- Opowiadanie: belhaj - Safari

Safari

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Safari

Ciężarówka podskakiwała na wybojach przez co znowu odezwały się moje bóle w plecach. Zdjąłem plecak, wyjąłem z niego tabletki przeciwbólowe i połknąłem dwie popijając wodą.

– Czyżby stres panie Harding? – zapytał siedzący obok mnie mężczyzna. Był to wysoki, barczysty Latynos, organizator i twórca wyprawy na której właśnie byłem.

– Stare dzieje – odpowiedziałem, chowając tabletki z powrotem do plecaka. – Co było dalej panie Ortiz?

– Kiedy opadło promieniowanie przybyłem do Afryki razem z międzynarodową grupą badawczą jako ochrona. Mieliśmy się dowiedzieć, ile czasu zajmie odbudowanie ekosystemu, oszacowanie strat i jak wygląda sytuacja na wcześniej skażonych terenach. To co zastaliśmy nie napawało zbyt optymistycznie. Wie pan mutacje, degradacja środowiska. Ja na miejscu badaczy wróciłbym tu dopiero za jakieś 20 lat. Jednak oni postanowili zostać i odbudować skażone ziemie. Powstawały rezerwaty, oazy w których naukowcy skupiali ocalałe i nie zdegenerowane zwierzęta oraz roślinność. Nas wyprawiali w teren i kazali wyłapywać wskazane przez siebie osobniki. I właśnie na jednej z takich wypraw ja i Marquez – Ortiz wskazał na szoferkę, więc jak się domyśliłem jego towarzysz musiał być kierowcą naszej ciężarówki. – Wpadliśmy na pewien pomysł.

– Zaczęliście ściągać tu turystów i urządzać safari.

– Dokładnie – Ortiz uśmiechnął się szeroko i spojrzał na mnie z zadowoleniem. – Ludzie zawsze są chętni żeby postrzelać do dzikich zwierząt. A tutaj są naprawdę dzikie. Dzikie i zmutowane.

Stojący nade mną Strobl zaśmiał się i pokazał palcem coś na sawannie.

– Jakby na zawołanie panie Ortiz – Strobl zaśmiał się po raz kolejny. Był to grubawy, łysiejący, starszy jegomość, multimilioner z Austrii, amator ekstremalnych rozrywek. Nie podobał mi się ten człowiek, pech chciał że trafiliśmy na tą samą wyprawę.

– Co pan tam widzi? – Latynos wstał i podszedł do niego. Ja po chwili zrobiłem to samo.

– Co to za zwierzęta? Hieny? – wskazywał palcem stado cętkowanych czworonogów, które biegły obok jadącego za nami kontenerowca.

– To wataha likaonów. Drapieżne psowate. – wyjaśnił. – W czasach przed bombardowaniami był to zagrożony wymarciem gatunek. Okazały się jednak wyjątkowo odporne na promieniowanie i w tej chwili stanowią prawdziwą plagę.

Strobl podniósł swój półautomatyczny karabinek snajperski PSG-4. Wycelował w biegnącą watahę i oddał kilka strzałów. Ku zdziwieniu moim i Ortiza dwa likaony padły, reszta stada wystraszona hukiem zaprzestała pogoni.

– Muszę przyznać, że dobre ma pan oko – Ortiz poklepał strzelca po ramieniu. – Dwa celne, strzały na jadącej ciężarówce.

– Myślistwo to moja pasja – Strobl zarechotał zadowolony z siebie – Może cofniemy się po truchło. Te cętki pasowałyby do wystroju mojego salonu.

– Nie ma po co wracać. Likaony to padlinożercy, w tej chwili dzielą już między siebie gorące jeszcze zwłoki.

Wzdrygnąłem się na tą myśl i usiadłem. Plecy znowu zaczęły mi dokuczać.

– Delikatny z pana człowiek – Ortiz usadowił się obok mnie – Likaony to mały przedsmak tego co ma do zaoferowania Afryka. Niedługo zobaczy pan o wiele ciekawsze okazy.

