- Opowiadanie: GaPa - Pragnienie (rozpamiętniczek)

Pragnienie (rozpamiętniczek)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Pragnienie (rozpamiętniczek)

…teraz już mogła zwrócić buty. Utrzymywał się sam, mieszkał na stancji, niewielki pokoik w centrum. Cieszyła się ze spotkania. Wszystko wokół poddało się radosnej atmosferze. Słońce miło przygrzewało, było jasno i przejrzyście. Dojechać do niego mogła trolejbusem, musiała tylko dotrzeć na tak dobrze znany skwer. Czuła się szczęśliwa i bezpieczna. Solidne, skórzane buty przyjemnie ciążyły. Dziewczyny chodziły w sukienkach, chłopcy w szortach i kolorowych koszulkach. Biel kościołów kontrastowała z nasyconą głębią nieba, gdzieniegdzie tylko wisiała niegroźna chmurka…

…czekoladka z wiśnią prosto z drzewa…

…biegali więc po statku, pomiędzy pasażerami, rozradowani dwudziestolatkowie, przepychając się i żartując, tylko jedna osoba odłączyła się, gdy wchodzili pod górę. Droga do skansenu była długa, ale czas mijał wesoło. Koło odsłoniętego fragmentu ziemi – trwały tu wykopaliska – czekała na nich kobieta, z przyganą w oczach. Pewnie przed nią chciał się schować, pomyślała o chłopcu, który się oddalił, ale on zawsze chadzał własnymi ścieżkami, wiedziała przecież o tym…

…budowla była solidna, od wody odgradzały ją metry szarego żelbetowego muru. Zapora miała wiele kondygnacji, a na szczycie, gdzie teraz się znajdowała, czuć było groźne podmuchy, zapowiadające sztorm. Wkrótce spienione bałwany zaczęły wdzierać się do środka, roztrzaskując szyby, niszcząc meble, zalewając niższe poziomy. Musiała ratować matkę, wyprowadzić ją na górę, wyswobodzić z pułapki. Nie mogła jednak przejść wąską, rachityczną kładką, przez którą przewalały się olbrzymie fale. Zrozpaczona z brzegu obserwowała oddaloną konstrukcję pośród ciemności powstrzymującą napór wzburzonego żywiołu. Szumiało przeraźliwie i bez ustanku. Obie opcje – że to wiatr, podjudzający sztorm, lub gwar ulicy – przez chwilę były równorzędne i równie prawdopodobne. Do niej należała decyzja. Ze wstrętem wybrała warkot aut.

Leżała nieruchomo. Sen jeszcze przez chwilę oblepiał ją delikatnym muślinem, z wszystkimi tajemnicami na wyciągnięcie dłoni, lecz nieoczekiwanie zawirował i znikł, pozostawiając pustkę. Czuła się podle, parszywie, jakby była pokrzywą, którą każdy depcze z nienawiścią. Tabuny ludzi.

Cóż, w prosty sposób można powiązać ruch uliczny ze mną, pomyślała. Co robi auto – trąbi, co ja zrobiłam – natrąbiłam się, że hej. Powód tej – z góry to wiedziała – nieroztropnej i wpędzającej w jeszcze większe poczucie beznadziei imprezy pamiętam dobrze, tyle w temacie pamięci. Film urywa się w knajpie.

Oddech, który słyszę, należy do mnie, czy do metroseksualnej narośli, z którą od paru lat pomieszkuję?

Co było wczoraj? Odnalazłam pamiętnik. Wertowałam naiwne wpisy, z trudem potrafiąc powiązać ich autorkę z własną osobą, aż dotarłam do krótkiej, wesołej notatki. „Dziś tanio zdobyłam szklaną kulę. Przez chwilę obraz był niewyraźny, ale wyregulowałam go spinką do włosów, tą bursztynową, znad morza, prezent od M. Przekaz jest czytelny – za dwanaście lat nastąpi… najszczęśliwszy rok w moim życiu!”. A jeśli w jakimś profetycznym natchnieniu pełna życia dziewczyna, której była bladym odbiciem, korzystając jedynie z kawałka szkła i jantaru, który – jak powszechnie wiadomo – kryje w sobie pradawną moc, trafiła w dziesiątkę? Oczywiście TEN rok się kończył. I co, jeśli przyjąć, że nijaki, zbijający się w jednolity rytm śniadań, powrotów z pracy, gapienia w telewizor, bez żadnych odstępstw, beznadziejny czas, może być faktycznie n a j s z c z ę ś l i w s z y m rokiem życia? Któż mógłby na trzeźwo udźwignąć taki ciężar?

