- Opowiadanie: Makaron3d - Kosmonauta

Kosmonauta

Rozwinąłem stare opowiadanie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Kosmonauta

Wysłużony frachtowiec oddalał się od platformy wielopoziomowego doku stacji orbitalnej "SB-3" i panującego przy niej nieprzerwanie ruchu statków, który stał w dużym kontraście z zalegającą przestrzeń ciszą. Odrapany lewar zdążył przejść ciepłem zaciśniętej, zbielałej wysiłkiem dłoni. Operator, a zarazem jedyny członek załogi, miarowo zwiększał ciąg silników i tym samym zapadał się coraz głębiej w niewygodnym fotelu.

Bateria dysz mignęła ostatni raz bladobłękitnym płomieniem na tle unurzanej w ciemności planety Fladria i zgasła. Podłużna, walcowata struktura, z wyraźnie widocznymi trzema rzędami kontenerów w podbrzuszu, minęła stacjonujący tu od czasu inwazji, monolityczny marotański pancernik i kontynuowała rejs.

Mężczyzna rozpiął pasy, uniósł się z wygniecionego siedzenia; rozprostował szczupłe plecy i westchnął z ulgą. W głowie jeszcze mu huczało, ale nie z powodu kilkuminutowego przeciążenia, a po przygodzie z dwiema namiętnymi Fladryjkami. Kosztowało go to czterysta pięćdziesiąt prexów! Tak, czterysta pięćdziesiąt – majątek! Ale nie żałował: – Oj, nie! – wyszeptał rozmarzony, po czym zakaszlał w kułak.

Zawisł na chwilę przy pokrytym patyną iluminatorze. Spróbował go przetrzeć rękawem kombinezonu – bez efektu. Przez grube ołowiowe szkło obserwował – skrzącą się już srebrem – krawędź ogromnej tarczy. Od dawna robił w transporcie i niejedno przez minione lata widział, lecz to był jeden z tych obrazów, który nigdy nie stracił dla niego świeżości. A on, nawet jeśli próbował zmienić swe życie, po krótkim czasie wracał – potrzebował obcować z tym pożerającym go bezmiarem.

Ze stanu zachwytu nad niezwykłym zjawiskiem wytrąciła go wznosząca się pulsująca przeźroczystozielona lśniąca kulka. Otworzył usta i, schylając się, połknął ją. Następnie chwycił dryfujący poniżej blaszany kubek i złapał nim drugą, tym razem większą.

"Gdzie jest – rozejrzał się dookoła – pokrywka?" – Nie znalazł; przełknął płyn na kilka razy i puścił pojemnik.

Przetarł dłońmi ogoloną, acz ospowatą twarz – zmogło go znużenie. Potrzebował odpoczynku. Odepchnął się delikatnie od izolowanej azbestową płytą ściany. Sunąc kajutą dziobową lekko trącił pulpit z przypiętą do niego poplamioną mapą i wąskim przejściem wleciał do messy. Nikłe czerwone oświetlenie dodawało kabinie ciepła, kryjąc jej rzeczywisty surowy charakter. Podbił do góry i wślizgnął się w śpiwór na podsufitowej półce.

 

***

 

Nie wypoczywał długo, wybudziły go ostre trzaski dobiegające z radia w kokpicie:

– …odbiór!

Otworzył oczy, przyglądał się kilku kłakom fruwającym na tle szerokiej wiązki przewodów. Przesunął dłonią po skroni, po czym uniósł ją do oczu i dostrzegł przyczepiony do niej kołtun – tylko westchnął.

Potrzebował dłuższej chwili, by "hałas" ułożył mu się w spójny komunikat.

– KT20355, odbiór! – rozległ się, zniekształcony echem, kobiecy głos.

Czuć było chłód. Nie wychodząc ze śpiwora, poszybował do radiostacji na dziobie.

– KT20355, do cholery, wiem że mnie słyszysz! Potrzebna pomoc! – trwały nawoływania.

– Tu KT20355, słyszę cię – pilot spojrzał na ekran radaru – W21166435.