Strobl po raz kolejny zarechotał.

 

 

 

 

 

Po kilkunastu minutach jazdy krajobraz uległ zmianie. Wyjałowione pustkowia ustąpiły miejsca porośniętej trawą sawannie, z licznymi karłowatymi drzewami akacjowymi i baobabami. Teren stał się bardziej pagórkowaty i kolorowy.

– Wjeżdżamy właśnie w dorzecze rzeki Szari, głównego źródła wody na tym obszarze. – obwieścił Ortiz – Przygotujcie broń, niebawem dotrzemy do celu.

Otworzyłem skrzynkę i wyjąłem z niej swój sztucer myśliwski Parker – Hale M95. Sprawdziłem stan magazynka i przeczyściłem celownik optyczny. Przewiesiłem go przez ramię, a następnie wyjąłem pas z dodatkową amunicją. Strobl, który zdążył już przestrzelać swój karabinek teraz czyścił go delikatnie uśmiechając się przy tym tajemniczo. Dziwny i straszny z niego człowiek, pomyślałem. W Europie wiodący nudne, napędzane interesami życie, w Afryce przeistaczający się w żądnego krwi myśliwego.

Ciężarówka zatrzymała się na wzgórzu. Ortiz wysiadł i gestem nakazał nam zostać. Po chwili wrócił i stwierdził:

– Wszystko zgodnie z planem. Tak jak przypuszczaliśmy posilają się nad rzeką. Chodźcie panowie, pora zapolować na grubego zwierza.

Strobl szybko wyskoczył z ciężarówki co przy jego masie stanowiło nie lada wyczyn. Wyszedłem zaraz za nim zdejmując z ramienia sztucer. Jeszcze raz sprawdziłem magazynek i odbezpieczyłem go. Ze wzgórza rozciągał się cudowny widok na rozlewisko rzeki. Promienie słońca odbijały się na równej, nie pofalowanej tafli. Wzdłuż rzeki rósł las galeriowy, korony drzew prawie stykały się z leniwie płynącą wodą.

– Spójrzcie tam – Ortiz wskazał na brzeg rzeki. Ujrzeliśmy tam dwie masywne sylwetki nosorogów. – Widzicie. Osiągają długość 5-6 metrów, masa ciała ponad 2 tony, wysokość w kłębie 2,5 metra, długość rogu dochodzi nawet do metra – wyjaśniał – Potrafi szarżować z prędkością 6 0 km na godzinę. Więc jak panowie? Jesteście gotowi?

Widok tych stworzeń zaiste robił wrażenie. Przechadzały się majestatycznie w cieniu lasu galeriowego, skubiąc liście z gałęzi. Wyglądało na to, że to para samiec i samica, chociaż nie było znaczących różnic w ich wyglądzie.

Strobl zdjął z pleców karabinek i zaczął powoli schodzić ze wzgórza. Ja i Ortiz po chwili ruszyliśmy jego śladem.

– Nie będziemy podchodzić zbyt blisko. Nosorogi trzeba trzymać na dystans – Latynos odbezpieczył swój karabinek i przystanął. – Celujcie w podbrzusze lub w głowę powyżej rogu, to ich najbardziej wrażliwe miejsca. Boki pokrywa zbyt gruba skóra.