Ciężar numer dwa rzecz jasna powlokłam ze sobą. Mrukliwy kameleon. Jak można się tak zmienić? Skokowo. Pstryk i zachowujesz się zupełnie inaczej. Pieprzony robot. Ja sama – kontynuowała rozważania, odwlekając, jak tylko mogła, moment wstania z łóżka – podlegam cyklicznym zmianom, ale reguła jest prosta: maksymalne wkurwienie, dół, euforia, tak co miesiąc. Nie ma wyjścia, dyktat ciała. Ale on? Mieszkam z tym samym gościem od lat, a mam wrażenie, jakby było ich kilku.

Co mi w ogóle może zaoferować? Powinien wspierać, pchać do przodu, mobilizować. Być mi opoką, Piotrem kościoła mnie samej. Nic od niego nie dostaję, a jak odejdzie, ot tak, bez słowa, pewnie dziś, ubrany w uśmiech i skarpety, zabierze się b e z n i c z e g o, pozostawiając wszystkie swoje rzeczy, ja je doskonale wykorzystam. Bo jak zniknie będę rozpaczać, zawodzić nad każdym materialnym świadectwem jego bytności. A potem będą kolejni, coraz gorsi, nijacy, zamazany pochód zniekształconych sylwetek, bo jako towar będę tracić na wartości wprost proporcjonalnie do grubości nakładanego makijażu.

Jak się nie zeszmacić, kurczowo trzymając się zera?

Coraz trudniej zachować bezruch. Ta swędząca stopa, a smak w ustach po prostu… jednolicie ohydny, bez szans na rozpoznanie, czy spełniłam Największe Męskie Marzenie. Jedna Mistrzyni Porad mówi: „daj facetowi wszystko, czego chce, dostanie w domu, nie będzie szukał”, druga „szanuj się dziewczyno, to i on będzie ciebie szanował”. Jakby pochodziły z dwóch zupełnie różnych wszechświatów, jakiegoś galaktycznego plusa i minusa. Której słuchać? Jestem gdzieś w ogóle jeszcze ja sama? Puk, puk, istnieje taka osoba? Czy stałam się tylko zbiorem cytatów, mieniącym się patchworkiem, doskonale niewidoczna na każdym z teł, jakie oferują sklepy wysyłkowe?

Będziemy krążyć wokół siebie, nie pozwalając drugiemu zaznać szczęścia, jak egipscy półbogowie, ludzie z głowami sępa i twardymi dziobami, tak poręcznymi przy rozszarpywaniu ciał. Chociażby seks. Czerpię perwersyjną przyjemność z faktu, że musi uprawiać miłość z osobą tak nieatrakcyjną, paskudną, jak ja. Upadlam go, poniżam, skazując na seks ze mną. Co to mówi dobrego o mnie lub złego o nim?

Innymi słowy, męczy mnie kac. Nieźle mi wali na czajnik, pomyślała smutno. Ani ja taka ostatnia, ani on taki pierwszy. Jestem tylko zwykłą dziewczyną, on normalnym chłopakiem. Kochamy się, możemy na siebie liczyć. Jesteśmy parą, dotrzymujemy słowa. To dobra, twarda waluta. Naturalnie, czasem jest się w dołku, nie ma co od razu histeryzować. I mój umysł świetnie to rozumie, nie jest jednak jedynym mieszkańcem mózgu. Tkwi tam coś jeszcze, co wyje z niespełnienia, bezbronne i niezrozumiane, ukryte przed jego wzrokiem.