– No, nareszcie! – w głosie kobiety wyraźnie słychać było ulgę. – Oberwaliśmy rojem – szumy ją na chwilę zagłuszyły – maszynownia jest rozbita. Zasilanie siadło. Padną akumulatory i będzie po nas – mówiła szybko i skrótowo. Przez moment słychać było, jakby się z kimś konsultowała, po czym dodała wyraźnie zdenerwowana: – Trwa automatycznie wywołana procedura hamowania. Podaję nasze przewidywane współrzędne w czasie…

Mężczyzna spojrzał jeszcze raz na okrągły wyświetlacz. Nie było innej jednostki, która mogłaby nieść ratunek. Regulacje opisywały bardzo precyzyjnie, jak należy postępować w takich sytuacjach. Sankcje za ich złamanie były zbyt bolesne, aby mógł zignorować wezwanie.

"Nici z premii" – pomyślał, gdy zajmował stanowisko, by wykonać manewr zmiany kursu.

 

***

 

Reflektory oświetlały niewielki pojazd cywilny. Poruszał się z niską prędkością, co znacznie ułatwiało proces cumowania. Kontaktu radiowego z mostkiem nie było już od dwóch godzin – prawdopodobnie baterie także uległy uszkodzeniu i straciły sprawność. Kosmonauta nie spieszył się, obejrzał statek ze wszystkich stron. Jego przód był wąski, z nosem lekko zagiętym ku górze. Główny pokład musiał się znajdować między – umieszczonymi po bokach – parami turbin rakietowych. Nie było śladów zniszczeń na błękitnym poszyciu, ale przy roju mikrometeorytów to normalne. I właśnie z nimi było najwięcej wypadków.

Silniki manewrowe zajaśniały i ustawiły transportowiec burta w burtę. Trzy kotwice elektromagnetyczne wystrzeliły w kierunku uszkodzonej jednostki. Trafiły w dedykowane temu celowi tarcze i elektryczne wciągarki poczęły równomiernie zwijać liny. Ze szczeliny, okalającej śluzę towarowca, ruszył teleskopowy kołnierz i obrotowo wpił się grubym gwintem w kadłub błękitnego pojazdu – dokowanie przebiegło sprawnie.

Pilot wrócił do messy, wysunął jedną z blaszanych szuflad mieszczących się zaraz po prawej. Wyciągnął przypięty do miękkiego dna rewolwer. Sprawnym ruchem wychylił bębenek – siedem małoenergetycznych naboi siedziało w komorach; zatrzasnął broń i schował do lewej kieszeni kombinezonu. Skierował się ku drzwiom prowadzącym na korytarz. Po drodze wyjął z szafki aparat tlenowy z niewielką butlą oraz płaską latarkę, które przypiął w pasie.

Kosmonauta dotarł do masywnej okrągłej furty. Trzymając się jedną ręką wyłazu, uruchomił ściennym przełącznikiem kompresory tłoczące powietrze i wyrównujące ciśnienie między rękawem a pokładem. Gdy proces się zakończył, sprężarki ucichły, a on odblokował śluzę i jednym płynnym ruchem znalazł się przy włazie statku, do którego zamierzał się teraz dostać. Sprawdził rygiel – był odbezpieczony, co wskazywało na brak zasilania. Nie wiedząc, co zastanie po drugiej stronie, założył maskę tlenową i dopiero wtedy poluzował zamki. Klapa pozostała na miejscu. Wiedział już, że nie miało miejsca rozszczelnienie – pchnął furtkę.

W środku panowały ciemności. Zdjął maskę i zapalił latarkę.

– Jest tu kto? – krzyknął wychylając głowę z otworu.

Prześlizgnął się niedużym przepustem. Wodził światłem po aluminiowych ścianach i podłodze, ale nic szczególnego nie dostrzegł. Powtórzył nawoływanie:

– Halo! – Po tej próbie zaniósł się suchym kaszlem. Przez moment walczył, by go powstrzymać. W końcu doszedł do siebie – chwilę przytrzymał drapiące gardło.

"Może ktoś ich już podjął. Tylko czemu nie poinformowali mnie o tym radiowo?" – Zwątpił i zbliżył się do drzwi, jak mu się zdawało, siłowni. Przyłożył latarkę do szybki i zajrzał. Wewnątrz, na tle generatora, lewitował stalowy łom.

"Tu też nie doszło do dekompresji" – zrozumiał.

W środku szybko znalazł rozdzielnię – bezpieczniki były porozłączane. Aktywował wszystkie. Zabłysło kilka kontrolek na desce. Nacisnął odpowiedni przycisk i potężny motor diesla zawył rozrusznikiem, po czym zaskoczył i równo zaklekotał, wprawiając rotor prądnicy w ruch obrotowy. Powietrze wypełnił dym ulatniający się z nieszczelnego układu wydechowego.