– Poradzę sobie. – Strobl rozłożył dwójnóg, postawił na nim broń i położył się na trawie. Wystrzelił krótką serię w stronę zwierząt. Jedno z nich spłoszyło się hukiem i ruszyło w naszą stronę. Drugi nosoróg padł na ziemię. Podniosłem sztucer, celownik optyczny pozwalał strzelać celnie na dystansie do 1000 metrów. Jednak ruchomy cel stanowił większe wyzwanie. Pierwszy pocisk trafił w bok i nie wyrządził zwierzęciu żadnej krzywdy. Drugi i trzeci również. Strobl również starał się trafić nacierającego na nas nosoroga. Jak na tak masywne zwierzę biegł nadzwyczaj szybko, dystans między nami skrócił niemal o połowę. Wystrzeliłem kolejne kilka pocisków, jednak zrykoszetowały po twardym boku zwierzęcia. Czułem, że drżą mi ręce kiedy zmieniałem magazynek. Drżała również ziemia pod moimi stopami. Nosoróg był coraz bliżej, kątem oka spojrzałem na Strobla który mocował się z zaciętym mechanizmem w swoim karabinku. Wyrównałem oddech i przyłożyłem celownik do oka. Wystrzeliłem dwa razy i opuściłem broń. Nosoróg przebiegł jeszcze kilka metrów po czym zarył w ziemię całym impetem swojego ogromnego ciała. Przejechał na brzuchu kolejne kilka metrów wzniecają tuman pyłu. Podniósł w górę zakrwawiony łeb i spojrzał na mnie jednym, zdrowym okiem. Widziałem w nim swoje odbicie. Nosoróg padł dwa kroki ode mnie.

– Muszę przyznać że pomyliłem się co do pana. – Ortiz poklepał mnie z zadowoleniem po plecach uśmiechając się szeroko. – Masz stalowe nerwy panie Harding.

Nie odpowiedziałem mu, trzęsącymi się rękoma sięgnąłem do plecaka po butelkę z wodą. Wypiłem kilka solidnych łyków, a resztę wylałem sobie na głowę. Adrenalina wydzielona w trakcie polowania zaczęła mnie puszczać i ponownie poczułem ból w plecach.

– Ogromna bestia – powiedziałem tylko i zawróciłem w stronę ciężarówki.

 

W czasie kiedy załoga kontenerowca ładowała truchła, przeszedłem się brzegiem rzeki. Ta niegdyś tętniąca życiem kraina, była teraz pusta i cicha. Bombardowania i promieniowanie przetrwały tylko najbardziej przystosowane gatunki. Spojrzałem w stronę ciężarówki i spostrzegłem przywołującego mnie Ortiza.

– Na prośbę pana Strobla nie kończymy jeszcze wyprawy – powiedział kiedy podszedłem – Pojedziemy zapolować w jeszcze jedno miejsce.

– Na co?

– Zobaczy pan na miejscu. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałeś.

 

Jechaliśmy wzdłuż rzeki, krajobraz nie ulegał zmianie. Wyglądało na to, że natura zaczęła ponownie wkraczać na czerstwe, spustoszone terytoria. Widzieliśmy po drodze jeszcze jedno stado likaonów, jednak było ona zajęte pożeraniem padliny i czworonogi nie zwróciły na nas uwagi. Po przejechaniu kilku kilometrów odbiliśmy w stronę sawanny zostawiając rzekę po lewej stronie. Wjechaliśmy na wzgórze i ciężarówka zatrzymała się. Ortiz zabrał ze skrzyni taśmę z pociskami zapalającymi i wysiadł. Załadował je do swojego karabinku i gestem zachęcił nas do wyjścia.

– Chodźcie panowie. Jesteśmy na miejscu.

Zeskoczyłem na trawę i zdjąłem z ramienia sztucer. Byliśmy na wzgórzu, przed nami było zakole rzeki. Na samym jej brzegu znajdowała się wioska. Zlepek małych chat, stworzonych z kawałków blach, dykty i różnych śmieci. Wśród lepianek widać było poruszające się człekokształtne sylwetki, jednak dziwnie wynaturzone. Sięgnąłem do plecaka i wyjąłem z niego lornetkę. Przyłożyłem ją do oczu i zatkało mnie. To byli ludzie. Ci którzy przeżyli bombardowania, przeżyli dziesiątki lat trwania promieniowania. Przedstawiali sobą straszliwy widok. Zniekształcone czaszki, ręce, brak lub nadmiar palców, wielu miało dodatkowe niewykształcone kończyny. Od lornetki oderwał mnie huk wystrzału. Ortiz wystrzelił kilka pocisków zapalających w stronę wioski. Kilka chat stanęło w płomieniach, ogień z powodu suszy i grzejącego słońca szybko rozprzestrzeniał się na kolejne.

