- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - Co nas nie zabije

Co nas nie zabije

Opowiadanie z twórczego pisania. Jedynym wymogiem było miejsce akcji, a jeszcze nigdy nie pisałam nic o zombie :D

 

Miałam problem z gatunkiem. Niby jak zombie to horror, ale to w ogóle nie jest straszne -,-

 

Bellatrix, Sirin, dziękuję za betę :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Co nas nie zabije

Karol nigdy nie przypuszczał, że życie w mieście opanowanym przez zombie, może być tak nudne. Właściwie, gdy tylko przez Wrocław przetoczyły się kolejno fale paniki, szaleństwa i rozpaczy, dość szybko nadeszła akceptacja. Apokalipsa czy nie – życie płynęło dalej.

Stał w oknie z lornetką i pilnował, aby żadne żwawe zwłoki nie podkradły się do Wandy. Ulice, niegdyś zatłoczone, teraz przedstawiały się makabrycznie, a entuzjazm dziewczyny, palącej rozczłonkowane ciała zarażonych, w niczym nie pomagał. A może jednak? Wiele jej działań Karol z góry uznawał za absurdalne i bezcelowe, ale czy bez niej i Damiana w ogóle by przeżył? Nie, raczej nie.

Posłał krzywy uśmiech Wandzie, która wytrząsała resztki benzyny z kanistra, śpiewając przy tym jeden z hitów Taylor Swift.

– Dalej, Lolek, śpiewaj ze mną! – zawołała z radością nieadekwatną do sytuacji.

– Wolałbym jednak nie.

– Te cholerstwa nienawidzą hałasu, więc twoje zawodzenie na pewno odstraszy je na wiele godzin.

– Smrodu i ognia też nienawidzą. Oszczędź mi wstydu i po prostu podpal jeszcze jeden stosik.

Wanda z niezadowoleniem wygięła usta w podkówkę i wróciła do przerwanego refrenu.

Zapach palonych zwłok był wyjątkowo słodki, mdlący i nieprzyjemny. Jakby tego było mało, same zombie też nie pachniały zbyt ładnie. Swoją drogą to niesamowicie ciekawe, jak liczne są sposoby rozkładu ludzkiego ciała. Niektóre puchły od nagromadzonych gazów, inne zaczynały gnić i odpadać od kości, a jeszcze inne przechodziły błyskawiczny proces mumifikacji.

– Kilka stoi przy Zamkowej – zawołał Karol po chwili patrzenia przez lornetkę.

– Bystrzaki?

– Chyba nie. Są zbyt rozłożone. To na pewno śmierdziele. Możesz już wracać.

Karol nie miał pojęcia, kto wymyślił tę klasyfikację zombie, ale jak tylko o niej usłyszał, wydała mu się bardzo sensowna. Wszystko zależało od stadium infekcji i stanu, w jakim znajdowały się zwłoki. Zaraza stopniowo niszczyła układ nerwowy ofiar, dlatego początkowo potwory miały w zwyczaju popisywać się resztkami ludzkiej inteligencji. Takich właśnie spryciarzy Wanda nazywała bystrzakami. Na szczęście jednak, pomimo całej swojej przebiegłości, nie były specjalnie agresywne.

Niebezpieczeństwo pojawiało się dopiero przy stadium drugim, gdy w żywych zwłokach zaczynał wzbierać głód. Damian uważał, że głodomory polują na ludzi jedynie po to, by przekazać dalej zarazę i Karol musiał przyznać, że z biologicznego punktu widzenia miałoby to nawet sens.

Ostatnie stadium, śmierdziele, napawało chłopaka największym optymizmem. Na tym etapie zombie nie stanowiły już żadnego zagrożenia. Po prostu czekały, aż ich ciała do reszty opanuje martwica. Istniała zatem szansa, że jeśli nikt nowy się nie zarazi, epidemia zatrzyma się bez niczyjej pomocy.

– Co na obiad? – zapytała Wanda, zatrzaskując za sobą drzwi.

– Gulasz.

– Znowu?

– To jedyne, co mogłem zrobić!

– Przyznaj się, robisz te warzywne papki, bo Damian powiedział, że mu smakują.

– Robię te warzywne papki, bo są proste do zrobienia.

– Jasne.

– Nie musisz jeść, jeśli nie chcesz.