Lampy pierwej mrugnęły, po czym – z pełną już siłą – rozproszyły ciemności. Ratownik odniósł wrażenie, jakby cały ten mrok, opuszczający budzący się statek, wniknął w jego pierś. Poczuł gorące uderzenie krwi.

"To pułapka!" – przeszło mu przez myśl i odruchowo chwycił pistolet.

W pierwszej chwili zapragnął jak najszybciej opuścić to miejsce – uciec przed zagrożeniem. Jednak powściągnął emocje. Nie był wcale pewny powodu, dla jakiego został wezwany i dlaczego kontakt się urwał, mimo że agregat prądotwórczy działał.

Szczególnie zagadkowa była sprawa celowo wyłączonego zasilania. Bez względu na obawy podjął decyzję o przeszukaniu wnętrz.

Przemieszczał się z bronią gotową do strzału. Sprawdzał skrupulatnie kajutę po kajucie. Ostrożnie rozsunął następne drzwi. Opuścił uzbrojoną dłoń i odwrócił wzrok. Wypuścił całe powietrze z płuc, jakby chciał tym sposobem unieważnić to, co przed chwilą zobaczył. Spojrzał ponownie…

Harmonię w niewielkiej kantynie podkreślały, regularnie powtarzające się, spięcia lamp elektronowych w rozbitym radionadajniku. W takt tej melodii, na środku pomieszczenia – z gracją baletnicy – wirowało niespiesznie ciało zgrabnej Marotanki. Odkryte uda albinoski pełne były siniaków i wybroczyn, a górna część garderoby w nieładzie. Długie półprześwitujące włosy tworzyły pod wpływem nieważkości mieniącą się w świetle aurę. Największe wrażenie wywoływała jednak, zbroczona purpurowym płynem wydobywającym się z rozprutej tchawicy, niema twarz. Ciecz przylgnęła galaretowatym pęcherzem do głowy, dodając makabrycznej scenie kolejnego elementu groteski.

Dodatkowo, pod ścianą, na której powyżej znajdowała się galeria zdjęć zatytułowana "Załoga Rycara", półklęczał, przypięty do barierki, skrępowany człowiek. Na głowie miał worek, zaklejony taśmą wokół szyi. Para na powierzchni nieruchomej przeźroczystej folii zdążyła się już skroplić – facet był martwy.

Na konsoli obok znajdował się dziennik pokładowy. Jego dolna oprawa była przymocowana do blatu. Niedoszły ratownik rozpiął zapinkę skórzanej okładki, przewertował notatnik, wyrwał kilka ostatnich zapisanych stron, schował w kieszonkę i wymamrotał:

– Wypieprzam… – skoczył chaotycznie do wyjścia.

Panika przyspieszyła jego ruchy, lecz spowalniała tempo poruszania się. Wyraźnie słyszał przyspieszone bicie swego serca, gdy nieudolnie zmagał się z brakiem ciążenia. Był już w ciasnym tunelu, łączącym obie jednostki. Jedyne, czego teraz chciał, to zamknąć na dobre właz „Rycara”. Usiłował nerwowo schować bębenkowca do kieszeni, ale – będąc w przysiadzie – nie był w stanie. Puścił go i, mocując się obiema rękoma z zamkami, zablokował wieko. Natychmiast, gdy to się udało, wpadł do holu transportowca. Zabezpieczając drugą śluzę, czuł się już znacznie pewniej. Zainicjował proces separacji statków. Na dziób odprowadził go jęk cofającego się rękawa.

Po raz ostatni spojrzał z kokpitu na upiorny obiekt. Cokolwiek się tam wydarzyło, oddzielił się od tego fosą próżni. Nie myśląc wiele, zasiadł w fotelu. Ustawił początkową destynację i zapiął pasy.

"Brak premii za wcześniejsze dostarczenie towaru, to nie najgorsze, co mogło mnie spotkać" – pomyślał z ulgą.

Wtedy przypomniał sobie o zapiskach z dziennika Rycara. Ciekawość kazała mu rozprostować zwitek zgniecionych kartek. Przeglądał spisane ołówkiem notatki. Wreszcie znalazł, coś go zaintrygowało:

 

Rycar 11.03.1968

czas moskiewski 4:22

 

O godz. 3:58 odebraliśmy sygnał S.O.S z ciężkiego transportowca „Korab”,

o sygnaturze „HT46583”. Operatorka zgłosiła poważne uszkodzenie generatora prądotwórczego. Bezzwłocznie podejmujemy misję ratunkową.