– Co to ma kurwa znaczyć! – krzyknąłem w stronę Latynosa.

– Safari. – odpowiedział i zmieniając magazynek ponownie na normalne pociski zaczął schodzić w stronę płonącej wioski.

Obok mnie z dzikim okrzykiem na ustach, wymachują maczetą przebiegł Strobl. Dołączył do nich również kierowca ciężarówki Marquez. On również niósł ogromną, zaostrzoną maczetę. Kiedy przechodził obok mnie uśmiechnął się krzywo i splunął mi pod nogi.

Zamurowało mnie, wyglądało na to, że dla zabawy chcieli wymordować całą wioskę. Odwróciłem się w stronę ciężarówki, kluczyki tkwiły w stacyjce, jednak nie odnalazł bym drogi do obozowiska. Byłem zdany na tą bandę sadystów. Musiałem ich powstrzymać. Spojrzałem w stronę płonącej wioski. Popromienni tubylcy widząc zbiegających ze wzgórza intruzów ruszyli w ich stronę. Puściłem się biegiem w dół zbocza chcąc powstrzymać rozlew krwi.

Było jednak za późno. Rozległy się strzały, Ortiz stanął i władował w nadbiegającą grupę cały magazynek. Wielu tubylców padło, jednak pozostali nie zawracali. Również byli uzbrojeni w prymitywne włócznie i noże. Kiedy dobiegłem do Strobla chcąc go powstrzymać na zboczu wzgórza rozpętało się piekło. Marquez rozpłatał kilku tubylców, inni widząc, że nie mają z nim szans biegli w stronę mnie i Strobla. Ortiz zdążył zastrzelić jeszcze kilku jednak pozostali byli już przy nas. Strobl wymachując maczetą, odciął rękę jednemu z nich. Krew trysnęła prosto na moją twarz. Tubylec biegł prosto na mnie. Widziałem go teraz dokładnie. Miał nienaturalnie dużą głowę, był całkowicie łysy i nie miał warg. Zamachnął się na mnie długim kamiennym nożem. Odskoczyłem jednocześnie mocniej chwytając swój sztucer. Tubylec nie ustępował i atakował mnie zacięcie. Odbiłem kilka uderzeń kolbą, próbując wytrącić my nóż. Był on nadzwyczaj silny i nieustępliwy. Cały czas cofając się odbezpieczyłem sztucer, szybkim ruchem wycelowałem i wystrzeliłem. Monstrualna głowa eksplodowała. Kawałki krwi i mózgu spadły na mnie jak deszcz. Padłem na kolana nie mogąc opanować drżenia łydek.

Rozejrzałem się. Całe wzgórze było usiane trupami tubylców. Krew wsiąkała w rozgrzany słońcem piasek. Strobl krążył po pobojowisku dorzynając rannych, Marquez czyścił swoją maczetę. Ortiz podszedł do mnie zarzucając sobie karabinek na ramię.

– Podobało się safari panie Harding? – spytał spoglądając na mnie przymrużonymi oczami.

Gwałtownie zwymiotowałem, otarłem usta i nie powiedziałem ani słowa.

 

Koniec

Komentarze

W beletrystyce liczebniki zapisujemy słownie, ale to małe miki w porównaniu z interpunkcją.

Nic nowego w kwestii konceptu; o mutacjach popromiennych było a było. Zwłaszcza w tak prostym ujęciu.

– Zobaczy pan na miejscu. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałeś.

Szczególnie dziwne – cały czas Oritz "panuje" protagoniście i nagle przechodzi na "ty".

Liczebniki słownie, zamiast cyframi.