Bo on oczywiście gapi się na mnie, czuję to. Nie jest to ciepłe, pokrzepiające spojrzenie – to również wiem. Taksuje i ocenia. Szuka wad, niedoskonałości, tych wszystkich detali, które utwierdzają go w poczuciu, że towar nie jest zgodny z umową. To dzięki temu może się ode mnie w każdej chwili uwolnić, po jego stronie jest bowiem ustawa o ochronie niektórych praw konsumenckich. Jestem przecież wybrakowana. Mam swój starannie ukrywany sekret. Ranę tak bolesną, że nawet boję się o niej myśleć.

Głupi fiut. Gnój. Gdzie się podziali ci twardzi, prości mężczyźni, na których można było polegać w każdej sytuacji? Jakiż to był tytuł tego filmu, co to prawnika grał James Steward, albo Gregory Peck? Niezłomny, fantastyczny koleś. Wymarzona opoka. Tytuł, tytuł!

– Zabić drozda! – wybełkotała dziewczyna.

Obserwował ją od dłuższego czasu, podejrzewając, że skończyła fazę snu, sam więc fakt werbalnej komunikacji nie zaskoczył go. Z treścią jednak miał problem. O ile pamiętał, na tym obszarze geograficznym w dużych skupiskach humanoidów nie praktykowano własnoręcznego uboju zwierząt, oprócz niewielkich ilości stworzeń uśmiercanych w gronie rodzinnym do celów rytualnych. Ponadto był niemal przekonany, n i e m a l pewny, że drozdem pożywiają się mieszkańcy Wenecji, a może Wuwuzeli, ale nie ludność zamieszkująca teren na którym się znajdował. Co prawda następowała coraz większa wymiana informacji, chociażby wskutek migracji populacji, asymilującej się i przekazującej tubylcom obyczaje i te pe, jednak – o ile wiedział – kobieta, z którą mieszkał, nigdy własnoręcznie nie uśmierciła istoty o mniejszej lub równej objętości tkanki mózgowia. Jeśli już miałaby to uczynić, w celach religijnych lub zaspokojenia głodu, zapewne wybrałaby kurę domową, gołębia, ewentualnie karpia. Zwyczaj uśmiercania karpia był dobrze udokumentowany i nic tu już nie było do wniesienia. Jednak wątek drozda…

Zdał sobie sprawę, że należało zignorować komunikat. Pielgrzymka, którą wczoraj odbyli, a której celu nie był pewien, wiązała się z przyjęciem przez nią dużej ilości środków oszałamiających. Skrupulatnie, choć bez przyjemności, obserwował zmiany w zachowaniu, motoryce, artykulacji, którym podlegała, od ożywienia, rozluźnienia, czegoś, co nazwałby błyskotliwością, aż po całkowity rozpad osobowości. Wydawało się, że substancje, które zażyła, zakłóciły postrzeganie przyczynowo-skutkowe jak i percepcję, a być może i przepływ czasu. Wciąż wydawała się nieobecna.

Być może taki właśnie był cel wyprawy – podłączenie się do nieświadomości zbiorowej, opisanej przez Junga, skąd zaczerpnęła wiedzę o wartości praktycznej lub symbolicznej tego ptaka, a także rytuałów z nim związanych. Może należałoby powrócić do tematu w bardziej stosownej chwili.

Mrugnął (niekiedy n i e m a l zapominał o tym), nie przestając obserwować dziewczyny, a kiedy spytał:

– A może spożyjemy na śniadanie jajka? Od kiedy stwierdzono, że cholesterol… – przerwała mu gestem.

Mało się nie porzygała. Świnia! Wiedział dobrze, że po takim ochlaju… Zresztą, sam kiedyś ostro garował, a teraz zero współczucia. Pewnie wymyślił sobie, że każdym gramem wymiocin, który z niej wydusi, udowodni swoją wyższość. Zdepcze ją z kwaśną, wyniosłą miną. Niedostępny, wspaniały.

Czuję, wiem, poprawiła się w myślach, że mogłabym go przegadać. Uczęszczałam przecież na zajęcia z retoryki, znam wyrazy składające się z więcej niż czterech sylab, i nie jest to wyłącznie lo-ko-mo-ty-wa, jednakże… wymagało to użycia wielu słów. Wysiłek, któremu nie podołam.

