson operował tą ideą. Projekt zakładał porównanie wyników uzyskanych od pacjentów z całego kraju, w celu potwierdzenia możliwości wyizolowania uniwersalnego, neurologicznego prototypu naleśnika lub wykazanie, że nie jest to możliwe.”

 

Dużo tu bełkotu pseudonaukowego, a ja lubię naleśniki ze zwykłym dżemem. Ważne, że podjąłeś próbę zamotania. Niektórzy ludzie mają na twarzy placki (księżyc w pełni, nieomal brak mimiki i mało charakterystyczne rysy), inni wyglądają jak naleśniki. Profesor Naleśnik. 

 

Opowiem Ci bajkę o naleśniku:

 

Leży leśnik na leśniku.

 

A teraz bajkę o naleśniku i [dżemie].

 

Leży leśnik na leśniku i drzemie.

 

pozdrawiam,

tlumacz_instrukcji_obslugi

Drzem na naleśniku, a jak nie chcesz to nie, wszystko się zgadza. Dziękuję, pozdrawiam, smacznego, miłego lotu.

No nieźle.

Nowa Fantastyka