 

Z jakiegoś powodu nie wzruszyło mnie nagłe safari na przetrwańców. Tak… Opisane jak odbicie od szlaku, brak zbudowanego napięcia – moim zdaniem oczywiście. Więcej "mięsa" było w scenie z nosorogiem.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dowcip o pliznołach zmutowany popromiennie?

Babska logika rządzi!

jednak nie odnalazł bym drogi do obozowiska – razem.

 

Z interpunkcją faktycznie jest krucho. Było też kilka literówek. 

Co do samej treści – opis dwóch polowań, w tym jedno bardziej wymyślne, gdyż na ludzi. Bestialstwo zostało niby pokazane, ale nie poruszyło mnie. 

Takie sobie. 

Skromny tekst opisujący dwa polowania. Gdyby nad pomysłem dłużej posiedzieć, to może i coś z tego by było. W takiej postaci to tylko poczytać i zapomnieć.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Muszę się niestety zgodzić z komentarzami wyżej. Zabrakło napięcia i emocji. 

Smutna kobieta z ogórkiem.

Dzięki za komentarze. Zgadzam się, że można było dłużej posiedzieć nad tekstem. Jednak z racji upływającego terminu konkursu oraz nadchodzących świąt jest ono niedopracowane.

W tekście jest prawie 12 tysięcy znaków i jeśli zostanie w tej formie, to będzie zdyskwalifikowany.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Opowiadanie tworzy określoną całość, więc nie będę go w żaden sposób przycinał. Wiem, że minimalnie przekroczyłem liczbę znaków wymaganą w konkursie. Wybaczcie jednak pozostawiam je w takiej formie w jakiej jest obecnie.

Przeczytałam i, niestety, wzruszyłam ramionami. Jutro będę pamiętać chyba tylko zapisane cyframi liczebniki.

Pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Autorze, usuń oznaczenie informujące, że jest to tekst konkursowy, bo przecież nim nie jest. Dzięki.

Sorry, taki mamy klimat.

Przykro mi Belhaju, ale nie podobało mi się. Mówisz, że pisałeś opowiadanie na konkurs o Afryce, a ja tu nie widzę nic afrykańskiego. Nazwanie przestrzeni sawanną i wzmianka o rosnących na niej akacjach i baobabach, to dla mnie za mało. Tymi dekoracjami nie stworzyłeś Afryki. Rzecz mogłaby się dziać na dowolnym kontynencie, z dowolnie zmutowanymi, dowolnymi zwierzętami i to by nic nie zmieniło.

A treść, no cóż, przyjechali, postrzelali, zapolowali i nic z tego nie wyniknęło. Pewnie niebawem przyjadą kolejni „turyści” i spektakl się powtórzy.

Wykonanie nie najlepsze, czego dowód poniżej.

 

Cię­ża­rów­ka pod­ska­ki­wa­ła na wy­bo­jach przez co znowu ode­zwa­ły się moje bóle ple­cach. Zdją­łem ple­cak, wy­ją­łem z niego ta­blet­ki prze­ciw­bó­lo­we i po­łkną­łem dwie po­pi­ja­jąc wodą. – Powtórzenia. Zbędny zaimek – nie mógł czuć cudzego bólu.

Może wystarczy: Cię­ża­rów­ka pod­ska­ki­wa­ła na wy­bo­jach, przez co znowu ode­zwa­ły się bóle w ple­cach. Wy­ją­łem ta­blet­ki i po­łkną­łem dwie, po­pi­ja­jąc wodą.

 

za­py­tał sie­dzą­cy obok mnie męż­czy­zna. – Wystarczy: …za­py­tał sie­dzą­cy obok męż­czy­zna.

 

Był to wy­so­ki, bar­czy­sty La­ty­nos, or­ga­ni­za­tor i twór­ca wy­pra­wy na któ­rej wła­śnie byłem.Był to wy­so­ki, bar­czy­sty La­ty­nos, or­ga­ni­za­tor wy­pra­wy, w której uczestniczyłem.