– Oj, nie obrażaj się. Mnie też smakują te twoje breje.

W uśmiechu Wandy było coś takiego, że Karol nie potrafił się na nią długo gniewać. Na korzyść dziewczyny działało zapewne również to, że przez niski wzrost, kilka rozmiarów za duży sweter i złote włosy zaplecione w warkoczyki, wyglądała jak zwykła gimnazjalistka. Chłopak musiał się bardzo starać, by pamiętać, że jego nowi znajomi są najprawdopodobniej dobrze po trzydziestce.

– Nie czekamy na Damiana? – zapytał Karol. Z niepokojem zerknął na wiszący w maleńkiej jadalni zegar. Dochodziła szesnasta i powoli zaczynało robić się ciemno. – Zaraz powinien wrócić.

Wanda zmarszczyła brwi i potrząsnęła głową. Choć wciąż wyglądała tak, jakby niewiele obchodziły ją sprawy tego świata, Karol wiedział, że również martwiła się o swojego towarzysza. Trudno powiedzieć, jakie właściwie łączyły ich relacje, ale wszystko wskazywało na to, że byli ze sobą bardzo blisko.

– Jak wróci, to wróci. Nie przejmuj się nim.

– Ale…

– Żadnych ale. Nakładaj. Jestem głodna.

Karol nie chciał kłócić się z jej brzuchem, w którym właśnie zaczęło burczeć. Przez cały czas, gdy nakładał im obiad, gdy jedli w milczeniu i gdy zmywał naczynia, zerkał na zegar i wyczekiwał odgłosu ciężkich kroków na klatce schodowej. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej przypominał sobie dzień, w którym Damian uratował mu życie.

Cóż, tamtego dnia Karol myślał coś zupełnie innego. Ale nie powinno to nikogo dziwić, biorąc pod uwagę, że Damian najpierw omal nie rozjechał go na przejściu przy Hali Targowej, potem na siłę wciągnął do samochodu jedynie po to, by zamknąć go pod kluczem w mieszkaniu na Kazimierza Wielkiego. Dopiero, kiedy cały Wrocław pogrążył się w chaosie, Karol zrozumiał, jak niewiele dzieliło go od zarażenia. Wiele godzin przesiedział w kącie, niezdolny by się ruszyć, wsłuchany w rozpaczliwe krzyki ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia.

Stopniowo zaczął pojmować, że Damian i Wanda nie byli zwykłymi ludźmi, ale częścią jakiejś organizacji, która próbowała zapanować nad sytuacją. Służby rządowe? Wojsko? Nie miało to dla Karola większego znaczenia dopóty, dopóki pomagali innym znaleźć schronienie przed szalejącymi na zewnątrz potworami. Sam też chciał być przydatny, ale poza gotowaniem i praniem niewiele potrafił robić, a i to jakoś specjalnie mu nie wychodziło.

Teoretycznie mógłby spróbować zapewnić im wsparcie lekarskie, ale, nie oszukujmy się, nie bez powodu porzucił studia medyczne. Po prostu się do tego nie nadawał i tyle.

– Damian, mendo ty jedna, kiedy zamierzasz wrócić? – ryknęła Wanda do krótkofalówki. Karol podskoczył, zaskoczony tym nagłym wybuchem gniewu i omal nie stłukł szklanki, którą właśnie mył. – No, odezwij się, dupku!

Odpowiedziała jej cisza. Zegar pokazywał piętnaście po siedemnastej.

– Idę po niego.

– Powiedziałaś, żeby się nie przejmować.

– Powiedziałam, że ty nie musisz się przejmować. Twoje przejmowanie i tak nikomu nie pomoże.

Zamaszystym krokiem wyszła z jadalni i po chwili wróciła z pistoletem i garścią pełną nabojów.

– Mówiłam też, że nie warto cię uczyć strzelać, bo szkoda na to nabojów. I wiesz co? Właśnie zmieniłam zdanie. – Przywołała go skinieniem głowy i rozłożyła broń na stole. – Patrz uważnie, bo nie będę pokazywać dwa razy. Tak wyciągasz magazynek, tak ładujesz amunicję, potem magazynek musi się zatrzasnąć. Słyszałeś kliknięcie? Dobra, tak odbezpieczasz, tak celujesz. Czerwona kropka między czarne widełki, łokcie sztywno, uważaj na łuski. Za spust ciągniesz do końca, do drugiego oporu.