 

Jak to „Korab?” – zdziwił się kosmonauta. – „Igor wyruszył nim z „SB-3” kilkanaście godzin przede mną. Był sam!”

Ostatnia notatka, była z godziny 5:50:

 

Zbliżamy się do unieruchomionego statku – jest w zasięgu wzroku.

 

Pilot pospiesznie uruchomił wszystkie systemy niezbędne do startu, położył lekko jeszcze drżącą dłoń na lewarku ciągu. W tym momencie przekaźniki strzeliły, aparatura i światło przygasły, by się zupełnie wyłączyć. Zapadł absolutny mrok.

Mężczyzna instynktownie sięgnął do lewej kieszeni – była pusta.

– Ja pier… – Jedną dłonią usiłował zdusić kolejny atak kaszlu, drugą wypiął klamry i wzniósł się ku sufitowi, gdzie w ciemnościach po omacku wyczuł szyber, który od razu rozsunął. Przecisnął się wlotem. Zasunął za sobą metalową klapę i zabezpieczył skoblem, aby nie można jej było otworzyć od zewnątrz.

Wciąż miał przy sobie latarkę, lecz obawiał się jej użyć, żeby nie zdradzić swojego położenia. Tunel techniczny był ciasny rzędami rur i kabli ciągnących się po jego bokach. Osaczony człowiek poruszał się chyłkiem w kierunku kolejnych szybrów w holu i maszynowni. Musiał je zamknąć, nim intruz zorientuje się, gdzie go szukać. Drugi był zasunięty. Zamknął zapięcie i ruszył do ostatniego, lecz w jednej chwili zatrzymał się, bo coś usłyszał. Jakby ciche kołatanie przy pokrywie, którą przed sekundą zabezpieczył. Dźwięk się wzmógł i przeszedł w brutalne uderzenia, a kosmonauta nie czekał już ani chwili – nie zważając na hałas jaki czyni, rzucił się szaleńczo ku ostatniej klapie. Dopadł jej pierwszy i miękkimi palcami zdołał jakoś zamknąć skobel.

– Czego chcesz?! Forsa jest w apteczce w messie. Tył się odchyla… To wszystko co mam. – pilot wykrzyczał łamanym głosem w kierunku klapy. – Weź to i odejdź! – Nie myślał już racjonalnie, nie było gdzie odejść.

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

Pot, oblepiał mu czoło i łysinę. Starł go i wytarł rękę w nogawkę. Dopiero teraz miał chwilę, by zebrać myśli i z instynktownie reagującego zwierzęcia stać się na powrót ludzką istotą. Sądząc po tym, co widział na opuszczonym statku, jego sytuacja zdawała się być beznadziejna. W zasadzie mógł jedynie czekać na rozwój wypadków i liczyć na łut szczęścia.

Czas mijał, a on z minuty na minutę czuł się coraz to pewniej. Umysł wbrew śmiertelnemu zagrożeniu oderwał się od „tu i teraz”. Nie wiedział, co wpłynęło na poprawę jego samopoczucia, ale wyczuwał jakby delikatną woń piżma. Przywołało to wciąż żywe wspomnienie Fladryjek, których ciała naturalnie emanują silnymi feromonami, kiedy te są naprawdę chętne czy w inny sposób podniecone. Co prawda w domu schadzek, z którego usług korzystał, wszystkie dziewczyny były naćpane, by wywołać tę fizjologiczną reakcję, ale jemu to nie przeszkadzało. Oprzytomniał z tych fantazji dopiero, gdy usłyszał z dołu zdanie wypowiedziane silnym, męskim głosem. Serce w nim zamarło. Słowa zrazu niewyraźne, brzmiały jak jeden z fladryjskich dialektów. Nie rozumiał tego języka, lecz rozpoznawał go po charakterystycznych nosowych głoskach. Od czasu okupacji Fladrii, nie było rasy, która nienawidziłaby Marotan i Ziemian (jak on sam) żarliwiej niż populacja owej planety.