Powtórzenie. Organizator/ twórca – w tym przypadku, to synonimy.

 

Kiedy opa­dło pro­mie­nio­wa­nie […] Mie­li­śmy się do­wie­dzieć, ile czasu zaj­mie od­bu­do­wa­nie eko­sys­te­mu, osza­co­wa­nie strat i jak wy­glą­da sy­tu­acja na wcze­śniej ska­żo­nych te­re­nach. – Czy tereny były skażone w różnym czasie?

 

Ja na miej­scu ba­da­czy wró­cił­bym tu do­pie­ro za ja­kieś 20 lat.Ja, na miej­scu ba­da­czy, wró­cił­bym tu do­pie­ro za ja­kieś dwadzieścia lat.

Liczebniki, o czym już wiesz, zapisujemy słownie. Ten błąd występuje też w dalszej części opowiadania.

 

Jed­nak oni po­sta­no­wi­li zo­stać i od­bu­do­wać ska­żo­ne zie­mie. – Czy można odbudować ziemie?

 

Nas wy­pra­wia­li w teren i ka­za­li wy­ła­py­wać wska­za­ne przez sie­bie osob­ni­ki. I wła­śnie na jed­nej z ta­kich wy­praw ja i Ma­rqu­ez – Ortiz wska­zał na szo­fer­kę… – Powtórzenie.

Skoro badacze wyprawiali w teren pracowników, to jak mogli wskazywać, które osobniki łapać?

 

Wzdry­gną­łem się na myśl i usia­dłem.Wzdry­gną­łem się na myśl i usia­dłem.

 

Wy­ja­ło­wio­ne pust­ko­wia ustą­pi­ły miej­sca po­ro­śnię­tej trawą sa­wan­nie… – Wy­ja­ło­wio­ne pust­ko­wie ustą­pi­ło miej­sca po­ro­śnię­tej trawą sa­wan­nie

 

ce­low­nik optycz­ny po­zwa­lał strze­lać cel­nie na dy­stan­sie… – Masło maślane.

 

Wy­strze­li­łem ko­lej­ne kilka po­ci­sków… – Wy­strze­li­łem kilka ko­lej­nych po­ci­sków

 

Pod­niósł w górę za­krwa­wio­ny łeb… – Masło maślane. Czy mógł podnieść łeb w dół?

 

Ad­re­na­li­na wy­dzie­lo­na w trak­cie po­lo­wa­nia za­czę­ła mnie pusz­czać… – A wcześniej trzymała?

Raczej: Ad­re­na­li­na wy­dzie­lo­na w trak­cie po­lo­wa­nia przestała/ przestawała działać

 

Zle­pek ma­łych chat, stwo­rzo­nych z ka­wał­ków blach, dykty i róż­nych śmie­ci. Wśród le­pia­nek widać było… – Ostatecznie były to chaty klecone z różnych resztek, czy lepianki?

 

jed­nak nie od­na­lazł bym drogi do obo­zo­wi­ska. – …jed­nak nie od­na­lazłbym drogi do obo­zo­wi­ska.

 

Byłem zdany na bandę sa­dy­stów.Byłem zdany na bandę sa­dy­stów.

 

Od­bi­łem kilka ude­rzeń kolbą, pró­bu­jąc wy­trą­cić my nóż.– Literówka.

 

Ka­wał­ki krwi i mózgu spa­dły na mnie jak deszcz. – Kawałki krwi???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za opinię. Myslalem, że chociaż w niewielkim stopniu Ci sie spodoba. Co do przedstawienia Afryki to wychodzi na to że mój risercz zawiódł. Poświęciłem trochę czasu na odnalezienie rzeki Szari, lasów galeriowych porastajacych jej brzeg czy drapieżnych likaonow. Ale zgadzam sie, że jeśli akcja dzialaby sie np: w Australii to wiele w fabule by sie nie zmieniła.

Nowa Fantastyka