Dziewczyna wyrzucała z siebie informacje, pokazując jednocześnie Karolowi, co robić. Wprawa, z jaką manewrowała pistoletem, jedynie potwierdziła przypuszczenia chłopaka, co do wojskowych koneksji dziwnego duetu.

– Zapamiętałeś?

– Nie jestem pewien. Chyba tak.

– Nie strzelaj, jeśli nie będzie takiej potrzeby. Po prostu czekaj na pomoc.

Chwilę potem już jej nie było. Zupełnie jakby postanowiła wybiec, zanim Karol pojmie sens jej słów.

„Czekaj na pomoc”?

Boże, czy to oznaczało, że mogli nie wrócić? Przecież to będzie jak wyrok śmierci dla wszystkich, których postanowili wziąć pod skrzydła! A co, jeśli Damian już nie żył? Kto wtedy zajmie się uzupełnianiem zapasów? Wanda na pewno sama nie da rady, poza tym ktoś musiałby w tym czasie pilnować kamienicy, a Karol się do tego po prostu nie nadawał.

Chłopak powoli osunął się na podłogę. Starał się oddychać równo i głęboko, aby zapanować nad przyspieszonym tętnem.

Jeśli nie wrócą…

Nie, nie wolno mu tak myśleć. Musiał się skupić na czymś innym. Doczołgał się do regału z książkami, wyciągnął przypadkowy tom „Anatomii” Bochenka i zaczął przewracać strony, nie potrafiąc jednak skupić wzroku na literach. No dalej! Kości, więzadła, mięśnie – jeszcze niedawno to wszystko tak bardzo go odprężało!

Zacisnął powieki. Nie miał pojęcia, jak długo tak siedział. Nogi zdążyły mu jednak zdrętwieć do momentu, w którym nareszcie odezwała się jego krótkofalówka.

– Hej, Lolek, weź ogarnij stół, co? Najlepiej tak do zera. I coś co szycia przygotuj. Będziesz wiedział co, nie?

– Bo akurat mam wybór – jęknął Karol pod nosem.

Rzeczy do szycia? No pięknie. Jakby tego było mało, głos Wandy brzmiał po prostu strasznie. Zupełnie jakby przez dłuższy czas musiała krzykiem odstraszać zombie. Kto wie, może właśnie tak było.

Stół do zera. Igły i nici. Lateksowe rękawiczki. Środek dezynfekcyjny? Nie ma, pewnie, że nie ma. Spirytus? Pomarzyć można. Ale za to wódka jest, oczywiście. No, chociaż tyle. Ze skrzynki z narzędziami wygrzebał obcęgi i zaczął nimi naginać igły, które potem wrzucił do kieliszka z alkoholem. Do drugiego wepchnął nici. Wyglądały na jedwabne, ale zapewne dał się tylko zwieść

poliestrowym podróbkom. Trudno. Jak się nie ma, co się lubi…

Drzwi otworzyły się z hukiem i do mieszkania wparowała Wanda z Damianem na plecach. W innej sytuacji Karol uznałby ten widok za komiczny, bo maleńka dziewczyna ledwie wystawała spod swojego towarzysza. Teraz jednak nie było mu do śmiechu.

Wspólnym wysiłkiem położyli Damiana na stole i ściągnęli z niego zakrwawione ubranie. Karol podał butelkę wódki Wandzie i kazał jej polać mu ciecz na ręce. Szybko założył rękawiczki, po czym jeszcze raz opłukał dłonie alkoholem.

– Będziesz musiała go trzymać. – Ton własnego głosu przeraził Karola niemal równie mocno, co widok nogi Damiana, rozciętej od kolana aż po kostkę. Jak na złość, mężczyzna wciąż był przytomny; oczy zamroczone miał bólem, czarne włosy posklejane od potu, mięśnie drżały mu od nadmiernego napięcia.

– Może jemu też trzeba polać? – zaproponowała Wanda z krzywym uśmiechem.

– Nie, ma za mocno zaciśnięte szczęki. Jeszcze tego nam brakuje, żeby się zaczął krztusić.

– Lolek, ja tylko żartowałam.