Ledwo wybrzmiały obce słowa, mężczyzny dosięgnęły trzy szybkie ciosy w okolicę nerek. Uskoczył w tył i krzyknął błagalnie:

– Nie! Nic nie zrobiłem, jestem zwykłym cywilnym pracownikiem. Oszczędźcie mnie.

Zapach piżma stał się bardzo mocny, wręcz odpychający swą intensywnością. Jego słowa najwyraźniej odniosły odwrotny skutek od zamierzonego. Przyjął tak silne uderzenie w głowę, że przeleciał dobre dwa metry, nim zdołał się zatrzymać. Sięgał po latarkę, lecz kolejny cios wybił mu z głowy ten zamiar. Ostatkiem sił rzucił się do rozpaczliwego ataku.

Zatłukę cię! Zatłukę… – darł się niewyobrażalnie.

Udało mu się nawet uchwycić ręce napastniczki. Lecz jego nadwątlone latami przebywania w nieważkości ciało, nie było zdolne oprzeć się jej sile. Ta wywinęła się z uchwytu, jakby miała do czynienia z dzieckiem i stosując prostą dźwignię, z trzaskiem złamała jego lewe ramię. Nie krzyknął – stracił przytomność.

Przestrzeń zadygotała. Motor wznowił pracę i po chwili pracujący generator przywrócił oświetlenie. Fladryjka zamknęła powieki i przesunęła na czoło noktowizyjne okulary.

 

***

 

Dziewczyna wyciskała porcje sosu z woreczka prosto do ust. Gdy opróżniła opakowanie, odrzuciła je niedbale na bok, gdzie fruwało kilka podobnych torebek. Syta, zamknęła oczy, wisząc bezwładnie w pełnym relaksie. Drzwi do messy zaskrzypiały.

– Zobacz! – wysyczał barczysty mężczyzna, wskazując na zaczerwienie na policzku. Przy okazji zdarł ze ściany papierową reprodukcję obrazu Breżniewa.

– Mówiłam, że ci z nim pomogę.

– Zaskoczył mnie jednoręki chuderlak! A taki był potulny, gdy nawigował.

Młoda kobieta dopiero teraz rozwarła, obdarzone długimi rzęsami powieki. Przyjrzała się mu zalotnie.

– Do twarzy ci – dodała z uśmiechem, subtelnie chrypiącym głosem. Zbliżyła się i objęła go, czule całując rozpalone miejsce. Ten nie pozostał jej dłużny. Namiętność zawładnęła nimi bez reszty…

– KT20355, tu „Kommunist”, jestem już tylko godzinę od ciebie. Trzymasz się? Odbiór! – zaskrzeczał głośnik.

Para przerwała zmysłową zabawę. Roznegliżowana dziewczyna wstała do radia. Nim zdążyła odpowiedzieć, kochanek zagadnął:

– Nie szkoda ci ich?

Młoda Fladryjka spojrzała mu z niedowierzaniem w oczy, po czym oboje się roześmiali.

Koniec

Komentarze

Makaronie3d, prawie 16.000 znaków to już nie szort. Sugeruję, abyś zmienił oznaczenie na OPOWIADANIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, są plusy i minusy.

Najpierw technicznie – napisane zupełnie przyzwoicie. Mam oczywiście uwagi – pierwsze zdanie niepotrzebnie długie i złożone, warto by rozbić na dwa. Nie, żeby było jakieś straszne, ale jest pierwsze, więc warto dopieścić. Gdzieś uciekł podmiot, ale teraz nie mogę znaleźć ;-) 

Opuscił uzbrojoną dłoń i odwrócił wzrok. Wypuścił całe powietrze z płuc

Nie jest to tragiczne powtórzenie, ale można go uniknąć.

siedem małoenergetycznych naboi

Wolałbym – "niskoenergetycznych". Jakoś lepiej brzmi.

Oprócz tego rzuca się w oczy nadmiar myślników. Większość z nich spokojnie można zastąpić pospolitymi przecinkami, dzięki czemu nieco płynniej będzie się czytać.