Wytoczyła więc najcięższe działa, wysłała pocisk, przed którym nie ma obrony. Komunikat-pułapkę, na który nie ma wystarczająco dobrej odpowiedzi… jeśli atakujący tak postanowi. Jego obroną był zazwyczaj słowotok, który spokojnie mogła zignorować, lubiła przecież tembr jego głosu. Po prostu wyrzekła:

– Nie kochasz mnie już.

Powiedziała to skrzeczącym, niewyraźnym falsetem, zakaszlała i odwróciła się tyłem. Pod prześcieradłem, którym była okryta, rysowało się jej nagie ciało o standardowych wymiarach i osiągach. Tuż obok dłoni leżał stanik, nieco dalej na podłodze majtki, potem krótka spódnica (uszkodzona, materiał był naddarty, gdyż nie była w stanie rozpiąć suwaka, z chichotem wywracając się raz po raz ze spódnicą zsuniętą na kolana). W przedpokoju leżała jeszcze nieuszkodzona bluzka, w ubikacji buty, w łazience płaszcz i czapka. Trasa jej wczorajszego powrotu, któremu towarzyszył.

Zasnęła wtedy od razu, więc pozbierał porozrzucane rzeczy, posortował i umieścił w koszu na brudne pranie. Miał już zamiar przystąpić do naprawy spódnicy, gdy zorientował się, jak wielkim byłoby to błędem. Umieścił więc elementy odzieży w miejscach, z których je pozbierał, starając się wiernie odtworzyć ich położenie. W majtkach znalazł ślady moczu i śluzu. To wszystko zebrane razem oznaczało, iż ciało wysłało jej sprzeczne dyspozycje: gotowość do spółkowania i potrzebę snu. Wbrew oczywistemu nakazowi przedłużenia gatunku druga czynność zwyciężyła, z czego wywnioskował, że odpowiednio dobrane wódka, wino i inne napoje mogą posiadać moc przezwyciężania barier ewolucyjnych. Kolejny trop do podjęcia.

Chociaż, właściwie, co go to obchodziło? Dryfował bez celu, pasji. Miotał się jak to stworzenie, które dygotało obok w łóżku, mówiąc miejscowym slangiem, „naburmuszone”. Wyrafinowanie, cała wiedza, którą mu przekazano, nie dostarczyła mu jednej tylko rzeczy: przepisu na szczęście. Co zrównywało go z prymitywną istotą obok.

Czy mógłby jej przynieść pociechę? Ostatnio zanurzyła się w ezoterykę, a także inne pseudonaukowe, chaotyczne i rozpaczliwe metody poszukiwania odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Odnalazł w pamięci pasujący tekst, usunął z niego wszelkie wzmianki dotyczące cielesności, co wydawało się pożądaną modyfikacją, wyciągnął dłoń. Rozprostowaną delikatnie umieścił na szczycie jej czaszki. Gdy dokładnie przylegała, przeciągnął ją powoli wzdłuż policzka i zaczął monolog.

– Miałem powtarzający się sen. Na samym początku widziałem wyłącznie wielką plamę światła. Bił od niej spokój, czułem się bezpiecznie. Po jakimś czasie zorientowałem się, że z bieli wyłaniają się skrzydła, aż ujrzałem zarys pięknej, skrzydlatej sylwetki, wyższej ode mnie o jakieś dwieście, dwieście pięćdziesiąt procent. Wciąż miałem uczucie, że jestem kochany, nic złego mnie nie może spotkać. Oto spotykam czystą miłość. Po trwającej neony – takiego użył wyrażenia, n e o n y – chwili poczułem, że oczekiwano ode mnie czegoś. Świetlista istota chce mi coś przekazać. Otrzymałem prostokątny, płaski przedmiot. Byłem jednak wciąż tak oślepiony, że nie mogłem zobaczyć, co to takiego. Światło zaczęło blednąć, a ja czułem, że to coś niezmiernie ważnego. Dopiero dzisiejszej nocy byłem w stanie dostrzec, co to jest. Było to – dziewczyna wstrzymała oddech – było to… twoje zdjęcie.