Na te słowa Karol uświadomił sobie, że zaczął płakać. Ile krwi Damian stracił? Jak bardzo uszkodzone miał mięśnie? Jak długo był narażony na zakażenie?

Kurwa, weź się w garść – warknął sam na siebie. Smarknął z całej siły, wytarł oczy o rękaw i zabrał się do roboty.

 

* * *

 

Ręce drżały Karolowi z wysiłku jeszcze następnego dnia. Wciąż czuł pod palcami opór skóry, którą tak trudno było przebić zwykłą igłą. Przyczyniło się do tego również zmęczenie, bo przez całą noc nie mógł zasnąć. Damiana położyli w sypialni Wandy. Karol przyniósł tam sobie krzesło, żeby mieć oko na rannego. Może i rzucił medycynę, zanim zdążył drugi raz powtórzyć trzeci rok, ale i tak nie zamierzał zrezygnować ze zdobytego właśnie stanowiska sanitariusza.

Zbyt dobrze się czuł ze świadomością, że naprawdę był potrzebny.

Szare niebo rozjaśniło się ospale. Damian powoli otworzył oczy. Nie byłoby niczym zaskakującym, gdyby zaczął narzekać, jęczeć z bólu czy złościć się na samego siebie. Nie zrobił jednak żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego spojrzał najpierw na Karola, potem na leżącą w nogach łóżka kurtkę, w której zawsze chodził na łowy.

Chłopakowi nie trzeba było tego dwa razy tłumaczyć. Mimo to z niepokojem zaczął przeszukiwać kieszenie.

– Nasiona? – jęknął, patrząc z niedowierzaniem na saszetki z różnego rozmiaru pestkami.

– Jak widać.

Istniała tylko jedna zasada rządząca wypadami po zapasy: żadnych zamówień. Damian miał po prostu brać wszystko, co mogło się przydać i co akurat leżało na wierzchu. Żadnych heroicznych wyczynów, żadnego niepotrzebnego ryzyka. Mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie naraziliby swoich podopiecznych, jeśli zacząłby się bawić w szukanie rarytasów.

A mimo to Karol trzymał właśnie w rękach cholerne nasiona. Dzień po tym, jak w ramach żartów rzucił przy obiedzie, że powinni poważnie zastanowić się nad szklarnią, bo byłoby bardzo głupio, gdyby chroniąc się przed zarazą, poumierali z niedoboru witamin i niedożywienia.

Poczuł, jak w przełyku narasta mu wielka gula. Bał się, że może zacząć jednocześnie płakać i wymiotować, a to z pewnością nie wpłynęłoby korzystnie na jego samoocenę.

– To przeze mnie, prawda?

– Nie.

– Kłamiesz.

– Oj, daj spokój.

– A jeśli się zaraziłeś?

Damian usiadł z wysiłkiem, chwycił Karola za ramię i potrząsnął nim lekko. Zrobiłby to zapewne mocniej, ale nie starczyło mu siły.

– Słuchałeś radia? Słyszałeś komunikaty rządowe?

Karol pokiwał głową.

– Wszystkie brzmią podobnie, ale…

– One nie brzmią podobnie. To są dokładnie te same nagrania. Od niemal tygodnia. – Na chwilę zawiesił głos, jakby zastanawiał się, co wolno mu powiedzieć, a co lepiej zachować w tajemnicy. – Mieliśmy czekać na wsparcie, ale od kilku dni nie możemy nawet skontaktować się z dowództwem. W tej sytuacji wolałem wziąć pod uwagę wszystkie najgorsze scenariusze.

– To znaczy?

– To znaczy, że po prostu miałeś rację. Teraz jeszcze głód nam nie doskwiera; mamy pod nosem Dominikańską i kilka Żabek. Ale co potem? Co będzie za miesiąc? Za pół roku?

Karol potrząsnął głową, żeby odpędzić czarne myśli.

– Za pół roku na pewno będzie po wszystkim. Zombie zgniją do reszty a ja będę mógł skończyć medycynę.

– No, no! Lolek! Czyżbyś właśnie podjął pierwszą w życiu męską decyzję? – zapytała Wanda, bez pukania wchodząc do sypialni. Z rozczuleniem poklepała Karola po policzku. – To jak? Kim chcesz zostać? Pielęgniarzem? Pediatrą?