Generalnie wszystko można jeszcze szlifować, ale jeśli są w tekście jeszcze jakieś błędy i niezręczności techniczne, to ich nie wyłapałem. To znaczy, że ogólnie jest nieźle :-) 

Świat. I tu muszę użyć "hmmm". Po pierwsze, nie wyobrażam sobie dislowskiego generatora na pokładzie statku kosmicznego. Aż tak łatwo tam o tlen? Poza tym, to trochę tak, jakby do samochodu zamiast akumulatora wstawić maszynę parową. Dalej – data. "1968". Według jakiego kalendarza? Biorąc pod uwagę te wszystkie moskiewsko – komunistyczne akcenty, rzecz wydaje się być czymś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości. Ale podrzucasz za mało danych, żebym zbudował sobie satysfakcjonujący obraz. To samo dotyczy fabuły – wiem, co się wydarzyło, ale nie bardzo wiem dlaczego. Brakuje mi kontekstu, zarysu świata. Co to za obce rasy, co to z konflikt, jaka okupacja… W zasadzie gdyby zamiast Fladryjczyków, Marotan i kogo tam jeszcze wrzucić Rosjan, Chińczyków, albo i nawet Samoańczyków, niestety byłoby specjalnej różnicy. 

Ale, jest to oczywiście moje "fajnie byłoby, gdyby". Zdaję sobie sprawę, że innym czytelnikom fragmentaryczność świata może zupełnie nie przeszkadzać.

Aha, jeszcze to:

– Tu KT20355, słyszę cię – pilot spojrzał na ekran radaru – W21166435.

Ogólnie mówi się, że liczby, zwłaszcza w dialogach, zapisujemy słownie, więc z pewnością ktoś zwróci Ci na to uwagę. Ale ja się nie czepiam, bo Twój zapis wydaje mi się zgrabniejszy, bardziej pasujący do klimatu tekstu. 

No i ów klimat to jest to, co najbardziej mi się podoba. Lubię takie retro SF. Miałem wrażenie, jakbym czytał tekst napisany w latach pięćdziesiątych. To fajne :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Widzę, Makaronie3d, że odgrzałeś kotlet i podałeś go z dodatkową porcją sałaty. No cóż, takie danie też da się zjeść, ale nie ukrywam, że wolałabym dostać coś świeżego, przyrządzonego według przepisu, którego jeszcze nie znam.

 

Wy­słu­żo­ny frach­to­wiec od­da­lał się od plat­for­my wie­lo­po­zio­mo­we­go doku sta­cji or­bi­tal­nej "SB-3" i pa­nu­ją­ce­go przy niej nie­prze­rwa­nie ruchu stat­ków, który stał w dużym kon­tra­ście z za­le­ga­ją­cą prze­strzeń ciszą. –> Czy można oddalać się od panującego ruchu? Na czym polega stanie ruchu w kontraście z ciszą? Czy ruch może stać?

 

Odra­pa­ny lewar zdą­żył przejść cie­płem za­ci­śnię­tej, zbie­la­łej wy­sił­kiem dłoni. –> …zbie­la­łej od wysiłku dłoni.

 

Po­ru­szał się z niską pręd­ko­ścią… –> Wydaje mi się, że prędkość może być mała lub duża, ale chyba nie niska.

 

ode­bra­li­śmy sy­gnał S.O.S… –> …de­bra­li­śmy sy­gnał SOS

 

Tunel tech­nicz­ny był cia­sny rzę­da­mi rur i kabli cią­gną­cych się po jego bo­kach. –> Tunel tech­nicz­ny był cia­sny z powodu rzędów rur i kabli cią­gną­cych się po jego bo­kach.

 

Starł go i wy­tarł rękę w no­gaw­kę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Lecz jego nad­wą­tlo­ne la­ta­mi prze­by­wa­nia w nie­waż­ko­ści ciało, nie było zdol­ne oprzeć się jej sile. Ta wy­wi­nę­ła się z uchwy­tu… –> Czy dobrze rozumiem, że z uchwytu wywinęła się siła?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Końcówka nie zaskakuje. Raczej widać dokąd opowiadanie zmierza. Nie jest to jednak minus. Jest jak najbardziej w porządku. Powiedziałbym utarte schematy. :) W ciekawej, przyjemnej w odbiorze odsłonie. Widać, że wiesz o czym piszesz. Fajnie byłoby móc bardziej zagłębić się w przedstawiony świat.

Dziękuję za wasze komentarze. Przydatne uwagi wcieliłem w życie. 

ac będę pisał dalej to opowiadanie. Dodam coś z przodu i rozwinę końcowe wydarzenia. Dobrze się czuję w tym retro s-f, mam z tego dużo przyjemności :)

regulatorzy cenię Twą mrówczą pracę, z połową poprawek się nie zgadzam(to co zostawiłem jest poprawnie zapisane), ale dziękuję. 

tahargone rzecz w tym, ze pociski małoenergetyczne rzeczywiście istnieją, a “niskoenergetyczne“ nie.