Głuptas, pomyślała, ale się stara. Oczywiście nie tego oczekuję, ale jednak na swój prymitywny, egoistyczny sposób próbuje mi coś ofiarować. Same słowa nie były ważne, przecież tak łatwo mogły opuścić człowieka, wiodąc niezależny żywot. Liczyła się jednak intencja. P o c i e s z a ł mnie przecież.

Przytuliła się do niego na chwilę, nagradzając za podjętą próbę i zaczęła przygotowania do pracy.

Mógł chociaż posprzątać, w mieszkaniu był chlew, ale oczywiście na mnie spoczywa tradycją uświęcony obowiązek dbania o porządek. Cóż, wrócę jak posprzątam, to znaczy jak posprzątam, tak wrócę. Do diabła, słowa jej się plątały, jak wrócę, posprzątam, pomyślała. On oczywiście mnie opuści, bo mój pech to jego szczęście. Pewnie z całym wyuzdaniem, którego mnie skąpi, będzie niestrudzenie miętosił kopię aktualnie modnej silikonowej gwiazdeczki, nawet bladym wspomnieniem nie zaszczycając chwil, które dzieliliśmy.

– Lecę – powiedziała markotnie i wyraźnie niechętnie opuściła mieszkanie.

Dźwignął się do pozycji pionowej. Zadbał o powłokę, ubrał się, wyszedł. Długo patrzył na drzwi, idealnie nieruchomy, po czym jednym płynnym ruchem dwukrotnie przekręcił klucz w zamku. Sto osiemdziesiąt wschodów słońca. W tym oddalonym od centrum galaktyki układzie to prawie połowa pełnego obrotu planety, na której się znajdował, wokół macierzystej gwiazdy. Tęsknił do normalnego ciążenia, normalnego świata, bez tych idiotycznych ograniczeń form białkowych. Ach, znowu być czystą energią! Marzył… zupełnie jak ta pomoc naukowa, ludzka samica, która fantazjowała o lepszym życiu. Dzisiaj miał spotkanie z opiekunem roku. Może ten światły mędrzec w końcu zdecyduje o zakończeniu praktyk? Chciałby już zdać powłokę, przekazać ją innemu studentowi, albo niech przełączą ten homeostatyczny kostium w tryb autonomiczny. Miejscowe formy i tak nie wychwycą różnicy…

Koniec

Komentarze

Przeczytałam tekst, o którym nie umiem nic powiedzieć, bo zupełnie go nie rozumiem. Niezrozumienie towarzyszyło lekturze pierwszego zdania, a potem kolejnych i tak było do samego końca. Wiem, co znaczą poszczególne słowa, nie wiem, co Autor opowiedział. Zakładam, że na niemożność pojęcia treści Zaliczenia, wpłynął panujący upał. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakaś nadistota, superdusza zamieszkała w ciele studenta, aby doświadczyć życia wśród ludzi? Do tego doprowadziła mnie puenta i… podobało mi się, chociaż przeraźliwie przegadane. 

Interesująca koncepcja. Może prowadzić do ciekawych wniosków, aż szkoda, że nie pociągnąłeś tematu dalej. Ale ogólnie na plus.

Babska logika rządzi!

Dzięki za odzew, mam nadzieję, re­gu­la­to­rzy, iż nie wyrządziłem szkód ;)

De­ir­driu – “po­do­ba­ło mi się, cho­ciaż prze­raź­li­wie prze­ga­da­ne“ jest niezłe ;) Generalnie co do “zawartości” osobnika mam zbieżną opinię.

Finklo… no nie pociągnąłem… pomyślałem sobie, że trzeba zakończyć jak w domu zrobi się pusto. Cieszę się, że Tobie się (ogólnie) podobało ;)

Zgadzam się z Deirdriu, że trochę przegadane. Zwłaszcza początek, potem, gdy już czytelnik zaczyna łapać, kim jest bohater, jego perspektywa robi się ciekawa. Gorzej z bohaterką.

Dzięki, panie zyg­fry­d89 za komentarz. Taką właśnie widziałem tę dzierlatkę – ciągle spłoszona, zalękniona, męcząca gonitwa złych myśli… Jak widać ma na koncie kolejne ofiary ;)

Nowa Fantastyka