– Lekarzem wojskowym.

Zaskoczenie na twarzy Wandy było bezcennym widokiem. Dziewczyna nie potrafiła nawet wymyślić żadnej riposty, na co Damian zareagował stłumionym śmiechem. Ich reakcja niewiele obchodziła Karola. Dawno już nie czuł się tak potrzebny, tak zadowolony z siebie, tak pełen życia.

Nie zamierzał pozwolić nikomu zniszczyć tego uczucia.

– Lolek, ale przecież ty dupa wołowa jesteś. Nie ma szans żebyś dał radę!

Haters gonna hate – prychnął, zmuszając tym samym Wandę do szerokiego uśmiechu. Chyba po raz pierwszy była z niego naprawdę dumna, choć nie miał pewności, czy chodziło o jego postanowienie, czy raczej o Taylor Swift.

Koniec

Komentarze

złote włosy związane w warkoczyki – raczej zaplecione

bez pukania wbijając do sypialni. – wbijając się, a tak w ogóle to wchodząc, bo to kwestia narratora, więc wyrażenia slangowe raczej nie są na miejscu

Nienawidzę angielszczyzny w polskich tekstach, przetłumaczyłam sobie ten angielski fragmencik i wyszło mi “Nienawidzący będą nienawidzić”.  Przyznam szczerze, że nie rozumiem, jak się ma to do tekstu.

Tekst ładnie napisany, ale prościutki do bólu, bez horroru czy obrzydliwości, które powinny byc związane z tematem. Jakoś zupełnie do mnie nie trafił.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam i nie bardzo wiem co powiedzieć, bo tekst nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Ani dobrego, ani złego. Jeśli uznać, że to horror, to raczej jakiś taki strasznie bezpłciowy.

 

Wła­ści­wie, gdy tylko przez Wro­cław prze­to­czy­ły się ko­lej­no fale pa­ni­ki, sza­leń­stwa i roz­pa­czy, dość szyb­ko na­de­szła ak­cep­ta­cja. Apo­ka­lip­sa czy nie – życie to­czy­ło się dalej. – Powtórzenie.

 

Za­pach pa­lo­nych zwłok był wy­jąt­ko­wo słod­ki, mdlą­cy i nie­przy­jem­ny. Jakby tego było mało, same zom­bie też nie pach­nia­ły zbyt ład­nie. – Powtórzenie.

 

Chło­pak mu­siał się na­praw­dę bar­dzo sta­rać, żeby pa­mię­tać, że jego nowi zna­jo­mi są naj­praw­do­po­dob­niej do­brze po trzy­dzie­st­ce. – Powtórzenie.

 

Karol pod­sko­czył, za­sko­czo­ny tym na­głym wy­bu­chem gnie­wu… – Powtórzenie.

 

Nogi zdą­ży­ły mu jed­nak zdrę­twieć do mo­men­tu, w któ­rym na­resz­cie ode­zwa­ła się jego krót­ko­fa­lów­ka. – W którym miejscu nóg jest moment, do którego drętwieją, gdy odzywa się krótkofalówka? ;-)

 

za­py­ta­ła Wanda, bez pu­ka­nia wbi­ja­jąc do sy­pial­ni. – Co, nie pukając, Wanda wbiła do sypialni? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bemik, Regulatorzy, dziękuję za komentarze laugh Część poprawek udało mi się wprowadzić, reszty nie ogarnęłam  crying

 

Bemik, wiem, że to mało horrorowe, ale naprawdę nie miałam pojęcia jaki gatunek zaznaczyć. Zombie, jak już przejdzie się z nimi do porządku dziennego, jakoś w ogóle nie są straszne frown Co najwyżej obrzydliwe i śmierdzące.

 

Za to bardzo cieszy mnie to “tekst ładnie napisany” laugh Tyle satysfakcji! Czołgam się jak di Caprio po Oskara, ale przynajmniej do przodu. Tyle szczęścia.

 

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Hmm… Podobnie jak Autorka mam problem z gatunkiem. Niby zombie, a w ogóle nie straszne. Niby trochę post-apo a jakoś takie przyszłościowo-normalne. Ale czytało się miło, więc to zdecydowanie plus :D

Hmm... Dlaczego?

Nowa Fantastyka