Co do uwag o skrótowości i niewielu informacji o polityce. Wszystko mam w głowie, ale jest to ledwie 5 stron. Skupiłem się na małej przygodzie. Uwagi do roku – otagowałem to jako rzeczywistosc alternatywną. Chyba można przyjąć, że sowieci podbili Europę i świat zaraz po I wojnie światowej? Nie ma chyba sensu dywagować jak bardzo byłoby prawdopodobne takie, czy inne zaawansowanie technologiczne. Przecież mamy XXI wiek i nadal nie posiadamy choćby statków międzyplanetarnych. Co robi diesel na pokładzie? Jasne, że mogłem umieścić stos atomowy, diesel wydawał mi się bardziej radziecki i dziwaczny :) 

 

No cóż, Makaronie3d, to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Gdzieś już to czytałam…

OK, przeskanowałam i wygląda na to, że więcej wyjaśniasz.

Przecinki się zbuntowały i robią, co chcą.

Kosztowało go to 450 prexów!

A nie lepiej słownie?

Babska logika rządzi!

Hej Finkla, Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – jest słownie.

“przecinki robią, co chcą” – powiadasz, że istna tragedia? Hmm… Będę wdzięczny za choćby kilka przykładów.

No, jak przeglądałam, to mi się rzuciło w oczy kilka dziwnych. Przykłady:

– Jest tu kto? – krzyknął wychylając głowę z otworu.

Przecinek po “krzyknął” – zawsze w zdaniach złożonych z imiesłowem współczesnym.

W takt tej melodii, na środku pomieszczenia

A tu bym wywaliła, ale się nie upieram.

To wszystko co mam.

Tu bym wstawiła w środeczek.

Słowa zrazu niewyraźne, brzmiały jak jeden z fladryjskich dialektów.

A tu albo bym wywaliła, albo dodała drugi, jeśli to ma być wtrącenie.

Lecz jego nadwątlone latami przebywania w nieważkości ciało, nie było zdolne oprzeć się jej sile.

A tu koniecznie do usunięcia. Raczej nie oddziela się podmiotu od orzeczenia.

Babska logika rządzi!

Podoba mi się klimat retro. Fajnie czasem poczytać coś w tym stylu. Jest akcja. 

Zbił mnie z tropu ten diesel. Jeśli to radziecki statek, to dałbym mu agregat na spirytus. Ekologicznie i swojsko :-)

Pozdrawiam

Przeczytałem. Wiedziałem, co się stanie, więc jakoś mnie szczególnie nie ujęło. Definitywnie więcej wyjaśniasz w tej wersji opowiadania.

Dwie sprawy. Pierwsza – pilnuj poprawnego zapisu dialogów. Bo niestety tutaj jest tragedia, co zwłaszcza widać we fragmencie z wezwaniem o pomoc.

Po drugiem jeśli już przyzwyczajasz do jednej konwencji, to nie próbuj dla bycia cool wrzucać elementów z drugiej. Bardzo fajnie opisujesz elementy statku kosmicznego, starasz się realistycznie przedstawić sprzęt – i nagle wyskakuje jak Filip z konopi silnik diesle’a. Zatrucie powietrza, potrzeba benzyny, skomplikowany mechanizm – to nie ma nic wspólnego z realizmem. Jako czytelnik zostałem przez to wytrącony z imersji i kolejne elementy zacząłem traktować dużo bardziej nieufnie, nie widząc, czy grasz ze mną czy nie w jakąś groteskę.

Podsumowując: no, poprawiłeś dobrze znany koncert fajerwerków. Czas na coś nowego.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finkla i trico, dziękuję.

Nowhereman Tobie również dziękuję. Nie snuj domysłów na temat motywacji autora, bo to wcale nie jest “cool” – zostanmy przy krytyce tekstu.

Masz uwagi do elementów, które były już w poprzedniej wersji. Dialogi i diesel są jak były i wtedy nic nie wspomniałeś. Jesli w dialogach jest tragedia, mogles dac chociaz jeden przyklad, bym wiedział co jest źle. 

Silniki diesla(jak nazwa wskazuje) nie pracują na benzynie.

Nie snuj domysłów na temat motywacji autora, bo to wcale nie jest “cool” – zostanmy przy krytyce tekstu.

Nie miałem na myśli wycieczek osobistych w stronę autora. Jeśli zostałem tak zrozumiany – przepraszam za złe sformułowanie.

Chodziło mi raczej o wyskok z czymś nie pasującym do robionej konwencji. Ktoś idzie w realizm, pisze realistyczną walkę na miecze i średniowieczną armię. I nagle, ni z gruchy i z pietruchy, dowala karabin z gwintowaną lufą. Niby można, niby da się to wyjaśnić, ale dotychczasowa logika wylatuje przez okno.

Tak samo miałem z tym silnikiem Diesla. Grafitowe okna, dostosowanie prędkości, elektromagnetyczne haki – i nagle spalinówka w środku kosmosu, gdzie nie ma możliwości łatwego pozbycia się trujących gazów (nie mówiąc o tym, że skądś spalany wraz z paliwem przez silnik tlen musi pochodzić). W tym momencie jako czytelnik poczułem się z lekka oszukany, bo nie mam pojęcia, czy następne pomysły są realistyczne czy też mają być tylko “cool”.

Masz uwagi do elementów, które były już w poprzedniej wersji. Dialogi i diesel są jak były i wtedy nic nie wspomniałeś.

Często mam tak, że zwracam uwagę na rzeczy, która najbardziej mi się rzuca w oczy w danym momencie. Przyznaję, że diesel mi umknął wtedy, skupiłem się bowiem na czym innym.

Jesli w dialogach jest tragedia, mogles dac chociaz jeden przyklad, bym wiedział co jest źle. 

Chodzi o zapis techniczny dialogów. Patrz na to:

(–) Zatłukę cię! Zatłukę… – darł się niewyobrażalnie.

– KT20355, do cholery, wiem że mnie słyszysz! Potrzebna pomoc! – (T)rwały nawoływania.

– No, nareszcie! – (W) głosie kobiety wyraźnie słychać było ulgę.

Resztę popraw sam, zgodnie z zaleceniami z linków:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Silniki diesla(jak nazwa wskazuje) nie pracują na benzynie.

Tak, masz rację. Ale olej napędowy przy spalaniu też wydziela substancje, których nijak nie masz możliwości wywietrzyć ze statku w próżni, a które są szkodliwe ;) No chyba że konstruktorzy koniecznie chcieli marnować przestrzeń/zasoby na montaż jakiegoś filtru albo mieli mordercze intencje wobec załogi :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ech, z niewyjaśnionych przyczyn znowu wywaliło mi komentarz. Spróbujmy jeszcze raz: tekst nie wywołał we mnie żadnych szczególnych uczuć. Nic mu specjalnie nie dolega, ale też nic mnie w nim specjalnie nie ruszyło. Nie wiem, czy większą winę ponosi za to bohater, który nie wzbudził mojej sympatii, więc jego los był mi obojętny, czy może fakt, że na początku opowiastka snuje się bardzo powolnym tempem, może odrobinkę zbyt wolnym, jak na moje gusta. Językowo użyłeś kilku fajnych sformułowań i kilku takich, które trochę mi zgrzytały. Technicznie już inni komentowali, ja nie wychwyciłam żadnych drastycznych pomyłek w tej warstwie tekstu. 

Podsumowując, teks mnie nie poruszył, ale też nie był zły. Po prostu ok. 

Niezłe połączenie podróży w kosmosie z trudnymi i zagadkowymi momentami, które bez zbędnego pośpiechu oplatają głównego bohatera. Wszystko, jakby połączenie opowiadań w stylu Harry`ego Harrisona i S. Lema. Jeśli chodzi o mnie, to bardzo przypadło mi do gustu – przy okazji odkryłem tutaj całkiem deliryczny wątek, pobrany prosto ze scenariusza horroru-sci fiction o nazwie “Ciemna Strona Księżyca”.

Odniosłem wrażenie, że właśnie w bardzo podobny sposób, jak w tamtym obrazie, obcy przemawiają do czytelnika – w typowo diaboliczny sposób (gdybyś nie oglądał tego filmu). Dla mnie bomba.

EDIT:

“Odkryte uda albinoski pełne były siniaków i wybroczyn, a górna część garderoby w nieładzie.”

Koniec życia, ale nie miłość

Nowa Fantastyka